To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 29 września 2013
Festiwal Nauki - po weekendzie kolejnym

To był mój weekend z dzieckiem, ale znalazłam sposób wyrodny by wyrwać się na jakieś wykłady Festiwalu Nauki. Podnajęłam nastoletnią córkę przyjaciółki do opieki nad Wiertką :)

Ostatnie wykłady w biegu. Najpierw w Instytucie Badań Literackich spóźniłam się na wykład "Czego nie wiemy o utworach literackich, które czytamy". Byłam zła za to spóźnienie, bo - by wyrobić się na kolejne spotkanie - musiałam wyjść po niecałej godzinie. Okazało się, że to wydarzenie trwało tylko godzinę i nie popełniłam nietaktu. Krótki czas, tylko trzy przykłady. Wszystkim się zazwyczaj wydaje, że dramat, powieść, którą się czyta zostały wydane jako wersje ostateczne i nieodwołalne. A niekoniecznie. Pierwszym przykładem była "Moralność Pani Dulskiej", gdzie na deskach teatru krakowskiego Dulski spacerował na Kopiec Kościuszki, a lwowskiego - na Zamek. I tak w dwóch wersjach wydawana jest sztuka. Nie wiadomo, która jest pierwotna. Inne przykłady podsuwają czasy cenzury, która cięła i zmieniała teksty. Gdy wiatry historii zmieniały kierunek, wydawano wersje pierwotne, czasem nie poddane redakcji, więc także niekoniecznie w takiej formie, w jakiej mogły się na prawdę ukazać. Przeglądaliśmy jeden z tekstów Konwickiego, z naznaczonymi wyciętymi zdaniami. W jednym momencie był to wycięty cały ogromny fragment o... starszym bracie ;) O tym, że Konwicki rodzeństwa nie miał, ale ma refleksję na temat posiadania starszego brata, jako tego który rządzi, dyryguje, wymusza siłą. A zmienia się to, kiedy pojawia się drugi starszy brat, broniący młodszego. Fajnie jest mieć dwóch starszych braci. Ciekawe dlaczego wycięli ;D

Na koniec jeszcze trochę o "Kartotece" Różewicza, w której to autor wprowadzał zmiany - drobne lub większe - niemal w każdym nowym wydaniu. Nie ma jednej "Kartoteki". I to nasunęło mi refleksję - skoro nawet Różewicz nie oparł się pokusie, by nie ruszać dzieła napisanego, zamkniętego, wydanego, to może i ja. Wydałam jedną rzecz, ale dziś wiem, że jest jak obcisłe lycry z początku lat 90tych - nosiło się, ale dziś człowiek stara się o tym zapomnieć. Rzecz wymaga lekkiego przeredagowania, drobnych poprawek. Ale wydane, puszczone w obieg, więc trudno. Inaczej co chwila by człowiek chciał to zmieniać. Nie ma ostatecznej, idealnej, zaakceptowanej wewnętrznie wersji tekstu. Jest tylko dotarcie do ściany, gdzie wiesz, że trzeba jeszcze poprawiać, ale nie wiesz co, albo nie masz sił.

Tego dnia posłuchałam jeszcze opowieści o dynastii rodu z zamku Zollorn, czyli o Hohenzollernach.

Dziś kusił mnie wykład "Przez żołądek do Polaka, wzory kulinarne a tożsamość" - miało potencjał. Na niedzielny wieczór nastolatki ciągać nie chciałam, poprosiłam o pomoc Byłego. Niestety, za późno połapałam się, że on ma przecież problemy z pamięcią krótkotrwałą. Zadzwoniłam, że już muszę wychodzić i okazało się, że zapomniał. Gorzej, że Wiertka od rana pytała o tatę i powiedziałam jej, że ten przyjedzie. Chwilę wcześniej wybudziłam ją z miłej drzemki mówiąc, że tata zaraz będzie. I miałam płaczące dziecko. Nawrzeszczałam na Byłego - zgodnie z jego radą. Cóż z tego, że ową radę dał mi kilka lat temu, mówiąc bym nie tłumiła gniewu tylko krzyczała jak on. To proszę bardzo. Nie tłumię gniewu.

A dziś wchodząc na bloga by napisać ten tekst przeżyłam chwilę grozy. Zobaczyłam licznik ostatnich wejść tutaj z jakiejś forumowej dyskusji. Przestraszyłam się, że ktoś wrzucił linka z komentarzem typu "ale głupia", "co za wstyd", "to straszne". Ale nie, to tylko jedna z czytelniczek znana mi z innego forum zarekomendowała jeden z wpisów :) Wizja "hejtu" została oddalona :)

O weekendzie od strony Wiertki będzie innym razem.

21:40, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 września 2013
Życie zamknięte w 80 zeszytach

Można pójść na 10 takich sobie spotkań Festiwalu Nauki, ale warto by nie przegapić takiego jednego. "Co kryją w sobie dzienniki intymne i czy na prawdę są intymne" w Instytucie Kultury Polskiej.

O dziennikach, wspomnieniach można dyskutować na różne sposoby. W taki sposób, jak teraz, nie patrzyłam. Każdy tekst zapewne powstaje inaczej, ale omawiane było powstanie dwóch podobnych - dzienników Anne Frank i Marii Dąbrowskiej. Dlaczego podobnych? Bo obie pisały jednocześnie dwa dzienniki, a wydano jeden paczwork z dwóch pisanych reklamując jako "jedyny, prawdziwy" :)

Anna zapisywała swój intymny zeszyt rozważaniami dojrzewającej dziewczyny, gdy - jako odpowiedź na odezwę usłyszaną w radiu, by dać świadectwo złu wojny - zaczęła go przepisywać, ale kładąc akcent już na kwestie tożsamości, lęku, strachu. Maria pisała swój dziennik przez kilkadziesiąt lat i gdzieś w połowie tego okresu także zaczęła go przepisywać. Przepisywany tekst różnił się od pierwotnego, bo pewne rzeczy usuwała jako burzące kompozycję literacką lub burzące jej poczucie osoby przyzwoitej. Te drugie fragmenty starannie zaczerniła, by nigdy to na jaw już nie wyszło (prowadzący wysnuł przypuszczenie, że prędzej czy później w świecie po "plotku", ktoś spróbuje te fragmenty odczytać).

I takim sposobem obie panie zapisywały dzień aktualny i opracowywały jakieś dni, które już były. Masa pracy.

I w obu przypadkach wydano kompilację tego co "przepisane" i wygładzone, a tym, co zostało jako "żywe", nie utemperowane.

To nie jest jedyny sposób na pisanie powtórnie dziennika i jeden z dowodów na to, że to co czytamy w druku, to tylko lukier na torcie. Być może tort byłby smaczniejszy.

Uświadomiłam sobie, że po części robię coś podobnego - blog to dziennik publiczny, gdzie mam "twarz". W domu, ręcznie robię zapiski intymne, gdzie mam "mięso". Przez kilka miesięcy, tak jak one, tylko, że równolegle czasowo pisałam "twarzą" i "mięsem". Dziś bloga kopiuję do domowego archiwum i tylko uzupełniam. Za dużo mam życia w życiu. Co Anne zostało brutalnie odebrane, a od czego Maria sama się odcięła.

Przypadek Dąbrowskiej dał mi jeszcze jedną refleksję. Miała podobno poczucie klęski jako pisarka. Autorka "Nocy i dni"! Nie była w stanie napisać już nic więcej tak dobrego. Praktycznie nic nie dała rady stworzyć. Jedynie dziennik. Jasne. Pisząc na gorąco i przepisując, to co było - jak mogła znaleźć czas i energię na kreację bytu nierzeczywistego? Tak jak to teraz ja robię. Pisanie dziennika to czarna dziura wciągająca energię literacką.

Tyle, że Dąbrowska wyrobiła sobie pisarską pozycję i może być znana ze swoich spisanych 51 lat życia w 80 zeszytach. Kto przeczyta moje ponad 20 zeszytów? Bo jakoś tyle ich teraz jest. Za pół roku będzie moich 25 lat zamkniętych na kartkach.

A moim wstydliwą rozrywką jest, co jakiś czas, lektura któregoś z zeszytów. A jeszcze bardziej wstydliwe jest to, że uważam to za wciągającą lekturę :D

Smaczków dziennikowych było jeszcze kilka na tym wykładzie, ale to sobie pozostawię w notatkach :)

Uwieńczeniem były zapiski Janiny Turek. Ale jej chyba poświęcę kiedyś oddzielny wpis, jak kiedyś Mariusz Szczygieł poświęcił oddzielny reportaż, a jedna ze studentek pracę magisterską. Niby zwyczajna kobieta, a spisała drobiazgowo 57 lat swojego życia.

22:05, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 września 2013
Festiwal Nauki - po weekendzie

Chodzę na wykłady Festiwalu Nauki od kilkunastu lat i siłą rzeczy część wykładów już mnie nie interesuje. W dodatku ta jesień spadła na mnie jakoś tak nagle, bez aklimatyzacji. Plany były większe, ale byłam w ten weekend na dwóch wykładach.

Wczoraj "Współczesne media w Polsce" - brzmiało bardzo ciekawie, bardzo interesująco. Okazało się, że był to jeden z punktów dnia otwartego tej uczelni, nie wiedzieć czemu podpięty pod FN. Byłam najstarszą osobą na sali, reszta mogłaby być moimi dziećmi. Dziwne uczucie. Wystąpienia były w klimacie - jaki mamy świat mediów, jacy dziennikarze teraz się rodzą. A goście byli ciekawi - red. Bogusław Chrabota, red. Jarosław Kuźniar, red. Jarosław Gugała oraz profesorowie uczelni. Dyskusja pomiędzy panami była ciekawa, ale najlepiej zapamiętałam idealistyczne myśli Gugały, który wierzy w stałe wartości dziennikarskie i te błahe, czyli zmieniające się nośniki. Nie zauważa, że właśnie te nośniki - twitter, FB, krótkie newsy zmieniają same wiadomości, selekcjonują je, kastrują. Chrabota zwrócił uwagę, że twitter zabija dziennikarstwo, bo dziennikarze, politycy podają ważne informacje na prywatnych kontach zanim te trafią do ogólnych mediów. Po co więc gazety? Po co portale informacyjne?

Na koniec panowie zainteresowali się, czy sala miałaby jakieś pytania. Rzucili prowokująco, że przyszły dziennikarz musi mieć odwagę zadania pytania osobie, która go onieśmiela swoim stanowiskiem i doświadczeniem. Przyszłe tuzy dziennikarstwa nie podjęły wyzwania. Ja także. Na szczęście, dziennikarką chciałam być 18 lat temu i po nie zdanym egzaminie predyspozycyjnym przeszło mi. Co ciekawe, w kilka lat później, ów predyspozycyjny zdałabym z palcem w tyłku - lata doświadczeń życiowych. To nasunęło mi refleksję, że może wiek maturalny, to za wcześnie na wchodzenie na studia dziennikarskie i te powinny być podparte bazą licencjacką na jakimś innym kierunku. Refleksja przyszła już po wyjściu z sali.

Moje inne spostrzeżenie. Panowie redaktorzy mieli za sobą doświadczenie pracy w radiu, przed kamerą, zajęcia na uczelni aktorskiej - pracę z głosem, dobrze ustawionym głosem. Za takim niskim głosem poszłabym niczym szczur za fletem szczurołapa z Hameln. Panowie, zamiast na jakieś warsztaty NLP, idźcie po prostu na ćwiczenia w emisji głosu ;)

Dziś przed południem miałam do wyboru: "Motyw sakiewki w literaturze angielskiej" albo "Przesłuchanie, to nie takie proste" (o procedurach sądowych). Oba wykłady o podobnej godzinie, w dwóch różnych miejscach. Zwyciężyła jednak chęć spokojnego zjedzenia śniadania w łóżku, rozkoszowania się lekturą "Historii brudu" (dziękuję sokramce za pożyczenie). Za to po obiedzie podjechałam na wykład, którego nie miałam w planach, ale pomyślałam, że czemu nie. Historia dynastii Wettinów z Saksonii, znanej u nas dzięki dwóm przedstawicielom na polskim tronie - Augustowi II Mocnemu i Augustowi III. Dzieje rodu były zawiłe i roiło tam się od mężczyzn o imieniu Fryderyk i zmiennej liczbie porządkowej. W podziale dzielnicowym (czyli dziedziczy każdy syn, nie tylko najstarszy) poszli dalej niż my, bo w XVIII wieku terytorium składało się z 350 bytów politycznych, a mapka wyglądała kolorystycznie jak sałatka warzywna.

Po wykładzie pojechałam po Wiertkę do jej ojca. Gdzie nie zastałam nikogo. Telefonów także nie odbierał. Już zaczęłam się bać, że mieli wypadek, mała leży w jakimś szpitalu i nikt nie wiem, że ma się ze mną skontaktować. Albo ją porwał. Nie wiem po co. W końcu Były zadzwonił, zdziwiony, bo przecież mówił, że wyjeżdżają. Zdanie wypowiedziane w sobotni ranek: "Wezmę jej czapkę, bo wieczór spędzi na świeżym powietrzu" miałam zapewne drogą wielu skrótów myślowych zinterpretować jako "Jedziemy do sąsiedniego województwa". Na Peruna, znam kilkanaście miejsc w Mieście, gdzie w sobotni wieczór można być na świeżym powietrzu.

Dobra. Byle teraz bezpiecznie wrócili.

17:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 września 2013
Arystycznie i pełnia księżyca

Obiecałam wpis o wernisażu. A tu już tydzień leci, a panirolki nie może się doczekać ;) Przełamuję zmęczenie, by coś napisać.

Poznałyśmy się lata temu na zajęciach pisarskich. Ja coś piszę dalej, ona poszła w sztuki wizualne, czyli obrazy i witraże :) I teraz wreszcie, u progu kolejnej dekady swojego życia postanowiła uroczyście podsumować dotychczasowy dorobek. Ma warunki lokalowe, by zrobić poza domem fajną wystawę. Na początku lata, wszyscy podejrzewaliśmy, że 13-go września będzie ciepło i milutko. Nic bardziej mylnego. Upadł niestety pomysł plenerowego spotkania w ogrodzie. Wszystko obywało się w czterech ścianach. A szkoda, bo przyszło masę ludzi. Byłam zaskoczona. Mam nadzieję, że B nie będzie urażona ;) Chciałabym by na moje wezwanie, obejrzeć coś stworzyłam, przyszło tyle ludzi. Niektórzy byli nawet młodzi, przystojni, z chromosomem XY. Skąd ta kobieta ich bierze?! ;) Spotkałam znajomych, pokrążyłam, pogadałam z kubeczkiem wina w dłoni. A po nieco ponad godzinie musiałam umykać niczym Kopciuszek, bo tata Wiertki przebierał nogami.

O obrazach będzie :) Udało mi się je obejrzeć, jak tłum się przerzedził :) Nie będę się wymądrzać i płodzić recenzję :) Jeden z obrazków B mam w domu, bo dostałam wiosną na urodziny :)

Zaś wczorajszą pełnię księżyca spędziłam u M, w jej pracowni. Odbyła się tam Ceremonia Pełni, taki mały, kobiecy krąg :) Było nas cztery, ale całkiem zgrane grono. Ta pełnia odbywa się tuż przed równonocą jesienną, ważny czas - odchodzi czas zbierania plonów, nadchodzi czas odchodzenia w przyrodzie. Zebrałyśmy się wokół świec, jesiennych owoców, miseczki ze zbożem, kamieni. Owoce i zboża przyniosłam ja. To drugie sponsorował Edek, świnka morska, wygrzebałam tylko to, co w granulacie. Nie okazało się to problemem :) M zapomniała z domu scenariusz wieczoru, więc improwizowałyśmy :) Tematem przewodnim było gromadzenie i pozbywanie się zbędnych rzeczy. Akurat byłam w temacie, po ostatnich porządkach w moim domu. Potem ciągnęłyśmy anielskie karty i stawiałyśmy Tarota. Ponownie trafiła mi się ta sama karta, co na początku lata - sukcesu, siły, która pcha mnie do przodu, podróży, która się zaczyna. Były różne opowieści i wspólne interpretacje kart. A opowiadała o tym jak przyciąga śmierć, zaczynając niczym Hitchcock:

- A jeśli... zabiłam...

Więcej nie napiszę, ale A jest pasjonującym tematem na historię :) Jako, że też działa pisarsko, to może powinna sama się za to zabrać :)

Na koniec jeszcze krótka medytacja, do której się ledwo nadaję. Za dużo myślę. Gorzej, ja lubię dużo myśleć :) Wychodząc rzuciłam okiem na zegarek i w szoku odkryłam, że jest już... 23:18. Na szczęście złapałam jeszcze ostatni autobus. Jechał do zajezdni, ale mieszkam niedaleko :)

Za miesiąc kolejna Ceremonia Pełni :)

20:32, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 września 2013
Macierzyńsko - towarzysko

Podsumowanie ostatniego tygodnia.

Nie ma na razie zajęć dodatkowych w przedszkolu, więc korzystam z tego co jest pod bokiem. Tuż obok przedszkola jest kawiarnia, w której odbywają się różne spotkania i wydarzenia. W tym roku, co wtorek, będą zajęcia muzyczno-cyrkowe. Tak to nazwano. Na razie, z tego co zauważyłam, są takie bardziej ćwiczeniowe. Dzieciakowi przyda się coś ruchowego. Zapisałam Wiertkę także na zajęcia baletowo-taneczne w domu kultury - kilka minut autobusem od przedszkola. 80 zł miesięcznie, jeszcze do ogarnięcia, mam nadzieję. A i tak cieszyłam się, że jeszcze znalazło się wolne miejsce. Teraz, gdy w przedszkolach bryndza, takie miejsca mogą być oblegane. Dyrektor i nauczycielki wspominały, że w tym wieku dziecku najbardziej potrzebne są zajęcia z rytmiki, tańca, ruchowe. Oczywiście wbrew marzeniom rodziców, którzy marzą o zajęciach z trzech języków ;)

W środę byłyśmy na urodzinowym przyjęciu bliźniaków mojej koleżanki, w sąsiedniej dzielnicy. To już szóste, więc odbyły się w klubiku. W tym miejscu mają urodziny ich koledzy i koleżanki, więc oni także tam chcieli. Rok temu przyjęcia było także poza domem i wydawało mi się, że Wiertka jest jeszcze za mała, by iść w grupę obcych dzieci, beze mnie. W tym roku zaryzykowałam. W jednej sali bawiły się dzieci z animatorkami, w drugiej rodzice czekali przy kawie i herbacie. Mała przez jakieś 5 minut chciała bym była obok niej. To był początek, niewiele osób na sali, więc ok. Potem wypchnęła mnie z sali i powiedziała, że mogę sobie pójść :)

Na przyjątku było z dwadzieścioro dzieciaków w wieku 5-6 lat. Dyskoteka, tańce, laserowe światła i zabawy wymyślane przez panie. Moje dziecko przez dwie godziny tylko raz odczuło potrzebę kontaktu ze mną :) Fakt, że wśród obecnych zna tylko dwoje solenizantów i to też ledwo, ledwo (widują się kilka razy do roku), nie paraliżował jej. Nie moja krew :)

Rodzice. Początkowo czułam się lekko "wyautowana", bo ludzie znali się z zebrań klasowych (oddział zerówkowy w szkole), ale szybko znalazły się nowe tematy. Wpadli niektórzy znajomi, których dzieci także były zaproszone. Jeden tata zbierał składki na Radę Rodziców i śmiałam się, że lata lecą a u Z na imprezie zawsze ktoś diluje ;)

O 20.00 impreza się skończyła i wracałyśmy do domu. Wiertce się podobało, chciałaby tak częściej i własne urodziny też by chciała w dyskotece :) Miejsce do wynajęcie by było - ta kawiarnia obok przedszkola, ale animacją zabawy musiałaby zająć się sama. Mam trzy miesiące na zastanowienie.

W tym wpisie miało być także o wernisażu, ale to zrobię jednak oddzielnie, niedługo :)

11:21, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 września 2013
In God we...

Za mną weekend. I kawałek tygodnia pracy, ale o tym nie chce mi się pisać. Pierwszy weekend, od jakiegoś czasu, który miałam tylko dla siebie. Regenerowałam się - w sobotę fizycznie, w niedzielę intelektualnie.

Wyhaczyłam fajne wystawy w Zachęcie. W dodatku, w niedzielę, miało być oprowadzenie w cenie biletu. A bilety - szok, teraz po 5 zł. Wycieczka była po dopiero co otworzonej wystawie "In God we trust" - tematem przewodnim jest przeplatanie się sacrum, wiary i kultury popularnej w Stanach Zjednoczonych. To taki kraj, gdzie prezydentowi można wybaczyć palenie marihuany, wsuwanie cygara w stażystkę, ale nigdy - ateizmu. Przeciwnie niż w Europie, gdzie artyści poruszając ten temat narażają się na ataki, ale na pogrzebie prezydenta Francji stawiła się obok żony, wieloletnia kochanka i córka z nieprawego łoża.

W swoich prywatnych zapiskach zapewne opisałam dość szczegółowo, co widziałam, ale tu wyglądałoby to na jakiś licealny esej na zaliczenie. Będzie ogólnie :) Zrozumiałam, że oprowadzanie kuratorskie nie jest dla mnie. Obejrzałam tak kilka obiektów, posłuchałam, ale szybko odczułam potrzebę pójścia własnym szlakiem, własnym rytmem. Może także dlatego, że miałam na Zachętę tylko maksymalnie 2,5 godziny. A spokojne smakowanie wystaw to jakieś 3-4 godziny.

Jak zwykle króluje sztuka audiowizualna, która właśnie wymaga poświęcenia od kilku do kilkunastu minut na instalację. Wśród zdjęć dominowali - David La Chapelle i Andreas Serrano, którzy staro i nowotestamentowe tematy, klisze przerobili na współczesne sytuacje. "God is my Homeboy", co by się stało, gdyby Jezus pojawił się w NY początku XXI wieku. Nie było tak prosto - pomieszanie sacrum, profanum i hiperprofanum: modele na zdjęciach, choć wieloetniczni (Jezus trzymałby z czarnymi i latynosami), to wystylizowani niczym na sesję zdjęciową w wysokonakładowym magazynie. Na tej samej wystawie ten sam temat, ale w bocznej salce - za to ciekawie moim zdaniem - pokazywali Matt Vis i Tony Campbwell. Patrzysz na zdjęcie, na którym facet w kraciastej koszuli, dżinsach, czapce z daszkiem rzuca na stół w jakiejś szopie nastolatka i przykłada mu nóż do gardła. Stara, wypłowiała historyjka o Abrahamie i Izaaku zaczyna wyglądać inaczej. O ile wycieczka Jezusa na zdjęciach La Chapella to nowojorski glamour, tak klimat obrazów Vis&Campbell to nuta "rednecków" ze środkowego zachodu.

Rozpisywanie się o eksponatach, które zrobiły na mnie wrażenie zajęłoby jeszcze więcej miejsca. Chętnych zapraszam do Zachęty - 5 zeta, w czwartki wstęp wolny :)

Tylko dwie mandale :) Jedna autorstwa Kim Sooja, która zawiesiła na ścianie koło wymontowane z szafy grającej. Łudząco przypominało właśnie mandalę. Koło się kręciło, a z głośnika leciała mieszanina chorałów katolickich, buddyjskich pieśni i muzułmańskich melodii. Druga mandala została stworzona przez Carlosa Rolana (jeśli dobrze zapamiętałam) - w ścianę wbudowana była duża mandala, obudowana z czterech stron lustrami. Mandala odbijała się w tych lustrach, lustra z jej odbicie w innych lustrach i wpadało się w nieskończony ciąg mandal :) Coś klimatycznego :)

Na parterze jest wystawa zamykana już 22 września - "Czas wolny w PRL". Zdjęcia życia codziennego Polaków z lat 60 i 70-tych. Odprężające. W czwartek jest spotkanie z fotoreporterami, którzy są autorami tych zdjęć. Szkoda, że mnie nie będzie.

20:45, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 września 2013
Lekarsko

Nie jest to pasjonujący temat, ale czasem fajnie wypunktować narcystyczny okruch swojej osobowości. Ostatnie tygodnie upłynęły na rozmowach z różnymi lekarzami. Tak się akurat złożyło, że wszystkie wizyty skomasowały się w podobnych terminach. W dodatku, wszyscy lekarze byli w przychodni na NFZ, co zadaje kłam temu, że państwowa służba zdrowia wygląda tylko dobrze w sprawozdaniach. Ukłon w stronę firmy, że pozwolili mi czasem wyjść z biura.

Lekarz medycyny pracy i okulista - wymagane, bo przeszłam na umowę o pracę. Do okulisty trafiłam akurat w tym tygodniu, gdy miałam jakieś ostre podrażnienie, o którym już tu pisałam. Oczy miałam niemal wydrapane. Podejrzewam, że to dlatego nie mógł prawie ich dokładnie obejrzeć. Już kiedyś inny specjalista zwrócił mi uwagę, że mam oczy wrażliwe na światło. To co działo się teraz w gabinecie, to była przesada. Lekarz świeci mi w gałkę oczną albo pyka powietrzem, a ja ją zamykam. Nie dawałam rady. W końcu, po iluś próbach, zacisnęłam zęby, wbiłam paznokcie i zwalczyłam moje powieki. Na serio, ledwo to kontrolowałam. Doktor powiedział, że miewa trudnych pacjentów, ale ja jestem zdecydowanie w jego "Top Ten". "A co ma powiedzieć mój ginekolog" cisnęło mi się na usta, ale powstrzymałam się.

Medycyna pracy poszła gładko, choć doktor - jak każdy w służbie zdrowia - zwrócił uwagę na mój kręgosłup powykręcany fantazyjnie. Niestety, przypadłość dzieci, które zbyt szybko, nagle urosły i nie mogąc utrzymać ciała garbiły się przez długi czas. Zwrócił uwagę, że plecy mogą zacząć mnie boleć.

- Czyli kiedyś będzie mnie boleć?

- Dziwię się, że już Panią nie boli.

Cholera, ja mam dopiero 37 lat! A może dla mojego kręgosłupa, to aż 37 lat... Wspomniałam, że chodzę na jogę i tam robię ćwiczenia na mięśnie kręgosłupa (tak, moja instruktorka także pochyliłam się nad moimi plecami). Stwierdził, że to może dlatego. Nie wspomniałam, że nie byłam na zajęciach od dwóch tygodni. Rzucił jeszcze, że moja waga mi pomaga. 5-10 kg więcej i byłby kłopot. Od razu pomyślałam, czy podałam prawidłową wagę w formularzu... Nawet chyba trochę zawyżyłam.

Tak, w temacie. Musiałam także być wcześniej u internisty po jedno skierowanie, wyniki morfologii, badań tarczycy (wszystko ok) i dopytałam się o kolano, które mnie wtedy pobolewało. Tamten też rzucił, że tak już będzie, zużycie stawów i wspomniał coś o wadze. Cholera, nie jestem gruba.

Podsumowując ostatnie akapity - kobieto, starzejesz się, sypiesz się. Rób coś, bo jeśli odziedziczyłaś geny po dziadku czeka cię jeszcze prawie 60 lat życia. Chyba nie chcesz je przekuśtykać z bolącymi plecami??? I wagę trzeba trzymać :( Nie dla cholernego lansu, tylko cholernego układu kostnego.

Wg Prawa Murphego - od wczoraj bolą mnie plecy, mięśnie, może kręgosłup. Wracam na jogę.

Był jeszcze alergolog, ginekolog, laryngolog. W międzyczasie moje dolegliwości osłabły niemal do zera i to chyba było podrażnienie układu oddechowego farbą ze ściany. Plus łatwe łapanie przeziębień. Na szczęście mogę zatrzymać Edka :)

U ginekolog standardowy przegląd techniczny. Poprosiłam o potraktowanie mnie jak nastolatkę i pani doktor wspaniale wywiązała się z zadania.

I alergolog, i laryngolog potwierdziły, że mam lekko skrzywioną przegrodę nosową. Być może dlatego łatwiej łapię infekcje wiosną i jesienią. Nie odważę się na korekcję. To jest poza granicami mojego wrażliwości sensorycznej. Widziałam jak to było u Byłego. Najpierw zabieg, w czasie którego jak masz farta to odpływasz na 100%, jak nie to wszystko odczuwasz świadomie (z wyjątkiem bólu). A potem 24 godziny z dwoma tamponami w dziurkach nosa i oddychanie ustami. Przypomina, że z trudem odlepiam plaster z własnego kolana. Jedyne, co mnie może do tego zagonić, to jeszcze silniejsze choroby w sezonie, albo krztuszenie w czasie seksu oralnego ;)

To jeszcze czekam na wyniki od pani ginekolog i standardowe usg u niej i mogę kolejny rok uznać jako przebyty w zdrowiu. Ktoś może powiedzieć, że za bardzo się sobą zajmuję. Kto to pomyślał - odwiedzać lekarzy co 1,5 roku i robić sobie badania. Nie robiły tego moja mama, ciotka, babcia i dziś nie żyją (tzn. babcia dożyła 89 lat, ale ostatnie przeżyła zrjunowanym zdrowiu). Hipochondrykiem chodzącym na badania i operacje jest mój dziadek, który w grudniu będzie świętował 93 urodziny i jedyne co mu dolega, to trudności z chodzeniem.

21:36, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 września 2013
Przedszkolnie

Wczoraj odbyło się zebranie rodziców w przedszkolu. Ważne, bo po rewolucyjnych zmianach, które spadły na wszystkich w lato. Część czytelników bloga pewnie nie śledzi w mediach spraw z tym związanych, bo po co.

Dobra wiadomość - bezpłatne godziny są od 6:30 do 13:00 (wcześniej do 8:00-13:00), a kolejne kosztują już tylko 1 zł, zamiast prawie 3 zł. Gorzej, że pocięto etaty nauczycielkom, asystentkom (nie przechodzi mi przez gardło określenie woźna) i rano, po południu będą grupy łączone. Przecież pod koniec przedszkolnego dnia jest niewiele dzieci. Taaaak. Za 3 zł za godzinę. W ciągu najbliższych tygodni dyrektorka ma przesyłać raporty o ilości dzieci, jakie są w konkretnych godzinach - jeśli grupa przekroczy 25 sztuk musi być ktoś jeszcze. Ukryta sugestia dla rodziców - odbierajcie dzieciaki jak najpóźniej, to jest szansa, że etaty dla pań wrócą. Za 1 zł są spore szanse.

Zła wiadomość - zlikwidowano zajęcia dodatkowe. Wszystko dla dobra dzieci. Bo, nie zacytuję dokładnie rozporządzenia, wprowadzało to nierówności ekonomiczne. Jedne dzieciaki chodziły na angielski, taniec, inne siedziały smutne na sali. Tysiące ludzi od rytmiki, angielskiego, tańca, korektywy straciło z dnia na dzień pracę. Padały ze strony rodziców różne propozycje. Rada Rodziców wynajmie ich ponownie - proszę bardzo, ale po 17:00. Nic nie może odbywać się w godzinach działania przedszkola. Może jacyś studenci, którzy przyjdą na bezpłatny staż, by zdobyć doświadczenie w CV? Okazało się, że są furtki. Przydzielono każdej grupie dwie godziny tygodniowo na takie odpłatne zajęcia, ale maksymalne stawki wyznaczono dziesięciokrotnie niższe niż poprzednio. Nikt nie będzie pracował za takie pieniądze. Można wynająć firmę, która poprowadzi warsztaty. Warsztaty wolno...

Teraz zapewne jest zamieszanie, ale jest akcja, będzie reakcja.

Z drugiej strony, podliczyłam, ile teraz wyniesie mnie przedszkole - po obniżce, bez zajęć dodatkowych opłata wynosi niemal 30% tego co wcześniej. Moje zarobki też spadły, w najgorszym wypadku o połowę. Może teraz jakoś zepnę budżet domowy. Rozważałam zapisanie Wiertki na zajęcia w przedszkolu muzycznym działającym przy szkole muzycznej. Może okaże się, że ma iskrę do tego? Ale to 170 zł (!!!) miesięcznie - za spotkania dwa razy w tygodniu po kwadransie (w grupie czterolatków). Boję się zaryzykować.

Potem jeszcze zebrania w grupach. Poznaliśmy nowe nauczycielki dzieci (grupy zmieniają sale co rok). Ta nowa wydaje się być bardzo zdecydowana, zasadnicza, surowa, wymagająca, hmmm męska. Sama jej się boję :) Ale może Wiertce potrzeba twardej ręki.

Wprowadzono nową dyscyplinę - wszystkie dzieci mają być już na śniadaniu, o 8:30, nie na 9:00, nie na 10:00. Niektóre mamy były zawiedzione. Cisnęło mi się na usta, a "idźcie wy do pracy", ale być może jestem niesprawiedliwa. Niektóre wychowuje młodsze dzieci. Tak, to jedna z tajemnic, dlaczego nie wszystkie maluchy mogą się dostać do przedszkola.

Wszystkie zebrania trwały ponad dwie godziny! A mała na drugiej części była już ze mną i była zmęczona. Na koniec grupka rodziców próbowała przekonać nauczycielkę, żeby ta grupa już nie miała drzemki. Z tej dyskusji już wyszłam, bo moje dziecko ma akurat odwrotny problem - jest susłem, wyrwana z łóżka przed 8:00 musi w dzień się zdrzemnąć. Ten problem był już kiedyś dyskutowany na FP Doroty Zawadzkiej, która przytaczała wypowiedzi nauczycielek o umęczonych, półprzytomnych dzieciach pod koniec przedszkolnego dnia bez drzemki. Rozumiem też rodziców, którym udaje się uspać pociechy dopiero przed północą, bo są wypoczęte. Z drugiej strony rozumiem też nauczycielkę - ma salę, jakieś 25-30 m kw, 24 dzieci i jedne mają spać na leżakach, inne czytać książeczki, a inne bawić się. I jak rozwiązać dylemat, matka mówi "dziecko nie lubi spać w dzień", nauczycielka: "ale dziecko śpi tutaj w dzień". Znowu cisnęło mi się na usta, "a idźcie wy do pracy" i przyprowadzajcie dzieci na 8:00, nie 10:00, ale zapewne jestem niesprawiedliwa.

09:18, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 września 2013
Dylematy posiadaczki

Dylematy posiadaczki ;)

Kiedyś może już wspominałam, ale moja mama dostała od rodziców kawałek ziemi w rodzinnej wsi. A spadku ja go odziedziczyła. Pół hektara ziemi rolnej, którą uprawiał - w zamian za opłacanie podatku - ktoś z rodziny. Kłopot z głowy, bo co ja u licha zrobię z kawałkiem ziemi rolnej? Raz ją sobie obejrzałam.

W weekend był, w tej wsi, pogrzeb siostrzeńca mojej babci. Zmarł na raka płuc. Trochę go pamiętam z dzieciństwa - głównie z tego, że miał ciekawy sposób na swój alkoholizm: trzy tygodnie pił w ciągu, a potem przez tyle samo czasu był trzeźwy. Przyjeżdżało się w wakacyjne odwiedziny i pytało w jakiej fazie życia jest wujek W, bo wiadomo było, czy da się z nim pogadać, czy go po prostu nie ma ;) Jak wspomniałam zmarł z powodu guza w płucach - pierwszym objawem były kłopoty z przełykaniem, guz tak ucisnął. Potem trzeba było żywić jelitowo, bo nowotwór kompletnie zacisnął drogę do żołądka :(

Ciotka wróciła w sobotę z pogrzebu z pięknymi opowieściami. I tak sobie pomyślałam, że jak i śluby tak i pogrzeby są tematem wzruszających opowieści. W pierwszym przypadku oprawa podkreśla wielką miłość pary młodej (czy autentyczną?), w drugim szlachetność żywota zmarłego (czy autentyczną?). Tylko, że przy stypie nikt nie wylicza ile było dań ciepłych, co podano i czy była zimna płyta, wiejski stół ;)

Nie po to jednak rozpisuję się tu o śmierci, pogrzebie, bo kogo to z czytelników obchodzi. Oddałam się refleksji, przeglądowi rodziny, która jeszcze mogła pozostać w tamtej wsi i wyszło mi, że - o cholera - to ten wujek W uprawiał mój kawałek ziemi. Zostawił dwoje osiemdziesięcioletnich rodziców. Oni tego nie przejmą. Dotarło do mnie, że coś będę musiała postanowić.

I już następnego dnia skontaktowali się ze mną ludzie chętni kupić lub wydzierżawić to pole. Co dalej?

Mam tą ziemię, ale jakbym jej nie miała. Nie stać mnie na jej odrolnienie, ogrodzenie, ogarnięcie, postawienie tam nawet budy. A jeśli nawet, to ponad 1,5 godziny PKSem (nie mam prawa jazdy), a ziemią trzeba się zajmować, pielić, podlewać, takie tam. Jeśli nawet, to przyjeżdżałabym tam 2-3 razy do roku. Nie mam zacięcia bohaterek grocholo-kalicińskich - nie rzucę wszystkiego, by kopać grządki na podlaskiej wsi, hodować gęsi i pisać poezję. Jestem minimalistką, ale bez przesady.

Sprzedawać także nie chcę. Bo to jednak kawałek ziemi. A może coś się za kilka lat zmieni? Fortuny za to nie dostanę. Dziadek kupił ją kiedyś za trzy krowy. Dziś to pewnie pół krowy nie warte. Jedną nogę niemieckiej Hohenzolerki. Dziadkowi byłoby przykro. To chyba ostatnia garść jego rodzinnej ziemi, która została w rękach jego potomka.

A dziś jeszcze dzwoni ciotka i mówi, żeby tamtym nie sprzedawać, bo są wyrachowani, tylko wydzierżawić komuś tam innemu.

20:25, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
Tagi