To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 30 września 2014
Pięć tańców w pięć lat

Ten wykład był jakieś dwa tygodnie temu. Od tamtego czasu, trochę rzeczy go przyćmiło. A zbliża się dobra rocznica, by o temacie wspomnieć. Rocznica upadku Powstania Warszawskiego. Wiem, wiem, dopiero w piątek. 63 dni.

W Domu Spotkań z Historią było spotkanie z Aleksandrą Richie, autorką "Warszawy 1944", książki o powstaniu. Zaintrygowało mnie, że spojrzała na temat biorąc także pod uwagę los ludności cywilnej. Także postawiła pytanie, dlaczego u licha, Niemcy mając tuż za Wisłą wojska radzieckie, zamiast po prostu uciekać, zajęli się eksterminacją i niszczeniem miasta? Dlaczego powstanie stało się Powstaniem Warszawskim, nie Powstaniem Sierpniowym? Odpowiedzi jakieś padły, ale może warto przeczytać książkę ;) W "Polityce", która właśnie znika z kiosków jest także długi wywiad z Richie. Może uda się go jeszcze znaleźć w sieci.

Dla mnie to spotkanie miało jeszcze inny wymiar. Pokazało mi sens pytań o sens powstania. Powtórzenie celowe :) Jedną z osób zaproszoną na spotkanie był prof. Witold Kieżuń. Osoba po dziewięćdziesiątce, były powstaniec i powojenny więzień, zesłaniec. Mówił sporo - o tym, że powstanie wybuchło tak na prawdę wcześniej, o zdradzie Roosevelta w Teheranie. Dopiero jednak pewna uwaga z widowni wywołała prawie dwudziestominutowy, gwałtowny monolog Kieżunia. Jeden mężczyzna z sali powołując się na rodziców, którzy przeżyli powstanie, stwierdził, że przez całą wojnę młodzi ludzie byli pompowani nadzieją walki i ideami powstańczymi.

Odpowiedź starszego pana była emocjonalna. Rozumiem emocje i długość. Człowiek jest u kresu życia. Budząc się co rano, wie, że dostał jeden dzień więcej od życia. Może ostatni. Wie, że jest jednym z ostatnich i razem z nim zniknie osobiste świadectwo. A zostaną dywagacje polityczne, intelektualne, wreszcie historyczne. A na końcu kilka akapitów w podręczniku.

- Czy pan wie, że między 17-tym a 24-tym rokiem życia tylko pięć razy tańczyłem?

Zdanie może brzmieć, jak z kabaretu. To jedno zdanie pokazało mi sens postania w innym świetle. Ten czas 18-24 lata, czas buntu, adolescencji, badania dorosłości, zabaw, szaleństw, głupot, śmiechu, pierwszej miłości. Oni zostali tego pozbawieni. Zamiast tego, uciekali przed łapankami, uczyli się w ukryciu. Nie mogli nawet zatańczyć, bo większe zgromadzenia były zakazane. Kieżuń opowiadał o rosnącej frustracji, frustracji z bezsilności - że ludzie giną, znikają, są wywożeni na śmierć i nic nie można zrobić. Pięć lat czekał na dzień, kiedy będzie mógł otwarcie wyjść z karabinem. Kiedy to zrobił był szczęśliwy.

- Oni zabrali nam naszą młodość.

I wybaczyłam mu, że mówił bardzo długo. Dostał oklaski od sali.

19:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 września 2014
Od Wandy do Anny Pauliny

Mój drugi dzień Festiwalu Nauki, ale samego dziesięciodniowego festiwalu dzień ostatni. Takie życie :)

W planach było pięć wykładów, ale pocięłam go :) I tak, żeby zdążyć na nr 3 musiałabym się wymknąć przed końcem nr 2 i żeby być na nr 5 musiałabym wyjść z połowy nr 4. Bez sensu.

Rozpoczęłam od "Wanda i jej smok. Genderowe czytanie polskich kronik". Dotąd legendę o Smoku Wawelskim i Wandzie co Niemca nie chciała, znałam jako dwie oddzielne opowieści i to raczej w bajkowej oprawie. Wstyd przyznać się, ale dopiero teraz czytałam to jako część kroniki Wincentego Kadłubka. W dodatku, to jedna historia - król Krak, zły smok, królewscy synowie zabijający podstępem gadzinę. Potem brat zabija brata by zgarnąć sławę, ale wszystko się wydaje i zostaje wygnany. Czy nie brzmi to znajomo? Pierwsze z brzegu, to Kain i Abel, albo Romus i Remulus. Tron obejmuje Wanda. Kraj najeżdża król aremański, ale jego wojska są porażone urodą i siłą Wandy. Król przebija się mieczem. Wanda rzuca się do rzeki. Romansu tam ani skrawka, gwałtu także, rzut do rzeki nie do końca zrozumiały.

Czytaliśmy tę legendę jako mit założycielski rodzącego się państwa - bratobójcza ofiara złożona Bogowi, bogom. Sam smok został zinterpretowany jako dawne kulty pogańskie, które ciągle jeszcze tliły się w kraju (do XIV wieku!). Smok - wąż jako symbol sił Szatana w kulturze europejskiej. W kulturze Azji i Ameryki Południowej wręcz przeciwnie - to siła dobra, ale także jeden z ważnych elementów powstania świata.

Sama Wanda, to przetworzone echo dawnego kultu boginicznego. Wielka Bogini. W tym świetle zanurzenie w rzece ma swój sens, jako oczyszczenie, odrodzenie.

Była tylko godzina na ten temat, więc dostaliśmy ksera z Kadłubka, Długosza i Kroniki Wielkopolskiej, by porównać jak legenda zmieniała się w czasie.

Tak więc, moje koleżanki, co Niemców zechciałyście - to najzupełniej ok :) Przed Wielką Boginią każdy pada do stóp :)

Kolejny wykład to "Wanna i Klosz. Pisarstwo Sylvi Plath". O ile czuję, że ze "Szklanego klosza" już wyrosłam, bo chyba przeszłam proces poszukiwania i kształtowania się siebie samej, to poezja jest ciągle żywa. Słuchaliśmy nagrania "Lady Łazarz", wiersza czytanego przez samą autorkę. Napisała go na kilka miesięcy przed samobójczą śmiercią, jesienią. Wyzwanie rzucone śmierci - zanurzam się w ciebie, ale zawsze wstaję z popiołów. Ryzykowne wyzwanie, bo śmierć w odpowiedzi przysłała najsroższą zimę w Anglii od 1813 roku, gdy rury pękały i światło wyłączano. W lutym Sylvia nie wytrzymała. Ja akurat doskonale rozumiem, że zimno - połączone z innymi problemami - może doprowadzić do samobójstwa.

Pociesza mnie też, że nie trzeba być super płodnym artystą. Wystarczyła jedna powieść i trochę wierszy, by Plath stała się nieśmiertelna.

Przerwa w domu na obiad, kawę i po południu pojechałam na Wydział Prawa na ostatni wykład. "Czy staropolska Temida była kobietą?". O prawnej sytuacji kobiet w Polsce pomiędzy XVI a XIX wiekiem. Bo, o ironio, w średniowieczu była ona całkiem dobra i dopiero potem ich prawa zostały stopniowo coraz bardziej ograniczane. Ta sama pomyłka, co z procesami czarownic. To nie symbol średniowiecza, tylko czasów późniejszych.

Ja z ciekawości dopytałam się o to, kiedy kobiety trafiły w ogóle do zawodu prawniczego, by kiedyś nie walnąć jakiejś pomyłki w tekście ;) Otóż w 1893 roku pierwsze studentki na Sorbonie zaczęły studiować prawo. Nie zostały jednak dopuszczone do uprawiania zawodu przez palestrę. Stało to się dopiero, także w Polsce, po I wojnie światowej. Mieliśmy w dwudziestoleciu międzywojennym około 200 adwokatek, kilkadziesiąt sędzi i najlepszą policję kobiecą, stawianą za wzór, w Europie.

A Anna Paulina? Anna Paulina z Sapiehów Jabłonowska, pod koniec XVIII wieku napisała dla swoich zarządców "Ustawy..." (pełnej nazwy nie zdążyłam napisać), czyli zbiór zasad jakimi mieli się kierować. Kobiety były wykluczone ze świata sądów, ale mogły orzekać w sądach polubownych. Takich ówczesnych mediacjach :)

20:05, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 września 2014
Od Fridy do Wokulskiego

Skromny plan na weekend był taki. W piątkowy wieczór dwa wykłady w Polskim Towarzystwie Astrologicznym. Prawie cała sobota na Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach. W niedzielę zaś tak z pięć wykładów Festiwalu Nauki.

I to nie życie stawiło opór, ale moja równie skromna osoba. W piątek, po 17:)) poczułam się cholernie zmęczona. Świadomość, że następnego dnia mam wstać rankiem - nawet późnym - podróżować - raptem 1,5 h pociągiem, ale w jedną stronę - sprawiała, że miałam ochotę położyć się tam, gdzie stałam. Gdybym była wszędzie tam, gdzie planowałam, to w poniedziałek do biura dotarła bym ledwo żywa.

Odwołałam mój wyjazd do Siedlec. Bo byłam tam umówiona z koleżanką, na plotki i nawet na wino mnie zapraszała. Od razu poczułam się bardziej ożywiona :)

Dwa wykłady były fajne. Wyciągnęłam na nie moją przyjaciółkę, która pasjonuje się astrologią, ale siedzi w domu niczym muzułmańska żona. Chciałaby by świat ją odwiedzał, ale tak nie zawsze się da. Posłuchałyśmy sobie, m.in. fajnej historii i życiu Fridy Kahlo.

Do domu wróciłam po 22:00. Padłam spać koło północy. W sobotę obudziłam się... o 11:00. Chyba jednak taki wolny dzień był mi potrzebny. Zrezygnowałam z festiwalu literatury, ale mogłam się wybrać na dwa krótkie wykłady Festiwalu Nauki. Były dość blisko, tuż za rzeką.

Pierwszy to "Wokulski i bohaterowie kultury współczesnej (seriali i gier)". Główną tezą było przyrównanie klasycznej powieści XIX wiecznej do dzisiejszych seriali. I nie ma tu mowy o telenoweli, typu "M jak miłość", ale serialu. Serial to pewna całość (sezon) zamknięta w określonej z góry liczbie odcinków. Jednym z przykładów podanych na wykładzie była "Rodzina Soprano" i "Breaking Bad". I coś jest na rzeczy. Przecież polskie powieści były drukowane w odcinkach, pisane z numeru na numer. Te powieści w dodatku zostały potem zekranizowane jako seriale ("Lalka", "Noce i dnie").

A sam Wokulski, gdyby się dokładnie przyjrzeć nie był kryształowy. Zaczął od walki w powstaniu, zsyłki. Potem jednak po drodze był utrzymankiem bogatej żony i handlował bronią, wikłając się w średnio legalne układy. Poznajemy go, gdy stać już go na bycie bogatym romantykiem. Zupełnie jak polscy bogaci przedsiębiorcy ;) Zaczynali od szczęk na bazarze i nie do końca jasnych układów, a dziś brylują na salonach :)

Mnie za to zastanowiło, że skoro seriale zastąpiły klasyczną powieść, to jaka teraz będzie rola literatury? Opowiadania, eksperymenty formalne? A może trzeba się doszkolić i pracować jako scenarzysta :)

Drugie spotkanie przebiegło pod hasłem "Wiek XIX i anachronizmy we współczesnej kulturze popularnej". Chodziło o to, jak z dzisiejszego spojrzenia interpretowane są pewne elementy z życia XIX wieku i jakie wynikają z tego pomyłki. Na przykład pomyłki w tłumaczeniu z obcego języka, gdy ktoś słowo "grandfather clock", czyli zegar stojący, przetłumaczył jako zegar po pradziadku :) Lub w grze słów w rozmowie pomiędzy bohaterami, rzecz dzieje się w 1818 roku, padają słowa semafor i Serafin, gdy semafor został wynaleziony trzy dekady później.

To te drobne pułapki, w które może wpaść pisarz porywający się na tekst umiejscowiony w odległych czasach. Gdy trzeba sprawdzić czasem najdrobniejsze detale - od budynków, po ubiór, przedmioty życia codziennego, poprzez zwroty jakie wtedy były w użyciu, czy reguły życia towarzyskiego. Kolejny przykład z pewnej powieści - "stangret wprowadził go do salonu". Dlatego jak nigdy nie ryzykowałam napisania, nawet krótkiego, tekstu osadzonego w innej epoce, bo cały czas bym roztrząsała, czy tak to powinno wyglądać, czy tak wolno się było odezwać :)

Przy okazji dowiedziałam się, że w XIX wiecznej Anglii mężczyzna nie mógł zerwać zaręczyn :) Mógł zostać przez opuszczoną pannę pozwany o niedotrzymanie obietnicy, która skutkowała jej zmarnowaną młodością i straconymi złudzeniami :) Tak, czasy zmuszały wtedy mężczyzn, do bycia mężczyznami :) Okazało się, że w zapiskach Prusa jest wzmianka o pewnym młodzieńcu, który pozwał byłą narzeczoną o zerwanie przez nią zaręczyn i wygrał proces :) Wygrał odszkodowanie w wysokości jednego szylinga. Nie było równouprawnienia nawet wtedy :)

Miły dzień. Wyszłam z domu na trzy godziny. Potem zrobiłam szybkie zakupu i resztę dnia przeleniouchowałam.

19:39, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 września 2014
Konferencyjnie

Jednym z plusów mojej pracy są śniadania prasowe i konferencje, na które mogę się czasem wyrwać. Redaktor znowu odwołany w jakieś kamasze, więc ja go zastępowałam. I tak to mnie ta konferencja była bardziej potrzebna, bo szukałam dojść do Działu Marketingu. W wielkich firmach to czasem jedyna okazja by się do tych ludzi dobić i wyrwać bezpośredni kontakt. Wydarzenie organizowała duża firma z branży motoryzacyjnej.

Przy okazji zagadałam dziewczynę siedzącą obok mnie i okazało się, że przyszła z wydawnictwa w którym ja pracowałam przed laty. Biorąc pod uwagę rotację tam, to wspólnych tematów raczej nie było. Bo przecież nie powiem, co na prawdę sądzę o prezesie. Ale rozmowa była miła :) Było z kim wypić kawę i zjeść obiad.

Dyrektora marketingu odnalazłam. Okazał się nim być cholernie przystojny mężczyzna. Bridget walczyła z profesjonalistką. Tzn. z profesjonalnym Key Accountem :) Najpierw musiałam przełamać się i sama podejść do obcego człowieka. W końcu jednak po to był na tej konferencji. By promować produkt. Wymieniliśmy się wizytówkami, zamieniliśmy kilka zdań, aż w końcu się zmyłam zanim zaczęłam pleść bzdury odurzona magią dobrze skrojonej marynarki.

Dygresja. Gdy byłam młoda nie znałam bardziej aseksualnego uniformu niż garnitur. Działał na mnie niczym pigułki antykoncepcyjne na jajnik. Dziś jest odwrotnie - mężczyzn w garniturach uważam za atrakcyjnych. Zestarzałam się, czy zmądrzałam?

Pomyślałam, że przecież mogę w życiu prywatnym robić to samo ;) Podchodzisz do gościa, zagadujesz i wymieniasz się telefonami ;) Jak z tym męskim dowcipem - podchodzisz do kobiety i proponujesz seks, dziewięć da ci w pysk, dziesiąta się z zgodzi. Podchodzę do pana i mówię, że jest szansa na kilka ciekawych randek, ale bez pewności, że będzie seks. Dziewięciu ziewnie, powie że ma żonę, dziesiąty się skusi. Choć może proporcje będą inne, bo mężczyzna usłyszawszy słowo "seks", zresetuje poprzednią część zdania :)

19:52, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 września 2014
Nów równonocy jesiennej

Ja miałabym nie uczcić nowiu i nadejścia jesieni?

W nocy nie mogłam zasnąć. Aż w końcu dziecko wybiło mnie ze snu zupełnie. Bo Wiertka także nie mogła zasnąć. Drapała się, bo ostatni komar w Warszawie postanowił przed zimowym odpoczynkiem pokąsać ją, rzucała z boku na bok. Męczyłyśmy się tak pół nocy. Niemal do świtu.

W nowi wilczyce nie mają do czego wyć :)

Przypominam także, że tak gdzieś o tej porze roku obywał się drugi sabat czarownic (pierwszy pod koniec kwietnia) :)

A poranne wstawanie było koszmarem. Ja jeszcze pół biedy. Gorzej dziecko.

Przed wyjściem okazało się, że nie mam jej kapci przedszkolnych. Wczoraj zakładała je na zajęcia muzyczne. Czyżby zostawiła tam na korytarzu? Nowe kapcie! dziecko miało je kilka dni :( Ogłupiała, postanowiłam iść tam od razu i zapytać panie w szatni. Z dzieckiem pod pachą. W połowie drogi zaczęłam odtwarzać fakty. Miałam siatkę z warzywami, torebkę z książkami małej. Torebka! Tam włożyłam kapcie. Zmieniłam kurs na przedszkole. Do pracy spóźniłam się pół godziny.

W ciągu dnia wypiłam cztery duże kawy, zjadłam obiad przyniesiony w pudełku, wyskoczyłam jeszcze po kawałek ciasta śliwkowego. W efekcie, wracając do domu, miałam wątrobę w przełyku i nadal byłam senna.

A jeszcze dostałam zaproszenie na wieczór :) Kolega, przeczytawszy o moich potyczkach z nowiem i powitaniem jesieni, zaprosił mnie z dzieckiem na coś o nazwie "plony" (przez kościół przyjęte jako dożynki). Jego kobieta należy do rodzimowierców :) Kiedyś, na jakiś jego imieninach, rozmawiałam o tym z nią i jej znajomymi. Kilka razy do roku, właśnie w porze świąt słowiańsko-pogański zbierają się na świętowanie starych zwyczajów. Zdjęcia z Jarych Godów (powitanie wiosny) nawet widziałam. Dziś byłam zbyt zmęczona, ale jestem wstępnie umówiona na Dziady i Święto Godowe :) Będzie sprawozdanie na blogu ;) Obrzędy pogańskie są mi bliższe niż koncepcja Boga chrześcijańskiego. Może dlatego, że jestem typem osoby zestrojonej z cyklami przyrody. Otoczona żarówkami, urządzeniami elektronicznymi jestem w 90% przytłumiona, ale czasem rozumiem co czuli ludzie w tamtych czasach. Albo się chłopskie korzenie odzywają ;)

Ale jest to bardziej system postrzegania, odczuwania świata, niż wyznanie. Choć niektórzy rodzimowiercy chcą zaznaczania ich jako religii w danych statystycznych.

Moje dziecko ma imię słowiańskie, więc ma już na wstępie fory :)

20:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 września 2014
Sałatka macierzyńska

A teraz będzie miło o moim dziecku :)

Zacznę jednak od tego, że dziś znalazło się w domu coś dziwnego. Ja szybko przyrządzałam obiad, dziecko woła z pokoju, że będziemy układać puzzle. No ok. Puzzle ze Smurfami. No mamy takie. Potem woła, że nie może otworzyć pudełka. Przesadza. Przychodzę do pokoju, a tam pudełko... zafoliowane. Całkowicie nowe, prosto ze sklepu puzzle. Ze Smurfami mamy, ale grę planszową. Nie wiem, nie mam pojęcia, nie ogarniam. Skąd to się wzięło? Kto to podarował? Dlaczego leżało nie rozpakowane? Puzzle ułożyłyśmy.

Gdy w sierpniu wracałyśmy z turnieju rycerskiego, to autobus kończył bieg na Dworcu Wschodnim. I moje dziecko postanowiło, że samo poprowadzi nas do domu. Z dworca do mnie jest jakieś 15-20 minut piechotą, czyli z kilometr. Ale nie jest to droga prosta jak z bicza. Na Pradze tak nie ma. Przecież trzeba było pozakrywać stare kamienice ;) Nie robiłam nic. Szłam z Wiertką, która prowadziła mnie za rękę. Nie wybrała najkrótszej, najprostszej drogi. Szła tak trochę klucząc, bo najpierw pod swoje przedszkole, a potem odbiła w stronę domu. Czyli korzystała z tras, którymi zazwyczaj chodzimy. Ale trafiła pod blok :) Po co jej znajomość adresu, jak trafi sama ;) Wiem, że bez rodzica w grę wchodzi element stresu, ale orientację w okolicy już jakąś ma :)

Pod koniec trasy kazała mi nawet zamknąć oczy i całkowicie zdać się na nią. Oczu nie zamknęłam, ale obserwowałam, jak podchodzi do ruchliwej - oby niedługo - naszej ulicy. Zatrzymuje się, sprawdza, czy nic nie jedzie, na środkowej wysepce ponownie się zatrzymuje, patrzy, że nadjeżdża samochód, czeka aż ten zwolni i dopiero wchodzi na drugi pas. Przyznam, że nie zawsze jest taka uważna. Teraz miała pod opieką ślepą matkę ;)

Niedawno wracając z przedszkola miała dla mnie zagadki. Ona śpiewała piosenkę, a ja na podstawie - wymyślonych przez nią słów - miałam zgadnąć, o jakiej to księżniczce piosenka.

Odbieram w piątek z przedszkola. W szatni wywieszone prace dzieci. Namalowane kolorowe bloki. Większość równa, z oknami. Tylko praca mojej córki, taka, no taka, no jakby impresjonistyczna. Znowu pewnie będzie obcięte po punkciku :P

- Mamo tam są żołnierze. - pokazuje mi na swój obrazek

- Żołnierze tam mieszkają?

- Tam jest wojna. Sama mi pokazywałaś na zdjęciach.

Wygląda na to, że Wiertka narysowała powstańczą Warszawę :) Pokazywałam jej zdjęcia zburzonego miasta 1-go sierpnia, by bardziej wyjaśnić, co to za rocznica.

I na koniec:

- Kupisz mi mamo preparat na grzybicę paznokci?

Moje dziecko oglądając blok reklamowy jest przekonane, że to co reklamowane, to bardzo potrzebne do życia.

I jeszcze na koniec - człowiek czeka, kiedy będzie mówiło, a potem czeka na moment, kiedy przestanie trajkotać słowo za słowem :)

22:51, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 września 2014
Muzycznie

Zbliża się nów i koniec  cyklu. Czuję się jak Titanic na dnie Oceanu.

Teraz będzie milej o moim dziecku :)

Wczoraj zapisałam ją na zajęcia dodatkowe. Niedawno odbyłam z córką rozmowę:

- Może chcesz chodzić na angielski?

- Nieeeeeeeeeeeeee

- Może chcesz chodzić na judo?

- Nie!

- Może chcesz chodzić na balet?

- Nieeee!

- Pianino?

- Tak! Tak!

W tym sezonie moje dziecko ma ochotę na grę na pianinie ;)

Rzuciłam tak, bo w okolicy jest przedszkole muzyczne, w szkole muzycznej i mają tam zajęcia umuzykalniające i naukę gry na pianinie. Ceny z kosmosu. Rok temu nawet nie rozważałam. Nie mam pojęcia dlaczego teraz mam przeświadczenie, że będzie mnie przez następny rok stać. Jedna z mam, gdy na placu zabaw Wiertka pochwaliła się, że będzie chodzić do muzycznego przedszkola, skomentowała niby to żartobliwie "no, no, dobrze się powodzi". Daleko nie mamy - kwadrans wolnym spacerkiem. Sokramka zna miejsce, bo mieszkała na przeciwko ;)

Na miejscu okazało się, że panie namawiały mnie na zajęcia umuzykalniające. Może najpierw lepiej to, a pianino za rok? Oba zajęcia odpadają. Chyba, że Były zacząłby sypać alimentami. To straszne koszty. Może niech Wiertka niech "pojeździ na rowerze, a potem wsiądzie na motor"? Spytałam dziecko, co woli - krótkie zajęcia z pianina (trwają kwadrans), czy dłuższe z umuzykalniania z innym dziećmi (pół godziny). Wybrała to drugie.

Nie udało się dostać do grupy zerówkowej, bo jest oblężona. Przygotowuje do egzaminów do tej szkoły muzycznej, więc rodzice ją szturmują. Wiertka poszła na zajęcia o 17:00 z 4-5 latkami. W sumie zapewne także jej rocznik, ale nie zerówka. Kiedyś, gdy spacerowałam z wózkiem, pod tym budynkiem nawet pomyślałam, że fajnie - szkoła muzyczna tak blisko, dziecko może tam poślę. Jednak nie będę się spinać i wymyślać dziecku kariery :) Może jednak klasa sportowa ;D

Pierwsze zajęcia za nami.  Bardziej na razie przypomina to zwyczajną rytmikę i boję się, czy nie przepłacam. W przedszkolu rytmiki na razie nie ma, bo nikt nie chce tam prowadzić zajęć za pieniądze, które placówka może zaoferować. Liczę na poznawanie instrumentów, stylów muzycznych, rytmów. Zobaczymy.

A potem do domu spacerkiem kwadrans.

20:47, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 17 września 2014
Kotka Filemonka

Jak zwykle dobre intencje zostały ukarane. Dziś był dyżur nauczycielki przedszkolnej Wiertki. Raz w tygodniu jedna z pań, pomiędzy 16:30 a 17:00 czeka na chętnych rodziców.

Byłam chętna zadać tylko jedno drobne pytanie. A spotkanie trwało pół godziny. Nauczycielka wyciągnęła arkusze z obserwacji pedagogicznych małej. Była mowa o tym, że będą badane kompetencje dzieci. Powinnam się przyzwyczaić. 82 punkty, ale na 130. Czyli niedobrze. Nie dałam rady zapamiętać, z czym moje dziecko sobie nie do końca radzi. Nie potrafi podać adresu (zna ulicę, ale nr mieszkania jest trzycyfrowy). Nie potrafi powiedzieć jaka jest dziś pogoda. Nie potrafi opowiedzieć, co jest na obrazu - odpowiada, że piłka, dziecko trawa, a nie, że chłopiec gra w piłkę. Źle zaznacza na obrazkach lewa/prawa, nad, pod, obok. Nie wyliczam, by się dobijać, ale może któraś mama, chce sprawdzić swoje dziecko :)

Za sporą część zadań dostała małą ilość punktów, bo robiła je szybko, po łebkach i na chybcika. Niedokładnie rysuje po liniach, szlaczki robi najpierw dokładnie, potem dorzuca własne aplikacje. Podejrzewam, że pewne rzeczy zrobiła źle, bo jej się po prostu nie chciało ich robić dobrze. Jak jej się zachce, to się zastanowi i będzie poprawnie. Tylko jak jej przekazać, że zawsze ma się starać?

Dobra. To są rzeczy, nad którymi można popracować, ona ma nie ukończone pięć lat. Ja w jej wieku nie potrafiłam robić tych rzeczy. Nikt sobie takimi pierdołami głowy nie zawracał. Mając sześć lat poszłam do zerówki w przedszkolu i szybko się tego nauczyłam.

Gorzej jest z zachowaniem i emocjami :( Nie słucha poleceń grupowych. Trzeba je powtarzać konkretnie do niej, imiennie. Wtedy wstanie i podejdzie do reszty. W chwilach złości rzuca się na podłogę, krzyczy, szarpie, zamiast powiedzieć o co chodzi. Czasami nawet nie wiadomo - panie się domyślają, gdzie był konflikt. Odesłana do stoliczka, wycisza się, uspokaja, ale nie chce dalej rozmawiać na temat wydarzeń. Poziom emocjonalny trzylatki - jak mówi nauczycielka :( Nie widziała ojca Wiertki, to by zmieniła zdanie. Kopia tatusia :( Nie bawi się z dziećmi, jeśli te nie zaakceptują jej reguł zabawy. Chce przewodzić. Nie słucha poleceń. Dzieci dostały podręczniki z zaleceniem, by nic w nich nie robiły. Ona jedyna zaczęła odklejać naklejki i wklejać je. Jest szybka, roztrzepana, zbyt emocjonalna. Taki kot Filemon - jak powiedziała pani.

I jak pracować nad takim charakterem??? Ona nie robi się z wiekiem lepsza. Ten jej upór i "w jedną sekundę do setki" na skali wkurwu tylko się pogłębiają. Być może jako dorosła zostanie liderem trzymającym pod butem załogę, albo samotnym strzelcem nie potrafiącym pracować w grupie, indywidualistką, ekscentryczką. Tylko najpierw musi przedrzeć się przez system polskiej edukacji państwowej.

Jest w dzień zmęczona. Nie ma już drzemek i podsypia pod koniec dnia, nie daje rady uczestniczyć w zajęciach. Kładę ją teraz i tak wcześniej o 21:00, budzę 6:30. Chyba trzeba jeszcze bardziej skrócić dzień.

Nie wiem, czy zapamiętałam całą litanię. Sporo tego było. Jeden z najsłabszych wyników w grupie, usłyszałam, i prawie mi się płakać chciało.

Za to usłyszałam komplement. Panie zauważyły, że kiedyś na przyjęciu świątecznym rodziców z dziećmi, jako jedyny rodzić dołączyłam do dzieci i bawiłam się z nimi. Bo córka mnie zawołała :) I ze dwoje rodziców potem się dołączyło. To prawda, reszta siedziała na krzesełkach przy stoliku i przyglądała się lub plotkowała. Paniom bardzo się to spodobało. Usłyszałam, że widać, że mam więź z dzieckiem.

Wróciłam z dzieckiem do domu. Wcześniej było trochę placu zabaw. Gotowanie obiadu, szybkie, nastawić pranie, coś ogarnąć. Cholera, już 19:00! A dziecko przed snem chce choć jedną bajkę, kąpiel, czytanie książki. I zbierze się nagle jednak ta 21:00. Jak ja mam w to wcisnąć ćwiczenia z nią? A jeszcze potrzebne są ćwiczenia logopedyczne. Czuję jakby życie wrzeszczało na mnie "schneller, schneller". Nagle okazuje się, że polska matka niczym japońska ma ćwiczyć talent swojego dziecka już od jego czwartych urodzin inaczej okryje się hańbą, i rodzinę swoją, i rodzinę męża ;)

Może jak jesień się roztoczy i od razu po przedszkolu będziemy wracać do domu, to znajdę kwadrans na ćwiczenia? Może zrezygnować z gotowania i wrzucać do garnka gotowce?

20:23, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
sobota, 13 września 2014
Inne oblicze kryzysu wieku średniego

Nie wiem, czy nie zawiodę oczekiwań :)

To mógłby być długi wpis, ale poleciałby w rejony nacisków kulturowych, mody. Nie chciałabym też by stał się listą kompleksów.

Jakąś pierwszą falę miałam późna wiosną. To uświadomienie sobie, że czas mija, młodość mija. Młodość w najbardziej prozaicznym pojęciu - młodość ciała, młodość cery, młodość wyglądu.

W dobrym tonie jest powiedzieć kobiecie, że nie wygląda na tyle lat, ile ona ma. Choćby nie było wiadomo, ile ma lat. Choćby wyglądała na nie wiadomo, ile lat. Wiele kobiet chwali się sytuacjami, jak to zaniżono im wiek. Nie wypada wyglądać na tyle, ile się ma. Na 38 lat, to ja powinnam wyglądać za dziesięć lat :)

Inna sprawa, że codziennie patrząc w lustro, człowiek tego upływu czasu nie widzi. Twarz ta sama. Ciało niby to samo. Tylko czasami ubrania kłamią. Patrzy się na swoje zdjęcie sprzed lat, ale także nie widzi dysonansu pomiędzy tą dziś, a tą wtedy. No młodsza byłam.

Kiedyś robiliśmy sobie w pracy zabawę. Każdy przyniósł zdjęcie z młodości. Ja wrzuciłam takie z początków studiów. I kolega westchnął patrząc na nie:

- A jednak ta młodość.

I nagle uświadomiłam sobie, że ja wyglądam już inaczej. Może nie na 38 lat, może na 33 lata. Ale nie wyglądam już na 21 lat, a to facetów bardziej kręci. Mężczyzn kręcą młodsze.

Pamiętam taki urywek ze wspomnień Simone de Beauvoir o tym, jak będąc dziewczyną krytykuje się kobiety pod czterdziestkę, że ja nigdy, ja w ich wieku. A potem nagle jesteś sama kobietą pod czterdziestkę, patrzysz na siebie i dopada cię ten sam strach. Czytając to miałam 20 lat i myślałam, o jakie mądre. Dziś dopada mnie to w praktyce.

Up-date:

Napisałam wpis, poszłam do wanny, wzięłam ze sobą swoje stare dzienniki i proszę na co natrafiłam :)

24 i 25 stycznia 1998 weekend

Przeczytałam już wszystkie tomy wspomnień Simone de Beauvoir. Najbardziej zaskakiwał mnie jej związek z Sartrem. Bez obrączki, wspólnego mieszkania, z "miłościami pobocznymi" - kilkadziesiąt lat razem. Szczęśliwie. Komu się to udaje?! Zastanowiło mnie jeszcze coś. De Beauvoir pisała, że młode dziewczęta mają ściśle wyrobiony pogląd na wygląd, ubiór, zachowanie kobiet w średnim wieku. Ona też. "Ten wiek nadchodzi". Po czterdziestce miała zamiar pożegnać się z ciałem i nie afiszować z podstarzałymi wdziękami. Ale ciało wiedziało swoje. Zdarzył się jej o prawie dwadzieścia lat młodszy Lanzmann. Jednak jej mieszczańskie wychowanie trochę zostawiło śladów. Ale zrozumiałam teraz Małgorzatę Domagalik, która w "Harpiach..." pisała, że nie jest pewna, nie twierdzi też 100%-owo, że kiedyś nie zrobi sobie na pewno operacji plastycznej. Dziwiłam się jej. Teraz sama się zastanawiam, czy dobijając półwiecza, tak samo jak Simone de Beauvoire, nie będę mogła patrzeć na siebie w lustro. W twarz starej kobiety. To takie dalekie. Abstrakcyjne.

 

To nie tak, że się starzeję. Za dziesięć lat, jak będę czytać ten wpis, będę się turlać ze śmiechu - co ty kochana wiedziałaś o zabijaniu! To chodzi o te smugi, które oplatają ciało. Nie ta cera, nie ta gładkość, nie ta sprężystość. Uroda jest jak napęczniała kropla na kilkanaście sekund przed spłynięciem. Oby spływała powoli. To ta świadomość, że to się bliża, jest tuż tuż. To może za kilka lat, a może za kilka miesięcy. Jak kobieta w dziewiątym miesiącu uświadamia sobie, że poród to coś realnego.

Oczywiście, jeśli się tej urody nie miało, to nie ma co rozpaczać nad jej zniknięciem :) Mam lata praktyki w byciu inteligentną oraz oczytaną :D Tyle, że miło jest poczuć się czasem tak kobieco. Jak kiść winogron.

I przez część czasu się tak czuję. Tylko te informacje, że rozmiar 36, botoks, po trzydziestce kobieta to pomyłka.

A może to problem introwertyczek? My już urodziliśmy się starzy i tylko czasem młodniejemy. Nagle ciało dogania duszę.

Zaliczę kryzys wieku średniego, jak zwiążę się z jakimś młodziakiem świeżo po studiach i będę udawać, że ja i jego znajomi tak super się rozumiemy :D

19:07, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 września 2014
Kryzys wieku średniego

O kryzys wieku średniego posądza się głównie mężczyzn. Zastanawiałam się nad tym ostatnio skąd to się bierze, dlaczego niby dopada tylko jedną płeć?

Taka najprostsza definicja, to "chwila w której uświadamiasz sobie, że nic się nie czeka". Miłość odnaleziona, pozycje okopane, związek znany, że po omacku wymacasz. Praca w miarę stabilna, jeśli się miało zrobić jakąś karierę to się ją zrobiło. Dzieci raczej podchowane i zaczynają zajmować się sobą. Kredyty wzięte, u niektórych nawet spłacone. Szafki do kuchni, kafelki do łazienki wybrane. Jak wyjazd wakacyjny, to wiadomo gdzie. Nie ma już żadnego powodu by dłoń drżała, by serce dostało tachykardii.

Dlaczego mężczyźni? Bo uważani są za zadaniowców. Wytyczają sobie cele, do których dążą. Okolice 40+ to ten czas, gdy oni te swoje cele wypełnili. A jeśli nie, to potrafią sobie to zracjonalizować i nie uważać za porażkę. Żona jest, dzieci są, kredyt jest, stanowisko w pracy jest, szafki w kuchni i kafelki w łazience także są.

Tak na prawdę, to wszyscy jesteśmy wychowywani na zadaniowców. Nawet jeśli kogoś ominęło przedszkole, to pamiętamy te ważne etapu życia - skończyć podstawówkę, skończyć szkołę średnią, skończyć studia (opcjonalnie), znaleźć pracę, założyć rodzinę, utrzymać status quo w pierwszych latach, dzieci i nie przespane noce, kredyt na mieszkanie, szafki do kuchni, kafelki do łazienki.

"Telewizor, meble, mały fiat". Ludzie dążą do stabilizacji, spokoju. A gdy wreszcie ją dostają, czasami czują, że to puste zwycięstwo.

I kryzys dopada także kobiety. To uczucie, że wszystko już jest i serce nie bije. Tylko, że najczęściej pod postacią depresji, nerwicy, "czepiania się".

Ten schemat dobrze się sprawdzał, gdy ludzie żyli 40 lat, góra 60 lat. Dziś czeka nas trzy, cztery dekady zbierania owoców. Choć, niestety, nie na emeryturze :)

Dlaczego kobietom jest łatwiej? Bo są istotami relacyjnymi i częściej wychodzą z domu. Szukają grup i dzięki temu znajdują nowe cele. Jeśli skupiają się na domu, to inwestują emocje w dzieci, wnuki. "Syndrom pustego gniazda", to głównie cierpienie kobiet. Nie znam mężczyzny na to cierpiącego :)

Bo chodzi o to by znaleźć cel. Nawet jeśli dotąd uczono człowieka czegoś innego. Maraton, nowe studia, warsztaty, pisanie powieści, zmiana zawodu. W naszej kulturze nie mówi się o tym, że w połowie życia można je zmienić o 180 stopni. Wbija nam się do głowy, że wtedy już nie wypada, nie opłaca się. Po co komu studia, po których i tak pracy nie dostanie? A właśnie, że po coś! Nie opłacało się wtedy, gdy człowiek umierał koło 60-tych urodzin. A jak jeden cel zostanie osiągnięty - bo to raptem rok, może dwa, czy trzy, to się wynajduje kolejny cel. I wtedy znowu serce bije, ciśnienie wzrasta, bo trzeba wyrwać się z rutyny i robić coś nowego. Trzeszczą zwoje w mózgu, jak w latach szkolnych, człowiek myśli czasem "a po cholerę, chce leżeć i się poobijać". Jednak warto.

Chyba buntownicy, czy indywidualiści nie mają kryzysu wieku średniego? Mają za to inne.

Zastanowiło mnie, w takim razie, czy w czasach, gdy praca jest niepewna, traci się ją, zmienia co chwilę, gdy wynajmuje się mieszkania, gdy odkłada decyzje o dzieciach z powodów ekonomicznych, kryzysy wieku średniego mają miejsca? Bo w świetle moich powyższych wypocin, tacy ludzie nie powinni mieć na to energii.

Wpis zrobił się długi. Kiedy indziej opiszę o innej formie kobiecego kryzysu średniego - związanej z upływem czasu, zmieniającym się ciałem.

19:38, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi