To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Raport

Jednak nie będzie dzisiaj filozoficznie, jak miałam w planach. Choć może trochę i tak :)

Z mojego stażu nic nie wyszło. Nie zostanę w tej pracy. Rozmawiałam dziś na ten temat, miałam swoje argumenty, ale szefowa była zdecydowana. Na moje uwagi, wyciągała coś nowego. Tak jak podejrzewam, po prostu jest na "nie". Przykro mi, że nie mówiła nic na bieżąco, gdy mogłam jeszcze coś poprawić, czy na gorąco się ustosunkować, bronić, wyjaśniać jej pomyłki w ocenie (bo takie też były). Oczywiście było bardzo miło, serdecznie i kulturalnie - przecież jestem pisarką, mam wyższe wykształcenie, udzielam się artystycznie na mieście, taka robota jest poniżej mojego poziomu. Dwa miesiące temu o tym nie wiedziała? Jasne, zaraz złożę CV do tych firm, co to szukają pisarzy :D

Czuję się kiepsko. Jeśli ktoś ma kłopoty w jedną pracą, to - takie życie. Jeśli coś nie wyszło w następnej - zdarza się, choć nielicznym. Jeśli to następna - no sorry, coś tu z tobą człowieku jest nie tak. Tak teraz będę postrzegana. Wstyd mi też przed własnym dzieckiem. Mała rośnie, chce by jej opowiadać  o własnej pracy, panie w przedszkolu też to tego zachęcają. Chcę by była ze mnie dumna, mogła się pochwalić matką. A tu pokazujesz się jako nieudacznik i depresant. Wstydliwy parch na pięknym życiorysie.

Wkurzające jest to, że zrezygnowałam z pracy - za normalne pieniądze, bliżej domu, by wybrać tą. Teraz jestem w dupie.

Jak natknę się na czyjeś zdanie, że w Polsce najlepiej to praca po znajomości, to chyba opluję :) Mam dość małych, ciepłych, rodzinnych firemek.

Dobrze się tam czułam, świetnie mi się pracowało, choć nowe obszary stresowały. Co rano do pracy jechałam z przyjemnością. Dlaczego to niby by miało trwać? czego mi się zachciewa?

Tyle razy słyszałam od koleżanek, że powinnam zmienić zawód, zająć się czymś innym. A gdy wreszcie weszłam w coś nowego, to okazało się, że dla mojej szefowej dwa miesiące to dość czasu by ogarnąć branżę, programy i fach, który dla mnie był niemal w 100% nowy. To ta różnica - większe firmy zdają sobie sprawę, że to kwestia kilku miesięcy i szkoleń zewnętrznych, a nie samodzielnego dłubania. Dlatego przyjmują ludzi z doświadczeniem.

Ze smutkiem podejrzewam, że może też zaczyna przeciwko grać mój wiek. Moja szefowa jest ode mnie o kilka lat młodsza, to inne pokolenie - nigdy dla nikogo nie pracowała, ta firma to jej pierwsze zajęcie. Inne struktury myślenia. Może uważała mnie za skostniałą i mało elastyczną? Może sama powinnam tak już o sobie myśleć? Teraz będzie tak częściej. Do pracy będą mnie przyjmować szczawiki, które mogłam piersią wykarmić.

Bo uważam, że po prostu nie zagrała chemia. A to najtrudniej komuś powiedzieć, by nie sprawić przykrości. Jakbym mnie to nie wkurwiało, to sama bym zrobiła to samo. Jak prowadzisz małą, 4-5 osobową firmę, to chcesz pracować z kimś, kto ci temperamentem odpowiada. Sama pracowałam z osobami, które mnie męczyły. Każdy zna kogoś takie z pracy. A o tej chemii napiszę w innym wpisie, bo robi się już za długo.

Sytuacja jest taka, że jutro idę na prawie dwa tygodnie wolnego, które już dawno ustaliłyśmy i to nie uległo zmianie. Dziecko przedszkole dyżurne ma w sierpniu. Potem wracam do pracy i trzeba będzie jakoś rozsupłać węzeł. Dla mojej szefowej mogę zostać nawet do listopada. Powiedziała, że spróbuje pokazać mi może jakieś nowe rzeczy, bym coś miała z tego stażu. Podejrzewam, że finansowo już nic nie dorzuci, a mnie nie stać na życie za 800 zł. Muszę szybko szukać czegoś nowego i tuningować obsrane CV.

Teraz tylko staram się jakoś poskładać ten bajzel. W czwartek ryczałam kilkanaście minut w Parku Skaryszewski. Bo miałam wrażenie, że znowu wszystko się usuwa spod nóg. Uczucie bezsilności i bezradności. I poczucie, że teraz to wszyscy uznają, że przesadziłam, bo nikt normalny nie ma takich problemów z pracą.

 

Update

Znalezione w sieci:

 

Kiedy myślisz, że gorzej już być nie może, zacznij się walić deską po nodze. Zobaczysz jaką poczujesz ulgę gdy przestaniesz.

Winston Groom – Forrest Gump

 

17:33, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 czerwca 2014
Raporcik

Nie pisałam. W czwartek wracając z pracy miałam trudną rozmowę z szefową. W piątek była na szkoleniu, będziemy rozmawiać jutro. Jestem rozbita, nie wiem co sądzić, jak to interpretować. Nie potrafiłam przez to pisać ani własnych rzeczy, ani tu cokolwiek na blogu.

W piątek byłyśmy z Wiertką na Nocy Pragi. Delikatnie, bo odkąd zlikwidowali jej drzemki w przedszkolu, zasypia o 19:00. Będzie o tym oddzielny wpis. Najpierw koncert w Parku Praskim. Zespół Mazowsze nie porwał mojego dziecka, ale już zespół rockowy jak najbardziej. Tańczyła i skakała pod sceną. Ja siedziałam, kiwałam się i myślałam - chyba jestem już stara. Cieszę się, że moje dziecko ma dobry gust muzyczny i kręci ją nie tylko "Ona tańczy dla mnie".

Organizacja koncertu była w tym roku idiotyczna. Wybaczcie organizatorzy. Ławki przed sceną (są tam zawsze) zostały okolone szerokimi barierkami. Za barierki - pilnowane przez przejętych młodych ochroniarzy - można była wejść tylko za okazanie wejściówki bezpłatnej, żółtej opaski. Opaski można było odbierać w tygodniu, w różnych punktach. Bez opaski, nie było szans wejść. Efekt była taki, że ławki były zapełnione w połowie, a przy barierkach kłębił się tłumek. Nikt nie pomyślał, że ludzie podejmują impulsywnie decyzje, na gorąco, gdzie się bawić. Albo nie chce im się jeździć gdzieś specjalnie po wejściówkę. Opaski dowieziono. Udało nam się wejść. Tylko, że znowu - nikt nie pomyślał, że jedni chcą sobie posłuchać Mazowsza, inni RedRoom. I znowu, na koncercie rockowym ławki były puste, ludzie stali za barierkami, bo znowu nie było świętych, bardzo ważnych żółtych opasek. Ochroniarze byli nieprzejednani, bo to była ich chyba - sądząc z wieku - pierwsza praca i w końcu byli na tej strasznej Pradze Północ. Chciałam nawet odstąpić komuś opaskę, ale jej zdjęcie było równoważne z rozerwaniem - tak była zrobiona. Absurd.

Potem posłuchałyśmy jeszcze, w innej części parku, jak kapela grała stare, warszawskie szlagiery. Dziecko chciało by jej kupić to, tamto, owamto, siamto. I w końcu zabrałam ją z parku, by szlag mnie nie trafił. Nie jestem dobrą matką, bo przecież to oczywiste, że mam jej kupić watę cukrową, porcję frytek i coś jeszcze ze straganu z pamiątkami.

Byłyśmy jeszcze na paradzie z okazji Nocy Pragi i o 21.00 już grzecznie zawitałyśmy do domu.

Weekend mała spędza u ojca, a ja wczoraj byłam na winie u kumpeli. Bardzo gęste spotkanie jeśli chodzi o tematy na bloga. Mam trzy, które chciałabym opisać. Ciekawe i ważne rozmowy. A nie chcę robić kilku wpisów pod rząd, bo boję się, że każdy przeczyta tylko ten ostatni, a do tamtych już się nie cofnie. Nie cofnie, nie przeczyta. Nie przeczyta, a to ważne sprawy. Zostają we mnie i tkwią.

Od wtorku zaczynam urlop, więc jest szansa na wpis co dzień :)

11:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 25 czerwca 2014
Czy dom ma duszę?

Zapowiedziałam, to piszę.

Jestem sceptyczką. Nie wierzę w duchy w sensie zjaw, latających przedmiotów, wywoływanie, itp. Najpierw szukam racjonalnego wytłumaczenia. Wierzę jednak, że pewne miejsca mają swoją energię. Czy dobrą, czy złą? Ja wyczuwam złą.

Pierwsze dwa domy mojego życia - dom dziadków, dom rodziców wspominam mile. Potem trafiłam w miejsca nietypowe.

Wspomnienie o wynajmowanym mieszkaniu na Muranowie łączy się z wizytami w domku na wsi u moich pradziadków. Od czego zacząć? Jak to się trochę splata. U pradziadków pierwszy raz byłam jako mała dziewczynka. Tata zabrał mnie w objazd po rodzinie, jeździliśmy w różne miejsca. Tam także. Pamiętam, że było sporo osób. Spano na łóżkach, materacach, podłodze. Mnie, jako dziecku, przypadł alkierzyk. Czy czytelnicy znają ideę alkierzyka? :) Chata składała się z pomieszczenia kuchennego i pokoju obok. Z drugiej strony od kuchni wchodziło się jeszcze do malutkiej sypialenki. Tak 2 m na 3 m. Zupełnie jak w wielkiej płycie :) Miałam tam spać i było to zapewne wyróżnienie. Spędziłam tylko kawałek wieczoru. Nie pamiętam dokładnie, co się wydarzyło. Wyszłam i oświadczyłam, że spać tam nie będę. Nie mogłam, nie dałam rady. Prababcia była zła, że grymaszę, ale znalazła mi nowe lokum, gdzieś w kuchni.

Dziesięć lat później prababci i pradziadka na świecie już nie było. Przyjechałam tam na lato z przyjaciółką. Nowi znajomi, nowe imprezy. Jednej z nocy, szukając spokojnego miejsca do spania, ponownie położyłam się w alkierzyku. Nie dałam rady zasnąć. Już wiedziałam, co jest nie tak. Na przeciw okna powieszono duże lustro. W lustrze okno odbijało się w całości. Ja leżałam twarzą do lustra, tyłem do okna. Tego nie dało się znieść psychicznie. Może jest na to wytłumaczenie. Tak jak choroba lokomocyjna to efekt sprzecznych sygnałów o ruchu ciała jakie dostaje od oczu i ciała mózg. Tak mój mózg tam też dostawał sprzeczne sygnały. Może. To okno w lustrze sprawiało, że spadł na mnie rosnący niepokój, lęk, aż w końcu przeświadczenie, że koniecznie muszę stamtąd wyjść. Inaczej niepokój zamieni się w histeryczny strach.

Wiem, wiem. Fengszua też zabrania wieszania luster na przeciw okien :)

A co ma z tym wspólnego mieszkanie na Muranowie? Przepiękna okolica, fajne mieszkanie, pełne miłości i seksu pierwsze lata związku. Tylko w nocy coś było nie tak. No, nie co noc. Budziłam się ze strachem. Budziłam się czasem z panicznym strachem. Bałam się poruszać po tym mieszkaniu w nocy. Do łazienki szłam z zamkniętymi oczami. Strasznie się bałam, że coś zobaczę. Drzwi wejściowe były na przeciw drzwi balkonowych. Na drzwiach wejściowych ktoś powiesił lustro. Takie długie, półtorametrowe. Praktyczne. Praktyczne w dzień. Wychodzenie w nocy z pokoju wprost na odbijające się w lustrze drzwi balkonowe było okropne. Znowu przewalał się po mnie niepokój. Gdy zostawałam w tym mieszkaniu sama, bo Były czasem wyjeżdżał wypijałam przed snem dwa piwa. By zatłuc strach. Kładłam to na karb mojej nad emocjonalności, nad wrażliwości. Przecież mówię przez sen, czasem chodzę. A o jednym nocnym wydarzeniu tu nie napiszę, bo jeszcze by padła diagnoza, że miałam chwilową schizofrenię :) Bo tylko wariaci słyszą głosy :) I wtedy zastanawiasz się, czy strach może zamienić się w strach, który zabija?

W dodatku miałam jedną schizę. Mieszkaliśmy na czwartym, ostatnim piętrze. Nad nami był strych i klatka schodowa jeszcze tam szła. Bez windy, trzy mieszkania na piętrze. Niemal zawsze, otwierając klucze drzwi do mieszkania oglądałam się za siebie. Ubzdurałam sobie, że na schodkach przy strychu czai się zboczeniec i gdy będę wchodzić, zbiegnie, wepchnie mnie do mieszkania i zrobi mi krzywdę. Nigdy potem już nie miałam takich myśli. A przecież nadal otwieram drzwi w mieszkaniach, w blokach.

Opowiedziałam to kiedyś jednej z koleżanek, a ona zwróciła mi uwagę, że przecież ta okolica to ruiny dawnego getta. I co z tego? Tak sobie pomyślałam. Wszyscy tu mieszkają i mają się świetnie, tylko mnie coś dręczy. Choć trochę mnie to uspokoiło. Dziwne, ale tak. Co najwyżej czuję czyjeś cierpienie, nie nienawiść. Dopiero potem dokopałam się informacji, że nie byłam jedyną osobą, która coś w tamtej okolicy czuła.

Potem przenieśliśmy się do innego mieszkania, gdzie noce były luksusem. Odprężające. Za to dni stały się powoli koszmarem. Pamiętacie z lat 80tych taki thriller "Christine"? Albo jakiś podobny z tej serii. Taki samochód, który wysysał kierowcom krew. Pedałem gazu :D Wierzę, że niektóre domy, mieszkania robią podobnie z ludźmi. Miesiąc po miesiącu to mieszkanie wysysało moją duszę. Doprowadziło do stanu, kiedy to żyje się w pewnym miejscu z bolesną akceptacją, ale bez radości. Taka kwaterunkowa anhedonia.

W tym mieszkaniu mieszkała eks z ówczesnym chłopakiem. Rozstali się. Potem mieszkała z moim Byłym. Rozstali się. Potem my tam się wprowadziliśmy. Rozstaliśmy się. Psuć się zaczęło niemal od razu.

Wierzę, że wydarzenia, ludzie, którzy zajmują dany budynek wysyłają jakąś energię. Energią nasiąkają ściany. Ściany oddają potem tą energię. Tamto mieszkanie było w specyficznym budynku. Dawny hotel robotniczy. Wszystko tam stawało się hotelem. Przystankiem w podróży. Tymczasowością. Ta tymczasowość z czasem zaczęła mnie fizycznie boleć.

Zadziwiające, że już własne mieszkanie kupiłam niemal w ciemno. Bo od rodziny, po niższej cenie. W najmniej popularnej dzielnicy Warszawy. Teraz chyba Zielona Białołęka chyba tylko ją przebija. A mieszka mi się tu cudownie. Puk, puk, puk odpukać. Cholera, że też człowiek nie ma w domu awaryjnego niemalowanego drewna.  Popukałam w pień draceny. Jest duża. Może robić za drzewko.

Jakiś czas temu, bliżej wpatrzyłam się, co było na terenach, na których stanęło moje osiedle. Raczej nie indiański cmentarz, bo śpi mi się tu doskonale :) Okazało się, że były tu tory kolejowe, bocznica, składy, zaplecze dworca z czasów carskich. Dla mnie brzmi fajnie. Uwielbiam pociągi, uwielbiam podróże koleją. Pociągi - takie prawdziwe, bo dworzec, inny, ale jest - nadal przejeżdżają niedaleko moich okien i ten szum mnie uspokaja. Niczym płód w macicy :) Myśl, że śpię na dawnych torach bardzo mi się podoba :) Dawne żydowskie tereny, ale chyba ci Żydzi byli zadowoleni z życia :)

Choć sokramka powinna pamiętać czasy, zanim stanął mój blok, więc może coś dorzuci od siebie :)

21:08, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 czerwca 2014
Wieczór autorski Sylwii Chutnik

Na szybko opiszę. Byłam dziś na wieczorze autorskim Sylwii Chutnik, z okazji wydania jej najnowszego zbioru opowiadań. Znamy się od jakiegoś czasu, bo chodziłam do niej na zajęcia pisarskie. Widujemy się co i rusz na jakiś wydarzeniach i zaraz zacznie podejrzewać, że ją stalkeruję ;)

Ciężko jest aktywnie, intelektualnie (nie mówię werbalnie) w spotkaniu prowadzonym dookoła teksów, które się nie czytało. Zapewne inny, szczytny cel, to książkę zakupić. Ja jednak czułabym się lepiej, gdybym przyszła już po lekturze opowiadań. Z ciśnieniem coś się działo, bo walczyłam z sennością. Moim jedynym sukcesem było to, że nie przysnęłam.

Dopiero pod koniec postawiła mnie na dwa półdupki (dotąd półleżałam na kanapie) opowieść na temat tworzenia jednego z tekstów. Po wysłuchaniu jakiegoś programu o duchach na warszawskim Muranowie (tereny dawnego getta) i sms-ie od Hanny Krall (ludzie, dostać sms-a od Krall, że tak tam są duchy), Chutnik napisała jedno opowiadanie. Może i kit z opowiadaniem. Mieszkałam dwa lata na Muranowie i wreszcie wiem, że nie miałam początków choroby psychicznej :) Ale o domach, ich atmosferze, aurze oraz piętnie jakie na nich odciskają dawni mieszkańcy lub dawne tereny napiszę oddzielnie.

Inny fajny wątek spotkania, to czy artyście więcej wolno. Chutnik wcześniej doznawała wielu przykrych komentarzy związanych ze swoim ekscentrycznym wyglądem. Czasem powiedzianych do niej wprost na ulicy. Okazało się, że odkąd zdefiniowała się jako pisarka jest super. Bo artysta może, na nawet powinien być inny, wyróżniać się. Dziś nawet redaktorzy poganiają ją, że pisze ze zbyt słabym pazurem :)

I tu pomyślałam o sobie. Bo artystę rozpoznasz na kilometr. Kolorowe ubrania, śmiałe zestawienia, awangardowe pomysły. To po prostu widać. A moimi ulubionymi kolorami jest czerń, szary, mocno szary, jasno szary i taki trochę średnioszary. A nawet jak założę jakiś inny kolor, to jest on szary. W krzykliwych zawsze widać było to wszystko, co moja - dodatkowo jasna (alabaster to był modny wieki temu) - cera chciała z siebie wydalić. Jedyne co pokochałam, to rude włosy, ale to i tak ograne. Dopiero w ostatnich latach przekonuję się do czerwieni.

To w sumie tyle. Zaczęła o pisarce, a i tak skończyła pisząc o sobie :P

20:41, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 czerwca 2014
Imieninowe powitanie lata

Za mną pracowity długi weekend. Tak się rozpisuję o tym, że posprzątałam mieszkanie (codziennie po kawałku), że sprawia wrażenie jakby było zapuszczone niczym melina. Aż tak źle nie było. Nie minęło 24 godziny, a wszystko wraca do starej formy. Przez pokój dziecka nie przejdziesz bez podstawowych kroków baletowych, a duży pokój także pokrywa się pierwszą falą kurzu, okruszków, instalacji budowanych przez dziecko. I po co to wszystko?

W to wszystko władowała się jakaś alergia, przeziębienie, wirusówka. I to niemal naraz. Najpierw zaczęłam kichać i smarkać. Jeszcze do zniesienia, co kilkanaście minut. Poza domem czułam się dobrze. W czwartek byłam na pierwszych urodzinach syna mojej kuzynki i tam okazało się, że starszego z maluchów też coś bierze, jakaś grypa żołądkowa. To nie miałam wyrzutów sumienia, bo mnie także kręciło w brzuchu i musiałam odwiedzić toaletę. W piątek kichanie i smarkanie nasiliło się tak, że nie było nawet przerw pomiędzy tymi czynnościami. W nosie miałam ogromną przejrzałą brzoskwinię, która zaczęła także wypełniać mózg. Przestałam normalnie myśleć. Zeszłam do apteki na parterze bloku i kupiłam coś na alergię. Pomogło niemal od razu. Zapewne po części jako efekt placebo. Niestety, późnym wieczorem przestało działać. Zatkało mi nos. Noc przespana z otwartymi ustami, czyli obudziłam się niedotleniona. Resztę soboty także nie mogłam normalnie oddychać. Moja koncentracja spadła do zera.

W międzyczasie, ogarnęłam dom, poszłam z dzieckiem po zakupy. Przecież planowałam przyjęcie imieninowe. Część produktów spożywczych zamówiłam razem z zakupami internetowymi. Warzywa, główne składniki dań chciałam kupić w okolicy. Przez internet nie mogłam także kupić wina. W okolicznych sklepikach jest bardzo drogie (podstawą spożywki jest wódka i piwo), więc także trzeba się było wybrać.

W sobotę, pomyślałam, że niektórzy moi goście nie lubią wina, to dokupię im piwa. Zabrakło też jednego składnika do sałatki. Z zatkanym nosem, nocą bez tlenu, oczami świnki morskiej wyglądałam na trochę tępą. Albo na silnym kacu :) Zabawnie wyglądała sytuacja w sklepie, gdy w tym stanie poprosiłam o: sześć ogórków kiszonych, sześć piw oraz bułkę dla dziecka :)

Robiłam jedzenie dla gości, nie czując smaku, ani nie mając apetytu. W dodatku, jedna z potraw była moim debiutem. Przepis znalazłam w internecie, nie jadłam oryginału, ani nie robiłam przedtem testu, czy to wychodzi. Przypomnę, że nie czułam smaku. Kuskus z pieczonego kalafiora :) Potrawa okazała się mocno pracochłonna, bo dwa kalafiory starłam na drobnej tarce, trwało to wieczność i mocno nadszarpnęło moją fizycznością. Zapewne dałoby się to jakoś zmodyfikować, uratować, podejrzewam, co mogłam źle zrobić. Resztki na razie leżą w lodówce. I boję się to zjeść. W planowaniu takich przyjęć najtrudniejsze jest dla mnie właśnie wymyślenie, co podam gościom. Gotowanie nie jest moją mocną stroną, a głupio jest serwować ciągle te same sałatki.

Goście się pojawili. Początkowo nadal miałam kłopoty z koncentracją i starałam się ukryć tępy wyraz twarzy. Konwersacja wyglądała tak, jakbym rozmawiała po francusku ucząc się tego języka od kilku tygodni. Wypiłam kawę i poczułam się lepiej. Bo pomagały mi leki na alergię i kawa właśnie. Przyjęcie poszło chyba dobrze :) Mam nadzieję :)

Była moja przyjaciółka, trzy koleżanki z dawnej grupy pisarskiej, była żona mojego byłego :) razem z dawną pasierbicą. Nastolatka mogła spotkać autorkę książek, które lubi, bo była to jedna z moich koleżanek. A owa pisarka podarowała mi w ramach prezentu swoją ostatnią powieść. Obawiała się trochę, czy to nie będzie zbyt "olewacki" podarunek, ale ja właśnie po cichu na to liczyłam, że załatwimy to barterowo :) Udało się dotrzeć justek i panirolki :)

A moja córka udowadniała, że pojęcie "high need baby", to nie tylko problem wieku niemowlęcego, zostaje także na wiek przedszkolny. Właśnie wyguglowałam i okazało się, że - proszę bardzo - osobnik zamienia się w "hihg need child". A potem w "high need adult" :) Nawet w trakcie pisania tego tekstu raz wdrapała się na moje kolana, raz zawisła na oparciu krzesła za moimi plecami oraz niezliczoną ilość razy stanęła obok opierając się o mnie.

Niedziela. Wreszcie dzień, gdy nic nie muszę. Leżę na kanapie, czytam gazety, a dziecko ma maraton bajek. O ironio, z nosem już prawie w porządku.

Przesilenie letnie za mną. Teraz będzie już lepiej. Pisałam już kiedyś, że okresy przesileń - zimowego i letniego przechodzę ciężko. Z zimowym jest gorzej, bo dowala jeszcze brak światła dziennego.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 czerwca 2014
Raporcik

Czysty dom wrogiem różnych form literackich. I pogoda :)

Zamilkłam, bo coś się działo ostatnio z ciśnieniem. W efekcie, w poniedziałek wróciłam do domu, włączyłam dziecku bajki i zasnęłam. A w wtorek spałam w tramwaju wracając do domu.

Oprócz tego, spodziewam się w sobotę gości, w związku z czym doprowadzam mieszkanie do jako takiego ładu. W końcu i tak bym się za to zabrała, bo: jeśli potrafisz posprzątać w domu, potrafisz posprzątać w życiu. Oczywiście, bez przesady. Jestem fanką FP "Chujowa Pani Domu" :) Czasami jednak trzeba mieć, choć przez chwilę ogarnięty dom. Teraz mam motywację i kopa. A, że jestem leniwa, to zamiast sprzątać raz przez kilka godzin, robię to codziennie po kawałku, po jednym pomieszczeniu. Muszę też tak cyrkulować, by pokój, który brudzi się permanentnie sprzątać na końcu, a zaczynać od tych, które brudzą się powoli :)

W pracy dni reklamacji. Jakiś czas temu, jedna z klientek zadzwoniła z informacją, że nie zdążyła odebrać książki z poczty, ta została odesłana i prosi o ponowne wysłanie, ale na inny adres. To czekałam, aż dotrze zwrot. Ten nie docierał. Pani się niecierpliwiła, pisała maile. Trzeba było sprawdzić, gdzie teraz jest paczka, czy nie została czasem przez panią jednak odebrana. Żaden problem. Wyszukuję list w książce nadawczej i sprawdzam po numerze status. Tylko, gdzie jest książka nadawcza?

Bo z książką, a konkretnie książkami jest bałagan. Zanim nastałam, to dziewczyny brały sobie nowe książki i zaczynały wpisy, odkładały, brały kolejne. Logicznie i praktycznie, żeby ich było dwie - jedna leżąca aktualnie na poczcie i druga w biurze. I do tego dążyłam. Nie przyjęło się ;) Dotąd naliczyłam jakieś cztery sztuki. Dwie ukryłam, by nie kusiły koleżanek. Ani się obejrzałam, to założyły nową - przy nawale przesyłek pomagając mi w wysyłce. Aktualnie jest bodajże pięć sztuk. W żadnej nie było przesyłki do tej pani. Przestudiowałam historię przesyłek biznesowych, wpisywanych elektronicznie. Porównałam z książkami. Wyszło mi, że brakuje kilku dat, czyli jeszcze jednej. Czyli jest sześć sztuk. W tym jedna zaginiona. Mnich benedyktyn niemal byłam.

Nie pozostało mi nic innego, tylko spacerować na dwie poczty z których korzystamy z pytaniami. Aż w końcu na jednej poprosić o udostępnienie ich oryginałów kartek z tej książki nadawczej. I tu okazało się, że panie na poczcie są cholernie przemiłe. Nie leży to w zakresie ich obowiązków, była to dla nich - nawet - i ze dwie godziny dodatkowej pracy. Pokazywały mi pudło, które trzeba było przejrzeć. Znalazły tą kartę. Dodatkowo od razu prześledziły trasę przesyłki.

Co się okazało? Poczta odesłała przesyłkę, ale do urzędu, do którego nasza firma podlegała przed przeprowadzką. W innej dzielnicy. Tam paczka sobie poleżała i pojechała w inną część kraju. Chyba do jakiegoś magazynu centralnego. Podobno może jeszcze wrócić. Przy okazji wiem, że na tamtą starą pocztę także muszę się wybrać, by zgarnąć leżące zwroty.

Kobiecie mogłam wysłać książkę ponownie. Innej także. Czekała na przesyłkę. Też nie mogłam odnaleźć ją w żadnej z książek nadawczych. Ale z poczty wzięłam aktualne zwroty i zaczęłam sprawdzać, dlaczego wróciły.

I proszę. Wiedziałam już, że przestawiam cyfry w liczbach (numerach zamówień), co się udaje szybko skorygować w tej pracy. Nie miałam pojęcia, że litery w nazwiskach też. Każ mi stworzyć anagram - ni cholery. Ale nieświadomie - proszę bardzo. Nazwisko było czteroliterowe, zrobiłam z niego anagram. Nie wiem, co ja wtedy myślałam...

22:12, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Literacki weekend

W sobotę zapał do podróżowania trochę osłabł, bo część dnia przespałam ze zmęczenia. Przez kolejną część miałam przygnębiający nastrój i może nawet popełnię wpis o rzeczach, nad którymi wtedy rozmyślałam. Tylko po co przywracać tamte uczucia, na nowo je opisując?

Reszta weekendu upłynęła pod hasłem książek i słowa. Najpierw podjechałam do Parku Krasińskich na obchody imienin Jana Kochanowskiego. Przez cały dzień były tam spotkania literackie, kiermasz książek. Udało mi się dotrzeć na czytanie wierszy Różewicza i w klimacie poety, na opowieść na temat życia Haliny Poświatowskiej (nowo wydana jej biografia). Aż w końcu posłuchałam bitwy na wiersze :) I to poprawiło mi humor. Dzięki ci panie Materna oraz reszcie uczestników - za ich komentarze, docinki i przerzucanie się słówkami :) W tym roku bohaterem bitwy był Boy-Żeleński - jego utwory, oraz wiersze, które przetłumaczył (Molier, Rabelais). Czyli nie mogło być poważnie i nobliwie :) Moim odkryciem była Janina Paradowska, dziennikarka "Polityki". Wiedziałam, że kiedyś występowała w teatrze amatorskim, to jej pasja, ale nie wiedziałam, że ma taki ogromny talent sceniczny.

Niedziela to Big Book Festival. O wydarzeniu dowiedziałam się dopiero w piątek i ze zmęczenia program przejrzałam pobieżnie. A przez cały weekend było mnóstwo świetnych rzeczy na mieście. Przejechałam się na Dworzec Śródmieście, gdzie były dyskusje wokół reportaży. Miejsce wybrane na to genialne - pod nami przejeżdżające pociągi, komunikaty w megafonów, obok przechodzący ludzie, a tu dyskusje wokół życia.

Dyskusji było trzy. Pierwsza o reporterach na krańcach świata - gdzie udział wzięli Barabara Włodarczyk, Jacek Hugo-Bader, Wojciech Jagielski. Druga o reportażach sądowych - Katarzyna Bonda, Monika Piątkowskam Michał Majewski, Maciej Duda. A ostatnia na temat Warszawy w powieściach i filmach.

Najciekawsze były dwie pierwsze. I chyba wszystkie można podsumować jednym zdaniem: wiadomości w mediach skracają się do newsów, nikt tam nie potrzebuje obszernych materiałów, te przechodzą do wydawnictw książkowych.

Reporterzy opowiadali o swoich krańcach świata. Z czego wynikiem była konkluzja, że odkąd mamy sms-y, media społecznościowe, maile, Twittera, to świat się mocno skurczył i krańców świata nie ma. Bo czy już Kopernik nie twierdził, że Ziemia jest kulista ;) Nie tylko materiał się skraca, ale także czas jego przygotowywania. A prawdziwy, dobry reportaż wymaga długiego czasu, oswajania rozmówcy, przeprowadzenia z nim wielu rozmów. Bo dopiero na samym końcu, gdy wydaje się, że powiedział już wszystko, dopiero wtedy wyrzuca z siebie rzeczy najważniejsze, najboleśniejsze. Jako anegdotkę Jagielski podał historię dziennikarza, który pojechał napisać reportaż o studencie tunezyjskim, który podpalił się w akcie protestu. Miał porozmawiać z jego rodziną. Ledwo tam się rozgościł i dostał z redakcji przykaz, że ma zostawić studenta i jechać do Egiptu, bo tam teraz są zamieszki i o tym chcą czytać czytelnicy... Inna sprawa, to objętość dzisiejszego reportażu. Gdy przynosi się do redakcji dwadzieścia stron reportażu (objętość normalna dla takiego tekstu w latach 90tycvh), teraz odsyła się go do wydawnictwa by wydał to jako książkę.

A teraz skracam wrażenia, bo się rozpisałam.

O reportażach sądowych także było ciekawie. Nawet nie widziałam, że redakcje nie wysyłają już swoich dziennikarzy na sale sądowe, by tam szukali ciekawych spraw do opisania. Kiedyś była ich całkiem pokaźna grupa. A jeszcze wcześniej, wieli znanych pisarzy tak zaczynało. Teraz takie etaty tnie się jako pierwsze. Od tego zaczynały Bonda i Piątkowska. Ta pierwsza, w akcie protestu przeszła do pisania powieści kryminalnych. Ponownie było o królowaniu szybkiego, krótkiego newsa, który spłyca informację. Choćby tę o zbrodni. Nie dało się uciec od sprawy Katarzyny W i tego jak ją rozdmuchały media. Monika Piątkowska wykazała się rozsądkiem, mówiąc, że sama sprawa wydała się tak nudna i banalna, przewidywalna. Napisała książkę o głośnych procesach dwudziestolecia międzywojennego i już wtedy były sprawy wzbudzające podobną medialną i społeczną histerię. Tylko środki wyrazu były mniejsze. Przykładem choćby sprawa Gorgonowej. Były sporo porównań tych obu spraw i zastanawiam się, czy za pół wieku o Katarzynie W będzie się mówić tak spokojnie jak dziś o Gorgonowej. Jak o papierowej postaci, kimś z powieści, filmu (bo na pewno powstaną), a nie pewnym nieszczęściem. Piątkowska zwróciła uwagę na pewien mechanizm. Pod koniec XIX wieku zezwolono by na sale sądowe wchodzili gapie. I na sale szybko rzuciły się tłumy kobiet. I to one były głównym czynnikiem popularyzacji wielu skandalizujących spraw. Apogeum przypadło na dwudziestolecie. Wychodzi na to, że dzisiaj nie ma upadku obyczajów, ani degeneracji. Tak było zawsze. Mnie przypominają się publiczne egzekucje skazańców w dawnych wiekach. Ludzie łakną krwi.

Ostatnia dyskusja była senna, kompletnie nie na temat i daruję ją sobie.

09:03, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 czerwca 2014
Po konferencyjnie

Dwa ostatnie dni to pewna konferencja w Gdańsku. Byłam tam z książkami. Spotkanie jednego dnia było dla mam z dziećmi 1-3 lata, drugiego dla kobiet w ciąży.

Sama się zgłosiłam na ten wyjazd. Uwielbiam podróżować. Dla samej przyjemności przemieszczania się. Nie muszę nawet nic specjalnego zwiedzać - po prostu jadę z punktu A do mocno oddalonego punktu B. Ja nawet kocham hotelowe pokoje - ich anonimowość, zapach, bezosobowość. Nie czuję potrzeby ich "udomowiania". Jestem obcym, w obcym miejscu i to mi się podoba. Samotność rozumiana jako wolność. Jak bohater filmu "W chmurach", grany przez Georga Clooneya. Uwielbiam ten film i postać :)

Pięć godzin w PolskimBusie, cztery godziny na stoisku, hotel i spać. Bałam się, że nie dam rady tyle w autobusie. Jedyny środek transportu, w którym czuję się dobrze, to pociąg. Z autobusu wychodzę wymęczona. Mam traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, z tamtych podróży i choroby lokomocyjnej, która wykręcała mi trzewia na lewą stronę. Nawet jak patrzę na filmie na tamte środki transportu od razu mam mdłości ;) Okazało się, że motoryzacja poszła do przodu i jakoś wytrwałam :)

Konferencja ok. Obok ze swoimi książkami był dr Paweł Zawitkowski, który także miał jedną z prelekcji. Powiedziałabym, że męska wersja Ewy Chodakowskiej - przemiły, ciepły, a te mamy wpatrzone w niego jak w monidło. Zdjęcia sobie z nim robią :) Dzieci do potrzymania dają, pytania zadają. Ciężarne jakby mnie, ale na nie także przyjdzie pora.

Patrzyłam na te maluchy i infekowało mnie powoli. Cudze niemowlęta i roczniaki są takie słodkie i przepyszne. Własne jakoś nie pozostawiło takich wspomnień :) Jak to łatwo jajniki każą zapomnieć. Gdybym była w jakimś zdrowym związku, z normalną sytuacją finansową, na 99% chciałabym mieć teraz jeszcze jedno dziecko.

W piątek spotkanie zaczynało się dopiero o 12.00. Poszłam więc na poranny spacer. Najpierw po coś do zjedzenia, bo miałam pokój bez śniadania. W drodze dopadł mnie deszcz. Posiedziałam chwilę przy herbacie. Przestało padać, wyszło słońce. Szkoda mi było, spędzać czas w czterech ścianach, gdy jestem w nowym miejscu.

Gdańska Zaspa jest prześliczna. Domy, bloki rozrzucone wśród drzew, niemalże wtopione w zielony krajobraz. Tuż obok las, chyba park krajobrazowy. Połaziłam trochę tam. Deszcz już nie padał, ale wiatr strącał krople z drzew, więc znowu mnie zmoczyło. Fajnie było :) Gdy zobaczyłam na jednym z balkonów ogłoszenie sprzedaży mieszkania, to prawie byłam gotowa wymienić moje warszawskie, na to tu :)

Drugiego dnia, okazało się, że nie ma możliwości zostawienia książek w tym miejscu do poniedziałku, by odebrał je wtedy kurier. Wyjścia były dwa. Albo uśmiechnąć się do konkurencyjnego wydawnictwa lub doktora, by zabrali je swoim samochodem. Cholera, nie potrafię prosić, nie potrafię zgrywać blondynki. Mam z tym problem. Zobaczyłam, że niewiele zostało książek i doszłam do wniosku, że dam radę sama to zabrać.

Efekt był taki, że miałam: jakieś kilkunasto kilogramowe pudło, torbę podróżną (malutką, ale wepchnęłam do niej torebkę podręczną) oraz baner. Nie dało się tego razem wziąć na ręce. To torbę i baner niosłam w rękach, a pudło pchałam nogą. Dotarłam tak do knajpki na obiad. Potem wszystko przeniosłam w dwóch turach do taksówki. Potem jakoś wtarabaniłam do do PolskiegBusu. W Warszawie odebrał mnie Były, który odwoził do mnie córkę na piątkową noc. Cholera, ostatni raz byłam taka dzielna. Następnym razem uśmiechnę się, do kogo trzeba.

10:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 11 czerwca 2014
Upalnie

Miałam napisać o rodzinnym spotkaniu w niedzielę. Tym po wizycie na cmentarzu. Dotąd popołudnia spędzam z dzieckiem na placach zabaw.

Ale nie mam siły dziś pisać zabawnie o dzieciach, od kiedy trafiłam na obtrąbionego wszędzie newsa o trzylatce, którą ojciec - zamiast zawieźć do przedszkola, zapomniał - zostawił w samochodzie i poszedł do pracy. Osiem godzin w upale i śmierć. To krótkie streszczenie dla tych, którzy nie czytają polskich mediów. Nie dziś.

Nie chcę nawet rozpisywać się, co o tym sądzę, bo moja nad empatyczność rozwala mi emocje. Już temat obgadałam z dziewczynami w pracy. Wszystkie matki. Kiedyś, gdy czytałam pod artykułami o krzywdzie dzieci komentarze w stylu: "Sama mam dziecko i...", to trochę mnie bawiła taka egzaltacja, bo za tym szły jakieś mocno emocjonalne zdania. Urodziłam i obniżył mi się próg. Czasami takie zdarzenia przeżywam tak, jakby to spotkało moją córkę, albo jakby ta rodzina była mi bliska. Boli. Po dzisiejszym newsie poszłam zapalić papierosa. Byłam rozbita. Nie mogłam się pozbyć scen, obrazów tego ci się działo w samochodzie. Cholerny mózg.

Krótko tylko. Daleka jestem od gromów na ojca. Życie ze świadomością tego co zrobił, jest dla niego wystarczającym koszmarem. Każdy raz w życiu coś przeoczył, coś nie dopatrzył, co przy ogromnym pechu mogło się skończyć tragicznie. A tak kończy się jako anegdotka rodzinna.

Przy okazji dowiedziałam się, że nie tylko ja miałam schizę dotyczącą mojej nagłej śmierci i śmierci niemowlęcia / malucha, który jest wtedy ze mną w domu. Może już kiedyś o tym pisałam. Miałam ogromny strach przed nieszczęśliwym wypadkiem w domu, tym, że nikt do mnie nie zajrzy, nie zadzwoni przez kilka dni, a moje niemowlęce dziecko umrze w międzyczasie z głodu i pragnienia. Schiza była tak silna, że byłam bliska umówienia się z kimś na codzienny telefon - jeśli nie zadzwonię, to trzeba przyjechać i sprawdzić :) Teraz minęło, bo wiem, że Wiertka napije się z kranu, wyje z lodówki, wie jak zadzwonić na 112 i otworzyć drzwi mieszkania :) Okazało się, że moja koleżanka z biura miała to samo. Cierpi na jakąś alergię, która mogła się skończyć szokiem anafilaktycznym i gdy jej mąż wyjeżdżał w delegację, ściągała mamę do ich domu :)

Jutro konferencja. Wyrwę się z domu.

19:21, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 czerwca 2014
Zespół deficytu natury w praktyce

Kiedyś będzie zapewne większa recenzja pewnej ciekawej książki - "Ostatnie dziecko lasu" Richarda Louv. Jest właśnie o "zespole deficytu natury", czyli jak najmłodsze pokolenie rośnie wyrwane ze środowiska naturalnego, alienowane od niego i jakie to ma dla niego konsekwencje w emocjonalnym rozwoju.

Dziś miałam to w praktyce :) Jutro jest rocznica śmierci mamy. Zabrałam Wiertkę na cmentarz. A do przespacerowania jest spory kawałek. Tak jakieś dwa kilometry od autobusu. Uzbroiłyśmy się w znicze i bukiet kwiatów. Inny tematem byłoby, jak zabieranie dziecka na cmentarz jest sposobem na oswajanie go z ideą śmierci i rozstania. Nie wiem, jak rozwiązują ateiści kwestie odpowiedzi na pytanie: "To gdzie jest teraz babcia?". Ja bym nie potrafiła powiedzieć pięciolatce, że nigdzie, przestała istnieć ostatecznie. Bo jak odpowiesz wtedy dziecku na jego pytanie, "czy ja także?". Dobrze, że jestem agnostyczką.

Upał, upał, upał. Już na wstępie, Wiertka oświadczyła, że nie za bardzo chce iść, bo tam jest las i muchy, które gryzą. Zapamiętała z tamtego roku zmasowany atak komarów przed burzą. Pomyślałam, że dla mnie w dzieciństwie komary nie były czymś strasznym, po prosu były i już. Jak drzewa, jak liście, jak trawa. Przy drodze rzuciły mi się w oczy chaszcze pokrzyw. Wiertkę jeszcze nigdy w życiu nie poparzyła pokrzywa! Mnie w tym wieku wielokrotnie. Podzieliłam się z nią tym odkryciem i zaproponowałam nawet by weszła w te chaszcze i doświadczyła. Stanowczo odmówiła :) Odrzekła, że raz się poparzyła w kuchni i wystarczy.

Na cmentarzu raczej szybko, bo upał straszliwy.

W dalszych planach było przespacerowanie się lasem do domu mojej cioci i dziadka. Ponownie ze dwa kilometry. Dziecko nie było lasem zachwycone. Od razu zaczęła się odganiać od różnych owadów. Tłumaczyłam, że komary to nie idioci, w taki upał siedzą schowane. Opowiedziałam jej, jak jej tata wychowywał się w lesie i tam się bawił (głównie zmyślałam, ale w lesie wychował się na prawdę). Opowiedziałam, że lasy dają tlen i jeśli je wytniemy, to się udusimy. Opowiedziałam jeszcze o podchodach, w jakie bawiłam się w tym lesie z innymi dziećmi, w szkole podstawowej. Aż wreszcie moje dziecko:

- Cicho! Cicho!

I tak poszłyśmy sobie dalej milcząc, słuchając lasu. Może nie jest tak źle z moim dzieckiem :)

Nie zachowałam się do końca pedagogicznie. Pod koniec spaceru, powiedziałam mojemu dziecku, że jak nie będzie grzeczne, to zamieszkamy w lesie :) Zadała kilka pytań doprecyzujących:

co będziemy jadły? to co znajdziemy w lesie, a pić będziemy z kałuży. gdzie będziemy spać? wykopiemy obie ziemiankę. gdzie będziemy się myć? nie będziemy, porośniemy mchem.

Obawiam się, że obawa przed lasem nie zmalała w moim dziecku :)

Z drugiej strony, czy to nie w bajkach złe postacie wyprowadzały te dobre do lasu i tam zostawiały? Może to jednak jest jakiś atawizm.

Dotarłyśmy do mojej cioci. Wiertka poszukała w ogródku razem z nią mięty do napojów. Bardzo jej się ziele spodobało i zajadała się zerwanymi liśćmi.

A o spotkaniu rodzinnym będzie już jutro, w oddzielnym wpisie.

23:27, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Tagi