To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 30 sierpnia 2013
Trzypółki

Trzypółki. Tyle lat ma moje dziecko :) Tak odpowiada, gdy ktoś ją zapyta o wiek :)

Chodzi o to, że ma trzy i pół roku, ale tak przerobiła moją podpowiedź. Bo co ma biedne dziecko mówić. Nie, trzy lata, bo wygląda już na więcej, rocznikowo nie tak. Nie cztery lata także, bo jeszcze za wcześnie. Taki pech ludzi z końca roku. Ledwo jedne urodziny przeszły, a tu już Nowy Rok i nowy licznik bije. Dzieci z rocznika Wiertki to czterolatki, a ona ciągle jeszcze trzy i ileś tam.

Inna moja refleksja. Nigdy nie mogłam pojąć dlaczego wiek ludzi określa się nie rokiem w jaki weszli, ale ostatnimi urodzinami. Moja śp. ciotka ma na nagrobku 41 lat, choć dla mnie miała 42 lata (różnica pomiędzy śmiercią w marcu, a urodzinami w lipcu). Ja odkąd pamiętam z Nowym Rokiem dodawałam sobie rok do licznika. Wiem, kiedyś to nobilitowało. Rok dodawałam już sobie we wrześniu roku poprzedniego ;) Nawet teraz w styczniu mam już rok więcej i wkurzę się gdy ktoś na nagrobku wybije mi mniej. Mam tyle lat, ile mam i trudno. Zdaję sobie sprawę, że jako dziecku pierwszego kwartału od stycznia do urodzin niewiele mi brakowało.

A tu pechowo dziecko z grudnia ;)

A czy wy jesteście też "trzypółkami"? ;)

Wracając do powiedzonek Wiertki. Kiedyś, gdy coś jej tłumaczyłam:

- Mamo nie gadaj, głowa mi pęka od tego hałasu, gdy ty mówisz.

I nie ostatni raz tak powiedziała. Ciągle uczę się, że do czterolatka trzeba krótkimi, prostymi komendami i bez traktatu filozoficznego ;)

- Mamo popatrz, zamek!

Tak Wiertka woła gdy mijamy jakiś kościół... Laicko wychowywane dziecko agnostyczki. Na kościoły mówi zamki. Kiedyś tak wyparowała na przystanku autobusowym, gdy siedziałyśmy otoczone starszymi paniami, ale było spokojnie ;) Tylko jedna skomentowała z uśmiechem, że jej wnuczka to się modli przy każdej kapliczce, a ma dopiero trzy lata :)

20:52, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 sierpnia 2013
LLL ptk. 3

Nie będzie epickiej opowieści o ptk 3 Listy Leniwej Lafiryndy. Jak było wcześniej wspomniane - to sortowanie ubrań.

Myślałam wcześniej, że nie obędzie się bez scen, rozmyślań, kurczowego trzymania się szmat. Przecież jeszcze kiedyś mogę to założyć. Przecież moda wraca, nawet może tym razem nie jako cytat, ale dosłownie. Przecież moje dziecko może chcieć to kiedyś nosić, tak jak ja będąc nastolatką zakładałam na siebie różne dziwne zestawy sprzed dekad.

To jednak chyba nawyk z czasów, gdy ubrania się szyło, dziedziczyło, gdy nie było łatwo znaleźć w sklepie coś fajnego. I najważniejsza rzecz. Dotarło do mnie, że ja już nigdy tych ubrań nie założę. Moje ciało już nie będzie takie jak przed laty. To nie znaczy, że teraz jest złe. Jest inne. Jest delikatna kwestia stylu. Nie jestem zgredem, ale kobieta pod czterdziestkę nie założy łaszków z czasów licealno-studenckich. Dzidzia-piernik.

Efekt był taki, że sortowanie i układanie ubrań do szafek poszło błyskawicznie. Mam cztery worki ubrań do oddania, z czego jeden raczej do wyrzucenia. Tylko, kto to będzie dzisiaj nosił?

I zwolniły się półki dla ubrań Wiertki.

20:33, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 sierpnia 2013
Powykładowo-wnętrzarsko

Hurtem się rozpiszę.

Lepiej się czuję, wczoraj po pracy gimnastykowałam więc zwoje mózgowe. Najpierw trafiłam na jedno z wydarzeń Festiwalu Singera, wykład „Magia w tradycji żydowskiej. Amulety, zaklęcia, talizmany i uzdrowienia”, Tomasza Krakowskiego. Przyszłam, gdy spotkanie rozpoczynało się. Tłumy, sala zapełniona, korytarz zapełniony. Przysiadłam na podłodze koło toalety i wzięłam to jako słuchowisko :) Początkowo było ciężko, bo jestem wzrokowcem i gdy tylko słucham, to mam trudności ze skupieniem uwagi. Zaczęłam sobie robić notatki i to pomogło. Wyciągnęłam kilka anegdotek i historyjek. Fajne do zapamiętania.

Po godzinie zmieniłam lokal i trafiłam na kolejny z cyklu wykładów o warszawskiej Pradze. Miejsce już mi grzała sokramka :) Poprzednie spotkanie było poświęcone historii wioseczki, miasteczka, aż po wciągnięcie w granice samej Warszawy w XVIII wieku. Żałuję, że wtedy tylko słuchałam, bo wiele rzeczy ulatuje z pamięci. Dzisiejsza opowieść poświęcona była mieszkańcom Pragi w okresie Oświecenia - jak żyli, jakimi zawodami się trudnili, jaka była struktura społeczna. Sokramce szczególnie spodobało się na wykresie - duchowieństwo zaledwie 0,7% ;) Mnie uwiodło określenie ze spisu "posiadający sposób do życia", czyli zawód, pracę zarobkową :) Czyż nie brzmi to pięknie?

Niektóre spisy zawierały nie tylko nazwiska i członków rodziny mieszkańców, ale także prosty opis zabudowań (typu "rozpadająca się chatka, 2 izbowa, jedna izba nie zamieszkana"). Wykorzystano to w tworzeniu makiety dzielnicy, która będzie do obejrzenia już za ponad rok w Muzeum Warszawskiej Pragi (oby).

A potem do domu, gdzie przybywszy o 19:50 dowiedziałam się, że dziecko... właśnie zbudziło się po drzemce... Jej tata jej nie obudził, bo sam zasnął. O dziwo, mała zasnęła bez problemów przed 22.00.

Jeszcze trochę i przemeblowaniu. Zamieniłam miejscami moją rozkładaną narożną kanapę (w nowym miejscu jej narożność trochę gryzie, albo łamie schemat - jak kto chce) z regałem w stylu "polska Dynastia vel cygański król". Moje miejsce do spania było w punkcie pokoju, do którego świeże powietrze z okna docierało na końcu, albo wcale. Szczególnie zimą było to dokuczliwe. Do tego stało dokładnie na wprost wejścia z korytarza. Podobno "fengszuja" tego nie zaleca. Nie wiem, ja nie czułam się z tym dobrze - leżysz przed snem na boku i gapisz się na korytarz i drzwi do łazienki. A jak drzwi zamkniesz, to jest duszno. Bardziej kłopotliwe było to, że na przeciw było okno, I piętro, przede mną skrzydło bloku i kilkunastu sąsiadów miało wgląd na moje nocne przygotowania.

Teraz łóżko jest w ciągu powietrza biegnącym z okna pokoju do okna w kuchni. Nikt się na nie gapi, bo z tamtej strony osiedla nie ma budynków. Zasypiając patrzę na regał "polska Dynastia vel cygański król". Ma to drobne minusy - nie zobaczę, że ktoś włamuje się na mój balkon (jakbym marzyła o takim widoku) i leżąc znudzona obok zasypiającego dziecka bawiłam się w przyglądanie się oknom sąsiadów i wymyślanie historii. Co można wymyśleć patrząc na regał "polska Dynastia vel cygański król"?

A cieków wodnych chyba nie ma :)

15:05, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Poweekendowo

Jeszcze chwilę pozwolę sobie pojęczeć.

Za sobą mam okropny weekend. Dopadła mnie mieszanina przeziębienia, alergii, okresu oraz zmęczenia. Miałam to przez większość tygodnia, ale eksplodowało w sobotę i niedzielę. Ból głowy, cieknący nos, kaszel, swędzące oczy, otępienie. I rozdrażnienie jako wisienka na torcie. Z Wiertką miałyśmy relacje napięte, bo co z tego, że chciała mi pomagać układać książki na półkach, gdy miały stać wg jej klucza, nie mojego. Wycie i histeria. Poszłyśmy na spacer i zakupy. Świeciło słońce, a moje dziecko jest wampiryczne - nie lubi słońca. Odmówiła ruszenia się miejsca jeśli czegoś z owym słońcem nie zrobię. Wycie i histeria. Dociągnęłam ją pod schody prowadzące do galerii sklepów i pobiegłam do spożywczaka zostawiając tam. Siedzenie na schodach, w słońcu, jakoś jej nie przeszkadzało.

Przed wyjściem z domu walnęłam dwie kawy i one pomogły. Pomogło też wygrzanie na słońcu. I niestety, pomogło też oddalenie od mieszkania, gdzie tkwi źródło mojego fatalnego samopoczucia. Na placu zabaw, przez kilka godzin Wiertka bawiła się z dziećmi, a ja dochodziłam do siebie gadając z innymi matkami. Wróciłyśmy do domu dobrze się obie czując. Nawet sporo zrobiłam w mieszkaniu, jeśli chodzi o porządki.

Wieczór, próby zaśnięcia, kiepski sen. Jak okno zamknę, to mam zawalony nos i duszę się. Jak otworzę, to mam ataki kaszlu. Jakiś obłęd. Specjalnie przemeblowałam pokój, by mieć bliżej do okna i świeże powietrze. A tu się okazuje, że śpię w przeciągu. O nowej fengszui jeszcze będzie :)

W niedzielę miałyśmy zaproszenie na obiad do mojej przyjaciółki. Znowu czułam się fatalnie, ale wiedziałam, że warto wyjść z tego domu. Miałam zakupić piwo dla obecnych na obiedzie, ale bałam się to zrobić. Wyglądałam już drugi dzień jak osoba w długim ciągu alkoholowym, która koniecznie musi się zaraz uwalić czymś mocnym. Blada, słaniająca się nogach, z cienkimi oczkami. A jeszcze z małym dzieckiem u boku ;)

Jak się spodziewałam świeże podmiejskie powietrze, słońce, kawa oraz brak mojego mieszkania w dwie godziny postawiły mnie na nogi. Poszłam nawet po piwo dla wszystkich ;)

Dziś, na szczęście, był pierwszy od niemal tygodnia poranek, gdy obudziłam się jako normalna osoba. Bez kichania, siąpania, kaszlu, drapania oczu. Zobaczymy.

Rozwiązania są trzy:

- coś zaczęło alergizować w przyrodzie, gdzieś przy moim bloku (tak robią brzozy wiosną, których na osiedlu jest sporo)

- pomysł by sypiać w świeżo pomalowanym pokoju był z gruntu głupi; farba wysychała kompletnie przez kilka dni i w tym czasie dawała kopa mojej głowie;

- mam alergię na świnkę morską i nieważne, że miałam już jedną przez kilka lat w młodości;

A przeziębiłam się niezależnie, co zdarza się przy ostatnich spadkach temperatur.

Dziś czuję się lepiej, więc stawiam na farbę. Wolałabym nie szukać nowego domu dla Edka.

Była jeszcze czwarta możliwość - przestawiłam łóżko w miejsce jakiś cieków wodnych, albo cholera wie czego. Ale przyjaciółka rzuciła okiem na schemat umeblowania i powiedziała, że właśnie teraz mam łóżko dobrze ustawione :) W innym wpisie o tym będzie :)

14:56, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 sierpnia 2013
Lista Leniwej Lafiryndy A.D. 2013

Miało być o tegorocznej LLL, ale będzie nie do końca. Bo rzeczy jakie miałam do zrobienia w czasie dwutygodniowej nieobecności dziecka są do ogarnięcia:

1. Odświeżyć duży pokój (a wcześniej wynieść wszystkie rzeczy z szafek i półek)

2. Przemeblować duży pokój.

3. Posortować ubrania i wynieść / oddać te nieużywane

4. Posortować i zarchiwizować dokumenty, karteluszki, materiały.

5. Przywrócić ład w szafkach z "pierdułkami".

6. Posortować i wyrzucić / oddać stare zabawki i książeczki Wiertki.

Miałam się szerzej rozpisać na temat każdego z tych punktów. W każdym razie w poniedziałek i wtorek dwa pierwsze punkty zostały zrobione rękoma mojego taty (z wyjątkiem wynoszenia rzeczy, oczywiście). Zwróciłam mu za materiały i trochę za pracę. Niestety, o wiele za mało.

Nadal mam puste pułki i szafki, a wszystko zawala mały pokój, kuchnię i korytarz.

Wczoraj do wściekłości doprowadził mnie Były. Zadzwonił i oświadczył, że dzieckiem nigdzie nie wyjeżdża, bo go nie stać. Znalazł jej prywatne przedszkole w ciągu dnia, a spać będzie u mnie. Jak widać, jego kontakt z dzieckiem ma się ograniczyć do zapłaty za przedszkole i przywożenia / odwożenia ją tam. Dobrze, że byłam do wczoraj sama w biurowym pokoju, bo się po prostu popłakałam ze zmęczenia i bezsilności.

Ostatnie dni to koniec cyklu i pierwszy dzień nowego, dużo intensywnej pracy w biurze, ogarnianie rzeczy z malowaniem. Jestem po prostu umęczona. Po pracy padam jak kłoda na łóżko i leżę ponad godzinę. Tęsknię za dzieckiem, ale cieszyłam się - kurwa, kurwa, kurwa - cały rok na te dwa tygodnie dla siebie. Czy ja jestem złą matką?

W dodatku jestem wściekła na to, że całe lato dziecko spędziło w śmierdzącym mieście. Gdyby ta menda powiedziała to wcześniej, a nie zmieniała zdanie w ostatniej chwili, to załatwiłabym nam dwóm jakąś agroturystykę na kilka dni. A tak, blokowisko i wakacyjne przedszkola.

A jeszcze dziś w nocy Wiertka nie spała 4.00-6.00, kręciła się, gadała. Jestem nie wyspana i zmęczona. Kazałam ja przywieźć o 20.00. Niech posiedzi trochę w ojcem. Chcę wywalczyć, by tak było do końca następnego tygodnia. O weekendzie dla siebie nie mam co marzyć.

Nie dopytywałam się o prąd, bo wczoraj Były jeszcze wyjawił, że odcięto mu prąd. Bo nie płacił rachunków. Bo nie przysyłali ponagleń, a zawsze przysyłają. Niby przysyłali, ale listem zwykłym i list się zgubił. On potrzebuje "asystenta rodziny" jak osoby z Zespołem Downa albo autyzmem. Na prąd ma w mieszkaniu wszystko, kuchnie też, ale w tym budynku przyłączają ponownie chyba szybko, bo to komunałka teraz.

Jako udekorowanie wszystkiego - po ponownym przyłączeniu komputera i routera okazało się, że internet nie działa. A w końcu i komputer ostatecznie padł. Nie stać mnie na nowy na raty, dotąd zarabiałam dokładnie tyle, ile wydaje w trybie mocno oszczędnościowym, teraz w najgorszym rozrachunku zarobię tylko na opłaty. Tylko dlatego, nie pobiłam Byłego, bo ktoś musi mi truchło reaktywować.

W najbliższym czasie rozpiszę się trochę o LLL, którą będę robiła chyba w obecności dziecka. Z wyjątkiem punktu dotyczącego jej rzeczy, bo żaden 4latek nie rozstanie się z zabawką, nawet niemowlęcą, bez płaczu.

09:01, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Preludium do LLL

Komputer mi się gotuje. To chyba taki czas na komputery, szczególnie te kilkuletnie. Sokramka ma podobnie :) Piszę i co jakiś czas sprawdzam temperaturę, a jak znowu zacznie się unosić zapach jak z podkładów kolejowych, tylko bardziej - to wyłączę go na jakiś czas. Lubię zapach podkładów kolejowych, ale na stacji PKP.

W pracy pracy od cholery i jestem mile zaskoczona, że tylko z 1/3 musiałam przerzucić na następny dzień. A nowi klienci i własny prezes ciągle dorzuca mi nowe zajęcie. A co tam. Prowadzę rozmowy rekrutacyjne, ale o tym może kiedy indziej.

Dziś rozpoczęłam mój urlop NieMatki. Dziecko pojechało do ojca. Ustaliliśmy, że w niedzielę już ją zabierze, ale jak zwykle musiał bardzo, bardzo - że pożyczę od córki - pracować. Lista Leniwej Lafiryndy powstaje, proszę o cierpliwość. Za to, tak na początku lata, spojrzałam na ściany pokoju, kilka grafik autorstwa mojego dziecka silnie inspirowanych malarskim nurtem trzylatków i pomyślałam, że trzeba by ten pokój jakoś odświeżyć. Pilnowałam dziecka, wierzcie czasem wystarczy sekunda. Pomyślałam i żałuję. W niedzielę znajoma w czasie krótkiego spotkania w teatrzyku dziecięcym rzuciła speszona "My siedem lat mieszkamy, a teraz słyszę od ciebie, że ty już po czterech chcesz odświeżać". Się wyrwałam. Ale ona chyba nie miała białych ścian. I jej dziecko dopiero zaczyna się realizować artystycznie.

Malowania dużego pokoju nie wciągam na LLL, bo robię to jutro rękoma mojego taty. Komputer chłodny. Za to trzeba było opróżnić półki z książkami oraz szafki. Niestety, jestem na drugim krańcu kontinuum minimalizmu. Wczoraj, przy pomocy Wiertki, upchnęłam kilkaset książek w kilka gustownych słupków w kuchni. Dziś biegałam z pokoju do pokoju z naręczami ubrań, ładowałam dokumenty i papierzyska do worków. To nie koniec. Potem niczym chińska chłopka, zgięta w pół czyściłam podłogę i półki z pierdułek, drobnostek, z którym nie wiadomo co do cholery zrobić, ale są ważne. Mniejszy pokój jest cały zapełniony rzeczami, głównie ubraniami. Z trudem wyrąbię w tym miejsce na materac, bo łóżko dziecka też jest zawalone. Planowałam tam jutro nocować, ale w otoczeniu tylu ubrań będzie zdolna do snu jedynie Carrie Bradshaw. Nie wiem, co jutro zrobię. Komputer chłodny.

Najtrudniejsze dopiero mnie czeka i z tym będzie związana Lista Leniwej Lafirydny. Już można się domyśleć o co chodzi.

Zasiadłam w moim ascetycznym pokoju, w otoczeniu pustych półek, pustego biurka, pustego stołu. I podoba mi się to, co widzę. Tak jasno i przestronnie. Jak z tych artykułów o super urządzonych wnętrzach w prasie kobiecej z wyższej półki. Rezygnacja z posiadania książek daje "disagnerską"klasę. Albo trzeba mieć jeden pokój więcej na biblioteczkę. Może pozbyć się dziecka?

A propos dzieci. Nie wystarczyło jedno, to drugie z klatką wzięła. Edek dostał marchewkę, dostał ziarenka, dropsy dla świnek dostał (mąka pszenna, cukier + barwniki, co za cholerny skandal). A i tak, gdy otworzyłam lodówkę zaczął popiskiwać. Wiadomo, że jestem mało odporna na piski i płacze. Dostał te swoje skórki z ogórka. Kto w tym domu tyle ogórka teraz zje? Dziecko na wakacjach. Komputer chłodny.

A propos dzieci. Były chciał wziąć mnie niemal podstępem. Podejrzewałam, że w tym tygodniu wyjadą na wieś, a w następnym będzie chciał mi ją podrzucać na popołudnia. W końcu w ciągu dnia zapewnia opiekę. Jednak nie. "Ekskursja" będzie za tydzień. Teraz wpadł na pomysł, że w ciągu dnia zapłaci za klubik dziecięcy, będzie jeszcze bardzo, bardzo pracować w ciągu dnia, wieczorem pobawi się z dzieckiem, a na noc podrzuci do mnie. Ha! A ja tu z malowaniem pokoju wyskoczyłam. Raz zemściło się na nim, że wszytko ustala w ostatniej chwili i o niczym nie mówi z wyprzedzeniem.

Komputer chłodny. Nie mam pojęcia o co mu chodzi. Być może to jeszcze nie ten czas by wyrwać nowego faceta na zepsuty komputer.

22:10, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 sierpnia 2013
Jak pies z kotem

Wczoraj byłyśmy z Wiertka na wycieczce statkiem po warszawskiej Wiśle. Towarzyszyła nam moja forumowa znajoma (jakieś 8-9 lat temu zakładałyśmy razem pewne forum towarzyskie) i jej dwie córki. Młodsza to prawie rówieśnica mojej - cztery miesiące starsza. Już kiedyś zetknięcie obu dziewczynek opisałam - było iskrzące i burzliwe. Okazało się, że to nie był jednostkowy przypadek. One po prostu tak na siebie działają. Na pokładzie statku szybko weszły w słowną utarczkę i Wiertka szybko dokonała zapłonu i przywaliła towarzyszce. Było mi z tego powodu strasznie głupio. Tamta się popłakała, odwołała zaproszenie na przyjęcie urodzinowe (było dzisiaj). Teraz to Wiertka płakała. Rejs trwał półtorej godziny i zdarzyły się jeszcze ze dwie sprzeczki. Tym razem trzymałyśmy dzieci przy sobie, tłumaczyłyśmy i obyło się bez rękoczynów.

Po rejsie siedziałyśmy sobie trochę na plaży. Koleżanka kończy właśnie swoje długoletnie małżeństwo i chce pogadać jak to dawać sobie radę z dziećmi. Dzieciaki bawiły się w piasku. I znowu. L zrobiła sobie specjalny korytarz, a Wiertka zasypała jej go nie zwracając uwagi na płacz towarzyszki i moje wołania. Nie wiem, co się dzieje z tym moim dzieckiem. Na moje uwagi i tłumaczenia powtarza butnie "Właśnie będę bić. Właśnie będę się kłócić".

Dobra. Konflikt kolejny zażegnany. L na pożegnanie powiedziała mojej córce, że jej wybacza i dalej zaprasza na urodziny.

Dziś było przyjęcie urodzinowe i sytuacja powtórzyła się. Niekoniecznie jako cytat. Okazało się, że L na swoim terenie jest takim samym diablęciem jak moja córka i niepotrzebnie wczoraj było mi przykro. Obecna była jeszcze jedna dziewczynka, koleżanka z przedszkola solenizantki. Bardzo spokojne dziecko. Bufor, jak się okazało.

Przez półtorej godziny było na prawdę ok, choć ja i E strzygłyśmy uszami nasłuchując, czy z pokoju dzieci nie dobiegają wrzaski i płacze. Rekord. Potem Wiertka coś niechcący przesunęła i to L dokonała szybkiego zapłonu waląc ją, oraz wypraszając z przyjęcia. Konflikt zażegnałyśmy. Zabawa wróciła.

Trzeba było jeszcze wyprowadzić na spacer psa. Wzięła go gospodyni, L chciała dołączyć do mamy, do niej chciała dołączyć trzecia dziewczynka, dziewczynka nie chciała się jednak ruszyć bez swojej mamy, spytały jeszcze Wiertkę, czy chce dołączyć. Mała poszła, ale nie miała nic przeciw, że jej mamy nie ma, czyli mnie. Ja za późno się połapałam, że też przecież mogłabym iść na spacer, jakieś zaćmienie mnie ogarnęło. I tak została sama w domu z prawie już byłym panem domu, bo gospodarze rozwodzą się w sposób kulturalny i tata był obecny na kinderbalu dziecka. Dziwna sytuacja, ale jakoś zabiliśmy czas rozmową. Towarzyszyła nam jako przyzwoitka starsza z córek E.

Towarzystwo wróciło ze spaceru. Mamy nie podzieliły się szczegółami, ale w plenerze też wybuchła awantura pomiędzy L a Wiertką, która aż doprowadziła prawie do płaczu trzecią dziewczynkę. O rany boskie.

Nie koniec. Dziewczynki ponownie fajnie się razem bawiły, aż nie zaczęły grać na małym pianinku i zawiązała się frakcja L + jej koleżanka przeciw Wiertce. Znowu płacz, rozpacz. Robiło się późno, ale przykro mi było zabierać dziecko w takim momencie, gdy zostało odrzucone. Na szczęście gospodyni zabrała córkę by przejrzały prezenty. Wiertka i trzecia dziewczynka spokojnie bawiły się razem. Atmosfera się rozładowała, uspokoiła. Na koniec już w sześć - trzy pary córka-mama przeglądałyśmy razem książeczki i wieczór zakończył się miło.

Nigdy nie widziałam, żeby pomiędzy dwojgiem istot tak iskrzyło. Dziewczęca wersja "Władcy Much". E skomentowała, że praca negocjatora policyjnego rozmawiającego z mordercami, porywaczami i terrorystami, to nic w porównaniu z dyskusjami jakie odbywa rodzic czterolatka.

22:16, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 sierpnia 2013
Nowy członek rodziny

W naszej rodzinie pojawił się nowy członek. Tym razem na prawdę :)

Zastanawiałam się, zastanawiałam i jak to zwykle bywa życie samo rozwiązało dylemat. Na profilu FB starszej siostry Małej pojawiło się zdjęcie z pytaniem. Napisałam, że się zastanowię, ale co tu się zastanawiać. Nowy pojawił się na świecie 26 czerwca i czas był najwyższy by znalazł nowy dom. Przez pierwszy dzień Wiertka mówiła, że to Młoda urodziła jej Edka :) Bo Nowy tak dostał na imię. Miał być George vel Georgie, bo tak się teraz nazywa Royal Baby, ale Wiertka nie była w stanie tego wymówić. Za to Edka sama wymyśliła - tzn. Ede, bo ma fazę na dziwne, bajkowe nazwy. Też po królewsku.

Czas wyjaśnić, że Edek to świnka morska efekt romansu dwóch sztuk, które posiada rodzeństwo przyrodnie mojej córki. Jest u nas półtora tygodnia. Przez pierwsze dwa dni nie wychylał głowy z domku. Teraz wędruje po klatce, ale nadal zmyka jak nas widzi. Na mój widok jest już odrobinę śmielszy. Wiertka żali się, że jej nie lubi. Tłumaczę, że powinna mówić do niego, siadać obok klatki, bo jest nieśmiały. Zobaczymy. Stereotypowo sądzi się, że świnka morska to takie coś co żre marchewki, wydala bobki i niewiele z niej korzyści. Miałam jedną przez siedem lat, więc wiem, że to może być społeczne, przywiązane stworzenie, które uwielbia głaskanie i pogaduchy. Czekam, aż Edek wejdzie w tą fazę. Wiertka ma mniej cierpliwości. Powinnam była zapewne sprawić jej bardziej kontaktowe i destrukcyjne zwierze.

Ale sama już widzę, że jestem leniwym dorosłym. Świnka morska niewiele pracy wymaga. Mijam ją, czasami coś zagadam i tyle. Żadnych spacerów, ogarniania zniszczeń. Czyszczenie klatki co 2-3 dni to żaden problem. Robimy to we dwie z Wiertką - ja zbieram do śmieci brudy, wycieram klatkę, ona wysypuje trociny, dosypuje jedzenia, moja działka to sianko i wsadzenie Edka. Mam nadzieję, że ten rytuał i obowiązki wejdą mojemu dziecku w krew.

Muszę jeszcze znaleźć Edkowi lepsze miejsce. Jego klatka stoi na razie w przedpokoju, na poziomie naszych stóp. Jednak w czasie ostatnich upałów, to było najmniej nasłonecznione i naprażone miejsce w mieszkaniu. Nie chciałam, po powrocie z pracy znaleźć zwłok.

23:22, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 13 sierpnia 2013
Sałatka pracownicza - rekrutacyjnie

Na dwa dni przed moim urlopem jedna z dziewczyn z "mojego działu" (nie wiem, czy powinnam określać go jako mój) powiedziała, że dostała pracę u rodziny w Londynie i w połowie sierpnia wyjeżdża. Nie chciała zostawiać nas tak z dnia na dzień, więc została jeszcze ten tydzień, gdy mnie nie było.

Teoretycznie we dwie możemy się teraz spiąć ze sprawami, ale podobno we wrześniu mają nam dorzucić o wiele więcej. Prezes więc dał nowe ogłoszenie, którego kilku słowną treść tym razem ja ułożyłam - by odsiać 80% aplikacji. Może to treść, może to okres wakacyjny (kto szuka roboty w sierpniu), ale przyszło tylko niecałe 100 CV. Przeglądałam je sobie spokojnie na urlopie, bo to akurat - gdy nie ma presji czasu, rzecz przyjemna. Wybrałam kilka osób i pozapraszałam na jutro i na poniedziałek. Jeszcze wczoraj bałam się, że się szybko nie wygrzebię z zaległych spraw i nie będę miała czasu na tę rekrutację. Bo szukanie nowej osoby swoją drogą, a wyniki działu swoją drogą. Ale poszło sprawnie.

Wczoraj, jak wróciłam z urlopu, dowiedziałam się, od dziewczyny, która została, że potrzebuje wolnej środy. W piątek ma ślub, więc liczyłam się z tym. I tak załatwiała wszystko nie ruszając się z pracy. Okazało się, że chce wolny także prawie cały przyszły tydzień, bo dostała w prezencie ślubnym wycieczkę. Patowa sytuacja, bo jak tu być korpo suką w obliczu takich rzeczy? Puściłam ją. Tak, bo to ja mam decydować, czy wolno im mieć wolny dzień.

I tak od jutra zostałam sama, z rekrutacją w toku i sprawami prawie trzech osób. Szczęściem w nieszczęściu w sierpniu ten projekt sprzedażowy siadł i pracy jest niewiele. Handlowcy pomogą. Dobrze, że w przyszłym tygodniu Wiertki nie ma w domu. W razie czego będę mogła siedzieć w pracy, tyle ile potrzeba.

Nieszczęście w szczęściu, że pracy o wiele mniej, bo prezes odpowiedzialny za sprawy finansowe i sprzedażowe ma kamienną twarz pokerzysty, ale aż wibruje dookoła niego z napięcia. Gdy byłam na urlopie poprosił mnie mailem o podsumowanie sprzedaży za lipiec. Natychmiast. Wiedząc, że jestem, z dzieckiem w domu. Uprzejmie go o tym poinformowałam, dodając, że raport może być w poniedziałek do 10.00, a jak natychmiast, to przyjadę z dzieckiem do biura. Mogłam na poniedziałek. Teraz też tworzę kolejny raport. Bardzo kreatywny, bo ma pokazać, że mój pokój jest rentowny, nie generuje tylko kosztów i nie spędzamy czasu głównie na dyskusjach o kosmetykach. Bo to ja jestem buforem pomiędzy osobami tu pracującymi, a prezesem. Ja się tłumaczę, dlaczego sprzedaż siada. Po tylu latach w branży powinnam być już otrzaskana.

I znowu ta cholerna rentowność. Udowadnianie, że jestem opłacalna. Dlaczego nauczycielka nie musi pokazywać swojej rentowności? Albo informatyk? Albo pielęgniarka? Nikt im nie pokazuje tabel, ile pieniędzy mają przynieść, by inni mieli zatrudnienie. Po prostu przychodzą i wykonują swoją pracę. Wiem, wiem, że oni też są rozliczani, ale z czegoś innego. Bo czyż łódzkim włókniarkom rentowności nie pokazały drobne, chińskie rączki? Czyż Bangladesz z jego fabrykami, to nie symbol rentowności?

20:42, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Sałatka pracownicza

Jeden z prezesów, tak jak się kiedyś dopytywał, tak zrzucił na mnie część pracy kadrowej. Jest od tego biuro "na zewnątrz", ale część trzeba robić na miejscu. Przed urlopem organizowałam już szkolenie BHP dla nowych pracowników, czyli kontaktowałam się z trenerką, robiłam dla niej listę uczestników (co wymagało przekopania się przez dokumenty, segregatory, które miałam pierwszy raz w ręku), obdzwaniałam ich (niemal wszyscy są mobilni i ciągle w drodze). Z racji ich zawodowych obowiązków trzeba było spotkanie robić o... 7.00 rano, a wg szefów mamy zadaniowy czas pracy, czyli - jeśli trzeba przyjść wcześniej, zostać dłużej. Jeśli trzeba wyjść wcześniej, to niekoniecznie.

A ostatniego dnia przed urlopem zastałam kilka grubych segregatorów na moim biurku, z krótkim opisem co, gdzie trzeba. 90% odłożyłam od razu, bo opisane były jako "do końca sierpnia". Dokumenty powypadkowe jednego z dostawców były "na wczoraj". Pani do BHP telefonicznie, choć już na urlopie krótko mnie popilotowała.

Swoją drogą miałam do zrobienia zwyczajne sprawy, a że zaraz urlop, do nie do przełożenia. W dodatku z większości tygodnia, by nie zwalać pracy na dziewczyny. Wpadali stali klienci, których trzeba było utrzymać, aneksy do umów. To był jakiś obłęd. Koniec dnia pracy zbliżał się, a ja się nie mogłam z tego odkopać. W którymś momencie zaczęłam się bać, że coś uwalę, bo robiłam już jak automat. Mój tata został z Wiertką trochę dłużej, ale i tak małą część rzeczy - głównie windykacja - oddałam koledze z innego działu, bez opisu, w formie listy, z nadzieją, że się szybko połapie.

Dzisiaj jechałam do pracy pełna obaw, ile tym razem zwali się na głowę, bo ten tydzień tylko trzydniowy, co oznacza, że pięć dni trzeba w tym zmieścić. Było tego sporo, ale na szczęście szło sprawniej niż tydzień temu. Poniedziałki, wtorki, czasem środy są najgorsze - najwięcej pracy. Im bliżej końca tygodnia, tym spokojniej.

Ale to nie koniec mojej pracowniczej gonitwy chomika na karuzeli. Jednak by zachować jakiś suspens, opiszę to jutro :)

20:15, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi