To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 31 sierpnia 2011
Przed operacją

Jutro pożegnanie szóstego paluszka na stopie Wiertka. Dzięki czemu nie będę mogła ją tytułować Czarciątkiem ;)

Pierwsza część dnia spędzona w szpitalu na badaniach. Żaden szał, obejrzeli, osłuchali, anestezjolog przepytała i po godzinie wyszłyśmy do domu. W sumie dobrze, bo mała udowadniała powiedzenie, że "dwulatek bywa jak chodzący mikser bez przykrywki". Biegała po korytarzach, dobierała się do szuflad.

Na razie mam obawy wobec jutrzejszego dnia. Zabiorą ją, przestraszoną brakiem mojej obecności, uśpią. Przy wybudzeniu też nie mogę być, więc nie zobaczy najpierw mamy. A jak źle zareaguje na narkozę i umrze? Wypełniając ankietę dla anestezjologa dopytywałam się telefonicznie eksa o to,  w czym prał tę chusteczkę, że mała miała taką reakcję alergiczną. Alergie są ważne. On nic nie pamięta, a może nie prał, tylko coś innego zrobił, to nieistotne. Zawarczałam. Kiedy on zrobił specjalizację z anestezjologii, jakoś sobie nie przypominam. Okazało się, że ten typ alergii rzeczywiście nie jest tak ważny. Wyszła za to inna rzecz. Rubryki wypełniałam w oparciu i historię chorób, operacje członków mojej rodziny. I nagle dociera do mnie, że dla mojej córki rodzina to też strona jej ojca, a ja nie mam pojęcia na co chorowali, co przeszli, czy nie mieli powikłań przy narkozie. On twierdzi potem, że nic nie mieli :P

Na koniec. Nostalgia mnie ogarnęła wobec tego paluszka. A może ta operacja to przesada? Dlaczego człowiek nie może być takim jakim się narodził i trzeba go "przykrajać"? Za 20 lat Wiertek będzie żałowała, bo sześć palców u stopy uczyniłoby ją królową lansu ;) Jutro o tej porze, będzie mojego dziecka trochę mniej ;) Z drugiej strony sama pamiętam, jaki miałam potężny kompleks na punkcie zniekształconego paznokcia na stopie. A jeśli będzie się przejmować, że nie wygląda jak inne dzieci? Zanim człowiek chce być jedyny w swoim rodzaju, chce być bardzo taki jak wszyscy.

Wpis długi się zrobił, to już ominę moje rozmyślania w sprawie jej rehabilitacji po operacji.

Ze szpitala pojechałyśmy do zoo - spotkanie z innymi internetowymi mamami, ich dziećmi. Pełen wrażeń dzień. Dziecko mi zapadło w sen już o 19.30.

21:03, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 sierpnia 2011
Weekend z tatą

Ja bawiłam się na Mazurach, a Wiertek miała się relaksować z tatą.

Zapytałam, czy może zostać z dzieckiem i planów nie miał. To była środa wieczór. W czwartek już coś mruczał o wyjeździe w daleki kraj. Powiedziałam, że nie ma sensu tak ciągnąć dziecka i niech jedzie z nią za tydzień, kiedy ona i tak będzie wypoczywać w domu po operacji.

W piątek wieczorem SMSuję z łódki do niego, a ten jest z dzieckiem... w pociągu nocnym. Ciśnienie mi skoczyło. Nic nie uzgadnialiśmy! Problem nie w tym, że jedzie z nią w długą podróż przez Polskę. Problem nie w tym, że jedzie z nią do ukochanej. Problem w tym, że mała po całym tygodniu, gdzie spędza w żłobku 10 godzin dziennie - moim zdaniem - w weekend powinna wypoczywać, relaksować się w domu. A tak noc z piątku na sobotę w pociągu.

Zaś w niedzielę okazało się, że... ten znowu wraca z nią pociągiem nocnym! Nie widział nic dziwnego w tym, że 1,5 roczne dziecko spędzi noc w podróży i niemal prosto z dworca pojedzie na cały dzień do żłobka. Bo ona pięknie te noce przesypia. A jeszcze usłyszałam, że zazdrosna o dziecko jestem i nową panią.

A może to ja mam problem? Niech ją zabiera, ale niech dziecko będzie wypoczęte. Są ludzie, jak ja, którzy po urlopie potrzebują jeszcze dnia w domu na rozruch. Są też Włóczykije, którym życie w ciągłej drodze nie przeszkadza.

Mogę zrobić wielką awanturę i więcej dziecka z ojcem, bez mojej kontroli nie zostawiać. Super strzelenie sobie w stopę. Mam już nigdy więcej nie wyjeżdżać i zawiesić życie towarzyskie?

Czy on nie może jechać tam tydzień później? Czy ona otwiera furtkę czasoprzestrzenną raz na jakiś czas i on koniecznie musi się wstrzelić, bo inaczej wybuchnie? Głupie pytania. Jakbym nie pamiętała, że on zakochany ma 17 lat.

Wrócili w poniedziałek po 6.00 rano, kiedy szykowałam się do pracy. Potem zadzwonił jeszcze by dopytać się o telefon do żłobka, bo Wiertek jednak zasnęła. Wytłumaczył ją i poszła tam dopiero na 10.00. Wieczorem ładnie ze mną sprzątała mieszkanie, poczytałyśmy sobie książeczki i bez awantur zasnęła o 20.00. Może jest Włóczykijką.

09:12, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Plynie się po to aby płynąć, idzie się po to aby iść

Szybki pomysł, szybka decyzja.

Koleżanka, z którą ostatnio byłam nad morzem zaproponowała mi byśmy wyjechały na weekend na Mazury na łódkę. To miał być urlop od urlopu z dziećmi. Do wspólnego znajomego. Tata Wiertka zgodził się z nią zostać, szef zgodził się bym w piątek wyszła trochę wcześniej z pracy.

Ostatni weekend wakacji - słońce, wiatr, ciepło. Jako nie potrafiąca pływać i bojąca się wody miałam na łódce tylko jedno zadanie - spokojnie siedzieć i nie piszczeć. Wywiązywałam się z tego bez zarzutu, sącząc drinka albo piwo. Raz na jakiś czas dostawałam ster do ręki i mogłam kierować łódką, co było nawet ekscytujące. Padały przeróżne komendy i dziwnie jest rozumieć tylko czasowniki i to też nie zawsze byłam pewna, czy dobrze je łapię. Plusem była pogoda i - chyba - normalny wiatr: nie było ryzyka wypadku, wywrócenia łódki. Nocowaliśmy przy brzegu, kolega robił nam śniadania i kolacje, serwował napoje. Opaliłam się jak rzadko, bo moja karnacja ciężko łapie słońce. Na prawdę, uznałam, że żeglowanie to nawet fajna rzecz. Jasne, jak się nic nie robi i nie ma ryzyko utopienia. Zastanawiam się, kiedy tylko znudziłoby mi się halsowanie z jednego krańca na drugi, z jednego jeziora na drugi. Chyba wiem, co to halsowanie, więc użyłam słowa ;)

Dotąd byłam człowiekiem gór i wędrowania. Jeziora, morza rozbijały mnie swoją monotonią i pozorną bezczynnością. Może z biegiem lat z Chłopaka stałam się Krystyną i Andrzejem, pozostając w poetyce "Noża w wodzie". Młodość a dojrzałość.

Za to tata małej podniósł mi ciśnienie, ale może o tym kolejny wpis.

08:25, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 sierpnia 2011
Z pamiętnika hipochondryczki

Marudzili mi współpracownicy, że wiosnę przełaziłam przeziębiona. Pediatrzyca też zwróciła uwagę, że jak mała jest chora, to i ja. Najprostsza hipoteza - i pewne trafna - to ta, że dziecko przynosi świństwa ze żłobka, a ja to od niej łapię. W tym roku tylko czerwiec i lipiec byłam zdrowa. Tylko, czy ja mam nagle taką do dupy odporność, czy też żłobek eksportuje broń biologiczną?

A ostatnim impulsem było sprawdzenie w googlach - po sierpniowym przeziębieniu i osłabieniu - hasła w "białaczka, objawy": nawracające infekcje. Czyż może być piękniejsza wiadomość dla hipochondryka?

W końcu wybrałam się do internisty. Bałam się, że zostanę wyśmiana i odesłana do domu. Tu ludzie z prawdziwymi chorobami przychodzą, a ja się zastanawiam, czemu choroby co chwila łapię. Byłam w szoku, bo niezwykle miła pani doktor wzięła mnie poważnie, wypytała, osłuchała, obmacała, zrobiła wielkie notatki. Aż zrozumiałam to powiedzenie, że człowiek przychodzi zdrowy, a wychodzi chory, bo nagle poczułam, ze na prawdę coś mi dolega. Przecież gdyby nie dolegało, to pani doktor nie badałaby mnie tak wnikliwie ;)

Oddałam krew do badania, a badań była cała długa lista - morfologia, próby wątrobowe, CRP, cholesterol, tarczyca, itp

Dygresja. Doktor wyczuła, że mam jakąś napiętą wątrobę (dopytała się, czy mnie boli jak dotyka, czułam tylko twardość). Jak zobaczyłam ten ASPAT i ALAT na liście badań, to już mi wizja chorej wątroby przyszła do głowy. A zaraz za nią myśl, że nie będę mogła już pić alkoholu. Nie piję codziennie, ale po to staram się nie wpaść w alkoholizm, by móc się czasem napić, tyle ile jest możliwe. Jakby mi wątroba padła, to chybabym została drugą Amy Winehouse. Albo sąsiadem mojej babci. Leży w szpitalu z żółtaczką, chorą trzustką, itp.

Wyniki i kolejne spotkanie z doktor były następnego dnia. Jestem obrzydliwie zdrowa. Wątroba też zdrowa :D Internistka jednak jest zaniepokojona moją utratą wagi (10 kg w 3-4 miesiące przy zmianie trybu życia, ale bez zmiany diety, z dużą ilością słodyczy). Dostałam jeszcze skierowanie na usg brzucha, rtg klatki piersiowej i do alergologa na testy. Wizyty dopiero pod koniec września, więc temat na razie zamykam :)

09:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2011
Córeczka tatusia

Nie piszę ostatnio, bo niewiele się dzieje. Cały ostatni tydzień to praca i dom z dzieckiem. Mała wieczorami gorączkowała, więc czw i pt byłyśmy w domu. W domu, czyli nie w żłobku i nie w pracy :) Wykorzystuję dobrą pogodę i co chwila wychodzimy na długie spacery. Dziecko nudzi mi się już w domu. Zaraz po śniadaniu stawia się pod drzwiami z butami w rękach. Co to będzie, jak podrośnie ;) W ciągu dnia temperaturę miała ok. Może to ząbkowanie? Koleżanka z pracy rzuciła, że może dzieci reagują tak z tęsknoty za mamą w żłobku :(

Po ponad tygodniowej nieobecności (gdzieś wyjeżdżał na urlop kolejny) pojawił się tata Wiertka. Ostatnio, gdy przyszedł po nią do żłobka - po naszym tygodniowym pobycie nad morzem - to nie poznała go. Stała i wpatrywała się w niego. Aż musiał poczekać na drugą z opiekunek, która go już poznała i potwierdziła, że to ojciec tego dziecka. Teraz wtuliła się w niego i nie chciała odkleić.

Mała ma teraz trochę ciężki okres - gdy tata wychodzi strasznie płacze. Nawet, gdy kiedyś nieopatrzenie tylko wspomniałam, że "tata zaraz wróci", a on szedł do drzwi, to ryknęła płaczem. Innym razem położyła się przy drzwiach, gdy wyszedł i kwadrans tak płakała. Zabrałam ją w końcu do pokoju, bo aż tak głupio przed sąsiadami, ale wyrwała się i pobiegła tam z powrotem. Przekupiłam ją "Ptasim Mleczkiem". Chlipiąc zjadła ze dwie sztuki i humor jej się poprawił.

Teraz robimy tak, że on zostaje aż ona nie zaśnie i dopiero wychodzi. Kiedyś nocował, ale teraz ma chyba przetasowania w życiu osobistym i już wraca do siebie.

Córeczka tatusia.

Posiadanie więcej niż jednego dziecka, to zawsze jakaś szansa, że kolejne będzie "mamusi". Ale ja już więcej dzieci mieć nie będę.

08:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2011
Mój test na matkę

Jeden więcej zdałam.

Bo ten z krostami też był niezły.

Zanim nie urodziłam dziecka, takie sytuacje podbramkowe mnie wstępnie paraliżowały.

Wiertek wczoraj, w trakcie gotowania przez mnie obiadu (pomagała wrzucać makaron, przyprawiać sos) dostała ataku histerii. Trochę czasu minęło, zanim zorientowałam się, że jest po prostu okropnie zmęczona po dniu w żłobku. Zasnęła po 18.00. Przed 20.00 obudziła się i lulałam ją do 22.00 prawie. Nic szczególnego z moją cholernicą :) Tylko problemy na odcinku komunikacji. Gdy tak strasznie płakała miała 37,2, ale to może ze zmęczenia.

Dziś byłam przygotowana na jej zmęczenie. Przeciągnęłam ja prawie do 19.00, ale nie chciałam ponownie doprowadzać do ataku płaczu. Przebudziła się po godzinie. Marudziła, popłakiwała, nie mogła zasnąć. Zmierzyłam temperaturę - cholera chora, 38,3. Żaden problem już dla mnie, ale lek na zbicie gorączki zostawiłam nad morzem, miała go przekazać koleżanka. Nowego nie kupowałam, bo skąd przeziębienie w sierpniu? Jasne, sama jestem od kilku dni podziębiona.

Już po 21.00. Dziecko z gorączką i wiem, że jak nic nie podam, to nie umrze, ale zarwie mi noc, będzie się męczyć. Skąd mam wziąć lek o tej porze? Nie ma samochodu, do nocnej apteki jest 30 minut piechotą. Ojciec małej bawi się w górach. Przez chwilę próbowałam okładów z ściereczki zmoczonej w zimnej wodzie, ale moja córka nie znalazła tej metody jako ciekawą.

Przypomniałam sobie o "windowej sąsiadce", czyli mamie o pół roku starszego dziecka, mieszkającej kilka pięter wyżej. Czasem gadamy w windzie, spotykamy się w drodze z przystanku autobusowego, pod blokiem. Kiedyś wymieniłyśmy się telefonami (planuę zacieśnić więzy, by dziecko miało towarzystwo w tej samej klatce). Trudno, zadzwonię. Zwiozła lek. Dobra kobieta. Mała szybko zasnęła.

Jutro raczej dzień wolny od pracy. Nie będę jej pchała do żłobka. Jeden projekt prawie skończony, "ścinki" zrobią za mnie. Do końca tygodnia spokojnie mogłabym siedzieć w domu.

22:54, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 sierpnia 2011
Jedyny wiersz, jaki teraz piszę

Jedyny wiersz, jaki teraz piszę, jest o moim dziecku.

Tak sobie dzisiaj lekko smutnawo pomyślałam.

Zabrałam ją na Piknik Poetycki, posłuchać o poezji, jak młodzi poeci mówią swoje wiersze. Podejrzewałam, że skończy się jak się skończy. Wiertek biegała po okolicy, wyznając zasadę, że najbardziej interesujące rzeczy są zawsze dwa metry dalej. Zaganiałam ją bliżej głośników, ale pomagało na chwilę. Nie chciałam narażać innych na jej piski - ze złości i z pozytywnych emocji.

Po godzinie zwinęłam nas i poszłyśmy posłuchać Szeptaczy - małą bardziej pasjonował żwirek na dróżkach, obejrzeć rzekę - chciała koniecznie do niej wejść, przejść się mostem.

Przecież wiadomo, że albo sztuka, albo dzieci. Pewnej mojej znajomej tak kiedyś delikatnie zasugerowała wróżka. Dziś ta znajoma wystawia swój scenariusz na dobrej scenie. Może czasy się zmieniają.

Problem w tym, że gdyby ktoś dał mi kiedyś wybór być Pisarką (wielkość litery ma znaczenie), czy matką (tu pewnie też), to wybrałabym to drugie. Moje siły twórcze skupiły się na tworzeniu jednej rzeczy - Nowego Człowieka. Tylko, że za to Nike nie dają.

Zaczęło się na początku ciąży, gdy dotknął mnie pewien rodzaj Syndromu Boga. Albo Syndromu Bogini - w czasach, gdy nieznana była rola mężczyzn w poczęciu, kobiety miały tę potężną moc Natury w tworzeniu nowego życia. Taką świadomość miałam w pierwszym trymestrze, ale bez euforii, raczej ze strasznym zmęczeniem. Czułam się jak stuosobowa fabryka, w której pozostał jeden pracownik do wyrobienia wszystkiego - Ja. Z drugiej strony czułam, że - dobra, nie ukrywajmy, żywicielem byłam - w moim ciele tworzy się coś, czego na razie żaden mężczyzna nie zreplikuje. Bettelheim się kłania.

Teraz fascynuje mnie obserwacja i notowanie, jak zmienia się moje dziecko, co nowego wymyśla, jakie słowa tworzy. Lektura otwartych for dla matek mnie irytuje, bo jednak mam wrażenie, że potrafię egoistycznie wykroić coś dla siebie. Dla siebie do poznania, doświadczenia, relaksu... nie twórczego. Co jakiś czas mam wrażenie, że przestaję nad tą cholernicą panować i chyba szybciej bym rottweilera ułożyła (przypominam, że boję się psów).

Tak pchając poręczną, spacerówkę-parasolkę (pożyczona, mam nadzieję, że do odkupienia), nagle pomyślałam, że to zdanie układa się w ciekawą frazę:

Jedyny wiersz

Jaki teraz piszę

To moje dziecko

albo

Jedyny wiersz jaki teraz piszę

To moje dziecko

Zaczęłam kolejny wiersz.

22:32, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 sierpnia 2011
Urlop z prokuratorami, cz. 2

Będzie o alternatywnym sposobie spędzaniu czasu na urlopie z dziećmi, czyli wieczornym matek "życiu po życiu". Obawiałam się, że raczej nie będę w nim uczestniczyć, pamiętając jak Wiertek lubi zasypiać i wycisza się przed snem. Koleżanki miały "dobrze ułożone" dzieci, które po kolacji, prysznicu, myciu zębów już o 20.30 smacznie same zasypiały.

Lubię te optymistyczne opowieści podróżników o ich dzieciach, które doskonale aklimatyzują się do nowych warunków. Albo udają i nie piszą wszystkiego. Wiertek przed snem przeżywała jeszcze raz wszystkie wydarzenia dnia. Męczarnia. Pierwsze dwa wieczory, to była masakra. Pierwszego (dzień po nocnej podróży pociągiem, jazdach po lekarzach i szpitalach) w końcu wyszłam z dzieckiem i zasiadłam do towarzystwa, mając nadzieję, że córka się wyciszy i zaśnie. Ta jednak wyczuła imprezę i zaczęła się popisywać (ostatnio ma do tego skłonności). Zamknęłam się z nią w pokoju, wzięłam gazetę, z nadzieją, że się sama znudzi. Skończyło się na ryku i bałam się, że pobudzimy dzieci w sąsiedniej sypialni. Szczególnie, że ich matka, fanka bardziej Spocka i Bismarcka niż Searsa już zaczęła się niepokojąco wiercić na łóżku. W końcu zdesperowana, o 23.00 wzięłam dziecko na ręce i poszłam na pobliski plac zabaw w ośrodku. Usiadłam z nią na bujanej ławce i... Wiertek zasnęła w kilka sekund.

Kolejny wieczór (dzień po jazdach po szpitalach), może sama sobie zepsułam. Koło 19.30 Wiertek wyciągnęła mnie na spacer ze spacerówką. Miała w tym swój ukryty cel, bo mi zaczęła w tym wózku zasypiać. A ja uznałam, że po upalnym dniu, zabawach w piaskownicy dziecko trzeba wykąpać i przebrać. Mała, po wyciągnięciu z wózka dostała histerii. Ku uciesze widowni w osobach koleżanek, ich dzieci, innych wczasowiczów dokonałam na moim dziecku kilku "aktów przemocy" (w terminologii Rodzicielstwa Bliskości). Najpierw rozebrałam ją siłą, gdy wiła się po podłodze, uciekała pod stół, potem umyłam pod prysznicem też siłą. To wszystko w akompaniamencie wrzasków i płaczów. Nie dałam rady założyć pieluchy i ubrać, musiałam poprosić o pomoc w przytrzymaniu dziecka. Byłam na skraju załamania. A moja koleżanka z domku, nie mogła się nadziwić jak dziecko może się doprowadzić do takiej histerii. Jak się można domyślić, dziecko zasnąć nie chciało. Wyszłam w końcu znowu z nią na rękach, do dziewczyn, na papierosa uspokajającego. Papieros najbardziej uspokoił moje dziecko, które robiło z zainteresowaniem "fu fu" albo próbując go zgasić, albo martwiąc się, że się poparzę. W końcu zasnęła.

O dziwo, od trzeciej nocy zaczęła się poprawa. Pół godziny płaczu i kręcenia na moich rękach i sen. Czwartej - pół godziny wiercenia jak kurczak na rożnie i sen. W kolejne noce mała zasypiała już spokojnie. Tylko nocami popłakiwała czasem przez sen.

Dygresja. Wiem, że to żadne dziwo, ale dotarło do mnie, że moje dziecko jest jak najbardziej gotowe na zasypianie we własnym łóżku, we własnym pokoju. Skoro zasypiała w pokoiku, w domu i zostawała sama, bo ja wychodziłam w noc. Może pierwsze noce będą trudne, może będę musiała przy niej siedzieć, może przyjdzie do mnie nada ranem, ale to normalne.

Tak więc, kiedy nasze dzieci pozasypiały, zasiadałyśmy przed jednym z domków, przy stoliku. Piwo albo wino. Czasem zjechali znajomi i robiło się grilla. Normalność. Dziewczyny opowiadały kawałki z życia prokuratorów i znalazłam kilka tematów na fajne opowiadania, a nawet serial :D Choć pewnie zabawnie nie jest, gdy szef daje ci pornografię dziecięcą do przejrzenia albo dostajesz śmierć noworodka/niemowlęcia (zazwyczaj to bezdech, ale przy sekcji czasem trzeba być).

09:01, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 sierpnia 2011
Urlop z prokuratorami, cz 1

Tydzień nad morzem zaliczony :)

Nocna podróż pociągiem z Wiertakiem, to nie był dobry pomysł. Nie chciała zasnąć – za ciasno, dziwnie, „sufit” zbyt blisko. Uspałam ją na korytarzu, spacerują i kołysząc. Spała niespokojnie, przewracając się z boku na bok, wybudzając, popłakując. Ja tylko drzemałam, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. O 3.00, mała definitywnie obudziła się i odmówiła spania na leżance. Siedziałam na korytarzu, podsypiałam, a ona drzemała na moich rękach. Męczarnia. W dzień trochę odespałyśmy.

Pobyt zaczął się od… biegania po lekarzach. Wiertkowi znowu wyskoczyły krosty – na twarzy, skórze głowy. Rozdrapywała je do krwi i wyglądała jak z  horroru. Koleżanka podjechała ze mną do apteki po jakąś maść. Tam nie chcieli mi nic sprzedać, bez konsultacji z pediatrą, który był piętro wyżej, w przychodni. Pani doktor, nie wiedziała, co to jest, ale skojarzyło się jej to… ze świerzbem. Kazała mi jak najszybciej skontaktować się z dermatologiem, w sąsiednim mieście. Przeraziłam się, bo świerzb to panika w ośrodku i wśród mam, z którymi byłyśmy. To strasznie zaraźliwe cholerstwo. Szybko samochodem pod adres, gdzie kliniki już nie było. My obie pod długich podróżach umęczone, dzieci też. W końcu znalazłyśmy jakiś szpital, gdzie wparowałam na IP anonsując, że moje dziecko chyba ma świerzb. Lekarz nawet równie szybko się znalazł. Ta pediatra… też nie wiedziała, co to jest, w każdym razie nie świerzb. Miałyśmy zgłosić się następnego dnia po skierowanie do dermatologa w innym szpitalu. Już w skrócie. Drugiego dnia krosty zaczęły znikać, ale wolałam się upewnić, co to może być. Już tylko sama z dzieckiem, w autobus, do jednego szpitala, do kolejnego po drugiej stronie ulicy. Tam trzy dermatolog obejrzały dziecko i… dalej nie wiedziały, co to jest. Uznały w końcu, że to alergia. Podejrzenie padło na chusteczkę na głowę, którą tata małej wyprał na wsi w czymś dziwnym. Od tamtej pory krosty zaczęły się pojawiać i znikać (nosiła chusteczkę na zmianę z kapeluszem).

Sam pobyt był w cztery matki, z szóstką dzieci, w dwóch domkach. Co dzień wyprawa na plażę, która przypominała wielką karawanę. Torby, maty, wiaderka z łopatkami. Troje cholerników spacyfikowanych w spacerówkach, ale starsza trójka rozbiegała się, kłóciła, rzucała na stragany pragnąc upominków, lodów, hot-dogów. Na plażę docierałyśmy po ponad godzinie umęczone. „Jak im dobrze, wracają do domu, plaża zaliczona” komentowałam mijających nas ludzi, a druga z mam mi potakiwała.

Wiertek początkowo bała się piasku i wody, ale szybko się przyzwyczaiła. Morza i plaży nie cierpię, ale da radę wytrzymać, gdy robisz z maluchem babki z piasku, wbiegacie z piskiem do wody (ona po swoje malutkie kolana), albo skaczecie przez fale (ona na moich rękach). I tak odliczałam czas do momentu powrotu. Wiertek też fanką plażowania chyba nie jest, bo biegała po plaży, turlała po piasku, próbowała go jeść, albo wyciągała mnie na spacer. Opaliłyśmy się obie jak niemieccy turyści, czyli na czerwono (zbrązowiałyśmy), ale tylko ja w ciapki, bo zamiast gustownie leżeć, to biegałam za dzieckiem.

I tak dzień w dzień, bo przez cały tydzień nad polskim morzem była pogoda, a czego się nie robi by dziecko mogło zażyć morskiego klimatu. Wydawało mi się, że im bliżej wody tym klimat korzystniejszy i proszę mnie oszczędzić i nie wyprowadzać z błędu.

O wieczorach, próbach usypiania dziecka i hartowaniu się zrębów osobowości Wiertka pod postacią „buntu dwulatka” już inny wpis, bo ten wyszedł długi.

A dlaczego urlop z prokuratorami? Bo dwie z mam, to panie prokurator :)



23:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi