To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 29 czerwca 2018
Lato, lato, lato czeka

Jutro wyjeżdżamy z Wiertką nad jezioro, a potem nad morze. W dwa weekendy i jeden tydzień upchniemy dwie podróże :) Wpisów raczej nie będzie. Postaram się odezwać po 9 tym lipca :) W ostatnich czasach byłam w bezustannym biegu - z domu wyjście średnio o 8:00, powrót koło 20:00. Chciałabym tylko leżeć i nic nie robić, albo spacerować w fajne miejsca :)

21:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2018
Wakacyjnie

W pierwszy tydzień wakacji Wiertka chodzi na półkolonie. Ich tematem przewodnim jest programowanie i tworzenie prostych gier komputerowych. Od razu jak zobaczyła reklamę, to się zapaliła do tego i już nie chciała słyszeć o żadnych innych zajęciach tematycznych.

Tak więc ten tydzień wygląda tak, że przesunęłam sobie pracę na zmiany od 10:00 lub 9:00. Rano zawożę dziecko do sąsiedniej dzielnicy na zajęcia. Dobrze, że to pół godziny jednym autobusem i potem krótki spacer. Następnie jadę kolejną godzinę do pracy, w inną część miasta. Całość zajmuje ze dwie godziny. Na szczęście, małą odbiera i odwozi do domu jej tata. A ja docieram do domu koło 19:00.

Wiertka półkoloniami jest zachwycona. Wszystko to, co kocha, czyli komputery, gry, różne dziwne kody. Tak przez pierwszą część dnia. Druga jest przeznaczona na aktywność fizyczną - byli w parku trampolin, na wycieczce, gdy padał deszcz grali w różne gry. Moja córka stała się fanką grania w Mafię :) Na zajęciach są sami chłopcy i tylko dwie dziewczynki :) Na szczęście, Wiertki to nie zniechęciło. Zapewne, gdyby półkolonie trwały dłużej, to cały czas by chciała tam chodzić. Zupełnie nie reaguje jak ktoś, kto ma zbyt zajęty dzień. Rano budzę ją bez problemów, choć to niemal tak samo jak do szkoły. A po pierwszym dniu z emocji nie mogła zasnąć, bo już chciała się obudzić :)

Może zapiszę ją, we wrześniu, w tym miejscu na zajęcia pozaszkolne. Tematyka ta sama.

Całkiem odwrotnie jest z Latem w Mieście (dopiero będzie), które to jest tematem naszych sprzeczek, rozmów, dyskusji - to znaczy, moje dziecko płacze, jęczy, dyskutuje, a ja się nie uginam. To raczej temat na inny wpis.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2018
Letnio o intymności

Po raz pierwszy nie było mnie na zakończeniu roku szkolnego dziecka. Spytałam się Wiertki, czy chciałaby by był z nią tata i bardzo się ucieszyła. Ja mam jeden dzień urlopu w zanadrzu. A może trochę szkoda, bo dostałam dyplom "dyrekcji, wychowawczyni i Rady Rodziców" dla rodzica zaangażowanego w życie klasy. Coś w tym stylu. Zrobiło mi się niesamowicie miło, że ktoś zauważył i docenił, że starałam się jakoś pokazać jako dobry rodzic.

Chciałam nawet zdjęcie tego dyplomu wrzucić do sieci, by się pochwalić. Pomyślałam jednak, że niektórzy rodzice też dostali, a tak się nie chwalą. Wynikła też sprawa z Wiertką, która nie chciała bym to zrobiła. Zawahałam się, nawet wrzuciłam dwa razy i dwa razy po chwili skasowałam. Nie ma po co. A moje dziecko robi się wyczulone na pewne rzeczy.

Gdy dwa tygodnie temu zmarł Edek i napisałam to FB, moja córka była oburzona. Popłakała się i chciała bym to usunęła. Jak mogłam zrobić coś takiego. Dla niej sieć jest po to by się chwalić, zbierać pochwały, głosy uznania. A nie powinno się chwalić śmiercią zwierzątka. Mogę sobie myśleć, co chcę, ale chyba moje dziecko ma jeszcze jakieś granice intymności i dzielenia się ze światem.

A te dyplom pochwalny też jest na swój sposób z nią powiązany. Muszę zacząć uważać, na to jak pokazuję pewne rzeczy. To też przykład dla niej.

Ta deszczowa pogoda, końcówka cyklu sprawiają, że przez ostatnie dwa dni snuję się jak w śpiączce.

czwartek, 21 czerwca 2018
Przesilenie letnie

Będzie krótko :)

Dwa razy do roku jest mi ciężej. Odnoszę wrażenie, jakby klocki tetris spadały mi na głowę i ramiona. I to coraz szybciej. Tylko, że w okresie przesilenia letniego dzieje się to w oślepiającym słońcu. W okresie przesilenia zimowego - w przytłaczających ciemnościach.

Ostatnie dni to bieganie w różne miejsca, przed pracą, po pracy, spotykanie się z miłymi ludźmi (nie dało się tych spraw odłożyć), ale jednak na resztkach sił, stresowanie się, zapominanie o różnych rzeczach, gubienie. 

Dziś dzień NieMatki - sama w domu, w ciszy, spokoju. A przede mną najkrótsza noc w roku. Tylko moja.

Tagi: życie
20:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Szary poniedziałek

Najpierw poniedziałek był szary od doświadczeń. Potem zasnuł je szary pył upały. Aż przyszły szare deszczowe chmury. Jeden kolor, a tyle odcieni. Każdy daje inną emocję.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od soboty. Weekend był urodzinowy. Sobota pod Warszawą na przyjęciu urodzinowym bratanicy. W niedzielę pojechałyśmy daleko za miasto na podobne przyjęcie przyjaciółki Wiertki - na działkę jej rodziny. Tam już spędziłyśmy dokładnie cały dzień. Ona bawiła się z dziećmi, ja kultywowałam stosunki towarzyskie z przybyłymi gośćmi w dorosłej kategorii wiekowej. Niby nic, siedzisz, zajadasz grilla, pijesz soki, coś tam pogadasz. A mimo wszystko, dla introwertyka jest to wyczerpujące. Szczególnie jeśli trwa cały dzień. Przeszliśmy się na spacer, nad rzekę i tam dzieciaki skoczyły do wody. Na szczęście, są jeszcze w tym wieku, kiedy zrzucenie ubrania nie powoduje posądzenia o sodomę i gomorę. W pięknych okolicznościach przyrody, czyli roztapiającym upale, brodziłam po rzecze i patrzyłam, czy się nie potopią. Potem dzieciaki pognały do domu, z szczątkowym ubraniach pożyczonych przez gospodynię. Zażartowałam, że to nic złego, że na 9 tych urodzinach biegają bez majtek, gorzej jak będą tak biegać na 19 tych :) Ogólnie, przyjęcie było fajne - dzieci robiły sobie tatuaże, rysunki, bransoletki. Ciocia jubilatki świetnie się nimi zajęła.

Do domu wróciłyśmy przed 22:00.

W efekcie, w poniedziałek ciężko mi było mówić o byciu wypoczętą fizycznie.

Odprowadziłam dziecko do szkoły i zaczęłam biegać z dokumentami rejestracyjnymi do Lata w Mieście. I tu wykazałam się niefrasobliwością, którą to ściągnęłam na siebie kłopoty. Myślałam, że zostawię formularz, wezmę numer konta i w najbliższym czasie puszczę przelew. Bo chwilowo mam trudności z płynnością finansową. Tak robiłam w poprzednich latach. A w tym roku wszystko załatwia się przez system. A system jest święty. Nie wykluczone, że najsłabszym ogniwem tego doskonałego systemu będą wypoczywające dzieci. Bez potwierdzenia opłaty za posiłki nie chcieli mi przyjąć karty i potwierdzić w Systemie, że dziecko uczestniczy w wypoczynku. A ostateczny termin zaksięgowania wpłat upływał dziś o 15:00. Z pierwszej szkoły wybiegłam, dopadłam bankomatu i zapłaciłam gotówką. W drugiej szkole, naburmuszony pan odrzekł, że przyjmuje tylko przelewy, a numeru konta mi nie poda, bo nie pamięta. A ja już nie miałam absolutnie nic na koncie, z czego mogłabym zrobić przelew. Ale miałam gotówkę w portfelu. Wpadłam jeszcze do poradni, gdzie okazało się, że pani doktor napisała opinię o moim dziecku, ale nie przystawiła pieczątki, więc będę musiała wracać tam jeszcze. Nie wiem kiedy, bo czynni są wtedy gdy ja pracuję. W ogóle w tym tygodniu, co chwila muszę gdzieś biegać w sprawach dziecka. Poczułam się jakbym odbijała się od ściany, a potem zaraz od kolejnej ściany. Jakby tego wszystkiego było już za dużo, zwaliło się na głowę.

W pracy też zobaczyłam awarię, którą musiałam jakoś posprzątać. I coś we mnie pękło. Puściły mi emocje. I tutaj, muszę przyznać, że moi towarzysze z działu wykazali się taktem, współczuciem i pomocą. Jedna koleżanka puściła mi przelew za Lato w Mieście, druga pomogła naprawić awarię. Trochę chodzili obok mnie jak koło jajka.

Do wieczora ochłonęłam. A z bankiem załatwiłam wsparcie finansowe do najbliższego dużego przelewu. I przyznam, że to poprawiło mi nastrój o 100%. Gdy kolebię się finansowo, wtedy jestem w fatalnym nastroju.

Tagi: życie
21:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 czerwca 2018
Menagerka ;)

Jakiś czasem temu pomyślałam, że czasami, a może nawet z rzadka ciągoty artystyczne idą w parze z tupetem. Trzeba by wyłączyć myślenie, pisać wszędzie, że jest się dobrym, wybitnym, świetnym, wysyłać linki do twórczości, gdzie się da i firmować swoją twarzą jako twórcy, co tylko się da. Zapomnieć o wstydzie.

I artyści nie zawsze są na tyle odporni by to robić, ale za to mają od tego menagerów, agentów. Ci wchodzą ze swoimi stopami w zamykające się drzwi. 

Ja niestety potrzebowałabym kogoś takiego, bo zanim wyjdę z tym, co tworzę do ludzi, tysiąc razy pomyślę, z jakim grymasem niechęci się spotkam.

Prawie rośnie mi pod bokiem ktoś taki. Moja córka jest zdegustowana, że wydałam wiersze, ale ich nie sprzedaję. Za to często rozdaję, jako dodatek do prezentów. Jak tak można - rozdawać. Przez to nie jesteśmy bogate. Kiedyś wyszperałam w necie linka do powieści, którą swego czasu mi wydano. Chciałam się pochwalić przed dzieckiem, że nie jestem taka pospolita. Bo Wiertka cierpi czasem, że ma zwyczajnych rodziców, a nie są znani. Cytuję:

- Ty jesteś tylko mądra.

Nie, w jej ustach, to nie komplement :D No i moje dziecko, poszperało bardziej i gdzieś tam, w jakimś zapadłym sklepie internetowym znalazło egzemplarz (nawet nie wiadomo, czy dostępny). 

- Mamo! Ten pan sprzedaje twoją książkę! - zakrzyknęła.

Jednak nie było to okrzyk w sensie "Mamo, ktoś sprzedaje twoją książkę! Wow!", tylko raczej "Mamo, ktoś sprzedaje twoją książkę! Dlaczego nic z tego nie mamy" :)

W takim razie, powiedziałam jej, że jak dorośnie, to będzie mogła zostać moją agentką i prowadzić moje interesy. Ona lubi ubijać interesy i jest dobra w negocjacjach. Jak spora część osób, którym patronuje m.in Merkury - bożek złodziei ;) Cóż usłyszałam:

- Będziesz za stara.

Dla niej osoba po 50tce, to zgrzybiała starość :)

 

O tym, jak moje dziecko próbuje negocjować, będzie jeszcze kiedyś wpis.

Tagi: córka
12:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 czerwca 2018
Literacko

Zrobiłam w tym tygodniu spory krok. Choć jakiś czas temu zarzekałam się, że nigdy nie wezmę długopisu do ręki, nigdy nic nie napiszę, zasypię popiołem, zakopię w kupie gnoju, by nikt sobie nie przypomniał. Niestety, to jakaś nerwica natręctw, bo i tak wraca. Człowiek chce pisać, choć nie jest to idealne, nie jest takie jak piszą inni. I znowu to robi.

Tym razem poszłam dalej i - jak tu nawet chyba wspominałam - wiosną założyłam bloga i FP na facebooku. I tak sobie cicho trzymałam te dwa miejsca. A to zdjęcie wybrałam, a to opis, a to coś wrzuciłam. Specjalnie, by miejsce jakoś już wyglądało, gdy zdecyduję się zaprosić do niego ludzi. A potem wybierałam odpowiedni moment - dzień, godzinę. Miesiąc to zajęło, bo zawsze dwa dni później łąka była bardziej zielona.

I wreszcie zaprosiłam moich wszystkich znajomych na FP, a kto chce to sobie stamtąd wchodzi na bloga literackiego (nie tego). Polubiło więcej osób niż się spodziewałam. Jestem wdzięczna tym, którzy lajkują wpisy z linkami do treści literackich, bo wtedy idzie to dalej. Już nawet dwie zupełnie nowe osoby zobaczyłam.

Oczywiście, następnego dnia zaczęłam żałować, bo jak się samemu patrzy w czterech ścianach na własną twórczość, to wydaje się głęboka. A jak się zaczyna patrzeć oczyma innych, to wstyd ogarnia. Są twórcy którzy się tym nie przejmują jakoś. Albo przejmują. Pisałam tu kiedyś, że byłam na spotkaniu autorskim pewnej autorki kryminałów i ona wyznała, że ciągle żyje w strachu, że ktoś jej powie, że to co pisze, jest beznadziejne i nie ma prawa mienić się pisarką.

Są i trudności. Nie rozgryzłam jeszcze, jak zapraszać na FP osoby, których w znajomych nie mam. Jak zapraszać do plubienia FP osobę, która polubiła post - dostaję od facebooka info, że powinnam to zrobić, ale nie wiem w co klikać. Bo w co nie kliknę, to mam info, za ile $ mogę sobie popromować FP. Muszę dopytać znajomych, którzy takie strony sami prowadzą.

Na razie mam zapas tekstów do wrzucenia - tych, które kiedyś się ukazały i z założenia nie zamierzam już w nie ingerować i inną część takich, które mogę jeszcze wycyzelować, podredagować.

Na FB można mnie znaleźć pod "Ballada o zakręcie życiowym, który zamienił się w rondo".

poniedziałek, 11 czerwca 2018
Edek - wspomnienie

Miałam już kiedyś napisać te anegdotki związane ze świnkami morskimi, ale teraz są to już wspomnienia o jednej z nich.

Bo wbrew wielu opiniom są to zwierzęta społeczne, nawiązujące jakąś relację i dające sygnały zwrotne. Trzeba tylko często z nimi przebywać. Fakt, że gdy są dwie, to człowieka traktują trochę jak podajnik na jedzenie.

Edek znany był ze swojej niespełnionej namiętności do Tusi. Zwierzaki mieszkały w dwóch klatkach, zetkniętych bokami. Nigdy nie udało mi się samczyka wykastrować, ani też nie miałam siły na podjęcie się zajmowanie większej ilości świnek morskich. Jednak, czasami, Wiertka wykonywała dywersję - bo wierzy w miłość i uważa, że potomstwa nigdy za mało. Czasami więc Wiertka wkładała Tusię do klatki Edka. Pewnego razu zabrałam ją, włożyłam w jej miejsce. A Edek patrzył na mnie i uważam, że nie spojrzał obojętnie - w jego oczach był wyrzut, coś jak "tak się nie robi, tak się nie pogrywa z człowiekiem". A któregoś razu, gdy Wiertka zabrała Tusię do przytulania i głaskania (przy okazji czyszczenia klatek zwierzaki były głaskane), zerknęłam do pokoju i moim oczom ukazał się widok Edka wpatrującego się puste miejsce w klatce obok. Wyglądało tak, jakby wiedział, że jego towarzyszka zniknęła. A gdy przez ostatnie dwa dni chorował, także mam wrażenie, że Tusia piszczała na mój widok jakoś inaczej.

Teraz my jesteśmy jej stadem.

niedziela, 10 czerwca 2018
Pożegnanie Edka

Wczoraj mijała dziesiąta rocznica śmierci mojej mamy. Pojechałam w tym upale na cmentarz, zapaliłam znicze, postawiłam koszyczek z różyczkami - - taki sztuczny - który na pewno by się mamie spodobał. Ona lubiła takie aranżacje cmentarne :) Upał był mocny, cała wyprawa to czterdzieści minut piechotą w jedną stronę od autobusu na cmentarz. Z dojazdami zajęło mi to trzy godziny w palącym słońcu. Do domu wróciłam w wersji bliskiej zwłokom. Wiertka została w domu - nie lubi upału, ani cmentarzy. Szanuję.

Wracając, wstąpiłam jeszcze do kliniki weterynaryjnej po mieszankę dla Edka, świnki morskiej. Chciałam go dopajać i dokarmiać ze strzykawki. W ciągu ostatnich dni mniej jadał, ale myślałam, że może to upał. Ważne, że jadł i pił. Niestety od piątku nie zjadł, ani nie wypił nic. Poruszał się też bardzo wolno. Podejrzewałam, że się starzeje. Choć pięć lat, to jeszcze nie górna granica wieku dla świnek morskich. Jednak, gdy wróciłam do domu i poszłam do klatki, okazało się, że Edek już się nie rusza. Miał zamknięte oczy i nie reagował na głaskanie. Biedaczek, umarł. Umarł z pyszczkiem na listkach sałaty :( Ja się rozpłakałam, Wiertka się rozpłakała. Jeszcze próbowała dać mu wody ze strzykawki. Zawinęłam go w pieluszkę tetrową, włożyłam do pudełka po butach i przeniosłam do łazienki - najbardziej chłodnego pomieszczenia. Obawiałam się, że jeszcze gdzieś tam się tli w nim życie, ale jak weszłam i dotknęłam go po kilku godzinach, wątpliwości nie miałam. Czułam się jakaś przygnębiona i smutna.

A jeszcze tego wieczoru miałam zaproszenie na imprezę imieninową do koleżanki. Dlatego chwilę odetchnęłam, a potem szykowałam się do wyjścia. Wiertkę zawiozłam do jej taty. Ona też była przez całą podróż marudna, robiła mi jakieś wyrzuty na tematy wyciągnięte nie wiadomo skąd, płakała. Rozumiałam, że tak przeżywa smutek.

Dzisiaj, gdy konsekwencje - mimo wszystko - dobrej imprezy, już ze mnie jakoś zeszły, dziecko było już w domu, musiałam się zmierzyć z kwestią pożegnania Edka. Ciężko mi było przyjąć, że oddam go do kliniki jako odpad higieniczny :( A trzeba go było pochować jak najszybciej, bo na zewnątrz szalało 31 plus, a w mieszkaniu mocno chłodniej nie było. Już wcześniej zastanawiałam się, gdzie mogłabym zakopać zwierzątko, jeśli odejdzie. Jednak świnka morska, niby mała, ale na tyle duża, że wykopanie dla niej grobu będzie się rzucać w oczy, a dzisiaj wszędzie będzie pełno ludzi. Do tego łopata. Najbliższa była w domu mojego taty, pod Warszawą. Jak pomyślałam, że mam w tych 31 st Celcjusza, z pudełkiem w ramionach, jechać autobusem pod Warszawę, a potem z łopatą szukać pod miastem odpowiedniego miejsca w lesie, to to biedne zwierze na serio stanie się dla mnie zagrożeniem biologicznym. W takich momentach przydaje się samochód. Już dojrzewałam emocjonalnie do pojechania do kliniki, która była tylko trzy przystanki dalej. Na szczęście, tata Wiertki zgodził się mi pomóc. Wracając z pracy, zajechał po mnie. Zabrałam też Wiertkę, która wcześniej stanowczo odmawiała wycieczek w tym upale dalszych niż do drzwi klatki schodowej. Nie dziwię się. Pojechaliśmy po saperkę, potem znaleźliśmy ładną łąkę za miastem. Dobrze, że to nie ja zabrałam się za kopanie, bo ziemia była sucha, twarda od upału i nie dałabym rady fizycznie. Palące słońce skróciło znacznie proces pożegnania. Szczególnie, że doczesne szczątki Edka rozpoczęły już powoli proces powrotu do obiegu przyrody - że napiszę dyplomatycznie. Pudełko potem porwałam i wrzuciłam do kosza.

A jutro będzie krótkie wspomnienie.

15:49, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 czerwca 2018
Którędy do chóru kościelnego?

Wiertka wróciła w środę, tuż przed długim weekend z elektryzującą informacją. Będzie śpiewać. W chórze kościelnym. Katechetka już się zgodziła i dała jej kartkę z tekstem pieśni. Moja córka była podekscytowana i zadowolona. No i ok. Jednak już po dwóch dniach, gdy dopytałam, stwierdziła, że ona nie idzie. Zdziwiło mnie to, bo jednak pamiętam jej radość i wiem, że lubi śpiewać. Okazało się, że wstydzi się innych dzieci. Dwa dni rozmawiałyśmy o tym i nie dawała się przekonać. Bo inne dzieci będą na nią patrzeć i wiedzieć, że ona nie była u pierwszej Komunii. Bo w kościele będzie mnóstwo dzieci, które ją znają. Akurat. Bo te dzieci na pewno będą o niej mówić.

- Bo ty nie wiesz, jakie teraz okropne są dzieci. - tłumaczyła mi - Za twoich czasów takie nie były.

I generalnie, że dzieci jej nie lubią, jest jej smutno. W niedzielny poranek zadzwoniłam do sąsiadki, bo z jej córką Wiertka miała iść. I ta uświadomiła mi, że do śpiewu wytypowane zostały trzy dziewczynki i jak mojej córki nie będzie, może być kłopot. Wytłumaczyłam to Wiertce, a ta uznała, że jeśli na próbie mają być tylko jej dwie koleżanki to super. Poszła na próbę, śpiewała, a potem została zgarnięta na mszę. Tak z zaskoczenia, więc nie zdążyła się przestraszyć i myśleć za dużo. Tłumów na mszy nie było, bo jest już po komuniach, pogoda piękna, więc po co. Ja także siedziałam w ławce, by ją wspierać z oddali. Wyszła z koleżankami przed wiernych, zaśpiewała, wróciła z nimi do ławki. Msza poszła dalej. Zapytałam ją tylko potem, jak przetrwała mszę. Odrzekła, że gadała z koleżanką i tylko tak dała radę. A tak w ogóle, to mogłaby mieć opaskę na oczy ze zdjęciem jej otwartych oczu, bo wtedy mogłaby drzemać. I zaczyna się problem z pragnieniem bycia zaakceptowanym przez grupę, dziecięcym konformizmem, wtapianiem się w tło. To nie wiek na bunt.

Dziś dowiedziałam się, że takie śpiewy są jednorazowe - co tydzień inna klasa typuje dzieci. Tak więc, jak na razie, kariera w chórze kościelnym została przymknięta.

20:43, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi