To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 29 czerwca 2013
Głębokie N

Przez ostatnie dni kraj żyje reportażem Mariusza Szczygła „Śliczny i posłuszny”. A potem szybko zapomni. We mnie też ta historia jakoś żyje, mam swoje uwagi do całego zamieszania.

W skrócie dla tych, którzy poza krajem, albo nie są na tyle szaleni by wydawać forsę na Publio. To powrót do bohaterki pewnego reportażu sprzed trzydziestu lat. Kobieta ta przez dwa lata biła regularnie i bez emocji kilkuletniego synka swojego partnera. Za najdrobniejsze przewinienia i uchybienia, które dziś maluchom są wybaczane (typu nieumiejętność nawleczenia poszewki na poduszkę). Pewnego wieczoru przesadziła i zatłukła go na śmierć. Nie tak od razu. Umierał kilka godzin, ale rodzice uznali to przejaw marudzenia dziecka.

Tak, lektura pierwszej części reportażu, z relacją z sali rozpraw, rozmów ze świadkami jest jak spacer pomiędzy krzewami ostów. Gdy dzień wcześniej spaliło się skórę słońcem. Wiedziałam, że to będzie trudny tekst. Czekałam dwa dni, by się do niego zabrać.

To jednak nie koniec. Reszta reportażu jest m.in. powrotem do tego, kim ta kobieta jest dziś. Po tym jak dostała 15 lat wyroku, z których odsiedziała w więzieniu 10 lat. Gdy wyrok uległ zatarciu, wróciła do zawodu nauczycielki, jest dziś szanowanych pedagogiem, ekspertem MEN od wychowania dzieci. I z tego powodu wybuchła medialna burza. Która tak zaskoczyła Szczygła.

Starał się jak mógł zatrzeć wszelkie możliwe tropy do rozpoznania bohaterki. Nie przewidział, że nie dotarł do wszystkich jej wywiadów. Ktoś to szybko nadrobił i już po kilku godzinach w sieci było jej prawdziwe dane i adres (to samo mieszkanie,  w którym pobiła śmiertelnie dziecko). Szybko udały się tam tabloidy. Bo w naszym społeczeństwie możesz tłuc dziecko, żaden z sąsiadów się nie pofatyguje. Ci sami ludzie pójdą z pochodniami na kogoś innego, kto uderzył raz za mocno.

Dla mnie reportaż nie był obiektywny. Tak jak i ten sprzed trzydziestu lat. Wtedy akcent położono na to, że bohaterka pochodzi z tradycyjnej, inteligenckiej rodziny, od pokoleń wydającej szanowanych naukowców. Popatrz prosty robotniku, synu chłopa spod Białegostoku – tacy szlachetni, wykształceni i zadzierający nosa, a w środku zimne wychowywanie dziecka i sztywne trzymanie się zasad (nasza bohaterka także była regularnie bita za drobne wykroczenia). Dziś Szczygieł podkreśla, że kobieta była i jest mocno wierzącą katoliczką, katechetką, wtedy żyjącą w „białym związku” (bo bez sakramentu). Kiedyś wbijano szpilę za rodzinę pochodzenia, dziś za wartości, jakie się wyznaje. Ciekawe, co będzie zarzutem w ponownym reportażu za trzydzieści lat?

Inna kwestia to konstrukcja reportażu. Szczygieł poszedł tropem „śledztwa” i tak snuje opowieść. Stary reportaż przesłał mu mailem tajemniczy / a N, który / a potem podsyła nowe tropy, nowe artykuły, wywiady – niczym Głębokie Gardło panów Woodwarda i Bernsteina. Ciekawość zżera, kim jest ta osoba. Wie tyle o Ewie i małym Tomku, że może to być ktoś z bliskiej rodziny morderczyni lub chłopczyka. Ktoś, kto żył przez trzy dekady złością, gniewem i pragnieniem zemsty. Zapewne Szczygieł nie był pierwszym dziennikarzem, którego próbował tematem zainteresować. A może N to sam Szczygieł, który miał taki pomysł na tekst? Może, co ma zerowe prawdopodobieństwo, N to sama Ewa, która umiera od trzydziestu lat z poczucia winy i teraz chce odkupienia? Nie chciała się wypowiedzieć w reportażu. Raczej to nie ona. Nie zdziwiłabym się, gdyby to N wrzucił do sieci prawdziwe dane i adres Ewy.

Teks jest linearny, chronologiczny. Można z niego jednak wywnioskować, w jakiej atmosferze, jak była wychowywana Ewa. Gdyby Szczygieł skonstruował reportaż tak – historia bitej codziennie przez mamusię dziewczynki, dziewczynki, która by ocalić psychikę, musi zamrozić emocje, oddzielić je od myśli, historia punktu, w którym dziewczynka jest dziś, jako dorosła kobieta, dziewczynka odniosła sukces życiowy i zawodowy, a na koniec kawałek o tym, że dziewczynka, jako młoda kobieta biła, aż zakatowała sześcioletnie dziecko. Wierzycie, że nikt tak szybko by nie pobiegł spalić jej dom? Tekst, to jak się go pisze, jest siłą.

Być może Tomek, gdyby przeżył, dziś tłukłby swoje dzieci i swoją żonę.

Niby widać, że Szczygieł stara się być obiektywny, ale jest tak przekonujące, jak jego zdziwienia w czasie prowadzenia programu sprzed dwóch dekad („Ach, tak? Rozmawia pani z kosmitami? To fascynujące. A może to nie kosmici?”). Taki „adwokat diabła”, który robi to, bo musi.

W tej historii brakuje jednej ważnej rzeczy. Jednej ważnej rzeczy, której ludzie pragną. Żalu za grzech i odkupienia win. W powszechnym przekonaniu kara więzienia nie pełni tej funkcji. Ewa nie chciała dopisać swojej części reportażu. Nie wiemy, czy żałuje, czy ma wyrzuty sumienia, czy odkupiła tamtą zbrodnię. Tego pragną ludzie. Dramatu, łez i przeprosin. Być może w jej przekonaniu odkupiła – tamten związek nie przetrwał, z nikim się nie związała, poświęciła się nauczaniu dzieci. Może dla niej, to jest próba naprawiania?

Nie tłumaczę tej kobiety. Widzę to bite płaczące dziecko, które szuka pomocy wśród innych członków rodziny, pań w przedszkolu, ale oni albo nie mają czasu, albo odwagi coś zrobić z katowanym dzieckiem. Widzę swoją złość na moje dziecko, z którą to złością walczę. Bo wole zniszczyć siebie niż ją. A inni pewnie widzą siebie, jako małe bite dzieci.



16:53, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 27 czerwca 2013
Piękne i pogodne
Dziś będę pisać na blogu o pięknych, pogodnych rzeczach.

Nie dlatego, że jestem w pięknym, pogodnym nastroju. Wręcz przeciwnie! Od trzech dni mam "ostatni dzień cyklu" i tylko inne kobiety wiedzą, co oznacza w praktyce taki stan :)  Dzięki temu banalnie łatwo wchodzę w pieniackie dyskusje, po których w środku rezonują mi nerwy przez kwadranse. A w torebce miałam tylko jedną pasylkę Validolu i już spożyta :)

W takim razie muszę to jakoś zrównoważyć :) Jeśli będę pisać o miłych rzeczach, to ustawię sobie jakoś nastrój.
Niedawno dotarłam na zajęcia jogi. Tydzień wcześniej nie było mnie, bo Wiertka po wyjściu z przedszkola dostała ataku histerii, który okazał się być tradycyjnym w ciągu następnych dni. Miało być przyjemnie :)  Wracam do jogi. Dziecko pojechało do ojca. Na zajęciach, jako jedynej w trzyosobowej grupie, udało mi się od razu zrobić pewną skomplikowaną asasanę, dzięki której wyglądałam jak znak paragrafu. Sukces, bo para, która ze mną razem ćwiczy jest dłuższa stażem i im zawsze wszystko wychodzi. Potem była pozycja wisząca z głową w dół, z pasami, której zawsze odmawiam wykonania. Tym razem mnie namówili. Z pomocą instruktorki udało się! Biorąc pod uwagę moją inteligencję kinestetyczną oraz świadomość własnego ciała to sukces! Ja nigdy w życiu nie zwisałam głową w dół! Nawet z trzepaka w dzieciństwie. To dla mojego ciała szok. Nie wykluczone, że będę chciała jeszcze.
Tak jak kiedyś, na zajęcia dotarłam ledwo trzymając się na nogach, z nerwami jak kupa złomu (po ostatnim tygodniu zalewu dziecięcej histerii), a wyszłam jak po działce efedryny. Nakręcona i pogodna.

Zaś wczoraj dostałam maila z Pracowni Opowieści :) Ogłosili nabór na letnie warsztaty pisarskie. Trzeba było najpierw wysłać próbkę swojego tekstu by się zakwalifikować. W pierwszej chwili od razu to odrzuciłam, bo warsztaty dokładnie na drugim końcu kraju, w dodatku tygodniowe, albo dłuższe. Ale pisali coś, że będą dopasowywać grupy. Znowu napisali na FB i wysłałam w końcu coś swojego ostatniego dnia, późnym wieczorem. Po prostu chciałam sprawdzić, czy ten tekst ma szansę na bycie dobrym kawałkiem literatury. Podejrzewam, że ze względu na formułę codziennych spotkań, zgłoszeń było mało. Bo zakwalifikowali mnie!

Połechtało to moją próżność :) I tyle. Urlopu w pracy nie dostanę, bo w tej firmie to gorący okres sprzedażowy. Pieniędzy nawet na rachunki chyba nie starczy, co dopiero na bilet do Miasta Opowieści i tani nocleg tam. I co najistotniejsze nie mam z kim zostawić dziecka. W sezonie letnim jej ojciec zgadza się tylko na pojedyńcze wieczory w tygodniu (o tym też mógłby być wpis).
Ale miło, że tekst został doceniony :)



21:42, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 26 czerwca 2013
Słowo na S
Semestr na genderach kończył się, trzeba było pomyśleć o zaliczeniu. Na początku zajęć prowadząca powiedziała, że oczekuje trzy-pięcio stronicowego eseju związanego z tematem samotnego macierzyństwa. Potem jednak kładła tyle nacisku na aspekty prawne, kwestie pojęć, zwracała uwagę, że nie chce przeglądów „jak to się żyje samotnym matkom” (na mój pomysł, że napiszę tekst o tym jak się SM szuka pracy). Ok. O moim kolejnym pomyśle będzie za chwilę. Jeśli chodzi o resztę grupy, to na te siedem osób w terminie esej oddało… dwie. Reszta nie miała pomysłu na pracę, a raczej była skołowana wymaganiami hermetycznej językowo prowadzącej :)

Pomysł na mój esej podsunęła chyba sokramka jakiś czas temu. Powiedziała, czy napisała, że nadal czuje się samotną matką. Ciekawe czy jest przypadkiem jednostkowym, czy to szersza kwestia? I tak wpadłam na temat pracy zaliczeniowej – czy wejście w kolejny związek, narodziny wspólnego dziecka zmieniają coś w postrzeganiu siebie jako samotnej matki. Kilka moich koleżanek (w tym sokramka), dokładnie pięć, zgodziło się odpowiedzieć na trzy krótkie pytania. Wiem, że nie jest to próba reprezentatywna i nie można wyciągać z tego wniosków na całą grupę samotnych matek.
Całej pracy streszczać nie będę, choć obszerna nie była i zajęła by tyle miejsca, co wpisy na innych opiniotwórczych, społecznych blogach :) Szczególnie, że miała tyle cytatów, co dobra szarlotka jabłek. Wniosek wychodził z tego jeden – samotna matka to tożsamość, która zostaje praktycznie do końca życia. Nowy partner, małżeństwo nie zmienia tego, bo nadal trzeba samodzielnie podejmować decyzje dotyczące dziecka, ponosić ich konsekwencje. On tego z kobiety nie zdejmie, a czasem nawet nie chce. Nie wiem, na ile w tym, dystansu jaki mężczyźni wyrabiają wobec pasierbów, na ile nieumiejętność wpuszczenia przez kobietę kogoś z zewnątrz w procesy decyzyjne, które dotąd podejmowała sama. Jak głęboko można wpuścić nowego mężczyznę w sprawy związane z nie jego dzieckiem? Nie łudzę się, modlitwy w stylu „ach, kto jeszcze pokocha mnie i moje dziecko” są z gatunku telenoweli. Wystarczy, że będzie lubił, akceptował i przejmował się czasami. Prawie wszystkie kobiety, które się wypowiadały związane są z mężczyznami, którzy sami mają dzieci z poprzedniego związku. Może wtedy jest prościej – ona oblatuje sprawy swoich dzieciaków, on swoich, a razem, gdy narodzi się wspólne.

Wyjątkiem jest rodzina, którą założyła jedna z moich koleżanek (podczytująca czasem bloga, zalinkowana przez mnie), która ma ze swoim mężem ciepłą rodzinę, gdzie on uznaje jej starsze dziecko za własne, a ona pomaga w wychowaniu codziennym jego dziecka. Aż się zastanawiam, czy to nie dlatego, że on pochodzi z kręgu kulturowego, gdzie rodzina to rozrośnięty, wspierający się wzajemnie klan.

Dlatego to „słowo na S”, to nie samotność wcale, niekoniecznie też samodzielność. To samodecyzyjność. I ciężar ponoszenia konsekwencji tych decyzji, problemami z nimi związanymi.

Okazało się, że prowadząca jest zachwycona moim esejem i uważa, że to może być zaczątek nad pracą doktorską dotyczącą tożsamości samotnych matek (ona zajmuje się kwestiami prawnymi). Miło mi, ale pociągnąć tematu nie mogę, bo nie stać mnie na doktoryzowanie się na prywatnej uczelni, a państwowa by mnie już nie przyjęła (szczególnie, że tym bardziej nie byłoby mnie stać). Potrzebowałabym solidnego grantu naukowego ;)
Na koniec jeszcze dwie refleksje, dwie historie związane z samotnym macierzyństwem i państwowymi procedurami. Pierwszą opowiedziała nam na tych ostatnich zajęciach dziewczyna. W moim Mieście powstał do dla samotnych matek. Zapełnił się błyskawicznie. Przydział dostała tam pewna kobieta w trakcie rozwodu. Tyle, że w informacji było mowa o jej starszej córce, 7lat, nic o młodszej 3latce. Zagubiona stawiła się w ośrodku z jednym dzieckiem, do wyjaśnienia. Tu moim zdaniem popełniła błąd. I usłyszała, że - wg urzędnika - charakter jej pracy, trzy zmianowy, nie pozwala na opiekowanie się młodszym dzieckiem. Starszym za to tak, choć nadal jest poniżej granicy wiekowej by zostawać samo w domu. Przypominam, że mają mieszkać w Domu Samotnej Matki. Pustkowie. Dostała wybór - albo zmienia pracę, zmienia godziny pracy, albo dziecko zostaje u ojca. Zmiana pracy oznacza bezrobocie, zmiana godzin pracy oznacza mniejsze zarobki i zniweczenie szansy na samodzielność. Ojciec dzieci złożył wniosek o przejęcie opieki nad dwójką :( Wiem, mamy czasy równouprawnienia w systemie opieki. Instytucja mająca pomóc samotnej matce, pozbawia ją dzieci.
Druga sprawa dotyczy znanej mi przelotnie internetowej samotnej matki. Miała w planach urlop w ciepłym miejscu dla siebie i dwójki dzieci. Niestety, ich ojciec zablokował wydanie paszportu motywując to tym, że matka wywiezie je za granicę. Na rozprawie sędzia pozwolił na wydanie paszportu... Tylko starszemu dziecku. matka usłyszała, że wcale nie musi spędzać wakacji z dwójką dzieci... Tak na prawdę nie ma już argumentów. Bo jakich użyć???
Czyli jak widać nie do końca słowo na S. Ostatnie S ma państwo.
Dobra, od dziś trzymam się jednej czcionki :)



21:13, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 czerwca 2013
Jestem ojcem ;)
Taką refleksję - jestem ojcem - wyniosłam z ostatnich zajęć genderowych :) Po dyskusji nad pewnym tekstem o "Matce Polce Gastronomicznej". I wpadłam na to dopiero teraz, bo wcześniej tylko się dziwiłam.
Otóż matka wychodzi z dziecięciem  na spacer uzbrojona lepiej niż James Bond - w napoje, przekąski, przegryzki, chusteczki suche, chusteczki mokre, zabawki. Ojciec po prostu wychodzi z dzieckiem :) Ok. Picie rozumiem - dzieci potrzebują pić, chusteczki rozumiem, szczególnie odkąd moje dziecko ma ciągłego gluta (choć zabieram tylko higieniczne, o tych mokrych ciągle zapominam). A jedzenie? Tyle się pisze o stałych porach posiłków, walczeniu z nawykiem podjadania, a własnemu dziecku co chwila podtyka się żarcie w paszczę. Może łatwiej mi było, bo Wiertka była karmiona mlekiem z butelki, o stałych porach, pomiędzy nimi tylko woda. Potem gdy wprowadzałam stałe pokarmy także tylko o stałych porach. Dopiero teraz połapałam się, że ja na spacery, czy wycieczki nigdy nie brałam jedzenia - żadnych biszkoptów, paluszków, chrupek, babeczek domowo wypiekanych. Dziecko je o danej godzinie i albo wtedy jesteśmy w domu, albo mam to przygotowane. A Wiertka nigdy nie chciała jeść poza tymi porami. Jasne, że teraz jak jest starsza to, a to lody, a to soczek, a to Mamba, ale przyznajmy - co to ma z głodem wspólnego? Tak widzę na placu zabaw matki z przekąskami dla dzieci, ale czy te dzieci na prawdę są głodne, czy tylko lubią sobie podjeść?

I wychodzi, że jestem ojcem :)

Inny, krótko poruszony, aspekt to taki, że polscy rodzice (może nie tylko) mają obsesję na punkcie jedzenia  dziecka, podsycanego jeszcze przez poradniki i rubryki w gazetach. Najpierw czy najada się z piersi? Czy wypija odpowiednia porcję mleka? Potem czy chce jeść nowe pokarmy? Nie chce jeść! Nie chce już mleka! Potem nie jada tyle ile powinno. Ile powinno? Tyle ile powinno :) Jeść, jeść, jeść. Jak nie je, to coś jest nie tak :)  Sama pamiętam
jak obawiałam się, że Wiertka prawie nic nie je w domu. Okazało się, że w żłobku / przedszkolu je aż za dobrze. To niech się przegładza w domu. Na koniec doświadczenia placówek edukacyjnych, gdzie czytam, że (opowieść dyrektorki przedszkola międzynarodowego) zagraniczny rodzic pyta się o zajęcia edukacyjne, polski - czy dziecko zjadło :)  Na ostatnim u nas zebraniu z dyrektor przedszkola także jej uwaga:
- Pytajcie się państwo czego dziecko nowego się nauczyło, nie ile zjadło.
Widać obsesja żywieniowa trwa :)
A potem dziecko wymyka się kontroli rodziców. Wymyka się do sklepików. Jakiś czas temu
rozmawiałam z jednym z naszych przedstawicieli handlowych zajmujących się sokami owocowymi. W szkolnym sklepiku nie chcieli zamawiać, bo są eko. Bardzo się chwali. Poszedł do sklepu spożywczego na przeciw szkoły i to usłyszał od sprzedawcy:
- Która godzina? Dwunasta? Pan wpadnie po czternastej. Dzieciaki wyjdą po lekcjach i zobaczymy ile zostanie towaru.
To tyle jeśli chodzi o bycie eko :)
Moje pokolenie jeszcze pamięta tekst przy obiedzie "ziemniaki zostaw, tylko dokończ mięso". Zostawienie kotleta było grzechem żywieniowym :) W czasach kartek żywieniowych na pewno tak :)  W czasach, gdy kurczaka tuczyło się
miesiącami, nie w sześć tygodni - na pewno tak :)  Ale pamiętam także, że mama przyrządzała surówki, którymi z bratem gardziliśmy. Do dziś mam ten obraz przed oczami i jej "jedzcie surówkę" :)
To byłby temat rzeka. Bo przecież jedzenie to miłość. Przez żołądek do serca. Gdy chcesz uwieść mężczyznę - gotujesz mu.  Chcesz zaciągnąć kobietę do łóżka - gotujesz jej :) Przynajmniej ze mną to działa...
Może jeszcze do tego wrócę. Bo skupienie się na jedzeniu, nadawanie mu dużej rangi nie jest kwestią dzisiejszych czasów. To pokoleniowe.  Może to charakterystyczne dla społeczeństw, grup dotkniętych kiedyś biedą?

Wpis poszedł w inną stronę do końca, bo miało być jeszcze o tym jak zapoczątkowałam badania nad tożsamością samotnych matek i jak je szybko zakończyłam z braku grantu naukowego :)  Będzie o tym wpis :)
20:36, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Jak dobrze mieć sąsiada
To wydarzenie z niedzieli, ale nie wczorajszej, tylko tej wcześniejszej.

Na moim osiedlu odbył się Artystyczny Piknik Sąsiedzki. Sam pomysł od razu mnie zachwycił. Sąsiedzki!

Bo jestem staroświecka. Tęsknię za czasami, gdy sąsiad nie był kłopotliwym dodatkiem do apartamentu w kredycie na 120% we frankach szwajcarskich. Ach gdyby była opcja - "wyłącz sąsiadów". Mnie cieszy to, że sąsiadom mówię "dzień dobry" w windzie, pod blokiem. Miłe, że wymieniamy się uwagami, zagadują moje dziecko. Mam tylko jeden drobny problem - moje rozpoznawanie twarzy łączę z otoczeniem, z którego twarz pochodzi: istnieje ryzyko, że takiego sąsiada zignoruję gdzieś na mieście, ale zanotuje, że skądś tę osobę znam :) Gdy się sprowadziłam miałam ochotę niczym Bree Van De Kamp odwiedzić najbliższych sąsiadów z ciasteczkami :) Tak tylko zapukałam i ostrzegłam, że odbędzie się cyklinowanie i lakierowanie podłóg :)  Tak, bo za klimatami Wisteria Lane także tęsknię. Ich mikrocząstkę mam na placu zabaw, gdy rozmawiam z innymi mamami - po tym jak zostałam w tą społeczność wciągnięta. 
Hołdując szkatułkowej dygresji, dodam tylko, że wciągnęła mnie mama dziewczynki o pół roku starszej od Wiertki - mieszka kilka pięter wyżej, w tej samej klatce. Sama zagadała dawno temu, przedstawiła. Niekoniecznie musimy być z jednej baki, ale ja niczym Rhett Butler zakochany w swojej Bunny, dla córki zintegruję się :) Warto by miała pod bokiem koleżankę z klasy (obie z sąsiadką myślimy o tej samej szkole podstawowej), albo towarzyszkę zabawy (my obie matki chyba kombinujemy jak tu załatwić dziecku towarzystwo w bloku na bure dni). Wiem, wiem, że sąsiedzkie kontakty to także wciskanie nosa w nie swoje, a konkretnie moje życie  :)
Wracam do Pikniku Sąsiedzkiego. Okazało się, że nie jest to inicjatywa oddolna - aż tak pięknie nie jest. Zorganizowali to - Fundacja Nowa Orkiestra Kameralna oraz moja Spółdzielnia Mieszkaniowa. Były występy kwartetu smyczkowego, chóru, wspólne śpiewanie. Dla dzieci zajęcia plastyczne, muzyczne i konkursy sportowe. Wiertka biegała od konkursu do konkursu i pieczołowicie
zbierała pieczątki za udział :) Kilka pań z biura Spółdzielni upiekło ciasta, babeczki. Można się było dołączyć ze swoimi wypiekami. Nie chciałam się skompromitować i przyniosłam dużą paczkę paluszków. Też wyjedli :)
A to wszystko na terenie pomiędzy blokami. Dodam, z nadzieją, że nikt w gugle nie zlokalizuje, gdzie mieszkam, że bloki spółdzielni powstawały w czasach, gdy priorytetem nie było jeszcze upchnięcie jak największej liczby mieszkańców + wyłożenie wszystkiego kostką Bauma. Bloki są, o zgrozo, dziesięciopiętrowe, za to przed nimi roztacza się szeroki pas trawy z placem zabaw, boiskiem, górką saneczkową oraz innymi dziwnymi rzeczami. Aż się boję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i wstawi tam sześć czteropiętrowców otoczonych sześciopiętrowym płotem dokoła + siatka maskująca nad wszystkim. Szczególnie, że Spółdzielnia nie jest właścicielem terenu :(
Przyszły głównie osoby w starszym wieku i rodzice z dziećmi. Chyba single nie za bardzo mają ochotę się integrować lokalnie. Pojechali do parku linowego, opróżnić stację Veturilo, albo lansować się z piwem nad Wisłą ;)
Może lokalność doceniasz dopiero mając dziecko lub wchodząc w wiek emerycki.
Jestem ciekawa jak by to wszystko wyszło, gdyby teraz sama wydrukowała ulotki i wrzuciła do skrzynek na listy, proponując spotkanie składkowe, w tym samym miejscu. Nie mam tyle odwagi. A Wiertka pyta się, kiedy następny piknik :)



20:01, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 czerwca 2013
Noc Kupały

Ostatnio Wiertka ma trudne dni, a ja PMS. Dodatkowo upał. Uznałam więc, że przyda się "nudny weekend", gdy nic się szczególnego nie dzieje. Dla wyciszenia.

Bo ile rzeczy można robić w takiej temperaturze? Rankiem zakupy na bazarku. W domu trochę sprzątania, gotowanie dwóch obiadów (mrożąc na porcję nawet więcej, ale Mała wyjadła większość mielonych). Potem sjesta, bo padłam. Dziecko bawiło się obok i coś oglądało.

Wreszcie, gdy upał zelżał, po 16.00, wyszłyśmy na spacer do parku. Obiecałam Wiertce, że uwijemy wianki z kwiatków i zrzucimy do wody z mostu. Jak tradycja, to tradycja :) W parku jedyne legalnie dostępne kwiatki, to takie bialutkie, malutkie, cieniutkie. Moja próba uplecenia wianka dała efekt, z którym wianek ma tyle wspólnego, co ja z dziewictwem :) W takim razie zostawiłam, to w takiej fazie jak było, a dla Małej zrobiłyśmy bukiecik. Poszłyśmy na most i rzuciłyśmy wszystko do wody.

Spróbuj rzucać drobne kwiatuszki pod wiatr... Wracały na chodnik :) Ale poszły w końcu wszystkie :) Przy okazji, dnia poprzedniego wytłumaczyłam córce ideę:

- Rzucasz wianek do wody, on płynie, a potem znajduje go jakiś chłopak i go przynosi.

Po sekundzie pomyślałam, że może nie powinnam dyskryminować.

- Albo dziewczyna. - dodałam

- To ja chcę dziewczynę. - odrzekła Wiertka

Potem spacerowałyśmy nad rzeką, byłyśmy w parku. Natrafiłyśmy na koncert. I proszę, okazało się, że to moja córka dostała się po koncercie na scenę i zawarła znajomość z gitarzystą, prezentującym jej swój instrument do potrzymania. Gdybym  była tam sama, nigdy bym nie spędziła krótkiej chwili w obecności młodego, przystojnego, rockowego artysty :) To rock patriotyczny, więc mam mieszane uczucia.

Z przystankiem na plac zabaw, w domu byłyśmy po 20.00.

A tu tyle zaległych wpisów czeka.

00:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 czerwca 2013
50 twarzy Charlesa S.
Wejdę ponownie w medialne tematy, o których się dziś dyskutuje, za tydzień nie pamięta.

Całkiem niedawno milioner Charles Saatchi w ferworze wymiany zdań chwycił mocno za szyję swoją małżonkę Nigellę  Lawson i ścisnął. W wyniku czego rzeczona małżonka wyszła z restauracji, gdzie to się działo, płacząc i państwo wrócili do domu oddzielnymi taksówkami. Stało się to, po raz kolejny przyczynkiem do dyskusji nad przemocą domową i tym, że nie jest wcale ujemnie skorelowana z poziomem dochodów, wykształcenia, obycia, czy koneksji towarzyskich.

Saatchi początkowo tłumaczył, że tak żartobliwie dyskutowali, a ona jest do łez wzruszająca się, gdy się sprzeczają. Jest to dowodem na to, że majątek, talenta artystyczne oraz zmysł do biznesu nie zawsze idą w parze z błyskotliwością odpowiedzi. Jest to inna wersja clintonowskiego "paliłem, ale nie zaciągałem się".

Pojawiło się pytanie jak to się stało, że inteligentna, bogata, zdolna, kochana przez widzów kobieta daje się tak traktować? Bo o połowę majątku biedniejsza? Chciałabym mieć 10% majątku Nigelli. Zapewne w grę wchodzi tu znany w procesie rodzenia przemocy "syndrom ugotowanej żaby" (wrzucenie do wrzątku, a powolne podgrzewanie od zimnej wody do wrzątku). Jeśli twój ukochany na pierwszej randce da ci w twarz, rzuci o ścianę i złamie rękę, będzie to na  100% ostatnia randka i jeszcze pójdziesz z tym na policję, do sądu. Jeśli to samo zrobi po czterech latach małżeństwa i będzie to setny z drobnych etapów, to nie dość, że nikomu nie powiesz, to jeszcze będziesz roztrząsać, czym go uraziłaś. A małżeństwo Lawson-Saatchi trwa już dziesięć lat. Co dla innych jest argumentem za tym, że ktoś tu  przesadza - przecież już dawno by go zostawiła. Tak, bo przemocowiec do bicia zabiera się w noc poślubną.

Myślę, że w grę wchodzi też inny czynnik. Jesteś piękna (tak, jestem w teamie fanów urody Nigelli), utalentowana, masz własne programy, książki, znają cię setki tysięcy ludzi. Spotykasz księcia z bajki - kogoś, kto ma jeszcze więcej pieniędzy, koneksji, także ma talent. Te tysiące ludzi patrzą na waszą sielankę, czytają o wspólnym domu, wzajemnej adopcji dzieci. Powiedzenie teraz publicznie, że książę z bajki cię poniża, a nawet bije jest wstydem. Milczysz więc. Im bardziej milczysz i uśmiechasz się sztucznie do fotoreporterów, tym przemoc jest częstsza. Tym bardziej wstyd.
Dygresja - znam pewną panią prokurator, silną, zdecydowaną, władczą kobietę, która gdy podniósł na nią rękę jej facet nie zadzwoniła po policję. Bo było jej wstyd przed nimi, że ona wsadzająca ludzi do więzienia jest tak traktowana. Przecież to by się rozniosło.
Tak jak ja poznałabym fajnego faceta, z pensją kilkakrotnie większą od mojej. Zamieszkalibyśmy w jego pięknym domu z ogrodem, zabierałby mnie na wakacje w egzotyczne miejsca. Opowiadałabym znajomym jak nam cudownie, zabierała na towarzyskie spotkania. I jak tu komuś powiedzieć, że raz w trakcie sprzeczki ścisnął mnie za ramię. A po pół roku, gdy nie starłam plamy po soku z blatu szarpnął za włosy. Niepostrzeżenie mija trzeci rok małżeństwa, a do mnie dociera, że przed chwilą dostałam w twarz. Jak teraz powiedzieć wszystkim, że bajka jest taka nie do końca. Trochę postmodernistyczna. Po tym jak przez trzy lata oglądali kolorowy folder reklamowy?
A jeszcze, gdy jest się osobą publiczną i to nie wiadomość dla kilkunastu osób, ale tłumów. Jeśli to pożywka medialna dla gazet.
To co przydarzyło się Nigelli uruchamia we mnie jakiś skrypt mówiący, że jeśli mężczyzna nie ma wad, to musi mieć ukrytą jakąś jedną, która mnie zniszczy.  To niekoniecznie moje rojenia. Wiem, że mam rys charakteru skłaniający do wchodzenia w toksyczne związki i tkwienia w nich jak głupia.

Nie wiem, jak rozwinie się ta historia. Ona wyjechała z dziećmi i ukryła się przed mediami. On już nie plecie głupot. Być może za kilka miesięcy pojawią się trzymając za ręce na jakimś bankiecie i wszyscy będą zachodzić w głowę, po co to wszystko. Może się rozwiodą, a patrząc na majątek Saatchiego, jego skłonności do trzymania za gardło nie zniechęcą potencjalnej żony nr cztery.

Bo żyli długo i szczęśliwie, to tylko początek kłopotów.

22:41, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 19 czerwca 2013
Wieczory autorskie

Będą zaległe wpisy.

O wieczorach autorskich w liczbie mnogiej, bo jeden prowadziłam pod koniec kwietnia, drugi w ostatnią sobotę. Na obu główną rolę grała twórczość jednej z moich koleżanek. W kwietniu świętowaliśmy wydanie jej drugiej powieści. Miałam kilka dni na przeczytanie książki, ustalałam szczegóły mailami z kawiarenki internetowej, ale poszło całkiem fajnie. Wieczór zwieńczył recital piosenek jednej z córek koleżanki. Śpiewała przepięknie przeboje z musicali, a w tym tygodniu przeszła do drugiego etapu egzaminu w Akademii Teatralnej. Zazdroszczę im tej więzi. Też bym chciała być z Wiertką tak blisko.

Sobotnie popołudnie było trudniejsze. Dowiedziałam się o wieczorze trzy dni wcześniej, gdy sama koleżanka usłyszała, że ma do wypełnienia czas, a jak i co się odbędzie zależy od niej. Fundacja udostępniała swój pałacyk, gości i powitanie :) Koleżanka spytała się mnie, czy pomogę. Czemu nie? Trochę musiałam zmodyfikować plany na sobotni wieczór, ale przyjaciółka, z którą byłam umówiona na wino, nie miała nic przeciwko spóźnieniu.

Dla odmiany, na kilka godzin przed wydarzeniem, czytałam tomik wierszy mojej koleżanki - właśnie wydawany. Czytałam, by wiedzieć o co pytać. Nie dość, że napisała dwie powieści, maluje obrazy, śpiewa, to jeszcze wydaje wiersze :) I to nie koniec planów wydawniczych. Jestem przy niej jak Salieri przy Mozarcie. Czuję zazdrość, ale nie taką prowadzącą do przecinania przewodów hamulcowych w samochodzie, czy dosypywania granulek Kreta do kawy :) Ktoś ma talent większy niż ja i determinację do pracy większą niż ja.

Zrobiłam scenariusz, bo miało być i o prozie, i o poezji, i o muzyce. Z poezją miałam drobny problem, bo wiersze są przepiękne - nie potrafię dyskutować o wierszach, je trzeba czytać.

Popołudnie było trudniejsze, bo na wcześniejszych wieczorach autorskich, które prowadziłam większość przybyłych, to byli znajomi, znajomi bohatera wieczoru, osoby sympatyzujące. A tu miały przyjść kompletnie obce osoby z okolicy... Trema była jak zwykle, ale taka motywująca - na sekundę przed rozpoczęciem masz białą plamę w mózgu, po chwili myślisz, że najwyżej będziesz improwizować, a potem idzie normalnie :)

Było mi miło, bo AJot przedstawiła mnie najpierw audytorium, przypomniała, że także kiedyś powieść popełniłam. W kuluarach mówiła mi, że lubi jak prowadzę z nią te wieczory, bo jestem zwięzła. Niekiedy prowadzący mówi więcej niż zaproszony artysta :) A ona mówi ciekawie, ze swadą, na temat. Głupie byłoby tego nie wykorzystać. Nie wiem jak bym prowadziła wieczór autorski introwertyka, z którego słowa wyciąga się pęsetą. Następnego dnia jeszcze zadzwoniła by podziękować. Na prawdę miłe.

Ostatnią częścią wieczoru, którą mogłabym już spokojnym widzem, był koncert piosenek poetyckich w wykonaniu właśnie AJot i jej partnera życiowego (jego obrazy wisiały tam w galerii).

Było pięknie.

22:13, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 czerwca 2013
Powiększona rodzina

Miałam opisać dziś wieczory autorskie jakie ostatnio prowadziłam, jakieś refleksje z tym związane, ale nie będę przeciągać domysłów w kwestii nowego nabytku w naszym domu :)

W domu mamy nowy byt, bo ciężko inaczej to jakoś określić. To "moja Zuzia" - tak nazywa ją Wiertka. Zuzia jest, trudno to określić. Najpierw usłyszałam w opowieści, że jest najlepszą przyjaciółką, chodzi do szkoły, umie pisać, więc moja córka też już umie. Podejrzewając co się święci spytałam się, gdzie ta Zuzia mieszka:

- Tam daleko, w pudełku. - machnęła Wiertka ręką w stronę okna.

Ach, tak. Na razie tylko wysłuchuję opowieści o "mojej Zuzi", bo dzięki nim mowa mojego dziecka się usprawnia, słownictwo jest coraz bogatsze, a wyobraźnia pracuje. Dotąd na pytanie w stylu "co robiła w przedszkolu" słyszałam coś jak:

- Nic / Jadłam / Daj spokój.

Jednowyrazowe historie. A wczoraj przed snem posłuchałam historii o "mojej Zuzi", gdzie owa Zuzia walczyła z rycerzami, pokonała smoka i skakała pod niebo. I to wszystko w kilkunastu, rozbudowanych zdaniach. Zupełnie jak nie moje dziecko.

Mam nadzieję, że nie jest to aura, która dotknęła małego Dannego Torrance z "Lśnienia", a ja nie będę niedługo biegać po osiedlu z siekiera w dłoni :)

22:57, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 czerwca 2013
Córka, będziesz szczęśliwa, cz. 3

Teraz kilka anegdotek z życia Wiertki :) Niektóre już pojawiły się na moim FB, więc dla jednych będzie to powtórzenie, dla innych nie :)

Niedawno podeszła do kobiety wyciągającej pieniądze z bankomatu z pytaniem:

- Mogę popatrzeć?

Odciągnęłam ją tłumacząc, że korzystanie z bankomatu jest jak korzystanie z toalety - to czynność intymna :)

Sondowanie przez matkę z przerostem ambicji preferencji dziecka jeśli chodzi o drogę kariery:

- Chcesz iść do szkoły muzycznej, czy sportowej? Takiej, gdzie się śpiewa, czy gdzie się biega?

- Gdzie się uczy. - odrzekło rezolutnie dziecko.

Tytułem wyjaśnienia :) W okolicy jest szkoła muzyczna, z zajęciami dla przedszkolaków, jest też podstawówka z klasami sportowymi i ośrodek sportowy szukający dzieci do drużyn piłkarskich (dziewczynki też). Nie wiązałoby się to z dojazdami, traceniem dnia. Podejrzewam, że zapędy do śpiewania i fascynacja muzyką, instrumentami (dopytuje się, czy kupimy sobie pianino :) ) klasyfikuje moje dziecko w normie dla tego wieku (nieoceniony Aries mi to uświadomił - kiedyś 3-4 latek potrafił grać na instrumencie i tańczyć proste tańce, bo taka była forma spędzania czasu i edukacji). W dodatku edukacja muzyczna wiąże się z nakładem finansowym. Jednak sport, to chyba dobry pomysł jeśli chodzi o nadaktywne, rozbiegane dziecko :)

Ostatnio ulubionym zajęciem mojego dziecka jest wycinanie nożyczkami. Wycina wszystko co wpadnie jej w ręce - kolorowanki, stare rysunki, ulotki, gazety. Muszę się pilnować i uważać, co zostawiam na wierzchu. Pocięty już został wydruk mojego opowiadania na konkurs wraz z poprawkami - na szczęście wprowadzony do komputera, gazeta, której jeszcze nie przeczytałam :) Zamiatam, zbieram i nie mam nic przeciwko. Jest to jakaś nauka zdolności manualnych. Ja pierwszy kontakt z nożyczkami - wiem, wstyd - miałam chyba dopiero w pierwszej klasie podstawówki. W dodatku były jakieś udziwnione, w kształcie ptaszka - ładne, ale cholernie nie praktyczne. Do dziś pamiętam moją frustrację związaną z mizerią wycinanych rzeczy.

Na razie tyle :) Dla podtrzymania zainteresowania - kolejny wpis dotyczący Wiertki będzie o tajemniczym członku rodziny, który się pojawił ;)

11:45, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi