To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 30 września 2012
Przedstawienie trwa dalej, czyli jak spłonąć na oczach 100 tys ludzi, by o tym nie pamiętali

Miało być zbiorczo o Festiwalu Nauki i "Jednym dniu w PRL", ale wczorajsze popołudnie było tak mocne, że będzie dziś tylko o wydarzeniu Domu Spotkań z Historią.

"Jeden Dzień w PRL" to cykl wydarzeń, organizowanych przez DSH wokół filmu dokumentalnego Macieja Drygasa o tym samym tytule. Wziął na warsztat jeden zwyczajny dzień, w którym nic ciekawego się nie wydarzyło - 27 września 1962 roku. O filmie później. Na spotkania w czwartek i piątek nie dotarłam, żałuję, ale byłam z małą i nałożyły się inne rzeczy.

W sobotnie popołudnie, gdy przedarło się przez marsz w obronie telewizji Trwam - robił wrażenie - obejrzeliśmy w małej salce kina "Rejs": "Usłyszcie mój krzyk" i "Jeden dzień w PRL".

Pierwszy dokument dotyczy Ryszarda Siwca, który w akcie protestu przeciw najechaniu Czechosłowacji spalił się na Stadionie Dziesięciolecia w czasie uroczystości dożynek - 8 września 1968 roku. Mocne. Moje pierwsze refleksje, jeszcze przed filmem - to histeryczne, egzaltowane, bez sensu. Wiedziałam o wydarzeniu tyle, że było. Ktoś w filmie ciekawie zauważył, że gdy płonie buddyjski mnich jest to głębokie i duchowe, gdy polski intelektualista, to objaw nierównowagi psychicznej.

Nie chcę rozpisywać się do zanudzenia, ale najciekawszymi częściami filmu były opowieści, na tym samym stadionie po trzydziestu latach kilku świadków tego wydarzenia. Spiker radiowy najpierw mówi jak trudno relacjonować przez radio tańce ludowe, jak opowiedzieć słuchaczom tak by ten taniec widzieli. Wymyślili więc, że ich słowa będą w rytmie muzyki - rozwleczone przy polonezie, żywsze przy mazurku. Piękne. Wybiegam do przodu - Maciej Drygas opowiada, że przesłuchiwał taśmy wiele razy, przesłuchiwał by zauważyć choćby drgnienie w głosie, pauzę, zawahanie, gdy na trybunie płonie żywcem człowiek. Nie ma tam czegoś takiego. Pełen profesjonalizm. Spiker tłumaczy się, że jak miał mówić słuchaczom o czymś takim, gdy w tle ciągle leciała muzyka ludowa... I, że co to za pomysł podpalać się w czasie tańców, w czasie przemówienia Gomułki trzeba było... Starsza pani, która przywiozła uczniów, by zatańczyli na płycie mówi, jak to kazała im się tam nie gapić, tylko wyjść i zatańczyć. Teraz ich kolej była. Czy można zaburzyć tok uroczystości? Ówczesna młoda studentka opowiada o tamtych chwilach, podsumowując: błękitne niebo, tańczący ludzie, nagle płonie człowiek, zabierają go, niebo jest nadal błękitne, ludzie nadal tańczą, zrozumiałam, że to nic nie dało.

Mocne siedem sekund taśmy, jedyne jakie zostało, gdzie przez siedem sekund widać płonącego Siwca. Mistrzowsko zmontowane, bo puścić siedem sekund, ale w kawałkach - za każdy razem inny fragment kadru, najważniejsze zostawiając na koniec. Widzimy ludzi chwytających się za głowę, ktoś odbiega na bosaka trzymając buty w dłoniach, ktoś biegnie z marynarką, ktoś zakrywa sobie usta dłonią. Widzimy tańczące na płycie dziewczynki a na ich twarzach płacz, odwracają w bok głowy, ale tańczą dalej. Wreszcie na koniec widzimy środek kadru, siedem sekund płonącego, wymachującego ramionami i krzyczącego coś człowieka.

Przeskoczę na chwilę drugi film i przejdę do dyskusji po spotkaniu. Był Andrzej Werner i sam Maciej Drygas. Werner bardzo ciekawie opowiedział o atmosferze, która panowała w latach sześćdziesiątych, o tym czymś, czego ja nie mogę już sobie wyobrazić. Dla mnie czyn Siwca jest egzaltowany, ale wpisywał się w duszną, zakłamaną, zamkniętą atmosferę tamtych czasów. Ja wychowana na kilku kanałach tv, gdzie każda opcja się wypowie, internecie, FB, w czasach gdy każdy news po sekundzie jest w niemal wszystkich zakątkach świata, nie ogarniam tego co się wtedy działo.

Opowieść Drygasa o odkryciu historii Siwca, historii ukrytej i zapomnianej w kraju na trzy dekady, o docieraniu do szczegółów, kręceniu materiałów była fascynująca. Może nawet bardziej niż sama historia. "Człowiek z marmuru" to przy tym nic. To jest temat na film, powieść sam w sobie. Przemknęło mi przez głowę - jeśli widzisz w tym temat, to idź do Drygasa i zaproponuj mu, że napiszesz ;) Taki tylko kawałek. W filmie słyszymy nagranie-przesłanie Siwca. Zostawił przyjacielowi kasetę magnetofonową, z prośbą by po wszystkim dostarczył ją gdzie trzeba. Jednak przyjaciel się przestraszył i zakopał ją w ogrodzie. Po samospaleniu Jana Palacha, które odbiło się echem na świecie, postanowił jednak kasetę upublicznić. Pojechał z Przemyśla do Warszawy i wszedł do Ambasady Brytyjskiej, czy inne podobnej placówki z prośbą by rozesłali to dalej. Ci jednak uznali go za prowokatora i odesłali do... polskiej instytucji dziennikarskiej. Nie mając pojęcia co dalej, poszedł na pocztę. Tam przez przypadek znalazł katalog wysyłkowy pewnej zagranicznej firmy. Wysłał kasetę na ich adres, z prośbą o przesłanie do Radia Wolna Europa. Wiem, w jakim języku to napisał, jakim cudem ono wzięli to na poważnie? Jednak kaseta do RWE trafiła, a ci złamali zasadę potwierdzenia materiału z dwóch źródeł i manifest wyemitowali. Dziwaczne? To wyobraźmy sobie, że mieszkamy dziś w Korei Północnej i chcemy zawiadomić świat o pewnym wydarzeniu. Proste? Niekoniecznie.

Jako podsumowanie. To w Czechach mówiło się o samospaleniu Siwca, to tam jako pierwszy został odznaczony, to tam dostał ulicę. W Polsce raczej milczano. Zatkało mnie, gdy dowiedziałam się na tym spotkaniu, że w maju obok Stadionu otworzono uliczkę imienia Siwca i odsłonięto jego pomnik. Ta informacja, gdzieś zaginęła w potoku innych, a to przecież kilka ulic ode mnie. Ważniejsze było, by nie psuć radosnej atmosfery Euro 2012 - czy to nie zabójczy chichot historii? Historia zatacza koło. Przestawienie musi trwać dalej.

Rozpisałam się strasznie, więc niestety krótko o "Jednym dniu w PRL". Pomysł świetny - znaleźć zapiski, materiały z tego jednego właśnie dnia. Materiał filmowy w tle był z okresu zbliżonego, nie z tego jedynie dnia. Mamy tam list żony do męża w wiezieniu, list syna z wojska, notatki z obserwacji figurantów przez służbę bezpieczeństwa, książki skarg i zażaleń, dzień z pamiętnika młodej mężatki i wiele innych dokumentów. Ludzkie radości, smutki, dramaty. Coś niesamowitego. O kulisach powstawania tego dokumentu, Drygas także opowiadał.

Dziś dalsze dwa filmy dokumentalne Drygasa w kinie "Rejs" i dyskusja, ale ja już nie będę mogła tam być. Jak ktoś zdąży przeczytać mój wpis i będzie miał wolny wieczór, to zapraszam ;)

10:48, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 29 września 2012
Biurowy Monthy Python

Raz na jakiś czas, w wielkim sekrecie będzie o tym, co u mnie  w pracy ;)

Ostatnie dni to gwałtowne zmiany. Nasza Administratorka Biura złożyła wypowiedzenie. Kobieta tysiąca rąk zajmująca się sprawami firmy, umowami z poddostawcami, firmami współpracującymi, odbierająca telefony od wierzycieli, sama windykująca i tradycyjnie w małych i średnich firmach - oporządzająca prywatne sprawy szefa (nie, nie seks - wizyty u lekarza, pozwolenie na pracę, itp). Dodatkowo zajmowała się infrastrukturą telefoniczną, drobnymi naprawami sypiących się programów z bazami danych, oraz naszymi laptopami.  Oprócz tego musiała pojawiać się w biurze, przy każdym włączeniu alarmu (to wynajmowany budynek wolnostojący), by przy asyście firmy ochroniarskiej sprawdzić, czy to tylko - jak zwykle - nie zamknięte okno w pokoju szefa. Te wszystkie rzeczy zapewne są drobnostkami, w obliczu codziennego kontaktu z naszym prezesem. Ja osobiście bardzo cenię sobie, że ten kontakt skraca się do porannego podania dłoni na przywitanie i jednego spotkania działu, co poniedziałek.

Dodatkowo doradzała w sprawach kadrowo-płacowych, bo nasz Kadrowy / Księgowy Roku jest osobą, która potrafi jedynie wprowadzać dane do szablonu i wciskać "drukuj". Ktoś musiał prostować faktury, dokumenty kadrowe.

W ciągu ostatniego miesiąca, szukała dla nas nowego biura. Okazało się, że ktoś - być może sąsiad - złożył życzliwe powiadomienie do odpowiednich instytucji, że właściciel naszego budynku nie ma w dokumentach przerobionego domu mieszkalnego na biurowy. Musimy go opuścić, bo zaraz pojawi się kontrola. Szukała, szukała, jeździła na spotkania, ale każda propozycja okazywała się za droga. Szefowi marzy się wynajęcie biura dla kilkunastu osób, z salką konferencyjną i pomieszczeniem magazynowym za koszt niemal równoważny z wynajęciem mieszkania trzypokojowego. W końcu znalazła coś, w dodatku kilka domów dalej.

Efekt był taki, że administratorka po trzech latach objawiła symptomy wypalenia zawodowego.  O polecenia prosiła na piśmie, mailem, bo zazwyczaj gdy coś szło nie tak, to nie dlatego, że szef miał zły pomysł, tylko dlatego, że tak na prawdę to chodziło mu o coś kompletnie odwrotnego i to jej wina. Dostała inną propozycję pracy. Próbowała wynegocjować podwyżkę, na co usłyszała, że tak na prawdę, to ona robi niewiele i zastanawiał się nad obniżeniem jej pensji.

Szef wiedział, że ona złoży wypowiedzenie z końcem września, kiedy musimy opuścić stary budynek i wiedział, że obliguje ją trzymiesięczny okres pracy.  Czyli jeszcze załatwi sprawy papierkowe przeniesienia wszystkich rzeczy pod stary adres, problemy z przyłączeniem internetu, telefonów. Tylko my wiedzieliśmy, że ona nie pojawi się już następnego dnia. Na szczęście, nas lubi.

Prezes był niezwykle zaskoczony, gdy przyniosła mu natychmiastowe rozwiązanie umowy o pracę, gdzie powodem rozstania było nie wypłacenie ostatniej pensji na czas (tak, ciągle czekaliśmy na pieniądze za sierpień) oraz nie płacenie składek ZUS (tak..). To z tak błahych powodów pracownik może tak sobie odejść z dnia na dzień? Co to za kraj, ta Polska?!

To nie koniec. Razem z nią pracowała młoda dziewczyna, pomagała jej, robiła rzeczy dla działu marketingu. Wiedziała, że teraz, choćby tymczasowo, obowiązki prowadzenia biura spadną na nią. Tego autentycznie jest mnóstwo, są to sprawy skomplikowane i administratorka nie po to odchodziła z hukiem by teraz komukolwiek pomagać. Odejście ma za zadanie pokazanie szefowi, że tylko mu się wydawało, że ona nic nie robi i firma sprawnie bez niej będzie działać dalej. Dziewczyna przestraszyła się, że zaraz popełni jakiś drobny błąd i wyleci dyscyplinarnie. Taki był jej ogląd sytuacji, ja bym polemizowała, ale ok. Efekt był taki, że ona złożyła takie samo wypowiedzenie kilka minut po administratorce. Obie po kwadransie wyszły już biura.

Było to na dzień przed dwoma ważnymi konferencjami, które i ja organizowałam. Była ok na tyle, że wszystkie materiały, dokumenty, listy uczestników zostawiła w super porządku i dało się to na miejscu błyskawicznie ogarnąć.

Teraz podsumowanie. Kto był następny w kolejce? Cofnijmy się chwilę w czasie. Jakieś dwa tygodnie temu sprawdziłam jakie projekty mam teraz do zrobienia i uświadomiłam sobie, że następna rzecz do wydania będzie dopiero w grudniu, więc przez miesiąc nie mam nic do roboty. Szef jest zakochany w tabelkach, programach, bazach, raportach, sprawozdaniach i wiedziałam doskonale, że błyskawicznie się w tym połapie. Połapie i będzie budził się w nocy zlany potem i myślami, że płaci mi za prywatne serwowanie po FB. Dostałam jakieś proste bazy danych do wprowadzenia i dłubię sobie w laptopie. I jest ok. Tyle, że teraz uświadomiłam sobie, że na mnie spadną tymczasowe sprawy z administracją... Gdy wezwał mnie do swojego gabinetu i zadał pierwsze pytanie od razu zalałam go falą polskich, trudnych, acz prosto złożonych zdań - że nie wdrożę się w to szybko, że to zbyt wiele zadań, że to nie awans o którym marzę. Zamachał rękoma i zapewnił, że nie o to chodzi. Miałam taką nadzieję, bo w duchu uważam, że ma mnie za idiotkę. Czasami to się opłaca.

Rozpisałam się, więc  przeprowadzce biura będzie kiedy indziej. Jako zakończenie. Mam dwie koleżanki, obie czytelniczki tego bloga, które poszukują pracy jako administratorki biura. Łamałam się kilka dni, czy dać im cynk, powiedzieć szefowi. Konsultowałam to z ludźmi - pierwsze pytanie jakie usłyszałam: "tak bardzo nie cierpisz tej koleżanki?". Bo ta praca to pole minowe, pod obstrzałem z rąk dziwnego Amerykanina. Moje wątpliwości rozwiały się, gdy szef wyznał, że wie dlaczego tak trudno mu się pracowało z administratorką i zastępcą marketingu - bo one nie mówiły z nim po angielsku. Teraz napisał ogłoszenie o pracę w tym języku i wybierze tylko takie pracownice. Takie tylko miał refleksje. Człowiek, który w tym kraju żyje 20 lat, a jego umiejętności posługiwania się językiem tubylców klasyfikują go gdzieś pomiędzy autystykiem a aleksytymikiem. Choć ja widzę tu też lekkie analogie do bohatera "American Psycho".

Tak więc wybaczcie dziewczyny :)

10:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 września 2012
Macierzyński hardcore - zakończenie (oby)

Wczorajszy dzień był tylko chyba wstępem, bo najgorsze było dziś. A może nie?

Poranek. Droga do przedszkola. Bunt "na ręce" już od drzwi. Złe mnie opętało, bo to ją popychałam do przodu, to próbowała przenieść trzymając pod pachami. Byle mi się nie rozłożyła na chodniku. W końcu eksplodowałam :( Zlałam ją w tyłek. Dałam trzy klapsy, ale w dzisiejszych kryteriach to lanie. Coś też do niej mówiłam, ale w języku powszechnie akceptowanym. Zostawiłam na chodniku i zrobiłam kilka kroków do przodu.

I wtedy usłyszałam jak krzyczy do mnie jakaś kobieta, że jak tak można, itp. Kobieta, by zapewne uniknąć sama klapsów - dosłownych, symbolicznych, werbalnych - z mojej strony, wyciągnęła zza paska jakąś legitymację. Policja? Straż Miejska? Prokuratura? Obywatelska interwencja? Przecież nie będę tego studiować. Nie rzucam się na ludzi, którzy widzą mnie z płaczącym dzieckiem, tylko tłumaczę. Tego ranka jednak po prostu wybuchnęłam płaczem i nie mogłam przestać.

Poszłyśmy dalej, Wiertka w środku trzymająca obie za ręce, teraz już grzeczna i słodka. Kobieta spokojnie tłumaczyła mi, że tak nie można, że sama ma syna i czasem ma dość. W sumie była ok. Wybadywała moją sytuację - kto pomoże, a tata dziecka? Raz nawet przeszła na "ty" i czułam się jak wypytywana przez "dobrego glinę" prostytutka mająca dać się zmiękczyć i wsypać swojego alfonsa. Przy światłach nasze drogi się rozeszły i pożegnałyśmy się.

Było mi wstyd. Tak przeraźliwie wstyd. Nawet nie wiem, czy mieszka niedaleko i szła do pracy (komisariat niedaleko), czy ktoś wezwał policję i kazał czatować na taką jedną patologiczną matkę. Byłam kompletnie rozbita psychicznie. Płakać przestałam dopiero na przystanku tramwajowym.

To okropne, ale nie śpieszyło mi się po własne dziecko. Bałam się co tym razem, co mnie czeka, w czym znowu zawalę? Po kim to dziecko jest takie zawzięte? Przepraszam za niestosowne porównanie, ale to jak życie z alkoholikiem - czy dziś stuknięcie drzwi wejściowych będzie zwyczajne, czy za mocne? Jak życie z przemocowcem - czy dziś zrobię to tak jak on lubi i będzie ze mnie zadowolony? Takie czekanie na cios.

Konferencja skończyła się wcześniej i byłam w przedszkolu po korektywie. Wiertka wybiegła do mnie w kapciach, bez skarpetek, oświadczając, że nie założy ich i już. Kwadrans spędziłyśmy w szatni, na rozmowie, przytulaniu, namawianiu. Nie założy, nie założy i już. Zaczął się krzyk i płacz. Dookoła inni rodzice, dyrektorka zajrzała by zobaczyć co tam. Cholera, znowu coś zawalam. Czeka mnie klinowanie dzieciaka i zakładanie skarpetek siłą, przy akompaniamencie wycia, by następnie przeszkodzić mu w ponownym ich ściągnięciu... Jakimś radarem, w trakcie siłowego naciągania pierwszej zorientowałam się dlaczego Wiertka nie chce tych skarpetek. Bo nie potrafi ich sama założyć. Fakt są wąskie i długie, nawet mnie jest trudno. A inne dzieci pewnie same sobie zakładają. A ona chce sama, sama, sama. Na szczęście znalazłam w szafce jakieś inne. Było trochę popłakiwania przy ich samodzielnym zakładaniu, ale kryzys został zażegnany.

Reszta dnia jak sielanka - i na plac zabaw, i do sklepu, i do domu Wiertka szła na nogach, bez protestów. Ale ja nadal w jakiejś chwilowej anhedonii.

19:11, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
środa, 26 września 2012
Macierzyński hardcore

Miało być o moim szefie, firmie jak z sitcomu. Jednak to nie prezes sprawia, że ledwo się trzymam na nogach, to nie praca doprowadza moje nerwy do stanu strzępek.

Po dniu na konferencji, gdzie zadawałam szyku na szpilkach, zmianie butów na obcasy bardziej zabudowane, które teraz wydały się całkiem komfortowe, pojechałam po dziecko do przedszkola. Preludium pod budynkiem. Nie chcę ją wziąć na ręce. Leży kwadrans na chodniku i wyje. Jeszcze jestem cool, non-violent, w macierzyństwie bliskości. W końcu Wiertka podchodzi, przytulamy się, posiedzimy trochę razem i idziemy na plac zabaw. Trochę mi wstyd przed mieszkańcami bloku tuż obok, bo widzą to już nie pierwszy raz.

Dwie godziny biegania po placu zabaw. Nie siedzę na ławce, też biegam. Czas powrotu do domu i mała znowu chce być niesiona na rękach. Staram się być asertywna. Ona też, co wyraża leżeniem na chodniku i wyciem. Po kwadransie na jeden z balkonu wybiega starszy pan i... Nie przysłuchuję się tylko przetaszczam wrzaskuna na drugą stronę budynku. Tam kilka minut wrzasku i płaczu. Ja podpalam papierosa. Mijają nas ludzie. Wstyd mi. Nogi bolą, bo obcasy się nie zmniejszyły. Mam się ugiąć? Mam odpuścić? Co ja, do cholery mam zrobić? Czuję się bezsilna.

Biorę Wiertkę pod pachę i przechodzę trochę dalej, by ulżyć nieco okolicznym mieszkańcom. Nawet jeśli wrzaskun był pełen sił, to teraz po takim płaczu na pewno jest padnięta. Siadamy na  murku i przytulamy się. Liczę, że to trochę ją uspokoi. Mija nas koleżanka z placu zabaw z babcią. Wpadam na pomysł by iść z nimi i okazuje się, że moje dziecko jest pełne sił. Niestety dziewczynka skręca do swojej kamienicy. Wiertka znowu jest zmęczona.

Ostatni etap drogi wspominam jako jatkę. Ona leży na chodniku i płacze, ja idę kilkanaście metrów sama licząc, że do mnie dojdzie w końcu. Widzę jak podchodzi do niej kobieta i prowadzi ją do pobliskiego sklepu by spytać, co to za porzucone dziecko. Próbuję w miarę szybko je dogonić na tych obcasach. Doczołguję się, przepraszam i wyjaśniam sytuację.  Powinnam się cieszyć, że nie zwinęła na Straż Miejska, ani Policja. Wstyd mi za to, jaką jestem matką. Mała idzie ze mną pod warunkiem, że śpiewam "Aaaa kotki dwa". Ostatni kryzys przechodzimy na klatce schodowej, gdzie Wiertka zrywa się z podłogi, bo wchodzę sama do windy i udaję, że zamykam drzwi.

Nie wiem co mam robić. Nie wiem co dalej. Jestem dzisiejszego wieczora u kresy sił. To jest jeden z takich zakończeń dnia, kiedy - pomimo sympatii do napoi maks 12 procentowych - ma się ochotę na minimum jedną setę czystej wódki. Z dłoni samego Wolanda. Choć nie - oni damie to tylko spirytus.

Jeśli komuś się wydaje, że nie wypłacanie pensji na czas, kryzys finansowy w firmie, groźba bankructwa i dziwaczny szef, to problem, to jest w błędzie. Ja się w takim absurdzie odprężam.

20:07, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 września 2012
Wpis wózkowy :)

Jakiś czas temu temat rozmowy pomiędzy mną, a dwiema innymi kobietami zszedł na nasze dzieci. Jedna opowiedziałam o uzdolnieniach jej pociech, druga zarysowała zręby mocnych stron swojego dziecka. I spojrzały się obie na mnie, i padło to pytanie:

- A twoja córka?

Zdusiłam w sobie chęć opowieści o mnożeniu i dzieleniu do dziesięciu (to trzylatka, trzeba znać granice konfabulacji), pisaniu krótkich wierszy rymowanych (to trzylatka, trzeba znać granice konfabulacji), czy prostym hafcie na serwetce (to trzylatka, trzeba znać granice konfabulacji). Z pewnym wahaniem:

- Lubi śpiewać, tańczyć i biegać, czyli to co inne dzieci w jej wieku.

Wahanie musiało być wieloznaczne, bo jedna z matek pocieszająco rzekła, że czasem trudno zaakceptować, że dziecko jest zwyczajne. Może powiedziała to jakoś inaczej, ale w każdym razie starała się mnie wspierać bym dzielnie zniosła to "lubi śpiewać, tańczyć i biegać, czyli to co inne dzieci w jej wieku" :)

Z podziwem patrzę i słucham jak inne matki opowiadają o dokonaniach i zdolnościach swoich dzieci, ich niepowtarzalnych rysach osobowości. Jednak we własnym dziecku nie doszukuję się znamion geniuszu i nie spędza mi to sen z powiek. Jest zwyczajną trzylatką. Lubi śpiewać, tańczyć i biegać. Liczy "pięć, osiem, dziewięć" (upodobała sobie szczególnie te trzy cyfry), nie zna liter, nie zna słów, nie zna wszystkich kolorów, marek samochodów, nie mówi zabawnych powiedzonek, ani nie posiada głębokich przemyśleń. Lubi śpiewać, tańczyć i biegać. Pewnie zatrudnią ją w TVN.

Może kiedyś tam składowe jej temperamentu oraz zamiłowanie do pewnych dziedzin sprawią, że odrzeknę: "tak lubi śpiewać, tańczyć i biegać". I wtedy to będzie coś :)

Bo dla mnie ona śpiewa niczym przyszła solistka, tańczy jak przyszła tancerka i biega jak przyszła biegaczka :)

A na razie, to lubi słuchać moich opowiastek :) Gdy niedawno zgasiłam światło wybuchła płaczem, że "nie spać, nie spać", więc odrzekłam, że nie idziemy wcale spać, tylko się położymy i sobie pogadamy. Teraz co wieczór jest "gadamy, gadamy" przed snem - to krótkie historyjki do kilkunastu zdań, bo dłuższe ją nużą. O tym jak powstaje soczek (od zerwania owocu, do wlania w butelkę), chleb (od zebrania zboża, przez mielenie w młynie, do wyjęcia z pieca w piekarni). Z bajek opowiadam "Czerwonego Kapturka", bo Wiertka upodobała go sobie bardzo, opowiadam czasem po kilka razy.

15:52, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 września 2012
Moj Festiwal Nauki, dzień 1

Zaczyna się najfajniejsze wydarzenie jesieni, na które czekam rok, od pierwszegto dnia jak tylko zakończy się aktualna edycja :) Festiwal Nauki. Choć lata lecą i coraz rzadziej słyszę coś nowego, to czekam i chodzę na wykłady :) Od ponad dziesięciu lat. Gdy się jeszcze dało, Wiertkę też zabierałam i raczkowała gaworząc po sali, gdy prowadzący opowiadał o oględzinach miejsca zbrodni i zwłok :D

Wczoraj kuzynka miała zająć się małą. Kuzynka jak zwykle zaspała, jak zwykle mocno się spóźniła i biedna zobaczyła mnie w fazie mojej furii, czyli z papierosem w zębach i wściekłym spojrzeniem. Wystawiła mnie tak już chyba trzeci, czy czwarty raz.

Najpierw "Goerge Sand w oczach polskiej chopinologii" prowadzone przez panią Nadanę. Dla mnie zbyt pobieżne i zbyt skrótowe, ale podała sporo fajnych cytatów z biografii, monografii dotyczących Chopina, gdzie on jest wrażliwym, delikatnym, umierającym artystą, a ona lubieżną  (to bardzo ważne), wyrachowaną, wybuchową kobietą :) To początek planowanej większej pracy, która ma zostać wydana jako książka, więc zapowiada się ciekawie. Życie genialnego pianisty, ale z perspektywy kobiety, która poświęciła mu kilka lat życia.

Potem na Zamku Królewskim "Paryż wart jest mszy: Burbonowie na tronie Francji" prowadzone przez p. Szczuckiego (program nie podaje imion, ani ewentualnych tytułów naukowych). Spotkanie nie dla pasjonatów tej dynastii, ale bardziej dla ludzi, których historia interesuje, historia od strony relacji dynastycznych i chciałby sobie po latach jakieś informacje odświeżyć. Wbrew tytułowi było o wielu gałęziach Burbonów - francuskiej, hiszpańskiej, orleańskiej, sycylijskiej, neapolitańskiej (ta miała chyba inne określenie).

Wróciłam do domu i wyciągnęłam dziecko jeszcze na święto niedalekiej ulicy organizowane przez organizacje pozarządowe. Rok temu też się tam bawiłyśmy.

Dziś rano kuzynka napisała SMSa, że jest przeziębiona. Trudno, choć bym się nie zdziwiła, gdyby znowu zaspała i po prostu bała się pokazać mi na oczy :) Szkoda, bo liczyłam się z tym i najwyżej jedną rzecz bym opuściła :) Muszę odżałować dwa wykłady w SWPS na temat pięknych twarzy i autystyków w filmach fabularnych oraz opowieść o Romanowach na Zamku Królewskim i opcjonalnie - o różnych nawykach zachowania przy stole, różnicach kulturowych i historycznych (na macierzystej uczelni). Trudno, to miał być mój weekend z dzieckiem, więc i tak pewnie bym się na te spotkania nie wybrała. Za tydzień będę miała okazję, choć akurat wtedy jest mało fajnych wykładów.

Za to zostałam postawiona przed perspektywą długiej niedzieli z dzieckiem. Nastawiłam się na aktywność, dłuższe wyjście z domu. Aż przypomniałam sobie drobiazg - przecież mamy pod bokiem ZOO, ostatni raz byłyśmy tam na początku lata, a to zapewne ostatnia szansa by tam zajrzeć przed końcem sezonu. Jestem zmarźluchem, mającym sobie jakieś przypadkowe mutacje śródziemnomorskie i od października nie dam się namówić na spacery dłuższe niż godzina.

W najbliższej przyszłości zapowiadam wpis "wózkowy", czyli o tym jakie to moim dziecko jest fajne oraz - absolutna premiera - trochę o moim miejscu pracy. Mojemu szefowi i jego sposobowi prowadzenia firmy można by nawet i powieść poświęcić, ale chyba nie byłby tym zachwycony.

10:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 września 2012
Czyj Mały PRL

Razem z dwiema koleżankami byłam na promocji książki "Nasz May PRL". Czytałam kiedyś fragmenty w "Dużym Formacie", trochę ciśnienie mi podniosły i chciałam to skonfrontować z całością. Projekt być może w założeniu ciekawy - przeżyć pół roku żyjąc jak w latach 80tych, na ile się da. Wnioski jednak moim zdaniem wyszły bardzo protekcjonalne. Było szaro, brzydkie ubrania, brzydkie meble, tłuste jedzenie w nadmiernych ilościach, kobieta stała głównie przy kuchni, a mężczyzna tkwił z gazetą na wersalce i się nudził. Były oczywiście i inne wzruszające wnioski, nie będę stronnicza.

Jednak wiele polskich mieszkań jest jeszcze nadal tak umeblowanych. Dowodem jest to, że takie na Ursynowie znaleźli. Jego właściciel na spotkaniu był obecny i od razu mi się spodobał, poderwałabym go - widać, że wystrój wnętrza nie narusza jego konstrukcji psychicznej oraz sensu istnienia świata. Chyba jestem mężczyzną w kwestii dekorowania wnętrz. Dieta Polaka nadal jest pełna ziemniaków, spoza żarcia nie widać głów, tyle że smalcu już się nie używa w takich ilościach (wyparł go olej). To może okazać się szokiem - doznał go niedawno Michał Figurski - ale spożywanie sushi, owoców morza nie jest jeszcze w naszym kraju tak powszechne, że ziemniak na talerzu wzbudza zaskoczenie.

Mieszane uczucia wzbudzała także dość niewolnicza metodologia życia - w latach 80tych chodzono pożyczać cukier w szklankach, więc oni także. W efekcie mają dziwne wspomnienia z kontaktów z sąsiadami. Zabawny dla sali opis pary z dzieckiem, nietypowo ubranej, pukającej ze szklanką do mieszkań. Tyle, że dziś "szklanką cukru" jest coś innego. Gdy zapukałam do sąsiadki by pomogła mi w otworzeniu słoika nie poszczuła mnie kotem Kacprem, tylko znalazła rozwiązanie. Inny pomysł - wtedy stało się godzinami w kolejkach, to on będzie stał pod pustym sklepem dwie godziny, by to odbębnić.

Chciałam, jako pytanie z sali, dowiedzieć się, czy antykoncepcję także stosowali w stylu lat 80tych - jak trzymać się sztywno zasad, to trzymać, ale uznałam, że przesadzę. I zaraz po tej myśli usłyszałam, że efektem projektu jest ich drugie, 4 miesięczne dziecko, więc chyba odpowiedź już jest ;)

Książki nie czytałam, jest tam długie podsumowanie plusów życia w tamtych czasach, ale główne wrażenie jakie odniosłam to takie - wtedy to było śmiesznie, teraz jest tak fajnie.

Nasze czasy też kiedyś ktoś wydrwi.

A mój Mały PRL? Tak na koniec refleksje osobiste ;) Gdy pyta się mnie o wie, szczególnie na forach, gdzie dominują osoby bardzo młode, dyplomatycznie mówiłam, że w przedszkolu obejrzałam relację z pogrzebu Breżniewa. Do śmierci to zapamiętam. Raz, jedyny raz, włączyli nam ten telewizor, posadzili na krzesełkach i kazali oglądać niekończący się kondukt pogrzebowy. Siedziałam i myślałam na zmianę "ale o co chodzi?" i "kiedy to się skończy?". Dopiero kilka lat temu sprawdziłam czyj to pogrzeb, bo obawiałam się, że symbolem bezbrzeżnej, nieskończonej nudy mogla być śmierć JPII lat 80tych i okażę się ignorantką bez duszy. Breżniew jest jedynym zmarłym, który pasuje czasowo.

Tak na prawdę, to mogłabym książkę napisać, a nie podsumowanie wpisu, więc mocno się streszczę. Końcówkę PRL przeżyłam jako dziecko, byłam więc opasana rodzinnym pierścieniem ochronnym. Miałam to szczęście. Starano się by nie dotykały mnie niedogodności tamtego okresu. Były kartki, jeden rodzaj bucików w sklepie, dwa rodzaje czekolady (jeśli w ogóle była), cytrusy na święta, ubrania szyte / dziergane przez mamę i babcię. Tak na szybko. Ale ten świat po prostu taki był. Wszyscy tak mieliśmy.

Dwie dygresje związane z owocami :) Toaleta w podstawówce, odrapana, brudna, śmierdząca (tak, toalety z tamtego czasu trudno odtworzyć, na szczęście), ja w kabinie i nagle obok słyszę rumor. Do sąsiedniej wpadają trzy dziewczynki, konspiracyjne szepty, pośpiech. Nie, nie, nie będzie scen jak z Almodovara. Dociera do mnie aromat... banana. Banan i smród z kibla - kwintesencja PRLu. Ukryły się tam by go zjeść. Druga reminiscencja. Jeszcze do niedawna na zapach pomarańczy odtwarzał mi się jednocześnie aromat choinki, kolędy w tle, śnieg za oknem. Latami cytrusy były tylko na święta - w takiej zwyczajnej rodzinie.

Jeszcze może kiedyś wrócę do tych wspomnień. Może jakimś wpisem tematycznym.

Po spotkaniu posiedziałyśmy i pogadałyśmy jeszcze chwilę we trzy. Koleżanki - obie czyją tego bloga - podpisały niewypowiedziany pakt o nieagresji i poczułam się trochę jak w polskim sejmie, gdzie posłowie nawzajem posyłają się z mównicy do łagrów, ale w kuluarach podają ręce i umawiają na wódeczkę. Kobiety też potrafią jak zechcą :)

09:56, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 września 2012
Moja mała "ściana płaczu"

Będzie krótka „ściana płaczu” w dzisiejszym wątku. Miałam energię, miałam inwencję twórczą, żyłam tym swoim projektem, który codziennie pisałam. A dzisiejszego ranka znowu dowiedziałam się, że nie dostałam się na warsztaty. Znowu to co napisałam okazało się zbyt słabe, zbyt beznadziejne. Wiem, że trzeba próbować aż do skutku, ale widzę przykład innych, których każda próba wieńczona jest sukcesem. Czyli, że to ze mną jest coś nie tak. To ja powinnam przestać pisać i dać sobie z tym wreszcie raz na zawsze spokój. Z jakimkolwiek pisaniem. Nawet tu. Bo czuję się żałośnie. To jedyna rzecz w moim życiu, w której nie potrafię czuć się byle jak, wystarczająco. Chce być kurewsko dobra. Albo nie robić tego w ogóle. Wiem - ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć warsztat. Co mi po tym, jeśli nie ma tam tej "iskry". To, że jestem introwertyczna, nie oznacza, że lubię być w czyimś cieniu. Właśnie tego nienawidzę. A na razie, to moim problemem jest to, że wydaje mi się, że jestem kimś lepszym niż jestem.

Jedyna rzecz jaka mi dobrze wychodzi to jedzenie czekolady. Tyle, że od tego się tyje. Chyba przerzucę się na seks. Tylko poważne oferty.

Wiem, że są poważniejsze problemy w życiu i w dupie mi się poprzewracało z braku takowych.



14:18, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
sobota, 15 września 2012
Samodzielnomacierzyńskie refleksje

Będzie zbiorczo o potyczkach z dzieckiem i okołodzieciowych. Poranki nadal bolesne. Najpierw dla mnie, bo muszę zwlec się z łóżka, ubrać, obmyć – albo jakoś tak – zjeść coś. A potem muszę obudzić dziecko z kłamstwem na twarzy, że wszystko, co robiłam przez ostatnie pół godziny, to było super fajne. Dziecko uparcie odmawia otworzenia oczu. Przełączam z TV śniadaniowej na bajkę – leci akurat końcówka „Kasztaniaków” oraz „Strażak Sam”. Dziecko siada na łóżku, ogląda, ale jednocześnie naciąga na siebie kołdrę z komentarzem, że ona zaraz idzie spać. Pod koniec „Strażaka” udaje się ją ubrać i wyprowadzić z domu. Następuję pokonanie odcinka dom-przedszkole, gdzie dziecko chce iść w innym kierunku, tudzież kładzie się na chodniku, bo nie biorę ją na ręce. Próbuję śpiewać motywacyjne piosenki i słyszę „NIE ŚPIEWAJ!”, próbuję coś pokazać, ale ona ma oczy wbite w chodnik i drobi krok za kroczkiem niczym chińska dziewczynka, której stópki już zdemoformowano. Jedno, co odziedziczyła po mnie, to na pewno postawę poranną „bez kija nie podchodź”. Ostatnio wpadłam na inny pomysł, biegu „kto pierwszy do” i to motywuje moje dziecko, do szybszego zdobycia kolejnego punktu w drodze do przedszkola. Fajnie się to pisze, ale ile razy byłam bliska dzieciobójstwa…

Drobny sukces. W czwartek, w drugim tygodniu przedszkola, Wiertka wybiegła z szatni, wbiegła na salę i nie obejrzała się na mnie. Czyli zaakceptowała już nową „fabrykę”. W piątek, równie zignorowana przy pożegnaniu,  dyskretnie rzuciłam okiem na salę – jeździła autkiem w najlepsze. Zadziałał „syndrom sztokholmski” :) W dodatku nadal zdrowa. Czyżby trzeci sezon w masowych placówkach opiekuńczych okazał się zdrowotnym sukcesem?

Niedawno musiałam kupić prezent urodzinowy dla bratanka, a nie odważę się wpuścić nadpobudliwej trzylatki do sklepu z zabawkami. Wiertkę zabrał do siebie jej tata i przywiózł koło 21.00 (tak mu wyszło i pasowało). Ciężki pomysł. Najpierw nie chciała się od niego odkleić. Potem szlochała na moich rękach powtarzając „tatuś, do tatusia”, aż zasnęła. Było mi smutno. Zbliża się chwila, kiedy trzeba będzie jakoś unormować te kontakty, bo mała potrzebuje jakiegoś schematu, pewności, że jeśli jest z tatą, do pewnego momentu. Gdy odbieram ją po dwóch dniach, w niedzielę, jest uszczęśliwiona i sama woła, że chce ze mną do domu. Dotąd, gdy trafiała do domu taty, to była w nim na pewno do ranka, nie była odwożona przed snem. Nastawia się na pewien ciąg wydarzeń. Być może stąd te płacz.

Dziś byłyśmy najpierw na Kongresie Kobiet Polskich. Przekupiłam dziecko dwoma batonikami, by chwilę pomilczało, gdy ja słuchałam panelu o stereotypach płci w mediach i życiu publicznym. Cholera, zaczęła gadać już w połowie drugiego wafla, więc musiałyśmy wyjść z sali. Z Sali Kongresowej – jej głosik nawet tam rykoszetuje. Trochę zabawy w kąciku animacji dla najmłodszych i wróciłyśmy posłuchać Chóru Kobiet. Byłam pozytywnie zaskoczona, bo mała nawet się na długo zasłuchała. Uznała to za inną wersję teatrzyku. A propos – bardzo mi się fragmenty Chóru podobały. Potem jednak Wiertka zaczęła chodzić po schodkach, wspinać się na różne gzymsy i co najgorsze głośno protestować, gdy chciałam ją zabrać. Powiedziałam wtedy moje pierwsze cyniczne kłamstwo matki: „Kupię ci batonik”. Wyszłyśmy bardzo szybko. Wiem, że to ostatni KKP, na który ją zabrałam. Ona ma już własną wizję życia. Na kolejny pójdzie już z własnej woli. Nie wykluczone, że nie pojawi się na żadnym – na złość mamie :)

Po południe spędzone na drugich urodzinach mojego bratanka. I kolejne refleksje macierzyńskie. Dzieci bywają różne. Napiszcie, że tak :) Synek mojego brata, to mały intelektualista i myśliciel. Ładnie mówi, wypowiada myśli głębokie, lubi układać, skupia się na jednej czynności na dłużej. Temperament, sukces wychowawczy brata i bratowej, czy magia własnego terenu? Bo moje dziecko wpadło tam jak huragan Cathrina w Nowy Orlean. Biegało, wierciło się, jedną zabawką bawiło chwilę, rozpędziło rowerkiem, pociągnęło jakiś pojazd z gwizdem na zakręcie aż ściana zająknęła. Mój brat to syknął, to jęknął, to rzucił uwagę o wychowaniu. On zawsze był bardzo wyczulony na punkcie ładu i porządku. Czy mu się takie dziecko trafiło, czy je tak ładnie wychował? Inna kwestia, że Wiertka wychowana na 47 m kw w wielkiej płycie, jak zobaczyła salon 70 m kw + korytarz + schody, to dała czadu. Pomimo to przez całe spotkanie byłam spięta, kontrolowałam dziecko i czułam się niekompetentną matką. Oczywiście wymieniliśmy z bratem kilka uwag na temat dzieci i dał mi parę fajnych uwag. Progres, bo kiedyś nasze rozmowy kończyły się na próbach rękoczynów jego strony, moich próbach rzucania w niego różnej gabarytury przedmiotami oraz komentarzach naszej matki, że „wszystkie inne rodzeństwa tak się kochają”. Nikt nigdy nie doprowadził mnie do takiej furii, jak mój młodszy braciszek. Dobra, on dziś ma 34 lata.

Moja ostatnia refleksja po tej wizycie. Poczułam ciężar bycia samotną matką. Mojemu dziecku brakuje mężczyzny, jakiegoś stanowczego pierwiastka, nie hipisowskiego, a takiego który byłby stanowczy i konsekwentny. Ja za często chyba odpuszczam i myślę „a co tam – make love i tylko gazetka Miś nie kłamie”. Ale skąd miałabym taki autorytet wziąć? Biotatę na pełen etat nie ściągnę, a obcy facet nie wejdzie w rolę ojca, bo jeden ojciec już jest. Mam Wiertkę podsyłać na warsztaty z dobrego wychowania do wujka?

23:21, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 13 września 2012
Nad czym teraz pracujesz?

Nie pisałam ostatnio, bo miałam skorelowaną z załamaniem pogody i moimi hormonami przelotną mini-anhedonię. Apogeum było wczoraj.

Zalegle napiszę o spotkaniu w poprzedni czwartek naszej grupy czytającej. Czuję się na tym spotkaniu dziwnie - osoby, które wydały swoje powieści, mają dobre opowiadania, kwalifikują się na warsztaty, na które ja nie jestem wystarczająco dobra. Oraz to pytanie: "Nad czym teraz pracujesz?" :) To nie kwestia poczucia własnej wartości, ale czy jestem wystarczająco dobra pisarsko. Omawiałyśmy "Korekty" Franzena. Czytałam to w bólach, cierpieniu i poczuciu, że coś ze mną chyba nie tak. Najtrudniej było przedrzeć się przez pierwsze 100 stron, potem nawet wciągnęło. Rzecz utrudniało moje dziecko uprawiałam więc "literacki stosunek przerywany". Przez tydzień, na wakacjach z nią przeczytałam 300 stron (błogosławione place zabaw i inne dzieci tam), gdy wywędrowała do ojca w dwa dni przeczytałam zaległe 300 stron.

Spotkałyśmy się jak to pisarka z pisarką z pisarką i innymi pisarkami (+ ja) i okazało się, że niemal żadnej książka się nie spodobała. Odbyły się dwie godziny nienawiści nad Franzenem i chlastaniem powieści :) Zastanawiałyśmy się co sprawia, że tak trudno się ją czyta, tak trudno się przez nią przedrzeć, że generalnie tak trudno :) Tylko z pozoru taka dyskusja nic nie wnosi, ale można ustalić, co sprawia, że powieść chce się czytać, coś pozostawia po sobie w czytelniku. By takiego błędu nie popełnić. Krytycy amerykańscy i polscy mają jednak odmienne od nas zdanie. Czy wystarczy popełnić kilkaset stron tekstu bez skrótów - dzięki doklejeniu do historii treści z pliku typu "reaserch" (budującymi tło powieści, ale tylko do użytku autora) - i już ma się arcydzieło? Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Pomyślałam, że jednak będę miała co odpowiadać na "nad czym teraz pracujesz". Chyba mija blokada ciążowo-macierzyńska, która zalegała mój mózg przez ostatnie trzy lata. Od poniedziałku piszę stronę dziennie - mam bohaterkę, mam zarys historii. Wiem, że tempem "strona dziennie" to ja to napiszę w kilka lat, ale trzeba się czegoś trzymać. Na razie pisanie sponsoruje kanał z bajkami dziecięcymi :) Postarałam się wywalić "nazistkę" z głowy - nie chcę od razu napisać idealnego, nadającego się natychmiast do druku zdania, bo mogłoby się okazać, że nad jednym tkwię tydzień. Na razie jadę jakimś "flow", a raczej sraczką słowną, z której kiedyś postaram się uformować gustowne gówno, dające po jakimś czasie kompost na piękną roślinę. Niestety, mam problem z byciem doskonałą, perfekcjonistką, więc istnieje ryzyko, że utknę na etapie gówna.

15:18, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi