To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 29 czerwca 2016
Raz, dwa, trzy w gimnazjum uczysz się ty

Miałam napisać też mój pogląd na pomysł likwidacji gimnazjów, ale postawiłam na linearność wydarzeń i spadło na koniec kolejki. Oczywiście, ciekawie było patrzeć, jak media, krytykujące dotąd gimnazja, teraz są niechętne zmianom, bo przecież wymyślił je PiS.

Ubiegł mnie na FB Jacek Dehnel, skomentował temat idealnie. Tak jak i ja myślę. Skopiuję więc jego słowa, jako cytat:

 

"Reformy są bolesne, ale likwidacja gimnazjów i powrót do systemu 8+4 wydaje mi się sensowny. Wszyscy bodaj znani mi nauczyciele (choć może to być próba niereprezentatywna) na gimnazja narzekali. Wielu rodziców takoż. Narzekania koncentrowały się wokół dwóch spraw:

1. Konieczność trzykrotnego przechodzenia przez proces adaptacji i tworzenia pozycji w grupie. Wcześniej dzieciaki szły do podstawówki, tam musiały się jakoś - czy to byciem miłym, czy nieznośnym - odnaleźć w grupie i w sytuacji społecznej; trwało to tak do kiedy kończyli lat 15 i opuszczali szkołę. W liceum następowało ponowne wypracowanie pozycji, potem dwie klasy spokoju i maturalna. Teraz są trzy takie fazy - w dodatku 14 i 15-letnich dryblasów było łatwiej osadzić, bo spotykali się z nauczycielami, których znali od małego i mieli wpojony do nich większy szacunek. Teraz ten najgroszy, angstowo-hormonalny okres wygląda tak, po tym jak raz sobie ustalili wszystko jako 6-7 latkowie, muszą toczyć walkę dwukrotnie najpierw jako 12/13-latkowie, potem jako 15/16 latkowie. Pierwsza klasa gimnazjum i liceum są przez to bardzo trudne wychowawczo, a jak już sytuacja się ustabilizuje, to zaraz klasa ostatnia i cały stres przed testami kończącymi, wkuwanie pod klucz, itd. W zasadzie prawdziwa edukacja trwa tylko przez klasy drugie, a skrajne są obciążone pozycjonowaniem w grupie i testami.

2. Trzykrotne powtarzanie niektórych partii materiału zamiast dwukrotnego, trzy kursy zamiast dwóch - co zostawiało mniej czasu na przekazywania wiedzy. Tymczasem jeden kurs w okresie dzieciństwa i jeden kurs w okresie młodzieżowym, na dwóch różnych poziomach, zasadniczo były lepsze i pozwalały na szersze opracowanie kwestii."

 

Dla mnie ważniejszy jest punkt pierwszy. O ile można zmienić program nauczania, dostosować go, to nie można skorygować struktury dojrzewania człowieka. A z własnego życia pamiętam, że czas 12-13 roku życia, to moment gdy rusza praca hormonów. Młodzi ludzie stają się bardziej agresywni, uczucia są intensywne i mocne. I nakłada się to na moment takiej poważnej zmiany. Przechodzą na "wyższy level" edukacji, a skoro są wyżej, to więcej im wolno. Przecież nie są już dziećmi.

Przemawiają do mnie dwa argumenty przeciw:

1. Dzieci są w szkole ometkowane. Jedne jadą na opinii, inne nie mogą pozbyć się przekonań jakie przylepili do nich nauczyciele. A ci się nie przemęczają. W starym systemie, pierwsza szansa na zmianę wizerunku natrafiała się w wieku 15 lat. W nowym, już ponownie starym systemie, było to dwa lata wcześniej.

2. Są rejony, gdy bardzo restrykcyjnie podchodzi się do rejonizacji szkół. Dziecko trafia do kiepskiej podstawówki i szansą na zmianę środowiska edukacyjnego dawało gimnazjum. Teraz od razu wykopią je, może do gorszej szkoły średniej.

 

I teraz się zastanawiam. Czy jeśli jakiś efekt reformy kiepsko działa, to co lepsze - powrót do starego, które działało, czy ulepszanie tego co jest? Nawet gdy nie da się ulepszyć do końca. Nie podoba mi się pośpiech we wprowadzeniu zmian - już od następnego roku szkolnego. I zespoły nauczycieli, dyrektorzy, autorzy podręczników ledwo się wyrobią. Jednak rozumiem. Rewolucję trzeba wprowadzać szybko. Jak się ją rozłoży delikatnie na etapy, to przyjdzie następna ekipa i wszystko cofnie.

I jakie to genialne w swojej prostocie - przy kolejnych wyborach, wyborca zastanowi się: czy postawić na dotychczasową ekipę, czy wybrać tych, którzy będą chcieli wszystko zmienić z powrotem. A on nie chcę już ciągłych zmian. A jeśli opozycja nie będzie chciała nic zmieniać, to po co ją wybierać? Wróżę PiS długie rządy.

Bardziej rozsądnie byłoby wprowadzić reformę od teraz zaczynających roczników 2010 i 2009 (choć cieszę się, że Wiertka nie będzie chodzić do gimnazjum). Tylko, że w tym kraju nie można planować zmiany w perspektywie kilku-kilkunastu lat, bo następna ekipa wszystko rozmontuje. Nie można zbudować domu na solidnej cegle stawianej powoli, rząd po rządku. Przyjdą następni murarze i rozbiorą dotychczasowe ściany. Lepiej sklecić coś z desek. Następni też sklecą. I tak żyjemy w 4 lub 8 letnich barakach.

Szczerze szkoda mi rodziców dzieciaków, które teraz będą w 4-6 klasie. Oni muszą przeżywać stres.

I ostatnia refleksja na koniec. Gdyby PiS chciał naprawdę zaszkodzić mniejszościom seksualnym powinien ogłosić, że walczy o ich prawa ;)

wtorek, 28 czerwca 2016
Brexit Boys

W ciągu niecałych siedmiu dni Europą, światem wstrząsnęły dwa wydarzenia. Anglicy zadecydowali, że chcą wyjść z Unii Europejskiej, a ich drużyna piłkarska nie weszła do ćwierćfinału EURO, pokonana przez drużynę kraju nieco ludniejszego niż Białystok. Umysły intelektualistów nie mogą ogarnąć tego pierwszego, umysły zwykłych ludzi - tego drugiego. Do tego, do owych ćwierćfinałów weszła polska drużyna. Drużyna kraju, gdzie kibicuje już drugie pokolenie, które nie przeżyło żadnego liczącego się sukcesu w piłce nożnej. Od czerwca 2016 nic nie będzie już takie samo. 

Burza dotycząca Brexitu już przeszła i mój wpis nie jest wcale gorący. Wstrząsające nagłówki, portale prześcigające się z czarnych scenariuszach jakoś dotąd mnie tylko bawiły. Im bliżej lewej strony, każdy portal czuł się w obowiązku wypowiedzieć w temacie i wniosek był jeden - wszyscy umrzemy. A pierwsza dokona tego Anglia.

A kłopot główny jest w tym, że ledwo dobiliśmy się do prestiżowego klubu. Takiego klubu, o którym marzyliśmy, aspirowaliśmy. Warunki spełnialiśmy. A gdy się dostaliśmy, wreszcie byliśmy w Pierwszym Świecie. Świecie problemów "cafe latte". Żelazna kurtyna ostatecznie padła. A tu nagle okazuje się, że są tacy, których udział w tym prestiżowym klubie nudzi. I oni chcą już wyjść z tej imprezy. To tak jakbyś pieczołowicie zapuszczał drwalą brodę, wydał majątek na barbera. Już jesteś w knajpce, gdzie siedzą wszyscy drwalopodobni. Gdy jeden z nich wstaje i goli się na łyso. Już wiesz, już czujesz, że zaraz inni będą tak chcieli. I zostaniesz z tą brodą, niczym staroświecki ciul. Jednak gdy zgolisz się zbyt szybko, wyjdziesz na jeszcze większego idiotę.

Znowu jesteśmy 30 lat za resztą Europy ;)

Co do mrocznych scenariuszy. Gdzie byli publicyści, gdy padał Lehman Brothers? Co wtedy mówili? Gdzie byli publicyści, gdy ludzie zaciągali kredyty we frankach? Co mówili publicyści ciepłego lata 1939 roku? To zaraz potem zdarzyły się mroczne rzeczy, które poprzestawiały nasze życie po kilka razy. Gdzie byli kiedy w czasie tej szalonej imprezy, gdy ktoś w kuluarach podpalał domy?

Co może stać się złego, gdy wszyscy są od kilku lat czujni. Nie zdzielisz obuchem w łeb kogoś, kto ma oczy dookoła głowy.

Anglia, niekoniecznie Wielka Brytania, wyjdzie? Niech wychodzi. Będzie ciekawie. Może nawet zabawnie. Przyszło żyć w ciekawych czasach.

 

 

PS: Nie ja wymyśliłam tytuł tego wpisu. Pożyczony z pewnego mema :)

poniedziałek, 27 czerwca 2016
Weekendowo

Raporty z tropików.

W sobotę jakoś doczekałyśmy z Wiertką popołudnia. Okna mamy na zachodnią stronę, więc pierwsza część dnia jest zazwyczaj do zniesienia. Do tego zaciągałam teraz jeszcze zasłony i zamykałam okno balkonowe. W sobotnie popołudnie pojechałyśmy na przyjęcie urodzinowe synka mojej kuzynki. Odbyło się w ogrodzie, u ciotki. Godzina rozpoczęcia była dość ryzykowna, bo 15:00, rozpoczęcie meczu Polska-Szwajcaria. Ojciec solenizanta chciał się na chwilę wymknąć, matka mruczała, że raz mógłby się poświęcić, ale nawet ja to rozumiałam.

Moją siostrę też rozumiem. Od kilku miesięcy cierpi na przewlekłe bóle. Nie będę się wgłębiać na blogu gdzie boli i co boli. W każdym razie ból rozwala psychicznie, osłabia fizycznie, diagnozowało ją kilku lekarzy, kluczowe choroby wyeliminowano, nie wiadomo co jej jest, a boli jak bolało dalej. W dodatku, wierząc, że to coś pomoże, od miesiąca jest na restrykcyjnej diecie odtruwającej, czyli tylko kiszonki, surowe warzywa i niektóre gotowane. To i jedynie to. Każdy zrozumie, że przebywanie w okolicy grilla, skwierczącej karkówki i kiełbasy wykończy wtedy nawet Dalajlamę. Na razie efekt jest taki, że jest szczuplutka, blada, a boli jak bolało. Tyle, że jest zapewne prawie odtruta i nie ma toksyn.

W końcu, meczu słuchaliśmy dzięki transmisji radiowej lecącej z samochodu. Mecz jak mecz. Jednak nawet najwięksi ignoranci, w okolicach dogrywki trochę się zainteresowali. Gdy dotarliśmy do rzutów karnych, atmosfera była mniej więcej "przyjmijmy tę porażkę z godnością". A potem działo się, co się działo.

A tak jakoś przy trzecim rzucie karnym, mama solenizanta... podała tort z zapaloną świeczką. Żartowałam, żebyśmy tylko nie krzyczeli i nie klaskali równocześnie z golem Szwajcarów. Mały zdmuchnął świeczki tuż przed piątą kolejką i mogliśmy zaraz, po emocjach, świętować zwycięstwo.

Niedziela była ogłupiająca. Trzydziestostopniowy upał niewiele różni się od jesiennego deszczu. W obu przypadkach, nie można wyjść z dzieckiem z domu i jest ciemno w pokoju. Zastanawiałam się, czy nie przejść się nad wodę w Parku Skaryszewskim, ale nie do końca byłam pewna powrotu odporności mojego dziecka. Trochę się pobawiłyśmy, co skończyło się tym, że Wiertka-nauczycielka zadała mi zadanie do napisania, sama zaś wzięła sobie tablet z grami. W takim razie, ja ukradkiem sięgnęłam po telefon z internetem. Obie zległyśmy na kanapie, każda ze swoim sprzętem. Bardzo niepedagogiczne, ale w tej temperaturze wiele się nie dało.

Czekałam na burzę, potem na koniec deszczu. Jeszcze nie skończyło kropić, a my już byłyśmy na dworze. Wiertka rozjeżdżała na rolkach kałuże. Im głębsza, tym lepsza zabawa. Połaziłyśmy tak ponad dwie godziny.

niedziela, 26 czerwca 2016
Zamknięcie roku

Miałam ostatnio dylemat i nie czułam się z tym do końca fajnie.

U jednego z moich klientów przygotowywałam pewien egzamin, który odbywa się dwa razy do roku. Trzeba zgrać logistycznie, dopracować materiały, potem napisać podsumowanie (to przede mną). I dopiero po fakcie zorientowałam się, że data pierwszej tury nakłada się na... zakończenie roku szkolnego Wiertki. Tylko matka taka jak ja może przypomnieć sobie o dacie zakończenia roku szkolnego na dwa tygodnie przed. A tym razem moja osobista pomoc była niezbędna. Mogłam kogoś znaleźć na zastępstwo. Wzrosłyby trochę koszta. W ostatniej chwili próbowałam trochę przesunąć godziny, ale już się nie dało.

Mogłam się uprzeć i wszyscy by zrozumieli, ale fakt jest też taki, że chciałam mieć w tym swój udział. Poszerzyć trochę doświadczenie. Tata Wiertki zgodził się iść z nią na zakończenie roku szkolnego. W końcu, u licha, ojciec to taki sam rodzic.

Potem okazało się jeszcze, że jak się zepnę czasowo, to na pół godziny uroczystości mogę być.

Wiertka pojechała do taty dzień wcześniej, w czwartek. Dostałam od jednej z mam sms-a, że przez cały dzień była marudna, płakała, jęczała. Być może jest już mocno zmęczona szkołą. Zadzwoniłam do Byłego, by wybadać, czy coś opowiadała, ale dowiedziałam się tylko, że dużo spała. Potem dostałam wiadomość, że wymiotowała. A potem, że ma 38,7 stopni. Wyjaśniła się przyczyna jej zachowania. Uznałam, że nie ma co przesadzać - to ważny dzień, pierwsze zakończenie roku szkolnego w życiu, ale ważniejsze jest by wypoczęła. I nie wiadomo, czy nie zaraża wirusem.

To ja wpadłam na chwilę do szkoły i odebrałam jej świadectwo oraz książkę. Z książką była związana inna krótka dyskusja wcześniej. Bo padł pomysł, by dzieci wyróżnione, te "czerwonopaskowe" miały swoje nagrody, ale oprócz tego wszystkie dzieci dostały po książce. Byłam za, choć ciśnienia nie miałam. Rozumiem, że jednak otrzymanie nagrody za wyniki w nauce, to coś wyjątkowego dla dziecka. A tak wyjątkowość się rozmywa. Sama dostawałam "czerwony pasek" i nagrody do siódmej klasy ;)

Pojechałam, egzamin nadzorowałam, choć przede mną siedzieli dorośli i nawet nie ściągali :) Choć negocjować próbowali :) Upał mi straszliwy, ale w tamtejszej klimie udało mi się przemarznąć.

Sama też nie czułam się za dobrze. Już trzeci dzień z rzędu byłam lekko osłabiona, z obolałym, spuchniętym brzuchem. Chyba też wirus mnie nadgryzał. Nie jedyną - w pracy byłam chyba trzecia. Inna z matek na FB też się żaliła, że jej dziecko ma któryś dzień z rzędu prawie 40 stopni.

Wiertce zdążyły wrócić siły witalne. Jeśli mierzyć to ilością słów wyrzucanych z siebie w minutę :) Pojechałyśmy do kina na "Gdzie jest Dory?". Mnie udało się odlecieć na kilka minut w drzemkę, ale większość historii obejrzałam. I jak to ja, pod koniec miałam ochotę sobie popłakać :)

wtorek, 21 czerwca 2016
Starcie ze społecznym dowodem słuszności

Dziś na placu zabaw, dotarła do mnie z ust jednej z matek informacja. Otóż jej córka, koleżanka z klasy Wiertki, powiedziała jej, że jakieś dwie matki obgadywały moje dziecko. Otóż moja córka ma dziurawe spodnie, nie wyprasowane do tego. Znajoma matka przekazała to zbulwersowana, jak można tak mówić o czyimś dziecku i to w obecności innego. Dzieci podłapią, będą gadać. Na szczęście, jest na tyle ogarnięta, że nie doradziła mi cerowania spodni i prasowania :)

To, że nie prasuję i chodzimy w nie wyprasowanych rzeczach jest powszechnie wiadome. Czasem wyjmę żelazko, gdy ciuch jest totalnie wymiętoszony, a okazja jest biznesowa. Wychodzę z założenia, że nikt na łożu śmierci nie żałował, że nie prasował. Dziura wyskoczyła w ciągu dnia, rano jeszcze jej nie było. Każdy kto miał małe dziecko, wie, że kolana się drą. Trudno.

Jednak odrobinę przykro mi się zrobiło. Korciło mnie by podpytać, które to mamy, ale się powstrzymałam. Trudno. Zdaję sobie sprawę, że zapewne ktoś mnie obgaduje, ocenia. Daleko mi to matki takiej, jaką ma być matka. Ktoś obgaduje i ocenia też moje dziecko. Nie chcę tylko, żeby czuło się z tego powodu gorsze. Ja dam sobie radę. 

Odkąd skończyłam 16-17 lat mam gdzieś społeczny dowód słuszności. A w tamtych czasach, naprawdę mieli o czym gadać na mój temat. A definicja społecznego dowodu słuszności jest prosta - dobre i poprawne jest dla mnie to, co robią inni ludzie, dlatego, że robią to inni ludzie.

Jedynym czynnikiem, który by mnie zmusił do prasowania jest chyba tylko stu procentowe ryzyko raka.

Żeby nie było, że jestem taka buntownicza i niezależna, to od razu przypomina mi się cytat chyba z Leca albo Tuwima - "nasz nonkonformizm jest konformizmem wobec grupy, do której aspirujemy". Są osoby dla mnie "znaczące", których uwaga by mnie bardziej zabolała. Nie o braku prasowania, bo takie coś by im nie wpadło do głowy. Jednak stwierdzenie, że czytam za mało książek, za dużo gazet, za dużo seriali. Albo zarzut, że jedzeniem mięsa, jajek i mleka przyczyniam się do cierpienia zwierząt. Nie czułam się dobrze, gdy nie dotarłam na głosowanie w wyborach do europarlamentu i ktoś mi to delikatnie wytknął. Głupio mi było, że zimą nie docierałam na marsze KODu. Jak wytykają mi powyższe rzeczy, to czuję, że nie jestem takim człowiekiem jakim bym chciała.

A, że nie prasuję ubrań i przepuściłam dziurkę w spodniach dziecka. No cóż.

To sobie ulżyłam ;)

 

Ja piszę, a dziecko za moimi plecami podczytuje. Jest teraz na etapie fascynacji czytaniem i czyta wszystko, co jej wpadnie przed oczy :)

poniedziałek, 20 czerwca 2016
Czerwony namiot

W weekend niektórzy zetknęli się z brokatową aferą ;) Pewien kobiecy tygodnik zamieścił na okładce kobiece majtki, ugarnirowane czerwonym brokatem. Nie, nie z przodu, żeby ładnie falowało w czasie "Ona tańczy dla mnie" ;) W środku, po wewnętrznej stronie, tak by mocno kojarzyło się z pewnym czasem w życiu kobiety. Porównanie krwi miesięcznej do brokatu akurat mnie się spodobało. Samo założenie okładki mnie nie wzburzyło, ani nie zniesmaczyło. Jednak nie od dawna wiadomo, że bywam przekorna.

Okładka spotkała się ze sporym negatywnym odzewem i - w mniejszości - głosami poparcia. Z założenia miało to służyć, m.in "odtabuizowaniu" kobiecego okresu. Uczynienie go, w przestrzeni publicznej, naturalnym stanem, którego nie trzeba się wstydzić, ani ukrywać.

Przestrzeń jak przestrzeń. Moje miejsce pracy jest niemal w 100% kobiece. Do niedawna w zespole był facet. Gej, ale jednak jądra. Teraz same babki. Gdy latają rozmowy o okresie, zespole napięcia, różnych chorobach przenoszonych drogą płciową, to czasami brakuje mi tych jąder w firmie :) Robi się zbyt estrogenowo ;) Z drugiej strony, mogę swobodnie stwierdzić, że mam wkurw, bo idzie okres.

Jednak, jak widać, przestrzeń publiczną kreują mężczyźni.

Nie dziwię się, że przez wieki, miesiączkująca kobieta była nieczysta. W sytuacji, gdy bielizna nie istniała, higiena była jaka była, kobieta  w czasie okresu mogła zostawiać za sobą krępujące ślady. Gdy nie musiała, to się nie pchała do świata. I niekoniecznie musiał to być pomysł mężczyzn. Nie da się w kilka lat, wypchnąć nawyków z wielu stuleci. Szczególnie, że przemysł kosmetyczny jest zainteresowany tym, by kobieta czuła się brudna, nieświeża, skrępowana.

Inną sprawą jest, to że jednak większość kobiet źle znosi miesiączkę. Dziś moja przypomina "hiszpańską inkwizycję" ze skeczu Monthy Pythona - przychodzi nagle, bez bólu, jest skąpa i krótka. Jak dla mnie. Łatwo mi gloryfikować rytm kobiecego ciała, moją kobiecość, "czerwony namiot", to piękne wspomnienie po matriarchacie (namiot jako symbol odosobnienia, czasu odpoczynku i medytacji w czasie okresu, czyli znowu coś o czym można dziś pomarzyć, gdybyśmy żyli w czasach matriarchatu na czas okresu kobieta dostawałaby urlop). Z drugiej strony sama pamiętam lata, gdy z bólu chciało się wbić zęby w płytkę w łazience i szarpnąć, lepkość i nieświeżość były stanem permanentnym, co chwila bałam się, że coś przemiękło, a dziewięć dni non stop, to było "do cholery, przesada". Trudno było wtedy cokolwiek celebrować.

Nadal jestem zwolenniczką pokazywania młodym dziewczynom, że z ich ciałem dzieje się coś fajnego. To część rytmu przyrody, pewnego odwiecznego kręgu. Rozumiem też, że nie odnoszą się z entuzjazmem do kobiecej miesiączki.

Ręka do góry, która choć raz nie miała przykrej wpadki w czasie okresu. Pół biedy, gdy nie skończyło się to publicznym ośmieszeniem. Chcę by moja córka żyła w przestrzeni publicznej, gdzie czerwona plama na spódnicy jest tak samo krępująca jak plama z kawy, na którą się głupio usiadło.

Jako, że feministki to "dziewczynki do bicia", to cieszę się, że wyszły z taką akcją. Ktoś musiał ;)

 

Oczywiście, to problemy "pierwszego świata". W tym samy numerze jest artykuł o sytuacji kobiet w innych częściach globu, gdzie jest utrudniony albo żaden dostęp do środków higienicznych.

piątek, 17 czerwca 2016
Janusze Biznesu, cz. 2

Co robisz, gdy do twojego obecnego miejsca pracy przychodzi mail zapraszający na konferencję organizowaną przez pracodawców, którzy są ci winni pieniądze i wystawili błędny PIT?

Ja wybuchnęłam śmiechem. A następnie zgłosiłam się, by tam pójść :)

Szefowie zapewne mieli już pewne podejrzenia, gdy dostali mój adres mailowy i dane na listę uczestników. Byłam ciekawa, jak zareagują i czy popłoch będzie dobrze maskowany. Oczywiście, byli mili, przyjaźni i uprzejmi. Kiedy jednak zatopiłam się w rozmowie z jedną z wystawiających się tam klientek, dawny szef krążył dookoła. Aż w końcu udało mu się zamienić ze mną kilka zdań.

Usłyszałam, że ich księgowa tak się wystraszyła moich maili, że prawie zerwała z nimi umowę. Nie dziwię się, skoro pisała, że jej też są winni pieniądze. Oraz oczywiście, że interes słabo idzie. To sama widziałam. Z pozycji uczestnika nie widać tyle, ile widzisz, gdy wiesz na co patrzeć z pozycji kogoś, kto organizował. Jestem w stanie uwierzyć, że nie mają kasy, mają długi.

Plus jest ten, że zamiast ładować się w zbędne koszta zatrudnienia, panowie wreszcie sami zabrali się do pracy. Niestety, o dwa trzy lata za późno.

Dawny szef jeszcze odrzekł, że zamiast straszyć księgową, mogłabym napisać maila bezpośrednio do nich. Ciekawe.

Sama konferencja była ciekawa. Odprężająca :)

wtorek, 14 czerwca 2016
Migawki z Polski

W tamten czwartek spotkałam się na pogaduszkach z koleżanką, która w weekend wróciła za Ocean. Ciekawe były jej spostrzeżenia, tego co tu się dzieje dookoła (choć nie ma czasu na czytanie informacji z kraju).

Najpierw spotkałyśmy się na "patelni" przy wyjściu z Metra Centrum. Tuż przed nami po prawej pikietowano za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej i zbierano podpisy, a po lewej agitowano za jej zaostrzeniem (tak się jakoś ze stronami porobiło). Zaś w środku stała policja, sztuk osobowych dwoje czy troje :) Ja podpisałam listę po prawej, znaczy się ideologicznie raczej lewej. Poszłyśmy się dalej, a koleżanka spytała się mnie:

- Czy też dostajesz tu na każdej wizycie u ginekologa Plan B?

Dawno już straciła kontakt z Polską :) Od razu, zarezerwowałam, przy jej kolejnej wizycie, że może te zapasy pigułki przywieźć dla mnie :) Tylko, czy amerykańskie hormony będą działać na polskie jajniki?

Odebrałyśmy Wiertkę ze szkoły i ta od razu zażyczyła sobie spacer do McDonalda. Trochę głupio zapraszać do Maca kogoś, kto wrócił z jego ojczyzny :D Koleżanka, gdy dowiedziała się, jakie jeszcze fast-foody są obok niego, była zachwycona - bo to tak super zjeść KFC w Polsce. Bo tu mięso i panierka są smaczne. Tam nie mają smaku. Generalnie, tam dla niej nic nie ma smaku, je niewiele, a tyje. Przyjeżdża do Polski, je jak noworodek, czyli co 2-3 godziny i chudnie.

Na koniec przeszłyśmy się do parku. Dziecko bawiło się na placu zabaw, a my na ławeczce gadałyśmy. I tu kolejne spostrzeżenie patrząc na bawiące się dzieci - dla niej one wszystkie wyglądają tak samo. Jasna cera, jasne włosy. Jak stado Chińczyków. 

- Gdybym zostawiła tu swoje dziecko, to bym go nie rozpoznała. Ja ich nie rozróżniam.

Można się śmieć, że przesiąknęła tą różnorodnością ras i kolorów. Po tylu latach można się przyzwyczaić. Polecam lekturę "Ukrytego wymiaru: Halla, m.in. o tym jak przestrzeń w jakiej żyjemy wpływa na postrzeganie świata. Słynne - Eskimosi znając ponad 20 określeń na śnieg, a idąc w zamieci, nas oślepiającej, wyczuwają przeszkody przed sobą. Albo prościej - moja prababka wypuszczona na trawnik przed moim blokiem, zapewne potrafiła nazwać większość tego, co rośnie, a nawet z większości przyrządzić obiad.

Ciekawie czasami spojrzeć na przestrzeń dookoła oczami kogoś innego.

20:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 czerwca 2016
Big Book Festival 2016

Weekend spędzony na Big Book Festival. Czas dla ludzi, którzy kochają książki. Spotkań i wykładów było mnóstwo. Szkoda, że część się pokrywała.

W sobotę trafiłam tam w południe. Najpierw promocja kryminału "Łaskun" Katarzyny Puzyńskiej. Z opisu wydarzenia odniosłam wrażenie, że będzie to dyskusja o kryminałach. Gdy połapałam się, że to spotkanie autorskie z pisarką, której nie przeczytałam ani jednej książki, to było już głupio wyjść. Posiedziałam i mam swoje refleksje.

Potem dyskusja "Bunt czytelników" - rozmawiali Renata Kuryłowicz, Konstanty Kot Przybora, ojciec Roman Bielecki, Anna Król. Czy książka jest towarem jak pasta do zębów? Co robić by więcej ludzi chciało czytać? Okazało się, że Kuryłowicz irytują ostatnio wykorzystywane kampanie namawiające do czytelnictwa. A już szczególnie wykorzystywanie celebrytów, o których prywatnie wiadomo, że ze słowem pisanym idzie im trudno. Za to miała bardzo ciekawy pomysł - pisarze powinni częściej pojawiać się w mediach. Tak jak aktorzy, piosenkarze. Opowiadać o sobie, fotografować się na sesjach. Dobrym tego przykładem jest Katarzyna Bonda, która czasem wylewa się w lodówki (tu już moje spostrzeżenie), ale jest skuteczna. Może tradycyjne turne po spotkaniach autorskich, to dziś już za mało. Przychodzą na nie fani. Tak nie trafi się do tych, którzy jeszcze się z danym pisarzem nie zetknęli. Byle nie była to promocja jak ta, gdy Karpowicz ścinał się z Dunin ;) Ciekawostką było to, że ojciec Bielecki przeczytał "50 twarzy Greya", by być bliżej ludzi, których spowiada, zaś Renata Kuryłowicz nie dała rady :)

O 16:00 było spotkanie z Bogusławem Wołoszańskim, który opowiadała o fenomenie "Mein Kampf". Właśnie nadchodzi oficjalnej wydanie książki, po dekadach aresztu. Wołoszański człowiek instytucja. Mówi tak, że nie potrzeba pić kawy. Szybko spotkanie przerodziło się w rozmowę z publicznością, która miała swoje pytania. Nowa ciekawostka - majątek Hitlera wyceniono na dzisiejsze ponad 40 milionów Euro. W teorii dziedziczyła je jego siostra, Paula. W praktyce - rozpłynął się.

Wieczór zakończyłam spotkaniem autorskim z Elżbietą Cherezińską, która promowała swoją nową powieść historyczną "Harda". Zaintrygowała mnie tematyka - silne kobiety z dynastii Piastów, średniowiecza. I wpadłam. Cherezyńska mówi z taką pasją, swadą, dowcipem, erudycją o czasach, epoce, że nie można się oderwać. Gorzej, wstajesz, wymykasz się i kupujesz jej książkę. Nie wiem, czy nie będę żałować, ale się zobaczy. Nie byłam jedyna :) Podejrzewam, że ta kobieta potrafiłaby sprzedać drukowaną wersję książki telefonicznej :) Widziałam kiedyś reklamę jednej z jej powieści, ale pomyślałam, że to pokłosie popularności "Gry o tron". Tylko, że my mieliśmy swoją autentyczną, prawdziwą, krwawą grę o tron. Obawiam się, że uznam fabułę za zbyt odjechaną historycznie. Cherezyńska mocno trzyma się faktów, robi ogromną robotę faktograficzną. Kłopot z wczesnymi Piastami - Mieszko I, Chrobry - jest jednak taki, że o ich żonach, córkach, matkach wiadomo czasami tylko tyle, jak miały na imię. A i nawet i to nie jest pewne. I wtedy powieściopisarka zaczyna tworzyć własne teorie. Zobaczymy. Kolejną ciekawostką jest fakt, że wiemy o tym, że Mieszko musiał odesłać swoje żony, gdy poślubiał Dobrawę. Jednak nie naszła go nagła płodność po ślubie z nią. Musiał mieć jakieś potomstwo z pogańskimi żonami. Biedne kobiety, biedne dzieci zniknęły w mrokach niepamięci.

Była już trochę zmarznięta, zmęczona i przed 20:00 zwinęłam się. Szkoda, bo czekała jeszcze dyskusja o erotyce w literaturze. Nie dałam rady.

W niedzielę nie szalałam. Jedna dyskusja o szczęśliwych miastach i roli architektów. Oraz turniej Niewiedzy o Henryku Sienkiewiczu. Kapitanami drużyn byli - prof. Bralczyk i Michał Ogórek, członkami zaś przybyli słuchacza. Ja byłam cichym uczestnikiem drużyny Pana Ogórka :) Pytania układali pracownicy naukowi z Uniwersytetu. Super atmosfera, niesamowite pytania. Naprawdę niesamowita zabawa.

Impreza odbywała się w Pałacu Szustra. Część w dwóch salach, część na murawie obok niego. Leżaki, skrzynki do siedzenia i niebo nad nami. Szkoda, że w sobotę było raczej chłodno.

Do toalety damskiej, na każdym piętrze, długa kolejka. A obok męska, do której nikt nie wchodzi :) Nigdy nie pojmę tej różnicy pomiędzy pojemnością pęcherza kobiecego i damskiego. W sobotnie popołudnie obyczaje już poluzowały i panie zaczęły korzystać też z męskiej :)

środa, 08 czerwca 2016
Kompot truskawkowy

I znowu będzie o dniu codziennych. Nic głębokiego.

Dziś dzień urlopu. Rano zapisałam dziecko na sierpniowe "lato w mieście". Pojechałam do Inspekcji Pracy. Spodziewałam się tłumów, kolejek, długiego czekania, a od razu weszłam do pokoju, gdzie udzielano porad. Chodzi oczywiście o moich poprzednich pracodawców. Jak się domyślałam, brakujących pensji mi nie przelali. Jakieś 500 złotych. Korekty PITu nie dostałam. Na maile też już nie odpisują. Pan z IP poradził napisanie mailem skargi na firmę - skutkuje kontrolą, oraz zaniesienie pozwu do Sądu Pracy. Super, że dał mi gotowe wzory, które trzeba tylko wypełnić i dodać ksero umowy o pracę. Sam właściwy dla tamtej firmy sąd jest kilka kroków od mojej obecnej pracy. Mogę wyskoczyć na przerwie i złożyć pozew. Mogą od razu zapłacić zaległe pensje plus odsetki, albo się nie zgodzić i wtedy będzie rozprawa. Zobaczymy.

Kupiłam po drodze bukiet kwiatów, wpadłam do domu po znicze i pojechałam na cmentarz. Jutro rocznica śmierci mamy. Jak zwykle, pół godziny jazdy autobusem, pół godziny wędrówki w sąsiedztwie budowanej obwodnicy (piach, pył, upał). Na miejscu godzina. I ponownie ten sam powrót. Jak jestem już na tamtym cmentarzu, to zapalę znicze na wszystkich rodzinnych grobach. Dzień był piękny, nie śpieszyło mi się, więc się pospacerowałam. Kiedyś cmentarze mnie fascynowały. Jako informacje o pewnej zbiorowości. A tu widziałam czasem groby osób, które znałam.

Wracając zadzwoniłam do taty, zaskakując go nowiną, że rocznica śmierci już jutro.

- To zawsze twoja matka pamiętała o datach.

Teraz to ja muszę pamiętać o datach, bo mojego brata też nie podejrzewam.

Do domu wróciłam przed 13:00. I pod prysznic, by zmyć pot, pył i zmęczenie. Odebrałam Wiertkę wcześniej ze szkoły, zaraz po obiedzie. Ona tak się cieszy, gdy przychodzę wcześniej.

A po południu, ja robiłam wiosenne zupy - kalafiorową i botwinkę. Trochę buraków zjadłam od razu, na surowo. Chyba brakuje mi żelaza :) A w pokoju moje dziecko bawiło się w mamę i córkę. Ona była matką i na to konto odkurzyła i umyła mopem podłogę. Nie protestowałam Wygląda dobrze. Trzeba mieć nadzieję, że zapamiętała dobre rzeczy, bo przecież nie położyła się z książką na kanapie, mówiąc, że jest wykończona :) Niedawno stwierdziła:

- Uprane i wyprasowane ubrania wyglądają tak pięknie.

Żelazko ma do dyspozycji :) Az trudno mi uwierzyć, że to moje łono wydało to dziecko :)

Kompot truskawkowy? Piłam w niedzielę u bratowej. Pomyślałam, dlaczego sama dziecku nie gotuję do szkoły? I teraz zamiast wody, Wiertka niesie do szkoły w butelce kompot truskawkowy. Póki jest jeszcze sezon.

Nie przepadam za słodkimi, czy smakowymi napojami, więc dotąd unikałam kompotów. Właśnie z wyjątkiem czerwca osiem lat temu, gdy mama trafiła do szpitala. Nie chciała nic pić, nerki przestawały pracować i gotowałam jej kompot truskawkowo-jabłkowy. Woziłam go w butelkach po wodzie mineralnej. Potem nie chciałam już patrzeć na kompoty. 

 
1 , 2
Tagi