To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 30 lipca 2017
Jak mi dziecko wyjechało

Dziś rano Wiertka wyjechała na tygodniowe wakacje z koleżanką z klasy do jej babci. 

Mała była tym bardzo podekscytowana. Wczorajszy dzień, by odreagować nawał atrakcji Lata w Mieście postanowiła spędzić w domu i nigdzie nie wychodzić. Po południu pakowałyśmy się razem, bo miałam nadzieję, że dzięki temu istnieje choć cień nadziei, że zapamięta co gdzie leży w torbie. Na koniec poupychała we wszystkich dostępnych jeszcze zakamarkach zabawki, więc o nadziei mogę raczej zapomnieć.

Wieczorem nie mogła zasnąć. Po dwóch godzinach wybudziła się i spytała, która jest godzina. Ocknęła się koło 6:00 rano i chciała wiedzieć, czy to już wstajemy. Kazałam jej jeszcze pospać. Coś zaczęła opowiadać o grach, które ma zapisane na tablecie i nie wiem, która z nas zasnęła pierwsza ponownie :)

Niedawno spytała się mnie:

- Będziesz za mną tęsknić?

I dodała:

- Bo to znaczy, że mnie kochasz.

Mam nadzieję, że nie będzie tam płakać i prosić o powrót do domu. Chciałabym by dobrze się bawiła. I nic się złego nie wydarzyło. 

A przed wyjazdem, gdy życzyłam jej miłej zabawy, ona:

- A tobie życzę miłej samotności, mamo.

Bo wie, że lubię gdy jest pusto i cicho.

:)

Tagi: córka
21:17, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
piątek, 28 lipca 2017
Gry w jakie gramy - praca

Jeszcze studiując, bardzo lubiłam teorię gier Goffmana. Choć dla niektórych takie postrzeganie życia i relacji może wydać się wyrachowane.

Ostatni zwróciłam na to uwagę w kontekście pracy. Są firmy - takich jest większość - gdzie praca wygląda niczym gra w "Chińczyka" - rzucasz kostką i w zależności od liczby oczek idziesz do przodu. Zawsze idziesz do przodu. Są zawodowe planszówki, gdzie trafiając na określone pola zbierasz bonusy, żetony i starasz się mieć tego jak najwięcej. Oczywiście są takie, gdzie wchodzisz na coraz wyższy poziom gry. Nie zapomnijmy, że nie gramy w pojedynkę. Dookoła są inni gracze, którzy też idą do przodu i zbierają żetony.

Jednak, miejsce w którym teraz jestem jest kompletnie innym typem rozgrywki. To "Drabiny i Węże", tyle że drabin nie ma :) Jeśli ktoś nie zna takiej gry, już wyjaśniam. Często gramy w to z Wiertką. Pola na planszy są zakręcone niczym jelita. Niektóre są połączone drabinami, inne wężami. Standardowo idziesz tyle, ile wyrzuci się oczek na kostce. Jeśli trafi się na pole z drabiną to idzie się do przodu aż do jej drugiego krańca, czyli skacze do przodu o kilka, kilkanaście pól. Jeśli trafisz na węża, to zjeżdżasz do jego ogona, czyli cofasz o kilka, kilkanaście pól. 

I tak wyglądają moje projekty w pracy :) Coś robię, naliczę się, rozpiszę i bum wpadam na głowę węża. I trzeba rzecz robić od początku. Dostępne są także, znane w grach planszowych, opcje typu "stoisz dwie kolejki", czy też banalne "cofasz się dwa pola do tyłu". Czasami to rondo przypomina. Linearność jest dla frajerów.

Ja przyglądam się temu niczym Alicja w Krainie Czarów, ale są normalni ludzie, których doprowadza to do frustracji.

środa, 26 lipca 2017
Tatuażarnia

Wpis na fali odczadzania atmosfery i bloga. Czyli o moim dziecku :)

To jeszcze historia z późnej wiosny, ale ciągle zbierałam się do opisania.

Tej wiosny, na szkolnym placyku zabaw, wybuchła moda na robienie tatuaży. W kącie placyku, zza krzaczkami - Tatuażarni - siedziały dzieci z flamastrami i rysowały innym na rękach różne obrazki. Serduszka, kwiatki, zwierzątka, postacie. Co tam kto sobie zażyczył. Role były płynne - raz mogłeś tatuować, innym razem sam mieć rysunek. Wiertka codziennie wracała z ręką w kolorowych rysunkach.

I wtedy to, zaskoczona, dowiedziałam się, że nie wszyscy rodzice są z tego zadowoleni. Koleżanka Wiertki miała zabronione przynosić ze szkoły rysunki na ciele. Rozmawiałam o tym z jej matką. Ta uznała, że takie zdobienie ciała jest brzydkie, nieeleganckie. W tłumaczeniu córce wysnuła nawet argumenty historii tatuowania, czyli okaleczania ciała i subkultury więziennej.

Dla mnie to zbyt banalna zabawa, by wysuwać taką armatę, ale nie moje dziecko, nie moje wychowywanie. Mnie to nie przeszkadzało. Zapytałam nawet Wiertki, czy chce w przyszłości zrobić sobie prawdziwy tautaż. Zaprzeczyła. Te rysunki są fajne, bo się zmywają. Potem przyszło lato i jesienią dzieci zapewne będą bawić się w coś innego.

Sama tatuaż uważam za rzec zbyt trwałą, by decydować się na jakiś. Coś na zawsze, do końca. To tak jakbym zrobiła sobie jedną fryzurę, w jednym kolorze na całe życie. Albo tylko jeden makijaż. Bo dla mnie to zdobienie, nie wyrażenie emocji, ideologii, czy symbolu.

I trochę nie ogarniam mody na pokrywanie trwałymi rysunkami całego ciała, łącznie z dekoltem, szyją. Może się starzeję :)

Tagi: córka
19:59, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 lipca 2017
O wytrwałości

W ostatni weekend zadziwiła mnie cierpliwość i wytrwałość mojego dziecka. Ja cierpliwości nie mam za grosz. Bardzo szybko się denerwuję, rzucam wiązanką słów, kopnę coś. A na pewno zaniecham owej czynności. Z wytrwałością jest tak, że jak widzę jakiekolwiek postępy, kroki do przodu, to idę. I rzeczywiście, mogę iść długo.

 

Wiertka wyciągnęła pudełko z zestawem lego. Dostała je na gwiazdkę i w nawale zabawek odłożyła. Teraz tym się zainteresowała. Do złożenia była kareta. Ten kto tworzył schemat układania, na pewno nie zrobił sam wersji demo i nie złożył tej nieszczęsnej karety. Okazało się, że najgorszy jest ostatni etap, czyli nakładania daszku na budkę powozu – całość się rozpada. Moja córka zajęczała, pokrzyczała, ale bez wrzasku. I zaczęła składanie od nowa. Ponownie kareta się rozleciała. Znowu jęki i krzyki. Nawet rozumiałam dziecko, choć sama niewiele mogłam jej pomóc. Nawet nie chciała. Ja dałabym spokój po pierwszej próbie, podeptała klocki, albo zjadła i wysrała ze złością J Wiertka próbowała dalej. Trzeci raz. Czwarty raz. Na serio, zaczęłam ją podziwiać. Pomagałam przy szukaniu klocków, bo czasami leciały pod łóżko. Udało się jakoś za piątym albo szóstym razem. Przy którymś kareta stała złożona, ale mała szturchnęła stoli, zabawka się przewróciła i rozleciała.

Jakież było moje zdziwienie, gdy w niedzielę, zobaczyłam jak moje dziecko rozkłada karetę. Po tylu próbach, jękach, krzykach, takiej ilości poświęconego czasu. Bo niedobrze włożyła krzesełko, lalka źle siedzi i trzeba to poprawić. Skomentowałam, że znowu będzie się męczyć, składać, jęczeć, płakać. Matka jej to mówi. Ale czy jakaś córka słucha matki?

No i było jęczenie, krzyki, składanie ze dwa, trzy razy. Jednak udało jej się ułożyć konstrukcję. Wprowadziła nawet zmianę w układzie klocków i okazało się, że przy tej korekcie jest łatwiej ten daszek nakładać.

 

Zaczęłam podziwiać moje dziecko bardziej.

Tagi: córka
14:59, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 lipca 2017
Słoneczna sobota

Okazało się, że jeden z moich kolegów z jednej z moich poprzednich prac, zajmuje się teraz DJ owaniem. Tak, bo plusem zmian miejsc pracy jest to, że zawsze człowiekowi zostaje jakiś znajomy. Tym razem, kolega organizował potańcówkę w parku w jednej z dzielnic i z tej okazji kilka osób z naszej wspólnej wtedy pracy postanowiło się spotkać.

Wzięłam Wiertkę ze sobą. Na szczęście, okazało się, że tuż obok jest ogromny plac zabaw, więc dziecko pobiegło się tam bawić. Ja mogłam usiąść ze znajomymi i pogadać sobie. Potem Wiertka poszła tańczyć na parkiet i wyskakała się, wyszalała za wszystkie czasy. Uczyła się nawet tańczyć tango.

Mnie komary pokąsały jak wściekłe i było to jedyne niemiłe doznanie tego dnia :) Spotkanie ludzi, stwierdzenie koleżanki, że wypiękniałam z czasem (nie wiem, skąd jej to wszystko przyszło do głowy), fajne rozmowy, taniec na parkiecie (dziecko mnie uprosiło) sprawiły, że rozruszałam się energetycznie.

To był fajny dzień :)

I na tym to polega. Siedzisz w mgle i jedyne co cię trzyma, to że nawet na jakiś czas, ale to się rozsnuje. 

22:50, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 lipca 2017
Gdy nie ma słońca

Temat jest delikatny, ale kiedyś miałam komentarz, że w tych moich wpisach za mało jest emocji. Bo i jest za mało, co jest zabiegiem świadomym. W papierowej wersji było tego za dużo. Jednym z powodów jest choćby nie ujawnianie zbyt wielu swoich słabych punktów, z obawy o wykorzystanie tego. A tym najważniejszym jest to, że dystymicy nie są w dzisiejszych czasach mile przyjmowani. Bo taki Werter potrafi człowieka doprowadzić do szału. Fajny człowiek to ekstrawertyk, uśmiechnięty, zadowolony z życia, pełen energii, radości. A taka melepeta, co to ciągle coś ją dołuje, smuci, rozstraja, to coś męczącego.

 

Dlatego nie piszę o swoich negatywnych emocjach.

A potrafię być smutna, przygnębiona, z falami lęku. Od ponad półtora roku, odkąd przeszłam czterdziestkę, coś się zmieniło. I poprzedni rok i ten są szare. Miewam stany anhedonii. Jako dystymiczka zawsze zdarzały mi się dni smęcenia, lęków, czy przejmowania się nadmiernego. Jednak były one przeplatane chwilami, czasem rozciągniętymi w dni i tygodnie zadowolenia i satysfakcji z bycia tu i teraz, z życia. Teraz te momenty przyjemności są jakieś krótkie, a ta anhedonia ciągnie się. Poprzednio nie mogłam doczekać się końca 2016 roku, bo wierzyłam, że w 2017 musi się coś zmienić. Teraz czekam na koniec tego roku, bo to ten następny jawi mi się jako jakiś przełom, gdy proporcje smutku do radości się odwrócą.

Za dużo było zmian w ciągu ostatnich lat. Nie mogę zaplanować najprostszych rzeczy – jak wyjazd za kilka miesięcy, kupno jakiegoś mebla. Jestem jak kot, którego przerzucano z domu do domu, aż w końcu zaczyna sikać obok kuwety, wygryzać sobie dziurę w karku i osowiale leżeć na podłodze. Osiadłam w jednym punkcie, ale mam wrażenie, że zaraz znowu trzeba będzie pakować walizki. Poczucie bezpieczeństwa, oparcie czerpałam z domu rodzinnego, albo z partnera. Od kilku lat, muszę je sobie zapewniać sama i dodatkowo być jeszcze opoką dla mojego dziecka. Efekt jest taki, że kręgosłup na którym się życiowo opieram przypomina ostatnio wierzbę płaczącą. Nie wiem już skąd czerpać energię.

Bo nie ze słońca :D

 

Tagi: życie
15:53, bezcielesna
Link Komentarze (17) »
środa, 19 lipca 2017
O księżniczce na ziarnku grochu

Byłam dziwnym dzieckiem, które bało się chyba wszystkiego. Huśtać wysoko na huśtawce nie – bo mogę spaść. Zjechać z wysokiej zjeżdżalni nie – bo mogę się potłuc. Bujać na trzepaku nie – bo mogę spaść. Siedzieć nas trzepaku nie – bo mogę spaść. Ja bym się na ten trzepak nawet nie wdrapała, bo miałam trudności z przechodzeniem przez płoty, murki. Kolejny strach. Kuriozalne – w tak popularną i kultową gumę też nie skakałam, bo bałam się, że poplączę nogi i upadnę. Na serio.  Ze stresem, ale jakoś nauczyłam się jeździć na rowerze, bojąc się oczywiście, że spadnę. Pojeździłam trochę i zaniechałam. Najlepiej czułam się na fotelu z książką w ręku, nie ruszając się. Mam wrażenie, że żyłam z błędnikiem w uchu w stanie szczątkowym ;)

 

Dalej – stresy i nieracjonalne strachy związane z odczuwaniem zmysłowym. Moja pierwsza rozmowa telefoniczna, gdy byłam mała, odbyła się ze sporymi zakłóceniami, ledwo słyszałam – jak to bywa czasami z połączeniami w tamtych czasach. Dostałam po tym takiego strachu, że nie wzięłam słuchawki do rąk przez ponad dziesięć lat. Byłam tym dzieckiem, które ryczy, gdy obcina mu się paznokcie, dostaje wścieklicy, bo gryzie metka, albo coś uwiera. Dziś jeszcze jak podwinie mi się wkładka w bucie i łaskocze podbicie pięty, to mam dni, gdy takiego buta nie założę. W dzieciństwie waliłabym nim w ścianę z płaczem.

Bardzo późno zaczęłam malować swoje rzęsy, bo bałam się, że wydłubię sobie oko. Zanim pomalowałam pierwszy raz, kwadrans trzęsła mi się dłoń. Soczewek kontaktowych nie założę do dziś, bo przecież wypłynie mi oko, jak go dotknę J Nie używam kremów i pudrów, bo ciężko znoszę je na twarzy, dłoniach.

Nie jadałam niektórych rzeczy, bo brzydziła mnie ich faktura. O tym bym wzięła niektóre składniki do rąk też nie było mowy, bo zostawiały tłusty ślad na dłoniach (np. pieczone udko kurczaka).

Wychowanie fizyczne i zajęcia praktyczno-techniczne w szkole to był dramat i trauma na lata.

Jednocześnie też widziałam, że dzieci dookoła mnie są inne, bardziej odważne, otwarte, śmiałe. I zdawałam sobie sprawę, że jestem dziwna, inna, niezdarna, nie normalna. Nikomu o tym nie mówiłam, ale tak wstydliwie sobie żyłam.

Gdy podrosłam, tak w drugiej części szkoły podstawowej, przyjęłam strategię, że jeżeli coś mnie stresuje, to należy to zrobić, skoczyć i spróbować. Moje dorastanie, to seria przełamywania stresów. Jednak, na przykład na rowerze nie jeżdżę do dziś J Nie wiem, czy potrafię J

I dopiero po trzydziestym roku życia, sama już mają dziecko, natrafiłam na informacje o zaburzeniach Integracji Sensorycznej. Wszystko zaczęło mi się układać w całość. Okazało się, że nie byłam nienormalna, tylko miałam dysfunkcję, która się wielu dzieciom zdarza. Gdyby wtedy, to diagnozowano, prowadzono zajęcia dla takich dzieci, może moje dzieciństwo wyglądałoby inaczej.

Nadal jestem łamagą, tylko, że dorosłą J

Pisząc ten wpis, poguglałam trochę i okazało się, że jak najbardziej pisze się o dorosłych z zaburzeniami integracji – z tego się nie wyrasta, więc zapewne ktoś już widzi w tym dobry interes na terapię.

Po tym wszystkim, byłam matką pozwalającą dziecku na wiele – chce zjeżdżać z ogromnej zjeżdżalni, super, chce wdrapywać się na drzewa, super. Cieszę się, że Wiertka jest moim przeciwieństwem pod tym względem. Zawsze była bardziej odważna fizycznie niż inne dzieci. Wydaje mi się, że aż do przesady – może też mieć zaburzenia integracji, ale w drugą stronę.

 

Tagi: życie
15:40, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 18 lipca 2017
Dziecięca talia wizyt

W tym tygodniu czekają mnie trzy wizyty na gimnastyce korekcyjnej mojego dziecka. Niby nic wyczerpującego – ja tylko czekam pół godziny na korytarzu i czytam książkę. Trzeba jeszcze kawałek dojechać do sąsiedniej dzielnicy, wrócić potem do domu. W międzyczasie, bo zajęcia są koło 19:00, dziecko pobawi się na placu zabaw. I tak przez cały lipiec – tych zajęć jest dziesięć. Okazało się, że ta gimnastyka jest bardzo potrzebna, bo Wiertka ma… jedną nogę krótszą. Tak oceniła to ortopeda na niedawnej wizycie. I ta nierówność wpływa na wykrzywianie kręgosłupa. Po tej serii korektywy, pani doktor jeszcze raz obejrzy moje dziecko i uzna, czy są efekty, czy będzie potrzebna wkładka do buta.  

 

Jak duża jest ta nierówność? Skąd się mogła wziąć? Czy to taka uroda mojego dziecka? Czy nierówność będzie się pogłębiać? Nie wiem, bo to nie ja byłam na tej wizycie z dzieckiem, tylko jej ojciec. I on będzie z Wiertką na wizycie kontrolnej. Chyba dam im kartkę z pytaniami.

I tu dochodzę to sedna. Gdy ktoś planuje mieć dziecko, to jego wyobraźnia nie sięga dalej niż do słodkiego, gruchającego bobasa. I zakłada, że dziecko będzie zdrowe. A potem okazuje się, że nie ma dzieci całkowicie zdrowych. Mam, relatywnie dobrze rozwijające się, kilkuletnie dziecko i serię wizyt związanych z ortopedią, ortodoncją, laryngologią, psychologiem, psychiatrą. Większość z nich jest w godzinach pracy. Co dwa, trzy tygodnie trzeba by brać urlop, albo wyrywać się z pracy. Dobrze, że sporą ich część mogę scedować na ojca. Jednak i tak, trochę tego jest. A i tak powinnam się cieszyć, bo – jak na razie – mogę chodzić do państwowych lekarzy.

Nie da się też powiedzieć, że to wymysł naszych czasów, a moje pokolenie świetnie żyje i bez takich wizyt lekarskich. Żałuję, że moi rodzice nie zaprowadzili mnie do ortodonty, że nie przypilnowali moich ćwiczeń korekcyjnych, albo nie znaleźli miejsca, gdzie mogę ćwiczyć ze specjalistą. Dziś ma krzywy zgryz grożący komplikacjami przy utrzymaniu zdrowych zębów i skoliozę, która u każdego lekarza medycy pracy nasuwa od razu pytanie, czy kręgosłup bardzo boli. Jestem farciarą, bo moje plecy jeszcze się nie odzywają. Gdybym urodziła się dzisiaj, zapewne zostałyby u mnie zdiagnozowane zaburzenia SI i chodziłabym na terapię. Nie miałabym przez to życia w stresie, napięciu i zastanawianiu, co jest ze mną nie tak i dlaczego dzieje się ze mną to, co się dzieje. Nie rosłabym w poczuciu, że jestem dziwaczką. Ale o tym opowiem jutro.

 

Tagi: córka
15:39, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 15 lipca 2017
Literacka Ząbkowska, cz. 1

Mam wreszcie weekend dla siebie. A tymczasem w ramach Otwartej Ząbkowskiej odbywały się literackie spotkania. Aż żal opuścić coś takiego. Walczyłam z moją aktualną fazą "zamykania się w jaskini".

Poszłam na kompromis. Pospacerowałam trochę po Otwartej Ząbkowskiej - tym razem stoiska z rękodziełem i książkami. Potem poszłam na literacki spacer miejski - tematem przewodnim była Praga Północ w utworach literackich. Przeszliśmy się ulicami, a w wybranych miejscach były czytane praskie fragmenty z powieści Łysiaka, Hłaski, Masłowskiej, Wiecha. Mam kilka tropów do wypożyczenia :)

Można było jeszcze iść na czytanie wierszy i Slam Poetycki. Normalnie, uznałabym to za świetny plan. Jednak, jak pisałam, aktualnie średnio czuję się w otoczeniu ludzi. Chcę być sama. Spacer to co innego - ruch fizyczny mi nie zaszkodzi.

Wróciłam do domu zajęłam kanapę :)

19:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lipca 2017
Żal mi mojego dziecka

Wczoraj Wiertka powiedziała mi, że jest już zmęczona Latem w Mieście.

 

Całej akcji nie można nic zarzucić. Dzieci codziennie mają jakieś atrakcje – basen, kino, teatr, wycieczki miejskie, zawody sportowe, warsztaty plastyczne. Dzień jest podzielony na dwie części – do obiadu wyjściowe atrakcje, po obiedzie plac zabaw, albo zabawa w sali. A, że sale są szkolne, to nie ma co liczyć na to, że da się w nich spędzać czas dobrze. Dlatego nie dziwi mnie, tyle atrakcji poza budynkiem. Ma to też swoją gorszą stronę – jak widać, moje dziecko jest tym przemęczone. Od jazdy autobusami przypomina jej się choroba lokomocyjna, mdli ją. Musimy też chodzić na zajęcia korekcyjne, jeden, dwa razy w tygodniu i to zajmuje niektóre wieczory. Wczoraj efekt był taki, że moje dziecko dostało histerii, bo coś się tam nie udało. Histerii, bo była zmęczona.

Ja pracuję osiem godzin plus dojazdy. Obie musimy wstawać o 6:00, a w domu jesteśmy koło 17:00. Jeśli nie trzeba jechać na zajęcia korekcyjne.

I bardzo żal mi mojego dziecka. W poprzednich latach nie było tego po niej widać, ale teraz chciałaby raz na jakiś czas spędzić dzień po prostu na nic nie robieniu. Namawia mnie, żebym zostawiła ją samą w domu. Boję się zaryzykować. Nie dlatego, że zrobiłaby jakieś głupstwo, krzywdę, coś spaliła, rozlała. Da sobie radę z jedzeniem i piciem. Tylko, że jej się wydaje, że będzie fajnie, a po trzech godzinach poczuje, że pustka w domu jest straszna. Albo coś się jej nie uda, wyłączy, zatnie i będzie szlochać, bo to przecież jeszcze dzieciak. I wtedy, kategorycznie zabroniłabym jej wychodzić z domu – to jest już zbyt ryzykowne, małe dziecko wałęsające się po osiedlu. I większość dnia spędziłaby w czterech ścianach.

Niestety, nie mam możliwości zapewnić dziecku pełnych dwóch miesięcy wolnego od placówek opiekuńczych. Dotąd starałam się, by chociaż miesiąc miała zwyczajnego luzu, a miesiąc na Lecie w Mieście. W tym roku może być z tym różnie. W sierpniu jest, na wszelki wypadek zapisana w innej szkole, ale dwa tygodnie spędzi z tatą. Na resztę miesiąca muszę coś wymyśleć.

Nie potrafię prosić o pomoc i obarczać innych swoimi kłopotami. Nie umieć narzucać członkom rodziny, znajomym, że mają mi się dzieckiem charytatywnie zaopiekować. Zazdroszczę rodzinom, gdzie jest nie pracująca babcia, dziadek, garnący się do zajęcia wnukiem.

Rzeczywiście, jeszcze jakieś dwa lata i będzie mogła pojechać na kolonie, albo na kilka dni zostać sama w domu. Tak pocieszam moje dziecko.

 

Tagi: córka życie
16:31, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi