To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 30 września 2015
Jak zachęcić dziecko do czytania

Jakiś czas temu, moja córka bawiła się koleżanką. Ja coś tam ogarniałam w domu. I nagle docierają do moich uszu słowa córki:

- Chcesz zobaczyć gołe cycki?

Zaskoczenie było tak wielkie, że nawet nie zdążyłam zareagować. Tylko popatrzyłam. Okazało się, że moje dziecko grzebie mi w półkach z książkami. To akurat wiedziała, dotąd używała ich głównie jako podpórek w zabawach. Lata temu, ponad dwie dekady temu, dostałam, kupiłam, cholera wie, coś pod hasłem "horoskop erotyczny na wesoło". Od lat leżało to na najbardziej zapadłej półce. I moja córka to znalazła. A dzieło okraszone jest rysuneczkami satyrycznymi. Dzieci lubią rysunki.

To popatrzyłam. Dziewczyny przejrzały jedną, czy dwie kartki, pośmiały się i poszły się bawić.

Dało mi to do myślenia. Lada moment, dziecko nauczy się czytać i zacznie zapoznawać się z tytułami. Takie na przykład "Kara dla śpiącej królewny", czy "Przebudzenie śpiącej królewny", "Małe ptaszki". Bajki to nie są. Autorka "50 twarzy Sreya"nawet nie wymóżdży jednego pomysłu z Anne Rise, czy Anais Nin. Dalej idąc - "Historia prostytucji", "Dziwki w historii". Niedługo będę chyba musiała część księgozbioru, przenieść gdzieś wyżej.

Sugeruję się także wspomnieniami. Moi rodzice nie wiedzieli, że - mając 10 - 11 lat - po lekcjach nudziłam się, z nudów przeglądałam co jest na półkach i czytałam z wypiekami. "Zdrowie kobiety", "Seks nietypowy", "Listy intymne", "Seks w kulturach świata". Z opowieści niektórych koleżanek wiem, że nie byłam jedyna.

W sumie niech książki popularno naukowe czyta. Literatury pornograficznej wolałabym jej jeszcze przez kilkanaście lat oszczędzić.

19:21, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 września 2015
Czerwona Pełnia Księżyca

Podobno rzadka, podobno nietypowa. W dodatku zaćmienie księżyca. Dzisiejszej nocy po 2:00. Raczej będę spać, by nabierać sił przed obłędem w mojej pracy (sezonowym na szczęście). Wczoraj w nocy, o 2:00, patrzyliśmy sobie z księżycem na siebie nawzajem. Był dokładnie na przeciw mojego balkonu. Taki ogromny, wyraźny, bliski.

A to zapowiedź pełni kliknięta telefonem dziś z parku:

Szlachetna Śliwa, czyli o magii imion chińskich

Wreszcie udało mi się wyrwać na Festiwal Nauki. Fajniejsze wykłady były tydzień temu, ale trudno.

Trafiłam na SWPS, na wykład Joanny Hryniewskiej "Piękni, mądrzy i bogaci, czyli funkcja magiczna imion chińskich". Trochę już na ten temat słyszałam, kiedy chodziłam na studiach na seminarium dotyczące kultury Azji Południowo-Wschodniej (takimi pierdołami się zajmowałam, zamiast zdobywać zawód). Teraz fajnie było to usystematyzować.

Wiadomo, że w naszej kulturze znaczenie imienia jest już tak oderwane od jego brzmienia, że rzadko kto zwraca na to uwagę. Bardziej patrzy się, by było dla rodzica ładne, z czymś się kojarzyło. Lub większe znaczenie mam osoba, po której dziecko imię dostaje. Są pasjonaci imion, zwracający uwagę, na historię, treść, ale to raczej garstka. Bo kto, z czytających tego bloga, zrezygnowałby z fajnego imienia dla dziecka, bo niekoniecznie taką chce mu dać historię?

W Chinach jest inaczej - choć i tu zachodzą zmiany. Wierzą, że imieniem wsuwasz dziecko w pewien tor życia, dajesz mu napęd do określonych zmian w życiu. To funkcja magiczna. Dlatego wszystkie imiona zbudowane są z jednostek leksykalnych, które mają określone znaczenie w życiu realnym. Można to robić bezpośrednio np. - będą padać autentyczne chińskie imiona w przekładzie na język polski (chiński sobie zapisała, znaczków już nie zdążyłam przekaligrafować) Posiadacz bogactwa, Długowieczny i kwitnący, Piękny wygląd, Szczęśliwa Piękność. A także imiona układa się w formie bezpośredniej i tu już poezja idzie na całego :) Wysoka Śliwa, Smok w obłokach, Dostojna Góra, Czysty staw, Poranny Wietrzyk. Pośredniość przejawia się tym, że nie chodzi o to, że ktoś chce mieć córkę ładną jak drzewo śliwy, tylko, że śliwa jest symbolem niewinności, ale także siły, bo potrafi kwitnąć na mrozie. Strasznie mi się spodobało - mówcie na mnie Wysoka Śliwa :)

Jak można się domyśleć - gender nie dotarł :) Jak dziewczynka to - piękno, niewinność, skromność, malutka. Jak chłopiec - to silny, odważny, mądry, wytrwały.

Najciekawszą częścią wykłady była jednak część, w której prowadząca opowiadała, jak na imiona wpływały zmiany polityczne XX wieku. To był obłęd. Powstanie ChRL i oto następuje wysyp: Państwo Jest Silne, Pokój, Buduj Chiny. Wojna koreańska i oto: Chroń Kraj, Odeprzyj Amerykę, Strzeż Kraju. Wielki skok na przód, lata 1958-61 - Przeskoczyć Amerykę, Skok na przód, Zwyciężyć Niebiosa. Rewolucja kulturalna - Miłuj Walkę, Żołnierz Wschodu, Czerwona Gwardia, Strzeż Czerwieni / Komunizmu. I tu komunizmowi było po drodze z gender, bo takie imiona były nadawane na równi chłopcom, jak i dziewczynkom. Dopytałam się prowadzącej o odbiór tych imion dziś. Są przyjmowane naturalnie, nikt nie uznaje ich za dziwne, ani zabawne. W sumie zapomniałam, że Chiny są jeszcze komunistyczne.

Dziś nadal nadaje się imiona na podobnej zasadzie, ale na przykład wykorzystuje się wydarzenia społeczne (Olimpiada Pekińska), nowe technologie (podobno udało się jakimś rodzicom przeforsować imię @), ekologię (Czyste powietrze).

Niestety, dla kogoś może "stety", w Chinach modne zaczynają być także imiona z kręgu zachodniego. Transkrybowane są na chińskie znaki i chińską wymowę. Coś jak nasz Dżesika i Brajan.

A poniżej zdjęcia dwóch poradników :)

Jak wybrać imię dla dziecka zgodnie ze znaczeniem, żywiołami i astrologią:

 

Oraz "Lucky English Names" - nic dodać więcej nie trzeba :)

 

Co także ciekawe - Chińczycy zmieniają imię w ciągu życia, jeśli uznają, że ze starym mu nie po drodze, chcą sobie zmienić przeznaczenie. Administracja uznaje to za naturalną decyzję i przeszkód nie czyni.

Temat wykładu przypomniał mi o znaczeniu mojego imienia. "Szlachetna" albo "Prawda". Jako, że spodobała mi się symbolika Śliwy, to może dorzucę :)

Wpis zrobił się długi, więc może innym razem o historii wybierania imienia mojego, mojego dziecka.

środa, 23 września 2015
Równonoc jesienna

Po pracy miałam odebrać dziecko ze szkoły, iść do dentysty (ona pobawiłaby się w poczekalni), potem podjechałyśmy do kawiarni pogadać z moimi koleżankami i zostały trochę na wieczorze autorskim Sylwii Chutnik.

W pracy znowu "pożar". Jedna z firm kończy teraz półroczny cykl. Trzeba zrobić im zestawienia, raporty. Do tego potrzebuję materiałów od współpracowników. Dziś udało mi się, dać kogoś na zastępstwo - ważne, że musiała mówić po hiszpańsku. Jeden z obcokrajowców kilka dni temu zrezygnował, tak z dnia na dzień. Miał jeszcze dosłać pewne materiały. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na maile. Rano musiałam odwołać jego zastępstwo, bo nowy człowiek nie miałby z czym pojechać. Nasłuchałam się od szefowej, że jak to się mogło stać, bo to taki uczciwy współpracownik, coś pokręciłam. Mieliśmy mieć spotkanie i omówić tę sprawę. Oczywiście, po angielsku. Nie czuję się jeszcze pewnie mówiąc w tym języku, szczególnie w obecności kogoś, kto mówi płynnie jak Pani Prezes i nativa. Bałam się, że wyjdzie na to, że to moja wina. Na szczęście koleś się podłożył sam, a mój angielski wystarczył.

O 13:00 telefon, następna współpracownica odwołuje swoje przyjście, bo się pochorowała. Na szczęście Polka, to można swobodnie pogadać. Jednak następnego dnia, rankiem musi przedstawić pewne materiały. Nie udaje mi się zorganizować nikogo na zastępstwo (mam na to 2-3 godziny), bo to dla odmiany ma być ktoś z językiem niemieckim. Umawiam się w końcu z klientem, że doślemy materiały i oni sobie jakoś poradzą. Jednak w ciągu 24 godzin wysłałam im trzy zastępstwa, w kluczowym momencie umowy i posłuchałam sobie na ten temat. Jakieś absurdalne skomasowanie nieobecności. W końcu od tego jestem, żeby zbierać cięgi.

Okazuje się, że współpracownica jest w kolejce do lekarza, nie wie kiedy dotrze do domu. Jest 15:00, a ja za 1,5 godziny mam mieć wizytę u dentysty. Miałam wyjść wcześniej. Wizytę odwołuję i słyszę, że grozi mi jakaś kara za tak późne odwołanie i jest to w zasadach współpracy z gabinetem. Szlag mnie trafił. Wizytę odwołałam. Zapewne z zębem pójdę gdzie indziej. I niestety, dla bezpieczeństwa będę się zapisywać na 18:00.

W końcu po 16:00 materiały dostałam, poszły do koordynatorki klienta. Nie musiałam czekać do wieczora. Nie nudziłam się. Cały dzień zajmowałam się "pożarem", zostały jeszcze rzeczy poopóźniane.

W ciągu dnia, napisałam koleżankom, że przez tego dentystę, przeładowanie, pojadę od razu do domu. Jednak wyszłam z pracy i znowu byłam podładowana adrenaliną, uznałam, że skoro wizyty u dentysty nie było, to mogę z dzieckiem podjechać na to spotkanie.

Wiertka w autobusie zasnęła. Na przystanek wyszła słaniając się na nogach. Była zmęczona. Uznałam, że nie mogę jej tak ciągać po mieście. Przeprosiłam telefonicznie koleżanki i wróciłam z dzieckiem do domu.

A w domu zorientowałam się, że przecież jest pierwszy dzień jesieni. Równonoc jesienna. Dzień zrównał się z nocą i teraz noc przejmie dominację. Bardzo ważny moment w przyrodzie. Dla mnie początek półrocznego, trudnego cyklu, bo źle znoszę malejącą ilość światła słonecznego i zimno. Dla mnie zimno, to wszystko poniżej 15 stopni ;)

Ale za niecały tydzień Czerwona Pełnia Księżyca :)

19:43, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 września 2015
Out of the border

Kiedyś pisałam o tym, jak można uznawać się za osobę otwartą, czy tolerancyjną. Dopóki życie nie stawia jakiegoś przykładu.

To historia usłyszana przeze mnie dawno, zastanawiałam się, czy ją opisać. W końcu, świat jest mały, ludzie mogą się poznajdować. 

Byłam na babskim winie. Plotki, pogaduszki. I koleżanki zaczęły opowiadać o pewnym swoim wspólnym dalekim znajomym. Przystojny, dobrze ubrany, własna firma, ogromny dom. Tylko rwać. Ideał mężczyzny. Jedna z koleżanek opowiedziała, jak była na pewnej imprezie w jego domu. W pewnej chwili, powiedział - wyczuwa, że ona jest inna (bo jest inna), więc ona go zrozumie. Po czym zaprowadził ją do jednego z pokojów i włączył komputer. Pokazał katalog zdjęć, które go podniecają. Okazało się, że faceta kręcą osoby z widocznymi ułomnościami fizycznymi - np. bez kończyn.

I tak pomyślałam. Spotykasz faceta idealnego. Jest wam świetnie, rozumiecie się, nadajcie na tej samej fali. Gotujesz się niczym żaba w garnku. A wtedy poznajesz jego sekret. Tylko tak można napisać, że zwija się interes. Wydaje mi się, że ciężko mnie zaskoczyć. Nie wiem, jak bym zareagowała.

To nie koniec opowieści. Mężczyzna jest w związku. Zaczął namawiać swoją dziewczynę do pewnego zabiegu - tak by była dla niego atrakcyjniejsza. Potocznie ten zabieg byłby traktowany jako trwałe okaleczenie ciała. Jak ma się pieniądze, to nie jest trudne znaleźć odpowiedniego lekarza. I tu jest przesunięcie kolejnej granicy. Akceptacja, a udział. Zażartowałam, że gdyby przepisał na mnie firmę i dom, to bym się zastanowiła. Zaczęłyśmy się zastanawiać, co mogłoby nas skłonić do czegoś takiego. Podobno, dziewczyna się zgodziła, ale wynegocjowała drobniejszy zakres. Może go kocha? Może będą żyli długo i szczęśliwie?

poniedziałek, 21 września 2015
Weekend macierzyński

Weekend upłynął pod hasłem macierzyńskich wycieczek. W niedzielę wybrałam się z córką, jej przyjaciółką i jej matką na imprezę Kinder Niespodzianki. Nie przeglądałam komentarzy, ale wyciągnęli lekcje z gromów, jakie było na nich rzucane rok temu. Zrobili coś z pozoru skromniejszego, ale ciekawszego. Nie było karuzeli, zjeżdżalni i godzinnych kolejek do wszystkiego. Na otwartej przestrzeni przed studiem ATMu rozstawiono sporo namiotów z zabawami i animacjami dla dzieci. W samym studiu było show muzyczno-taneczne, na które zdobyłam cztery wejściówki. W innej hali były multimedialne pokazy.

Myślałam nad tym, by wziąć jeden z papierowych samochodzików, postawić na miejscu parkingowym z tabliczką "Nina Terentiew" i strzelić fotkę. Szkoda, że się wstrzymałam :)

Za to są inne zdjęcia:

 

Poniżej, narysowana przez Wiertkę, syrenka, wrzucona przez jakiś skaner do wirtualnego akwarium. Nie wiem, dlaczego jest czarna. Uchodźcy wcisną się wszędzie.

 

Za rok zapewne już nie pojedziemy. Podejrzewam, że dla siedmiolatki to już mało wciągające.

20:00, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 września 2015
Noc Pragi 2015

Rano obudziłam się z prawie zdrową stopą. Boli nieznacznie, lekko utykam, ale jest o wiele lepiej. Jestem niczym Terminator. Jednak mówię wam - nie wbijajcie sobie nigdy noża w stopę.

Praga Północ to taka dzielnica, że tu nawet noc rozpoczyna się w południe. My na imprezę dotarłyśmy po 15:00.

Najpierw zahaczyłyśmy o Koneser, gdzie było hipstersko i wytwornie - ślimaki po burgundzku, drogie wina i niebanalna muzyka.

 

Ząbkowska zagarnęła ludzi na większy zakres niż zazwyczaj, bo już od ul. Markowskiej - czyli dawnej granicy Pragi i Szmulowizny, dawnych fortyfikacji broniących wejścia do miasta, zaczynała się strefa zamknięta dla ruchu. A raczej strefa "kup mi mamo, kup mi mamo" + trucki z jedzeniem, bez których każda impreza w dzisiejszych czasach jest nieważna.

 

Na rogu Brzeskiej i Markowskiej była Duża Scena z koncertami. Trafiłyśmy na kapelę praską, a wracając na gwiazdy disco-polo. Moja córka zażyczyła sobie zostać i potańczyć. Nie wiem,gdzie popełniłam błąd. Ale nie tylko ona została porwana do tańca.

 

Po 16:00 była wielka parada praska - dzieciaki i ludzie ze stowarzyszeń: m.in. Otwarte Drzwi, Serduszko, nawet Miasto Jest Nasze się zaplątali. To zdjęcia z momentów zbiórki. W trakcie zdjęć nie robiłam, bo moje dziecko dołączyło się do nich i musiałam mieć ją na oku.

 

Parada zakończyła się deszczem balonów :)

 

Na Brzeskiej była mała scena i animacje głównie dla dzieci.

 

Obok była Mała Scena, gdzie występowały praskie dzieciaki z formacji hip-hopowej Hope 4 Street

 

Wracając jeszcze raz zahaczyłyśmy o Konesera, gdzie jeszcze obejrzałyśmy sobie wernisaż praskich zdjęć.

 

I tak po 19:00 moja Noc Pragi już się zakończyła. Dla innych zapewne zaczynała. I tak powinnam się cieszyć, że miałam w ten weekend dziecko do towarzystwa. Smętnie byłoby tak chodzić samej.

19:54, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 września 2015
Oszukać przeznaczenie, kulinarne

W pracy kłopoty wyprostowałam. Rzeczywiście, okazało się, że rozmowa telefoniczna to strategia dobra, jak na kogoś, kogo umiejętność pisania tekstów oscyluje w klimatach wezwań i pozwów :) Werbalnie, to normalna osoba. Albo wyspana :)

Po pracy dorzuciłam kilka kamyczków do worka historyjek o blondynce. Zabrałam się za przygotowywanie obiadu - dość prostego, bo miała wyjść dziś na miasto, ale tata dziecka się pochorował. Noże leżały pomiędzy dwoma kabinami zlewu. Trąciłam ten największy, spadł centralnie czubkiem w dół... w moje śródstopie, blisko palca. Krew leciała porządnie, ale na szczęście udało się ją zatamować. Może filmy z serii "Oszukać przeznaczenie" są głupie, ale lista głupich śmierci jest dłuższa od tej serii.

Jak wspomniałam, obiad był prosty - kupiłam dla dziecka pierogi z serem i jagodami, dla siebie ruskie i z mięsem. Tylko zapomniałam jakoś je w sklepie zaznaczyć. Te z jagodami od razu zlokalizowałam. Jeszcze takich kiepskich nie produkują, by nie było jagód widać. Inne próbowałam rozróżnić węchem. No i jedne tak jakoś słodko mi pachniały. Ugotowałam, udekorowałam odrobiną cukru, jogurtu. Już rzuciłam moje pierogi na rozgrzaną patelnię, pomiędzy cebulkę, gdy coś mnie tknęło. Dopytałam dziecka. Nie, jej pierogi nie są słodkie...

Najpierw rzuciłam się wyciągać pierogi z serem z patelni. Jeszcze dało się jej podać jako słodkie. Kłopot został z tymi ruskimi. Człowiek co jakiś czas przyznaje się do głupich rzeczy, to przyznam się, że je opłukałam po bieżącą wodą i wrzuciłam do tych z mięsem :)

 

PS: Stopa boli i lekko drętwieje. Niech mi nikt nie mówi, że kuchnia to nie jest wrogie miejsce :)

Tagi: kuchnia
18:32, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 września 2015
Sałatka pracowniczo - macierzyńska

Nie może być spokojnie.

Dziś miałam, z związku z pracą, sesję fotograficzną - do materiałów firmowych. Dostałam polecenie założenia białej bluzki, czarnego żakietu, bo ta kolorystyka dobrze kontrastuje na zdjęciach. W bieli wyglądam niczym niemiecki turysta na plaży, ale zakupiłam wczoraj bluzkę. Weszłam do pierwszej, lepszej sieciówki i kupiłam to co na mnie pasowało i wyglądało w miarę ok. Żakiet pożyczyłam. Jaka była dziś pogoda, każdy widzi. Żakiet to ja w rękach wiozłam, a na sesji się nie przydał.

Musiałam pojechać do wynajętego studia. Tam mnie umalowała makijażystka, która podobno pracuje dla jednej ze stacji telewizyjnych. Bałam się efektu scenicznego. Pocieszałam się, że zdjęcia mają być biurowe, więc makijaż ma być delikatny. Jednak na tyle mocny, by wyjść na zdjęciach. Nie lubię się malować i nie lubię siebie z całym tym czymś na twarzy. Umalowała mnie nawet ok, choć ja bym tak odstrzeliła sobie facjatę na wieczór. Jak wspominałam, to do zdjęć musiało być mocniejsze. Może poproszę ją o makijaż, jak będę się przygotowywać do odbioru nagrody Nike ;) Robienie zdjęć było ok.

Wracałam do domu i miałam wrażenie, że każdy się na mnie gapi. Pierrot, albo Glen Close w "Niebezpiecznych związkach". Co ciekawe, do 17:00 przyzwyczaiłam się do siebie takiej, a makijaż nawet nie spłynął w tym upale.

W pracy czekały mnie maile od mojej ulubionej koordynatorki ze strony klienta. Zastanawiam się, czy ta kobieta bywa kiedykolwiek zadowolona, uśmiechnięta i odprężona. Straciłam prawie trzy godziny na wymianę maili w pewnej sprawie, która się posypała. Starałam się być dyplomatyczna, delikatna, ale dla mnie w ten dzień temperatura skoczyła do 35 C. Jestem zestresowana, że będzie jakaś awantura. Pamiętam ze spotkania z tą kobietą, że woli rozmowy telefoniczne niż maile. Rzeczywiście, pisze taką korpo mową, oschle, oficjalnie. Przy niedawnej okazji, gdy coś się sypało, po ping pongu mailowym, rozmasowałam wrzody i zadzwoniłam do niej. Okazało się, że rzeczywiście, dała się ugłaskać. Dziś nie miałam na to siły. Teraz wieczorem, zamiast się odprężać, układam w myślach tekst dla niej na jutro.

Oczywiście, dzięki chwilom poświęconym tej jednej firmie, zrobiła się kolejka innych spraw. 

Pozwoliłam dziecku pobawić się na placu zabaw po lekcjach. Wczoraj byłyśmy z wizytą u jej koleżanki z klasy i wróciłyśmy przed 20:00. Do zrobienia była pierwsza praca domowa - kartka z piętnastoma rządkami szlaczków. Jedne łatwe, inne trudne. Było na to dwa dni. Zabrałyśmy się za to dziś przed 19:00. Karkówka na grillu jest bardziej wyluzowana, niż ja patrząca jak moje dziecko próbuje robić szlaczki. Najpierw robiła szybko, chaotycznie, na odwal się. Potem robiła wolno, niedokładnie. Pocieszam się, że wyrobi sobie dłoń. Nie to było najgorsze. Było za późno, szlaczków było za dużo. Tu już była pora bajek. W dodatku, Wiertka była najzwyklej w świecie zmęczona, słaniała jej się głowa. Będę miała nauczkę na przyszłość. Z piętnastu rządków zrobiła trzynaście. Odpuściłam jej resztę. Może jestem dziwną matką, ale uważam, że jak na początek szkoły, to tych szlaczków było za dużo.

19:57, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 września 2015
Swatka

Rzecz sprzed jakiś dwóch tygodni, ale dopiero teraz mam czas na opisanie tego.

Wspominałam, że w sanatorium dzieliłam stolik w stołówce z dwiema innymi matkami i ich córkami. Jedna taka sobie, z drugą się polubiłam, trochę sobie pogadałyśmy. Wspominałam też, że dopiero przed moim wyjazdem, ta kobieta wyznała mi, że też jest samotną matką. Z tą różnicą, że ojciec jej dziecka, ani nie utrzymuje kontaktów, ani nie płaci. Stąd tyle słów uznania z jej strony dla Byłego, że tak się interesuje, z dzieckiem w sanatorium pobędzie. Przyjmowałam z rezerwą i uśmiechem, bo co to za czasy, by klaskać wobec normalnego przejawu ojcostwa.

Z jednej strony obawiałam się, że jej dziecku, albo bardziej jej będzie przykro w towarzystwie ojca i przyklejonej do niego córki. Z drugiej pomyślałam, że wiem, co się może wydarzyć, jak przy jednym stoliku trafi się kobieta do wzięcia, z mężczyzną do wzięcia, oboje w tej samej kategorii wiekowej.

I proszę. Już po powrocie, słyszałam od córki, gdzie byli na wycieczkach, gdzie jeździli, gdzie wędrowali po szlaku, że tata się zakochał i całował się. A karta mojego aparatu była wyczyszczona. Do dziś się nie mogę zdjęć doprosić.

Na tym nie koniec. Tak na przełomie sierpnia i września, trafiłam z Wiertką do parku. Miał być jakiś festyn. I kogo spotkaliśmy w jednej z alejek? Znajomą z sanatarium i Byłego. Spacerowali sobie uboczem. Sytuacja dziwna, bo moje dziecko rzuciło się z piskiem na ojca, dopytywał gdzie J, córka. Szybko się pożegnaliśmy, bo ona wracała do domu (mieszka w innym województwie).

Potem wysyłała mi sms-y, tłumaczyła, że im się znajomość trochę przedłużyła. Pisałam jej, że nie ma co się przejmować. Znam Byłego, a nawet rozmawiałam z nim kiedyś na ten temat i wiem, że gdyby nie zakładanie, że jest choć cień szansy na seks, to nawet kwadransa by z weekendu nie poświęcił :) On nie wierzy w przyjaźń pomiędzy mężczyzną, a kobietą, bez seksu gdzieś na końcu.

A żartowałam, że on nawet z sanatorium dla dzieci nową kobietę przywiezie.

Szkoda tylko, że od tamtej pory sms-y się urwały, a miałyśmy się spotkać, odwiedzić. A teraz ona ma wyrzuty sumienia - to od Byłego słyszałam.

Skłamię jednak, jeśli napiszę, że mnie nie ukłuło. Ale nie z zazdrości o osobę. Po prostu innym zdarzają się piękne rzeczy - siada kobieta przy stole, dosiada się mężczyzna i coś z tego wychodzi. Takie zderzenie.

19:55, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Tagi