To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 28 lipca 2012
Sennik - urywek archiwalny

Przeglądam ostatnio moje stare zapiski życiowe i trafiłam na pewien opis snu. Sen sprzed ponad 10 lat:

"Śniło mi się, że postanowiłam polecieć w kosmos. Powodem tego pomysły był mężczyzna, którego w tym śnie kochałam. On leciał w kosmos z kolegą. Ja miałam im tylko towarzyszyć. To było oczywiste. Przecież go kocham, robię więc to co on, jestem tam gdzie on, dzielę jego życie. Wyprawa w przestrzeń międzyplanetarną była dla mnie tak oczywista, jak dla gorliwego katolika ślub kościelny z osobą z którą zamierza lub już się przespał. To oczywiste. Bez dyskusji. Choć zastanawiałam się, jak zniosę ciasnotę statku - ledwo mieściły się trzy siedzące osoby - długi czas ograniczonych ruchów. Obawą napawał mnie sam kosmos. To zdanie się tylko na pokładowe przyrządy, oddalenie od Ziemi. Boję się tego bezmiaru czarnej, zimnej tym swoim zerem absolutnym Kelvina, przestrzeni. Znikąd pomocy, żadnego punktu zaczepienia. Ale przeświadczenie, że będę z nim, gdziekolwiek, było silniejsze. W końcu zobaczyłam szkielet budowanej rakiety kosmicznej. Stała na wysokim pomoście, wysoka na kilkanaście metrów. Podeszłam do niej. Rakieta także sprawiała wrażenie drewnianej, szkieletowa konstrukcja wyglądała mało stabilnie. Jeżeli nie oderwie się od Ziemi? Jeżeli oderwie się od Ziemi, ale runie z dużej wysokości? Jeżeli oderwie się od Ziemi, nie runie z dużej wysokości, ale w kosmosie rozpadnie się na kawałki? Obawa we mnie stała się namacalna. Strach. Nie ufałam do końca tej rakiecie. Obudziłam się. Mimo to, wiedziałam, że wsiadłabym do tej rakiety. Bo go kochałam. To oczywiste. Bez dyskusji."

Taki fajny, pełen znaczeń sen. Łatwy do rozgryzienia. Nauczki z niego nie wyciągnęłam i w rok później wsiadłam do rozklekotanej, drewnianej rakiety kosmicznej. A po kilku latach mój towarzysz podróży przesiadł się do innego pojazdu, zostawiając mnie w rozpadającym się gruchocie.

Teraz wiem, że każda miłość podlega dyskusji. Taka mało romantyczna jestem.

17:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2012
Utracona cześć Katarzyny Wu

Wnikliwi mogą dopatrzyć się celowego nawiązania tytułu do powieści Heinricha Bölla "Utracona cześć Katarzyny Blum". Niektórzy wnikliwi mogą poczuć się oburzeni analogią. W wielkim  skrócie, dla tych którzy nie czytali (można nie przeczytać wszystkiego) lub nie nabyli w swoim czasie serii powieści XX wieku GW, streszczenie. Katarzyna Blum to szara, zwyczajna, niczym nie wyróżniająca się kobieta, która na pewnym przyjęciu stanie pechowo obok mężczyzny, który wkrótce okaże się terrorystą. Tabloid uznaje, że była z nim związana i startuje z serią artykułów o Katarzynie B., tropi fakty z jej życia, nagabuje rodzinę, przyjaciół, sąsiadów. Prawda jest tu najmniej od początku istotna, istotny jest news. Bohaterka zostaje w końcu doprowadzona do ostateczności, tragedii. Zaintrygowanych zapraszam do bibliotek ;)

Tak na prawdę powieść miała być ostrym atakiem na tabloid "Bild" i koncern Springera. Została napisana 36 lat temu, a od tamtego czasu nie dość, że nic się nie zmieniło, to rozniosło na resztę Europy.

Przypomniało mi się to jakiś czas temu. Przy okazji zakupów w sklepie rzucam okiem na jedynki naszych dwóch, kochanych rodzimych tabloidów, by sprawdzić, czy dziś też szarpią ten sam temat. Szarpią, z krótką przerwą, od lutego chyba. Patrzę teraz już z ciekawości, jaką głupotę tym razem wymyślą, bo to, że owe newsy są wymyślone, to chyba tłumaczyć nie muszę. Czekam na info, że Katarzyna Wu jest w ciąży, bo przegląd jej śmieci nie wykazał zużytych podpasek. To jest ten styl dziennikarstwa. Mogę podrzucić jeszcze kilka takich pomysłów na jedynki.

Tak, powiecie, sama jest sobie winna. Zwodziła media, wykorzystała je, sama rozpętała burzę, która się za nią snuje. Popełniła straszną rzecz, mało jej takiej kary, niech spłonie zimna suka w medialnym ogniu krytyki.

Popełnię jeszcze bardziej szaloną analogię - do Księżnej Di. Uwodzisz media w swoim interesie, nie możesz im powiedzieć potem żeby spadały. Zostawią cię, kiedy same uznają za stosowne. A stosowność, to ostatnia rzecz, która istnieje w ich słowniku.

Tyle, że wg mnie została przekroczona pewna granica. Akceptowaliśmy, że media tropią i piszą bzdury o politykach, celebrytach, bywalcach. To ludzie, którzy głównie na medialnym kompoście dorobili się swojej pozycji zawodowej, majątkowej i społecznej. Niech za to płacą.

Teraz tabloidy zabrały się za zwyczajnego szaraka, śmiertelnika, zjadacza chleba. Tak, tak, pamiętam konkluzję powyższego akapitu - sama sobie winna. Skąd jednak można wiedzieć, że za jakiś czas kolejna granica nie zostanie przekroczona? Dziś media wchodzą z butami w życie ludzi, którzy popełnili okropne błędy. Jutro stratują twoje życie, bo uznają - w wyższym interesie społecznym - że zostało zrobione coś niestosownego. Już to widać, po przykładzie rodziny, która zostawiła dwulatkę na lotnisku. Zrobili coś głupiego, ale rozpętała się nieadekwatna do tego burza medialna. Burza, w wyniku której wyleje się dwuletnie dziecko z kąpielą.

O to wołał Heinrich Böll w swojej książce. Najsmutniejsze jest to, że bezskutecznie.

Katarzyna Blum wyszła dziś rano do pracy, nieświadoma, że jej spokojne życie niedługo się skończy.

15:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2012
Nieoczywista wierność

Ostatnio przeczytałam w wywiadzie z Magdą Schejbal, jak ta na jednym z castingów usłyszała, że ma "nieoczywistą urodę". Świetny tekst :) Ja też mam :) Pozwolę sobie strawestować w dzisiejszym wpisie.

Przejrzałam niedawno wywiad z Wielkim Aktorem. Jego talent jest niepodważalny, a zasługi dla teatru i filmu ogromne, tu się spierać nie będę. Wywiad był jednak o kobietach, bo Wielki Aktor amantem był, przystojnym niezwykle i nawet w dziewiątej dekadzie życia nie postawił kropki na i. Było w wywiadzie o pięknych aktorkach, które robiły na nim wrażenie, uznawał za piękne i seksowne. Wszystko podane bardzo elegancko, taktownie i dyskretnie, bo Wielki Aktor jest z pokolenia urodzonego przed powstaniem Plotka i Faktu. Jestem w stanie uwierzyć, że była to typowa "miłość dworska" i państwo siedzieli w świetle księżyca, trzymając się za ręce i czytali razem "Ballady i romanse" Mickiewicza. Bo fakt, że Wielki Aktor posiadał w owym czasie już małżonkę i dziecko jest jakoś w rozmowie przemilczany. Tak, to musiała być ewidentnie "dworska miłość".

Jednak z rozmów ze znajomymi, którzy znali trochę tę rodzinę, wiem jednak, że ta wierność Wielkiego Aktora byłą taka trochę "nieoczywista". Ludzkie gadanie, trzeba wziąć poprawkę.

Tak sobie myślę. Czy zdrady jak i inne przewinienia, ma swój okres przedawnienia, po którym opowiada się to jako anegdotkę? Lub. Czy wielki talent w jakiejś dziedzinie tłumaczy nielojalność w relacjach uczuciowych?

Wyobraźmy sobie, że niejaki Piotrek z korpo, z Działu Zakupów opowiada, jak to swego czasu, u progu kariery miał miłe wspomnienia z Asią z Działu Księgowości oraz Beatą od PR. A wiemy, że rzeczony Piotrek posiada żonę i dzieci od lat. To już jest anegdotka, czy gadka niewiernego faceta? Trzeba by poczekać jeszcze 40 lat? To gawęda o pięknych kobietach, czy historia o korpodziwkarstwie?

Inaczej. Wojtek, wykwalifikowany robotnik budowlany, mąż i ojciec rzuca w kulturalnej formie, że niedawno poddał się urokowi fryzjerki Anki oraz jej szwagierki Agnieszki pracującej tuż obok w sklepie. Wojtek jest amantem, czy miasteczkowym jebaką?

To nie wpis o potępianiu zdrady, bo nie jestem hipokrytką. Tak tylko patrzę na ciekawy relatywizm.

 

PS: Dobrze, że co kilka zdań robię "kopiuj", bo nacisnęłam coś dziwnego niechcący, "zgłosiłam oszustwo internetowe", za co mi podziękowano i straciłam napisany tekst. Tekst odzyskałam dzięki "wklej", ale czy mi bloga nie zamkną?

10:00, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 lipca 2012
Popołudnie NieMatki

Popołudnie wczorajsze zostało mi podarowane, więc pojechałam sobie po pracy nad Wisłę, zahaczając po drodze o kultowy kebab, by coś wrzucić do żołądka. Poczytałam książkę, powdychałam zapach szlamu wyobrażając sobie, że jestem nad morzem, pogrzałam się na słońcu i przeszłam się do niedalekiej księgarnio-kawiarni na promocję książki. Akurat trafiłam na info w jednym z porannych newsletterów. Spotkanie było wokół nowo wydanej książki - "Psychodrama i techniki niewerbalne" pod red. dr Jerzego Pawlika. Było trochę o historii psychoterapii w Polsce, samej psychodramie, kilka opowieści o przypadkach i pacjentach. Do takiego krótkiego opisu ograniczę mój dzisiejszy intelektualny lans :)

A dziś Międzynarodowy Dzień Wirtualnej Miłości, więc chyba podaruję kwiaty mojemu avatarowi ;)

15:42, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 lipca 2012
Zaczarować Rumunię

Tak raportowo będzie o weekendzie. Zajrzałyśmy z Wiertką na festiwal etnograficzny, gdzie królowała kultura Rumunii, Transylwanii. Polacy, czasami mało szanowani za granicami kraju, mają także swoje nacje, wobec których czują się lepiej. O, taki śniady, czerniawy z włosów Rumun, to jest dopiero nieKtoś :) A ich kultura okazała się być całkiem ciekawa, zupełnie jak nasza ;)

Dygresja. Na studiach widziałam kiedyś zdjęcia znajomych, którzy w wakacje wybrali się w podróż do Transylwanii. Strasznie im zazdrościłam. Też bym chciała dotknąć sama tych krajobrazów. Niestety, globtroterka ze mnie marna. Potrzebuję kokoś, kto zajmie się stroną organizacyjną przedsięwzięcia, pomoże poszukać noclegów, potowarzyszy w ciemnych uliczkach. Szkoda, bo chyba już się tam nigdy nie wybiorę. Innym moim marzeniem podróżniczym jest przeżyć białe noce - może być gdzieś blisko, Petersburg, niekoniecznie Norwegia :)

W piątek odebrałam małą ze żłobka, pobawiłyśmy się trochę na palcu zabaw i zaraz tuż obok zaczął się "weekend transylwański". Wiertka bawiła się razem z innymi dziećmi w różne gry, kleiła flagę Rumunii. Potem razem ze mną przysłuchiwała się warsztatom pieśni tradycyjnych. Ona lubi jak śpiewają :) O 20.00 udało mi się ją wyciągnąć do domu.

W sobotę, wróciłyśmy tam po południu. Zespół grał ludowe melodie, dziecko mi tańczyło przed sceną. Trochę malowałyśmy tuszem tradycyjne motywy, z szablonu. Sukces, udało mi się ocalić ubranie Wiertki przed zabrudzeniem. Były też warsztaty kulinarne - zabrałam w głowie przepis na gulasz :) Akurat na długie zimowe niedziele, bo pichci się go ze 3 godziny :)

Nie był to jakiś ogromny festyn, ale w sam raz dla okolicznych mieszkańców, którzy zajrzeli z dziećmi, sami, porozglądali się, posiedzieli na ławkach.

W sobotnie popołudnie zabrałam jeszcze córkę na imprezę powitalną koleżanki, która po trzech latach zjechała z Azji. Na festynie dołączyła do nas inna koleżanka i we dwie i pół ruszyłyśmy na dalekie obrzeża Miasta. Wyprawa to była daleka, bo najpierw wywiozło nas na pętlę tramwajową, potem wędrowałyśmy wzdłuż zamkniętych biurowców, centrów logistycznych i magazynów, by trochę pobłądzić wśród łąk. Na imprezie trochę pogadałam z bohaterką, trochę popilnowałam dziecka. Była jeszcze druga tak mała dziewczynka. Jednak kolo 21.00 obie małe zrobiły się najgłośniejsze w towarzystwie i nadeszła pora na oddanie spotkania dorosłym. I tak jestem zadowolona, że jakieś dwie godziny tam pobyłam.

W niedzielę wizyta u rodziny. Wieczorem mogłam znowu podjechać z Wiertką na "weekend transylwański" - koncert + degustacja win rumuńskich, ech. Pomyślałam jednak, że dziecko ma prawo jeden dzień spędzić, tak jak inne dzieci, czyli na placu zabaw :) Zabrałam ją  stamtąd siłą po 20.00 :)

Wg grafiku rodzicielskiego, w ten weekend Wiertka miała być u ojca. Ten jednak musiał jechać do chorej matki. Matka rzeczywiście chora, rzeczywiście u niej był. Miałam nadzieję, że weźmie córkę na poniedziałek, wtorek. On ma sporo rzeczy w pracy, szkolenie do 17.00, nie może. A w następny weekend też nie wie, czy weźmie dziecko, bo znowu może jechać do chorej matki. W ciągu ostatnich dwóch tygodni widział się z córką jeden dzień i nie wiadomo jak będzie w ciągu najbliższych dni. Wszystko ciągnę sama.

Jestem zmęczona. Nie fizycznie, nie psychicznie. Zmęczona życiowo. Chciałabym trochę pobyć sobą. Nie musieć tak się śpieszyć, gnać. Nawet siku i kupę robię w asyście.

Dałam ojcu 100% rabatu w opłacie alimentów, byle zajmował się dzieckiem częściej niż dwa weekendy w miesiącu.

Rano Były zadzwonił - jednak weźmie Wiertkę na poniedziałek.

15:54, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2012
***

Dziś miało być o czymś innym, ale dość blisko w temacie. Rano przeczytałam jednak notkę o 24 letniej matce, która była poszukiwania od kilku dni. Wyszła z domu z dwutygodniową córeczką, kilkoma drobiazgami do pielęgnacji dziecka i zaginęła. Rodzina sugerowała lub już wiedziała, że cierpi na depresję poporodową. Gdy patrzyłam na zdjęcie tej dziewczyny i notki, to serce mi ściskało z niepokoju. Dziś je odnaleziono w rodzinnym mieście - dziewczynka już nie żyła. Podwójna tragedia. Tragedia małego dziecka, które umarło. Tragedia matki, która będzie musiała z tym żyć.

Nie śledzę komentarzy oraz ocen tej historii i mam nadzieję, że nikt nie zarzuca, że to mogło być morderstwo i trzeba ją spalić na stosie. Mam naiwną nadzieję, że tak nie było. Przy dwutygodniowym noworodku wystarczy, że przez cały dzień nic nie zje, ani nie wypije i tragedia gotowa.

Sama pamiętam, że przez pierwsze 3-4 tygodnie po porodzie ja akurat byłam na hormonalnym haju. Ciemna noc zaczęła się dopiero potem. Ale być może zaczęłaby się wcześniej, gdybyśmy nie mieszkały same. Nikt mi nie gadał nad głową, że zamiast wytrwale i z samozaparciem przystawiać do piersi, daję mieszankę z butelki. Nikomu nie musiałam tłumaczyć, że w momencie, gdy podjęłam taką decyzję przestałam płakać po 1-2 godziny i betonowe płaty spadły mi z ramion. Ale te cztery dni na oddziale w szpitalu położniczym, to było coś okropnego. Nikt nie wiedział, że w obecności innej osoby przy trzymaniu, ubieraniu, przewijaniu dziecka trzęsły mi się ręce, bo zapewne robię to nie tak.

Nie chcę dociekać jakie były relacje w tamtej rodzinie, ale jednym ze składników depresji jest poczucie bycia ciężarem dla innych, chęć "uwolnienia" ich od swojej osoby. Skoro zabrała ze sobą dziecko, może myślała, że obie są kłopotem.

A może była to próba samobójstwa rozszerzonego, która też zdarza się w depresji? Poukładanym ludziom ciężko sobie wyobrazić, że można sytuację życiową postrzegać tak potwornie, że zabicie dziecka wydaje się podarowaniem mu wolności.

Są już okulary, które po założeniu pokazują jak widzi świat osoba pod dużym wpływem alkoholu. Nie da się stworzyć okularów pokazujących jak widzi świat osoba pod wpływem depresji. A bywa on równie zniekształcony.

A może wydarzyło się tam coś innego i tak tylko gdybam?

Byle nie rzuciły się na temat tabloidy, bo to nich i pewnej matce miałam pierwotnie dziś pisać. Będzie kiedy indziej.

15:48, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 18 lipca 2012
Ile warta jest czysta łazienka ;)

Wreszcie zmienił mi się profil hormonalny, kolory wróciły. Wróciła też energia do życia. Poniedziałkowe popołudnie i wieczór, zadbawszy by dziecko poszło do ojca, spędziłam drzemiąc i czytając gazety. Wtorkowym popołudniem wreszcie mi się zachciało :) Zabrałam się za wielkie sprzątanie i pucowanie łazienki. Żeby ładnie wyglądała do kompletu z kuchnią ;)

Jednak Wiertka przez to czas po żłobkowy spędziła w czterech ścianach. W żłobku prawie 10 godzin w budynku, bo pogoda była deszczowa. A wiem jak dzieci zachowują się na sali - raczej statycznie. Potem spacer do domu, w wózku. I wreszcie towarzyszenie mamie przy sprzątaniu. Efekt był taki, że uspałam ją z trudem grubo po 22.00, po długich jej piosenkach śpiewanych na całe gardło i wymachiwaniu kończynami. Może to ciśnienie skoczyło, może układ planet nie ten, ale dziecię energii miało za kilkoro. Może się nie wybiegała w ciągu dnia.

I tak to u mnie bywa. Albo interes dziecka, czyli bieganie, spacery, świeże powietrze, place zabaw, albo w miarę czyste mieszkanie. Cholerka, zaraz ktoś skomentuje, że mieszka też sam z dzieckiem, ono jest wyhasane, lokum błyszczy, bo przecież można pucować i koło północy :)

Dziś też mam energię i zastanawiam się, za co by się zabrać. Bo reszta domu wygląda jak połączenie składziku, komisu z antykwariatem i hurtownią zabawek. A może jednak dać się dziecku wybiegać?

15:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012
Z życia niejadka :)

Będzie o diecie dwulatka :)

Z sentymentem wspominam czasy, gdy wprowadzałam nowe produkty metodą BLW, czyli Dziecko Lubi Wybór. Żadnych papek, przecierów. Wiertka dostawała ugotowane kawałki warzyw, mięska, makaronu, ryżu, owoców itp i opychała się tym do oporu. Do dziś uważam, że to był fajny pomysł, zachęcam, ale jeden z argumentów za nim raczej się nie sprawdził. Dziecko miało być dzięki temu otwarte na nowe smaki. Mała miała rzucać się na "egzotyczne potrawy"- w sensie dopiero wprowadzane do jadłospisu - niczym słynny Łukasz Łuczaj na łożysko swojej żony.

Dygresja - zakładając, że pani Łuczaj unikała w czasie ciąży alkoholu, nikotyny, konserwantów, odżywiała się ekologicznie, to owe łożysko mogło być bardziej zdrowe niż taka wątróbka drobiowa z supermarketu. Dla nie wprowadzonych w temat - sam pan Łuczaj to propagator zbierania, przetwarzania i gotowania wielu dóbr natury z lasów i łąk, o których istnieniu dla nas pamięć zaginęła, a kiedyś były powszechne w diecie mieszkańców ziem na Wisłą.

I Wiertka otwarta na nowe do pewnego momentu była. Paszcza się nie zamykała, na widok niemal wszystkiego. Chyba tylko oliwki spotkały się od razu z nieprzychylnym przyjęciem. Tak przed drugimi urodzinami brama się zamknęła. Dziś zaakceptowane potrawy to - mleko z płatkami, jogurt bez cukru, kefir, jajko gotowane na twardo, owoce, kanapka z twarogiem. Z obiadu dziubnie może trochę makaronu, czy ryżu. Mięsem gardzi. Nowy smak jest odrzucany, co ma swoje dobre strony, bo jak kiedyś nie wytrzymałam i zrobiłam sobie zupkę chińską, to spróbowała i skrzywiła się. Generalnie w domu jada niewiele, w wielogodzinnych odstępach. Zaczęłam się niepokoić i dopytałam się w żłobku, jak tam jada. Okazało się, że je wszystko i z apetytem. Stwierdziłam, że skoro tam jada pełne, zbilansowane posiłki, to w domu może się trochę pogłodzić. Wychodzę z założenia, że dwulatek nie zagłodzi się na śmierć, a każdy kto widział kiedyś moje dziecko nad talerzem, wie, że nie ma natury niejadka. A ja chwilowo zaoszczędzę. Tyle, że chuda strasznie jest.

I oto wczoraj mam telefon od jej ojca, u którego nocowała. Otóż moja córka w ciągu jednego wieczora zjadła ogromny talerz zupy jarzynowej, paczkę słodkich rurek (cokolwiek to znaczy), trochę chałki z miodem oraz kanapkę. Nie wiadomo, czy było jej to ostatnie słowo, bo Były szedł właśnie zrobić sobie ponownie coś do zjedzenia, bo jeszcze sam nic nie zjadł :)

Jak ma czyścić lodówkę, to ojca, nie moją ;)

15:44, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 lipca 2012
Teatrzyk tak, kino nie

Wczoraj zabrałam Wiertkę na poranek teatralno-kinowy w pobliskim kinie. Pamiętam z dzieciństwa, że tata zabierał mnie i brata do kina. On szedł w środku, a każde z nas trzymało go za jedną rękę. Tak, to były czasy, gdy w kilkunastotysięcznym miasteczku było kino... To także były niedzielne poranki. Fakt, że często potykało się o puste butelki pomiędzy rzędami - pozostałość po seansach wieczorno, sobotnich ;) Pamiętam "Calineczkę", "Bułeczkę".

Najpierw była część z teatrzykiem, tak z 30-40 minut. Były piosenki, tańczenie, historia o kózce. Tak siedziałyśmy na podłodze, w kółku z innymi i pomyślałam, że po latach córka nie będzie wspominać, że gotowałam, prałam, sprzątałam, ale właśnie takie wspólne wyjścia. Tak jak ja z dzieciństwa pamiętam poranki kinowe i zabawy z tatą, a nie, że mama dbała o dom. Choć są dorośli, którzy właśnie, to pielęgnowanie domowego ogniska trzymają najbardziej w pamięci.

Już wcześniej opowiadałam małej o bajce na wielkim ekranie. Jednak gdy seans się rozpoczął kategorycznie zażyczyła sobie wyprowadzenia z sali. Kurcze, wywaliłam po 15 złotych za bilet i mamy wychodzić? Trudno. Przed salą były stoliczki z kredkami i kartkami, więc trochę sobie porysowałyśmy. Jeszcze dopytałam się ze trzy razy, czy aby na pewno nie chciałby wrócić na salę. "Nie kino" i "nie kino". Może dlatego, że bajka może być w domu, ale teatr jest wydarzeniem w jej życiu.

Reszta niedzieli, z przerwą na ugotowanie obiadu, to spacery po parku i placach zabaw. Jeden drobiazg. Biegała po parkowych alejkach, jak bączek. Bawiłyśmy się w "złap mnie", czyli z odległości kilku metrów gnała do mnie, by wpaść w ramiona. Coś jak finałowa scena z "Dirty Dancing" tyle, że bez wyrzutu nad głową ;) A potem znowu odbiegała, by nabrać rozpędu :) Idziemy dalej i nagle kilka metrów przed nami konar drzewa spada na chodnik. Nie był imponujący - z 3-4 metry długości, grubości męskiego ramienia, suchy, bo po gruchnięciu o ziemie rozpadł się na 3-4 kawałki. Dorosłego by potłukł. Co jednak, gdyby w tamtym punkcie było niespełna metrowe dziecko? Gdybyśmy były tam kilkanaście sekund wcześniej? Ciągle o przyszłości decydują sekundy, tylko w 9999 przypadkach na 10 000 o tym nie wiemy.

Dziś w mediach króluje maluch, który wbił sobie w głowę (oko, mózg) kredkę, biegnąc z nią w ręku do rodziców. Wiertka ciągle chodzi po pokoju gmerając w buzi kredką, pałeczką od cymbałek. Walczę z tym, ale to jak z wiatrakami. Są dzieci nochacze (wciskające sobie do nosa drobne przedmioty) i buziacze (memlące w buzi drobne przedmioty). Wiertka to ten drugi typ. Nie wiadomo, co bardziej kłopotliwe. Kredkę w buzi przynajmniej od razu widzę, a jakiś koralik to dopiero po ruchu rzuchwy. Niedawno przyłapałam ją na próbie wciśnięcia sobie czegoś w ucho...

15:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 lipca 2012
Gdy znika artystka, a pojawia się anty gospodyni domowa

Nie piszę ostatnio. Mam fazę, oczywiście, że skorelowaną hormonalnie, na szarość, nijakość. Nawet jak temat jest, to wydaje się błahostką. Odpalam bloga, patrzę na arkusz i wychodzę z bloga.

Ale o dzisiejszym rozdziewiczeniu napiszę. Nosiłam się z tym zamiarem od dawna, ale ostatnio dotarłam do ściany. Dziś była u mnie Pani L, sprzątająca mieszkania. Poleciła mi ją dobra koleżanka, która korzysta z jej usług od ponad 10 lat. Okazało się, ze L sprząta też mieszkanie mojej sąsiadki z góry :) Jak w "Klanie" - jeden adwokat w mieście, jeden psycholog w mieście, jeden schizofrenik w mieście, itd.

Dygresja 1 - Pani L. w swojej ojczyźnie była nauczycielką klas I-III, ale życie ta brutalna dziwka skłoniło ją do zmienienia miejsca zamieszkania i zarabiania w inny sposób.  Polki, za granicą, często robią to samo. Ot, ironia losu.

Dygresja 2 - mam koleżanki, które dorabiają sobie sprzątając domy. Dlaczego nie one? Bo to jednak przesada? Bo to zbyt intymne. Pani sprzątająca jest jak ginekolog i dentysta - widzi najbardziej intymne i wstydliwe rzeczy z twojego życia. Rzeczy, o których nie dowiedzą się nigdy inni. Po dzisiejszym dniu jestem wobec Pani L bardziej zażenowana niż gdybyśmy we dwie wylądowały po pijaku w łóżku, a ja byłabym nie wydepilowana.

Kobieta otwarta, rozmowna, ale nie z gatunku tych, którzy zajmują ci czas. Od razu przeszła do rzeczy i nie traciła czasu. A wyszłam z Wiertką na długie zakupy, spacer i wycieczkę na plac zabaw.

Poprosiłam o generalne, totalne porządki w mojej kuchni. Kosmiczne jej wyczyszczenie. I zajęło to sporo czasu. Efekty widać. Teraz widzę, gdzie powinnam w sumie sprzątać :(

Nienawidzę sprzątać. Moja niechęć do sprzątania jest odwrotnie proporcjonalna do chęci na oddychanie. Ludzie dzielą się na garstkę, która lubi sprzątać i się w tym lubuje, rzeszę nie lubiących tego, ale dzielnie zwalczających niechęć, oraz na koniec - garstkę, która tego nie cierpi i nie jest się w stanie zmusić do rzetelnych porządków. Chyba należę, do ostatniej grupy. Nie wiem, czy mnie stać na panią do sprzątania, ale dla niej jestem w stanie jeszcze bardziej ograniczyć standard życia. Pociesza mnie tylko to, że inni znajomi też takowe panie opłacają.

Przez lata byłam przekonana, że moja matka uwielbiała sprzątać. Zawsze, gdy się do tego zabierała opowiadała o tym. A przed porządkami świątecznymi mówiła o nich chyba na 2-3 tygodnie przed. Mini-dygresja - na propozycję pomocy, odpowiadała, że da sobie radę, więc pewnego dnia po prostu zapomnieliśmy propozycję powtórzyć. Dopiero potem zorientowałam się, że ona tego sprzątania nienawidziła, ale poczucie powinności i obowiązku nie pozwalało jej tego olać. Każde sprzątanie zabierało jej dzień życia, a to świąteczne tydzień. Umarła mając 54 lata.

Przyznałam się przed samą sobą, że jestem beznadziejna jako osoba utrzymująca czystość w domu. Kiedyś myślałam, że można mieć swoje wady, ułomności, gdy ma się wymówkę artystyczną. Czy Virginia Woolf sprzątała i gotowała? Była ponad to. Ale artystyczna wymówka znikła i musiałam wreszcie przyznać, że jestem pospolitą, leniwą, starą babą. Próbowałam kiedyś sprzątać - czyściłam, pucowałam, odkurzałam, przemywałam, a usłyszałam od byłego tylko, że niedokładnie, źle i ja sobie nawet nie wyobrażam, co to być dobrą gospodynią. Quiz, pytanie pierwsze i ostatnie - ile razy on posprzątał mieszkanie? Odpowiedź - kilka razy w ciągu kilku lat i było to fetowane racami świetlnymi oraz oklaskami, że tak dokładnie, perfekcyjnie i wspaniale. Na moją uwagę, że niech on tak sobie, co sobota, cztery razy w miesiącu, 52 razy w roku, to sobie przedyskutujemy, obraził się. Straciłam serce do sprzątania. Bo to jedna z miliona rzeczy, które robię do dupy.

Całe życie myślałam sobie, że we wszystkim jestem beznadziejna, tylko chociaż mam swoje pisanie. Ale i z beznadziejnością pisania muszę nauczyć się żyć.

23:32, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi