To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 31 lipca 2014
Summertime

Nie więcej nie trzeba

 

14:56, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 30 lipca 2014
Upalnie

Strasznie długo nie pisałam.

Upał męczy, ale jestem akurat w grupie fanów ciepłych klimatów :) Nie ma takiej ilości swetrów, by poprawić moje liche krążenie w dłoniach i stopach zimą :) Sądzę, że kłopot  w tym, że mając tak na prawdę zaledwie kilka tygodni upałów w roku nasze budynki, mieszkania, styl życia nie są do nich przystosowane. Klimatyzacji się nie zakłada. Budynki są oddalone od siebie, a nie zacieniające się jak na południu Europy. Nie ma sjesty w środku dnia. I nie ma także tradycji życia wieczornego, gdy wreszcie temperatura jest do życia.

W dodatku, niczym zombi, gdy temperatura skacze, rodacy wychodzą na największe słońce, wystawiając każdy centymetr ciała. Dopiero moja koleżanka, mieszkające teraz na Dominikanie, pokazała mi, że normalnie w upałach, to ciało trzeba przed słońcem zakrywać. Widziałam jej córkę w kostiumie kąpielowym - "muzułmańskim", zakrywającym ciało do łokci i kolan, z materiału nie przepuszczającego promieni jakiś tam. I pamiętam wyśmiane zdjęcie Nigelli na plaży, gdy szła brzegiem morza w gieźle czarnym kompletnie zakrywającym całe ciało, nawet włosy. Nie wiem, jaka musi spaść epidemia czerniaka, żeby takie stroje stały się modne.

Tak, odkąd temperatura skoczyła chodzi za mną piwo i wina różowe musujące. Zimne. Wieczór w wieczór :) W alkoholizm wpadnę. Zima jakoś nie skłania mnie do picia wódki :)

Jestem z dzieckiem w domu, wysyłam CV, czasami pojadę na rozmowę. Dzień zaczynam o 10:00, gdy budzi się mała, ale ja do przytomności dochodzę dopiero koło południa. Im bliżej wieczora, tym lepiej. Piszę dla siebie, ile się da, ale idzie to kosztem bloga. Od jutra postaram nadgonić.

Nawet moja córka ma tylko odrobinę mniej energii. nie chce wychodzić na plac zabaw, woli posiedzieć w domu.

Jest jedna wada upału. Mój PMS został tak podkręcony, że suplementacja wiesiołkiem, magnezem niewiele daje.

Przyszło dziś rozliczenie rachunków za ogrzewanie (mam liczniki na kaloryferach). Okazało się, że mam nadpłatę w wysokości 1,5 czynszu, do odliczenia w czynszu. Kilka razy czytałam dla pewności :) Jakbym na chodniku kilka stów znalazła :) Warto się smażyć w mieszkaniu przez te kilka tygodni upałów, wiedząc, że to puszka magazynująca ciepło na zimę :)

17:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 lipca 2014
Jak nie wygrałam 25 mln

Wczoraj ludność cywilną, i nie cywilną być może także, ogarnęła gorączka związana z zakupem kuponów Lotto. Do zgarnięcia było 25 mln złotych. Nawet ja zakupiłam kupon i nie wygrałam. Jak pula wynosiła 12 baniek, też wykupiłam kupon i nie wygrałam. W czymś trzeba być konsekwentnym.

Jednocześnie zaczęłam się zastanawiać, na co mi te miliony?

- lepsze mieszkanie? to które mam jest fajne, niczego mu nie brakuje; może remontu, ale do tego musiałabym pokonać swoją prokrastynację

- prywatna edukacja dla dziecka? to państwowe przedszkole jest fajne; szkoły publiczne w okolicy też ujdą, to nie Stany Zjednoczone

- nowe ubrania? lubię te, które mam, nie cierpię zakupów

- biżuteria? nie noszę

Nie wiem, na co miałabym wydać te pieniądze :)

Po co ludziom taka kasa? Zazwyczaj losy nie wykupują ludzie, którym swobodnie starcza do pierwszego i wiedzą, co będą robić z życiem za rok. Losy kupuje biedota, gdzieś na skraju desperacji.

Zapewne na jeden szczytny cel bym wydała - nie musiałabym już nigdy więcej pracować. Wiem, praca powinna być pasją, a jak nie jest, to sobie na pasji zarabiaj. Taka na przykład Stanisława Przybyszewska zarabiała na swojej pasji i z godnością głodowała w zimnie, a potem zmarła. Mogłabym z tymi milionami, nie kłopocząc się o nic, pisać sobie i pisać. A potem sama wydałabym tę powieść, a po wsadzeniu miliona, albo dwóch w promocję zrobiłabym z niej, gniota czy nie, bestseller.

Wykonałam nawet pewne drobne wyliczenie, ile tak na prawdę potrzebowałabym pieniędzy, by - tworząc z nich miesięczne wypłaty - nie musieć pracować do końca życia. Założyłam, że dożyję wieku mojego, żyjącego jeszcze, dziadka plus kilka lat. Trzeba przyjmować najczarniejsze scenariusze. 94 lata. Przede mną może jeszcze sześć dekad życia. Tak po 5 tysięcy miesięcznie. Wiem, że dla większości anonimowych bohaterów rynku pracy to psi pieniądz, za który wyżyć się nie da. Ich charakterystyczną cechą jest na pewno jedno - ich odwaga finansowo-zawodowa jest czysto wirtualna. To i tak kwota sporo wyższa niż ta za którą dotąd dość spokojnie mi się żyło. I tak wyszła wygrana rzędu 3,5 mln. Tyle by mi wystarczyło. Oczywiście nie wzięłam pod uwagę inflacji, dodatkowych podatków od lokat, na jakie wpadnie zdesperowane państwo, przewrotów politycznych, wojen, kataklizmów oraz "rzezi małp" (jeszcze nie ma takiej choroby, ale wszystko przed nami).

25 mln nie wygrałam. Nawet gdybym wygrała, to bym przecież tego nie napisała :) Być może wygrał ZUS. Czy 25 baniek rozwiąże choć trochę problemów systemu emerytalnego? :)

Za to dziś zobaczyła, że mój minimalizm nie jest do końca taki szczery. Sprzątałam trochę w mieszkaniu i nagle pomyślałam, że przydałoby się przecież mieszkanie z dwoma sypialniami i salonem. A jak z rozmachem, to jeszcze dodatkowy pokój dla książek. Mogłabym posłać dziecko na jakieś prywatne warsztaty, zajęcia. I zaraz, zaraz. Czy to nie ja marzyłam by przejechać Australię od morza do środka w rytm przebojów Abby, tak jak bohaterowie "Priscilli, królowej pustyni"? A jak Australia, to i inne ładne miejsca na globie. Dzień goni dzień i pokusiłabym się o obstrzykanie, odessanie, od-coś tam coś tam. A wszystkim bym mówiła, że to dzięki diecie bezglutenowej, jodze oraz pogodzie ducha. Miłość mojego życia też zapewne by mnie odnalazła. A miłość wymaga oprawy.

I tak pewnie 25 baniek poszłoby, może nie w dekadę, ale może w dwie dekady. A grozi mi, że będę żyć jeszcze sześć dekad.

Inny temat na wpis, to co mówi o człowieku, jego charakterze, czy temperamencie pomysł jak by wydał wygrane 25 mln. Jeden by zainwestował w różne instrumenta finansowe, drugi zorganizował imprezę dla wszystkich znajomych. A wy?

17:04, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 lipca 2014
Kulturalnie

W teorii Były był przygotowany na to, że w tym tygodniu także zajmuje się dzieckiem i nawet zarezerwował sobie dni wolne od pracy. Nie mogłam tak do końca mu odpuścić i zrezygnować z jeszcze odrobiny czasu dla siebie. Na środę i czwartek miał jeszcze wziąć Wiertkę do siebie. Obawiałam się, że Mała - po zaledwie dwóch dniach ze mną - nie będzie jeszcze gotowa na zmianę. Jakoś ją przygotowałam. Jej tata miał po nią przyjechać w pewnym zakresie czasowym i w końcu puściłam jej bajkę. Prawem Murphego akurat się zaraz zjawił. Mogłam albo wyłączyć dziecku bajkę, albo czekać razem z nim jeszcze kwadrans. Wybrałam to drugie i rozpętałam burzę. Dziecko ryczało i odmówiło jechania do taty. Tato strzelił focha. Ja zwróciłam mu uwagę, że to jego standardowa reakcja w sytuacjach kryzysowych. W przeciwieństwie do czasów związku przyjmuje to z rozbawieniem, nie eskalacją konfliktu. Zrozumiałam te sytuacje, gdy maluch reaguje histerią, gdy ma jechać do drugiego, rozwiedzionego rodzica. Bo co robić? Zmusić i zrobić przedstawienie na całą okolicę, gdy dziecko wrzeszczy i krzyczy "nie"? Moja córka lubi manipulować. To ja musiałam zmanipulować ją. Wiedziałam, że chce pojechać do taty, tylko jest rozżalona, że przerwano jej bajkę. Zaproponowałam, że dam jej na drogę trochę czekoladek, które miałam. W minutę później, moje dziecko wychodziło z domu z pudełeczkiem czekoladek, bez łez, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Zostałam sprzedana za słodycze.

Wczoraj poszłam na środowe sense za 5 zł w pobliskim kinie. Przed salą spotkałam znajomą ze studiów. Widujemy się niezwykle rzadko, bo ona bywa w innym kraju, ale odrzekła, że dzięki moim wpisom na FB czuje się jakbyśmy widywały się częściej. Nieźle. Leciało "Po ślubie". Dość gorący film, bo ledwie po premierze. Czeskie kino, a ja to uwielbiam. Przywykliśmy, że skoro czeskie, to gorzka komedia. A właśnie, że nie tym razem. Zapewne, gdyby nie Smarzowski sprzed lat, to tytuł polski filmu byłby "Wesele". Nie jest to jednak wesele po polsku, ale bardziej po czesku - przyjęcia dla najbliższych 20-30 osób, obiad, trochę tańca, trochę zabawy w ciągu dnia, dużo wina, nie wódki. Potwierdziła to koleżanka, ekspertka od Czech. Tylko z tym winem, to nie wiem, czy nie był to ważny element scenariusza.

24 godziny - od ceremonii w kościele, do poweselnego przedpołudnia. Cały dzień, gdy panna młoda dowiaduje się pewnej rzeczy o świeżo upieczonym mężu. Czy można nadal kochać kogoś wiedząc, że zrobił rzecz obrzydliwą? Nie złą, nie straszną, nie okropną. Obrzydliwą. Czy człowiek w wieku lat nastu, to ta sama osoba w wieku lat 35-ciu? Czy kobieta, której jedno małżeństwo runęło tuż po ślubnej ceremonii, zdecyduje się na równie odważne zerwanie drugiego małżeństwa? Oprócz tego drobne, dobre jak perełki sceny o przekazywaniu okrucieństwa z dorosłych na dzieci, które ich odwzorowują. O tym, że okrucieństwem jest także założenie z góry, że kłamiesz, bo jesteś dzieckiem. A twoim oponentem jest dorosły. Świetne sceny pokazujące tą homo-testo-męską solidarność podszytą homofobią.

Po wyjściu z kina, w drodze na przystanki, dyskutowałyśmy o zakończeniu. Dla znajomej było mało wyraziste, nie było katharsis. Dla mnie ciekawe, bo nieoczywiste, każdy oczekiwał czegoś innego. I czy odkupienie, takie nawet bardzo bliskie, intymne w kontakcie, nie jest przewrotnością losu? Dla mnie film ma o kilka , zbyt oczywistych, łopatologicznych scen za dużo. Litości, domyślamy się prawdy, nie trzeba jej pokazywać w retrospekcjach. I - jak znajoma ładnie określiła, raczej tym już znudzona - czeskie zakończenie filmu. Taniec obrączek. Za to kocham to kino.

Polecam. Celowo nie streszczam scenariusza, ani zakończenia.

Dziś byłam na wykładzie o mapie Warszawy z 1939 roku. Było mnóstwo porównań z mapami z lat poprzednich. Najciekawsze były dla mnie hasła "nadaktualizacja" i "niedoaktualizacja". Bo owa mapa pokazywała pewne plany przestrzenne z poprzednich lat już jako zrealizowane i nie pokazała pewnych rzeczy, które w istocie już istniały. To tak, gdyby ktoś kiedyś uznał plan miasta jako wykładnię prawdy :)

22:54, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 23 lipca 2014
Czy penis to drabinka na chmurkę?

Nadszedł czas letni, sezon ogórkowy w moim życiu. Niekoniecznie dosłownie, bo ogórki zjada Edek i niekoniecznie w metaforze. Czas zacząć opisywać tematy z dupy wzięte, bo moi stali czytelnicy w liczbie siedmiu osób odejdą na inne blogi :) Tytuł ma za zadanie przyciągnąć jakieś dodatkowe dwie osoby :)

Szukam pracy i spędzam dni z dzieckiem. Przynajmniej odpada kłopot, co zrobić z resztą lipca, gdy dyżurne przedszkole od sierpnia.

Mała była tydzień z tatą na wakacjach. Nawet nie wiem gdzie. Jako dobra matka powinna zażyczyć sobie adresu, ale jako samotna matka o twardym tyłku uważam to za jakieś małostkowe. Idiotą nie jest, dzieckiem potrafi się zająć. Monogamistą seryjnym z poligamicznym akcentem, ale jego dzieciom ta różnorodność nie przeszkadza.

Dziecko wróciło po ośmiu dniach takie trochę odmienione. Niby starsza o kilka dni, a jakby o kilka miesięcy. Przez telefon mówiła do mnie pełnymi zdaniami i nawet w pierwszym odruchu przestraszyłam się, że podstawili mi obce dziecko. Dotąd zawsze tylko słuchała i uciekała od aparatu. Tak to dowiedziałam się, że jest "w domku o czerwonym dachu" i że "tacie zepsuło się koło w samochodzie". Po powrocie opowiedziała mi o czwórce innych dzieci, z którymi była na tym wyjeździe. Rozpoznane po imieniu jedno jest zapewne synem najlepszego kumpla Byłego. Mam nadzieję, że żadne z pozostałych nie jest jej przyrodnim rodzeństwem, które ojciec ukradkiem spłodził w ostatnich latach, bo by mi ręce już opadły.

Teoretycznie w tym tygodniu także miała być z tatą. Jednak nie pracuję, jestem w domu, sezon urlopowy i na rozmowy nie zapraszają. Dziecko stęskniło się za matką. I po jednym, czy dwóch dnia jeszcze się nie nasyciło.

Wczoraj byłyśmy w zoo i moczyłyśmy się w kurtynie wodnej przed katedrą. Po takim wczorajszym dniu, dziś dziecko spało do 10:30. Odkąd Wiertka weszła w fazę sowy i lubi długo pospać rankami, jakość mojego macierzyństwa poprawiła się o 100%. Ciężko być dobrą matką od 6:00. A tak pobudka dziecka o 9:00 + trochę porannych bajek i jest czas na dodatkową drzemkę, poranną lekturę w łóżku, śniadanie w łóżku, kawę w łóżku. Tak, zdecydowanie łatwiej być matką po takim poranku.

A czy penis jest drabinką na chmurkę? Wiertka lubi tworzyć sobie nowe słowa, zbitki słów i historyjki z nimi związane. I wczoraj odkryła słowo "penis". Widocznie ładnie jej brzmiało. Na moje pytanie, co to takiego według niej, odrzekła właśnie, że "taka drabinka na chmurkę". Wytłumaczyłam, że "penis" to taki siusiak u mężczyzny i żeby używała tego słowa tylko w kontekście sikania u panów. Nie dodałam, że fakt drabinką na chmurę może być, choć lepiej żeby windą i lepiej żeby nie zbyt szybką, lepiej taką w sam raz. Dziecko zintensyfikowało częstotliwość mówienia słowa "penis" jak można się było spodziewać, ale dziś chyba już jej przeszło.

11:35, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 18 lipca 2014
Kulturalnie

Kiedy dziecko było ze mną, to marudziłam, że jestem udomowiona i nigdzie nie mogę wyjść. To teraz postanowiłam to nadrobić. Jest czas letni, oferta kulturalna mocno ograniczona, ale coś wybrałam.

We wtorek Muzeum m. st. Warszawy zorganizowało promocję swojej nowej serii wydawniczej - starych map Warszawy. Rozpoczęli od wydania mapy z 1768 roku autorstwa Le Rouge'a. Najpierw był krótki spacer z Katarzyną Wagner po przedmieściach ówczesnego miasta. Przedmieściach, czyli ulicami Nowomiejską, Długą i Miodową :) Ładne mi przedmieścia:) Z punktu widzenia Warszawy z końca XVIII wieku wszyscy jesteśmy "słoikami" :) A ówczesna Starówka nie była miejscem przypominającym dzisiejszy turystyczny szyk, ale składowiskiem ciasnych, zapchanych ludźmi kamienic. Dość ponurym miejscem.

W drugiej części swój wykład, już w muzeum miał Paweł Weszpiński. Na prawdę temat może być nudny, bo co jest porywającego w omawianiu mapy, litości. Ale jeśli przedstawia go pasjonat, to zaczyna cię to wciągać. Weszpiński porównywał cztery mapy Warszawy - tą Le Rouga z mapą, na którą była wzorowana, czyli Tirregaille’a z 1762 roku i dwoma innymi - Rizzi Zannoniego z 1772 (roku nie jestem pewna) także wzorowanej na tej sprzed dekady i Tardieu z 1792 roku wzorowanej na Zannonim. Czyli takie porównanie mapy matki z dwiema jej córkami i jedną wnuczką. Brzmi usypiająco, ale słuchałam z zaciekawieniem. Notatek nie robiłam, szkoda, ale padły fajne kwestie. Bo Warszawa przez trzydzieści lat nie zmieniła się aż tak bardzo, ale mapy tak. Do tego okazało się, że każda z nich taką Pragę przedstawiła bardzo pobieżnie i żeby poznać prawdę o prawym brzegu trzeba by sięgnąć do kompletnie innej.

Wczoraj wieczór i wczesną noc spędziłam w Kinie Praha. Najpierw o 19.00 był pokaz i dyskusja na temat austriackiego filmu z 1924 roku "Miasto bez Żydów". Film powstał w oparciu o starszą o dwa lata książkę Hugo Bettauera. Co znamienne sam pisarz w rok po premierze filmu został zabity na ulicy przez nacjonalistę. Morderca został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym i wkrótce wyszedł na wolność. Sam film został zakazany w latach trzydziestych i na sześć dekad zapadł się pod ziemię. Odnaleziono go pod koniec XX wieku. Ponad godzinny niemy film o fikcyjnym państewku, targanych kryzysem ekonomicznym i bezrobociem, które w ramach reform wydala wszystkich Żydów poza swoje granice. I co się dalej dzieje. Nie wiem dlaczego NSDAP zakazała pokazywania tego filmu, bo uważam, że mógłby być argumentem dla... antysemitów :) Bo co się dzieje z biedną Utopią? Jeszcze bardziej podupada gospodarczo, bo Żydzi mieli pieniądze i chcieli je wydawać na zbytki (padają fabryczki), a zagraniczne banki będące w żydowskich rękach nie chcą już udzielać pożyczek :)

Zaginęła oryginalny zapis nutowy dla tapera, więc podkład dźwiękowy napisali i zagrało trio złożone z Oliwiera Andruszczenko (klarnet, klarnet basowy, drumla, duduk), Łukasza Owczynnikowa (kontrabas, electronics) i Mateusza Wachowiaka (akordeon, trąbka, live electronics. Sama lista instrumentów pokazuje, że było to ciekawe, choć mocno dalekie od oryginału.

Po pokazie była dyskusja, ale ja śpieszyłam się na inny film, w sali obok. Latem, kino codziennie ma seanse za 7 zł - nie nowości, ale rzeczy jeszcze dość nowe. Wczoraj była "Dziewczyna z szafy" Bodo Koxa. Przeczytałam opis filmu i wiedziałam, że bardzo chcę go obejrzeć. Najpiękniej spędzone półtorej godziny w tym tygodniu. Gorąco polecam. Choć może nie tym, którzy lubią wychodzić z kina wzruszeni i naładowani optymistycznie. Bo historia nie ma oczywistego happy endu. Nie jest to tragikomedia, a raczej tragedia z elementami komedii. Czyli jak w życiu. Rewelacyjny Mencwałdowski w roli autystycznego mężczyzny, Magdalena Różańska jako dziewczyna z fobią społeczną, w głębokiej depresji. Przy jej introwertyzmie, mój jest scenicznym dokonaniem w stylu Dody. I tych dwoje, którzy odnajdują pomiędzy sobą język. Fajnie, poetycko pokazana ich odmienność patrzenia na świat.

Nawet sceneria dla wydarzeń jest świetna. Historia dzieje się na szarym, ciasnym blokowisku, w jednym z wielu kilkunastopiętrowych bloków z wielkiej płyty (z tabliczek - warszawski Marymont). Mieszkania w środku, to w większości kawalerki wielkości kilkunastu, do 20 metrów kwadratowych. Ciasne szafy. Nasza bohaterka ucieka przed światem żyjąc w szafie, ale tak na prawdę to wszyscy w tym filmie żyją w swoich ciasnych szafach mieszkań, dusznych szafach osiedli. Z tą różnicą, że jeszcze walczą o normalność swojego życia - jak brat autystycznego Tomka (opiekując się bratem zawala życie zawodowe i osobiste), gdy Magda już się poddała. Oddała życie walkowerem.

Pisałam kiedyś, że brakuje mi klimatycznego czeskiego kina w polskim wydaniu. Albo skandynawskiego. Jest.

Pomyślałam także, że introwertycy, nadwrażliwcy, ludzie bez skóry ochronnej są takim wdzięcznym tematem dla pióra i kina. Gdy w realnym życiu jest odwrotnie.

18:00, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 lipca 2014
Postażowo

Nie pisałam, choć ostatnie dwa dni spędziłam w domu. Nie potrafiłam wyluzować i cieszyć się wolnym czasem. Żyłam w zawieszeniu.

We wtorek sama pojechałam do Urzędu Pracy przedstawić wygładzoną wersję wydarzeń i dopytać, jak się rozstać w takim przypadku. Urzędniczka stwierdziła z uśmiechem, że jestem pierwszym przypadkiem, bo ludzie zazwyczaj mają problem odwrotny, jak staż wydłużyć. Jasne, ludzie zabijają się, by z własnej woli pracować poniżej najniższej krajowej, a ze strony pracodawcy za darmochę. A nikt nie dopytuje się o przerwanie stażu, bo nikt nie wierzy, że sprawę uda się rozwiązać uczciwie. Zaciskają zęby albo od razu idą na zwolnienia lekarskie. Zwolnienie lekarskie na depresję, bo nie da się tego zweryfikować. A praca w toksycznym miejscu, bez możliwości ucieczki, na prawdę może doprowadzić do depresji.

Urzędniczka doradziła wnioskowanie o rozwiązanie stażu przed czasem z powodu wcześniejszego wypełnienia punktów stażu. Wróciłam do biura i wysmażyłam, dwa wspaniałe literacko teksty - jeden z mojej strony, że nauczyłam się wszystkiego, to nie branża dla mnie, mam prawie dyskalkulię i nie wolno mi mieć do czynienia z liczbami, bo narażę firmę na kłopoty. Drugi - z punktu widzenia pracodawcy, że staż wypełniony, stażystka zaangażowana, ale nie jest to środowisko, w którym czuje się dobrze. Chodziło o to, że ona po stażu musi mnie zatrudnić. Jeśli tego nie zrobi, będzie miała kłopoty. Jeśli ja pracę odrzucę, potraktują to jak odmowę przyjęcia pracy. Musiałam grać ostro :)

Szefowa teksty przeczytała, zaaprobowała, wydrukowałyśmy, podpisałyśmy i zawiozłam do UP.

I tak czekałam w domu te dwa dni, wiedząc, że to może trwać i trwać. Bo kto urzędniczkom każe pracować szybko? W dodatku szefowa chciała żebym jutro przyjechała i coś "zdupogodzinowała". Tylko nie to :(

I o 15:30 dostałam SMSa od niej. Urząd wyraził zgodę, podpisujemy jutro ostatnie papiery. Hurraaaaaaa, jestem wolna!

A w jakimś innym wpisie, o tym co robiłam przez te dwa dni.

17:23, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 lipca 2014
Pourlopowo

Przyszłam dziś do pracy po prawie dwóch tygodniach z dzieckiem. Jak podejrzewałam, na moje miejsce jest już nowa osoba. Dla mnie zrobili stoliczek w rogu z laptopem. I tyle. Sytuacja jest patowa. Staż ma trwać do początku listopada i nie można go zerwać bez krwi którejś ze stron. Jeśli zrobię to ja, to na pół roku stracę prawo do zasiłku. Mam nadzieję szybko znaleźć nową pracę (wiem, że może to zająć do 2-3 miesięcy), ale ten bufor finansowy zawsze się przyda. Przypominam, że przez ostatnie trzy miesiące pracy, dokładałam finansowo. Jeśli zerwie moja szefowa, straci możliwość zatrudniania nowych stażystów, do jakiś innych pomysłów. Jest jak jest, ale chcemy się rozstać w zgodzie i bez rzucania do gardeł. Niestety, system nie przewiduje takiego rozwiązania.

To tak jakby istniały tylko rozwody z orzeczeniem o winie jednej ze stron, z dodatku z konsekwencjami w postaci alimentów.

To absurd, ale nie ma takiej możliwości, że pracodawca i stażysta, po okresie jakiejś próby chcą jednak iść każde swoją drogą. Któreś musi położyć głowę. W dodatku, moja szefowa zadeklarowała zatrudnienie mnie po zakończeniu stażu i jeśli tego nie zrobi, to urząd także dobierze się niej finansowo.

W całym tym systemie pracownik nie ma znaczenia. Pracodawca także. Znaczenie mają zapewne statystyki na koniec roku. Urząd z dumą pokaże jak pięknie aktywował bezrobotnych. Czuję się jak na kartkach powieści Bułchakowa...

Jutro jadę do Urzędu Pracy jeszcze porozmawiać na ten temat. Poprosić by sprawę załatwili indywidualnie. Dziś byłam w tym, któremu podlegam terytorialnie, ale muszę jechać do tego głównego. Do tych Urzędniczek. Powinnam nafaszerować się czymś na uspokojenie, ale może umiejętność wpadania w histerię się przyda :)

A jeśli się nie uda, to zostają jeszcze rozwiązania poza legalne. 25 lat III Rzeczypospolitej za nami, a człowiek nadal jest zmuszony omijać system i kłamać :(

W pracy mają dla mnie jeszcze jakieś zajęcie - pisanie tekstów, czy coś w tym stylu. Na krótką chwilę. Ale mnie jest już przykro tam siedzieć, szefowa też zapewne nie chce utrzymywać tej farsy. Nie mogę siedzieć w domu, bo jednak boją się kontroli, lepiej dmuchać na zimne. I tak te dwa ostatnie tygodnie miałam wolne nielegalnie. Przysługiwały mi tylko dwa.

To kolejny absurd, ale urząd woli wydać pieniądze - także wasze czytelnicy tego bloga - na imitację moich obowiązków pracowniczych, niż na umożliwienie mi znalezienia nowej pracy.

14:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 lipca 2014
Mazury

Wreszcie mogę podsumować ostatni tydzień. Osiem dni poza domem, z czego dwa praktycznie w podróży i sześć nad jednym z mazurskich jezior.

Podczepiłam się pod koleżankę ze spotkań literackich, która wynajęła tam domek na dwa tygodnie. Jeden z tych tygodni spędziłam razem z nią, jej włoskim mężem, jej najmłodszym dzieckiem płci żeńskiej oraz jej mamą. Po naszym, z Wiertką wyjeździe, teraz na tydzień dołączyli jej dwaj starsi synowie, którzy dotąd byli na obozach.

Zastanawiałam się, jak to będzie spędzać czas razem, na w sumie małej przestrzeni. Dotąd znałyśmy się z maili, zdjęć, wspólnego pisania. Okazało się, że jest taka jak i na spotkaniach :) Przemiła :) Z jej mężem dałam się radę dogadać, bo rozumie nieco po polsku i nawet skroi kilka samodzielnie zdań. W ogóle uznałam go za męża idealnego i gdyby wszyscy Włosi byli tacy, już bym siedziała w samolocie do Mediolanu. Sądzę, że to raczej - biorąc pod uwagę wspólny krąg kulturowy - kwestia charakteru, nie narodowości. Takiego to sobie mogłam i w Polsce znaleźć, gdybym miała głowę na karku :) Podejrzewam, że nawet znalazłam, ale wylądowali we "friend-zonie".

Wszyscy razem jedliśmy obiady i kolacje. Wiertka połykała, to co podano i zapomniała o grymasach. Krupnik? Pyszne, dawno nie jadła czegoś tam pysznego. Tuńczyk? Czemu nie? Pesto? Proszę bardzo. A sucharki z dżemem, śniadanie wujka P, pokochała i teraz mam jej takie samo robić. W ogóle może kiedyś zrobię wpis o tym, jak moja córka klei się do mężczyzn w wieku jej ojca, łatwo zaprzyjaźnia. Bo zaczyna mnie to niepokoić. Może to jakiś syndrom córki samotnej matki?

Atmosfera rodzinna niemal, wieczory czasem wszyscy razem w jednym salonie. Jedni czytają, inni coś piszą, dzieci łobuzują. Podobało mi się to.

Sama miejscowość malutka - trochę domów letniskowych, plaża, miejsce dla łódek i knajpka robiąca także za mini-sklep. Minusem było to, że wielkie zakupy to była wyprawa samochodem, łącznie z dostępem do apteki i bankomatu. Plusem było to, że nie było tej upiornej komercyjnej promenady, tak ważnej dla miejscowości wakacyjnych, gdzie dyszą na ciebie gofry, wata cukrowa, zabawki, pamiątki, trampoliny i cholera wie, co jeszcze.

Jak jezioro, upał - pogoda dopisała - to plażowanie i kąpiel. Jestem człowiekiem w północy. Pierwszego dnia wysmarowałam się faktorem 50+ i zasiadłam na ławeczce przy plaży. Nie chciałam spuszczać z oka pluskającej się 4,5 latki i ona chciała bym się z nią bawiła. Efekt był taki, że wracałam do domku wyglądając niczym krewetka w pięciu smakach, z mózgiem gotowym do spożycia przez Hannibala Lectera z chłodnym chianti. Czułam się, jak zesmażone jajo na bekonie.

Jeden dzień plaży wystarcza na cały rok dla mnie. Kolejnego dnia szłam tam niemal z płaczem. Znowu, znowu, znowu. Czego nie robi się z miłości do dziecka. Tym razem koc ułożyłam w cieniu, smarowałam się częściej i zamówiłam na zakupach więcej kremu. Z koca gorzej widziałam dziecko, ale perspektywa ekspozycji na słońce wydawała mi się chińską torturą. Dodam, że nie byłam poparzona, ale po prostu miałam dość słońca.

Zawsze wydawało mi się, że nie mam w słowniku słowa "nie rozumiem", "nie ogarniam" - ludzie są tacy różnorodni. Cofam - nie ogarniam jak można kochać smażenie się na plaży.

Trzeci dzień - plaża. Może moje dziecko, kiedyś mi to jakoś wynagrodzi :) Czwarty dzień - super, dzieci bawią się cały dzień w ogródku domku, a ja leżę na leżaku w cieniu, piszę dużo, dużo tekstu i czytam popularną amerykańską powieść. Idylla.

Gdy w sobotę pogoda nadawała się tylko na długie spacery, aż mi się spodobało. Nie sądziłam, że pożegnam na chwilę upał z przyjemnością.

Wiertka miała o dwa lata starszą koleżankę do zabaw. I dobrze, i nie dobrze :) Mała P okazała się być energiczną, dominującą osobą, przyzwyczajoną do kontaktów ze starszymi braćmi i ich towarzystwem. Mała dziewczynka, w dodatku w sukienkach, w dodatku wyrażająca emocje poprzez płacz, wydawała jej się kiepskim kompanem do zabawy. Początki były takie sobie, bo moja córka nie wiem, czy jest dominująca, wiem, że nie podporządkowuje się w zabawie. Dziewczyny więc spinały się niczym dwa psy i trzeba je było rozdzielać :) Już serce matczyne mi krwawiło, bo ktoś nie docenia mojego dziecka, rani je. One na pewno się znienawidziły, a krew zniewagi spłynie na ich dzieci, i dzieci ich dzieci. Z zaskoczeniem zobaczyłam po kwadransie, że razem się bawią i bardzo się lubią.

Jestem matką jedynaczki i nie wiem, jak to jest, gdy dzieci się kłócą. Ledwo pamiętam jak ja tłukłam się bratem i jak szarpało się starsze rodzeństwo Wiertki. I z rodzeństwem jest lepsza sprawa - niby wiesz, że drą koty, ale geny, wspólnota krwi, będą może za sobą. Inaczej, gdy to obce sobie dzieci. Pomyślałam też o innej sytuacji - jak cholernie trudne jest sklecenie rodziny, gdy obie strony mają po swoim dziecku. I te dzieci się kłócą, i stajesz sercem po stronie swojego, a tamto wydaje się zimne i wyrachowane.

Na szczęście, dziewczyny czasem się pokłóciły tak, że wióry leciały, ale częściej fajnie się razem ze sobą bawiły. I to czasem całymi dniami.

I to byłby chyba taki skrót :) Trzy dni byłam czerwona, potem zbrązowiałam, ale z moją karnacją (fototyp II albo III) i tak nie widać różnicy :)

21:21, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 lipca 2014
Na walizkach

Na walizkach, a konkretnie jednej. Na szczęście nie dlatego, że jest tak fatalnie, że mnie eksmitują :D Jutro wyjazd na Mazury. Dopiero będę pakować walizkę i ma dylemat. Zmieścić się muszą rzeczy moje i małej. Praktycznie byłoby nastawić się na jedną pogodę i prognozy wieszczą upały. Wtedy wszystko wejdzie. Jednak jeszcze praktyczniej byłoby zabrać coś na deszcz i chłód. I dodatkowo to zmieścić.

Kiedy były te czasy, gdy jechałam z przyjaciółką nad morze i plecak zapchany był szortami, sukienkami do uda. Tak jakbym miała przebierać się trzy razy dziennie. I nic na niepogodę. Kto myśli o niepogodzie?

Dziecko z różnych koców, krzesełek, stoliczka, starego konia na biegunach zbudowało sobie twierdzę i jest chwila spokoju. Nie ma za to porządku :) Coś za coś.

Przez to, że zreferowałam poniedziałkowe spotkanie, została w ramach podzięki podlinkowana na FB i czuję się dziwnie. Tak jakby mi ktoś zdjął majtki publicznie. Gdybym wiedziała, pisałabym ładnie i wzruszająco, reportersko, tak jak na zajęcia u Pisarek, a nie tak, jak dla znajomych.

Teraz mam dylemat. Skoro dziecko zajęło się samo sobą, co jest tak rzadkie jak wystawienie "Golgota Picnic" przed kościołem Św. Anny w Warszawie, to kusi mnie by opaść na kanapę i oddać się lekturze "Antologii Reportażu XX wieku".

Dygresja. Wczoraj zdrzemnęłam się chwilę, a w tym czasie dziecko z malin, śmietany oraz cukru - w miseczce, widelcem - zrobiło sobie samodzielnie koktajl malinowy. Taki ciężki los dzieci samotnych matek.

"Antologię" czytam powoli z przerwami, ale jak uczniak - reportaż po reportażu. Dotarłam do lat 50tych i zaczynają się - dla mnie - najciekawsze teksty. O np. teraz czeka na mnie reportaż Urbana. Z drugiej strony, wypadałoby się pakować. Jednak lenistwo jest moją mocną stroną, czego niestety nie można wpisywać do CV.

Rzuciłam okiem za siebie. Dziecko zasnęło w swojej twierdzy.

17:27, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi