To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 28 września 2011
Chore dziecko, cz. 1748

Telenowela trwa.

Wczoraj zadzwoniła ze żłobka pielęgniarka z listą zarzutów:

  • Dziecko od kilku dni ma gęsty, zielonkawy, infekcyjny katar i jest go dużo
  • Dziecko ma wysypkę alergiczną
  • Dziecko nie ma czapeczki
  • Dziecko nie ma pieluch i ubranek (zapomniało mi się pierwszy raz)

Ta kobieta mówi zawsze takim tonem, jakby człowiek robił to wszystko specjalnie na złość, by zniszczyć jej piękną pracę. A ja się czuję jak gówniana matka. Może wykonuje tego typu setny telefon tego ranka, bo wszyscy rodzice wciskają chore dzieci na salę i uciekają.

Co do wysypki, to od poniedziałku próbuję znaleźć opiekunkę w żłobku, która pomogła by mi wyjaśnić, od czego ona może być. Niestety, ciągle trafiam na te, które nie mają pojęcia o co chodzi. Wiertek w piątek wróciła do domu z czerwoną wysypką dookoła ust i w niektórych miejscach na nogach. Krosty zbledły, ale nadal są.

Wtorek znowu przesiedziałam w pracy ze ściśniętym żołądkiem kombinując co tu zrobić z chorym dzieckiem. Wychodziłam już przez dwa dni z pracy na różne badania. Jutro mam szkolenie całodniowe, za które mój szef sporo zapłacił i jak mu powiem, że tam nie pójdę, to humoru mu nie poprawię. I tak zgodził się, bym dziś pracowała w domu. Obdzwoniłam różne miejsca, ale nikogo nie znalazłam do opieki.

Wiertka odebrałam po południu ze żłobka z nosem... suchym. To gdzie ten katar???

Dziecko nie ma gorączki, kaszlu, jest żywe i rzeczywiście rano miała przez jakiś czas gęstą wydzielinę z nosa (białą), z czasem się zmniejszającą. Wyszłyśmy na spacer i przeszło jej do końca.

Na szczęście praca w domu się udała. Nie wiedziałam, że można tak szybko i sprawnie wszystko robić, gdy obok jest dziecko. W 1,5 godziny załatwiłam to, co w biurze zajmuje minimum dwa razy tyle czasu. Mała dostała swój aparat komórkowy, kartkę, długopis jak mama i siedziała obok mnie też "pracując".

Potem wymknęłyśmy się na zakupy, gdzie to nabyłam buty za 250 złotych do mojej sukienki za 5 złotych :D Piękne szpilki. Szpilki i ja, to raczej temat na odrębny wpis.

Sukienkę zestawiłam z halką studniówkową (dość opinającą mnie, ale jeszcze nie pękającą - striptizu nie planuję) i całość wygląda ok.

Zaraz idziemy do pediatrzycy, którą spróbuję przekonać, że dziecko może wrócić do żłobka.

14:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2011
Czerwona sukienka - mały/wielki dylemat

W piątek poprowadzę wieczór autorski koleżanki i nie zastanawiałam się nawet, w co się ubiorę. Pewnie padłoby na, to co zwykle, "ubranie maskujące", w którym mój styl i osobowość są jak ten kwiat paproci - wielu słyszało, mało kto odnalazł.

Ważnym elementem książki są suknie głównej bohaterki i przyszło mi do głowy, że wystąpię w sukience, w jednym z kolorów z książki. Koleżanka rzuciła, że ona dla siebie spróbuje taką znaleźć w sklepie z używaną odzieżą. To jest myśl!

Wczoraj wracałam z Wiertkiem z pracy/żłobka i minęłyśmy jeden "ciucholand". Czemu by nie zajrzeć. Pani pokazała mi kąt z sukienkami. Ani kolory, ani fasony nie te. Trudno. Aż nagle trafia w moje dłonie ONA - krwistoczerwona długa do ziemi suknia. Kolor, którego całe życie się bałam, ale jak widać po zakupie wiosenno/jesiennego płaszcza, coraz bardziej mnie kusi. Z suknią jest jeden problem. Nie jestem do końca przekonana, czy to nie... koszula nocna... Ten materiał... Konsultuję się ze sprzedawczynią, ale ta ma dziwną minę:

- W dzisiejszych czasach trudno ocenić.

Suknia ma na bokach sznureczki do zawiązania pod biustem. Koszule nocne chyba nie mają czegoś takiego? Kto sobie podwiązuje seksownie cycki i kładzie w pościeli? Choć może nie doceniam determinacji kobiet?

- W jakiej cenie ta sukienka?

- 5 złotych.

Moje wątpliwości odeszły. Mogę stracić 5 zł i w domu ostatecznie zobaczyć, jak suknia na mnie leży i co bardziej przypomina.

W domu zakładam ją i wątpliwości rosną. Pięknie obleka moje ciało, fajnie w niej wyglądam, ale dekolt ma tak głęboko wycięty, że nie da się założyć pod nią biustonosza. Kto robi takie dekolty w sukienkach, kiedy materiał trochę prześwituje i widać biust? Koszula nocna? Materiał prześwituje, ale moim zdaniem jest gęstszy niż w bieliźnie nocnej. Dorzucam pod spód czarne body i całość zaczyna od razu lepiej się prezentować. Tyle, że widać, że body kończy się pod linią majtek. trzeba jeszcze coś na dół. Przychodzą mi do głowy elastyczne, czarne legginsy przed kolano z czasów gdy jeszcze chodziłam na ćwiczenia. Będzie wyglądało jakbym miała pod spodem pas wyszczuplający, tyle, że kompletnie nie spełniający swojej funkcji. Mam gdzieś jeszcze czarną halkę od sukienki studniówkowej. Tyle, że wtedy ważyłam trochę mniej i nie wiem, czy się w nią wcisnę.

Sądzę, że główny problem z suknią jest taki, że - jeśli to sukienka - to była noszona w czasach, gdy bawiono się w Klubie "Studio 54". The Saturday night fever.

Odłożyłam sukienkę na dzień kolejny, bo Wiertek już się nudziła tymi moimi rozważaniami. No i też chciała przymierzyć suknię :)

I czy to suknia, czy koszula nocna???

Przypominam sobie, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej nawet bym się chwili nie zastanawiała, tylko wystąpiła w czymś takim. W liceum, na początku studiów nie miałam oporów by zakładać rzeczy dziwaczne (niestety nie oryginalne, czy ekscentryczne). Teraz jednak mam lat trzydzieści z kilkunastoprocentowym VATem. Widzę już, jak moja matka kręci się w grobie jak wiatrak poirytowana, że jej córka z wiekiem nie nabrała rozumu, ani stylu.

Do piątku zostało jeszcze trochę czasu. Teraz czas na buty.

09:45, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2011
Jeśli coś zepsujesz, już tego nie naprawię

Fajny, chwytliwy tytuł, ale nie będzie o dramatach nierozważnych pań i lekkomyślnych panów ;)

Rzecz będzie o nowej zabawce Wiertka. Wózek dla lalki, który dostała od dziadka króciutko trwał w jednym kawałku. Najpierw odpadło kółko i jeszcze jakoś potrafiłam je nasadzić, choć odpadało po chwili ponownie. Po kilku dniach, wyleciało koło po drugiej stronie. Zapewne nie samo z siebie, tylko dzięki zapędom destrukcyjnym mojego dziecka.

Niestety, ja jestem człowiekiem kompletnie atechnicznym. Mam trudności z otworzeniem rzeczy - leków, środków chemicznych - zabezpieczonych przed dziećmi. Jak Joe z "Przyjaciół" (jest taka fajna scena w jednym z odcinków). Próbowałam naprawić ten wózek, ale nie mam pojęcia, co jest nie tak.

Stąd to "Jeśli coś zepsujesz, już tego nie naprawię" mówione do mojego jęczącego dziecka. Chciałabym, ale nie umiem. Ciężkie będzie miała życie z takim rodzicem. A w domu ani centymetra chłopa, bo nawet wibrator zostawiłam w dawnym mieszkaniu.

Za to Mała jest pełna dobrej myśli i nadziei - widzę ją czasami jak siedzi przy tym wózku i próbuje naprawić kółka, oś. Nie zniechęca się. Ja jestem typem, który zniechęca się natychmiast. Jeszcze się okaże, że moja córka skręci ten mechanizm.

09:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 września 2011
Weekend wiatrem podszyty

W sobotę, tak jak się obawiałam, o 6:20 puciata (po mnie), roześmiana buzia odrzekła mi "czeeee!" (w nd o 6:50). Mam coraz mniej skrupułów, więc zrobiłam dziecku mleko, zmieniłam pieluchę, włączyłam bajki, które ona i tak olewa (dlaczego masa dzieci uzależnia się od tv, tylko nie moje?), i próbowałam jeszcze przez godzinę "poborsuczyć w pościeli".

Rano wyprawa na bazarek po mięso i warzywa, by zrobić obiady na cały tydzień. Zostawiamy zakupy w domu i na plac zabaw. Po placu padła, a ja razem z nią. Po godzinie ja się obudziłam i dokończyłam gotowanie obiadu. Następnie Wiertek, po drzemce, dokonała rekordu w długości jedzenia obiadu, którego i tak prawie nie tknęła. Jak próbowałam zabrać talerz, to protestowała. Po jakimś czasie, jednak szlag mnie trafił, na widok nabijania ziemniaka na widelec, by go następnie rozgnieść oraz zlizywania bułeczki z fasolki.

Po południu zaliczyłyśmy wyjścia na imprezy lokalne. Na niedalekim skwerku były dni tej okolicy, organizowane w klimacie dwudziestolecia międzywojennego. Na scenie śpiewano przeboje Hanki Ordonówny i Mieczysława Fogga, można było obejrzeć rajd starych samochodów i motocykli. Wiertek zapatrzyła się na scenę, zasłuchała, a potem pogapiła na motory. Gdy zapraszano widownię do śpiewania na scenie, widziałam, że miała ochotę tam wejść ;)

Potem podjechałyśmy kawałek tramwajem, w inną część dzielnicy, gdzie odbywał się inny piknik społeczności lokalnej. Tam znowu na scenie grała orkiestra i śpiewano stare warszawskie przeboje, a Wiertek zawiesiła się, z lekko ściągniętymi brwiami, słuchała i jest to chyba jedyna okazja, gdy moja córka znieruchomiała. A  w przerwie pomiędzy występami, tu też chciała wejść na scenę i nawet na chwilę jej się to udało. Moje dziecko, wzgardziwszy obiadem w domu, zjadło ze smakiem dwie wielkie michy darmowej zupy grochowej. Dziecko samotnej matki, nie? ;)

A tak, biegała po terenie pikniku, grała ze mną na bębnach (w grupie innych ludzi) - początkowo obie na tym samym, ale potem kazała mi załatwić sobie własny - bawiła się w zabawy z dziećmi i animatorkami, śmiejąc się do rozpuku.

Nie dziwne, że zasnęła już o 19.30 :)

Niedziela znowu głównie na placach zabaw. Czuję lekkie poczucie winy, bo może powinnam ją stymulować intelektualnie - układać puzzle, budować domki, czytać, uczyć języka obcego. Jej rówieśnicy tyle już potrafią, a ona potrafi głównie biegać, wspinać się, przełazić przez płotki. A ja pozwalam, by większość dnia, tak sobie po prostu biegała po świeżym powietrzu.

12:36, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2011
Festiwal Nauki cz. 2 i 3

Wczoraj była na dwóch wykładach.

Pierwszy, "Kobiece rytuały przejścia" był pomyłką. Nie tego oczekiwałam, nie tego się spodziewałam. Prowadząca skupiła się na współczesnych rytuałach przejścia - balach debiutantek, Bat Micwie, bractwach studenckich. W związku ze zbliżającym się wydarzeniem, które przygotowuję potrzebuję informacji o starszych inicjacjach.

Za to drugi wykład, "Błędy w zeznaniach naocznych świadków", był niesamowity, choć sam temat mógł zapowiadać nudne sprawozdania. Tego wieczoru, o tej samej porze, nakładały się trzy bardzo fajne wykłady i miałam znowu problem z wyborem. Tym razem wybrałam super.

Zrobiłam fajne notatki, by kiedyś do tego wrócić, ale tu streszczać ich nie zamierzam. Ważne jest, jaką informacją prowadząca (dr Katarzyna Hamer) rozpoczęła wykład - w USA 85% skazanych na podstawie zeznań świadków okazało się, po badaniach DNA, niewinnymi. W Polsce te statystyki nie są lepsze, a być może są bardziej pesymistyczne. W 1980 roku przeprowadzono w jednej z nowojorskich stacji telewizyjnych eksperyment - pokazano w wiadomościach krótki film, na którym mężczyzna wyrywa kobiecie torebkę, a potem zdjęcia sześciu podejrzanych. Widzowie mieli za pomocą audiotele wytypować właściwego podejrzanego. Zaledwie 14% z nich wskazało właściwą osobę. Wynik niższy, niż gdyby typowali losowo (16,7%)...

Potem sami na własnej skórze doświadczaliśmy, że "bycie świadkiem" nie jest proste. Patrzyliśmy przez 15 sekund na pewne zdjęcie. Potem staraliśmy się przypomnieć szczegóły. Okazało się, że je zapamiętałam mężczyznę z doniczką w ramionach, dwie kobiety i kogoś z aparatem fotograficznym, gdy tak na prawdę na zdjęciu to ten mężczyzna miał aparat, a doniczkę jedna z dwóch kobiet. Na drugim planie obrazka kieszonkowiec wyciągał mężczyźnie portfel z kieszeni. Zaraz zobaczyliśmy zdjęcie z szóstką mężczyzn i mieliśmy wytypować złodzieja. Trafnie udało się... może z 1/5 sali. A przecież - w przeciwieństwie do prawdziwego świadka - od "wydarzenia" do "okazania winnego" minęła minuta, wiedzieliśmy, że musimy uważnie oglądać zdjęcie, nie znajdowaliśmy się w stanie stresu, itp.

Jeszcze inne ciekawe ćwiczenie - popatrzyliśmy na zdjęcie miłego mężczyzny, a potem mieliśmy spróbować odtworzyć jego portret pamięciowy. Patrząc na rozsypane różne "oczy", "nosy", "uszy", człowiek nagle gubi się i już nie wie, co jest prawdą, co mu się wydawało.

Było sporo o czynnikach sprawiających, że świadkowi trudno jest dobrze coś zapamiętać, co wpływa na to, że jednak jego zeznanie staje się bardziej wiarygodne, o sprawie Steve'a Titusa (długo by pisać) Taki wykład powinni zaliczyć policjanci i pracownicy wymiaru sprawiedliwości.

Fascynujące półtorej godziny.

Przypomniała mi się polska słynna sprawa, gdzie nie wiadomo kto mówi prawdę, kto co zapamiętał - sprawę butiku Ultimo.

Pamiętam jak trzech chłopaczków napadło mnie i wyrwało torebkę - ani dziś, ani chwilę po napadzie nie byłam w stanie opisać jak wyglądali, jakie mieli twarze. Ściana. Pewnie czasem mijają mnie na ulicy.

I to koniec mojej przygody z Festiwalem Nauki w tym roku. Po pierwsze tata Wiertka gna w inny koniec kraju i nie będzie go tydzień. Po drugie, teraz pobędę trochę z dzieckiem, które przez trzy dni z rzędu widywało mnie tylko o poranku po przebudzeniu.

15:50, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 września 2011
Festiwal Nauki, cz.1

Uwielbiam Festiwal Nauki. Co roku czekam z niecierpliwością na nowy program i układam sobie grafik wykładów ;)

Rok temu udało mi się chodzić z Wiertkiem. Jedno spotkanie przespała, w czasie dwóch innych raczkowała zawzięcie po sali. W tym roku odpada, została z ojcem.

Szybko o wczorajszym wykładzie, który zapewne miał rekordowo długi tytuł ;) - "Co kryje twarz? Emocje, kłamstwo i inne rzeczy, które chcemy ukryć, ale widać je na twarzy".

Podejrzewałam, że usłyszę rzeczy w sumie mi znane i prawie się nie zawiodłam :) Część tych rzeczy czujemy, wiemy intuicyjnie albo gdzieś się o tym czytało.

Jednak po raz pierwszy usłyszałam o "efekcie Kuleszowa" - jak kontekst sytuacji wpływa na interpretację wyrazu twarzy. Kuleszow zmontował trzy filmiki (lata 20-te albo 30-te XX wieku) - scena z wyrazem twarzy + scena z talerzem smacznej zupy, scena z wyrazem twarzy + scena z trumienką z dzieckiem, scena wyrazu twarzy + scena skąpą odzianej pani. Wyraz twarzy był uradowany, zasmucony lub podniecony. Tylko, że... za każdym razem była to ta sama twarz, ta sama scena. To kontekst kolejnej sceny sprawiał, że inaczej interpretowano jej wyraz. Po latach powtórzył to Hitchcock.

Było też o mikroekspresji, czyli o tym, że przez ułamek sekundy nasza twarz pokazuje prawdziwą emocję, a dopiero potem wchodzi autokontrola. Fajnie to było widać, na filmikach pokazywanych w zwolnionym tempie - ludzi na ulicy pytano o szczęście, smutek, a ich twarze przez krótki moment wyrażały prawdę ;)

Jest taka scena, a propos mikroekspresji, w "Przeminęło z wiatrem", gdy Scarlett widzi Rhetta - przez jej twarz przemyka cień radości, ale szybko przykrywa go obojętnością i nadąsaniem  :)

I tak dalej, i tak dalej :) Mnóstwo sztuczek, jak grać szczęśliwą pomimo ;)

Tym bywa intuicja - gdy nasz mózg widzi te mikroekspresje, ekspresje tłumione, zbyt symetryczne, błędne przebiegi we czasie, ale pozornie słyszymy, że wszystko jest ok, co nam się u licha nie podoba ;) Tak bywa, gdy osoba w depresji, nie widzi, że rozpada się jej związek, bo nic nie widzi, tylko swoje nieszczęście.

14:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
KKP drugi dzień

Wpis zaległy za niedzielę.

W niedzielę zostawiłam Małą pod opieką ojca i starszego rodzeństwa, pojechałam na drugi dzień III Kongresu Kobiet Polskich. Serce bolało, bo paneli było tyle, że organizowano je równoległe, a wiele było ciekawych. Najpierw miałam dylemat pomiędzy "Opuszczone przez los, czy przez państwo - problemy feminizacji opieki w Polsce", a "Los i decyzje, Opowieści kobiet". Jako samotna matka doświadczana albo przez los, albo przez państwo, wybrałam to pierwsze. Okazało się, że głównym tematem była kobieca starość - jako, że kobiety żyją dłużej, wypracowują mniejsze emerytury, to częściej dotykają je problemy związane z ubóstwem. Czułam się trochę jak na wykładzie z czasów studenckich, albo na tamtych panelach naukowych. Efekt był taki, że zmieniłam panel, a tam był całkiem inny przepływ energii, jakiś fajny flow :) Henryka Krzywonos, Dorota Gardias (pielęgniarka, nie pogodynka ;) ), Monika Itoya, Jadwiga Król opowiadały swoje historie. Potem robiły to inne kobiety z sali. Dla mężczyzn może to wydawać się miałkie i jałowe, ale takie budowanie więzi jest fajne.

Z kolejnym panelem był ból, płacz i zgrzytanie zębów - aż cztery fajne: "Ja kobieta, ja pisarka", "Kobiety robią kulturę - doświadczenie twórczyń", "Równościowe rodzicielstwo, równościowe dzieciństwo", oraz "Edukacja seksualna i niepłodność w Polsce roku 2011". Jak wybrać?! Pierwsza eliminacja - zostają dwa pierwsze. Pisarką już nie będę, twórczynią kultury może - wybieram drugi panel. Panel był taki sobie, ale trawa po drugiej stronie płotu jest bardziej zielona. Moderowała Beata Stasińska, obecni byli: Joanna Wowrzeczko-Warczok (zajęcia kulturalne z dziećmi w Cieszynie), Justyna Bargielska (pisarka, prowadziła warsztaty), Agnieszka Gajewska (warsztaty w Poznaniu) oraz Edwin Bendyk ("Polityka", wsparcie teoretyczne).

Najbardziej w pamięć wbiła się Bargielska swoimi kontrowersyjnymi lub niefortunnymi wypowiedziami. Najpierw skrytykowała młode matki, z którymi prowadziła warsztaty pisarskie, bo chciały być głaskane, a "sztuka musi boleć". Jak musi, to się jej nie proponuje grupie społecznej, która potrzebuje czegoś innego niż "ból", bo to już ma. Potem była kwestia niewykształconych świetliczanek i nie wiadomo było, czy to wg niej źle, bo opiekują się dziećmi, czy nieistotne, bo trzeba je motywować. Na koniec było krótkie spięcie z Wowrzeczko, co do edukacji dzieci - W jest za wspieraniem talentów, B twierdzi, że nie każde dziecko musi być utalentowane. Każda pań mówiła dobrze, ale czasu nie było na wyjaśnianie - ważne jest by w każdym dziecku wyłuskać jakiś talent, bo to je motywuje do rozwoju, inwestowania w siebie i może uczyni z niego kiedyś np. dobrą, profesjonalną, zadowoloną z życia fryzjerkę. Z drugiej strony, nie ma nic bardziej frustrującego niż matka, który umyśliła, że jej dziecko zostanie pisarką/malarką/tancerką/kimś kim chciała być mamunia, ale je nie wyszło. A czasem warto nauczyć kogoś być "szczęśliwym przeciętnym".

Wróciłam do domu razem, a zaraz za mną Mała, z jej ojcem, Młodą, Młodym. Eks zrobił wszystkim obiad, a ja się jeszcze sekundę zdrzemnęłam. Tamci pojechali, a Młoda na pożegnanie przytuliła się. Może jednak miło mnie wspomina, bo czułam lekki smutek, że ojciec znowu zmienił kobietę, a dzieci przyjęły to bez refleksji.

Miałam jeszcze opisać Festiwal Nauki, ale za dużo już czasu i miejsca ten wpis zajął. Potem.

09:29, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 września 2011
KKP vol. III i kinderbal vol. 2 ;)

Pierwsza część dnia, to wycieczka w Wiertkiem na III Kongres Kobiet Polskich. Nie robiłam wielkich planów, bo zdaję sobie sprawę, że to co jest interesujące dla mnie, może być nudne dla mojego dziecka.

Dygresja. Ale pewnie już pisałam o zapewnieniach innych, jak to dziecko nie zmienia trybu życia. Gratuluję dobrego samopoczucia. Nie zmienia, jeśli ktoś nie liczy się z jego zdaniem. Koniec dygresji, bo szkoda wpisu.

Najpierw trafiłyśmy na kącik dla dzieci :) Mała wsiąkła tam na długo, a ja nie miałam serca ją zabierać. Byłam z małą. Nie chciałam zostawić ją bez mojej opieki i nie po to tydzień roboczy trzymam ją w żłobku, by w weekend znowu oddawać ją obcym ludziom. Tak, bo przecież pojawienie się dziecka nic nie zmienia :P  Przeszłyśmy w końcu na Salę Kongresową. Znalazłam fajne miejsce - na samym końcu, przy ścianie. Wiertek biegała pomiędzy pustymi kanapami, przejściem za fotelami, zahaczała o schodki, a ja rzucałam okiem na widownię. Obserwowałam wystąpienia. Nagłośnienie było dobre. Moje dziecko było twarde - 45 minut tam kursowało: przejście, puste fotele, schodki, przejście, fotel, schodki, fotel, przejście, schodki, schodki, fotel, przejście, fotel, fotel, fotel. Miałam dla niej chrupki, co motywowało ją do interesowania się tym miejscem. A ja już przywykłam do chłonięcia kultury i wydarzeń społecznych w ciągłym ruchu, w podzielnej uwadze ;)

W końcu uznałam, że nadwyrężam uprzejmość mojego dziecka oraz siedzących w ostatnim rzędzie (być może uczestniczki forum "Bezdzietni z wyboru") i znowu, na jakiś czas, trafiłyśmy do kącika zabaw.

Moja córka będzie mogła się pochwalić, że pierwszy KKP spędziła w brzuchu mamy, drugi - na jej rękach, trzeci - biegając po Sali Kongresowej. Ewentualnie interesować ją to nie będzie, bo światopoglądowo po jej prawej stronie będzie już tylko ściana :)

Powrót do domu na obiad i jedziemy na pierwsze urodziny mojego bratanka, czyli kinderbal. Prawie przed drzwiami domu solenizanta zorientowałam się, że... zapomniałam prezentu. Tak to jest, jak cała energia idzie w złapanie dziecka by - przewinąć, przebrać, założyć buty. Brat sam po niego podjechał, dałam mu klucze od mieszkania :)

Impreza była typowo rodzinna - mój tata, mój brat, rodzice, rodzeństwo jego żony, nasze dzieci. Ciepło. Tęsknię za takimi spotkaniami. Lubię takie.

Wiertek dostała od dziadka gadającą lalkę niemowlę i spacerówkę dla lalki (jeszcze nie rozpakowana). Moja córka lalką pointeresowała się chwilę, by rzucić nią o podłogę. Resztę popołudnia spędziła bawiąc się samochodzikami i piłkami swojego brata ciotecznego :) Oraz, jak zwykle, wierciła się i była w ciągłym ruchu. W opozycji do kuzyna, który praktykuje stoicyzm życiowy :)

23:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 września 2011
(bez)sennik cz. 1

Kiedyś lubiłam opisywać moje sny, bo po przebudzeniu robiły na mnie ogromne wrażenie. Latami tak robiłam i potem już do nich nie wracałam.  Sny są ważne tylko w czasie, gdy się narodziły. Teraz większość z nich szybko zapominam, jeśli jeszcze śnię.

Ale niektóre ciągle tkwią w głowie :)

Po przebudzeniu sny pamiętam nie jak historię, ale garść scen, opisy będą więc "porwane".

Dziś śniłam, że wyruszyłam w podróż. Bez planu i celu. Po prostu wyszłam i pojechałam. Byłam na stacji kolejowej, wyszłam z pociągu. Gdzie ja jestem? Na rozkładzie najbliższe większe miasto, to Zakopane. Czyli pojadę do Zakopanego. To uczucie bycia w drodze, w ruchu, podążania ku czemuś nowego, nowe miejsca, coś się dzieje. Jest 16.00 albo 6.00 po południu. A może przenocuję w tym miasteczku i zwiedzę je przy okazji? Wychodzę z dworca - niedaleko widać średnio wysokie skałki i jezioro w środku nich, nie widać żadnych gór w oddali. Zabudowań niewiele. Gdzie przenocuję? Jestem w holu hotelu. Nie stać mnie na taki. Pojawia się jakaś moja koleżanka. Jestem w pokoju hotelu/hostelu z nią i moimi dwoma kolegami z pracy. Jednego z nich bardzo lubię, cieszę się więc, że mogę z nim spędzić czas. Zdrzemnęłam się. Czy to nie zabawne - śnić, że się zdrzemnęło? :D Uczucie, że mogę odpocząć, odprężyć się.

Sen o wolności?

Sen wydaje mi się ważny dla mnie, ale jak czytam teraz ten opis, to nuda. Czyli jak zwykle, nasze sny, to nasze sny.

09:10, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2011
Jak zaoszczędzić na żłobku

To zaległy wpis z piątku.

Dobrze, że czekałam do ostatniej chwili z opłaceniem żłobka. Są teraz nowe stawki, nie rozjaśniłam jeszcze mroku ich naliczania. Właśnie miałam zadzwonić do kierowniczki i dopytać się, gdy ona sama się ze mną skontaktowała. Chciała przypomnieć o opłacie. Wiedziałam, że są jakieś zniżki, ale wyliczane ze względu na zarobki, a ja całkiem przyjemnie zarabiam. Przyjemnie, czyli wystarczająco, by żadna z instytucji mi nie pomagała, by nie umrzeć z głodu i tracić kilogramy, ale zbyt mało by publicznie się przyznawać do tej kwoty. Dziwnym trafem wszyscy dookoła zarabiają grubo powyżej średniej krajowej i to nie polskiej, ale europejskiej, ale w PL im tak ciężko.

Wracając do rozmowy. W jej trakcie dotarło do mnie, że chodzi o zarobki, ale za 2010! A ja wtedy nie zarabiałam! Dostawałam przez kilka miesięcy macierzyński. Co za cholerna blondynka! Był piątek, godzina 8.30, ostatni dzień przyjmowania zaświadczeń z Urzędu Skarbowego. Kierowniczka czekała na nie do 15.00. Wypadłam z biura i pognałam na drugą stronę rzeki do US. Tam przekonałam urzędniczkę, że nie mogę czekać na zaświadczenie tydzień, bo dziecko we wrześniu w szpitalu, bo żłobek. Nawet nie oponowała, tylko przyniosła mi od razu.

Tak oto udało mi się zdobyć zniżkę w żłobku, dzięki której płacę tyle co dotąd, a nie trzy razy więcej.

Do pracy dotarłam przed południem i nawet nie musiałam się tłumaczyć, bo szef nie dotarł jeszcze by tuczyć konia swoim pańskim okiem.

08:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi