To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 28 czerwca 2012
Bunt przedszkolaka z boku

Miał być dziś o czym innym, nawiązujące do wczorajszego wpisu, ale będzie o tym, że wreszcie to nie moje dziecko urządza sceny publicznie :)

Dotarłyśmy dziś z Wiertką na przystanek, gdy z autobusu wychodziła mama z przedszkolakiem. Chłopiec wyrywał się, coś krzyczał, aż w końcu usiadł na chodniku. Mama nieśpiesznie poszła sobie usiąść na ławkę i czekała. Mały wrzeszczał i bił pięściami w ziemię. Tak to trwało ponad pięć minut. Chciałam pocieszyć panią, że nie jest źle i ja miewam jeśli nie podobnie, to zapewne kwestia czasu. Uznałaby mnie za natręta chyba. Z biegiem czasu widać było coraz większą złość na napiętej twarzy matki, napięte ciało, założone ręce. Chłopiec krzyczał już z płaczem "chcę żeby mama do mnie przyszła! chcę żeby mama do mnie przyszła!", ale ona nie ruszała się z miejsca. Trochę szkoda mi go było. Wiertka robi coś podobnego i jest to u niej wstęp do pogodzenia się. Pamiętam jednak, że jest coś bardziej doprowadzającego do piany niż własne buntujące się dziecko, ktoś kto cię publicznie poucza, co masz z nim właśnie zrobić.

W końcu przyjechał autobus, ludzie wsiadali, wysiadali, chłopiec przestraszony podbiegł do mamy. Ta nawet wtedy nadal siedziała zła, z założonymi rękoma. Już z autobusu widziałam jak wstała i poszła z nim dalej, zapewne do przedszkola. I to prawdopodobnie "naszego".

Opisałam scenkę nie po to by kogoś oceniać. Bo oczywiście, w pierwszym odruchu, pomyślałam, że ja bym jednak, w którymś momencie to dziecko przytuliła, porozmawiała. Sama mam jednak za sobą wstydliwe wybuchy złości na dziecko. Nie mam prawa oceniać. Skąd wiem jaki ta kobieta miała poranek, jaki poprzedni wieczór. Może to któreś z rzędu spóźnienie do pracy, polecą po premii, ochrzanią. Może już puściły jej nerwy i ma wszystkiego dość.

Pomyślałam sobie jednak - nie tylko moje dziecko :)

09:18, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 27 czerwca 2012
Rozbijaczka rodziny

Wyjątkowo nie o mnie wpis :)

Zadzwoniła do mnie wczoraj bardzo dobra koleżanka. Tak się wyżalić, pogadać. Jej córka wchodząca w wiek nastoletniego buntu zarzuciła jej, że matka chciała rozwodu z jej ojcem, rozbiła rodzinę. Nie chcę tutaj bez zgody zainteresowanej rozpisywać w szczegółach, ale zarzut jest w obu częściach prawdziwy. Problem w tym, że nie było w tym związku wyraźnej patologii - zdrad, alkoholizmu, przemocy, itp. Większy problem w tym, że były mąż nie przepracował żałoby po małżeństwie i mimo upływu kilku lat, ciągle chce powrotu. Jeszcze większy problem w tym, że córka jest w ojcu zakochana, mocno związana, bliżej niż z matką.

Cóż radzić? Co powiedzieć? Jak żyć? Koleżanka czuje się winna, kocha córkę, bolą ją te słowa. Czuje się winna, bo były nadal nie ułożył sobie życia i bombarduje ją wiadomościami jak to mu źle, nie układa się. Jednak wiele zrobić nie może. Córka wchodzi teraz w wiek, w którym będzie szukała okazji do sporów, buntów, niezgody na świat. Pamiętam słowa dawnej znajomej forumowej, która - opierając się na własnym doświadczeniu z dzieciństwa - mówiła, że spora część dzieci z rodzin rozbitych idealizuje dawną rodzinę i marzy by rodzice znowu byli razem.

Gdyby chociaż bardzo dobra koleżanka była teraz kobietą szczęśliwą, to mogłaby tym dać odpór argumentom dziecka. Jednak nie jest i tu też nie będę się rozpisywać bez jej zgody. A córka to widzi. Pocieszyłam ją, że bycie nieszczęśliwą w małżeństwie nadal było większym nieszczęściem niż bycie nieszczęśliwą jako rozwódka. Zapewne jednak ten argument nie dotrze do buntującej się nastolatki.

Nawet nie wiem co dobrze doradzić, bo nie mam dorastającego dziecka, a sama byłam nastolatką żałującą, że rodzice się nie rozstali. I to pewnie byłby temat na inny wpis.

Może ktoś przeżył rozwód rodziców w dzieciństwie i wie jak można rozmawiać o tym z nastoletnim dzieckiem?

Rzuciłam też żartem, żeby powiedziała najgorszy tekst świata, czyli "jak dorośniesz, to zrozumiesz". To jednak cholernie prawdziwy tekst.

Rzadko piszę o innych, ale ta rozmowa mnie jakoś poruszyła. Koleżankę znam od 22 lat, jej córkę od noworodka i była mi kiedyś bliska niczym własne dziecko.

15:29, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Weekend NieMatki - dzień drugi, trzeci, czwarty

Hurtem będzie.

W dzień drugi, po pracy świętowałam w gronie moich literackich Wiedźm spóźnione imieniny, oblewanie zaległe wieczoru autorskiego, pojawienie się cór marnotrawnych, które żałoba w sercu i rodzinie odcięła od nas na jakiś czas. Jedna komentowała moje wolne dni:

- To teraz posprzątasz spokojnie, poprasujesz.

- Oszalałaś?! Będę leżeć i nic nie robić :)

Owa koleżanka, kobieta głęboko 50+, pochowawszy jakiś czas temu męża nr 4 (dwóch z czterech poprzednich jeszcze żyje) właśnie dostała propozycję piątego małżeństwa... Fakt, że mało romantycznie, bo adorator chciałby podpiąć się pod jej ZUS. Ale byle komu się podpiąć nie chcą. Podziwiam, bo mnie nawet ZUS by nie pomógł, by wreszcie nie być panienką. A ona to typ kobiety, która nawet na bezludnej wyspie z setką kobiet i trzema facetami miała by dwie propozycje ożenku. Ten trzeci to gej.

Trzeciego dnia, wybrałam się z inną koleżanką, której przydomek jeszcze wynajdę (chyba, że może być blogowy ;) ) wybrałyśmy się na Imieniny Jana Kochanowskiego w Parku Krasińskich. Noc Świętojańska dla kochających czytanie. Namioty wydawnictw i antykwariatów z książkami. Nachos za 10 zł do którego dają piwo gratis :D Nie można było nabyć go za pieniądze. Jak łatwo się domyśleć nie chodziło o bitwę o złotą patelnię, tylko zapewne o koncesję na alkohol.

Na scenie, dwie drużyny aktorów i osób z dziedziny kultury recytowało wiersze Kochanowskiego. Bitwa na wiersze. A widownia głosowała rękoma, które wykonanie było  ciekawsze. Artyści wiedzieli jak uwieść publiczność żartem, komentarzami i przerzucaniem się uwagami. Niby teksty dawno pokryte patyną, a nie dość, że stały się  bliższe, to w dodatku nadal aktualne.

Można było zwiedzać Pałac Krasińskich, gdzie nieoczekiwanie natknęłyśmy się na degustację win. Stałam z lampką wina na tarasie pałacu, słuchałam wywiadów na dole, wiatr włosy rozwiewał, słońce przygrzewało i pomyślałam, że jest pięknie. Wina jednak nie ubywało i po dwóch lampkach zarządziłam zejście na dół, by nie zostać tam do zmroku. Mojego nie daj co.

Na dole natknęłyśmy się na akcję wymiany książek. Na podium wystawiano egzemplarz z zapasów organizatorów i każdy mógł zaproponować coś przyniesionego przez siebie na wymianę. Akcja trudna, bo rzadko ktoś pozbywa się świetnych książek z domu, chyba że dublety, a to czego by się chciało z biblioteki pozbyć zazwyczaj jest krępujące w pokazywaniu publicznie na takich spotkaniach :)

Wracając na rodzinny prawy brzeg Miasta, zajrzałyśmy jeszcze w okolice imprezy na lewym brzegu. Krótki spacer nad Wisłę. Zdusiłam chęć uplecenia wianka i wrzucenia do wody :)

Czwarty dzień był niepełny, bo od 14.00 byłam już po dziecko, ale zdążyłam porobić to, o czym się tak odgrażałam, czyli leżeć i nic nie robić. Tzn czytać :)

Bo ja cytując Agatę Kuleszę jestem kobietą trzech K - Kanapa, Książka, Kocyk :)

15:14, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 czerwca 2012
Weekend NieMatki - dzień pierwszy

Dzień pierwszy Weekendu NieMatki, był wczoraj, w czwartek :)

Tata Wiertki w ramach dni adaptacyjnych w przedszkolu miał ją zabrać na przedstawienie teatralne tam. Zadzwoniłam by się upewnić, że wie jak tam dojechać. Okazało się, że myślał, że teatrzyk jest, ale w żłobku. Bo przedszkole, a żłobek - to nie to samo? Źle rozplanował spotkania tego dnia i odebrał ją dość późno. Nawet nie wiem, czy zdążyli, czy się spóźnili, czy olał i pojechali od razu do domu. Miałam przez chwilę wyrzuty sumienia, że mówiłam mu o teatrzyku, ale nie gdzie on się odbędzie, ale dokopałam się do sms-a, w którym piszę o przedszkolu. Wiadomość była wysłana z tydzień wcześniej i to raz, co więc zrozumiałe nie zdołała się w mózgu odbiorcy utrwalić.

Wróciłam po pracy do domu. Z rozkoszą położyłam się na kanapie, myśląc jak to fajnie nie biegać po mieszkaniu i jak jeszcze fajniej nie wychodzić zaraz na długi spacer. Wpadnę zaraz w spacerofobię ;)

Zjadłam coś i wyszłam na  spotkanie autorskie Urszuli Dudziak we Wrzeniu Świata. Prowadził Mariusz Szczygieł, który raz w życiu niewiele się odzywał. Dudziak okazała się rozgadaną, pełną historii, anegdot, dygresji, energetyczną kobietą. Na "wrodzonym haju" jak to określił Szczygieł. Mówiła cały czas, opowiadała, żartowała, miała taki dystans do siebie. Jeszcze chwila, a chciałabym by mnie adoptowała :) Efekt był taki, że kupiłam jej "Wyśpiewam wam wszystko" i wzięłam autograf.

A z jej opowieści wynika, że nie zawsze tak było. W młodości - tej wcześniejszej i bliższej wiekowi średniemu - była wycofana, z niewiarą w siebie, w cieniu ówczesnego męża, Michała Urbaniaka. Pogoda ducha i radość przyszły z mądrością życiową. W tym przypadku określenie Mądra Wiedźma, czyli ta która Wie, ma swój sens.

16:28, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 20 czerwca 2012
Dni Adaptacyjne w przedszkolu - odsłona pierwsza

W nowym przedszkolu Wiertki rozpoczęły się dni zapoznawcze. Trochę się obawiałam jej zachowania na tym spotkaniu. Zobaczą, że biega, nie słucha się mnie i od razu uznają, że jest zbyt niedojrzała emocjonalnie na przedszkole.

Tragicznie nie było. Choć kindersztubą nie błysnęła. Jako jedyna nie chciała dać sobie przykleić karteczki z imieniem, zrywała ją, aż w końcu dałam za wygraną. Widziałam wśród dzieci podobne maluszki, które jeszcze są takie mało przedszkolne, jeszcze nie ociosane przez system edukacyjny. Widać jednak tę różnicę pomiędzy 2,5 a 3,5 latkami. Rodzice z dziećmi usiedli w kółku, każdy się przedstawiał, mówił krótko coś o sobie. Mało było słychać, bo był szum dziecięcy. Wiertka wytrzymała krótko i poszła się bawić, jako jedna z pierwszych. Nie wiedziałam, czy ją zatrzymać siłą, ryzykując atak wrzasku. Obok nas leżał płacząc na podłodze chłopczyk, który też chciał się bawić, ale rodzice nie pozwolili mu. Cholera, on się ich przynajmniej słuchał. Potem dzieci bawiły się zabawkami, a na końcu na przedszkolnym placu zabaw.

Cały czas nie wiem, czy ja jestem za miękka i nieudolna wychowawczo, czy Wiertka jest zbyt niezależna i ma duszę anarchistki. Sama pamiętam jak nie lubiłam być ograniczana, więc mam problem ze stawianiem granic dziecku.

Wracałyśmy do domu tradycyjnie przez dwa place zabaw. Przy okazji zwiedziłyśmy wyremontowany dworzec. Nie powiem, wygląda światowo, wykwintnie, choć może nie znam się na architekturze. Dużo przestrzeni, światła i powietrza. I jakoś tak sterylnie i smutno. Na razie stoją dwa barki z kanapkami, ciastkami, napojami - w cenach dość kontrowersyjnych. Ciekawe, czy będzie ich więcej? Pamiętam dworzec przed remontem, gdy były bary z jedzeniem na każda kieszeń, kioski, stoliki z gazetami i różnymi drobiazgami. Tłoczno, tłumnie. Przaśnie i mocno wschodnio. Tak, dworzec był wtedy stary, brudny, zaniedbany, ale taki bardziej dla ludzi. Miał duszę. Ten jeszcze nie ma duszy i istnieje ryzyko, że nie pozwolą mu żadnej zdobyć.

09:55, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 czerwca 2012
I kogo ja chcę oszukać?

Zaryzykowałam. Zapowiadał się fajny wykład w Kawiarni Naukowej. O kobiecie Polce w reklamach. W sumie, to mogłabym sama taki przeprowadzić, ale pomimo wszystko chciałam tam być. Tradycyjnie, nie miałam z kim zostawić dziecka. Czekam jak zbawienia czasów, gdy mała nie będzie reagować szlochem na zostanie w domu z kimś innym niż mama albo tata. Pomyślałam, że mogę spróbować ją zabrać. Może nie wytrzyma - jakie może, na pewno - całego spotkania, ale sprawdzę, czy 2,5 latkę można już wyprowadzić do świata. Znałam tę salę i wiedziałam, że da się tam znaleźć kącik, by ukryć się z dzieckiem.

Zaopatrzyłam się w kredki, kartki, mnóstwo puzzli. Kupiłam za drogie pieniądze ciastko czekoladowe, sok owocowy. Znalazłam szeroką, wygodną pufę na tyłach sali, na zabawę. Dziecko ciastkiem wzgardziło, wyjadło tylko bitą śmietanę z garniru.

Przewidziałam wszystko niemal. Nie przewidziałam tylko, że salka ma akustykę niczym filharmonia. Wykład się zaczął, Wiertka zabrała się za rysowanie. Rzuciła tylko cztery słowa - "Teraz rysuje koło, piłka". I ten głosik dziecięcy poleciał dźwięcznym rykoszetem po pomieszczeniu. Jak kula z pistoletu w blaszanym kontenerze. Pizd, pizd, pizd, pizd. Była głośniejsza niż prowadzący, posiadający mikrofon...

Natychmiast zerwałam się i zaczęłam zbierać nasze rzeczy, z jednoczesnym sykiem sali. Mieli rację, niestety. Ale jakaś baba rzuciła, że nie przyprowadza się dzieci w takie miejsca. Niech mi moje koleżanki w owym wieku wybaczą, ale napiszę - głupi babsztyl w wieku po klimakteryjnym. A w takim wieku to się siedzi w domu i czeka na śmierć. Zabolało. Wstydziłam się, że coś takiego spróbowałam zrobić. Jestem żałosna.

Wyszłam tak szybko jak tylko się dało, olewając niedojedzone ciastko czekoladowe. A na zewnątrz, znalazłam jakieś ustronne miejsce by sobie chwilę łzy uronić. O ile Wiertka ma przyśpieszenie jeden do setki w sekundę w skali wkurwu (po tatusiu), tak ja mam przyśpieszenie jeden do setki w sekundę w skali chlipania.

No to poszłyśmy na spacer, bo co mi kurwa w życiu zostało. Tylko te cholerne spacery. I wyjścia w miejsca, gdzie poziom natężenia hałasu jest równy wodospadowi Niagara. Przełaziłyśmy skwerki od Mariensztatu do Tamki, z długim postojem na jakimś placu zabaw. Dla nie znających Miasta - sporo do przełażenia. Przynajmniej plac zabaw dostarczył mi wrażeń estetycznych, bo poziom przystojności tamtejszych tatusiów w skali 1 do 10 uznałabym za 9,5. Co się dziwić, metr okolicznych mieszkań kosztuje więcej niż moje roczne zarobki. Jednak potem wracając przypomniałam sobie, że gdzieś tu wynajmuje mieszkanie mój szef i rozumiem już sekret tej przystojności - drogie i modne elementy statusu zewnętrznego, a pod spodem balansowanie na skraju płynności finansowej.

Szybko nie odważę się zabrać dziecka w miejsce wydarzeń dla ludzi kulturalnych i poważnych.

09:02, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Weekend z dzieciakiem

Zaskakujące, że w sobotę robiłyśmy z Wiertka rzeczy nie forsujące, by odpocząć po poprzedniej Nocy Pragi, a zmęczona byłam bardziej niż w niedzielę.

Zakupy, długi spacer, plac zabaw, gotowanie kilku rzeczy, by było co zjeść w tygodniu, obiad.

Dygresja - ostatnio nie chciało mi się gotować, więc albo jadłam jakiś fast-food w pracy, albo żywiłam siebie i dziecko sklepową garmażerką (pierogi, naleśniki, itp). Lata temu koleżanka, na studiach, koleżanka z roku wyznała, że w ich domu zazwyczaj jadało się rzeczy do podgrzania, czy już przygotowane, z rzadka się gotowało. Zachwyciło mnie to. Wychowana w domu, gdzie co dzień ciepły obiad wjeżdżał na stół, ucieszyła mnie myśl, że można być dobrą matką i dawać dziecku obiad kupiony. Można być dobrą matka i nie stać dzień w dzień przy kuchni. Gorzej, zazwyczaj to takie kupne żarcie zawsze bardziej mi smakowało niż domowe. A moja matka dobrze gotowała.

Dygresja druga - tak okrutnie traktuję kulinarnie dziecko i siebie, niekoniecznie z lenistwa. Wybierając pomiędzy tkwieniem nad garami, a wyjściem z dzieckiem na plac zabaw, wybieram to pierwsze. Chociażby dlatego, że wolę - zmęczona po pracy - spacerować niż gotować ;) Od 17.00 do 19.30/20.00, z krótką przerwą na szybkie zjedzenie czegoś w domu, jesteśmy na świeżym powietrzu.

Dygresja służyła temu, żeby wyjaśnić, że jednak jedzenie kupne kosztuje i na ten tydzień postanowiłam zrobić obiady odgrzewane z zamrażarki ;) Efekt był taki, że w połowie soboty włączyłam dziecku Elmo i położyłam się chwilę poleżeć. Potem Wiertka dołączyła do mnie i dwie godziny spałyśmy jak małe dzieci :)

Ale niedziela miała być dniem zajętym :) Ranek przeszedł na ogarnianiu mieszkania i wielkim myciu podłóg, bo pogromie karaluchów. Najpierw, w ramach, spaceru przeszłyśmy się, via plac zabaw, na skwerek przy kamiennicy, gdzie tego dnia charytatywnie zbierano koce, karmę dla psów ze schroniska. W ramach podzięki był żurek, kiełbasa z grilla, baloniki i soczki :) Z braku wkładu materialnego, dałam wkład pieniężny. Dziecko się czasem przydaje, bo sama bym tam nie przyszła, byłoby mi głupio, szybko bym uciekła. A tak siedziałyśmy sobie na ławeczce, w grupie, dziecko cieszyło się balonem i sokiem, podjadłyśmy trochę. Klimat dzielnicy był.

W ramach drugiego, popołudniowego spaceru, poszłyśmy na koncert do domu kultury. Są to zajęcia edukacyjne dla dzieci. Szkoda, że dopiero teraz na nie trafiłam. Panie grają na fortepianie, flecie, skrzypcach różne utwory klasyczne, można dowiedzieć się czegoś z dziedziny muzyki. Nawet dorosły odświeża sobie pamięć. Pomiędzy utworami była pogadanka skierowana bardziej do dzieciaków na przełomie przedszkola i szkoły, więc Wiertka trochę się nudziła. Gdy grano słuchała, klaskała do rytmu, machała rękoma, ale gdy mówiono, to już się wierciła wierciowatością sobie tylko znaną. Za to obejrzała sobie fortepian, mogła zajrzeć do środka. Po 40 minutach już nawet w czasie utworu próbowała przesuwać krzesełka, uznałam więc, że jej percepcyjna cierpliwość została wyczerpana. Cicho pożegnałyśmy się.

A reszta niedzieli spędzona na placu zabaw :)

I co dziwne, to w sobotę padałam na twarz, a w niedzielę nawet przez chwilę nie poczułam się zmęczona.

15:16, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 czerwca 2012
Nasza Noc Pragi

Wyjątkowo będę używać prawdziwych nazw, bo to idiotycznie będzie wyglądać z jakimiś zamiennikami.

Piszę z opóźnieniem. W piątek wróciłyśmy z Wiertką nieśpiesznie ze żłobka, w domu szybko coś zjadłyśmy i wyszłyśmy na Noc Pragi. Noc Pragi - czas koncertów, wernisaży, wydarzeń artystycznych. Daleko nie było :) Przejrzałam listę i wypisałam sobie miejsca, gdzie można by wpaść i dziecko nie narobi obciachu. A dziecko samo zweryfikowało plany :)

"Najsampierw" wystawa dziecięcych rysunków w "To Tu", gdzie mała dała się poczęstować lizakiem, ja tylko chwyciłam kilka folderów i wyszłyśmy. Dziecko okazało się niewrażliwe na sztukę wizualną. Kilka metrów dalej zaciągnęła mnie do "Konesera". Pomyślałam, że czemu nie, zajrzymy i pójdziemy dalej. A tam nas wciągnęło. Było boisko z piasku. Grałyśmy w badmintona, kręciłyśmy hula-hop, skakałyśmy na skakance. Głównie robiłam to ja, płonąć ze wstydu, bo szło mi tak sobie :)

Dookoła mnóstwo pięknych i stuningowanych towarzysko ludzi. Leżaczki, piwko, mojito. W skali lansu 1-10 było chyba dlatego tylko 7, bo ja z Wiertką zaniżałyśmy poziom ;) Dobra zazdrościłam im tych leżaków, piwa, mojito, biegając za dzieckiem :)

Zajrzałyśmy do środka, a tam w sali był koncert. I tak oto straciłam dziecko :) Nieważne, że tłum, nieważne, że ciemno, nieważne, że głośno. Za to na scenie grają, światła migocą i dymy się snują. Wiertka utknęła tam na dobre. Grali "Paula i Karol", muzyka miła, rytmiczna, z klimatem. Koncert się skończył, wszyscy wychodzą, a moje dziecko kładzie się na podłodze z wyciem, bo chce zostać :) W końcu wyszła :) Mam klubową dziewczynę w domu :) Chyba powinnam z nią regularnie chodzić na jakieś koncerty :) A nie poszłam na Czesława, bo bałam się, że z takim dzieckiem się nie da. Ja głupia.

Marzyłam o zimnym piwie, ale bezalkoholowego nie mieli. Dziecko nic w życiu nie zmienia? Zaryzykuj wypić piwo przy ruchliwej 2,5 latce ;) Skończyło się na wodzie, niewiele tańszej. Ale dzieci było trochę na sali, więc atmosfera była bardzo fajna. Gdy byłam jeszcze bezdzietna i patrzyłam na takie sceny, to właśnie wyobrażałam sobie, że jak będę mamą, to będę z dzieckiem chodzić, gdzie się da i to takie słodkie :)

Hasło - koncert i moje dziecko gna jak wariatka z powrotem na salę :) Tym razem - nazwy grupy nie pamiętam - muzyka była chyba eksperymentalna. Przyrównałabym to do skreczowania sygnału kontrolnego TVP na saksofonie lub tego co robił swego czasu John Cage. Wiertka zniosła to tylko przez minutę, dwie i wyszła z sali. Jednak w tym wieku linia melodyczna gra decydującą rolę.

Dotarła moja koleżanka Jot, ze swoją młodszą córką. Na tyle dużą, że to inny już świat niż Wiertka. Upiłam od niej trochę piwa, zazdroszcząc, że może już sobie jedno wypić przy dziecku, bez obawy, że straci czujność na sekundę. Utknęłyśmy na trochę w pobliskim antykwariacie. Złamałam się i kupiłam "Wahadło Foucaulta" Eco, które przeczytałam 1,5 dekady temu ledwo co rozumiejąc i teraz chciałabym sprawdzić, czy może już moje horyzonty tak się rozchyliły, że dam radę złapać o co chodziło w intrydze. Kupiłam też "Nocnego kowboja" Herlihy, bo 8 zł to w sam raz by sprawdzić, czy wersja literacka jest równie fajna jak film.

Wreszcie kebab na Ząbkowskiej, przepyszny, a  i tak dziecko zjadło mi większość. Na koniec przeszłyśmy się na pokaz baletu podniebnego. Robiło wrażenie, nawet na Wiertce. Nie dotrwałam z dzieckiem do końca, bo sama już byłam trochę zmęczona, a było już po 22.00. W domu kąpiel dziecka i o 23.00 padłyśmy.

A o reszcie weekendu, w jutrzejszym sprawozdaniu :)

15:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 czerwca 2012
Wpis delikatny

Temat delikatny i wrażliwy, ale rozszerzam granice mojego ekshibicjonizmu ;) Uwaga, będzie o karaluchach.

W jednym z poprzednich wynajmowanych mieszkań już miewałam karaluchy, więc liczyłam się z tym, że blok ze zsypem = robactwo. Przez dwa lata było prawie świetnie. Jakieś pojedyńcze sztuki wybijanie od razu. Jesienią ostatniego roku, gdy pod mój pion dotarł remont administracji na parterze (uważam, że to ich wina), w moim mieszkaniu odbyła się jakaś karalusza wersja "Gron gniewu". Z dnia na dzień pojawiły się takie ilości, jakich w życiu nie widziałam. Moja kuchnia stała się ich własnym Wybrzeżem Zachodnim. Były w pięciu różnych rozmiarach, jakbym miała zamiar handlować nimi w internecie. Wybijanie pojedyńczo nie pomagało, generalne wysprzątanie kuchni, pilnowanie porządku, zamykanie wszystkich produktów spożywczych, wywalenie jakiś drobiazgów z kąta, rozstawianie łapek, wylewanie jakiegoś środka, nic nie pomagało. To były ilości hurtowe karaluchów. Doszło do tego, że straciłam serce do mojego ślicznego, eklektycznego, miłego mieszkania. Gdy po zmroku miałam wejść do kuchni, a w końcu i do łazienki (kratka wentylacyjna!), to mi się wszystkiego odechciewało. Zdaję sobie sprawę, że gdyby wiodącym trendem w moim mieszkaniu był minimalizm, to trochę by ułatwiło sprawę :(

Pomyślałam sobie, że zaproszę kiedyś jakiegoś faceta na noc, on wejdzie wieczorem do kuchni po coś do picia i natknie się na środku blatu na wywijające po blacie stworzonka. A jeden głosem Woodego Allena, w dubbingu Jerzego Stuhra zakrzyknie na jego widok: "Stary, ty tu nie mieszkasz!". Albo zasiądzie na ubikacji i zobaczy małego druha drepczącego środkiem łazienki z pytaniem: "Którędy na Grunwald?". Nieeee. Grozi mi celibat do końca życia.

Chyba nie byłam jedyna zarzucająca administracji wywołanie apokalipsy, bo ta wynajęła firmę do dezynsekcji. Tyle, że tylko pomieszczeń wspólnych. Już widziałam te hordy zwiewające do mojego mieszkania i opłaciłam faceta by dodatkowo też obskoczył moje mieszkanie. Prędzej, czy później trzeba by było wynająć kogoś takiego.

I teraz chwilowo jest dziwnie. Bo mam "obsiukaną" podłogę w prawie całym mieszkaniu, która się jakby trochę lepi. Mam jej nie myć przez trzy dni. Efekt jest na razie taki, że wszędzie chodzę w takich kapciach-klapkach, które zdejmuję przed wejściem do dużego pokoju, strefy wolnej od środka insektobójczego. Klapki rano umyłam, by wyschły do mojego powrotu. Na dziecko dużego wpływu nie mam, ale trzeba będzie częściej myć podłogę w pokoju. Nie wolno jej biegać boso.

Rano widziałam już pierwsze martwe ofiary środka i mam nadzieję, że to na jakiś czas pomoże.

Jak nie pomoże, to chyba zostanie sposób na oficer Ripley, czyli wyniesienie z kuchni mebli i następnie wejście tam z miotaczem ognia.

15:27, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 czerwca 2012
Plujka

Początkowo nie wiedziałam, o co Wiertce chodzi, gdy z jej ust wyciekały bąbelki śliny i ściekały po brodzie. Dopiero jak rzeczona ślina prawie do mnie doleciała, zorientowałam się, że mi dziecko pluje. I doskonali technikę. Patrzy tymi diablikami w moje oczy i pluje. I co mi zrobisz?

Pomyślałam, że jednak nawiązuje w żłobku kontakty społeczne. Nie do końca tak, jakbym sobie wymarzyła, ale nawiązuje. Tylko - ignorować, tłumaczyć? Na razie ignoruję, bo maluchy często wygaszają zachowania, na które nie widzą reakcji. Z tłumaczeniem mam moralny problem, bo często w życiu słyszałam: nie wolno, nie wypada, panienka z dobrego domu tak się nie zachowuje i moja reakcja była zazwyczaj odwrotna. I teraz sama mam mówić takie teksty? :D

A tu nagle, ostatniej niedzieli, zagadka się wyjaśniła, gdy odbierałam Wiertkę od ojca. To starszy brat przyrodni nauczył ją pluć. Myślałam, że 12letni chłopcy mają już więcej rozsądku :) Na moją uwagę, że jak ją teraz nauczył, to niech teraz jej wytłumaczy, że nie wolno, usłyszałam od Młodego - rolą mężczyzn jest uczyć, rolą matek mówić, że nie wolno. Dowiedziałam się przy okazji, że bawią się przewalanie po łóżku połączone z waleniem się rękoma po twarzy oraz walki na miecze. Walkę sama widziałam - Młody staje z 1,5 metrową drewnianą halabardą, a mała z metrową drewnianą ciupagą i stukają się nimi. Fajnie jest mieć starszego brata :)

Za to 14 letnia, starsza siostra wychodzi z nią na place zabaw, bo panowie nie lubią wychodzić na świeże powietrze, mają dusze informatyków. Oraz były ostatnio... na mszy. Tam Wiertka zachowywała się, jak na nią, zadziwiająco poprawnie. Tylko utopiła misia w misie z wodą święcona oraz głośno śpiewała. A nie mówiłam, że jak Bóg istnieje, to sobie znajdzie drogę do mojego dziecka.

Co się dziwić, że Wiertka na placach zabaw lgnie do starszych dzieci.

15:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi