To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 31 lipca 2015
W drogę

W pracy dużo rzeczy do zrobienia. Urlop dostałam bardziej przez wzgląd na dziecko. Ledwo wpasowany w grafik innych osób w dziale. Przed wyjazdem musiałam nadrobić tyle, by koleżanka, która zostanie, nie miała zbyt wielu rzeczy na głowie. 

Pakowanie w toku. Włożenie do walizki ubrań to połowa sukcesu. Teraz te wszystkie pierdółki, które łatwo zapomnieć - bielizna, kosmetyki, dokumenty, skierowania, książki, pluszaki, aparat. Ach, pieniądze.

A dziś jest "niebieska pełnia księżyca". Mój brzuch zaczekał. Czuję się jak księżyc w pełni. Albo jak kostka masła. Zapowiada się super jutrzejsza podróż :)

Najbliższy wpis będzie za jakieś półtora tygodnia. Dostęp do internetu przez telefon będę miała. Wczoraj przećwiczyłam nawet wifi w centrum handlowym. Jednak przez przypadek wyłączyłam sobie podpowiadanie wyrazów, polską czcionkę, nie potrafię tego przywrócić i wolę pisać krótkie rzeczy.

20:14, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 lipca 2015
Nie czytasz, nie idę z tobą do biblioteki

Raz na jakiś czas, strzelając po kanałach, trafiam po 23:00 na te, na którym scenariusze coraz bardziej mnie zaskakują. Okazało się, że nawet przemysł erotyczny (to w końcu kanał bezpłatny) wyszedł na przeciw akcji "Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka". Trafiłam na moment, gdy dwoje bohaterów, zdyfersyfikowanych, płciowo oddawało się igraszkom w bibliotece, wśród książek, półek i drabinek (ważny element scenografii skądinąd). Widać było, że żeńska część duetu oprócz biblioteki odwiedza często - kosmetyczkę, fryzjera, solarium, sklepy odzieżowe. Ważne by oprócz walorów intelektualnych, pielęgnować także te fizyczne. Męska część duetu wyglądała zwyczajnie. Ważne, że przyszedł do biblioteki.

20:13, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lipca 2015
Plusowanie i oddawanie

Moja córka miała etap fascynacji literkami - składała je, pisała jedna za drugą i tak "pisała tekst". Teraz jest etap fascynacji cyframi. Sama zaproponowała mi zabawę w "plusowanie" i "oddawanie". I tak dowiedziałam się, że moja niespełna sześciolatka potrafi dodawać do dwudziestu i odejmować od dziesięciu w dół. Na razie to wersja przedszkolna, czyli np. masz trzy jabłka, koleżanka dała ci cztery gruszki, ile masz razem owoców. Albo masz dziewięć jabłek, ale trzy dałaś koledze, ile ci zostało. Wiertka liczy też na palcach, a to podobno nie jest dobrze. Dlatego też dodaje do wyższych sum, bo łatwiej jej kreować nowe dłonie z palcami :) Nie potrafi na wyjściu wyobrazić sobie więcej niż dwóch rąk :) W każdym razie, jestem pod wrażeniem, bo widać, jak te małe dzieci mają chłonny umysł. I co najważniejsze, jak nauka je bawi.

W jednej z toreb z ubraniami po starszych koleżankach, znalazłyśmy też woreczek z kośćmi do gry. I zaczęło się szaleństwo gry w kości. Moje dziecko jeszcze lepiej ćwiczy umiejętność dodawania. W dodatku, okazało się, że ma niesamowitą rękę do kostek. Zrobiłyśmy już kilkanaście rozgrywek, a wygrałam w tylko jednym rzucie. Na serio, w tylko jednym. Ona za każdym razem wyrzuca większą liczbę oczek. Jak się cieszy. Wczoraj powstrzymałam ją przed zabraniam kości do przedszkola, bo chciała nauczyć inne dzieci. Nie wiem, czy rodzice byliby zadowoleni :)

Wiem, że są już pewnie jej rówieśnicy liczący do stu, mnożący, dzielący i robiący różniczkowanie całkowego. Ja jestem od wrażeniem umiejętności mojego dziecka :)

Tagi: córka
19:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lipca 2015
Po weekendowo

Jak się ma w rodzinie Krzysztofa i Annę, to koniec lipca bywa gorący. Jeden dzień u cioci, drugi u taty. Dziecko przynajmniej wybiegało się w ogrodach.

Chciałam napisać o obdarowywaniu, bo te dwie uroczystości były także przyczynkiem do szukania prezentów. Dla cioci problemu bym nie miała. Postanowiłam jednak dodatkowo wesprzeć lokalną inicjatywę. Ze smutkiem patrzę, jak w okolicy otwierają się i upadają po jakimś czasie knajpki, kawiarnie, restauracje. Okoliczna ludność nie ma ani pieniędzy, ani nawyków by chodzić gdzieś na desery. Jakiś czas temu znajoma z przedszkola opowiadała mi, jak pokazała mężowi nowo otwartą kawiarnię, mówiąc, że może by się przeszli na kawę. Usłyszała, że przecież mogą się napić w domu. Założę się, że na pierwsze randki na kawę zabierał ;) W każdym razie, czasami staram się wspieram te miejsca. W jednym takim lokaliku co jakiś czas kupuję herbatę sypaną na wagę i nawet ciężko mi się niekiedy przestawić na torebkową. Inna jakość. Można tam także zamówić m.in. tort bezowy. I to taki tort kupiłam cioci na imieniny - z kremem o smaku porzeczkowym, z porzeczkami. Super połączenie. Zawiezienie go komunikacją miejską w 30-to stopniowym upale stanowiło pewne wyzwanie. Na jeden z autobusów czekałyśmy z Wiertką w McDonaldzie, bo mieli dobrą klimatyzację. Tort przetrwał. Odpieram argumenty, że mogłam sama upiec - chciałam zostawić pieniądze w tej kawiarni :) Tort smakował i został zjedzony :) Okazało się, że mój kuzyn jest fanem bezy.

Z tatą, do niedawna, był większy problem i chyba nawet już o tym pisałam. Żaden prezent go nie cieszył. Nie dlatego, że jest kapryśny, nie dlatego że jest snobem. On po prostu nie umie otrzymywać prezentów. Zdarzało się, że niektóre odkładał i zapominał rozpakowywać. W końcu przypomniałam sobie, że w dzieciństwie (w sumie do dziś) był wielkim fanem Sienkiewicza i polskiej historii. Okazało się, że książki historyczne go ciekawią. Innym jego konikiem jest gotowanie - ma trochę książek kucharskich. W tym roku, kupiłam mu coś, co połączyło te dwie kwestie - książkę, przegląd historyczny zwyczajów kulinarnych, jedzenia jakie jadano w Polsce od czasów Słowian, przez Piastów, Jagiellonów, aż do dziś. Dużo ciekawostek - na przykład o pewnym księciu, który zmarł z przejedzenia bo po poście zjadł naraz kilkanaście pieczonych kur, plus jeszcze kilka innych rzeczy :)

Tagi: rodzina
19:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lipca 2015
Być jak Wojciech Jagielski

Takie tam drobne wydarzenie. Mam koleżankę, która mieszka od ponad dekady w pewnym kraju europejskim. Ma tam męża, dzieci, rodzinę męża, znajomych - to już nie jest jej druga ojczyzna, to jest jej ojczyzna. Kraj jest ostatnio na celowniku mediów z różnych powodów. Koleżanka ma doświadczenie dziennikarskie (literackie także, dlatego się znamy), więc trochę popracowała jako korespondent pewnej znanej polskiej gazety. Zamieściła jeden fajny, ciepły tekst, pokazujący kompletnie inną stronę konfliktu. Sytuacja, która w Polakach (i tak jest przez media przedstawiana) wzbudziłaby narzekania, płacz, katastroficzne oczekiwania oraz falę emigracji, tam daje filozoficzne spojrzenie na świat - jest ciężko, no jest, ale życie toczy się dalej, bo życie nadal jest piękne. Dla nich życie jest piękne takie jakie jest, dla Polaka takie jakie mogłoby by być. Przyznam, że gdybym miała takie okoliczności przyrody dookoła, to może też byłabym optymistką :)

Następnie koleżanka napisała wspólny tekst z jednym z dziennikarzy tego dziennika, co polegało na tym, że zrobiła ponad połowę tekstu i poprawiła przekłamania w reszcie. I ciśnienie jej skoczyło - jednak Polka - gdy okazało się, że dziennikarz podpisał się pod tekstem jako własnym, a ją dał drobnym druczkiem jako współpracownika. Teraz dziennikarz jedzie do niej, niczym "korespondent wojenny", oczekując od niej bazy kontaktowej do jej znajomych (a ma znajomości rozległe, łącznie z konsulatem). Na jej uwagę, rzucił, że ona przecież uczy się od niego. Powiedział to kobiecie z wieloletnim doświadczeniem dziennikarskim...

Nie podaję nazwisk, danych kraju, bo nie chcę zrobić koleżance kłopotów, gdyby jednak chciała dalej współpracować.

Myślę, że w wielu dzisiejszych reporterach drzemie marzenie bycia jak Kapuściński, czy Jagielskim - który akurat wobec koleżanki wykazał się dziennikarskim dżentelmeństwem, bo też miała z nim kontakt. Pojechać w strefę konfliktu, wziąć mnóstwo materiałów, wiadomości od tubylca i podpisać go jako "anonimowy Ali", gdyż podanie prawdziwych danych groziłoby mu śmiercią. Kłopot w tym, że to europejski kraj, hołdujący prawu i koleżance za otwartą pomoc śmierć nie grozi. Nie szkodzi.

Inna nasza koleżanka, dziennikarka, mówi, że to powszechna praktyka - wyciągasz od kogoś informacje, robi ci całość tekstu i w najlepszym razie ląduje, jako współpracownik drobnym druczkiem. Bo napisanie artykułu (mając 100% materiału podane na tacy) to taka strasznie ciężka i trudna praca, że aż przecież trzeba studia w tym kierunku skończyć.

Miałam jeszcze napisać o reportażach interwencyjnych robionych przez mężczyzn, czy kobiety, ale wpis się rozrasta. Może innym razem.

Za to koleżanka dostała od Wydawnictwa Czarne propozycję napisania książki o swoim życiu w tym kraju i jeśli tego nie napisze, to osobiście do niej pojadę i jej nakopię :) Książki też potrafi pisać :)

czwartek, 23 lipca 2015
Gra w "Upokorzenie"

Czytam teraz "Zamianę" Davida Lodga. Lubię jego sarkazm, ironię i ciekawe obserwacje społeczne. To  w tej książce została opisana gra w "Upokorzenie". Początkowo nie łapałam jej zasad i nie do końca wiedziałam o co biega. Jedna ze scen jednak fajnie to przedstawiła. Gra polega na tym, że podajesz tytuł powieści, której nie przeczytałeś i dostajesz punkt za każdą osobę w otoczeniu, która ją przeczytała. Wychodzi się ze wstydliwą prawdą ze swojego życia i im bardziej ona niedorzeczna, tym większa ilość punktów.

Jest w tej powieści taka scena, gdy zebrani na przyjęciu - wszystko nauczyciele akademiccy, wykładowcy literatury angielskiej bawią się w tę grę. Okazuje się, że dziekan nie przeczytał "Raju utraconego" i jak ktoś konstatuje - można zostać dziekanem wydziału literatury nie przeczytawszy "Raju utraconego". Jednak kiedy pewien wykładowca oświadcza, że nie przeczytał "Hamleta" nikt mu nie wierzy, zebrani nie dają się przekonać i wieczór kończy się awanturą :)

Na przykład - "wyjdę z bibliotecznej szafy" - nie przeczytałam "Pana Tadeusza". Teraz dostanę punkt za każdego czytelnika tego wpisu, który go przeczytał ;) Na prawdę nigdy go nie przeczytałam. Streszczenia i ekranizacje nie liczą się :)

I teraz lokalny problem. Powieść została napisana w okolicach roku mojego narodzenia. Czyli za siedmioma górami, za siedmioma lasami. W dzisiejszej Polsce nie dałoby się wygrać w "Upokorzenie", bo podobno nikt nie czyta ;) Wychodzi też taka masa tytułów, że można być erudytą, nie przestawać czytać, a i tak nie będzie z kim wchodzić w szranki. Bo nie ma dziś "literatury pokolenia". Tak mi się wydaje. Bo co - "Millenium", "50 twarzy Greya"? Nie ma tytułów, które wypada przeczytać, inaczej jest się spalonym towarzysko.

Skonstatuję, że dziś można zostać nie tylko dziekanem, ale prezydentem nie czytając książek.

 

Mam też kilka zabawnych spostrzeżeń co do tłumaczenia "Zamiany". Powieść wyszła w 1992 roku, w innym klimacie kulturalnym. Zdanie o tym, że w powieściach Jane Austin ważne jest by spotkać Pana Właściwego, zostaje przetłumaczone jako Pana Right. Polka roku 1992 nie wiedziała jeszcze, że powinna spotkać Pana Right ;) W jednym z akapitów pada zdanie: "[...] dziewczyny obnażały swoje piersi i wystawiał na ich bagnety - tworząc w ten sposób kontrast : software i hardware" (to scena protestów studenckich na amerykańskim uniwersytecie na przełomie lat 60tych i 70tych). Zaś w przypisach pada zdanie: hardware (ang) - towary żelazne, software - neologizm, soft - miękki, ware - towar. Jakie czasy, taki software :)

Jedna z pierwszych scen w książce dzieje się w samolocie ze Stanów Zjednoczonych do Anglii, gdzie jeden z dwóch bohaterów z zaskoczeniem zauważa, że jest jedynym mężczyzną na pokładzie. Po chwili jego sąsiadka z fotela obok uświadamia go, że wszystkie panie lecą do kliniki aborcyjnej - trzydniowy pobyt, badania, zabieg i zwiedzanie miejsca urodzenia Szekspira. Dla polskiego czytelnika w roku 1992 scena śmieszna i absurdalna. W powieści 2015 taka scena może się na prawdę znaleźć i zostać odebrana jako folder reklamowy.

 

Punkt za każdego czytelnika, który myślał, że będzie to wpis o jakimś okropnym doświadczeniu ;)

Tagi: książki
18:50, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lipca 2015
Praski weekend - niedziela

Połowa dnia na placu zabaw, a po obiedzie na spacer na Otwartą Ząbkowską. Pomysł nadal uważam za fajny, ale dwie wyprawy w tamto miejsce wystarczą. Jeśli ktoś lubi przejść się kilka kroków, potem siedzieć przy kawie / piwie w ogródku kawiarnianym i wpatrywać się w ludzi, to ok. Ja nie mam na to funduszy, a moje dziecko hamulców. Fajnie byłoby wiedzieć wcześniej, co będzie się działo.

A tym razem trafiłyśmy na fotoplastikon:

A to muchomorek i fotoplastikon:

 

W drodze powrotnej do domu zajrzałyśmy do Muzeum Drukarstwa (też na Ząbkowskiej).

niedziela, 19 lipca 2015
Praski weekend - sobota

Za to kocham Pragę latem, że tu co weekend coś się dzieje. I to dzieje się w kilku miejscach - jest kłopot z decyzją, co by tu wybrać. Zapewne tak jest i w innych dzielnicach, ale staram się być lokalną patriotką :)

Wczoraj byłyśmy z Wiertką w Parku Praskim. Z domu wychyliłyśmy nosa, po 15:00, gdy upał zelżał (z wyjątkiem krótkiego wypadu na zakupy). Przez dwa dni, w muszli koncertowej, odbywają się animacje ruchowe, cyrkowe, teatralne. Pobawiłyśmy się razem w kilka gier. Można było pochodzić na szczudłach, albo na takich skakających szczudłach. Zagrałam z jednym z animatorów, w coś co przypomina kometkę, tyle, że zamiast rakietek są takie kijki, a pomiędzy nimi rozciągnięta siatka.

Poniżej trochę uchwyconych momentów.

Strasznie chciałam zapytać, gdzie panie animatorki zamawiały swoje obłędne trzewiki, ale nie miałam śmiałości :)

A dziś zapewne znowu gdzieś wyjdziemy :)

 

 

W podglądzie jest wszystko ok, ale kiedy wpis pokazuje się na blogu, to zdjęcia są ucięte o jakieś 1/4 z prawej. Następnym razem spróbuję wrzucać mniejsze.

12:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lipca 2015
Basen

Opisywałam tu kiedyś, że zabierałam Wiertkę na basen, chciałam ją oswajać z wodą. Byłyśmy kilka razy i się rozmyło. Niestety, nie przepadam za basenem, robiłam to dla dziecka, by ona polubiła pływanie. Każdy pretekst by nie iść, byłby dobry. Mała nie chciała bardziej angażować się w naukę pływania. Ciągle musiałam nosić ją na rękach. Było to już strasznie nudne. Już drobiazgiem było, że marzłam, bo się prawie w tej wodzie nie ruszałam.

Jednak ostatecznie zniechęciłam się po jednych zajęciach. Na basenie nie ma tłumów, jest za to ratownik / instruktor, który się nudzi. Przyniósł mojej córce różne deski, pianki, piankowe węże do nauki pływania. Pomysł super. Ona jednak bała się go trochę i tym bardziej nie dałaby się namówić na położenie na wodzie. Wtedy pan zabrał się za mnie, namawiając bym ja pokazała dziecku. Nie przekonał go fakt, że nie potrafię pływać i boję się wody. Przecież każdy potrafi się położyć na wodzie. W dodatku, gdy widzi to jego dziecko i trzeba dać mu przykład. Okazało się, że moja obawa jest silniejsza. Byłam spokojna, asertywna, uśmiechnięta, by mała nie uznała, że dzieje się coś złego. Tłumaczyłam, że nie położę się na wodzie, a przyjazna ręka pana tylko pogarsza sytuację. Nie cierpię, gdy ktoś naciska. Usztywniam się wtedy jeszcze bardziej. Bo sam pomysł, by ktoś - nawet z nudów - pouczył mnie pływać jest niegłupi. Jednak nie z wdziękiem rzymskiego legionisty.

Pan w końcu dał nam spokój. A mnie co i rusz wypadało coś ważnego i na ten basen wrócić już nie mogłyśmy. Mój strach przed wodą jest silniejszy niż miłość do dziecka. Razem z nią na basenie nie byłabym bezpiecznym opiekunem.

Jestem w stanie uczyć się pływać, bo musiałam w liceum chodzić na basen. Zajęło mi wiele godzin, by zacząć pływać z deską. Nie tak od razu, z marszu. Na wodzie nie położyłam się nigdy. Równie dobrze można komuś poradzić, by skoczył z okna i machał rękami, to poleci. Dla mnie jest to równie logiczne. Dla mnie woda jest równie rzadka niczym powietrze :)

20:20, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lipca 2015
Podróż się szykuje

Awizo w skrzynce znalazłam. Nawet nie przeterminowane, podwójnie nawet, co się zdarzało. Bo w skrzynce głównie ulotki. Z Poczty Polskiej, czyli nie z sądu, a ani nie z Urzędu Pracy, bo oni teraz konkurencją się wysyłają. To od kogo?

Okazało się, że to z NFZ. Wyznaczyli Wiertce termin turnusu w sanatorium. Namówiona przez sąsiadkę, w styczniu wzięłam od pediatry skierowanie, w marcu sobie przypomniałam i złożyłam gdzie trzeba, następnie zapomniałam. Bo podobno długo się czeka. I dali termin. 1-22 sierpnia... Przypominam, że awizo dotarło pierwszy raz 6-go lipca. Jak to robią ludzie, którzy mają plany urlopowe, zabukowane wyjazdy?

Na szczęście, w lipcu mała ma wakacyjne przedszkole, a cały sierpień wolny. Połowę miesiąca miał się nią zająć tata. Zgodził się pojechać z dzieckiem do Rabki. Tyle, że nie uda się go namówić na całość. Dwa tygodnie ok. Opłatę za jego pobyt ja też uiszczę, bo pewnie nie ma kasy. 19-go sierpnia dziecko ma kolejny termin operacji wycięcia migdałków.

Zadzwoniłam dziś do tego sanatorium. Zostały już tylko pokoje ze wspólną łazienką na korytarzu. Trudno. Człowiek wypoczywał w gorszych warunkach. Dopytałam się, czy jest możliwość skrócenia pobytu. Pielęgniarka, z którą mnie połączono, oburzona powiedziała, że nie - mam wnioskować o nowy termin w NFZ. Jest cały harmonogram zabiegów leczniczych i nie wolno go zniszczyć. Tajemnica w tym, że za krótszy pobyt nie dostaną dofinansowania. Jak dla mnie, mogą nawet fałszować przez tydzień podpisy rodzica.

Oceniłam i doszłam do wniosku, że mojemu dziecku bardziej potrzebny jest wypoczynek w górach i zabiegi lecznicze, niż wycięcie migdałków. Ma i tak zabukowany termin w innym szpitalu na koniec października.

Tylko, czy uda mi się zdobyć urlop na prawie tydzień :/ Sierpień to akurat miesiąc, gdy większości nie ma. A to taki typ pracy, że jak jednej nie ma, to jej sprawami trzeba się cały czas zajmować, monitorować, rozwiązywać problemy. Osoby, które zostaną mają więcej pracy. I umowę mam do końca sierpnia. A w ciągu ostatnich dni zwolnione zostały już dwie osoby. Czeka mnie trudna rozmowa.

 

A kiedy pomyślę, że przez dwa tygodnie sierpnia będę w domu sama, to czuję się taka... taka... podekscytowana :)

Tagi: dziecko
19:25, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Tagi