To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 31 sierpnia 2012
Łowicko

Powróciłam :)

Dziecko wysłane na weekend do ojca, opowiadania na konkurs poprawione i wysłane, więc mogę nadrobić blogowo.

Jakiś czas temu, w rozmowie ze znajomym o zwiedzaniu kraju wpadło mi do głowy, by zabrać dziecko, co któryś weekend na wycieczkę do jakiegoś fajnego miasta w Polsce. Przyszedł mi do głowy na pierwszy ogień Łowicz. W takim razie, dlaczego nie pojechać tam z nią na dłużej, w te wolne dni, które i tak spędzimy pod koniec sierpnia razem. Wolny pokój od razu się znalazł. Zaplanowałam 3-4 dni pobytu, bo i tak chyba ciężko tam zobaczyć coś więcej.

Łowicz blisko, więc w tonacji slow-life spałyśmy do 9.00, zebrałyśmy się leniwie, na stacji sprawdziłyśmy, który pociąg jest najbliższy i po godzinie podróży Inter Regio  dotarłyśmy do celu. Czyli na stację PKP. Co dalej? Hotel miał adres Stary Rynek, wydedukowałam więc, że musi się znajdować na Starym Rynku. Spytałam pierwszą napotkaną osobę, jak tam dotrzeć. Osoba, pod postacią pani, zafrasowała się, bo to daleko, a ja ze spacerówką, z walizą na kółkach. Przypomniało mi się twierdzenie Talesa: "Jeżeli ramiona kąta przecięte są prostymi równoległymi, to odcinki wyznaczone przez te proste na jednym ramieniu kąta, są proporcjonalne do odpowiednich odcinków na drugim ramieniu kąta". Jeśli jednym ramieniem jest Miasto, a drugim Łowicz to - dopytałam się panią ile mi to zajmie? 10, 15, 20 minut? 20 minut. Na Starym Rynku byłam po 10 minutach. Matematyka jednak się przydaje, nawet jeśli dziwacznie wykorzystana.

Ten pobyt z Wiertką wspominam bardzo fajnie. Tak pamiętam, że miałam już z nią nigdzie nie wyjeżdżać, ale to się zapomina szybciej niż bóle porodowe, połóg i depresję poporodową. Tym razem nigdzie nie biegała, nie znikała z pola wzroku. Za to niepokoiło mnie jej przywiązanie do spacerówki. Stała się integralną częścią jej ciała. Nogi - to przestarzałe! Gdy oddalałyśmy się gdzieś, to rozglądała się zaniepokojona i dopytywała, gdzie wózek. Za trzy dni do przedszkola, a moje dziecko odmawia z korzystania z kończyn dolnych...

Pobyt wyglądał tak, że odbywałam długie spacery pchając spacerówkę. Nie narzekam, bo po dupogodzinach w pracy bardzo mi się to przyda. Złaziłyśmy tak sporą część Łowicza, oglądając pomniki, kościoły (zatrważająca ilość na kilometr kwadratowy), parki, Bazylikę, Muzeum, mini skansen. Nad Bzurą natrafiłyśmy na przepiękne dwa place zabaw, które pochłonęły moje dziecko, mi dając sposobność do czytania powieści. Gdyby zapytać Wiertkę, co najbardziej podobało jej się w tej wycieczce, zapewne powiedziałaby, że "labaw", czyli plac zabaw.

Wiem też już, że Wiertka nie ma uczulenia na pszczeli jad. Jadła małego loda, odganiała natrętną pszczołę i nagle przybiegła do mnie z wrzaskiem, płaczem. Wtuliła się we mnie wbijając loda w moje włosy, a język w moje ramię. Nie zazdroszczę, ja kiedyś zostałam użądlona w gardło i prawie zeszłam z paniki. Co dopiero dostać w język…

Chciałam jeszcze zobaczyć Nieborów, Arkadię oraz skansen w Maurzycach. I tu okazało się, że nie mając auta, roweru jestem w kropce. PKSy kiedyś jeździły w tamte rejony, ale z braku chętnych zarzuciły to. Czekałam na jeden z nich, by dopytać się o to, ale jakoś nie dojechał. Ulotka informowała, że do skansenu jest kilometr od stacji Niedźwiady. Na tę wiadomość pani w recepcji przeraziła się, odradzała mi to, bo to niebezpieczna dla pieszych droga.

Ja jednak uparłam się i choćby się drzewa gięły miałam zamiar dotrzeć do tego cholernego skansenu, skoro Nieborów i Arkadia zostały mi odebrane. Gdyby w innych dziedzinach życia była taka zawzięta.

Jedna stacja PKP do przejechania. Wysiadłyśmy w środku jakby „niczego” – dookoła pola, w dali gdzieś domy, ani kas, ani rozkładu jazdy. Na szczęście obok stacji było jedno zabudowanie, a na podwórku ludzie. Pokierowali mnie we właściwym kierunku. Tak jak się spodziewałam zaraz wyszłyśmy na trasę szybkiego ruchu, upstrzoną znudzonymi tirami. I tak z kilometr. Mostek, wielki napis „Skansen” i strzałka kierująca… pod mostek, potem wydeptaną w trawie ścieżką do… zamkniętej na kłódkę bocznej furtki. Wylazłam ponownie na trasę szybkiego ruchu i poszłam dalej. Niedługo potem kolejny skręt. Skręt prowadził do hotelu i restauracji… To gdzie jest wejście do tego skansenu??? Znowu wyhaczyłam na horyzoncie jakiegoś człowieka, za ogrodzeniem hotelu. Okazało się, że pan pracuje w skansenie, mogę się dostać tu obok furteczką, a w ogóle to, dlaczego nie weszłam tamtą furtką? Zamknięta? Gdzie zamknięta?

Była 11:30 i byłyśmy pierwszymi i jedynymi gośćmi na tym terenie. Dziwne odczucie. Mogłam wszystko obejrzeć spokojnie, dokładnie, bez tłumów, przeciskania się. Jakbym była w wymarłej wsi, z której wojna wymiotła mieszkańców. Albo kosmici. Słońce, cisza, cykanie owadów i my dwie. Wiertka po obejrzeniu dwóch chat miała minę: „widziałam dwie, widziałam wszystkie”. Obawiała się także zostawić spacerówkę. Po obejrzeniu tych domostw widzę, że idea salonu z otwartą kuchnią, tak modna w najnowszym budownictwie, ma swoje szlachetne korzenie w XIX wiecznej wsi. Na terenie skansenu trwały prace renowacyjne, porządkowe, byli tu stali pracownicy. Dla odmiany czułam klimat cyrku w godzinach południowych, gdy na widziane rysy nakładasz w pamięci podkład, czerwony nos i dopiero widzisz klauna, albo tancerka na linie, siedząc na taborecie w podomce, przesuwa papierosa z lewej strony ust na prawą. Patrzyłam na coś, co jest pod powierzchnią, nie dla turysty.

Mała zasnęła, a ja na ławce, w cieniu drzewa, z kawą, czytałam książkę. Pobyt był też poświęcony przeredagowaniu opowiadania na konkurs, ale na to poświęciłam inną drzemkę dziecka, ma łowickim rynku. Przeczuwając częstotliwość pociągów zatrzymujących się na oddalonej o kilometr stacji skontaktowałam się z kimś, kto ma dostęp do Internetu, by dowiedzieć się, że najbliższe połączenie będzie za 2,5 godziny. W takim razie zjadłyśmy z Wiestką na miejscu obiad, jeszcze raz obejrzałyśmy niektóre miejsca. Pojawiła się wycieczka rodziców z dorosłymi dziećmi, która zafascynowała moje dziecko. Nie chciała oglądać chat, chciała oglądać ludzi (prawie cytat). Fajnie, tylko że to byli rodzice z dorosłymi niepełnosprawnymi intelektualnie dziećmi… Wierzę, że to ciekawość ludzi ogólnie kierowała moim dzieckiem. A potem to już łatwy powrót – choć idiotka z dzieckiem w spacerówce na poboczu ekspresówki, to ciekawe widowisko. A, boczna furteczka! Była otworzona, była! Trzeba tylko było odciągnąć skobel oraz odkręcić łańcuch z zamkniętą kłódka na końcu. Jak ja mogłam na to nie wpaść z tamtej strony!

Zastanawiałam się, czy jednak nie dostać się do tego Nieborowa-Arkadii taksówką (trasa 10 km), ale kierowca musiałby zdobyć dla mnie fotelik dziecięcy. Może wybiorę się kiedyś sama, albo pieszą wędrówką.

To tak w wielki skrócie.

22:34, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 sierpnia 2012
Sierpniowe skrawki

Zbiorczo, zaległe z ostatnich dni. Nic nie pisałam, bo niewiele się działo. W pracy robiłam cztery rzeczy jednocześnie, by zrobić jak najwięcej przed urlopem. Z czego jedna do skończenia do piątku, choćby się drzewa gięły. Z czego budżet nie wyrobiony i pod tyłkiem czuję swąd spalenizny. Wydanie w terminie zamknięte, budżet zrobiony. Po powrocie będę nadganiać, bo znowu terminy będą gonić, budżety zgrzytać luzami. Nie pasował mi ten urlop ani w lipcu, ani w sierpniu, ale ktoś musiał się zająć Wiertką na ostatnie dni wakacji. Na przełomie października i listopada powinnam mieć sporo wolnego czasu. I co z tego, skoro mój, usilnie poddający kontroli wszelkie przejawy radosnego życia, szef dopisał do Regulaminu Pracy punkt określający dozwoloną ilość dni urlopu do wzięcia i pomiędzy wrześniem a czerwcem wolno maksymalnie 2. Słownie: dwa. Dwadzieścia dwa. Paragraf 22.

Po pracy pisałam i przepisywałam opowiadanie na Festiwal Kryminału. Szukałam w szpargałach notatek pewnego tekstu, które wydawało mi się dobrym zaczynem do drugiego opowiadania. Z warsztatów, różnych spotkań literackich pozostało mi mnóstwo pozaczynanych tekstów i dopiero po latach trafiają one na swój temat, czas, pomysł. Tego, którego szukała nie odnalazłam. Trafiłam na dwa inne, jedno wydało mi się zbyt podobne do już napisanego, drugie przerobię. Przy okazji natrafiłam na mnóstwo ciekawych „trupów w szafie” i czytanie tego, przeglądanie zabrało trochę czasu. Nostalgicznie.

A potem wróciło z wakacji moje dziecko i stało się tak jakbym klasztoru benedyktynów trafiłam na imprezę techno party. Mój mózg znowu nie ogarnia intelektualnych doznań. Muszę przywyknąć.

Jutro wyjazd na kilka dni do Łowicza. Nie na rękę mi to, bo w pracy jednak zostało trochę rzeczy i mogłabym on-line mieć z nimi kontakt. W dodatku chcę opracować do końca te dwa opowiadania kryminalne. Trzeciego, od nowa nie dam rady. A chciałam z dzieckiem gdzieś pojechać, by wyrwać ją z Miasta  Myślałam nad tym by zabrać ze sobą laptopa z internetem mobilnym. Nie chce mi się jednak wlec ze sobą dodatkowego bagażu i bałabym się go zostawiać, bo to rzecz firmowa. W pracy przeżyją beze mnie. Pisać będę jak zwykle na kartce i jakoś spróbuję po powrocie szybko przepisać. Wracamy w czwartek, czas mam do piątku do północy.

Zraportuję jeszcze, że mam już odhaczony ptk 5 i 9 Listy Leniwej Lafiryndy. Byliśmy dziś z Byłym w sklepie, gdzie kupiłam, co trzeba, on to przewiózł, a potem złożył. Mam już szafkę na buty, stolik z krzesełkami dla małej. Nawet punkt 8 – światło w łazience jest tak jakby zaliczony, bo za namową kupiłam po prostu nowe oświetlenie. Trzeba to teraz zainstalować.



20:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2012
Powrót córki i pisarski "flow" :)

Stęskniłam się za dzieckiem :) Za to moją córeczką :) Nawet Były zadzwonił wczoraj rano, że mała się obudziła i pytała o mnie, marudziła. Jak bym nie chciała jeszcze przedłużyć sobie "urlopu odmacierzyńskiego", to dziecko już było stęsknione :)

Byłam z nimi umówiona po pracy w okolicach Centrum. Z daleka zobaczyłam, że Wiertka siedzi w ogródku kawiarni i... pokrzykuje coś na ludzi idących chodnikiem... Z bliska okazało się, że woła do ptaszków :) "Ptaszek sio!!! Ptaszek sio!!!". Mocno, mocno, mocno się do mnie naprzytulała :)

Zaś wczesnym wieczorem wykorzystałam, że dziecko zażyczyło sobie sporej porcji bajek na Mini Mini. Zamiast aktywizować ją twórczo, zabrałam się za pisanie opowiadania na Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Dowiedziałam się w sobotę, że ciągle zbierają teksty, a dead-line jest 31-go sierpnia. Wykorzystuję fakt, że mam jeszcze energię. I co najważniejsze - pomysł.

Pracy będzie więcej, bo piszę długopisem na kartce. Staroświeckie? Dobra forma, gdy ma się małe, wszędobylskie dziecko, a pisanie może być tylko "przy okazji". Kartkę i długopis można mieć na skraju kanapy, gdy dziecko ogląda bajkę (włączenie komputera skutkuje krzykiem o włączenie bajki tam lub puszczenie piosenek) lub na kiblu, gdy dziecko się kąpie i chce się mieć na niego oko, albo na placu zabaw, gdy na chwilę da się usiąść na ławce. Na kartce piszesz jadąc do pracy w tramwaju (siedząc oczywiście, na stojąco jeszcze taka dobra nie jestem), w pracy gdy dział IT grzebie ci w laptopie, w knajpce czekając na znajomych. Wyciąganie przy każdej z tych okazji laptopa udaje się chyba tylko najlepszym lanserom :)

Przepisując na komputerze robię drugą redakcję. Tyle, że teraz niestety czasu na to będzie bardzo mało. Kretynka, mogłam dwa tygodnie temu o tym sobie przypomnieć!

Z drugiej strony. I na co mi to? I tak, w efekcie okazuje się, że to co wysłałam było niedobre, wtórne, nieciekawe, za krótkie, za nie - cokolwiek. A ja gratuluję tych pożegnanych laurów koleżance. Ile takich prób będzie potrzeba by wreszcie dać sobie spokój i zrozumieć, że jestem co najwyżej sprawnym wyrobnikiem. Antonio Salieri.

16:15, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 sierpnia 2012
Urlop NieMatki

Piszę o urlopie NieMatki, bo wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że nie tylko ja tak postrzegam ten czas. Inne koleżanki posiadające dzieci także. Od ponad tygodnia Wiertka jest z tatą, ja mieszkam sama i choć chodzę do pracy na osiem dupogodzin, to czuję się... jak na urlopie. Jestem odprężona i wypoczęta :)

W sobotę podjechałam do sąsiadki po kilka ubranek, pochwaliłam się, że dziecko na wakacje wysłałam i coś tam grzebię w domu i usłyszałam:

- Wypoczywaj!

Mądra rada matki trzylatki dla innej matki trzylatki.

Już chciałam coś tłumaczyć i nagle przyszło na mnie - tak, chcę wypoczywać. Już nie układać, sortować, odhaczać. Chcę "nicnierobić". To być może ostatnie chwile. Sobotę spędziłam na czytaniu książki, ogarnięciu mieszkania (co tu sprzątać, jak jedynie kurz się zebrał :) ), drzemce :D Wieczorem pojechałam na wykład na temat mody lat 50tych i 60tych. Pomyślałam, że mam figurę idealną do New Looku Diora ;) - biodra dobre dla rozłożystych spódnic na sztywnych halkach, wąską talię. Zaś lata 60te to ja z figurą nastolatki. Tyle, że wtedy przejmowałam się swoją chudością i tuszowałam ją szeroki bluzami, swetrami, koszulami. Idiotka, dziś bym chętnie wróciła do BMI w okolicach 18 ;)

Potem piwo z dziewczynami i pogaduchy :)

Rzuciło mi się w oczy kilka wydarzeń kulturalnych w okolicy, na które można by pójść, ale dotarło do mnie, że bez dziecka, to tak jakoś... nie tak. Może zaczęłam ją wykorzystywać jako tarczę ochronną przy wejściu w nowe miejsce? "Ekhmm, ja tu na spacerze z dzieckiem, o widzę, że coś ciekawego" / "Dzień dobry, czy ktoś widział małą dziewczynkę, wyrwała mi się z rąk przede chwilą?" / "Słyszałam, że to coś dla dzieci, ooo ciekawe". Albo od tych spacerów z dzieckiem wpadłam w spacerofobię ;) Bo sama jak tu wyjść i łazić chodnikiem bez celu :D

W niedzielę jednak, po śniadaniu i lekturze książki doszłam do wniosku, że chcę się gdzieś ruszyć. Odpaliłam FB, sprawdziłam gdzie jest najbliższy spacer miejski. Zaczynał się za pół godziny całkiem niedaleko. Dopiłam kawę, ubrałam się i wyszłam. 3,5 godziny spacerowania i słuchania opowieści o Starej Pradze. W pięknym letnim słońcu. Dowlokłam się do domu nie mając już siły na pichcenie obiadu, więc kupiłam coś po drodze. A niezwykle ciężko jest kupić coś do jedzenia w mojej okolicy, w niedzielę po 15.00, co nie jest alkoholem.

Zjadłam i poszłam spać :)

Obudził mnie Były, któremu po 10 dniach kończą się już rodzicielskie baterie :D Wiertka nie chce nic jeść, marudzi, jęczy i buntuje się :) Butów nie chce założyć. Nie! Witaj w moim świecie ;) Zjeżdżają jutro do Miasta, więc zobaczę moją córeczkę :)

22:50, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 sierpnia 2012
LLL - ptk 6

To będzie ostatnim wpis o Liście Leniwej Lafiryndy, bo to już się nudne zacznie robić.

Prawie odfajkowałam punkt 8, bo próbowałam pojechać do sklepu i zakupić żarówkę do górnego światła w łazience. Żarówka wypaliła się wieku temu, a dokładnie z 1,5 roku temu... Nadal mam światło boczne przy lustrze, dość mocne, dające radę całemu pomieszczeniu, więc nie śpieszyłam się. O tym, że daje tylko połowicznie radę wiem, gdy umyję dziecku buzię, a potem zobaczę efekt w świetle dziennym już po wyjściu z domu. Inna niedogodność, to tłumaczenie gościom, gdzie mają sobie włączyć światło z komentarzem "Właśnie przepaliła mi się żarówka", ale jak ktoś odwiedzał mnie po raz któryś tłumaczenie stawało się dziwne. W bliskim supermarkecie takich żarówek nie było. Zebrałam się w końcu i wczoraj po pracy pojechałam do najbliższego marketu budowlanego. Tam były tylko takie z większą średnicą i podobne, ale z wypukłą nasadką. Pan z tego działu oświadczył, że innych od dawna nie ma. Cholera, czyżbym musiała zmienić kompletnie oświetlenie w łazience? Albo sfotografować przepaloną żarówkę i zrobić poszukiwanie poprzez FB :D Chodzi taką w kształcie koła z rurki, o średnicy około 20 cm.

Za to poszedł z listy punkt 7, czyli przesadzić kwiatek. Po pracy, któregoś dnia kupiłam doniczkę i z 10 kilo ziemi. Dracena deremeńska jest u mnie jakieś 7-8 lat i nie zmieniała doniczki na pewno ze trzy lata. Po przesadzeniu, nadal nie jest super, bo kwiatek ugina się pod swoim ciężarem, (z doniczką ma prawie 1,5 metra) wielka donica nie pomogła,  tyle, że kwiat już się nie przewraca razem z nią. Muszę znaleźć jakiś gustowny kijaszek do podtrzymania. Dopiero teraz przeczytałam info o tych kwiatkach w necie i już wiem, że przesadzać to w marcu i że drenaż zapomniałam dobrze rozłożyć. Ech. Do starej doniczki przesadziłam skrzydłokwiata, którego mam od trzech lat i dopiero teraz, gdy zaczął się robić dziwnie jasnobrązowy, przypomniałam sobie, że też nie był nigdy przesadzany. Po upchniętych korzeniach zobaczyłam, że był to ostatni moment.

Dygresja o kwiatkach. W domu jest jeszcze kaktus i do niedawna była orchidea, która po trzech latach odeszła do krainy śpiących kwiatów. Całkiem dobry zestaw, jak na kogoś, kto na kwiatach się nie zna. Trzy lata temu, urządzając parapetówki dostałam jakieś doniczkowe, ale zwiędły w ciągu kilku tygodni. I nie wiem, czy ja byłam fatalną gospodynią, czy sprzedaje się teraz takie "smutne jednorazówki". Z tamtych imprez przetrwał tylko skrzydłokwiat i do niedawna orchidea.

I dracena, i skrzydłokwiat stały od jakiegoś czasu w pokoju dziecięcym, bo tam udało się je ocalić przed dziecięcą ciekawością. Teraz podejmę próbę ustawienia ich w salono-sypialnio-gabinecie i nauczenia dziecka szacunku wobec przyrody.

Opiszę resztę LLL i już pewnie wracać nie będę:

Ptk 3 - Łóżeczko dziecka: czeka u koleżanki, po jej córce. Trzeba przywieźć samochodem. Wiem, że 2,5 latka powinna już spać sama.

Ptk 4 - Półki na książki: zamówiłam u znajomych, będzie ręczna robota :) Dotrą na początku września. A jaka będzie radość w ustawieniu wreszcie wszystkich książek (teraz, to co się nie zmieściło leży na regale, albo w pudłach), poukładaniu ich seriami wydawniczymi, gatunkami.

Ptk 5 - Półka na buty: dotąd te z innej pory roku są schowane w szafie, a aktualnej stoją ustawione przy wejściu. Jakbym nie walczyła, zawsze robi się z tego buciany bełt. Szafka wybrana, trzeba ją przywieźć i złożyć.

Ptk 8 - Żarówka w łazience: nie wiem...

Ptk 9 - Stoliczek, krzesełko, różne duperele do pokoju dziecka: wybrane w sklepie, trzeba przywieźć. Wiem, że karmienie 2,5 latki w krzesełku niemowlęcym to obciach, ale ona  ciągle się tam mieści i mnie jest wygodnie mieć jej twarz na poziomie swojej w czasie posiłków.

Gdybym była silną, dzielną kobietą, to bym wszystkie te rzeczy pojedyńczo pokupowała i dzień po dniu pozwoziła ze sklepu autobusem. Ale znane mi silne i dzielne kobiety zmarły na raka tuż przed 60tką, więc studzi to nieco mój zapał. Zapytałam telefonicznie Byłego, czy pomoże swoim samochodem. Pomoże. I ok.

17:34, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 sierpnia 2012
Starość jest piękna - nie tylko o manifeście

Będzie na końcu o manifeście Esther Villar :)

Bardzo zaległy wpis o czerwcowych zajęciach z Pisarką. Były ostatnie, poświęcone więc końcowemu etapowi drogi życia kobiety - staruszce. Żałuję bardzo, że zapomniałam wtedy o istnieniu manifestu!

Próbowałyśmy ustalić jakie cechy sprawiają, że można uznać kogoś za starego, że ktoś czuje się stary. Padła nawet iście skrajna teoria, że staruszek to ten, który ciągle biadoli jak to pieniędzy mu nie starcza, kurs euro rośnie i na raty kredytu nie ma. Bo to takie PRZYZIEMNE. Teorię wygłosiła eteryczna tancerka, więc litościwie zignoruję. Inaczej wszyscy jesteśmy starzy :D

Następnie - gdzie jest granica wiekowa, powyżej której można określić, że jest się starym. Padło 70 lat, a nawet 80 lat. I nagle pomyślałam - hola, hola, hola. Czy my nie wpadamy w jakąś parodię! Jak długo można być młodym? Jak długo można czuć się młodym? Jak długo można czuć się urażonym, że mówi się o nim stary?

Moje koleżanki 55+ o których czasem rzucam, że są stare i one się obruszają - przepraszam :)

Co jest złego w starości? Co jest złego byciu określanym stary? Chory, niepotrzebny, zużyty, zacofany, wyalienowany techniczne, brzydko pachnący, zrzędzący. Dlaczego to taki wstyd być starym? Dlaczego kobiety, które mówią o starzeniu się z godnością, na drugim wydechu chwalą się, że nikt nie daje im tyle lat, ile mają. Dlaczego to takie ważne, by wyglądać na mniej niż się ma. Jeśli w dodatku wygląda się tylko w swoich oczach, bo ci młodsi WIDZĄ.

Młodość to start, młodość to zaczynanie, młodość to błędy, zbieranie doświadczeń.

Czy pod takim hasłem zechce się podpisać ktoś 50-cio letni? A po cholerę?

Sama rok temu, przy okazji 35-tych urodzin, pisałam tu, że czuję się jeszcze taka młoda. Zastanowiłam się, czy gdyby ktoś teraz określił mnie "kobietą w średnim wieku", to byłoby źle? Nie. JESTEM KOBIETĄ W ŚREDNIM WIEKU. I jest mi z tym fajnie. Bo idzie za tym świadomość ciała, życia, każdej chwili, którą doświadczam. Coś, co młode dziewczyny dopiero czeka.

Kiedyś ludzie chcieli być jak najszybciej dorośli i dojrzali, bo dawało to ogromne przywileje społeczne, towarzyskie. Dlatego 20latki wyglądały jak 40latki. Dziś wszyscy chcą być jak najdłużej młodzi, bo daje to prawo do wytłumaczenia z  niedojrzałych decyzji w każdym wieku.

Pocieszam się, że społeczeństwo się starzeje. Za trzy dekady niemal wszyscy będziemy starzy :) Pogodzą się z tym media, producenci kosmetyków, programów tv, sprzętu domowego. A geriatria stanie się obleganą specjalizacją na medycynie ;) Jeśli dziś mam komuś polecić szukanie zawodu przyszłości, to chyba byłaby to opieka nad ludźmi starszymi, zarządzanie wspólnotami osób starszych. Bo jeśli nasze dzieci wylecą w świat i ciągle ich nie będzie, kuzynów nie będzie zbyt dużo, bo urodziliśmy się w pokoleniu 2+2 lub 2+1, małżeństwa rozpadają się, wolne związki jeszcze szybciej, a samotne mieszkanie jest smutne i ryzykowne - czy nie będzie ciekawym pomysłem zamieszkać w bloku, budynku, wielopokojowym mieszkaniu, komunie znajomych sobie staruszków? I wynająć firmę zajmującą się sprawami urzędowymi, administracyjnymi, opiekuńczymi :) Już dziś warto poszukać ludzi, z którymi zechce się przeżyć razem starość.

Moje dwie koleżanki, 55+, przyjaciółki od dzieciństwa, właśnie razem zamieszkały i życzę im wielu udanych lat takiej komuny :)

A na deser link do urywków "Starość jest piękna" Esther Villar. Na prawdę wbija w fotel :)

http://wyborcza.pl/1,76842,5976331,Starosc_jest_piekna__manifest_przeciwko_kultowi_mlodosci_.html?as=1&startsz=x

Cholera, nie potrafię wstawiać aktywnych linków. Młodsza też byłam niekompetentna technicznie :) Mam nadzieję, że czytający bloga dadzą sobie radę :)

14:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 sierpnia 2012
Środa za 5 zeta, czyli aż chce się zostać w kinie

Kino, niedaleko którego mieszkam, ma w środy seanse za 5 złotych. Oczywiście, nie chodzi o aktualne hity, ale filmy spoza bieżącej listy przebojów. Puszczają rzeczy, które jakiś czas temu zeszły z ekranu, albo może i nigdy na niego nie trafiły. Pomimo to, fajnie jest, za niewielkie pieniądze, posiedzieć sobie na sali kinowej. Czułam się jak na festiwalu filmowym :) A cały dzień miałam dla siebie, miło się było ruszyć z domu. Kino jest 20 minut spacerkiem od domu. Spacer po ciekawym filmie jest całkiem niezależnym rodzajem spaceru, bo człowiek czuje się jakby ciągle jeszcze był w tamtej historii.

Najpierw o 16.00 "Jazda", czyli czeskie kino drogi :) Fabuła nie nazbyt skomplikowana. Nieważne skąd i dokąd bohaterowie zmierzają. Nieważne co za sobą zostawili. Nieważne co ich czeka. Ważny jest ten aktualny dzień. Ten aktualnie spotkany człowiek. Fakt, film nie kończy się lekko, ale i tak wyszłam z kina uśmiechnięta. Cholera, chciałabym tak wsiąść w samochód, pojechać przed siebie i przez kilka dni tak po prostu pozwolić by wiatr poplątał moje włosy. Od czasów "Samotnych" bardzo lubię czeskie kino, a tu okazało się, że już 1994 roku potrafili podobnie kręcić :)

Film o 18.00 mnie nie zainteresował, więc skoczyłam do domu na kawę i kolację.

A o 20.00 norweskie "Happy, happy", obecne całkiem niedawno na ekranach kin. Równie lekko, zabawnie, a o poważnych sprawach. Dwa małżeństwa na dwóch zakrętach życiowych, które to zakręty zahaczają o siebie. Jedno wychodzi umocnione, drugie rozłączone ku satysfakcji obu stron. I zdrada nie zawsze bywa złem.

Nie napiszę niczego odkrywczego, ale w polskim kinie mamy albo komedie romantyczne, albo komedie silące się na kalki amerykańskich, albo rozdzierające dramaty. Nie potrafimy poważnego, ważnego problemu przedstawić tak by widz wyszedł z kina sam śmiejąc się ze swoich kłopotów.

16:03, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 sierpnia 2012
LLL - ptk 2

Punkt 2 Listy Leniwej Lafiryndy to kontynuacja porządkowania pokoju Wiertki.

Część ludzi ma takie wolne pokoje w domach, mieszkaniach, a w nowoczesnych apartamentowcach na przedmieściach nazywa się to elegancko "komórką lokatorską" :) Chodzi o pomieszczenie, w którym upycha się wszystkie te przedmioty, które teraz są niepotrzebne, ale lada moment trzeba będzie do nich sięgnąć, albo te których nie chce się taszczyć do genialnych pomieszczeń o nazwie piwnica lub garaż. Ja przez prawie trzy lata mieszkałam w kawalerce z doczepionymi 12 m kw komórki lokatorskiej z oknem ;)

Nadszedł czas by oddać to pomieszczenie dziecku. W sobotę zrobiłam już większość porządków, ale nie poprawiło to sytuacji. Czytelniku, jeśli się przeprowadzałeś, to pamiętasz zapewne to uczucie, gdy z pokoju wywleczono praktycznie wszystko, a podłoga nadal usłana jest jakimiś duperelami i wszystkie twierdzą, że są potrzebne. Taki obraz miałam przed sobą wczorajszego wieczoru. Metodycznie, zaczynając od jednego kąta pokoju, pełzałam metr kwadratowy po metrze kwadratowym i sortowałam to nieszczęście - kosz, moje, dziecka, "cholera wie". Kosz poszedł do zsypu, rzeczy dziecka zostały poukładane. Moje rzeczy, że ujmę to kalką językową, musiały dostać teraz nowe miejsce destynacji, by w dodatku nie rzucały się w oczy.

Po odkurzeniu pokoik wygląda nawet ładnie. Wreszcie rzuca się w oczy komoda i regalik z ubraniami dziecka :) Zostały w nim jeszcze - wielkie tekturowe pudło z książkami (półka na książki to inny punkt LLL), wielkie tekturowe pudło do zbierania odpadów plastikowych, szklanych i papierowych (segregacja śmieci) oraz mikrofalówka. Mikrofalówkę oddał mi ojciec, bo nie jej używa, a ja ją upchnęłam w pokoiku, bo nie miałam gdzie w kuchni postawić. Czy jeśli przez ostatnie lata nie odczułam potrzeby jej włączenia, jest sens ją zatrzymywać?

Nadal w moim salono-sypialnio-gabinecie jest spora ilość rzeczy Wiertki - sterta książeczek, pudełka z puzzlami, grami, misie, rozebrane lale ze stertą ich ubranek, koń na biegunach, stoliczek z tablicą do rysowania flamastrami, pudła klocków. I to są zabawki, którymi mała bawi się często, więc trudno mi jakieś wyrzucić. Część przeniosę do jej pokoju.

Wszystko to tak pięknie wygląda. Teraz. Do powrotu Wiertki, która natychmiast porozrzuca zabawki, rzuci misiami, rozsypie klocki, zburzy układ książeczek. I przewlecze wszystko ponownie do mojego salono-sypialnio-gabinetu :)

Dziś spada ciśnienie i poziom motywacji. Będę odpoczywać :) Szczególnie, że reszta punktów LLL wymaga pojechania do sklepu i dźwigania sporych gabarytów. Rozważam wykorzystanie Byłego, który znowu stał się posiadaczem samochodu.

15:01, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 12 sierpnia 2012
LLL - ptk 7

W tytule jest punkt siódmy. A czemuż to nie idę po kolei? Punkty pisałam tak jak mi przychodziło do głowy, a nie według ważności. A na pokój dziecka - ptk 2 i 3 - chwilowo patrzeć nie mogę :)

Wczorajszą noc spędziłam na babskiej imprezie - trzy prokuratorki, lesbijka i samotna matka. Brzmi jak tytuł pornosa ;) Spotkanie zostało zwołane by towarzyszyć jednej z nas w smutnym wieczorze. W ową sobotę jej ukochana, która niedawno opuściła ją po ośmiu latach wspólnego życia, brała ślub, będąc w dodatku z szóstym miesiącu ciąży. Biedna KK nie chciała być tego dnia sama. Towarzyszyłyśmy jej z winem :)

Ta jak obawiałam się, za wcześnie wyrwałam się z tymi rzeczami dziecięcymi. Przyszła mama była na tym spotkaniu - ma na razie niedobre wyniku usg genetycznego, dalej się bada i jest raczej zdecydowana zakończyć ciążę w przypadku złych wyników :( A to wyczekana, poprzedzona latami starań, badań, in vitro ciąża. Życie to głupia dziwka. Podłamało to inną, która dzieci nie planowała, zaszła w ciążę od pierwszego przypadkowego strzału i powiła zdrowe bliźnięta. Ona czuje, że los jest niesprawiedliwy.

W związku z tym niedzielę rozpoczęłam dopiero po 12.00 i byłam raczej taka... osłabiona :) Nic mi się nie chciało porządnego robić, ale przeplatałam czytanie książki z próbami porządkowania domu. Trochę posprzątałam, co jest rytmicznym punktem mojej listy. Cholera, co z tego, że wypucuję łazienkę, odkurzę, umyję podłogi, jak po kilku dniach ponownie  wszystko będzie wymagało czyszczenia :) Syzyfowa praca :)

Pogoda nie za piękna, ale miałam ochotę wyjść na świeże powietrze, na spacer. Spacer bez dziecka??? Dziwny pomysł. Co ja mam niby robić - iść przed siebie chodnikiem? Na zorganizowane spacery miejskie byłam zbyt osłabiona ;)

O! Balkon! Mogę poczytać na balkonie! I tu przechodzimy do ptk 7 - "Posprzątać balkon". Na szczęście mieszkam tak nisko, że nic na nim nie trzymam, z obawy przed kradzieżą. Jest puściutki. Za to, od zeszłego roku, cały czas wiszą na nim trzy długie donice wypełnione ziemią i kwiatami. Jak można się domyśleć ziemia jest zeschła na kamień, a kwiaty to badylki pokryte ususzonymi liśćmi i kwiatuszkami. O dawna, przy otwartych drzwiach balkonowym nawiewało mi to do pokoju. Dwa sezony z rzędu sadziłam na balkonie świeże kwiaty i cieszyłam oko. W tym roku uznałam, że prędzej zwymiotuję niż to zrobię. Wiosna  2012 nie była zdecydowanie moich czasem. Jak widać, nawet zeszłorocznych zwłok nie miałam energii wywalić. Teraz zgarnęłam to wszystko do worków, wywaliłam do zsypu, odkurzyłam balkon, doniczki i podstawki ładnie ułożyłam w kącie. Mogłam zrelaksować się z książką :)

19:13, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 sierpnia 2012
Akcja LLL - Lista Leniwa Lafiryndo - ptk 1

Wysłałam wczoraj dziecko na wakacje z ojcem. Teoretycznie ma być pod jego opieką dwa tygodnie, ale nie wiem ile z tego będą na wsi, a ile dni ja będę ja odbierać po pracy.

Chce wykorzystać ten czas,  na rzeczy, które od dawna powinny zostać zrobione. Tak pamiętam, w kwietniu też pisałam coś o tym, że mam sporo wolnego czasu i trzeba zrobić kilka rzeczy, a skończyło się na serwowaniu po necie. Teraz jednak spojrzałam dookoła siebie i poczułam się przytłoczona wdzierającymi się do gardła zabawkami, prowizorką wyzierającą z kątów. Czuję, że potrzebuję ładu dookoła siebie. Ład w domu, to ład w psychice. Chrzanię jak Perfekcyjna Pani domu ;) Jak nie teraz, to kiedy?

Zrobiłam listę - LLL. Lista Leniwa Lafiryndo. To ma mnie bardziej zmotywować :D Na razie punków jest osiem, ale mogą dochodzić nowe.

Dziś zaliczałam ptk 1, czyli posegregować zabawki, ubrania, akcesoria,  z których Wiertka już wyrosła. To pierwszy etap urządzania jej pokoju, który od dawna jest składzikiem na niepotrzebnie rzeczy, bo mała śpi ze mną, czyta ze mną, bawi się ze mną, więc wszystko związane z nią jest w moim salono-sypialnio-gabinecie.

Do jednych pudeł szły ubranka, do innych grzechotki, drobne zabawki, zabawki niemowlęce, wczesno dziecięce. Była wielka siatka pluszaków. Podostawałam dla dziecka od koleżanek mnóstwo zabawek po ich dzieciach. Było tego mnóstwo i niektórymi Wiertka nawet się chyba nie bawiła, nie byłaby w stanie tego przetworzyć. Wywlokłam nawet przewijak niemowlęcy, który ciągle tam jeszcze stał! Nie mam śrubokręta, więc do garażu zaniosłam go w takiej postaci. Bo wszystkie te pudła i siaty przeniosłam do garażu. W kilku rundkach. Czekają na jedną z moich znajomych, która po wielu latach starań, dzięki in vitro jest teraz w czwartym miesiącu. Zapewne z chęcią większość rzeczy zabierze, bo w kwestii oszczędzania bije rekordy. To typ, który przejedzie się autobusem po kilku supermarketach kupując w każdym tylko to co jest objęte obniżką. Boję się tylko, czy to nie za wczesny etap ciąży i czy nie zapeszę. Najwyżej przekażę jakiemuś domowi samotnej matki.

To tylko dwie godziny sortowania i latania, ale zmęczyło mnie. Pokój dziecięcy nadal wygląda nie za dobrze, ale nad tym popracuje już ptk 2 i 3 :) Jest tam już miejsce na zabawki, akcesoria, książeczki, gry, które zalegają mój s-s-g.

Właśnie przyszedł mi do głowy ptk 9 do LLL.

Czytający bloga, którzy z czasem dotrą do rozwinięć poszczególnych punktów zrozumieją dlaczego mogłam poczuć się przytłoczona.

Moja koleżanka czas pobytu dzieci na wakacjach wykorzystuje na pisanie książki, dzięki czemu stanie się znana i sławna. Ja - na porządkowanie. Nigdy nie będę znaną pisarką, ale co ja poradzę, że właśnie na to mam"flow" i muszę go chwytać ,bo taki zdarza się  u mnie raz na dekadę może.

18:35, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi