To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Weekendowo

Niedziela to odwiedziny sokramki. Pogaduszki, a także degustowanie mojego leczo - pochwaliła, oraz jej ogórków w chili - pochwaliłam :)

A gdy upał zelżał, już we dwie z Wiertką wyszłyśmy na spacer. Najpierw przejażdżka zabytkowym tramwajem

 

 

A w Parku Praskim koncert. Dobrze bawił się nie tylko zespół :)

 

Potem spotkałyśmy sąsiadów z dzieckiem, zeszło się na rozmowy, potem na piwo. I tak się zakończył ostatni weekend wakacji :)

20:19, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 29 sierpnia 2015
Macierzyństwo - godne zazdrości

W pracy dołączyła do nas niedawno nowa koleżanka. Tak się zgadało kiedyś, że moje dziecko jest w sanatorium, jestem sama w domu. Koleżanka stwierdziła, że muszę tęsknić, mam pustkę w domu. Bo dziecko jest sensem życia, jest dla kogo żyć. Trzeba zawsze delikatnie sondować sytuację człowieka, bo wpływa na jego poglądy. Dlatego na uwagę koleżanki, po powrocie Wiertki, że teraz jestem szczęśliwa, nie skomentowałam, że czuję się jakby w moim domu zamieszkała rodzina cygańska - taka z ogniskiem na środku pokoju, tańcem i śpiewem.

Potem pogadałyśmy głębiej i okazało się, że koleżanka jest singielką, bezdzietną. Taką w mojej kategorii wiekowej, czyli koło 40tki. Miała bardzo silny związek emocjonalny z matką, ale ta zmarła na raka kilka lat temu. Dla niej posiadanie córki, to inna wersja tego, co ona miała z matką.

I pomyślałam, że nie ma po co aż tak bardzo wywlekać moje doświadczenia macierzyńskie od tej zabawnej strony. Czasami nie doceniam, że spotkało mnie coś, co dla niektórych kobiet jest już marzeniem, które być może nigdy nie zostanie zrealizowane. Z opowieści koleżanki przebija czasem smutek i samotność. Widać, że wraca z pracy do domu i ciężko znosi ciszę i pustkę. Nawet podrzuciłam jej linka do strony dla singli organizujących się na wspólne wyjazdy i wycieczki. Ja nie daję rady logistycznie i czasowo się dołączyć. Ona się ucieszyła. Teraz doceniam, moje kobietki ze stowarzyszenia, warsztatów, z którymi można się spotkać.

Tagi: córka
22:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 sierpnia 2015
Goście, goście

Mroczne strony macierzyństwa, to także ten moment, gdy twoje dziecko złapało wszy ;) Dotąd miałyśmy szczęście i udawało się tego uniknąć. A w przedszkolu non stop wisiały kartki, uczulające na sprawdzanie stanu głowy dziecka. Co się odwlecze, to się nie uciecze. Wiertka przywiozła z sanatorium.

Na razie jestem zdezorientowana. Ulotka szamponu okazała się, aż nazbyt optymistyczna. Rady internetowych koleżanek także. Za pierwszym razem, po spłukaniu szamponu, wyczesywałam dziecko specjalnym grzebykiem. Oglądałam, spłukiwałam pod bieżącą wodą. I byłam sfrustrowana. Bo na grzebyku nic nie było. Jestem taką pierdołą, że nawet wszy nie potrafię przegonić :)

Dopiero, gdy - zmęczona - zaczęłam płukać grzebyk w miseczce z wodą (wiem, może niedokładna metoda), zobaczyłam, że jednak coś z niego wypłukuję.

Pomimo to, dziecko dzień w dzień drapie się w głowę. Już czwarty wieczór z rzędu trzymam szampon (a podobno według ulotki wystarczy raz na tydzień), nawet pod folią, nawet kilka razy dłużej niż ulotka nakazuje. A i tak jest co wyczesywać po kilka razy. Po jednej serii, zmieniam wodę w miseczce, by wreszcie za którymś razem po wyczesaniu - do cholery - zobaczyć czystą wodę. Akurat. Nie żeby to była armia Napoleona. Taki tam kilkuosobowy oddzialik.

Mój tata przytomnie zauważa, wbrew internetowym optymizmom, że szampon jaj nie wybije. Co dzień jakieś się wykluwają i trzeba je wytruć zanim złożą nowe jaja. Tym się pocieszam.

Pomyślałam też, że po latach zmienia się też stosunek społeczny do wszy. Nie chodzi o to, że człowiek się nimi chwali i zamieszcza zdjęcia na facebooku. Nie jest to już straszny, wstydliwy problem. Każdy z nas - zaraz się okaże, że nie - przynajmniej raz miał. Dziecko każdego z nas, przynajmniej raz miało. Można dopytać znajomych o pomysły, rady. Można się przyznać w zaufanym gronie. Pamiętam, że w czasach mojego dzieciństwa tak nie było. Z moją przyjaciółką ze szkolnej ławki miałyśmy jednocześnie i obie rodziny mruczały pod nosem, która od której (oczywiście ja od niej). A nasi rodzice się dobrze znali i lubili. To był ukrywany problem. Miałam poczucie, że dotknęło mnie coś obrzydliwego. Jak ktoś miał wszy to od razu było wiadomo, że w jego domu jest brud, syf i oczywiście bieda. "Bo każdy pijak to złodziej". A wszyscy, przynajmniej w małym miasteczku złożonym z pierwszego pokolenia emigracji ze wsi, chciał być światowy i elegancki.

Wiem, że nie ma gloryfikować. Ważne by starać się zwalczyć, nie bagatelizować. Bo bagatelizowanie i recydywa, to już syf.

I nie wiem, czy strzelać dzień w dzień, czy co drugi dzień. Za chwilę szkoła i przecież nie poślę dziecka w takim stanie na lekcje :( Pierwsza klasa, nowe miejsce, dużo nowych dzieci.

A o sobie to już boję się myśleć. Jak pomyślisz o cytrynie, to od razu masz pełne usta śliny. Jak pomyślisz o...

19:20, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 sierpnia 2015
Otwarta Ząbkowska, teatralnie

Niedzielny popołudniowy spacer na Otwartą Ząbkowską. Zdążyłyśmy na końcówkę prób przed spektaklem:

 

Pół godziny przy oranżadzie i doczekałyśmy się na sam spektakl, który transmitowany był także przez Program Drugi Polskiego Radia. Spektaklem była "Implozja" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk - o Pradze ze stereotypami i wbrew im.

 

Chwile przed koncertem Mięśni, który ruszył o 19:00:

Jednak moje dziecko zauważyło to:

Oraz to:

 

Trochę posłuchałam koncertu z oddali. Po wyciągnięciu dziecka z wody pozostało nam szybkie udanie się do domy, celem wysuszenia :)

 

 

Pełna wersja zdjęć na drugim blogu

http://praskilajfstajl.blox.pl/2015/08/Otwarta-Zabkowska-teatralnie.html

Jeśli ktoś ma wyjaśnienie, jak zrobić by ta wersja blogu nie kastrowała zdjęć, to będę wdzięczna.

sobota, 22 sierpnia 2015
Raporcik

Wykorzystywałam ostatnie dni bez dziecka Choć specyficznie. Czyli na wizytach u klinice stomatologicznej. W środę mała plomba i nawet zastanawiałam się, czy nie iść do kina na seans za 5 zł. Zaczynał się o 22:00 i nie miałam ochoty na powrót Pragą przed północą.

W czwartek też miałam dylemat. Nie miałam ochoty na wieczór w domu. Na mieście nie działo się nic ciekawego, bo lato. Mogłam jechać na pewne warsztaty, ale temat był dość znany. Jednak pojechałam. Zwyciężyło pragnienie wymiany energii. Bo jeśli spotykasz się z ludźmi, to wchodzisz w krąg wymienianej energii. Ty dajesz swoją, inni swoją. Wymienia się myśli, uwagi, wspomnienia. Moja czaszka wychodzi z tego niczym ładowarka.

Czytając jak koleżanka uwielbiam zmęczyć się w domu - porządki, praca w ogrodzie, przetwory na zimę, zastanawiałam się, co ze mną nie tak? Aż taka jestem leniwa? Ja w domu lubię leżeć. Doszłam jednak do wniosku, że ja lubię uchetać się poza domem - w pracy. Głupie, ale lubię jak spadają na mnie sprawy do załatwienia, pożary do gaszenia, raporty. Albo te wszystkie wykłady, warsztaty. Do domu wracam by nie mieć już nic na głowie. Tu nie ma żadnej energii. I za to kocham mój dom. Każdy ma swój obszar, w którym uwielbia się realizować.

A we wczorajszy wieczór mój ulubiony, przystojny dentysta usuwał mi ósemkę. Mam dwie do wyrwania. Rosną w bok i w każdej chwili mogą wbić się w siódemki. W dodatku, ta wczorajsza była już zepsuta. Na wstępie okazało się, że ząb w całości niemal siedzi w kości (czy z czego tam wyrasta), wystaje kawałeczkiem, który też jest po części przykryty dziąsłem. Doktor odrzekł uradowany, że do świetne. Ja nie byłam taka przekonana. Nie sądziłam, że wyrywanie zęba polega głównie na borowaniu wiertłem. Wolę nie myśleć, co ten lekarz przez prawie dwadzieścia minut borował. Na prawdę, poród wspominam milej. Wróciłam do domu po 20:00 i zostało mi już tylko leżenie przed snem.

Tym razem następny dzień zniosłam gorzej. O 11:00 miała wpaść do mnie przyjaciółka i miałyśmy sobie pogadać. Odwołałam. Do 14:00 leżałam i drzemałam. I nie ból był tu kłopotem, bo to można olać. Nie miałam absolutnie energii. Dopiero po 14:00 dałam radę usiąść na łóżku. Mówić, też z trudem mówiłam. Sokramka zajrzała na moment, a ja też ledwo to pamiętam. Dziąsło miałam napuchnięte, dzięki czemu uzyskałam "100 kg look" (kwadratowa twarz). Już rozumiem dlaczego ludziom daje się zwolnienia lekarskie po takim zabiegu. 

Po 15:00 zaczęłam się czuć z grubsza normalnie. Tylko niezbyt normalnie wyglądałam. Trudno, ubrałam się i pojechałam odebrać dziecko z autobusu. Już w południe wysyłała mi przez tatę sms-a, że "tęskni pięćdziesiąt milion nieskończoność".

- Tęskniłam dwadzieścia jeden sześćdziesiąt dwa razy nieskończoność, a to więcej niż nieskończoność. - jak powiedziała po wyjściu z autobusu.

I ma to swoją logikę.

Córka wróciła z skolonizowaną skórą głowy. Jeśli ktoś zrozumie eufemizm. Dzwonił do mnie wczoraj w tej sprawie jej ojciec, więc szampon i przeguglany temat już mam.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Sanatorium, cz. 2

Będzie wpis o rodzicach. Bo okazało się, że jeżdżenie z dzieckiem do sanatorium może być sposobem na spędzanie urlopu. Okazałam się świeżynką, dziewicą. Dookoła padało tylko: "który raz jesteś?", "gdzie byłaś wcześniej?", "morze? góry?". Były matki, które zaliczały sanatorium czwarty raz. Że też wcześniej na to nie wpadłam.

To, z kim cię przydzielą do stolika na stołówce, jest obciążone takim przypadkiem, że lepiej nie rozważać. Nas było trzy matki i trzy córki. Jedna bez przerwy wszystko porównywała i oczywiście, tam gdzie była wcześniej, było ładniej, czyściej, więcej atrakcji, lepiej zorganizowane. Tylko jedzenie było gorsze. Ale tu małe porcje. Ja pasłam się na tym wikcie, niczym świnia na wesele córki sołtysa. Nie wiem, ile ta kobieta jada w domu. Dodatkowo wszystko kosztowało i było drogie. Co pokazałam, że coś kupiłyśmy, pierwsze pytanie brzmiało: "ile?". Na prawdę, na moje usta cisnęło się mnóstwo komentarzy, które sarkazmu miały w sobie tyle, co zupka chińska glutamianu sodu. Aż chciały wyprysnąć. Gryzłam się w język i miło uśmiechałam uznając, że jednostka sarkazmu nie złapie, a ja wyjdę na nadętą warszawiankę. O tym skąd jestem też nie mówiłam, bo tu wszyscy byli z "mazowieckiego". Na prawdę coś pamiętam z geografii i wiem, gdzie jest Radom, Siedlce, Łódź (nie mazowieckie). To też mówiłam, że jestem z mazowieckiego. W końcu prawda. Kobieta narzekała, że duże odległości czasowe pomiędzy zabiegami dziecka. Napomknęłam, że poczytać można. Okazało się, że ona nie czyta. Otwarcie tak mówiła. Pożyczyłam jej raz "Twój Styl" - nie zmogła. Za to rzeczywiście strasznie dużo gadała. Nawijała z kim popadnie. Często ze mną, bo nasze córki się polubiły i razem chciały chodzić na plac zabaw i zabiegi. Niewiele czytałam, niewiele pisałam. Na obronę człowieka mogę napisać, że w końcu dzięki takim osobom przetrwało przedpiśmienne społeczeństwo. To takie gaduły były nośnikami wiedzy i dziedzictwa grupy.

Druga z matek ciągle spóźniała się na posiłki i wychodziła z dzieckiem na długie, górskie wycieczki. Takie kilkugodzinne. Trochę im zazdrościłam. Z nią złapałam fajny kontakt. Choć uważałam, że to codzienne wychodzenie na szlak, to jakaś gonitwa. Brak umiejętności wypoczynku, zatrzymania się, by poczuć chwilę. Dopiero ostatniego dnia, kobieta powiedziała mi sekrecie, że też jest samotną matką, tylko, że jej dziecko ojca nie widziało, złotówki też sam z siebie nie dał. Te obrazki ojców, rodzin dookoła bolały. Może nie gnała, tylko uciekała. Inna sprawa, że przybycie ojca mojej córki, mogło im sprawić przykrość. Choć mam wrażenie, że to bardziej dla matki była drzazga, bo córka czuła się świetnie. Mamy z mamą swoje numery telefonów i jesteśmy umówione na weekend we wrześniu.

Patrząc na inne matki, doszłam do wniosku, że na prawdę jestem asertywna. Przynajmniej jeśli chodzi o jedzenie. Na śniadanie czasem były kulki czekoladowe do mleka. Jedna z dziewczynek tylko takie jadała, więc matka kupiła prywatnie i przynosiła jej co rano na stołówkę. Moja też tylko takie jada, ale tam miała wsuwać co dają - kukurydziane, owsiankę, kaszę manną. Wiertka też miała jeść na obiad, to co jest na talerzu. Nie zje, proszę bardzo. Kolejny posiłek jest za cztery godziny. Kolacja o 17:30 i matka (ta pierwsza) przerażona, że dziecko zgłodnieje, więc narobiła kanapek i zabrała do pokoju. Ja na wszelki wypadek kupiłam pierwszego dnia chrupkie pieczywo. Leżało do mojego wyjazdu. Najadałyśmy się tak o 17:30, że do 8:15 starczyło. Tamtej dziewczynce też, bo matka wyrzucała żarcie do kosza. Ale przecież dziecko może zgłodnieć. Wiem, że to też osobnicze i moja córka ma apetyt. Zjadała, co podali - zupy, mięsa. Zostawiała puste talerze. Tylko surówki mi oddawała. Gdy koleżanki od stołu dłubały, albo wymiotowały w talerz. Wiertka nie jada tylko w domu :)

Moje dziecko piło tylko wodę, koleżanki wodę smakową, albo "kubusie". I jak one miały być głodne, skoro od rana jechały na cukrze? Jedna z matek pytała, co mówię dziecku, gdy nie chcę mu kupić soczku. Nic, u nas soczek jest tym samym, co wafelek czekoladowy. Kupuje się, jako słodką przekąskę, nie posiłek, czy napój.

Wracając jeszcze do jedzenia, Wiertka powiedziała mi nawet, że chce iść do Akademii Kulinarnej, nauczyć się gotować i zostać kucharką w przedszkolu albo sanatorium. Cieszę się, że wreszcie ktoś będzie dobrze w domu gotował :) Wykorzystywałam to przy posiłkach, bo gdy nie chciała próbować zupy, mówiłam, że kucharz musi znać wszystkie potrawy na świecie. Innego dnia moje dziecko odparowało:

- Będę gotować z przepisów.

Ale zjadała. Potrawy, których w domu, by do ust nie wzięła.

Razem z koleżanką od stolika miały kolegę. Kolega najpierw zakochał się w koleżance, ale ta nie przepadała za jego adoracją. Adoracja była dość specyficzna i jeśli chłopiec nie zmieni strategii, to za dekadę zostanie skrytykowany przez feministki :) Dziewczynka wyznała mi, że nie chce mieć chłopaka, chcę żeby on ją zostawił.

- A ja chciałabym mieć chłopaka. - skomentowała melancholijnie moja córka - Ale wiem, że to jeszcze nie ten czas.

Wkrótce dokonało się przejęcie kolegi i teraz chłopiec biegał za moją córką, która nie ma nic przeciwko łaskotaniu, gonieniu, klepaniu i sama rewanżuje się podobnie. Kłopot w tym, że chłopiec ma chore serce, po operacji, jakieś wysięki i boję się, że moja córka go wykończy do końca turnusu.

By zamknąć opowieści sanatoryjne, napiszę, jak moje dziecko mnie żegnało. Wieczór wcześniej, jak to bywa, melancholijnie mówiłam, że to ostatni wieczór, ostatnia kolacja. Poszłyśmy na deser lodowy. Wiertka prawie z płaczem mówiła, że nie chce bym wyjeżdżała. Umówiłyśmy się, że będę do niej, do taty, dzwonić, gdy tylko zechce. Przyjechał następnego dnia tata i rzuciła mu się z krzykiem na szyję. Odprowadzili mnie na dworzec autobusowy, choć obawiałam się, że dziecko tam się rozpłacze. Zostało trochę czasu do odjazdu. Siedzimy, jemy lody. W końcu Wiertka do taty:

- Chodźmy już, mama sobie pojedzie.

I tak wyglądało to rozdzierające pożegnanie :)

Tagi: córka
19:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2015
Po praskich knajpach

Zmieniły się moje plany na weekend i okazało się, że sobotę mam wolną. Trafiłam też na info, że Praska Ferajna będzie prowadzić spacer szlakiem praskich knajp. Tylko tak głupio iść tam samej. Przez chwilę szukałam jakiejś osoby do towarzystwa, ale w końcu odpuściłam. Pomyślałam, że jeśli idziesz z parawanem w postaci koleżanek, to nikogo nie poznasz. Idąc sama nie będę miała wyjścia. Oczywiście, nie żebym miała ciśnienie, że na pewno coś mi się na tym spacerze trafi :D

Dygresja. Spacer był biletowany. Trzeba było przynieść na miejsce zbiórki potwierdzenie przelewu. Od czego ma się nowoczesny telefon. I tu szybko zrozumiałam, dlaczego np. sokramka na dźwięk firmy, która wyprodukowała mój aparat, sama wyprodukowała nieładne komentarze. Dobrze, że zajęłam się tym przed wyjściem z domu. Nie mogłam otworzyć załącznika w mailu, bo musiałam najpierw zainstalować ze sklepu program. Ok. Nie mogłam zainstalować dopóki nie założę konta w pewnym M. Poklęłam pod nosem, ale ok. Zajęło to kilka minut, logowań na pocztę. Aż i tak okazało się, że jeszcze muszę zrobić jakiś "program rodzicielski" na tym koncie. Co??? Ja muszę już wyjść z domu. Zapewne to dlatego, że podałam lipną datę urodzenia i jestem niemowlęciem. Ostatecznie, niczym blondynka, zrobiłam zdjęcie potwierdzenia na ekranie monitora komputera :D

Tak na prawdę, spacer był dla mnie bardziej elementem towarzyskim, nie poznawczym. Ta trasa (będzie jeszcze spacer numer 2 po Nowej Pradze) prowadziła po Szmulowiznie, a te knajpy to ja znam. Było kilka historycznych anegdotek (np. o Wincentym Andruszkiewiczu i jego "U Marynarza" na Brzeskiej) . Niestety, Praga, to miejsce gdzie nie zachował się ani jeden historyczny lokal. Wszystko co działa, ma najwyżej dekadę. W ramach spaceru były także przystanki w knajpach i konsumpcja w ramach biletu. Najpierw posiedzieliśmy w "Skamiejce", gdzie zjadłam trochę solianki i wypiłam cydr słowiański o smaku aronii (mają jeszcze agrestowe, malinowe, truskawkowe). Pyszny, orzeźwiający i nieźle mocny - 7,5%. A mój towarzysz ze stolika opowiedział mi i swojej podróży koleją transyberyjską i dał do spróbowania lemoniady estragonowej (potwornie słodka, zielona i intensywnie ziołowa). Pogadałam sobie też z jednym z przewodników, który zaczyna mnie rozpoznawać na tych spacerach.

Potem reszta spaceru i kilka historyjek. Końcowym przystankiem była "Retro Praga", gdzie można się było poczęstować setką wódki lub mały piwem oraz kanapeczkami ze śledzikiem. Miał tam być też koncert kapeli praskiej. Jednak tego wieczoru był mecz Legii i wydarzenie to było raczej nienegocjowalne ze stałymi bywalcami. Panowie byli bardziej rozłożyści niż wysocy, podgoleni, mocno wytatułowani, a jeden miał pięć zębów - wszystkich razem. Koncert był, ale przed meczem, w przerwie i po meczu :) Trochę napiłam się piwa, pogadałam z jedną z pań i grubo po 22:00 zmyłam się do domu. Mecz się skończył i bywalcy zaczęli zauważać kobiety w sąsiedztwie. 

Na przystanku natknęłam się na kilka młodych dziewczyn robiących sobie selfi z kija. Pierwszy raz zobaczyłam to urządzenie i zrozumiałam, że to nie jaja, ludzie na serio tego używają. Dziewczęta miały wydekoltowane, sukienki tak krótkie, że doskonale umożliwiały wentylację warg sromowych. Wybierały się na wieczór panieński. Chyba jestem już stara. Po nie przyjechała limuzyna, po mnie autobus 170. Wieczór był piękny, posiedziałam sobie jeszcze przed blokiem na murku.

Zdjęć nie będzie, bo aparat został z dzieckiem w górach.

sobota, 15 sierpnia 2015
Sanatorium

To teraz trochę o sanatorium dla dzieci. Pojechałam jako świeżynka i nie miałam pojęcia, jak to będzie wyglądać. Ot, taki odpoczynek dla dzieci. A okazało się, że oprócz tego, dzieci mają tam kontrole lekarskie, całodobowe dyżury pielęgniarskie i zabiegi w oddzielnym centrum rehabilitacyjnym.

Dzień wyglądał tak, że o 8:15 było śniadanie, a po nim szło się z dzieckiem na zabiegi. Wiertka miała inhalacje, naświetlania dwoma lampami, okłady borowinowe, kąpiel solankową i gimnastykę korekcyjną. Z inhalacją wynikł od razu problem, bo odmówiła uczestnictwa. Polegało to, na trzymaniu dyszy przed twarzą, z której to dyszy leciała zimna para. Wzięłam Wiertkę na kolana i zmusiłam do tych inhalacji. Inne matki były zaskoczone, że moje dziecko nie jest przyzwyczajone, bo rzadko je robiłam. Potem zarezerwowałam sobie inhalacje zbiorowe dla mnie - opiekun miał je w pakiecie. Zabierałam wtedy dziecko ze sobą. Było zabawnie, bo nakładało się na siebie płaszcze z kapturem u wchodziło do salki, która była całkowicie wypełniona solankową parą. Chodziło się dookoła takiego walcowatego dystrybutora tej pary. Nie widać był niemal nic. Ludzie wynurzali się na centymetr odległości. Rozpoznawałam kolor płaszcza, twarz nie koniecznie. Ale moje dziecko było rozbawione i wolało chodzić na inhalacje zbiorowe. Samo pomieszczenie byłoby idealne jako otwierająca scena jakiegoś thrillera lub kryminału. Już widziałam tam jakieś ciało na podłodze. Oczyma wyobraźni oczywiście. Niestety, nie mam talentu do tworzenia kryminałów.

Mała nudziła się na okładach borowinowych, bo trzeba poleżeć dziesięć minut z tym kładem, pod kocykiem. Nie wzięłam nic do czytania, więc zaczęłam jej opowiadać historyjki o sanatoryjnych duszkach. Króciutkie, bardzo proste. Akurat wychodziło po trzy opowiadanka na okład. Wiertce tak się spodobało, że chciała żebym już zawsze opowiadała o duszkach w czasie okładów. Czasem sama wymyślała temat przewodni - np. jak duszek zaprzyjaźnił się ze zwierzątkiem, albo jak duszek uciekł z sanatorium. W tamtym budynku była też sala przedszkolna - czynna do 13:00, można było zaprowadzić tam dziecko pomiędzy zabiegami. A dzieciakom tak się podobało, że biegały czasem i po zabiegach.

O 13:15 obiad, a po obiedzie czas wolny. Do kolacji, która terminem była dopasowana albo do życia dzieci, albo do planów rodzinnych pracowników kuchni, którzy tkwili tam od przed 6:30. W każdym razie 17:30 wydawała się porą dziwną. Dla talii zbawienną. Jednak był to zbyt krótki okres czasu, by wyprawiać się gdzieś daleko. Można było zabrać "suchy prowiant" i wrócić później. Ja zabierałam dziecko na krótkie wycieczki - do muzeum w XVII wiecznym kościółku, gdzie malowała obrazek na szkle, do Muzeum Górali i Zbójników, gdzie oglądałyśmy wyposażoną chatę góralską, przymierzałyśmy ubrania, a potem moje dziecko przestraszyło się mojej historii o zbójnikach przy jednym z szałasów pasterskich i odmówiło dalszego zwiedzania :) Dotarłyśmy też do skansenu kolejowego w Chabówce, gdzie byłam trochę rozczarowana. Może to przez upał. Mnie najbardziej interesowały wagony osobowe, pozamykane, wchodzić można było do lokomotyw, które mnie nie kręcą. To bardziej skansen dla osób o testosteronowych pasjach. Moje dziecko kompletnie nie czuło klimatu i niemal od bramy chciało już wracać.

Okolice Rabki to niskie góry, szlaki bardziej długie, niż wspinające się. Takie inne Bieszczady :) Zrobiłyśmy ze dwie wycieczki po okolicznych szlakach. Chciałabym tu wrócić za rok, już prywatnie i pójść z córką na więcej, dłuższych wycieczek. Nie ograniczana grafikami zajęć. Kłopot w tym, że Wiertka nie chciała chodzić, wolała bawić się z dziećmi. W dodatku, w budynku sanatorium, też była sala przedszkolna, czynna od obiadu do kolacji. Może to kwestia charakteru, może wieku, ale moje dziecko wolało się bawić, a perspektywa wycieczek i wędrówek prowadziła do łez w oczach. A już jak wyszło słońce, za którym ona nie przepada (krecik, jak jej ojciec), to w ogóle miała dość. Ostatniego dnia, tuż przed przyjazdem jej taty, po prostu poszłyśmy nad rzeczkę - ona się pluskałam, ja czytałam w cieniu.

Strategie reszty rodziców były różnorakie. Od tych, którzy wychodzili z dziećmi na długie wędrówki na szlak, po tych którzy zostawiali je na całe popołudnie w przedszkolu. A po kolacji chodziłyśmy jeszcze na place zabaw.

Plusem było to, że moje dziecko, koło 21:00, po prysznicu i czytaniu bajek, zasypiało w minutę. Czasami ledwo dotrwała do końca rozdziału.

Zamawiając pokój, nie pomyślałam, czy będzie miał telewizor, czy nie. Uznałam, że jest to niezmienne wyposażenie i jak go nie będzie to trudno. Okazało się, że trzeba go było zamawiać za dodatkową opłatą - około 60 zł za cały pobyt. Doszłam do wniosku, że bez telewizora też będzie ciekawie. Dziecku czytałam przed snem, dla siebie też miałam coś do czytania oraz darmowe wifi ;) Obok była sala telewizyjna, więc jeśli mała tęskniła za bajkami, to tam coś krótko oglądała. Tydzień w ciszy był miły.

A w innym wpisie będzie o sanatoryjnych matkach ;)

Tagi: córka
15:33, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 sierpnia 2015
Lubię i pragnę wśród spadających gwiazd

Jednak dopiero teraz znalazłam czas, by pisać na blogu po powrocie. Najpierw zaatakowała mnie klimatyzacja. W tym upale była zbawieniem, ale też nie do końca. Najpierw wracałam chłodnym autobusem, potem chłodne tramwaje w drodze do pracy. I wyjście na ścianę spiekoty. Szybko dopadł mnie ból gardła i kichanie. Nie byłam chora, ale w końcu zaczęłam czuć się rozbita. Na szczęście tabletka na gardło i antyalergiczna pomogły.

Zostałam "słomianą matką", więc ostatnie dwa wieczory byłam poza domem. W środę, z koleżankami, oglądałyśmy "deszcz Perseid". Chłodne białe wino, leżaczek i niebo. Wydawało mi się, że widziałam dwie spadające gwiazdy, ale równie dobrze mogły to być odlatujące samoloty. Koleżanka mieszka koło lotniska, więc zdarzają się latające tak daleko, że aż znikają w ciemności. Za to nie miałam absolutnie wątpliwości, gdy spadł meteor. Tego nie da się z niczym pomylić. Uchwyciłam tylko raz, ale nawet to było fajne.

Pisałyśmy też fajne ćwiczenie inspirowane Osiecką - ona stworzyła alfabet rzeczy lubianych i nie lubianych. Ja, tropem z npl dla opornych, postanowiłam kreować tylko rzeczy pozytywne, by pozytywnie ryły mi w poprzek zwojów. Proszę :)

LUBIĘ:

Awantury w moim sercu

Białe noce

Czarne dziury

Dni, które jeszcze przede mną

Efemerydy, te na papierze

Fiołki

Góry pod każdą postacią

Huragan w jego oczach, gdy widzi mnie nagą

Instynkt

Jutro, bo przecież będzie

Kotlety, na litość boską nie wegańskie

Lody, lody i lody

Łaknienie co pobudza i rozpieszcza

M...ską

Noce pełne gwiazd z leniwym porankiem na końcu

Okna ogromne

Pragnienie

Rozum tańczący z sercem

Serce za rękę z rozumem

Taniec, gdy świat pulsuje

Uwodzenie

Wakacje

Zachwyt, jak kurtyna wodna w upalny dzień

Życie po prostu

Źrenice

 

PRAGNĘ:

Adoracji

Bezsenności we dwoje na dwóch krańcach tęczy

Ciszy

Dramatu na kartce papieru

Ekstazy, nawet jeśli jest egzaltacją (też na E)

Flirtu, gdy przełamać trzeba lód sprzed Titanica

Gry pomiędzy ludźmi

Harmonii

Instynktu po raz drugi, bo nigdy za mało

Jakości

Kocham w jego, gdy w moich ustach dopiero się rodzi

Litanii wspólnej

Łabędzia w sercach

Miłości

Nocy pełnej gwiazd

Oczu wpatrzonych we mnie

Pożądania, które tylko udaje, że śpi

Radości

Senności w czyiś ramionach

Tachykardii wspólnej

Umiejętności

Wiedzy o wiedzy

Zachwytu, bo czasem jednak się powtarzam i powtarzam

Żyć

Źródła, które nigdy nie wysycha

 

sobota, 08 sierpnia 2015
Gwiezdnie

Upały dotarły, muszę przyznać. Jednak nadal uważam, że wysokie temperatury w takich okolicznościach przyrody łatwiej znieść. Dla mnie są jeszcze w granicach tolerancji, choć Wiertka narzeka, że gorąco i słońce za jasne :) Fakt, że do wędrówki po szlakach jest za ciepło.

Za to niebo nocą jest obłędne. Tyle gwiazd. Dopiero tu widzę jak brudne jest niebo w mieście. Tu mam ich nad głową nie kilkanaście, nie kilkadziesiąt, jest ich z kilkaset. Blisko, dalej, daleko, bardzo daleko. Jasne, mnie jasne, ledwo widoczne. Można w nie zanurzyć głowę.

W środę będzie noc spadających gwiazd, kulminacja. Niedawno widziałam jedną spadającą. I nie przekazałam wcale życzenia linii lotniczej :) Samoloty można odróżnić - miga im w podwoziu czerwona lampka :)

Jutro wracam do miasta. Wydawało mi się, że nie będę się mogła doczekać. Szkoda mi. Po takim pobycie przypominam sobie co to znaczy "żyć szybko w wielkim mieście". Wracam do gry w tetris, gdzie figury spadają szybko i zawsze połowa planszy zawalona jest nie wykończonymi poziomami.

22:57, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi