To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Umarnięta

Podejrzewam, że każde dziecko ma taki etap. Akurat etap 5-6 latka. Uświadomienie sobie zjawiska śmierci. Jakiś czas temu Wiertka, kąpiąc się, wyznała mi:

- Ja nie chcę być umarnięta. Nie chcę być na chmurce jak babcia i prababcia.

Bywałyśmy na cmentarzu i tam tłumaczyłam jej, komu palimy świeczkę, a na pytanie, co się dzieje z tą osobą, mówiłam, że jest wysoko na chmurce. Jako agnostyczce jakoś to mi jeszcze uchodzi. Od listopada nie zabieram już dziecka, bo ona nie chce. Nie zamierzam jej zmuszać.

Potem moja córka dodała, że nie chce bym ja była umarnięta.

Wczoraj wieczorem, przed snem, temat powrócił. Mała dopytywała się, czy ja umrę, dodawała, że nie chce żebym umierała. Pytała, czy będę żyła sto lat. Doszła do wniosku, że skoro jestem od niej starsza, to będę krócej żyć, ale nadal uznaje, że żyć będę bardzo długo.

Jest chyba szkoła mówiąca o tym, że "szczerość w naszym klubie to norma", a więc należy dziecku wytłumaczyć, że ależ oczywiście może umrzeć i ależ oczywiście rodzic także może umrzeć. Bo przecież jutro może mnie przejechać samochód, a przecież obiecałam, że będę żyć sto lat. Nie potrafię hołdować takiej szczerości. Mówię córce, że obie będziemy żyły sto lat.

Jednak przychodzi wtedy smutna myśl, że co z dzieckiem, którego rodzic na prawdę nagle ginie, albo zapada na śmiertelną chorobę? Jaki to ogromny ból. Inna okropna myśl, co jeśli wróci depresja i jak żyć zakleszczoną pomiędzy nieumiejętnością życia, a pragnieniem nie skrzywdzenia dziecka? Już nie tylko gruba kasa włożona w wyleczone zęby i potencjalny implant (nie po to sobie to wstawiam, by pakować się taka elegancka do trumny), ale też obawa o dziecko musi powstrzymywać mnie przed skoczeniem z okna :)

Inna kwestia. Jak tę kwestię rozwiązują ateiści? Jak tłumaczą dziecku zjawisko nieodwracalności śmierci? Jak tłumaczą dziecku jego lęki przed śmiercią? Jak patrzą na dziecko, czując, że jego śmierć to strata, wyrwa, dziura nie do zracjonalizowania? W problemie biologiczności życia, śmierci jako ostatecznego końca najłatwiej przyjąć to, gdy dotyczy tylko nas.

W dodatku, boję się rozważania, rozmowy o śmierci, przywołują ją. Boję się o moje dziecko.

19:56, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 czerwca 2015
Przedszkole

Nie będę opisywać zakończenia przedszkola, bo chyba większą macierzyńską sraczkę będę miała we wrześniu jak pisklę pójdzie do I klasy :) I tak jest jeszcze miesiąc wakacyjnego dyżuru, w tym samym przedszkolu, więc będzie to fajne pożegnanie.

Ostatnio rozmawiałam z Wiertką o systemie edukacji, bo ona już bardzo chce iść do szkoły i pyta się kiedy to wreszcie będzie. Pytała się też, jak długo się chodzi. Wytłumaczyłam, że jest sześć lat szkoły podstawowej, trzy gimnazjum, a potem można wybrać - albo krótka szkoła zawodowa i wybiera się zawód, pracę, albo szkoła średnia i potem to raczej jeszcze studia. Moja córka odrzekła, że ona woli w takim razie tę zawodową i iść szybko do pracy. Jakże inne pokolenie :) W czasach mojego dzieciństwa, panował kult studiów wyższych. Nawet jeśli się ich nie planowało, to była to jakaś wyższa kasta Ludzi Wybranych. Moi rodzice, oboje z wykształceniem średnim (jedno wieczorowo) wbijali mi od pierwszych szkolnych wyników, że powinnam iść na studia. Dziś to jeden z etapów edukacji, o poziomie zbliżonym do szkoły zawodowej. Uważam, że lepiej poradziły sobie na rynku pracy osoby, które poszły do średniej szkoły profilowanej, podjęły pracę po maturze i tylko dokończyły coś zaocznie. Nie ma co wyrokować, co będzie z rynkiem edukacyjnym za dziesięć lat.

Rozmawiałam jeszcze wczoraj z psycholog przedszkolną. Wiertka od jakiegoś czasu - trzech, czterech miesięcy obgryza paznokcie. I to porządnie. Przedtem, pisałam już, bez przerwy trzymała w buzi włosy. Gdy je sobie obcięła, zabrała się za ręce. Dotąd nic nie pomagało, rozmowy, dyskusje. Mała mówi, że chce nie obgryzać, ale nie może tego opanować. Opowiedziałam jej swoją historię, że sama podobnie niszczyłam paznokcie, trwało to bardzo długo i nie chcę by u niej tak było. Niestety, tak było - nie mogłam się pozbyć tego nawyku przez kilkanaście lat. Dopiero po 20stce się udało. Teraz Wiertka na moje uwagi argumentuje, że skoro mnie się udało, to jej kiedyś też. Malowanie paznokci kolorowym lakierem nie pomogło. Kupiłam nawet taki specjalny, "niesmaczny", ale jeszcze się nie zdecydowałam pomalować dziecku paznokci. I sama nie wiem - ona po paznokciach zabiera się za skórki na opuszkach palców, a tam jej nie pomaluję.

Jest też hipoteza, że dziecko robi to ze stresu (ja tak, między wieloma innymi, odreagowywałam stresy). Nie widziałam w naszym życiu nic stresującego. Ostatnio miałam jednak wrażenie, że jakby trochę to obgryzanie mała wygaszała. Nie do końca, ale jest słabiej. Ostatnie tygodnie to intensywne przygotowania do różnych przedstawień - na zakończenie roku, jakiś wyjazdowy konkurs. Dostałam nawet uwagę, że Wiertka nie wystąpi w przedstawieniu na konkurs, bo rozwala próby - gada, wierci się, rozśmiesza dzieci. Po rozmowie z córką, okazało się, że ona jest w porze tych prób już strasznie zmęczona. Ona nadal potrzebuje drzemki w środku dnia, jeśli musi wstać przed 7:00. I teraz pomyślałam, że dla niej te próby, nauka piosenek, wierszyków była stresogenna. Rok temu, pod koniec semestru też już była strasznie zmęczona, płaczliwa, łatwopalna.

Psycholog kazała zwrócić uwagę, czy w czasie lata i wypoczynku to obgryzanie zniknie, osłabi się. Dostałam też informację, że moje dziecko gorzej pracuje w grupie, za to posadzone samo przy stoliku wykonuje wszystkie zadania szybko i bezbłędnie. I nie ma to nic wspólnego z kwestią indwidualista/grupowiec, tylko że w grupie jest więcej rozpraszających bodźców. Muszę cały czas pamiętać, żeby ograniczać mojemu dziecku bodźce, wrażenia, bo to je rozprasza, męczy.

09:34, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 czerwca 2015
Przesilenie letnie, cz. 2

Będzie kontynuacja ostatniego weekendu. W niedzielę doładowałam już akumulatory i odczułam potrzebę czynu :) Rowery i bieganie "no fucking way", ale spacery jak najbardziej :)

Najpierw przeszłam się na piknik sąsiedzki, tuż obok. To już chyba trzecia edycja. Pokręciłam się trochę, przyniosłam paluszki, by też mieć swój udział.

O 15:00 zaczynał się spacer miejski z Praską Ferajną do Koziej Górki. Miałam nawet sokramkę wyciągnąć i wstyd mi strasznie, że przypomniałam sobie dopiero jadąc na miejsce zbiórki. A zbiórka była na stacji PKP Olszynka Grochowska. Niczym blondynka, pomyślałam przez chwilę, że to będzie jakiś wypad za miasto, w zieleń, uroczyska. Gdzie tam Kozia Górka do Warszawy? A proszę bardzo. Uroczysko to miało być jak najbardziej - miejsce jest najbardziej znane z osiedla Dudziarska. Większość zapewne nie ma pojęcia, o co chodzi. Chyba, że ktoś namiętnie czyta szpalty kryminalne. Dwie dekady temu zbudowano na odludziu trzy bloki, do których wykwaterowano mieszkańców domów komunalnych, którzy zalegali z czym się dało. Budynki nie mają gazu, ani centralnego ogrzewania. Przynajmniej prąd jest. Bardziej więc już od miasta kopa nie można dostać. Zła plotka niesie, że nie mieszkają tam Amisze, ani Mormoni, a raczej ludzie, którzy mało mają do stracenia.

Większość spacerów ma krótką trasę, dużo punktów do obgadania. Ten miał mało punktów, za to spacerowania po kokardę na czubku głowy. Kozia Górka została brutalnie potraktowana przez rozwój przemysłowy. Z jednej strony odcina ją od świata jedna linia kolejowa, z drugiej strony kilometry torów stacji postojowej, obsługującej pociągi PKP. A w środku lasy, łąki, chaszcze. Ostatnio PKP zablokowało jedyny przejazd samochodowy łączący to miejsce z Olszynką Grochowską (5 minut jazdy) i teraz dostać się tam można tylko od strony sąsiedniej dzielnicy (pół godziny jazdy bez korków, a te zazwyczaj są).

Obejrzeliśmy sobie zakład karny dla kobiet, który tam jest. Na przeciw zakładu, na płocie powieszono baner reklamowy zaczynający się od zdania: "Dzwoń z aresztu. Tanio razem". Zrobiłam zdjęcie, bo nikt nie uwierzy :) Był jeszcze budynek teatru cyrkowego Akt, który działa w okolicy i spacer nad plażę, którą społecznie jego członkowie zorganizowali. Na plaży przywitała nas ludność tubylcza, która charakteryzowała się żartobliwym nastrojem ocierającym się o niebezpieczny sarkazm.

I wreszcie na koniec dotarliśmy do osiedla Dudziarska. Jak wspomniałam już wyżej, z dwóch stron zamknięte jest torami kolejowymi, z trzeciej jest łąka, chaszcze i ogródki działkowe zasiedlone przez ludzi, którzy nie lubią się już ujawniać światu. Do cywilizacji jest kwadrans drogi, za to pustkowiem. Dodatkowo za jednym nasypem kolejowym wybudowano spalarnię śmieci, która lubi dymić.

W takich momentach mam mieszane uczucia. Spacer, by zobaczyć czyjąś biedę i ciężką sytuację. Albo przeświadczenie, że ktoś znalazł się w gorszej sytuacji? Przychodzi stado ludzi i przewodnik coś opowiada. Na szczęście, było też o projektach aktywizujących młodych ludzi na osiedlu, czytaniu książek przez wolontariuszy.

Zapraszam zaraz na mojego fotobloga.

http://praskilajfstajl.blox.pl/html

Będzie można zobaczyć bok budynku pomalowany w "czarny kwadrat na białym tle" Malewicza. Podobno nie spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem. To chyba tylko Filipa Springera by ucieszyło ;) Drugi bok zapewne także by mu się spodobał, ale tylko dlatego, że to miał być Mondriani. Gdyby nie wymyślił tego Piet, to byłaby może pasteloza ;)

To było intensywne dwie i pół godziny wędrówki.

19:10, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 czerwca 2015
Przesilenie letnie, cz. 1

Wbrew pozorom i mojemu charakterowi podszytemu wiatrem, wpis będzie o lenistwie przesileniowym :)

Być może to przez zbliżającą się najkrótszą noc w roku, albo coś innego, ale mam ochotę nic nie robić. Leżeć, drzemać. Wiem, często mnie to dopada. Jednak teraz jest bardziej. Ma się czasami takie myśli, że to co się dotąd robiło, kochało robić nie ma sensu. Mogłabym jeszcze bardziej to rozwinąć, ale to nie na publiczne wynurzenia. I nawet człowiekowi dobrze jest z tą myślą. Nie ma sensu, to nie ma. Wiem, że za jakiś czas mi przejdzie.

Jak się pracuje na pełny etat, ma małe dziecko, to dopadają momenty, że człowiek czuje się jak chomik w kołowrotku. Tyle, że chomiki to lubią :)

Wczoraj wieczorem zajrzałam jednak na aukcję w jednym z warszawskich liceów. Współorganizowała ją Młoda, pomagałam jej zdobyć kilka przedmiotów. Zaprosiła mnie. Jako, że jej ojciec też się wybierał (z Wiertką, która była u niego na weekend), to poprosiłam by podjechał po mnie. Wybrałam się na tę aukcję jak blondynka, bez pieniędzy, ale pożyczyłam od Byłego. Uznałam, że skoro już jestem, to powinnam licytować. Szczególnie, że pieniądze były zbierane na Fundację Synapsis. A wśród obecnej młodzieży największym wzięciem cieszyły się przedmioty podarowane przez kadrę nauczycielską - np. okulary przeciwsłoneczne jednej z pań profesor. Poszły za stówę... Ja wylicytowałam ręcznie uszytego misia i książeczkę z autografem Edyty Jungowskiej (czyta wierszyki z książeczki na dołączonej płycie) oraz pierścionek egzotyczny z laleczką kubańską (może będzie zdjęcie pierścionka).

Dałam się odwieźć do domu, by kontynuować wylegiwanie się.

A w Warszawie rozśpiewała się wiankowa impreza. Fakt, że nie dokładnie w najkrótszą noc. Przez chwilę czułam niedosyt, że ja tu w domu, a tam zabawa. Samej mi się nie chciało wychodzić. W sumie to stara jestem, gdzie mi tam wianki wrzucać.

Z wiankami były niedawno ustalenia z Wiertką, ale ta odrzekła, że woli swój nosić na głowie, a nie wrzucać do jakiejś rzeki. Pomyślałam, że ma to nawet swój symboliczny sens. Dodatkowo, moja córka przypomniała mi, że rok, czy dwa lata temu też je wrzucałyśmy do Wisły, a żaden ukochany się nie pojawił. Moje dziecko jest konkretne :)

A dziś o 18:38 zaczyna się astronomiczne lato. Ta noc będzie najkrótsza w roku :) Na niebie Wenus spotyka się z Jowiszem. A potem już tylko, jakby bliżej zimy ;)

12:21, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 czerwca 2015
Komórkowo

Jeszcze zaległa historia i zmianie telefonu. Jakieś trzy tygodnie temu dziecko zrzuciło ze stoliczka mój aparat telefoniczny. Telefon już ze dwa razy wcześniej zaliczył spadek, nie wiem, jakiś taki pechowy czas biedaka w moich dłoniach dopadł. Okazało się, że ekran jest biały. I tu przyznam, że brak telefonu komórkowego, gdy nie ma się stacjonarnego, jest bardziej uciążliwy. Mam tam kalendarz, przypomnienia, budzik, alarmy oraz - co oczywiste, łączy świat ze mną :)

Okazało się, że wyświetlacz padł na dobre. Na szczęście, kończyła się moja umowa i przedłużyłam ją, przy okazji biorąc nowy aparat w promocji. Musiałam jeszcze przetrwać dni pomiędzy. Znalazłam skądś poprzedni aparat, ale okazało się, że ma zniszczoną wtyczkę do ładowarki. To wygrzebałam jeszcze starszy aparat - warto być chomikiem. Ten miał dla odmiany spuchniętą baterię, do wyrzucenia. I znowu, to nie ja, ale Były wykazał się myśleniem niestandardowym. Wpadł na pomysł, by baterię z telefonu starszego przekładać do najstarszego w celu ładowania i ponownie przekładać. Miałam taką surogatkę dla baterii ;)

Tym razem postanowiłam być nowoczesna, korzystać docelowo także w internetu w telefonie, więc zamówiłam smartfona. Model któremu pozostałam wierna nie okazał się być popularny, bo nikt go nie używa :D Na szczęście, sokramka trochę mi pomogła. Za kilka lat będzie to niezmiernie śmieszny wpis, ale ja na prawdę zastanawiałam się, jak włączyć aparat skoro ma ekran dotykowy, albo jak - do cholery jasnej - wydobyć klawiaturę, gdy ktoś prosi mnie o wybieranie tonowe :D :D :D 

Dygresja. Jeden z moich niezliczonych szefów opowiedział anegdotkę. To historia jeszcze z lat 90tych, a jemu przydarzyła się jeszcze wcześniej. Gdy dzwonił i słyszał w słuchawce prośbę o wybieranie tonowe, to próbował wybierać tonem - głosowo. Wołał do słuchawki :) Ja moją o smartfonie też będę tak opowiadać :)

Zmiana aparatu była dość drastyczna. Nie należy jej dokonywać przed okresem, oj nie. Wszystko mnie w tym smartfonie drażniło i było nie tak jak powinno. Żeby bateria trzymała dłużej niż pół dnia powyłączałam wszystko co się da, czyniąc ze smartfona aparat klawiaturowy tyle, że z szybką ;) Dotąd jeszcze nie zabrałam się za korzystanie z internetu. Smarton jest dla mnie za cichy - przypomnienia z kalendarza są dla mnie istotne, bo czasem muszę sobie coś przypomnieć natychmiast. Mam wrażenie, że to model dla ludzi, który bez przerwy trzymają go w dłoni, więc i tak widzą, jak im coś wyskakuje na ekranie. Jest jak "trophy wife" - ładna, efektowna, ale na schabowego z ziemniakami idziesz do baru.

Przyszła mi za to jedna refleksja - jeśli chcesz dać mężczyźnie wskazówkę jak ma dotykać kobietę, to powiedz mu, żeby ją jak wyświetlacz swojego smartfona traktował ;) Potem okazało się, że mój brat ma dokładnie ten sam model, więc będę się miała do kogo zwrócić po wskazówki.

W sumie to już nawet go lubię, choć boję się położyć na trasie przelotów mojego dziecka :)

19:20, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 czerwca 2015
Powrót

Milczenie było długawe. W ostatni piątek, gdy dziecko oglądało bajki, komputer się wyłączył już na dobre. Niedawno zdarzyło się to jakieś dwa razy, ale jeszcze odpalał ponownie. Pierwsze co pomyślałam, to że już kompletnie się rozpadł. I na tej myśli poprzestałam. Zastanawiałam się, czy jeszcze uda się wyciągnąć z niego jakieś rzeczy - mnóstwo zdjęć, pewne bazy w programie komputerowym. Pomyślałam, że teraz na dobre muszę się wziąć za kupienie laptopa.

W pracy mam komputer monitorowany, prezes dostaje zrzuty z ekranu pracowników. Nie wiem, jak to wygląda realnie, czy mu się chce to kontrolować, ale po co mam ryzykować. I z obserwacji - wszyscy korzystają tylko z programów i stron związanych z firmowymi bazami. Nikt nie przegląda internetu. W zamian atmosfera jest jak w biurze z lat 80tych - gadki, ploteczki, ciasteczka (w tych krótkich chwilach, gdy nie ma roboty).

Nie weszłam jeszcze na ten poziom korzystania z nowego telefonu komórkowego, by serfować po internecie. O zmianie aparatu też będzie wpis :)

Żyłam tydzień bez internetu. Życie to było dziwne, jakby niepełne, ale - u licha - tak się da :) Jednak raczej nie na dłuższą metę :)

I dziś rano odblokowała się jakaś klapka w moim mózgu. Trzepnęło w moją czaszkę. Dziecko oglądało bajkę, ona zawsze się wierci, kręci, macha nogami, stuka nimi o komputer. Kabel wyleciał!!! Tak, nie miałam przez tydzień komputera, bo nie przyszło mi do głowy, by sprawdzić, czy kabel sieciowy nie wypadł z tyłu... A przecież już raz tak było. Jeśli chodzi o urządzenia elektroniczne to mam pamięć kury. 

Jednak byłam akurat w drodze do pracy, więc nie mogła zweryfikować tej hipotezy. Napisałam sms-a do Byłego, który miał dziś siedzieć z Wiertką w domu, żeby od tego zaczął naprawianie sprzętu. Jego odpowiedź była krótka: "Boszsz..." :D

I miałam rację. Dostałam szansę na spokojne kupienie laptopa i zarchiwizowanie wszystkiego co mam na komputerze.

20:23, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 czerwca 2015
Lascaux w twojej kieszeni

Może okażę się zacofana, ale dopiero kilka dni temu dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak snap chat. Dla podobnych do mnie, uściślę tylko, że to platforma społecznościowa na której można zamieszczać dziesięcio sekundowe filmiki ze swojego życia. Tak, nie pomyliłam się - cyfrą: 10 sekund. Ile może się wydarzyć w takim czasie? Dlatego są to głównie ulotne migawki z jakiejś chwili. Żadna historia, żaden scenariusz. Nawet na seks taśmę. Choć być może ktoś to teraz czyta i woła "challenge accepted" ;)

Nie piszę o tym, by oceniać, choć to kompletnie nie mój klimat. Być może za jakiś czas zacznę korzystać, ale nie dlatego, że jestem fanką, ale dlatego by nie zostać w tyle.

Jednak dopiero teraz zrozumiałam, o co chodzi pewnemu publicyście, gdy napisał, że wracamy do kultury obrazkowej. Ludzie ponownie porozumiewają się pomiędzy sobą za pomocą malowideł. Nawet "ściany" istnieją. Na FB ludzie już rzadko piszą, wklejają memy. Słowa są staroświeckie. A kto nie używa słów, ten nie ma po jakimś czasie pojęć abstrakcyjnych w swojej głowie. Bo jak to zobrazować w dziesięć sekund? "Wolność", "czułość", "miłość"? Jak u Orwella. Trzeba czytać, by wiedzieć, co oznacza "jak u Orwella". Trzy dekady temu rewolucją było zrobienie programu informacyjnego trwającego kwadrans. Dziś będzie trwał dziesięć sekund.

Może się okazać, że to co kocham robić, czyli pisanie, jest czynnością bezużyteczną, bo nikt nie czyta. Za to rząd dusz i emocji będą dzierżyć malarze i fotografowie.

Zapewne pasjonaci kina będą mogli mi udowodnić, że można w dziesięcio sekundowej scenie wyrazić każdą prawdę, każdą emocję, zmienić świat.

poniedziałek, 08 czerwca 2015
Mama Misia :)

Jak wspominałam, nie miałam ostatnio czasu, bo po pracy biegłam na próby przedszkolnego teatrzyku rodziców. Dość szybko zabrała się za nas nauczycielka najstarszej grupy (m.in. Wiertki), bo miałyśmy tendencję do gadania, plotkowania i rozłażenia się. Złota kobieta, nie dość, że poświęcała nam prywatny czas po pracy, przygotowała dekoracje, to miała też zdecydowaną rękę. Mówiła jak można by poprowadzić scenę, gdzie dać pauzę, gdzie podnieść głos. I trzymała nas w ryzach :)

Dygresja. Przez te próby i przez teatrzyk posprzeczałam się z ojcem Wiertki. Uznał, że to idiotyczny pomysł, nie mam co już wymyślić, po co mi taki udział i w związku to mój problem, kto się w czasie prób zajmie dzieckiem. Wychodzi na to, że jego kontakty z dzieckiem nie są po to, by umacniał z córką więź, tylko po to by robić za "opiekunkę". On za opiekunkę robić nie będzie i w związku z tym, nie widuje dziecka. Wiem, jestem jedną z tych roszczeniowych samotnych matek, które sobie ubzdurały, że dwa weekendy w miesiącu, to za mało. Próby to jeszcze pół problemu. Mamy biorące udział w przedstawieniu uznały, że najlepszą godziną będzie 10:00, po śniadaniu. Byłam jedyna, której to nie grało, ale ok. Na szczęście, szef nie miał nic przeciwko mojemu udziałowi i przyjechaniu do pracy w południe - sam ma troje dzieci i zna te teatrzyki. W czwartek przed 16:00 jest zakończenie roku szkolnego, akademia dla mam i tatusiów, znowu się trzeba zwolnić wcześniej z pracy. No ok. To popracuję przez kilka dni dłużej i ilość godzin się zgra. Jednak nie do końca, bo jak wspomniałam ojciec malej nie zostanie z nią, bo "trzeba było myśleć i po co mi był ten teatrzyk". Jest jeszcze mój tata, który już mi pomagał w czasie prób, ale to też typ człowieka, którego pierwszą reakcją było "to oni nie wiedzą, że pracujesz? czym te matki się zajmują?".

I dziś był dzień przedstawienia :) Tremy w teorii nie miałam. Do dzisiejszego ranka :) Coś musiałam jeszcze rano załatwić, dziecko zgubiło w autobusie rękę lalki (jak to jest, że płacisz za lalkę sumę prawie trzycyfrową, a jej po trzech dniach odpada ręka?). Byłam podminowana. Na szczęście umalowali mnie, pomogli zgrać ubranie. Grałam bez okularów, więc żałowałam, że nie widziałam miny dzieci - podobno miały oczy jak spodki, nie mogłam zlokalizować własnej córki. Z drugiej strony, lepiej się gra przed rozmazaną widownią :D A jak, pod koniec wyszłam zaśpiewać zwrotkę piosenki i wreszcie zauważyłam plamę Wiertki, to aż zachciało mi się płakać ze wzruszenia.

Potem były wspólne tańce ze dziećmi, grupowe zdjęcia. Moja córka była zachwycona i pełna uznania dla mojej gry aktorskiej. Punkt na skali lansu wśród innych dzieci. Przedstawienie zostało nagrane, będę więc miała pamiątkę.

Dziś mam wreszcie wieczór po pracy, gdy nic nie muszę i jak patologiczna matka pozwalam dziecku oglądać bajki. Jednak zapewne niedługo będzie mi brakować tych spotkań z tamtymi matkami. To fajne, gdy "mamę Szymonka", czy "mamę Mai" poznajesz jako zabawną dziewczynę.

19:45, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 czerwca 2015
Długi weekend

Wiem, że strasznie długo nie pisałam. W pracy szkoliłam się, po pracy miałam intensywne próby do przedszkolnego teatrzyku. Okazało się, że non stop docieram do domu po 20:00, cholernie zmęczona. Czułam się jakbym non stop tkwiła w jakimś przeludnionym i głośnym wesołym miasteczku.

Teraz, po czterech dniach wolnego, wyspałam się, odpoczęłam, odprężyłam. Choć znowu działo się tyle, że nie miałam czasu na bloga :)

W środowy wieczór pojechałam z dzieckiem na spotkanie kobiet ze stowarzyszenia. Pogoda była piękna, ogród dookoła, wino z wodą sodową i lodem. Wiertka trochę się nudziła, oglądała bajki na laptopie, ale i tak następnym razem będzie twierdzić, że chce ze mną jechać. Dyskusji było wiele i dzięki jednej nawet zrewidowałam trochę moje nastawienie do ojca mojej córki (wkurzył mnie ostatnio). Czas nam leciał błyskawicznie, aż okazało się, że to już po 22:00. Moja dzielna córka trzymała się jeszcze przez większość podróży, ale potem biedna zasnęła. Ile dałam rady zanieść ją na rekach, tyle zaniosłam, ale pod koniec musiała się wybudzić. Strasznie się rozpłakała, krzyczała - wiem, że miała swoje powody i prawo. Łkając stwierdziła, że "to był najgorszy dzień jej życia" i "nie chce by się nigdy powtórzył". A potem zażyczyła sobie przytulaka, czyli pluszowego misia. Trzeba jej wybaczyć, bo ma tendencję do używania kwantyfikatorów ogólnych oraz hiperboli. Już wiele razy słyszałam, że to był najgorszy dzień jej życia.

W czwartek odwiedziła mnie A, która już gościła na łamach tego bloga - zawsze gdy przylatuje do Polski :) Moje dziecko doskonale ją pamiętało (a miała 2,5 roku, 3,5 lat) - z upominków jakie dostawała od niej. Pogadałyśmy sobie przy polskim piwie, którego A jest złakniona. Przyleciała z kraju, gdzie piwo istnieje tylko w nazwie, nie w smaku. Dowiedziałam się, co to takiego jest snap chat - zrobię o tym oddzielny wpis - i może kiedyś skorzystam. Nie dlatego, że jestem fanką nowych mediów, tylko dlatego, żeby nie zostać za jakiś czas wykluczona społecznie ;) Poczułam się trochę staro. I to nie przez snapa :) Moje życie to praca, przedszkole, dziecko - taka zwyczajność. A jej to inna wersja "Diabeł ubiera się u Prady". O czym ciekawym mogę jej opowiadać :)

Piątek był leniwym dniem matki i córki. Do momentu, gdy popołudniu poszłyśmy do parku i tam natrafiłyśmy na koleżankę z przedszkola Wiertki. W knajpce, w parku, siedziały dwie mamy z kolegami. Zostałam zaproszona do dołączenia się. Mam nadzieję, że nie była to podwójna randka (one też są samotnymi matkami) i nie wbiłam się jak głupia. Nasze trzy córki bawiły się obok, a my siedzieliśmy przy zimnym piwie.

Na sobotę i niedzielę Wiertka pojechała do taty. Mnie odwiedziła przyjaciółka. Siedziałyśmy cała sobotę przy zimnych drinkach. Po północy dostałyśmy już mocnej głupawki, bo z byle powodu miałyśmy atak śmiechu. Nie pamiętam, kiedy się tak śmiałam. Niestety, ja rzadko śmieję się tak pełną piersią. Bardziej jak Herr Flick z "Allo Allo" - "gestapo nigdy się nie śmieje, a jeśli się śmieje, to szyderczo" ;)

W niedzielne przedpołudnie wyprawiłam gościa do domu i zległam. Potem jednak pomyślałam, że nie mogę tak się poddawać kacowi i poszłam na spacer miejski po Pradze. Na koniec prowadzący zaproponował grupie, żeby iść jeszcze na piwo. No nie, nawet gdybym chciała, to już bym nie dała rady. 

Co najciekawsze - czuję się po tych czterech dniach wypoczęta.

18:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi