To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2014
Pod osłona wróżek

Z opóźnieniem, ale wstawiam zdjęcie z pokoju Wiertki. Kolory sama wybierała, bohaterki na ścianę także. Ona pokazywała, gdzie co wklejać, ja naklejałam :) To róg pokoju, gdzie stoi łóżko.

 

 

Dziękuję sokramce za pomoc w zmniejszeniu zdjęć, bo nie mam jakiegoś programu na komputerze :)

16:49, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 sierpnia 2014
O składaniu słów

Mam nadzieję, że nie będzie to bufonowaty wpis, ale chciałam się podzielić kilku refleksjami.

Piszę sobie, piszę sobie coś co będzie kiedyś większą całością. Deadliny mnie nie gonią, zaliczka nie parzy, więc się nie śpieszę. Narzuciłam sobie tylko reżim jednej kartki dziennie. Jak któregoś dnia się leniwię, to innego mam nadgonić. Nieważne, czy wychodzi mi perełka literacka, czy coś z rejonu gimbazy. Przestałam się tym martwić. Zgadzam się z Jodi Picoult - coś co zostało napisane można poprawić, nie możesz poprawić niczego (w sensie białej kartki). Przestałam czekać na wenę, natchnienie, flow. Bo potem może przyjść kilka tygodni, miesięcy, gdy nic się nie chce i ma się łatwe wytłumaczenie. Trudno. Mam już jakieś 2/3 do 3/4 tekstu. Na kartkach :D Nie potrafię dobrze pisać na klawiaturze. Pisanie ręczne uruchamia w moim mózgu jakieś kreatywne rejony.

Rozmawiałam na ten temat z Młodym Człowiekiem, bo on dla odmiany rysuje. Chłopak ma szczęście - jego rysunki znajdują w necie nabywców, płacą niezłą kasę, zleceń spływa tyle, że mógłby rysować całe dnie i podnajmować pod wykonawców. Najlepszym dowodem na to jest to, że stać go na wynajęcie kawalerki i utrzymanie siebie i nie pracującej, kończącej studia dziewczyny. Fakt, że działa w szarej strefie i nie ma założonej działalności oraz jest oszczędny. To w momentach weny. Bo ojczym zaszczepił mu krytyka w głowie - to typ, który gdy dziecko dostało trójkę w szkole, wiózł je pod pośredniak by pokazać jak bezrobotni chwytają się każdej pracy, jako ostrzeżenie. Efekt jest taki, że Młody Człowiek ma dni przestoju, siedzi godzinami nad jedną, idealną, doskonałą kreską. Walą mu się płatności. Raz ma ten flow i rysuje, raz na nic nie ma siły. Tak jak ja, potrzebuje jeszcze lat, by zrozumieć, że tworzysz nawet mając chwilową świadomość, że to gówno. Za kilka dni poprawi się, albo spojrzy inaczej.

Zobaczyłam także jedną ciekawą rzecz. A zapewne "wymyśliłam rower". Kiedyś, gdy pisałam, to nie czytałam żadnej beletrystyki. Nie chciałam by cudza twórczość miała wpływ na moją. Chciałam pisać swoim własnym, niepowtarzalnym stylem. Dopiero teraz zobaczyłam, że to głupota. Czytałam ostatnio bardzo dużo reportaży i nagle stwierdziłam, że sama prawie piszę reportażowo. A nie chciałam. Uznałam, że trzeba teraz poczytać literatury pięknej. Ale tak jak lekturę szkolną, warsztatowo. Czytam i patrzę jak pisarz rozwija wątki, jak wypełnia treścią miejsce pomiędzy dialogami i historią. Rozbieram niczym interpretację wiersza. Ale nie po to by kopiować. Po to by nasiąkać. Nawet notatki robiłam :D I rzeczywiście, zaczęłam pisać inaczej. Dlatego Kluby Dyskusyjne są fajne :)

Zrobił się długi tekst, więc o poezji może będzie kiedy indziej. Bo pisanie wierszy też mi wróciło :)

19:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 sierpnia 2014
O pracy jedna zwrotka

Jednak napiszę coś o pracy.

W firmie, w której właśnie zaczynałam odpowiadało mi wszystko (obowiązku, ludzie, lokalizacja),  z wyjątkiem stosunku szefów do form zatrudnienia. Powiedzieli, że to kwestia jednego miesiąca, do trzech. Postanowiłam zaryzykować. Za to we wtorek, na wniosek czyjegoś życzliwego donosu, był pan z Państwowej Inspekcji Pracy. Z twarzą pokerzysty. Ciekawe, czy specjalnie ich tak dobierają i jest to jeden z etapów rekrutacji. Byłam tak zestresowana, że nie mogłam przez kwadrans odnaleźć w torebce dowodu osobistego. Dowód był tam gdzie zawsze. Zostałam zatrudniona błyskawicznie na kilka dni, na umowę o dzieło, tracąc ubezpieczenie medyczne. W poniedziałek ponownie będę musiała się zarejestrować w Urzędzie Pracy.

Pomyślałam, że to jednak nie dla mnie. Jak chcą prowadzić biznes jak najmniejszym kosztem, to nie z moją pomocą. Czy na prawdę tak nisko się cenię, że nie dam rady znaleźć zatrudnienia na umowę o pracę? Jeśli sama ustawię się takiej sytuacji, to jak mogę wymagać szacunku do siebie jako pracownika? Taką mam wartość na rynku pracy, na jaką się zgodzę. Czy ryzykuję, bo na rynku jest fatalnie i nic nie znajdę? Szukam miejsca pracy, gdzie będę nawet wiele lat, a tutaj może zaraz się zwinę.

Dziś rano poinformowałam moich szefów, że do piątku porobię im jakieś bazy i rezygnuję. Dopytali się o powody. Czy kwestia formy zatrudnienia jest jedynym, ale to jedynym powodem? Odrzekłam zgodnie z prawdą, że jedynym. I dostałam propozycję... umowy o pracę. Na rok. Uzgodniliśmy jeszcze warunki finansowe, które są całkiem ok.

Choć zapewne kontakt z PIPem, nawet w końcu bez konsekwencji, też ich wymęczył.

Odetchnę jak będę miała w ręku papier :) Wszystko może się wydarzyć. Zwroty akcji niczym u Dana Browna.

20:44, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Inna ballada o ojcostwie

Siedziałam na placu zabaw, dziecko się bawiło. Tego dnia byłyśmy na innym niż zwykle, bo mała była w domu, po pracy zjadłam i wyszłyśmy. To siedzę i widzę, że nadchodzi alejką Młody Człowiek, wygląda jak mój znajomy, który mieszka w innej części miasta i kontakt mamy najczęściej wirtualny. To on. Okazuje się, że wynajmuje na lato mieszkanie w okolicy, był na zakupach, a potem pomyślał, że pójdzie tam gdzie mieszkam, może mnie spotka. No i spotkał. Niczym z Bułchakowa.  Posiedzieliśmy na placu, potem zaprosiłam go na herbatę.

Dygresja. Tuż przed jego nadejściem czytałam dość prowokujący wywiad z "Wysokich Obcasach Extra" o związkach, spiętych kobietach, bo w domu ma być czysto, a brudne skarpetki to dla nich rzecz straszna. To może na inną dyskusję. W każdym razie mój poziom spięcia dupy z powodu mojego mieszkania znacznie spadł. Dlatego też, że był poniedziałek, tuż po weekendzie, gdy trochę sprzątałam.

Gadaliśmy na mnóstwo tematów, ale najbardziej zafascynował mnie jeden. O innych może też kiedyś będzie jako przyczynek do lansu intelektualnego.

Będzie bez dygresji, tylko linearnie i chronologicznie. Jego rodzice rozwiedli się, gdy miał dwa lata, brat roczek. Ojciec kontaktował się jeszcze z nimi przez jakiś czas. Dokładnie pamięta dzień, kiedy widział go ostatni raz. Byli we trzech na placu zabaw. Brat się potłukł, on się potłukł. Jak to dzieciaki w zabawie. Ich matka, gdy to zobaczyła strasznie naskoczyła na byłego męża, zrobiła awanturę. Ojciec nigdy już się nie pojawił. Słuch o nim zaginął na dziesięć lat. Może to określenie na wyrost, bo nadal mieszkał w tym samym mieście i miał nawet jakiś znajomych wspólnych z była żoną.

W międzyczasie kolega miał ojczyma. Matka ponownie się rozwiodła. Ojczym zerwał kontakty z pasierbami, choć nadal utrzymywał z ich rodzeństwem przyrodnim. Druga trauma odrzucenia.

Młody Człowiek był nastolatkiem, gdy w jego życiu działo się fatalnie i to bardzo fatalnie. Wtedy ktoś znajomy dotarł do jego ojca i zasugerował, że ten powinien coś zrobić w tej sytuacji. Ojciec zadzwonił do syna po raz pierwszy od dziesięciu lat. Znałam już wtedy Młodego Człowieka, wiem jak było fatalnie i pamiętam jego pierwsze refleksje. Dziwne, ojciec, a obcy człowiek.

Dlatego, gdy dziś rozmawiamy o tym po kilku latach, jestem w szoku. Bo panowie odbudowali relacje, przegadali sprawę i dziś ojcec jest jego przyjacielem, bliską osobą, kimś ważnym. Być może bardziej niż matka.

Ojciec tłumaczy się tym, że uznał, że jest fatalnym ojcem i będzie dla dzieci lepiej jeśli zniknie. Dyskutowaliśmy o tym. Dla mnie jako matki, to absurdalny tok myślenia. Wydaje mi się, że żadnej kobiecie, czy matce to do głowy nie przyjdzie. Będzie walczyć o dziecko. Ale może myślę z pozycji "syndromu boga", "kreatorki życia w macicy". Może myślę z pozycji prawnie w Polsce uprzywilejowanej, bo ile kobiet mieszka po rozwodzie bez dzieci i musi budować z nimi kontakt.

Młody Człowiek ojca rozumie, uważa, że zrobił dobrze, sam tak samo by się zachował na jego miejscu. Dlatego sam nie chce mieć dzieci. Bo z jednej strony zrobił dobrze, ale z drugiej zna smutek opuszczonego dziecka.

Dziwne. Tyle się pisze o okrucieństwie ojca opuszczającego dziecko, które "kiedyś zrozumie". A tu widzę przykład, że ta strategia dobrze zagrała i zakończyła się szczęśliwie. W miarę. Bo Młody Człowiek nie wie, kim byłby dzisiaj, gdyby ojciec przy nim był. Ale o tym będzie przy moim innym wpisie o moim pisaniu, bo o naszej twórczości artystycznej też sobie gadaliśmy.

23:18, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 sierpnia 2014
Sałatka macierzyńska

Piszę w końcu bo rzecz będzie mocno zdezaktualizowana. W tamto lato poprosiłam tatę o odświeżenie mojego dużego pokoju, ale na pokój dziecka już nie miałam siły. Teraz pomyślałam, że warto i jej miejsce jakoś ładnie pomalować. A jak nie zdecyduję się teraz, to sprawa się odwlecze o rok. Najpierw zadzwoniłam do Byłego by poprosić go o pomalowanie dziecku ścian. Tak, jestem niepraktyczna i lubię się wyręczać. Ojciec Wiertki pomarudził, ale zgodził się. Miałam załatwić pędzle i wałek od mojego taty. I rozmowa z moim tatą:

- A to mają być białe ściany?

- Nie, Wiertka wybrała już dwa kolory.

- To on sobie nie da rady. To trzeba dokładnie. Ja ci pomaluję ten pokój.

Jak tak, to proszę. Były nie był zmartwiony oraz nie ucierpiała jego męska ambicja, jak to bywało lata wcześniej :)

Razem z małą byłyśmy osobiście w sklepie, gdzie wybrała swoje ulubione kolory - "jagodowy fiolet", "liliowy filet" oraz naklejki z wróżkami i księżniczkami Disneya :) W pokoju zostawiłam tylko meble z zawartością, a zabawki przeniosłam do kuchni i mojego pokoju. Była tego taka ilość, że wyglądało to jak zaplecze hurtowni. Prawie nie było miejsca na poruszanie się.

Rzeczywiście, łatwo i szybko nie było. Zajęło to tacie kawałkami cztery dni. Pierwszego na biało gruntową farbą, drugiego pierwsza warstwa kolorem, trzeciego druga warstwa koloru, czwartego poprawki. Sokramka widziała, że robota była trochę koronkowa.

W międzyczasie wytropiłam w sklepikarni z używanymi rzeczami ładny regalik młodzieżowy z biurkiem, za 350 zł (trzy segmenty). Pomyślałam, że to dobra okazja, by od razu przestawić meble - miejsca, gdzie trafią na ścianach naklejki ograniczą na pewien czas ustawienie sprzętów. Za rok biurko i tak trzeba będzie kupić. Pomyślałam jednak, że działam marzycielsko, jestem niepraktyczna i regalik powinna obejrzeć osoba sceptyczna oraz marudna :) Żebym się nie nacięła :) Meble, jak na moje oko, były z okolic dwóch ostatnich dekad. Tata od razu mi powiedział, że przemysł meblarski III RP nie nadaje się do powtórnego korzystania i nie opłaca się tego kupować. Rozkręci się raz, ale kolejny już nie skręci. Były też to potwierdził i Sokramka :) Wszyscy przez telefon, ale mieli podobne zdanie. Straciłam serce do tych mebli. Trudno, pomyślę o czymś za rok.

Efekt był taki, że przez prawie tydzień po malowaniu nic z pokojem nie robiłam, bo zastanawiałam się nad meblami. Żyłam w "hurtowni", która pokrywała się kurzem, ścinkami z zabaw dziecka. Podłogi nie dało się ani odkurzyć, ani umyć. Nawet chciałabym napisać, że tylko bobków Edka tam brakowało, ale gdy go wypuszczałam na spacer nie mogłam prześledzić wszystkich jego tras pomiędzy zabawkami. A bywa hojny.

Wreszcie nakleiłyśmy z małą naklejki dookoła łóżka. Ona decydowała, gdzie która będzie :) Może nawet wrzucę zdjęcia :) Sama przestawiłam meble. Przez kilka dni powoli poprzenosiłam zabawki. A w sobotę wreszcie wysprzątałam mieszkanie.

Jest spokój na kilka lat :)

20:00, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 sierpnia 2014
Sałatka życiowa

Muszę sobie jakieś afirmacje powiesić na lodówce. Afirmacje, które zrobią ze mnie optymistkę :) Zaczęłam nową pracę. Szczegółów pisać nie będę. W każdym razie, to co znam doskonale. Po prostu usiadłam w środku zamieszania i posprzątałam. Moje dwa ostatnie miejsca pracy były z polecenia. Miałam jakiś próg zaufania, że idę do firmy sprawdzonej, gdzie nie czekają mnie niemiłe niespodzianki. Niespodzianki czekały, nawet niemiłe, ale innego gatunku. Teraz przyszłam z ogłoszenia na portalu.

Dygresja. Wszyscy HR-owcy, coache oraz guru od awansu zawodowego powtarzają, że nikt przy zdrowych zmysłach nie znajdzie pracy przez portale rekrutacyjne. Pracę dostaje się kanałami nieoficjalnymi. Ma to swoją logikę. Gdy jest wakat najpierw szuka się nowego pracownika, z polecenia. Ogłoszenie daje, gdy nikt nie chce tego brać. Miałam kilka prac z ogłoszenia i były ok. Dwie z polecenia, to przesolone zupy.

Obawiałam się jednak, że nowa firma ma jakiś kapiszon ukryty, który mi strzeli pod stopami. Każda ma. Jestem już jak zgorzkniała panna po kilku nieudanych randkach. Z każdym panem będzie coś nie tak, sztuką jest szybko wyczuć, co i czy to jest aż takie nie do zniesienia. Pracowałam dotąd w małych i średnich firmach. Ładnie to się piszę skrótem jako MŚP. A w dzisiejszych warunkach ten sektor, by przetrwać musi działać na granicy prawa, legalności albo przyzwoitości. Inaczej firma padnie pod ciężarem płatności, podatków, danin dla państwa. Prawo stanowią ludzie, którzy nigdy nie prowadzili małego interesu. Albo grzali biurka w administracji, albo robili wielkie przekręty w dużych firmach. Są kompletnie oderwani od rzeczywistości. Paragrafy kroją pod pieczenie ciastka, gdy odbiorcy wypiekają zwykły chleb. W efekcie MŚP ma albo trudności w spłacaniu faktur poddostawców, albo trudności w spłacaniu składek pracowniczych, albo proponuje kiepskie warunki pracy.

Dygresja. Po niektórych rozmowach, ostatnich pracach mam wrażenie, że polscy pracodawcy mają saudyjski stosunek do kobiet. Oczekują, że takowa na pewno ma męża, który przynosi do domu prawdziwe pieniądze oraz opłaca za nią składki chorobowe ze swojego etatu. Dzięki czemu pani ma kaprys pracować za najniższą krajową. Na umowę o dzieło.

Dobra, ulałam sobie :) Dowiedziałam się w końcu, gdzie strzela drobna amunicja i jak moja nowa firma próbuje przetrwać. Ze zrozumiałych względów, to nie są szczegóły na publiczne miejsca. Rozmawiałam na ten temat z dwoma koleżankami (w tym sokramką) i obie doradziły mi zostać i dać kredyt zaufania. To daję.

Na prawdę, kiedyś zrobię z mojej drogi pracowniczej powieść i nikt mi nie uwierzy, że nie zmyślam.

Na razie mam jedną rzecz do skończenia.

Wpis zrobił się długi, więc o malowaniu pokoju będzie w jakimś oddzielnym :)

19:33, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 sierpnia 2014
Komplement

Moje dziecko, na widok studentki w modnych okularach w grubych, czarnych oprawkach i różowych włosach:
- Ta pani jest brzydka
- Dlaczego?
- Bo ma okulary i różowe włosy.
- Ja też noszę okulary i maluję czasem włosy na czerwono.
- Ty jesteś ładna.
I dlatego warto mieć dzieci Czasami jedyna osoba, od której usłyszysz komplement.

Co do gustu pięciolatki, to bywa chwiejny. Jakiś czas temu jechałyśmy autobusem. Na przeciwko nas siedziała młoda dziewczyna z asymetrycznie obstrzyżonymi włosami, zafarbowanymi na fioletowo. Moje dziecko do mnie scenicznym szeptem:

- Ta pani jest śliczna. Ma piękne włosy.

Zmienną wpływającą na gust są okulary, czy kolor?

22:28, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 sierpnia 2014
Normy społeczne zabijają kreatywnośc ;)

Będzie o dziecku. Nawet chyba więcej niż jeden wpis. Nie pisałam od kilku dni, bo mam nową pracę. Taką mam nadzieję. Więcej pisać nie będę :)

W ciągu ostatniego czasu miałam okazję dwa razy zetrzeć się z logiką pięciolatki. Najpierw teatrzyk. "Jaś i Małgosia", jako przyczynek do rozmowy o tym, by nic nigdy nie brać od obcych, nie chodzić z nimi, bo bywają jak ta czarownica. Na to moje dziecko, że wystarczy pilnować się, czy czarownica nie wraca i szybko, szybciutko uciekać, gdy trzeba. Potem miała jeszcze jeden argument, który wyleciał mi już z głowy i - o zgrozo - wydawał się nawet sensowny. Jak tu przemówić do rozsądku dziecka? Gdy zagaiłam trzeci raz:

- Tak, wiem mamo, wiem.

Wiertka przemówiła takim głosem, jakby miało to brzmieć jak: "nie truj już, niech ci będzie".

A przedwczoraj zabieram moje dziecko z sali w przedszkolu wakacyjnym. Tuż przed 17:00, bo już matka pracująca. Dziecko siedzi już samo. Wiertka wychodzi, a ja widzę, że... coś chowa pod bluzką. Odruchowo wyrwało mi się, ale zdusiłam, zabrałam ją na ławeczkę na korytarz i namówiłam by to pokazała. A potem razem z panią nauczycielką namówiłyśmy, by oddała. To był jakiś bzdet. Mały klocek otwierany. Ale chodziło o zasadę. To była jakaś forma kradzieży. Zaczęłam tłumaczyć, że nie wolno nic zabierać. "Ale pani nie widziała, więc wolno". To tłumaczę co to kradzież, że potem rozmawia się z policją. "Ale policja nie musi się dowiedzieć, bo skąd". Ruszyłam z argumentem nie ranienia innych osób.

Pomyślałam jednak, że takie małe dziecko ma zadziwiającą łatwość znajdowania różnych argumentów oraz rozwiązań ułatwiających życie. Potem jest uczone zasad życia społecznego. I w pewien sposób ta nauka zabija kreatywność. Zasady ograniczają. I to na wielu polach. Bo, gdy przychodzi rozwiązanie, odruchowo szukamy argumentów przeciw, czyli czy nie łamie to jakiegoś prawa. Zasady dają pewne ramy, w których prościej żyć. Te ramy też potrafią ścisnąć. Dlatego wielkich rzeczy dokonują buntownicy, którzy rzadko oglądają się na zasady.

21:33, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Dzieci a nowy związek

Na sobotnim Turnieju Rycerskim udało mi się pogadać z koleżanką chwilę na temat, co tam u nas bywa nowego. Nasze związki rozpadły się w podobnym czasie, tylko na opuściła partnera z dwójką dzieci u progu edukacji szkolnej i przeniosła się w rodzinne strony, w inny kraniec kraju. Urażony partner zerwał z dziećmi kontakt, finansowy także. Być może to ważne dla tej historii.

Od tamtej pory zajmowała się głównie wyprowadzaniem na prostą zabagnionych spraw finansowych, zarabianiem na dom, wychowywaniem dzieci. Do życia osobistego miała uraz. Czas leci, dzieci zaraz idą do gimnazjum. A ona zaczęła się z kimś spotykać. I tu nastąpił zgrzyt. Dzieci ogłosiły protest i zaczęły sabotować jej nowy związek. Dodatkowo własna matka wbijała jej nóż w plecy, krytykując play ułożenia sobie życia. Zrezygnowała.

Po raz pierwszy pomyślałam, że być może największą trudnością w - kiedyś tam - moim nowym życiu, będzie reakcja mojej córki. Przez całe swoje życie ma mamę dla siebie. Teraz widzę, że lgnie do mężczyzn, zaprzyjaźnia się szybko z nimi, skraca dystans. Ale przedszkolaki tak mają. Potem dziecko wchodzi w wiek szkolny i zaczyna się chyba czasem usztywniać. Co zrobię, gdy moja, np. 10-letnia córka, będzie strzelać fochy, bo w domu pojawi się, choćby gościnnie, jakiś pan? No niestety, miłości niczym kredytu, czy ciąży, nie da się dokładnie zaplanować w czasie. Nie mogę sobie napisać - to teraz szukam, bo za 3-4 lata będzie ciężko.

Dla wielu będzie to śmieszne, ale dla mnie w przyszłości bycie matką nastoletniej dziewczyny na rynku uczuciowym będzie też trudne. Bo skąd wiem, że ten mężczyzna interesuje się mną, a nie mną by dostać się do młodej dziewczynki? Albo koegzystencja w jednym domu dorastającej dziewczyny, a obcego dla niej jednak mężczyzny. Co innego, gdy ojczym jest od malutkich lat dziecka. Sama pamiętam, że miałam taki etap rozwoju emocjonalno-seksualnego (8-12 lat), że obcy mężczyźni mnie potwornie peszyli i fizycznie spinali.

Może fakt, że ojciec Wiertki jest w nowym związku, że ona ma z ojcem regularny kontakt, jakoś ułatwi jej poukładanie sobie tego w głowie.

Takie tam teoretyczne dywagacje. W końcu jesteśmy społeczeństwem na dorobku i stać mnie będzie na związek LAT (Living Apart Together) :) Czyli na dwa domy :)

10:49, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 sierpnia 2014
Na wianek dziewicy za późno

Piątek spędziłam z córką na spacerach, bez szaleństw. Po części dlatego, że mój tata przyjechał i kończył malowanie jej pokoju (o tym jeszcze będzie). Sobota obudziła mnie przelotnym deszczem i zachmurzeniem. Niedobrze, planowałam wybrać się z Wiertką na Turniej Rycerski w Liwie. Tak mi się nie chciało spędzać kolejnego dnia na tyłku. Pomyślałam, że deszczyk mocno przelotny, a Liw kilkadziesiąt kilometrów dalej. Na wszelki wypadek wzięłam dla małej płaszcz przeciwdeszczowy, dla mnie parasolkę (powinnam też kupić sobie coś praktyczniejszego na wycieczki).

Półtorej godziny w busiku i jesteśmy na miejscu. A w Liwie w miarę słonecznie i ciepło :) Obejrzałyśmy sobie zamek. Z czego dziecko odmówiło wejścia do lochów, bo się bała. Na wieżę zaciągnęłam ją wmawiając, że zobaczy salę, gdzie przetrzymywali księżniczkę. Wiertka bała się starych murów, wąskich, stromych schodów. Nie zrywałyśmy się o świcie, na turniej dotarłyśmy o 13:00, więc chciałam szybko coś zjeść. Innym powodem jest choroba lokomocyjna Wiertki. Do Liwa jechała po lekkim śniadaniu. Chciałam by w drodze powrotnej także miała już wszystko ułożone w żołądku.

W międzyczasie dojechała z dziećmi moja koleżanka i udało nam się spotkać. Właśnie jej szukałam, gdy usłyszałam jak ktoś woła moje zdrobniałe imię. Było rzadkie w latach 70-tych, ale teraz wchodzi w modę i czasem słyszę je na placu zabaw, właśnie w zdrobniałej formie. Dlatego, trochę czasu minęło zanim załapałam, że to mnie tak wołają :)

Razem z jej znajomym obejrzeliśmy sobie resztę walk. Te 1:1 i 2:2 umknęły mi, ale załapałam się na rundę 5:5. Było ciekawie. Zrozumiałam, co czuły Rzymianki oglądając walki gladiatorów. Emocje są :) Przy okazji dowiedziałam się, że polscy rycerze mają wicemistrzostwo świata w walkach rycerskich. Złoto ma rycerstwo ze... Stanów Zjednoczonych. Ci to mają tradycje rycerskie... Ale jak spojrzę na arenę rycerską w Liwie i przypomnę sobie futbol amerykański, to różnią się tylko  używaniem broni. Ci faceci lubią się napierdalać. Ostre słowo bardzo wskazane.

Tymczasem moja córka znudzona siedzeniem, poszła na łączkę obok pobiegać sobie. Biegała, przewracała się, wstawała. Wszystko w rytm muzyki heavy-metalowej (chyba dobra na podkład do walk), więc wyglądało to jak pogo :) Wcześniej wybrała sobie ulubionego rycerza wśród walczących i czasami przychodziła do mnie by spytać, jak on sobie radzi w walce :)

W czasie pokazów sztuczek rycerskich na koniach spadł przelotny deszcz. Ciężko już było siedzieć na trawie, a jak wszyscy stali, to musiałam trzymać dziecko na rękach by coś widziała. A, że mała była już zmęczona to koło 17:00 zebrałyśmy się do powrotu. Autobus w stronę Warszawy był prawie zaraz. Dziecko drogę powrotną przespało zmęczone. O 19:00 byłyśmy już w domu.

Na turnieju było oczywiście mnóstwo straganów. A większość to były akcesoria dla dzieci, z epoki. Odmówiłam mojej córce zakupu wianka dziewicy, bo poprzedni zaniosła do przedszkola i zgubiła. Ale kiedy zachwyciła się hełmem  rycerskim, to genderowa natura matki zmiękła. Zrobiłam sobie w nim pamiątkowe zdjęcie. Na wianek dziewicy za późno ;)

Dziś nie miałam siły na większą aktywność. Zrobiłam córce Dzień Leniwej Matki i pozwoliłam obejrzeć ile chce bajek. Wybierała takie po angielsku i włosku, więc podciągnęłam to pod edukację ;) A ona i tak po trzech godzinach wyłączyła komputer i poszła się bawić.

15:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Tagi