To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 28 lipca 2016
O granicach świata

Mój problem polega na tym, że bardzo lubię przebywać z ludźmi, ale jestem kiepskim towarzystwem. Niewiele mówię, głównie słucham. W dodatku rozładowują mi się baterię i z ulgą wracam do pustego domu.

Po tygodniu spędzonym niczym w taborze cygańskim, chciałam wrócić do domu i odpocząć :)

Jechałam pociągiem i cieszyłam się, że niedługo, za kilka godzin będę już w domu. Z drobnymi wyjątkami, powroty do domu zawsze mnie cieszą. Nawet chyba tak samo jak wyjeżdżanie. Może nawet bardziej.

Bo ja chyba nie lubię podróżować. Stresuje mnie to przed, męczy w trakcie, wracam z radością. Po jakimś czasie znowu gdzieś wyjeżdżam i sama się zastanawiam dlaczego? Jestem krzewem, nie wiatrem. Niczym dla chłopa pańszczyźnianego, bezpieczny świat to ten do pięciu wiosek dookoła. Dalej, to już nie ma sensu. Prawie nie ruszam się poza granice mojego kraju. Gdyby ktoś mi powiedział, że zamykają granice, zapada żelazna kurtyna, to by pomyślała - no i co z tego. Nie wpłynie to na moje życie. Pomysły by podróżować z plecakiem, wyprawiać się na drugi koniec świata męczą mnie już na etapie pomysłu. Choć chciałabym na własne oczy zobaczyć niektóre miejsca. Dotąd uważałam, że coś jest ze mną nie tak i absolutnie nie należy się do tego przyznawać.

Aż na fali cytatów po śmierci Marii Czubaszek natknęłam się na jeden, w którym mówiła, że nie ma w sobie ciekawości poznawania świata, wszystko co potrzebne ma tu w Warszawie, obok siebie. Czytałam ostatnio "Autobiografię" Krystyny Kofty i też pada tam zdanie o tym, że nie lubi podróżować, nie odczuwa potrzeby wyjeżdżania do innych krajów i dobrze jej w domu. 

Pomyślałam - jest nas więcej. I w dodatku, one są błyskotliwe, twórcze i to bardzo dobre towarzystwo.

Mam jednak w sobie jakiś rys Włóczykija, ale nie jest to związane z fizycznym przemieszczaniem. To włóczenie się intelektualne, tematyczne, środowiskowe. Lubię poznawać nowe tematy, czytać o zaskakujących mnie rzeczach, wymyślać światy od nowa. Lubię poznawać nietypowych ludzi. Ktoś by orzekł, że dziwnych. Przyglądać się ekscentrycznym środowiskom - bardziej jak antropolog, niż zaangażowany uczestnik. Nie ruszając się z rodzinnego miasta, można kilkakrotnie poszerzyć horyzonty.

Może nie jest ze mną aż tak źle.

A na koniec jako podsumowanie, mój ulubiony cytat z Tolkiena :)

A żeglarze zapuszczając się daleko odkrywali tylko nowe lądy, które się okazywały podobne do starych i także podległe śmierci. Ci zaś, którzy pożeglowali najdalej, przekonali się, że opłynęwszy wokół Ziemię wrócili w końcu znużeni na to samo miejsce i powiedzieli: Wszystkie drogi są teraz zakrzywione. (J.R.R. Tolkien „Silmarillion")

wtorek, 26 lipca 2016
O słońcu

Nad polskim morzem podobała mi się pogoda. Dla wielu teraz popełniłam bluźnierstwo :) Bo nie było upałów. Temperatury w porywach do 22 st C. Co kompletnie inaczej odczuwa się na plaży niż w betonie miasta. Najważniejsze, żeby nie padał deszcz. Nie cierpię smażenia się w pełnym słońcu.

Niestety, jak dla mnie, okazało się, że taka pogoda potrafi być zdradziecka. Pierwsze dwa dni niebo było zachmurzone, a na plaży mocno wiało. Dorośli siedzieli na matach, otoczeni parawanem, zawinięci w swetry. Zrozumiałam ideę parawanu - mniej urywa głowę, mniej zawiewa chłodem. A i tak musieliśmy usypać z piasku wały pomiędzy poziomem plaży a granicą parawanu, bo mocno ciągnęło dołem. Co robiły dzieci? Dzieciaki biegały w kostiumach kąpielowych i taplały w wodzie. Na sam widok można było szczękać zębami? Czy mniejsze ciała mają inną termoregulację, czy tak właśnie zaczyna się starość? Pomimo pogody, wróciłam do domku z opaloną twarzą. To powinno mi dać do myślenia.

Trzeciego dnia przestało mocno wiać i zza chmur czasami wyglądało słońce. Nadal jednak bez mocnego świecenia. Można było leżeć w kostiumie. Był komfort termiczny. I wtedy popełniłam błąd. Jak blondynka. Nie, nie upiłam się do nieprzytomności. Nie, nie przespałam się z żadnym z zajętych panów, w towarzystwie których wypoczywałam. Zrobiłam coś o wiele gorszego. Nie posmarowałam się balsamem ochronnym. Zazwyczaj kładę na siebie 50tkę, bo nie zależy mi na opaliźnie. Miałam na tyle przytomności umysłu, że posmarowałam dziecko.

Poszłyśmy jeszcze na spacer po plaży - panowie zostali z dziećmi, panie spacerowały. Spacer skończył się szybko w knajpce na piwie i zdaniu "Wreszcie czuję, że jestem na urlopie", ale co tam :) Już musiałam się okrywać pareo.

A wieczorem zaczęła mnie piec skóra. Słońca jakby nie było, często siedziało sobie za chmurami, a zgrillowało mnie niczym karkówkę. Niestety, tłuszczyk się nie wytopił - jak to spytał pewien znajomy. W dodatku opalam się najpierw na czerwono, więc resztę pobytu wyglądałam jak homar. Towarzystwo wyszło wieczorem na miasto, a ja posadziłam dziecko przed bajkami i położyłam się. Trochę mną telepało i chyba miałam lekki udar słoneczny. Leżałam tak do rana, sycząc z każdym ruchem. Co za kretynka. Zapomniałam, że słońce jest nawet gdy go nie ma.

Nie rozumiem, całe lata 90te przeleżałam opalając się bez zabezpieczenia, czasem też nad wodą i wychodziłam z tego cało. W XXI wieku już się smaruję. Z wyjątkiem tego jedynego razu.

Nie należy się dziwić, że w kolejne dni na hasło plaża reagowałam niczym dziewczynka z "Egzorcysty" - prychałam i robiłam mostek na suficie. Spacerowałam z dzieckiem po okolicy. Kolejnego dnia dołączyła się reszta, bo też opalanie ich zmęczyło.

Pod koniec pobytu zrobiło się chłodniej i fajniej. Spacerowaliśmy sobie po plaży. Mogłam usiąść sobie na leżaku, wpatrywać w fale, relaksować. Fajny wrzesień. Morskie powietrze wywoływało we mnie chęć spania :) Być może nadmiar tlenu, który przyjęłam, sprawił, że mózg był przyćpany. Chciałabym tu wrócić sama i spędzić tak ze dzień, czy dwa. W ciszy, samotności.

Wadą mało upalnych dni, były chłodne wieczory i noce. Nie przygotowałam dużej liczby bluz, czy swetrów. Ciężko było chodzić. Za to jeden wieczór spędziliśmy na plaży, która o tej porze, okazała się cieplejsza niż miasto. Koncert szantowy, kontemplacja zachodu słońca, wino, dyskoteka. Dzieciaki też szalały. Dobrze, że udało je się wszystkie pozbierać na koniec.

Mija tydzień od mojego grillowania i wreszcie zbrązowiałam, a skóra przestała biadolić. Muszę się przyzwyczaić do siebie opalonej, bo mam wrażenie, że opalenizna dodaje mi kilka lat. Ja naprawdę lubię być blada. Co najdziwniejsze, moje dziecko ledwo złapało słońce - ma niewielką różnicę pomiędzy skórą pod kostiumem, a obok.

Tagi: urlop wakacje
12:32, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lipca 2016
Morze, takie polskie

Powróciłam z wojaży. Jak to ja, daleko nie ujechałam - nad polskie morze, do Dębek.

Wypoczynek był stadny - pięć par, jedna samotna matka i łącznie jedenaścioro dzieci (w wieku od 11 do 4 lat). Nie mieszkaliśmy wszyscy w jednym ośrodku - choć padł taki pomysł, w związku z kolejnymi wakacjami - ale dużo część czasu spędzaliśmy razem. Jeden z pierwszych wieczorów spędziliśmy razem w pewnej knajpce, gdzie chyba popamiętają nas na bardzo długo. Ze względu na dzieci...

- Więcej dzieci nie mogliście mieć? - rzuciła właścicielka, trochę żartobliwie, trochę nie.

- Bo to dzieci z jednej imprezy, teraz wszędzie chodzimy razem, nie wiemy które jest czyje. - odpowiedziała jej jedna z koleżanek.

Nauczkę jednak wyciągnęliśmy i kolejne wieczorne imprezy odbywały się w miejscach, gdzie nasz miot wtapiał się w tłum.

Wiertka przed wyjazdem bała się, że nie zna dzieci, będzie się niedobrze czuła. Szybko jednak złapała kontakt. Zauważyłam, że dzieciaki podzieliły się na dwie wiekowe frakcje i moja córka bardziej ciągnęła do tych młodszych od siebie. Chyba woli dyrygować koleżankami, zamiast ciągnąć się jak ogon za starszymi. Była jeszcze podgrupa wydzielona ze względu na płeć - starsi chłopcy trzymali się razem, zniesmaczeni babskimi sprawami. Zobaczymy za kilka lat. 

Dni spędzałam w grupie. Po to właśnie tam pojechałam, by pobyć z ludźmi, nie alienować się. Wieczory poświęcone były na wspólne picie wina lub piwa. Dzieciaki bawiły się obok. Po 23:00 odbywało się kładzenie ich spać i powrót do spotkań w cichych podgrupach. Efekt jest jednak taki, że wróciłam do domu, by teraz trochę odpocząć po urlopie. Mam jeszcze tydzień wolnego :)

Będzie jeszcze więcej wspomnień znad morza, ale to w innych wpisach.

12:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 lipca 2016
W Polsce, czyli nigdzie

Najpierw Nicea, potem Turcja. Ludzie obawiają się, że może wybuchnąć nowa wojna światowa. Światowa, w definicji - obejmująca Europę ;)

Fajnie to skomentowała moja koleżanka z pracy - oni nie uderzają tam, gdzie się spodziewamy, więc zabezpieczenia są silne. Wybierają ważne imprezy masowe, ale mniej kluczowe. Dlatego, dziś idąc z dzieckiem na Otwartą Ząbkowską, przez sekundę przemknęło mi przez głowę, co jeśli tam znajdzie się jakiś terrorysta?

Tylko, że wojna nie jest już tym czym się wydaje.

Ludzie w 1914 nie wyobrażali sobie, jak może przebiec I wojna światowa. Dla nich walki przedstawiały się, jak z wojen prusko-francuskich. A potem przyszedł iperyt, pierwsze loty samolotów bojowych.

Ludzie w 1939 nie wyobrażali sobie, jak może przebiec II wojna światowa. Dla nich walki miały wyglądać, jak dwie dekady wcześniej. Stąd tak wielka wiara pokładana w kawalerię. A potem przyszły czołgi, naloty lotnicze, obozy koncentracyjne.

My także wojnę wyobrażamy sobie, tak jakby miała wyglądać ta z lat 40tych XX wieku. Mamy ochotnicze jednostki, patrolujące z karabinami pogranicza. Zbrojące się oddziały.

A być może tkwimy już w III wojnie światowej. Już czytają o tym w podręcznikach od historii uczniowie w XXII wieku. Tylko jeszcze nie zdajemy sobie sprawy. Bo teraz wojna polega na zamachach samobójczych. I to jest najgroźniejsze - wróg wygląda zwyczajnie, jak sąsiad. W dodatku, po raz pierwszy w historii działań wojennych, żołnierz jest na 100% przygotowany na śmierć. To nie czasy dla wojaka Szwejka, czy żołnierzy z powieści Hellera o Paragrafie 22.

Lub jeszcze bardziej banalnie - wystarczy pozbawić prądu na kilka dni jakiś kraj i już doprowadziło się go do stanu klęski. A w czasach wojen hakerskich, to też nie musi być trudne.

Można usunąć wszystkich emigrantów z poszczególnych krajów. Nawet tych zamieszkałych od dwóch, trzech pokoleń. Dobra - do pięciu wstecz. W Polsce będą mieszkać Polacy, w Niemczech tylko Niemcy, we Francji tylko Francuzi, itd. Rodzina Stuhrów chyba nie ma wyjścia - wrócą do Austrii ;) Wprowadzimy granice, zasieki, wizy. 

I wtedy na pewno, ale to na pewno, ale to na pewno, będziemy bezpieczni.

A komentując mniej poważnie. Bardzo się cieszę, że Polska jest tak niewiele znaczącym krajem. Emigranci, którzy tu trafiają, myślą, że ktoś robi z nich żart, bo taka kraina nie istnieje. Jadą dalej. Gdy decydentom Państwa Islamskiego zaproponować dokonanie zamachu w Polsce, odrzekną, że oczekują realnych pozycji na mapie, a nie haseł z gier internetowych. A gdy rzeczywiście pokażą im palcem to miejsce, to żachną się, że nie zdetonuje się bomby na terytorium zamieszkiwanym przez białe niedźwiedzie. Los wstawił Polskę pomiędzy Niemcy a Rosję. Tym razem one mają własne problemy.

czwartek, 14 lipca 2016
Lato w mieście

Od najbliższego poniedziałku zaczynam urlop. A czas w pracy jest zawalony robotą. Mogłabym zostawać po godzinach, a i tak nie uda mi się ze wszystkim zebrać do jutra. Przez to byłam zestresowana, zmęczona i nie potrafiłam się cieszyć tym, że zaraz będę odpoczywać. Nie lubię zostawiać nie zamkniętych rzeczy na czyjejś głowie. Mam w pracy trzy momenty w roku, gdy pracy jest więcej niż czasu (potem jest luźniej) - luty, lipiec i wrzesień/październik. Tak naprawdę to powinnam iść na urlop w sierpniu, Wtedy byłabym z obowiązkami na zero. Wczesną wiosną ustalałam z dwiema koleżankami z pokoju, kiedy która pójdzie i jednej wypadał w sierpniu urlop męża (oddzielnie nie będą wypoczywać), inna też miała jakieś zobowiązania rodzinne. Przystałam na tę drugą połowę lipca, choć wiedziałam, że dostanie mi się po głowie.

Dopiero dziś miałam odwaloną większość roboty. Część rzeczy uda się przełożyć na sierpień.

Było mi też smutno, że moje dziecko nie ma prawdziwych wakacji. Większość jej koleżanek i klasy z klasy jedzie do dziadków, innych członków rodziny, zostaje z matkami opiekującymi się młodszym rodzeństwem. A moja córka, choć są wakacje musi wstać o 6:40, iść na Akcję Lato w Mieście i czekać tam na mnie do 17:00. Sama Akcja nie jest tragiczna - dzieci mają wyjścia do kina, na basen, teatrzyki, warsztaty literackie, zajęcia sportowe. Placówka stara się by nie siedziały, nie nudziły się i nie rzucały sobie do gardła. Jednak smutno mi, że w roku szkolnym Wiertka się nie wysypia i teraz też budzi się niedospana :( Latem dziecko powinno spać do oporu, a potem się inspirująco ponudzić. 

Na szczęście, teraz dwa tygodnie będzie wypoczywać ze mną. Potem dwa tygodnie Lata w Mieście w innej szkole i dwa tygodnie wypoczynku z ojcem. Co roku staram się, by ten miesiąc mogła po prostu odetchnąć.

wtorek, 12 lipca 2016
O bajkach

Dopiero krótka fala upałów, która wybuchła i zgasła niczym - miejmy nadzieję "dobra zmiana" - sprawiła, że gdzieś na skali przeziębiona-zdrowa przesunęłam się ku zdrowiu. Weekend był jeszcze taki sobie. Po prostu oprócz snu, trzeba jeszcze saunę odwiedzać :) Jak się wypociłam, to poszedł kaszel i bóle oskrzeli.

W sobotę przeszłyśmy się z Wiertką do kina. I tu napadła mnie refleksja. Sokramka napisała niedawno u siebie recenzję "Gdzie jest Dory?", która generalnie da się streścić jako "dupy nie urywa" :) Ja wrażenia miałam inne.

Teraz poszłyśmy na "Siedmiu krasnoludków i Królewna Śnieżka - nowe przygody". Moja ocena jako rodzica - wynudziłam się śmiertelnie, po kwadransie zastanawiałam się, kiedy to się skończy, robiłam listę zakupów. Ocena mojej córki - wspaniałe, cudowne, na koniec miała łzy w oczach i chciała płakać. I poszła by na to jeszcze raz.

Zastanawiam się, czy nie powinien istnieć kanał recenzencki, gdzie dzieci oceniają, co widziały fajnego :) Ja bym powiedziała innemu rodzicowi - szkoda kasy na bilet. Moje dziecko, by namawiało, że koniecznie trzeba iść.

Od razu zaznaczam, że to dla kategorii wiekowej 4-7 lat. Uważam, że starsze się wynudzą.

20:18, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 lipca 2016
Towarzyski tydzień

Ten tydzień towarzyski to miał być w planach. Spotkania we wtorek, środę, czwartek. Na dwa ostatnie dni Wiertka pojechała do taty.

We wtorek, weszłam do pracy i zaczęłam kichać. Szybko doszło smarkanie, budyń w głowie. Uznałam, że to alergia. Łyknęłam proszek. Trochę pomogło. Po pracy pojechałam z Wiertką do Parku. Jedna z internetowych znajomych, sekcja śląska, przyjechała do Warszawy i my, tubylczynie, zorganizowałyśmy piknik na trawie. Niektóre przyszły z dziećmi, więc młodzi się bawili. Było miło. Nie czułam nawet zmęczenia.

Położyłam się spać i totalnie zatkało mi nos. Noc smacznie przespałam, oddychając ustami. Podejrzewam, że - jak zawsze gdy tak śpię - dopadł mnie bezdech. Równie dobrze mogłam założyć sobie foliową torebkę na twarz. Obudziłam się tak jakbym w ogóle nie spała. Zmęczona, słaniająca się na nogach, z IQ gdzieś w okolicach 80 pkt. Do pracy dowlokłam się, bo musiałam dokończyć materiały związane z przetargiem. A te musiały być sprawdzone. Potem poprawki. Potem kolejne poprawki. Potem czekanie na podpisy. Miałam wrócić do domu jak najszybciej, a tkwiłam tam półprzytomna do 14:00.

Wróciłam do domu. Padłam pod kołdrę, w ubraniu, koło 16:00. O 22:00 ocknęłam się, wzięłam prysznic, umyłam zęby, założyłam koszulę i poszłam dalej spać.

Spałam ciągiem kilkanaście godzin. I muszę przyznać, że obudziłam się w 90% zdrowa. Jakieś drobne pokasływanie, ale syrop pomaga. Pomyślałam, jak dobrym lekiem jest sen. I jak mało docenianym. Uczy się nas całe życie, że by dbać o siebie, trzeba dokonać czynnego aktu. A sen to bezmierna bierność. Czyli lenistwo, niedbalstwo. Po cholerę te wszystkie diety cud, gdy to może wystarczająca ilość snu załatwi zdrowe ciało i cofnie raka? Tylko kto na tym zarobi?

Przez większość czwartku kusiło mnie, by pojechać na spotkanie towarzyskie, które miało być wieczorem. Niby trzymam się na nogach. Gdybym nie miała dziecka, przetrwała w pracy piątek i poleżała w weekend. Jednak od jutra krążyć koło mnie będzie dziecko niczym sześćdziesiąt siedem księżyców Jowisza.

Żałowałam, że spotkanie środowe nie miało być w czwartek, bo do koleżanek literatek bym pojechała :)

Jednak wróciłam po pracy do domu. I chyba zrobiłam dobrze, bo jest 17:30, a mnie kleją się oczy.

17:38, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 lipca 2016
O miłości

Moje dziecko niedawno:

- Czy to nie dziwne? Tata i ciocia M się kochają, a ona jak przyjeżdża, to odsłania mu zasłony w oknach. Przecież tata tego nie lubi.

Miłość to skomplikowana sprawa.

Tagi: córka
19:12, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi