To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 31 lipca 2013
Sałatka pracownicza

Dziś ostatni dzień mojej umowy i zobaczymy - oby - czy przedłużą mi ją. Bo jak dziś usłyszałam, zmieniają system i muszą jeszcze przedyskutować. Jak dla mnie brzmi to - obniżamy koszty zatrudnienia, albo w tym miesiącu kierowniczką w pokoju będzie blondynka. Moje dotychczasowe potyczki na rynku pracy zrobiły ze mnie mocno podejrzliwego pracownika. No i w stresie jestem.

Jakiś czas temu jeden z szefów zapytał się, czy znam się na sprawach kadrowych. Dokonałam błyskawicznej oceny sytuacji i uznałam, że im więcej różnorodnych rzeczy robię, tym bardziej będę niezbędna w firmie i tym mniejsze ryzyko, że mnie zwolnią. Czyli tak, przyznałam, że byłam kiedyś na kursie kadrowo-płacowym (że w roku 2001 nie doprecyzowałam), że potrzebuję 2-3 dni i się doszkolę. Bo się doszkolę, mam już nawet kontakt na znajomą, która mi pomoże. Mają firmę zewnętrzną, która się tym zajmuje, ale w biurze potrzebny jest ktoś, kto będzie trzymał w garści niektóre dokumenty. I już pierwsza osobę miałam.

Robiłam jeszcze schematyczny projekt strony internetowej.

Potem zrobiło się dość mało pracy i uznałam, że powinnam coś jeszcze znaleźć do roboty, by uwiarygodnić, że jestem w tej firmie potrzebna. Poszłam do chłopaków i dostałam windykację. Jakieś proste maile, Karty Klienta. Zajmuję się też sprawami stałych klientów. Podobne rzeczy związane z windykacją dostały także dwie inne dziewczyny z mojego pokoju (te niby podlegające mnie), ale zachwycone nie były. Dostają mniej forsy niż ja (jeszcze). Wytłumaczyłam - co widzą, bo niegłupie - niedługo pracy będzie za mało jak na nas trzy i trzeba brać coś dodatkowego. Jak zobaczą, że siedzimy i serwujemy po necie, to będą ciąć stanowiska. Zaordynowałam, że w skali ważności najpierw mają zajmować się rzeczą A, B (do których zostały zatrudnione), a potem dopiero tą windykacją.

Jeszcze zwróciłam uwagę na pewne skrypty rozmów jakie miałyśmy zrobić, ale usłyszałam, że może lepiej nie być nadgorliwym. Jasne. Nie będę, a za miesiąc to ona będzie siedziała przy moim ładnym biureczku przy oknie, a ja będę na zasiłku.

Zobaczę na ile to mi pomoże. Może niewiele, bo przy tym wszystkim robię sobie w pracy marny PR, czyli nie wpadam do pokoju prezesów codziennie by opowiadać, co ja i dziewczyny robimy, nie zwołuję zebrań, nie robię szumu, jak to ja zawalona robotą jestem. To robi kolega w innym dziale i ma całkiem niezłe efekty - jest Kierownikiem Projektu i niemal kumplem szefów, wspólnikiem firmy, ktoś by pomyślał.

Nic mnie już w życiu nie zdziwi. Nawet to, że nie przedłużą mi umowy, dadzą gorsze warunki finansowe, za które nie utrzymam siebie i dziecka.

Ale jakoś daję radę z rolą "przewodniczki stada".

22:00, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 24 lipca 2013
Wiatr z NY ;) - cz. 2

Wykorzystałam fakt, że A nadal jeszcze w PL i tym razem spotkałyśmy się we dwie, bez Wiertki. W dodatku odważyła się przyjechać do mojej Dzielnicy :) Trzy dekady wcześniej jeden z członków jej rodziny został tu zabity i od tamtej pory nikt z klanu po tej stronie rzeki się nie pojawiał. Ona jest pierwsza. Pokazałam jej zabudowania "Konesera", aż w końcu trafiłyśmy na piwo do "Oparów Absurdu". Przy okazji okazało się, że to na tej ulicy właśnie życie stracił jej wujek. Historia, mam nadzieję, pięknie zatoczyła koło. Szczególnie, że dzielnica o tej porze roku jest pusta, senna jak w jakimś małym miasteczku.

A wzruszyła mnie, bo ponownie zaprosiła mnie do siebie do NY :) Być może dlatego, że jako jedyna nie korzystam z zaproszenia :) Z przyczyn rozmaitych - ta mniej ważna, to koszt biletu w obie strony, dla mnie do ogarnięcia budżetowo. Druga przyczyna, to fakt, że konsulat amerykański uważa, że każdy marzy o tym by prysnąć do Stanów i tam układać sobie życie. Kabaretowe wydaje mi się przekonanie ich, że ja nie, chyba, że mając pozycję wydawniczną Hanny Arendt. I polubiłam na FB coś o Snowdenie. Demot, ale zawsze. Zaś powód ostatni i najważniejszy, to taki, że ja strasznie prowincjonalna jestem. Niczym chłop pańszczyźniany, dla którego granice świata to dwie wiochy na północ i trzy na południe. W NY serce by mi siadło ze stresu. Kant też nie ruszał się ze swojego Królewca.

Oprócz plotek o znajomych, wspomnień wspólnych wypadów na miasto, tematem także był dylemat wracać-nie wracać. Sprawa "zielonej karty" się wlecze i jeśli decyzja będzie negatywna, to znowu pochłonie czas i pieniądze. Tymczasem w PL rodzice A chcą oddać jej swoje spore mieszkanie w jednej z lepszych dzielnic Miasta. Tylko co z pracą? Mam ją namawiać do powrotu, gdy sytuacja jest taka niepewna. Nadal uważam, że powinnam pogadać ze swoimi szefami, by mogła nadzorować ich interesy tutaj w tej części Europy. Drogie kiecki sprzedają się wszędzie, bo bogatych kryzys nie rusza. Szczególnie, że tutaj na urlopie też normalnie pracowała... Zdalnie.

Co do jej opowieści o pracy, to trochę przypomina to powieść "Diabeł ubiera się u Prady" tylko tu diabeł ma dwa penisy, w dwóch ciałach. Po tym jak usłyszałam, że ma prawo do 10 dni urlopu (i to dopiero teraz po trzech latach) i 3 dni zwolnienia lekarskiego (płatnego, bo na swój koszt może sobie spróbować), już rozumiem dlaczego mój były amerykański szef uważał przywileje socjalne w PL za bandyckie, a pomysły by chorować przez dwa tygodnie lub brać zwolnienie na dziecko, za kuriozalny. Ale pracy musi się trzymać, bo "karta".

Bardzo miły wieczór :)

22:25, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 lipca 2013
Rewolucja 3,5 latki

Po burzliwym czerwcu, kiedy to moje dziecko miało wszystkie możliwe wybuchy histerii świata, teraz jestem na pewno przekonana, że to był etap jakiegoś skoku rozwojowego.

Skok percepcyjny. Nie wiem, czy to kwestia nagłego rozwoju mózgu, czy nagłego rozwoju interpretacji doznań (chyba mętnie piszę), ale Wiertka zrobiła się wrażliwsza sensorycznie. Intensywniej wyczuwa zapachy i lepiej słyszy odgłosy.

- Mamo, co to za zapach? – pyta na ulicy, w domu o zapach, który ja ledwo wyczuwam, albo jest dla mnie niezauważalny.

Wiąże się  z tym inna anegdotka. Raz stałyśmy przy windzie obok pewnego mężczyzny pod wpływem alkoholu. Wpływ był spory, bo pan ledwo trzymał pion. Mała zatkała sobie ostentacyjnie nos, a mi zaczęło robić głupio. Winda zajechała i chciałam zaczekać, ale pan nalegał byśmy też wsiadły. Krępowałam się odmówić. A w środku Wiertka nie dość, że nadal miała zatkany rączkami nos, to jeszcze zaczęła się głośno krztusić :)

- Mamo, co to był za dźwięk? – pyta na ulicy, w domu o dźwięki, które dla mnie są jak tło.

Do tego zaczęło ją razić słońce.

Jednak  największa zmiana jest w jej zachowaniu od kilku dni. Bawi się sama!!! Ma swoje laleczki malutkie i odgrywa nimi jakieś scenki, historie. Potrafi tak bardzo długo. Mogę gotować, kąpać się, czytać, pisać na komputerze i nic. Aż czuję się nieswojo. Wcześniej nie mogłam się pozbyć dziecka, teraz się boję, że jestem jej już niepotrzebna :) Nie sądziłam, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie :)

Wada tej sytuacji jest taka, że nie można jej zagonić do snu. Bo przecież zabawa jest taka fajna :)

Nadal bawi się w dużym pokoju, w mojej obecności, więc jeszcze inne etapy przed nami.

Wczoraj udało mi się zażegnać na skraju wybuch histerii. Sama nie wiem jak mnie olśniło. Laleczki mają gumowe ubranka, naciągane sukienki (są takie, dostała je od mojej kuzynki) i jednej z nich suknia zsuwała się ukazując rąbek biustonosza (namalowanego na laleczce). Wiertka płakała i krzyczała, że mam coś zrobić, bo lalka jest nieszczęśliwa, smutna z powodu tej sukienki, sukienka ma być podciągnięta wysoko i tak zostać. Tłumaczenia nie pomagały. Bo jak niby tłumaczenie racjonalne ma dotrzeć do 3,5 latki? W końcu oświeciło mnie. Zaproponowałam że zrobimy jej szal ze sreberka albo chusteczki higienicznej. I łyknęła to! Szale były albo za duże, albo za małe, coś jej nie pasowało, ale wciągnęło ją robienie szali i zapomniała o problemie. Po chwili zobaczyłam, że… ucięła kawałek taśmy klejącej i przykleiła sukienkę do lalki w na odpowiedniej wysokości. Przyznam, że zawstydziła mnie! Nie przyszło mi do głowy tak proste rozwiązanie! Nie podejrzewałam, że moje dziecko jest tak mądre i praktyczne! Taśma i nożyczki leżały tuz obok. Potem sukienka znowu się obsunęła, ale nie zwracała już na to uwagi  :)

16:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lipca 2013
Z wizytą u justek :)

W niedzielę wybrałyśmy się z Wiertką na wycieczkę krajoznawczą. Skorzystałyśmy z zaproszenia justek, jednej z czytelniczek tego bloga, znanej jeszcze w świecie przedblogowym. Ominę wstęp. W którym po nieśpiesznym, leniwym spacerze na dworzec kolejowy, zorientowałam się, że w domu zostawiłam pieniądze, trzeba było więc galopem wracać po niego i biec na uciekający pociąg. Pociąg trafił nam się piętrowy. Lepiej niż w samolocie. Jazdy była niecała godzina, ale dał się zauważyć drobny postęp w rozwoju podróżniczym Wiertki. Nadal gadała jak nakręcona, nadal wierciła się i kręciła, ale już nie biegała po wagonie jak szalona. Naprzeciw nas jechała mama z kilkuletnim synem, więc na rozmowach płynął czas.

Grodzisk Mazowiecki wygląda niczym połączenie miejscowości wypoczynkowej, z miastem wojewódzkim, tylko w mniejszej skali. Ma nawet prężnie działające życie kulturalne. Posiada także miejsca pracy w dużych zakładach na obrzeżach, które to miejsca pracy są już zajęte przez ludzi, którzy powinni tam pracować, czyli członków rodziny i znajomych. Justek kiedyś się nacięła i zatrudniła nie będąc znajomym albo członkiem rodziny i szybko zrozumiała, dlaczego tego wakatu nie polecano najbliższym. Jednym zdaniem – GM to świat w pigułce i można z niego nie wyjeżdżać.

Justek zaprezentowała swoje mieszkanie oraz kota Filipa. Mieszkanie przytulne – chyba ciut mniejsze od mojego, ale większe, bo nie zawalone meblami. W łazience ręczniki, które wyglądają jak ręczniki, a nie śnieżno białe dzieła dizajnerskie po kilkadziesiąt złotych za sztukę (i to na gruponie, czyli za półdarmo). A książki dobrane tematycznie, nie pod kolor okładek. Nie sztuka urządzić mieszkanie za kilkadziesiąt tysięcy. Sztuka za kilkadziesiąt :) Kot Filip zajął nihilistyczną pozycję dystansu, łamaną co jakiś czas przez jego panią. Kot Filip udowodnił, że jest wiele miejsc, z których nie sposób go wyciągnąć.

Po porcji rozmowy, spożyciu przekąsek, obiadu oraz piwa Sommersby (butelka na głowę) wyszłyśmy zażyć miasta. Byłyśmy na kosmicznym placu zabaw, przy super fontannach z ławeczkami i altankami. Upał przypiekał coraz bardziej. Niedziela upływała. Obie z justek jesteśmy introwertyczkami, a ten typ tym różni się głównie od ekstrawertyka, że gdy tamten ładuje baterie w towarzystwie, my baterie powoli rozładujemy. Oba typy ludzi równie uwielbiają towarzystwo. Introwertyk dociera jednak do takiego momentu, gdy potrzebuje udać się do swojej samotni i doładować baterię. Justek udała się d domu, ja do pociągu (wcześniej przez gospodynię odprowadzona). Nawet Wiertka postanowiła doładować baterię ucinając sobie drzemkę na moich kolanach.

Pominę zakończenie składające się z przesiadki na Dworcu Zachodnim, gdzie miotałam się ze śpiącym dzieckiem w ramionach i chorym kolanem (nie mogę dźwigać). Dotąd wydawało mi się, że ten dworzec składa się z pustych peronów na powierzchni i pustego tunelu pod ziemią. Przez ostatnie dwadzieścia lat sporo się zmieniło. Szukałam czegoś, co wywiezie mnie zza rzekę i nie byłam jedyna. Atmosfera trochę jak w czasach repatriantów. Wreszcie pokazałam jednemu z konduktorów mój bilet pytając czy mogę wsiąść do TLK, które właśnie nadjeżdżało. Okazało się, że tak. Podzielili to PKP tak, że człowiek boi się wejść na schody pociągu z obawy, że musi mieć dwa bilety – na PKP Przedziały i PKP korytarze.

Grodzisk Mazowiecki niby w tym samym województwie, a czuję się jakbym przez kraj podróżowała :)

19:43, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 17 lipca 2013
Hulajnogi nie ma

W niedzielę miałyśmy odprowadzić koleżankę na przystanek autobusowy. Wiertka chciała jechać na hulajnodze. Hulajnogi nie ma. Przeszłam się po komnatach, całe 47 metrów kwadratowych. Hulajnogi nie ma. Jeszcze nie dopuszczałam do siebie żadnej kiepskiej myśli. Po powrocie do domu zaczęłam jej szukać w sposób tradycyjny, czyli odgrzebywać w mrokach pamięci moment, kiedy widziałam ją ostatni raz. Przecież mogłyśmy ją zostawić u kogoś z rodziny. Tak! Wiertka odwiedzała z nią pradziadka i babciotkę! Pamiętam scenę z przystanku autobusowym, której na blogu nie streszczę by uszanować przyszłą intymność mojego dziecka :) Pamiętam, że musiałyśmy zajść do mojego taty i brata i zabrał nas stamtąd tata Wiertki. Mała u niego nocowała. Pamiętam też, że potem przypomniałam sobie, że hulajnogi nie ma, ale ustaliłam, że mój tata wsadził ją do bagażnika. To było w  Boże Ciało. Mój tata potwierdził teraz telefonicznie, że hulajnoga wtedy trafiła do samochodu. Były twierdzi, że on jej nie ma. Kazałam mu dokładnie sprawdzić, a on kazał mi nie kazać sobie. Hulajnogi nie ma.

Biała plama. Czysta pamięć. Od tego 30-go maja łyse pole wydarzeń w kwestii hulajnogi. Hulajnogi nie ma. Usiadłam z kalendarzem książkowym w ręku, gdzie notuję, gdzie wychodzę sama, gdzie z dzieckiem i takie tam, które tej historii wagi nie nadają. Usiadłam i dzień po dniu, kartka po kartce sprawdzałam –  primo: kiedy Były mógł ją odstawić do mnie, secundo: kiedy ja mogłam ją od niego odebrać, tertio: czy mogłyśmy trafić z nią w jakieś inne miejsce. Primo nie dało żadnego dnia. Secundo także nie dało, ostatecznie może jedną niedzielę w połowie czerwca.
Tertio także nic nie dało. Hulajnogi nie ma.

Zadzwoniłam jeszcze raz do Byłego. Z uporem muła sugerowałam mu, że ta hulajnoga gdzieś tam u niego stoi. Trafiłam na drugiego muła. Ostatecznym wyjściem jest pojechać do niego i na własne oczy zeskanować 38 metrów kwadratowych. Hulajnogi nie ma. W akcie desperacji zajrzałam pod łóżko Wiertki, zza moje daybed (usłyszałam to angielskie określenie w jakimś programie z ust córki Urszuli Dudziak i bardzo pasuje do tego co rozstawione jest w moim pokoju). Hulajnogi nie ma. Zajrzałam nawet za regał. Hulajnogi nie ma.

Niestety, muszę dopuścić, to co wydaje mi się najmniej prawdopodobne i najgorsze – wyszłyśmy z tą hulajnogą na plac zabaw i… wróciłyśmy bez niej… Nie mogę w to uwierzyć. Czerwiec był chaotycznym, nerwowym miesiącem. Był miesiącem wybuchów histerii Małej. Nie do tego stopnia, żeby zapomnieć zabrać wszystkiego ze sobą do domu. Nigdy niczego na placu zabaw nie zostawiłyśmy. Zawsze pamiętam, by pozbierać graty, bo zawsze z czymś wychodzimy. Czyli zawsze z czymś się wraca. Hulajnogi nie ma.

Nie mam pojęcia, kiedy i gdzie to mogłoby być. Rzadko korzystamy z hulajnogi, bo po przedszkolu od razu idziemy na plac zabaw. Jeśli już ją zabieramy, to w weekendy. Dwa, czy trzy razy Wiertka jechała nią do przedszkola, a ja zabierałam do pracy. To był maj albo czerwiec, bo to było stałe przedszkole. Wtedy mogła zostać na placu zabaw. Tak mi zszczyściło mózg, że dopiero po wielu dniach się połapałam.

Jestem na siebie rozżalona. To był prezent od wujka i dziadka. Całkiem nowa, nie tania. W sumie, pieniędzy nie straciłam. O co żal? Żal, że tak głupio straciłam czyjś prezent dla dziecka. Wiertka rośnie, za rok będzie już pewnie za duża – to i tak była hulajnoga tylko na ten sezon. Zapewne nie do odsprzedania, bo dostałam tyle rzeczy dla dziecka od dobrych ludzi, że nie wypada własne rzeczy przekazywać za pieniądze.

Hulajnogi nie ma :(

 

15:30, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 14 lipca 2013
Wiatr z NY ;)

Znasz w życiu takich ludzi, z którymi praktycznie półtora roku nie ma się kontaktu, aż wreszcie gdy się spotkacie, to gadacie jakbyście widzieli się wczoraj.

Odwiedziła mnie dziś koleżanka, która na stałe mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Jest mi miło, że sama odezwała się, gdy przyjeżdżała na urlop do Polski i zaproponowała spotkanie. Po części zapewne dlatego, że jestem w grupie jej znajomych, którzy nie wyrażają gotowości odwiedzenia jej w Nowym Jorku, pomieszkania u niej i pożycia na jej koszt ;)

Prosto nie było. W Mieście remonty, objazdy, zamknięte linie i pilotowałam ją przez SMSa. Uznałam, że co jak co, ale ktoś kto porusza się po NY tu się nie zgubi ;) Tymczasem ja z Wiertką wyszłyśmy na krótki spacer na przystanek. Koleżanka trochę się pogubiła. Ja postanowiłam podjechać z małą kawałek autobusem na spotkanie gościa. Koleżanka wsiadła do swojego, ale w przeciwną stronę. Ja uznałam, że zdążymy jeszcze z małą coś szybko zjeść w jakimś barku i wysiadłam. Wysłałam wiadomość z nazwą przystanku, na którym dołączymy. Przeliczyłam się z czasem, bo w 2/3 kebaba (jedzonego przy stoliku) odczytałam dwa sms-y. Pierwszy: "Nic nie rozumiem" i drugi: "Gdzie jesteście?". Szybko zadzwoniłam, przeprosiłam, uspokoiłam, kazałam wysiąść na najbliższym przystanku i dojechałam z dzieckiem i końcówką kebaba. Wszystkie byłyśmy już trochę umęczone, a to dopiero początek wizyty ;)

A potem było już mieszczańsko - kawa, słone paluszki (polski akcent), wafelki Wedla (polski akcent) i tylko młodej kapusty nie chciała jeść (polski akcent).

Koleżanka zwiozła prezenty. Nie miałam pojęcia, co mogę chcieć z Nowego Jorku, co zapewne klasyfikuje mnie w gronie dziwnych ludzi. Poprosiłam o to samo, co ostatnio - bardzo fajne kosmetyki pielęgnacyjne i wodę toaletową.

Wiertka miała radość. Koleżanka wyczuła w 100% moje dziecko, choć z pamięci dawała jej 7 lat, nie 4 lata ;) Mała dostała także swój zapas kosmetyków - błyszczyki do ust, błyszczyki w pierścionkach, koralikach na szyję, oraz lakiery do paznokci. Nie uwierzycie, ale moja córka od dwóch dni suszy mi głowę, że chce lakier do paznokci. Od razu odbyło się malowanie. Nie wiem po kim ona to ma - ja używam głównie tuszu do rzęs i czasami cieni do powiek. A ona lubi się malować i przyozdabiać. Różowa sukienka księżniczki nie jest już nawet schowana do szafy, bo Wiertka niemal codziennie ją zakłada na jakąś część dnia.

Mile spędzony dzień, a mam nadzieję podróż powrotna koleżanki szybsza :)

23:23, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lipca 2013
Sałatka pracownicza

Gdy przyjmując mnie do pracy prezes powiedział, że będzie tworzony dział, zespół, puściłam to koło uszu. Takie tam gadanie, plany szerokie. Kiedy to będzie.

Teraz przeglądałam te CV, byłam przy rozmowach. Było wspomniane, że ja mam koordynować tych ludzi. Znowu starałam się o tym nie myśleć. Jestem typem indywidualisty. Lubię pracować w zespole, gdzie kompetencje i rangi są równe, albo mieć samodzielne stanowisko - okręt, żeglarz, ster. Zarządzanie ludźmi? To nie ja. Zarządzana też być nie lubię.

Ludzie zostali wybrani, owa kobieta, którą miałam zastąpić wreszcie ostatecznie odeszła z pracy i zagaiłam, że chciałabym zająć jej biurko. Biurko jest pod oknem, duże, centralnie ustawione. Najlepsze miejsce. I wtedy usłyszałam, że to miejsce jest dla lidera, osoby ciągnącej cały zespół, silnej osobowości i to się okaże, kto to będzie. Mogę to różnie interpretować - prezes zapomniał co mi mówił, prezes chce bym pracowała intensywnie zamiast się obijać uznawszy, że jestem bezpieczna lub prezes już zdążył uznać, że się do tego nie nadaję.

Siłą rzeczy, chcę czy nie chcę tym cholernym liderem muszę być. Nie chcę by zarządzał mną ktoś, kogo przed chwilą przyjęłam do pracy. Z drugiej strony wybierając ludzi też starałam się, by to nie byli idioci, bo jak zawalą, to ja dostanę po tyłku, albo będę za nich nadganiać. A jak to będzie ktoś lepszy ode mnie i mnie wygryzie? Podobno im wyżej siedzisz, tym większy wiatr.

Obawiam się tego. Pomyślałam jednak, że wezmę to tak jak macierzyństwo. Nie ogarniałam jak to być matką, jak dam radę z tyloma obowiązkami, decyzjami, które trzeba będzie podjąć, byciem surowym rodzicem. I jestem jakoś matką, ogarniam obowiązki, nowe rzeczy mnie nie przerażają, surowa bywam. Cechy korporacyjnej suczy też nabędę. Tylko nie znane wzbudza lęk. Trzeba by stało się znane.

A i tak okazało się, że bez dyskusji większych na "dobre biurko" się przeniosłam. Przyszły dwie nowe dziewczyny do pracy. Początek tygodnia to wprowadzanie ich, pomaganie, zażegnywanie kłopotów z komputerami, tłumaczenie rzeczy. Mam przewagę, że jestem tu dłużej, więcej wiem. Do czasu, oczywiście. Jestem pomiędzy - wzywana przez prezesów do przekazywania zadań i decyzji dla naszego pokoju.

Mam kłopoty z byciem surową. Jestem za miła i za przyjacielska. A wiem, że zaraz będę musiała przycisnąć może, albo zwrócić uwagę. Jak tego nie zrobię - pisałam wyżej - dostanę od prezesów, albo będę robić za nie. Inna wersja szefa, który nie czuje się pewnie to bycie bezwględnym i gnojenie. Nie wiadomo, co gorsze. Nie chce by te dwie stworzyły front przeciwko mnie.

Na ostatniej imprezie piłam drinki z koleżankami, które same zarządzają ludźmi (ale one to silne kobiety) i zapamiętałam zdanie jednej z nich, rzucone tonem kobry: "Nie wymagam od nich więcej niż od siebie". Dobra strategia.

Na razie pracuje nam się we trzy dobrze. Minął tydzień i ja czuję już się dobrze z tym, że mam zespół ;) Nawet chyba libido mi skoczyło ;)

Wiem, że to tymczasowe. Za jakiś czas, one dwie będą wiedziały tyle co ja, robiły to co ja i tak na prawdę różnic nie będzie, jeśli są tak dobre jak ja. Mogą być lepsze? Wydaje mi się, że jestem dobra. Cała nadzieja w tym, że także lubią układ równowagi w zespole.

A tak na koniec - to obie są miłe i na razie fajnie nam się rozmawia.

Przypomniało mi się, że w naszym stowarzyszeniu, gdy wydawałyśmy książki także koordynowałam daty, terminy, poganiałam. Jakieś małe doświadczenie mam ;)

20:59, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 10 lipca 2013
Rekrutacyjny syndrom bożka cz 2

Miałam urwanie głowy w pracy przez ostatnie dni.

To dla mnie coś nowego, bo zazwyczaj jestem członkiem zespołu, albo jednoosobowym działem. Pisałam już, że w tamtym tygodniu selekcjonowałam CV, zapraszałam na rozmowy. Okazało się, że mam być obecna przy tych rozmowach. Zapewne zdarzyło się wam być na rozmowie o pracę, gdzie jedna osoba przepytywała, a druga siedziała jak paprotka. Tak, to byłam ja. To miała być osoba do mojego "działu", więc ja miałam też słuchać i oceniać. Jeśli czułam, że chcę dowiedzieć się czegoś jeszcze, to zadawałam pytanie. Większość zaproszonych osób miała CV, które nie zachęcało od razu, ale można było dopytać o szczegóły. Kilka osób w ogóle się nie pojawiło na spotkaniu, ale podobno to standard.

Potem to ja miałam zorganizować, przeprowadzić i ocenić kolejny etap - sprawdzający, czy osoba się nada do tej roboty.

Nie będę rozpisywać się o szczegółach tych rozmów, bo pomyślałam, że nawet jeśli napiszę to obiektywnie, to nie jest fair. Wspomnę tylko o drugim etapie. Pierwszy chłopak - zrównoważony, poważny, dobre wrażenie. Najpierw miał wpisać trochę firm z raportów do bazy danych. Tak na oswojenie, bo dziś Excel w najprostszej formie, to standard. Główna rzeczą, którą chciałam sprawdzić, na którą kładłam nacisk przeglądając CV i zadając pytania była umiejętność rozmowy z klientem przez telefon. Zrobiłam mini szkolenie, poprosiłam o 3-4 telefony do firm z bazy. Nie chodzi o idealną rozmowę. Chodzi o to coś. Chłopak przygotowywał się do rozmowy kwadrans, dwa kwadranse, trzy kwadranse. Po godzinie zadałam delikatnie pytanie, czy chce spróbować, czy jednak uważa, że to nie dla niego. Pożegnaliśmy się po chwili. Drugi chłopaczek - też młodziutki, taki roztrzepany, gra w kapeli punkowej, na ulicy też (cholera on w dwie godziny zarabia tam 200 zł..). Telefonu się nie boi, swobodny, wziął wyzwanie od razu, daje radę, sympatyczny. Bierzemy. Potem była cicha, młoda dziewczyna. Ale kazało się, że też nie boi się wykonać telefonu i jak od razu dostaje zamówienie, to nie wpada w panikę tylko rozwiązuje sytuację. Bierzemy.

Dziś zespół miał zacząć pracę. Zaczęła. Chłopaczek nie pojawił się. Stawiałam raczej na dziewczynę. Prezes chce czterech osób, jest nas trzy. Teoretycznie dostałam pozwolenie na puszczenie nowego ogłoszenia, zrobienie nowej rekrutacji i wciągnięcia nowej osoby. Tylko, że to co działo się przy ostatniej zabrało mi większość czasu. Jest jeszcze jedna rzecz. Wg mojego rozeznania teraz pracy jest dla 2 osób, w porywach do 1,5 osoby. Może jak pójdą mailingi, oferty, to ruszą się klienci. Co potem? Po co kolejna osoba. By robić przesiew? Nawet jedna z dziewczyn to zauważyła i powiedziała mi. Trzeba zanotować, że nie idiotka.

W oddzielnym wpisie napiszę o sytuacji i punkcie, gdzie teraz jestem w firmie. Chodzę od kilku dni zestresowana, ale ogarniam.

Jednocześnie musiałam robić swoje normalne rzeczy - oferty, telefony, klienci, umowy, instalacje. Dopiero teraz wygrzebuję się z zaległości.



22:16, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 lipca 2013
40 lat minęło

Nieoczekiwanie została mi podarowana impreza urodzinowa koleżanki. Wstępne zaproszenie dostałam już w lutym, oficjalne jakiś miesiąc temu. Niestety, okazało się, że Były w lato chce bardzo intensywnie pracować, a weekendowe noce to czas najlepszego utargu. Trochę z nim podyskutowałam, trochę się pozłościłam, ale odpuściłam. No nie mogę być na każdej dobrej imprezie sezonu, trzeba się z tym pogodzić. Były w zamian zapłacił za przedszkole, czym uratował mój budżet, bo pukam już w dno debetu, a do pensji jeszcze kilka dni. Przelewy z Urzędu Pracy i Urzędu Skarbowego jakoś nie nadchodzą.

A tu wczoraj, w sobotę, koło 14.00, Były dzwoni i pyta się, czy ja miałam jakieś plany na ten weekend, bo on jednak może wziąć do siebie dziecko aż do poniedziałku. Jasne, że mam plany! Jeszcze podwiózł mnie na tą imprezę, bo jechał z dzieckiem na spotkanie rodzinne.

Moja koleżanka K świętowała z pompą przekroczenie czterdziestego roku życia i wejścia - jak to ja określam i co może kiedyś opiszę w jakimś wpisie - w fazę życia, kiedy to kobieta nic nie musi, a wszystko może.

Pyszne jedzenie, pyszne mojito, fajni nowi ludzie, których sporo poznałam i co najważniejsze wreszcie jakaś impreza, na której tańczono. Tak dawno nigdzie nie tańczyłam. Dyskotek i klubów nie lubię. Spotkania towarzyskie ograniczyły się do konsumpcji jedzenia i alkoholu, oraz pogaduszek. Może dzięki temu w niedzielę obudziłam się świeża i wypoczęta, bez śladu kaca. Co wypiłam, to wyskakałam.

Udana, udana czterdziestka :) Chciałabym mieć taką :)

15:15, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 lipca 2013
Wakacyjne przedszkole

Wrócę jeszcze do naszego startu w tym tygodniu w dyżurującym przedszkolu.

W poniedziałek Wiertka była pierwszy dzień w przedszkolu wakacyjnym. Wcześniej starałam się ją do tego przygotować, opowiadałam co to będzie za przedszkole. Któregoś ranka przeszłyśmy się obok niego, w ramach adaptacji –  i wynikł drobny problem, bo mała od razu chciała tam wejść i zostać J  Dałam spokój z pokazywaniem  budynku i wchodzeniem do środka, nie starczyło czasu. To był nasz debiut jeśli chodzi o wakacyjny dyżur, więc wielka niewiadoma. W dodatku, przypadło nam najmniej polecana placówka w całej okolicy, w której dzieją się niefajne rzeczy, łącznie z zarzutem uderzenia dziecka. Tak to jest – najpierw zbierają listy chętnych i trzeba się zadeklarować, kiedy dziecko będzie uczęszczać, a potem wywieszają listę przedszkoli dyżurnych. Mogłam zapisać Wiertkę do przedszkola na drugim końcu dzielnicy lub spróbować zmienić jej wolny miesiąc z sierpnia na lipiec (wtedy i miejsce się zmienia). Nie dam rady dać jej wakacji w lipcu. A okazało się, że i tak placówki są w lato oblegane i miałam farta, że zapisałam dziecko natychmiast.

W związku z tym wszystkim stres, napięcie było, ale dziecku starałam się tego nie pokazywać, by ona się nie przejęła. Dyżurne przedszkole, zanim więcej o nim usłyszałam, wydawało mi się kiedyś pełne uroku. W starym, stuletnim budynku, z klimatem. W środku okazało się ciaśniutkie jak mieszkanie w kamienicy. Mieszkania w kamienicy są super, ale niekoniecznie po adaptacji na przedszkole. Do szatni dzieci wchodzą same i nie dziwię się – zajmowała połowę miejsca, co w naszym przedszkolu, nie ma warunków na szwendających się rodziców.  W takim razie, jak moje maleństwo da sobie radę ze zmianą obuwia, zdjęciem bluzy? Tak, wiem, od roku jest przedszkolakiem i takie moje rozterki pokazują, że macierzyństwo przetrzepało mój mózg. Normalnie to ja ją rozbieram i ubieram, by zaoszczędzić na czasie.

Atmosfera była napięta, bo dla większości dzieci to miał być pierwszy dzień. Jedna dziewczynka, na oko już z 5 letnia poszła na salę popłakując, biedactwo. Na szczęście, tuż po nas, przyszedł kolega z grupy Wiertki (chyba jeden z ulubionych), zaczekała na niego w korytarzu, potem wzięli się za ręce jak Jaś i Małgosia i poszli razem na salę J Drugi plus, to taki, że dzieci pogrupowano przedszkolami, nie wiekiem (przedszkole Wiertki było najliczniejsze) i na sali miała zobaczyć same znajome twarze. Gorzej miały dzieciaki z dalszych placówek, których było np., pięcioro-sześcioro w grupie.

Córka na sali, ja poszłam zapłacić za przedszkole i nadal nie mogłam się zebrać do wyjścia. Z sali usłyszałam ostry głos nauczycielki karcący jakieś dziecko za wyrywanie zabawki. Naprawdę, nie jestem kwoką, ale takim tonem mówią kobiety, które za dziećmi nie przepadają i z tego powodu pracują na przykład w dziale audytu jakiejś korpo. Nie w przedszkolu. Zarzuciłam żurawia na salę, na tyle ile dyskrecja pozwalała. Nie dostrzegłam mojego dziecka, więc to mogło być i do niej. Następnego dnia natknęłam się na ta kobietę koło szatni i nadal wydawała mi się zimna i nieczuła.

Pojechałam do pracy zestresowana, roztrzęsiona, jakby zostawiła dziecko w ochronce i pojechała do więzienia. Piękny stuletni budynek wydawał mi się teraz koszarami pruskimi.

Przed 17.00 odebrałam dziecko uśmiechnięte zadowolone, tylko wtuliła się mocno we mnie. Chyba z nas dwóch ja to bardziej przeżyłam. Wypytałam, czy panie krzyczały – nie, czy biły – nie, czy Wiertka biła – nie J Potem poszłyśmy na plac zabaw, gdzie spotkała koleżankę z grupy (mama na wychowawczym, więc dziecko ma pełne wakacje) i dopadła ją opowiadając:

- Byłam w wakacyjnym przedszkolu!

Przez ostatnie dwa dni Mała była u taty, więc nie wybadałam jeszcze, jak się bawi w nowy miejscu.

20:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi