To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 29 października 2010
w poszukiwaniu zaginionego żłobka ;)

Wybrałam się na długi spacer z Wiertkiem, w rejony żłobka, do którego trafiły jej papiery. Założenie było takie, żeby tam wejść, dotrzeć do kierowniczki i dopytać jak z listami przyjętych.

Znałam nazwę ulicy i wydawało mi się, że jak będę nią spacerować, to ten żłobek zobaczę. Nie zobaczyłam :) Nie miałam nic do roboty, więc - po przejściu całej ulicy do numerów malejących - wróciłam się tą samą trasą. Ty razem zaglądałam we wszystkie zaułki i podwórka.

Zaczepiłam nawet jakieś mamy, ale one nic nie wiedziały. To spytałam się pań prowadzących parami stadko przedszkolaków. Z rozmów ze znajomymi wiem, że przedszkola doskonale wiedzą jakie żlobki mają w okolicy. Te panie pokierowały mnie w dobrą stronę. Weszłam w jedno z podwórek i natrafiłam na przedszkole. Łaziłam po okolicy i za cholerę nie mogłam znaleźć czegoś co żłobek by przypominało. Postanowiłam być twardą, zdeterminowaną, samotną matką (a tylko jeden z tych przymiotników jest mi znajomy) i zapukałam z pytaniem do przedszkola. Wreszcie wskazali mi budynek.

Żłobek jest na wyyyyyyyyysokim parterze zwyczajnego bloku z czasów chyba Bieruta, z zewnątrz nie ma jeszcze żadnej tabliczki, w środku remont na całego. Kierowniczki nie było, dopiero szykuje się odbiór sanepidu. Wybiorę się tam w przyszłym tygodniu. Z mojego domu to tylko 30 minut spacerkiem.

Tagi: córka
00:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 października 2010
o myciu okien i "własnym pokoju"

Dzień z tatą Wiertka.

Zupę grzybową przywiózł. Z gąsek szarych i zielonych. Jeszcze żyję :)

Potrzebna mi była jego obecność, bo planowałam mycie okien i chciałam by ktoś zajął się małą. Oczywiście, zaczął mi dawać dobre rady, jak powinno myć się porządnie okna, zabrał się za demontrację i w efekcie okna w dużym pokoku, to on umył. Nie mam nic przeciwku byciu kiepską gospodynią domową. Tak właśnie wymiksowałam się z prasowania w naszym związku. Najzabawniejsze jest to, że przez kilka lat naszego bycia razem, ani razu nie dotknął okien. Nawet chyba nie wiedział, że były myte.

Nie cierpię mycia okien. Miesiąc się do nich przymierzałam i z ulgą przyjmowałam każdy powód do odroczenia. Jakie to wspaniałe, że mam to za sobą na długi okres czasu. W sumie, z czynności domowych, jedynie zmywanie naczyń lubię. Mogłabym tak zarabiać na życie.

Potrzebna mi była jeszcze opieka do dziecka, bo miałam na zajęcia tekst do skończenia. Opowiadanie. Zamknęłam się w "dziecięcym pokoju", który na razie robi za składzik. Przypomniał mi sie tekst Virginii Woolf o "własnym pokoju". I jeszcze dwa teksty z jednego z numerów "Bluszcza". Był tam tekst żony Josepha Conrada o tym, jak zapewnić warunki pracy mężowi artyście i drugi nowszy, na ten sam temat, żony Stefana Chwina. Generalnie chodzi o to, że żony pisarzy to westalki domowego ogniska, urządzające mistrzom otoczenie tak, by ci mogli się skupić jedynie na tworzeniu. Jakże ważny jest pokój do pracy, nie ruszony chaos na biurku, cisza, skupienie.

A oto ja siedząca na podłodze, oparta plecami o komodę, w otoczeniu rozrzuconych wszędzie pluszaków i gryzaków. I super szczęśliwa, bo nikt nie wyrywa mi z wrzaskiem kartki, długopisu, nie wyłącza komputera, nie lepi się z płaczem do nóg. Takiej rozkosznej chwili na to by coś przelać na papier, zapewne ani Conrad, ani Chwin nigdy nie przeżyli ;) Tekst będzie jeszcze do oszlifowania, poprawek, przepisania na komputerze, ale to lżejsza część pracy. Najtrudniej przelać w słowa pomysł, który jak mgła wije się po głowie.

Umyte okna, napisane opowiadanie, spora część dnia w czyimś towarzystwie. Tak niewiele, by uznać dzień za udany.

18:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 października 2010
Świat na zewnątrz

Jeden tydzień i aż trzy wyjścia z domu z dzieckiem. Fakt, że do innych matek z dziećmi. Zamknięty "fight club", gdzie wstęp raczej z dzieckiem, rozmowy głównie o dzieciach. Okazało się, że nie tylko.

Ja wyszłam do ludzi, Wiertek wyszła do innych dzieci. Ja jestem zadowolona, ona jest zadowolona. Nie warczymy na siebie.

Gdyby mnie przyrównać do samicy z młodym, to nie do takiej, która non stop siedzi w gnieździe, gawrze, norze, czy w czym tam wygodnie. Wędruję po świecie, moje młode krok za mną. Świat niekoniecznie w sensie podróży na inny kontynent. Dla mojej córki na razie wyprawa na drugi brzeg rzeki, to też przygoda :) Byle byli tam ludzie :)

Żłobek. Listy już są, ale telefonów do rodziców jeszcze nie było. W przyszłym tygodniu czeka mnie wyprawa lub telefon, w sprawie owej "złotej listy". Pewnie zacisnę zęby i popielgrzymkuję osobiście. Jak ja nie cierpię wypraszania się o coś :/

Dotacja z Urzędu Pracy. Odrzucili wniosek i to ze względów formalno-prawnych, czyli pewnie poległam na wstępie przez jakiś drobiazg. Nie jestem perfekcjonistką. Wręcz przeciwnie. Jestem dobra w pomysłach, zarysach, wstępach. Gdy przychodzi do dopieszczania szczegółów i detali, to cierpię, ale kończę co zaczęłam. Tragedia zaczyna się przy szlifowaniu ledwo widocznych kancików. We wniosku takim kancikiem mógł być brak przecinka, literówka, opuszczone miejsce w tabelce.

Mam jeszcze kontakty do innych instytucji przyznających dotacje matkom powracającym na rynek pracy.

Tagi: córka życie
16:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 października 2010
żłobek

Ważą się losy Wiertka i moje pewnie. Choć zapewne już zważone.

Dziś rano rozpatrywano wnioski do nowo otwieranego żłobka. Zajrzałam do tego, w którym zostawiłam wniosek 3 tygodniowej Wiertki i powiedzieli mi o tym. Jej kandydatura też jest rozważana. I tak zaszła daleko - początkowo była 30-ta na liście tegorocznej (byłam tam pierwszego dniqa roboczego tego roku, o godz. 8.05), a 250-ta na całej liście. W czerwcu plasowała się jako 13-ta rezerwowa w swojej grupie, a we wrześniu - 5-ta. Niestety, a dla rodziców i tych dzieci na szczęście, pięcioro maluchów nadal dobrze się czuje jako żłobkowe dzieciaki i miejsce się nie zwolniło.

Składałam odwołanie, a co mi tam, ale to, że jestem samotną matką, bez alimentów (bo z za miękki sercem), bez pomocy rodziny, na razie bezrobotna, niczyjego serca nie skruszyło. Trudno. Szanse, że znajde pracę by finansowo poskładać wszystko są takie sobie, ale jakieś wyjścia B, C i D mam. 2010 jest albo dobry rokiem dla mojej psyche, albo posiadanie dziecka daje więcej siły życiowej. Na pewno nie starcza czasu na "weltschmerzen", dzielenie włosa na czworo i skrupulatne analizowanie swoich emocji.

Z nowym żłobkiem jest drobny problem - nie ma tam najmłodszej grupy. Przyjmują dzieci od 12/13 miesiąca, a w listopadzie Wiertek będzie miała 11 ms... Ale jest dzieckiem chodzącym. Ruchowo jest do przodu. Tylko, że w żłobku dowiedzieli się o tym ostatnim dopiero dziś.

Wiedziałam, że taki żłobek będzie otwierany, wiedziałam, że powinnam chodzić, stękać, gadać, żebrać, prosić. To takie dla mnie krępujące. Żenujące. Powinnam być tam najpóźniej wczoraj.

Jutro mam dzwonić.

Kończę, bo Wiertek bo obgryzieniu brzoskwini, korektora w długopisie, nie chce już zajmować się sama sobą.

Tagi: córka
15:39, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 października 2010
Urząd Pracy (październikowy odcinek)

Spotkanie w Urzędzie Pracy zapowiadało się stresująco, ale muszę zacząć od wrześniowego odcinka. Miesiąc temu stawiłam się na wizycie i ku swemu zaskoczeniu dostałam propozycję pracy. W moim mieście o pracę jako taką nie trudno. Chyba, że jest się samotną matką czekającą aż w państwowym żłobku zwolni się miejsce dla jej dziecka. Praca była jako telemarketerka, na umowę zlecenie, popołudniami, za 8 zł brutto na godzinę i miała jedną poważną wadę - nie da się z niej utrzymać ani siebie, ani dziecka. Ale pomysł w swojej prostocie genialny - bezrobotny idzie pracować na umowę zlecenie i jeśli wraca za jakiś czas, nie trzeba mu płacić zasiłku.

Pojechałam do tej firmy, dzieckiem pod pachą, i powiedziałam szczerz jak jest - szukam opieki do dziecka, składam wniosek o dofinansowanie własnej działalności gospodarczej, czy nie mogliby sami zrezygnować z mojej osoby. Pani przychyliła się do mojej prośby, tylko trzeba było wypełnić w tabelce miejsce na powód odrzucenia mojej wypasionej kandydatury. Na prawdę trzeba się nagłówkować by się nie nadawać na telemarketera i jedyne co przychodziło do głowy, to głuchota. Pani wpisała nieodpowiednią dyspozycyjność.

W UP urzędniczka kazała mi napisać wyjaśnienie, o co chodziło z tą dyspozycyjnością. Potem pouczyła, że rejestrując się w Urzędzie Pracy wykazuję gotowość podjęcia pracy i ma mieć pełną dyspozycyjność. Co zrobę z dzieckiem, nie interesowało ją. Usłyszałam, że jak się stawię w październiku, mam przyjąć propozycję pracy, inaczej zostanę wyrejestrowana. Zaczęłam podejrzewać, że może szefostwo urzędu narzuciło pracownikom "współzawodnictwo" - ta która wyrejestruje największą ilość bezrobotnych dostanie ekspres do kawy, a ta która najmniej przez miesiąc będzie musiała pracować jako telemarketerka na umowę zlecenie.

Dziś była październikowa wizyta i chyba zakończono współzawodnictwo, bo podpisałam tylko papierek, że przybyłam i mam się stawić znowu w listopadzie. Przy okazji umówiłam się z doradcą zawodowym.

A popołudniu spotkanie ze znajomą w kafejce dla mam z dziećmi. Wiertek ganiała na czworaka po lokalu i zaczepiała inne dzieci. Chyba skończy w mediach :) Odpoczęłam siedząc pomiędzy ludźmi i wypowiadając zdania podrzędnie zlożone.

Na koniec drobne nieporozumienie. W środku dnia dzwonił tata Wiertka wyrywając mnie z rytualnej drzemki "dziecko + mama". Odrzekł, że "nie dojedzie na 18.00 i coś tam coś tam". To dłużej posiedziałam na spotkaniu. Okazało się, że chodziło o to, że "dojedzie na 18.00 i coś tam coś tam". Pocałował klamkę, ale chyba nie zaloguje się na "W stronę Ojca" ;) To nie pierwszy raz, gdy on coś mówił, a ja usłyszałam odwrotnie. Może mam jakąs anomalię w mózgu i jedynie dr House może coś na to poradzić? Ciekawe też, że wg NLP mózg nie zna znaczenia słowa "nie" (np. zdanie "nie będę palić" rozumie jako "będe palić"). Cholera, mój zna. Służę po mojej śmierci egzemplarzem do przebadania.

Tagi: praca
22:44, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 października 2010
Ally

Trafiłam dziś na kablówce na powtórkę "Ally McBeal". Przypomniały mi się czasy, gdy byłam piękna, młoda, szczupła, z lichym biustem i namiętnie to oglądałam. Jedynie kompleksy i neurozy się nie zestarzały w człowieku :)

Obie mamy jedną wspólną rzecz - niedosyt, przeświadczenie, że może być lepiej.

Choć ja mam gorzej. Od zawsze mam przeczucie, że "wszysko co dobre" już się w moim życiu wydarzyło. Całe życie z tym wrażeniem jakie się ma w dzień po świętach Bożego Narodzenia - tyle czekania, krótkie zanurzenie w całej tej magicznej atmosferze i tak szybko już po wszystkim. Już nie ma na co czekać.

Zawsze przychodzi "nowe', które kiedyś stanie się, tym na co będę melancholijnie spoglądać oglądając się za siebie. I zawsze o tym zapominam.

Z kontaktów międzyludzkich na dziś :D

  • pani w banku, gdzie zmieniałam adres zameldowania
  • rozmowa telefoniczna z tatą dziecka - nie dał rady zajrzeć

 

Tagi: życie
22:44, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 13 października 2010
pierwszy krok :)

Dziecko, Wiertek, zrobiło dziś pierwszy krok. Od krzesła do mnie. O godzinie 15.50 :)

Stan strat na dziś:

  • zepsuty pilot od telewizora
  • ledwo działający telefon komórkowy
  • oprawki okularów do naprawy
  • naprawiony kran w łazience ("najlepiej to na 10-cio miesięczne dziecko zrzucić", hydraulik może żartobliwie, może nie)

Za to dziecko w jednym kawałku, bez blizn. Co dzień udowadnia, że zęby są na prawdę najtwardszą kością ciała - można wiele nimi rozgryźć.

Kontakty międzyludzkie dziś, nie licząc niemowlęcia:

  • pani w supermarkecie przy półkach z kawą - spytała się, czy piłam ten rodzaj kawy; nie piłam
  • kasjer w supermarkecie - powiedzieliśmy sobie "dzień doby" i "do widzenia"
wtorek, 12 października 2010
już starożytni Grecy...

Zazwyczaj wielkie dzieła, zaczynają się od "już starożytni Grecy i Rzymianie".

Ale to nie ma być nic wielkiego.

Ukradziona chwila, gdy dziecko wreszcie zasnęło, ale niekoniecznie powiedziało dziś ostatnie słowo. Trzeba więc się śpieszyć.

Moje życie przypomina aktualnie "Dzień Świstaka". 7.00-8.00 pobudka, bynajmniej nie moja, ale ciężko spać, gdy 8900 gram chodzi ci po twarzy, wydaje radosne dźwięki na widok twoich okularów, które można zgnieść. Posiłek, poranny program w tv, by otrzaskać się z polszczyzną na poziomie wyższym niż "tia dia". To nie blog matki sukcesu, więc dalej będzie o podczytywanej książce/gazecie na zmianę z zabawą z dzieckiem. Drzemka, czasem też moja, bo taka druga szansa zdarzy się może na emeryturze. Spacer, obiad, znowu coś w tv, dlaczego by nie serial. Kolejna drzemka, czasem też moja, jeśli poranną przegapiłam. Po popołudniowej drzemce moje dziecko budzi się w fazie "jęczydupowania". Płacz, bo nie mozna wyciągnąć książek z regału. Płacz, bo nie można wdrapać się na przewijak. Płacz, bo nie można ściągnąć rzeczy ze stołu. Płacz, bo cokolwiek, czego nie można. 19.30 kąpiel, kolacja i własna wizja dziecka na temat wyciszania, czyli skakanie po łóżku i płacz, bo nie można się wdrapać na przewijak. Kiedy w czasie skakania dziecku plączą się nogi i zaczyna się potykać, to znak, że można je przytulić, pośpiewać trochę Osieckiej i do 21.00 zazwyczaj zasypia.

Na internet, fora, maile czas jest po 21.00 gdy dziecko śpi, lub gdy drzemie w ciągu dnia. Włączenie komputera, gdy dziecko nie śpi, grozi waleniem dłońmi - nie moimi -w obudowę, żądaniem wzięcia na kolana i chęcią uderzania dłońmi - nie moimi - w klawiaturę.

To może nawet dobrze, że najczęściej nie potrafię zasnąć przed północą. Chyba, że nie drzemałam dwa razy w ciągu dnia :)

Tagi