To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 31 lipca 2011
Nie lubię zmiany

Nie lubię tych godzin przed podróżą. Tych chwil przed zmianami. Mam ochotę zrezygnować. Niech zawsze będzie tak jak jest i już. Wszystko znika w pierwszych sekundach podróży - pociąg/samolot/auto rusza i jest pięknie.

O 21:28 mamy z Wiertkiem nocny pociąg nad morze. Tydzień przyswajania jodu, albo tłuszczu ze smażonych zbyt drogich ryb ;)

Od rana znowu twarz obsypują jej krosty. Na razie daję wapno.

17:45, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 lipca 2011
Powrót Włóczykijki

Ranek taki sobie. Już myślałam, że takie zdarzać się nie będą.

Miałam jakiś drobny napad lęku, niepokoju. Ściskało mi klatkę piersiową, dłonie drżały. Nie mam absolutnie żadnych powodów do stresu, życie mam takie, że tylko sobie mogę pozazdrościć. Okres też już właśnie był, więc zespół napięcia odpada. Magnez łykam codziennie. To co???

Przez głowę mi przemknęło, że skoro tak pięknie kilogramy lecą w dół, mimo obżerania się i drgam wewnętrznie, to mi tarczyca siada.

Potem czas sortowania - do jednych siatek plastikowe butelki i gazety, do drugiej przeterminowane leki, bo wreszcie zrobiłam porządek w szafce. W szafce jedna półka zrobiła się wolna - szok. Najpierw pojemniki na śmieci, gazety jak zwykle zostawiłam okolicznym panom od makulatury, potem apteka i jej pojemnik. Jeszcze kosz, do którego wygarnęłam z torebki stare wydruki z bankomatów, paragony. Jednym sprawnym ruchem.

Na koniec salon optyczny, gdzie dzień wcześniej zamówiłam nowe oprawki okularów. I wtedy uświadomiłam sobie, że... właśnie przed chwilą wywaliłam do kosza karteczkę dzięki której okulary miałam odebrać... Na szczęście, pracownica salonu uwierzyła moim zapewnieniom i dowodowi osobistemu :)

Jeszcze imieniny taty i na 16.00 pognałam na dworzec.

Gdy wyszłam z domu, moje ściski i drgania minęły.

Pociąg wjeżdża na peron, ja drepczę niecierpliwie w miejscu i mam ochotę biegać wzdłóż wagonów, ludzie wychodzą. Eksa ani małej ani śladu... A jeszcze pół godziny temu dzwonił i żalił się, że Wiertek wyje, bo nie chce ją puścić na korytarz. Może ktoś ich wyrzucił z pociągu?

Nagle słyszę kolejną zapowiedź o pociągu. W tym samym czasie, na dworzec zjechały dwa z tego samego miasta (ten jechał dalej). Nawet peronu nie musiałam zmieniać. Myślałam, że się rozpłaczę, jak ich zobaczyłam. A dziecko mnie rozpoznało :)

Wieczór trudny. Po wyjściu taty, mała położyła się z głośmym płaczem przy drzwiach i nie dała się dotknąć. Zabrałam ją do pokoju, to się wyrwała i stała przy drzwiach. Przekupiłam ją "Ptasim Mleczkiem", bo już mi głupio było przed sąsiadami. Przed snem też płacz i marudzenie, ale nie dziwię się - cały dzień spędzony w pociągu, każdego by dobiło.

21:59, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 lipca 2011
Miasto Moje a w nim

Piszę z "kronikarskiego obowiązku".

Wczoraj dwa wyjścia na miasto, po pracy. Najpierw wystawa pokazująca, jak było Miasto Moje odbudowywane, socrealizm. Bardziej interesowali mnie ludzie uchwyceni na tych zdjęciach - czy byli szczęśliwi, jak potoczyło się ich życie, czy jeszcze żyją? Tyle historii do dowymyślania. A potem klamra zamykająca historię architektury - spotkanie poświęcone budownictwu Miasta w ostatnich trzech dekadach, choć tak na prawdę chodziło o ostatnie dwie dekady. Byłam bardziej nastawiona na budynki mieszkalne, osiedla jakie popowstawały na obrzeżach, rozwój miasta, tak bardziej socjologicznie. W końcu mam magisterkę z socjologii miasta ;) Było głównie o biurowcach i tych wszystkich znanych budowlach ze szkła i metalu. Spojrzy się na nie, na jakimś egzaminie, za kilka wieków i poda dokładnie datę powstania, bo są lustrem czasów.

Rano napisałam do eksa SMSa, że tęsknię za małą i żeby coś napisał, albo zadzwonił. Wieczorem sama zadzwoniłam, ale nie odbierał. Napisałam kolejna wiadomość, okraszoną emoticonem, że jak się nie odezwie dziś, to szukam ich przez policję. Co by mi jednak policja powiedziała? Wywiózł sobie ojciec dziecko na wakacje i telefon mu się pewnie w głuszy rozładował.

08:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 lipca 2011
Kino Kongresu Kobiet, "Thy will be done"

Przeszłam się wczoraj na projekcję Kina Kongresu Kobiet, na dokument "Thy will be done" w reżyserii Alice Dungan Bouvrie. Historia Sary Herwig, która w wieku 44 lat, po latach bycia pobożnym prezbiterianinem Stevem, postanawia zostać kobietą.

Zacznę od tego, że film był w angielskiej wersji językowej, co stanowiło wyzwanie dla mojego aktualnego poziomu znajomości tego języka. Straszny wstyd. W sumie też i dlatego wybrałam się na to spotkanie - by się zmusić do kontaktu z angielskim. Początek był okrutny, bo łapałam niewiele, ale po kwadransie zanurzyłam się w język i zaczęło być lepiej.

Osią filmu było starcie religijności Sary z jej nową sytuacją życiową, która stara się o wyświęcenia na pastora. Na razie chyba bez szans, ale nie względu na bycie kobietą, tylko osobą transgenderową i pozostawającą w związku homoseksualnym.

Bo życia Sarze można jednak pozazdrościć - była żona (rozwiedli się jeszcze przed decyzją o zmianie) akceptuje Sarę i sama przyznaje, że ta jest bardziej radosna, rozluźniona, niż smutny, otoczony ciemną chmurą Steve. Córka wspiera matkę(ojca) w jego zmianach - po początkowym okresie szoku, symbolicznym pożegnaniu z ojcem na zawsze, ale widać już ze zdjęć z dzieciństwa, że tych dwoje jest ze sobą bardzo blisko. Sara znalazła kobietę, która ją pokochała i zgodziła się wstąpić w związek małżeński.

Po filmie była rzecz ciekawsza, bo spotkanie z Anną Grodzką, z fundacji Trans-fuzja, która opowiadała jakie absurdy spotykają osoby transseksualne w Polsce. I to są autentyczne niekiedy absurdy.

Zaczyna się od tego, że po konsultacji z seksuologiem-psychiatrą taka osoba ma za zadanie przeżyć dwa lata, w płci w której chce później żyć. Bez zmienionych dokumentów mężczyzny, czy papierów, ma funcjonować jako kobieta (z tego co zrozumiałam, ze względu na ryzyko powikłań operacji, zmiana K-M nie jest w Polsce możliwa) - dla rodziny, pracodawcy, banków, urzędów. Jeden ze znajomych Anny (podawała mnóstwo fajnych historii) jako kobieta z dokumentami mężczyzny brał kredyt mieszkaniowy w banku. Było to w czasach hossy, więc nikt nic nie mówił.

Polskie prawo nie uznaje związków jednopłciowych, więc po otrzymaniu zgody od lekarza, osoba transseksualna musi się rozwieść. A partner nie zawsze daje zgodę na rozwód, bo ludzie rozstają się w różnym stopniu nienawiści. Pomyślałam, że sąd widząc dokumenty od seksuologa da spokojnie rozwód, ale przy kolejnym punkcie przestałam wierzyć w normalność polskich sądów.

Prawie ostatni punkt, to rozprawa sądowa, na której sąd wydaje zgodę na zmianę płci. Na rozprawie stroną są... rodzice... Jak można się domyśleć, ci czasami, a nawęt często tłumaczą się, protestują przeciwko zmianie. I zdarza się, że... sąd przychyla się do ich protestu. Nieważne, że ich dziecko od dawna jest pełnoletnie, że już przekroczyło 40 lat... Krótka dygresja - skoro sąd podejmuje takie decyzje, to jestem sobie w stanie wybrazić, że można nie dostac rozwodu, bo partner twierdzi, że kocha i nie przeszkadzają mu rojenia współmałżonka o zmianie płci. Osoby transseksualne mają już swoje listy przychylnych sądów.

Potem operacja, w tylko jednym ośrodku w kraju, wykonywana tylko przez jednego lekarza, co daje rozległe pole do popisu jeśli chodzi o korupcję.

Na koniec tylko, czy aż zmiany dokumentów. Jest możliwość zmiany w świadectwach pracy, nie ma takiego zakazu, ale też i nakazu, więc bazuje się na życzliowości ludzkiej.

Potem inne potyczki. Dla sądów rodzinnych rodzina to związek kobiety i mężczyzny,  więc kobieta, która była wcześniej ojcem nie ma możliwości wystąpienia np. ze sprawą o spotkania z dzieckiem. Bo dziecko nie ma dwóch matek, a ojca też już nie ma. Co ma wpisać takie dziecko w dokumentach patriarchalnych? Wszyscy jesteśmy dziećmi jakiegoś mężczyzny dla prawa, nie obchodzi go czy jest matka. Ewa córka Stefana? Gdy Stefana już nie ma, jest Teresa? I tak dalej.

W oparciu o film i stosunek protestancymzu do osób transseksulanych można by jeszcze pisać o tym jako to jest w kościele katolickicm, ale za długi bylby ten wpis.

Bardzo ciekawe spotkanie.

Gdy byłam w ciąży pytano mnie, czy wolę chłopca, czy dziewczynkę, a ja w myślach powtarzałam, że nieważne kto, ważne, by płeć fizyczna była zgodna z emocjonalną, kulturową. By moje dziecko było szczęśliwe.

Tęsknię za małą. Drugi tydzień bez dziecka nie jest fajny. Nie potrafię się tym cieszyć. Ciągle odczuwam jakiś niepokój i trzymam kciuki by to było irracjonalne, a nie intuicyjne.

08:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2011
Raz dwa trzy, komu ospę?

Wczorajszy dzień był nerwowy i rozedrgany. W pracy też, co chwila ktoś tracił cierpliwość do klienta.

Mój plan był taki, że wychodzę z pracy o 14.00 (by nadrobić to innego dnia), jadę do domu spakować małą, poprzytulać się na pożegnanie i o 17.00 ładuję ją do pociągu. Rano zadzwonił eks, że coś mu się zmieniło w pracy i może jechać wcześniej. Znalazł pociąg koło 13.00 z tym samym biletem (TLK bez miejscówek). Sam szybko ją spakował i zabrał.

Było mi smutno, że nie mogłam pożegnać się z małą. Przynajmniej zdąrzyła się obudzić przed moim wyjściem do pracy i mogłyśmy chwilę razem posiedzieć. Za to popłakała się widząc, że ubieram się do wyjścia (została z Opiekunkiem). Tak mnie ostatni raz widziała i na myśl o tym płakać mi sie trochę chciało. Tak, tak, skomentujcie - nie jęcz się babo, jutro i tak znowu będziesz zadowolona z pustego domu ;) W każdym razie, coś się we mnie trzęsło i do końca dnia byłam przygnębiona. Dotarli bezpiecznie, w pociągu mieli cały przedział dla siebie.

Na wsi Wiertek była jedyną osobą nie kąsaną przez komary. Te przeprowadziły ostatniej, piątkowej nocy Blietzkrieg na jej twarz. Miała trochę ukąszeń. W sobotę, po imieninach pradziadka też wróciła z nowymi 2-3 malutkimi bąblami, po drugiej stronie twarzy, więc tam też chyba coś ją pogryzło. Z pociągu, w poniedziałek, dzwoni eks i mówi mi, że to nie komary, bo krosty są już na rękach, na karku i za uchem.

Co jest do cholery??? Po to ją szczepiłam na początku lipca przeci odrze, śwince, różyczce, ospie - tak, tak, tą straszną szczepionką, po której dostaje sie rzekomo autyzmu, w dodatku diabolicznym Prorixem - żeby mi zachorowała zaraz na ospę?! Jak tu chyba pisałam wcześniej, szczepionka i tak była spóźniona o pół roku, ze względu na żłobkowe infekcje, więc może nie wygładziła zwojów mózgu mojego dziecka. W dodatku taki efekt, aż w 2,5 tygodnia po szczepieniu? Pediatra mówiła coś o wysypce w 10 dni po.

Wrzuciłam w google hasła, tak tak jestem niedobrą e-matką, trzeba było to zrobić przed szczepieniem, i znałazłam coś o różyczce poszczepiennej i jakiś jeden wpis matki, której dziecko w 2 tygodnie po szczepionce dostało ospy.

Cholera, Wiertek chyba ma ospę poszczepienną. Choroba nieźle się zakamuflowała, bo mała nie miała żadnej gorączki, nie marudzi, ma dobry humor. Dobrze, że trafiło na wyjazd z ojcem. On ma luźniejszy stosunek do takich rzeczy i się nie przejmuje. Ospę przechorował, gdy jakiś czas temu jego starsze dzieci ją miały. Ja chorowałam w dzieciństwie.

A specjalnie szczepiłam ją na początku jej wolnego miesiąca, żeby się wychorowała przed wyjazdami. Nie pomyślałam, że to się może tak opóźnić.

08:35, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2011
kolejna "Reisefieber w zastępstwie"

Mam kolejną "Reaisefieber w zastępstwie". Mała znowu jedzie w świat, tym razem w południową część kraju, w góry. Razem ze swoim tatą. Podróż będzie pociągiem, więc raczej bezpieczniejsza. Wychodzi na to, że mój niepokój i nieswój nastrój, to efekt rozstania z dzieckiem.

Związana jest z tym, jeszcze inna sprawa. Miasto, do którego dziś jadą jest tylko przystankiem w podróży, a dojadą tam wczesną nocą. Łatwo domyśleć się, że w te góry pojadą jeszcze z kimś. Generalnie nie powinno mieć obchodziś, z kim mój były spędza wakacje. Jednak, czy powinno mnie obchodzić, z kim moje dziecko spędzi wolny czas? Inne matki zapewne zażyczyłyby sobie nazwisk, adresów, zdjęć, oraz osobistej rozmowy. Dla mnie to jakaś zbytnia ingerencja w czyjeś życie. Ja nie zamierzałabym, w przypadku odwiedzenia kogoś w kraju z moim dzieckiem, serwować pełnego profillu gospodarza na FB, czy GL ojcu malej :) Ufam, że nie jest idiotą i wie z kim utrzymuje kontakty. W ciągu ostatnich był mało towarzyski, prawie przestał spotykać się ze znajomymi z dawnych lat, a 99% jego kontaktów ze światem odbywało się przez internet.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie miała przed oczami sprytnej szajki, która go zwabia do obcego miasta, pozbawia przytomności i uprowadza moje dziecko do adpocji, filmów pornograficznych. Na wszelki wypadek spytałam się go, czy jest pewien, że to nie ten typ osób/osoby. Twierdzi, że nie :)

Dziś wychodzę wcześniej z pracy i gnam do domu, by jeszcze kawałek dnia spędzić z dzieckiem.

Raport krótki, po Wiertkowej nocy na własnym materacyku. Podejrzewałam, co ona będzie wyprawiać na tym posłaniu, więc obok rozłożyłam jeszcze gruby koc, który poszerzył miejsce do spania o jakieś 60 cm. Tak jak się spodziewałam, mała po jakimś czasie (miałam leki sen tej nocy) przekręciła się o 45 stopni i leżała w poprzek materaca i koca. O 2.00 miałam ją już przy swoim łóżku, pomogłam się wdrapać i po sekundzie spała twardo bok mnie. Rano zobaczyłam, gdzie tkwił błąd, nogami odkopała koc od materaca i znalazła się na twardej podłodze. Potrzebuje albo materaca dla dorosłej pary, albo łóżeczka dziecięcego z wysokimi bokami.

08:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lipca 2011
Tak jak w kinie

Wcale nie "żona nie cieszy, dzieci też" ;) Choć to już przerabiałam :)

Zacznę dzień od opisu wieczora.

Wracałam z małą do domu i niedaleko mojego bloku dobiegły mnie dźwięki koncertu w sąsiednim centrum kulturalnym. Grał fortepian. Muzyka roznosiła się echem dookoła mnie. Było to takie piękne, że przestałam się śpieszyć do domu. Wyjęłam dziecko z wózka i pozwoliłam jej biegać po trawie. Dzięki temu jeszcze przez ponad 20 minut słuchałam koncertu, wcale za niego nie płacąc. Czułam się jak w filmie fabularnym, czy dokumentalnym - biega dziecko, obok niego matka i fortepianowy podkład muzyczny w tle :) Tak jak w kinie.

Mała dziś wróciła z wojaży. Rano byłam trochę napięta, czy aby na pewno podróż minie jej bezpiecznie. Wyszłam po nią do windy i serce mi się ścisnęło. Dziecko spojrzało na mnie tymi wielkimi oczami i nie przejawiło żadnych emocji. Trochę przez chwile krzyknęła, ale potem stała cichutko, bez ruchu w korytarzu. Rozumiem, że tuż przed dojazdem pod dom, drugi raz zwymiotowała i miała na sobie lepkie ubranie, ale czułam, że moje dziecko mnie nie poznaje. Za to na tatę reagowała okrzykami. Jednak po 2-3 minutach już się do mnie przytulała, a po pół godzinie szalała po domu jak dawniej.

Przypomniałam sobie pierwszy długi wyjazd - ja, eks, jego dzieci. Po powrocie, na peronie, ich matka mówiła ze smutkiem, że jej nie poznają, a one były tylko umęczone wielogodzinną jazdą. Teraz to rozumiem.

Po południu pojechałyśmy na imieniny mojego dziadka, ojca mojego ojca. Opisywanie tej części rodziny, to długa rzecz. Nie za bardzo lubię tam bywać, nie przepadam za nimi - problem z alkoholem (który odziedziczyłam), jakiś XIX wieczny stosunek kiedyś do mnie (jako 21 latka usłyszałam, że jestem stara i nikt mnie już nie zechce). W każdym razie, nie było tak źle. Głupia dla mnie sytuacja, zobaczyłam, że chcieliby mnie częściej widywać, częściej widywać prawnuczkę. Dotąd bywałam tam dwa razy do roku.

Eksperyment. Mała zasnęła przy mnie, ale potem przełożyłam ją na jej materacyk (obok mojego łóżka). Leżała tam już jej pościel, po wieczornych "zabawach w zasypianie". Zobaczymy jak minie noc, co będzie rankiem.

22:53, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lipca 2011
Jestem Adwokatem Diabła

Irytująca mnie samą czasem cecha charakteru i robię to bezwolnie.

W dyskusji nad aborcją ze zwolennikiem pro-life będę wysuwać argumenty społeczne, nikłej dojrzałości układu nerwowego zarodka, itp by przejść do rozmowy z opcją pro-choice i podnosić kwestie płynności stawania się człowiekiem, itp.

W rozmowie nie ustawiam się na pozycji "ach, rozumiem, no tak, rzeczywiście, masz rację", tylko "ale zobacz, no co ty, jesteś pewien/a". Często się nie zgadzam. Uważam, że ludziom brakuje umiejętności spojrzenia z dwóch stron. A może to zwyczajna, głupia przekora?

Pamiętam ćwiczenia z dyskusji na studiach, gdy trzeba było czasem znaleźć argumenty za ideą, postawą nam obcą, wrogą, bo taką grupę się wylosowało. Nie sztuką jest bronić tego w co się wierzy, prawdziwym ćwiczeniem erytrystycznym jest ocalić argumentami, to czemu jesteśmy niechętni. Na koniec, ciekawie jest się spierać :)

Pamiętam, do jakiej piany doprowadzałam tym byłego, który nie mógł zrozumieć, dlaczego prawie nigdy się z nim nie zgadzam, ciągle mam jakieś argumenty, każę mu patrzeć z innej strony. Uważał, że robię to specjalnie, by zniszczyć związek. Kochający ludzie zgadzają się ze sobą, tzn. ja mam się z nim zgadzać :D

Tak więc proszę się nie dziwić mojej przekorze. Choć większość z ludzi, którzy mnie znają uważa, że mogłabym wystąpić w "Milczeniu Owiec" jako owce. Ale o tym kiedyś inny wpis. Bo to czasem bolesna dla mnie sprawa.

08:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2011
Wiatrem podszyta

Miło się odpoczywa, ale w pn wiatr, którym jestem podszyta zaczął łaskotać mnie w pośladki.

Rzuciłam okiem na to, co będzie się działo na mieście w tym tygodniu i rozczarowałam się. Sezon letni, wszędzie pustki. W dodatku znane mi księgarnio-kawiarnie, kluby ostatnio nie piszą kalendarza wydarzeń z wyprzedzeniem, tylko wrzucają info w ostatniej chwili. Może to też kwestia tego, że wypadłam z kulturalnego obiegu, kiedyś miałam swoją "mapę miasta".

Dobre dusze podrzuciły info i tak wczoraj, razem ze znajomymi zajrzeliśmy na pokaz dwóch filmów dokumentalnych ze szkoły Wajdy. Dotarłam wcześniej, akurat tuż przed rozpętaniem się wichury. Filmy dwa różne, dwa klimaty:

  • „Bon Appetit” (reż. Kuba Maciejko) - ważne by znaleźć postać, wydarzenie, miejsce; małżeństwo w średnim wieku prowadzące mały, skromny, tani barek z obiadami, obiady na wynos do firm; barek znajduje się w starych kamiennicach w środku nowoczesnego city; wysepka innego świata; dla mnie urokiem filmu w 50% było własnie to specyficzne małżeństwo; w drugim 50% bardzo fajnie dobrany podkład muzyczny;
  • „Decrescendo” (reż Marta Minorowicz) - wbiło w fotel nas wszystkich; dom opieki społecznej - mocno starsze osoby, niepełnosprawni ludzie, a wśród nich młody mężczyzna, cierpliwie, łagodnie, empatycznie rozmawiający z nimi, grający w karty, prowadzący wieczory muzyczne, taneczne; staruszka opowiadająca o miłości do wnuków, ktorych nie widuje, życiu, miłości, aż człowiek się wzrusza; klimatyczny, uderzający w serce dokument;

Wichury, latające ciśnienie. Do domu wróciłam padnięta.

08:27, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2011
Za dobrze mi

A teraz zaczęłam się niepokoić. Wróciłam do czystego, cichego domu. Zjadłam nieśpiesznie obiad, poczytałam, posiedziałam na balkonie, coś obejrzałam w tv. Było mi tak fajnie, że w ogóle nie tęsknię za dzieckiem. Chodzę do pracy, a czuję się jak na urlopie! Jestem taka wypoczęta i rozluźniona. Nie czułam zmęczenia, ścisku w czaszce. Zasnęłam grubo po północy, zamiast już o 22.00.

Czułam się jak wtedy, gdy przez chwilę mieszkałam sama. Wolna. Tylko ja i moje życie.

Jakoś nie czekam z niecierpliwością, aż mała wróci. Mogłaby wypoczywać jeszcze długo. Jest w bezpiecznych rękach, jej ojciec jest jaki jest, ale z maluchami daje sobie radę.

Tylko, czy ja - w takim razie - jestem dobrą matką? Dobra matka powinna tęsknić za swoim dzieckiem. Dobra matka powinna nie móc się doczekać jego powrotu.

Przypomniała mi się scena z "Białego Oleandra" (muszę wypozyczyć książkę), gdy matka opowiada córce jak zostawiła ją malutką u sąsiadki i na kilka miesięcy zaszyła się u znajomych. Dusiła się w tym nieustannym oblepianiu przez dziecko, zapełnianiu przez nie czasu, dudniącym po czaszce "mamamama". Uciekła przed tym, ale w końcu wróciła i stworzyła z córką duszący, toksyczny związek. Czy jestem tak samo złą kobietą, bo rozumiem jej ucieczkę?

08:28, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi