To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
O naszych warsztatach z drugiej strony

Dostałam sygnały, że za bardzo marudzę w opisywaniu piątkowych warsztatów, a nie taka była moja intencja.

Daję więc link do wpisu na blogu mojej koleżanki ze stowarzyszenia, która prowadziła te warsztaty:

http://pisarskiecwiczenia.blog.onet.pl/Nasze-pierwsze-warsztaty,2,ID438549240,n

Na prawdę było ciekawie i inspirująco :)

sobota, 29 października 2011
Nasze pierwsze warsztaty pisarskie

Nasze, nasze :) Tyle z nimi miałam wspólnego, że jestem w stowarzyszeniu, które je organizuje i prowadzi :)

Cieszę się jednak, że wreszcie ruszyłyśmy do przodu i znowu coś robimy.

Dziewczyny fajnie przygotowały ćwiczenia, materiały do ćwiczeń, poprowadziły. Na prawdę masę fajnej pracy wykonały. Ja się do niczego ostatnio nie nadawałam, bo miałam sałatkę jarzynową zamiast mózgu.

Obawiałam się, że nikt się nie pojawi i będziemy siedziały we własnym gronie. A tu przybyło kilka osób, tak z 5-6, czyli całkiem fajna kameralna grupa. Oby tylko wrócili na kolejne spotkanie! Bo to by znaczyło, że im się podobało i warsztaty spełniają choć część ich oczekiwań.

A teraz kilka moich uwag i mam nadzieję, że dziewczyny nie utną mi głowy, za to, że piszę to na blogu, a nie najpierw na naszą listę mailingową (choć i tak nie da się tego pewnie uniknąć):

  • Brakowało części rozluźniającej przybyłych - nie wystarczy czasem samo powiedzenie imienia, można powiedzieć krótko coś o sobie, czym się człowiek zajmuje, czy pisze od dawna, czy po prostu teraz dopiero próbuje. Takie coś co wstępnie zintegruje grupę. A i dla prowadzącego, to czasem ważna informacja ;)
  • Jakie są oczekiwania przybyłych, albo ich brak - nie po to by je spełnić, bo raczej się nie da, ale choćby po to by wiedzieć jaki to typ osoby.
  • Czas pisania ćwiczenia - moim zdaniem trochę zbyt długi, większość grupy już kończyła, odłożyła ołówki, czekała, na tych, którzy pisali by nawet gdyby im dać czas do rana :)

Może za dużo nasiedziałam się na różnych warsztatach, gdzie tego typu rzeczy są praktykowane. Miałyśmy niecałe dwie godziny na to spotkanie, bo w Klubie zaczynało się inne wydarzenie i siłą rzeczy - albo integracja, albo więcej pisania.

Ja przybyłam na ćwiczenia z Wiertką, bo nie dało się inaczej. To nie był jednak początek tego wieczoru. Najpierw pojechałyśmy do żłobka na wspólne warsztaty plastyczne dla rodziców i dzieci. Robiliśmy "Ocean Przyjaźni". Mogłam olać, bo ten dzień spędzałyśmy w domu, ale uznałam, że fajnie jest razem we dwie przyłączyć się do jakiejś pracy. Zobaczyłam jak mści się na mnie moje unikanie prac manualnych, plastycznych. W domu też tego nie robimy, bo mała kompletnie nie chce się na tym skupić. Moja wyobraźnia zgrzytała i skrzypiała na zakrętach. Pomalowałyśmy flamastrami naszą ośmiornicę, gdzie Wiertka postawiła na dominujący kolor fioletowy. Widziałam, co robią inni rodzice i byłam pełna podziwu, oraz lekkiego wstydu, że ja tak nie potrafię. Ruszyłam trochę wyobraźnią i podoklejałam różne rzeczy, ponaklejałam plasteliną. Mimo to po pół godzinie kusiło mnie by dyskretnie spojrzeć na zegarek, a 10 minut później Wiertka zarzuciła karierę plastyczną i poszła się bawić samochodzikami.

Wreszcie dojechałyśmy na warsztaty pisarskie i moja córka pozytywnie mnie zaskoczyła. Zarzuciła wścieklicę i zajęła się rysowaniem ołówkiem na kartce, stole (widziałam, że dobrze się zmywa, więc może nas tam nie znienawidzą). Udało mi się napisać kilka zdań fajnego tekstu w ramach ćwiczenia. Po godzinie dziecko zrobiło się bardziej ruchliwe i sama widziałam, że jak dla niej, to tego wieczoru zbyt dużo. By nie przeszkadzać dalej innym, pojechałyśmy do domu.

Reszta dalej pracowała :)

Ten wieczorny płacz Wiertka, to jednak chyba nie przez Opiekunkę. Trwa już któryś z kolei wieczór. Mała zasypia o 20.00,  a tak od 20.30 do północy czasem, są wybudzenia ze strasznym płaczem. Nie daje się wtedy dotknąć, kopie nogami, odpycha mnie,  mówi "nie nie nie", by po 5-10 minutach jednak się przytulić i zasnąć. Może to jakieś koszmary senne, albo bolą ją rosnące szybko kości nóg (bo dotyka swoich nóg)? Czy jeśli te kości pobolewają tak dużo starsze dzieci, to dwulatki też to dotyka?

środa, 26 października 2011
Litościwa matka

Wczoraj, gdy wypisywałam wniosek u urlop (już poczułam się 50% zdrowsza), pomyślałam, że pchnę Wiertkę do żłobka na te trzy dni. Rozmarzyłam się - sama w domu, wylegująca się w łóżku, pisząca zaległe rzeczy, itp. Tak bardzo kuszące, że dałam wygrać egocentryzmowi.

A potem nie miałam serca. Mała jeszcze trochę kaszle, leci jej jeszcze z nosa. W dodatku część nocy przepłakała, nie wiem z jakiego powodu (może Opiekunka ją maltretowała?).

Skończyło się na tym, że kurujemy się w domu obie.

Tagi: córka
12:31, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 października 2011
Jak bardzo trzeba być chorym?

Jednak w weekend nie wygrzebałam się z gówna, które sprzedało mi dziecko, które to kupiło je w żłobku. Ciągle mam ataki kaszlu, które sprawiają, że współpracownicy traktują mnie jak chodzącą broń biologiczną. Zaczęli mi sugerować, żebym wzięła zwolnienie i wyleczyła się w domu.

Ok. Poszłam do szefa ustalić jakoś plan działania, bo nie jestem typem "pracownika miesiąca", który przesyła pocztą zwolnienie lekarskie i zostawia robotę rozgrzebaną. W gabinecie usłyszałam, że nie jestem wystarczająco chora, mogę przecież być w biurze, on też źle się czuje - jest przeziębiony i ma kaca

Dygresja - zaskoczyło mnie, że tak się przede mną otworzył, ale prawdopodobnie pomyliły mu się słowa i chodziło o to, że "ma katar"

- pracownik, który ciągle choruje nie jest potrzebny firmie. Od marca, odkąd tam pracuję brałam tylko raz tydzień zwolnienia lekarskiego, ale dodatkowo kilka pojedynczych gdy dziecko chorowało. Pewnie uzbierało się tego do kupy trochę i przesunęło mnie do grupy pracowników ryzykownych.

No dobra, trzymam się na nogach, ja mogę z tym kaszlem siedzieć w biurze i robić swoje, ale inni współpracownicy mają o to do mnie pretensje. On w takim razie z nimi porozmawia. Jeszcze tylko tego mi brakowało. Znalazłam się pomiędzy młotem, a kowadłem. Co nie zrobię i tak ktoś utnie mi głowę.

Coś we mnie pękło i rozpłakałam się. Od dzieciństwa wszelkie emocje wypłukiwałam płaczem, co doprowadzało do wkurwu moją matkę. Męczący typ dziecka. Zazwyczaj potrafię zacisnąć zęby, wepchnąć te łzy do środka i upakować na potem. Zazwyczaj potem nie nadchodzi i łzy sobie siedzą w środku zmienione już w sopelki. Ale w okresach obniżonej odporności na cokolwiek, zazwyczaj łzy po prostu się leją.

Wstyd przeogromny, ale pociekły akurat w gabinecie szefa. Szef przeprosił, zrobiło mu się głupio, wytłumaczył, że ciągle się boi, że ktoś go oszuka, wykorzysta. Stanęło na tym, że wezmę kilka dni urlopu.

Tak oto dostaję rykoszetem za pracownice w typie mojej koleżanki, która bierze w lato trzy tygodnie urlopu, a potem dosyła jeszcze dwa tygodnie lewego zwolnienia lekarskiego, bo nie chce nikomu płacić za opiekę nad dziećmi do końca wakacji. Budżetówka, więc jedyni z pretensjami to petenci. A potem mnie się pyta zdziwiona dlaczego ja tak po prostu nie biorę lewych zwolnień na dzieci kiedy tylko chcę.

Staram się pracować dobrze (co akurat szef zauważa), żeby fakt posiadania chorującego często dziecka nie obniżał mojej wydolności w firmie. Ale wydolność zaraz zamieni się w wydalność. Zaczynam czuć się jak chomik na karuzeli.

Miałam zamiar wziąć pracę do domu i porobić kilka rzeczy, ale skoro to ma być urlop, to ograniczę się do zamknięcia najbliższego projektu i odbierania maili.

Tydzień temu nawrzeszczałam na żłobkową pielęgniarkę, teraz popłakałam się przed szefem. Znowu zaczynam nie radzić sobie ze swoimi emocjami. Oby to tylko było zmęczenie, a nie kolejny nawrót depresji.

Tak bym chciała uciec do jakiegoś motelu, wynająć pokój na 2-3 dni, zaszyć się w łóżku i nie wychodzić z tego pokoju.

Tagi: choroba praca
15:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 października 2011
Żłobkowe infekcje - II sezon w pełni

8 dni w żłobku po zapaleniu oskrzeli i Wiertka wróciła do domu z silnym kaszlem. Miałam jeszcze nadzieję, że na piątek upchnę ją w żłobku, ale w nocy miała takie ataki kaszlu, że ciężko mi było spać. Tyle, że gorączki nie miała.

Zawiozłam rano dziecko do żłobka, obiecałam, że wrócę jeszcze przed jej drzemką i pojechałam do pracy. Liczyłam na to, że szef pamięta o ostatnim swoim geście, czyli pozwoleniu na jeden dzień pracy w tygodniu, w domu.

- Cześć X (w pracy ludzie są na ty, bo szef z jest z kraju "Wiecznego I'm Fine"), chciałam dziś poprosić o dzień pracy w domu. Wiem, że tak w ostatniej chwili.

- Córka?

Od razu domyślił się, że powód może być tylko jeden - dziecko chore. Zdążyłam przed drzemką.

Odkładałam ile się dało, ale nos mnie nie mylił - dzień wcześniej wywaliłam kasę na portalu dla niań, założyłam profil, zasypało mnie ofertami i w wigilię choroby Wiertki miałam już pierwsze kontakty. Tak jak podejrzewałam, część pań odpowiada na ogłoszenie o opiekę dorywczą, ale wolałoby żeby to było dorywczo, ale dzień w dzień. Inna - przemiła studentka - dwa tygodnie ma zajęcia na uczelni, dwa tygodnie wolnego i właśnie teraz będzie miała zajęcia. Odpada.

Nie czuję się dobrą matką, bo wiem, że powinnam zaprosić wszystkie panie do siebie na rozmowę, zadać im szereg pytań ściągniętych z internetu (które one także sobie ściągnęły i opracowały), a następnie wybrać tę najlepszą, przy której moja intuicja pika, a dziecko się śmieje. To nie kwestia, że szkoda mi czasu, ale mi... byłoby głupio odrzucać. Rozmawiam z kimś, zabieram mu część dnia, a potem "dziękuję, oddzwonię". W dodatku oszalałabym nie mogąc się zdecydować pomiędzy kilkoma miłymi paniami, bo z moim "pollyanizmem" pewnie każda wydałaby mi się miła. Zapewne, gdybym szukała kogoś na stałe, to przyłożyłabym się do castingu.

Wydrukowałam wszystkie oferty. Rzuciła mi się w oczy taka z kilkoma zdaniami opisu (zamiast 3-4 wyrazów + nr telefonu), a numer telefoniczny sugerował, że to dość bliska dzielnica. Porozmawiałam z panią chwilę, zaprosiłam na sobotnie południe. Pogadałyśmy sobie, sprawia miłe wrażenie - ale od kiedy to oszuści finansowi, inteligentni złodzieje sprawiają kiepskie wrażenie? Nie wiem, jak bardzo niekompetentne wrażenie musiała sprawiać osoba, by wzbudzić mój niepokój :( Na wszelki wypadek spisałam numer dowodu osobistego i Pesel pani. Z tego wszystkiego zapomniałam o spisaniu adresu zameldowania :) Umówiłyśmy się wstępnie na poniedziałek i wtorek. Mam nadzieję, że Wiertka się wychoruje do tego czasu.

Innym osobom odpisałam dziękując za ofertę, obiecując, że będę o nich na przyszłość pamiętać, bo praca dorywcza jak sama nazwa wskazuje jest dorywcza. Brzmi jak standardowa formułka po nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej, ale nie jest takie do końca odrzucające. Opiekunka w tym tygodniu ma czas dla nas, ale za tydzień-dwa może znaleźć coś na stałe, bo z rozmowy wynikało, że dotąd zajmowała się dziećmi na pół etatu. Pewnie przy kolejnej infekcji będę musiała znowu kogoś szukać.

Miałam intuicję, ale do tego, żeby nie umawiać kilku kandydatek na sobotę. Po wyjściu Opiekunki, z Wiertkiem rzuciłyśmy się pod koc spać. Obudziłam się po dwóch godzinach ze szczękającymi zębami. Mała spała jeszcze pół godziny, ale nie miałam siły wygrzebać się spod koca. Potem też szło mi z trudem - trzęsło mną, żołądek podchodził do gardła, nie miałam sił. Dziecko za to było żywotne jak zawsze. Zadzwoniłam do byłego z prośbą, czy nie mógłby przyjechać i posiedzieć z dzieckiem, a ja bym położyła się z powrotem. Dostałam mądrą radę bym wzięła sobie Gripex, ewentualnie poszła po niego do apteki, co w narzeczu plemion indiańskich oznacza "odkąd nie ma szansy na seks, radź sobie sama".

Napiłam się wywaru z kwiatu lipy, który wykopał mnie w inne rejony świadomości - zrobiło mi się duszno i gorąco. Tak oto więc, zupełnie nie chcący, zobaczyłam, że moje dziecko potrafi bawić się samo. Siedziałam na rogu łóżka albo pod ścianą, przyglądałam się co robi dziecko, ale nie za bardzo mnie to obchodziło. Potem odczułam potrzebę wyparzenia się w gorącej wodzie, a dziecko asystowało mi stojąc obok wanny. Zasnęłyśmy obie dość wcześnie, ale przez całą noc nadal było mi gorąco i duszno, budziłam się co chwila, miałam dziwne sny (ale bez synestezji, więc miałam mniej niż 40 stopni gorączki).

Pomogło, bo w niedzielę czułam się już ok. Dopadł mnie kaszel, ale mogłam umyć okna, zawiesić świeże firanki i zasłonki.

Wiertka kaszle mniej, za to katar infekcyjny ma taki, że mogłybyśmy zarabiać jako dystrybutor kleju.

A naiwnie sądziłam, że w drugim roku szkolnym mojego dziecka nie będę znowu sponsorować przemysłu farmaceutycznego. Tyle, że rzeczywiście z infekcji na infekcję są one jakby słabsze.

Tagi: córka
16:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 października 2011
Zasoby i osoby, czyli jak mieszkać, gdy nie ma gdzie i za co

Jednak wyszłam wczoraj z domu. Wieczorem mój poziom energii życiowej podskoczył na skali. Normalne u mnie.

W ramach Festiwalu "Miasto w budowie" (można się domyśleć jakie, ale konsekwentnie nazw miast i bliskich osób precyzować tu nie chcę) byłam na panelu dyskusyjnym "Jak mieszkać? Mieszkania czy osiedla kontenerów?".

Obecni jako eksperci i mądre głowy byli - Katarzyna Łęgiewicz z zarządu mojej dzielnicy, Adam Grzegrzółka z zarządu dzielnicy sąsiedniej (obie w zasobach mieszkaniowych mają więcej budynków komunalnych niż deweloperskich, spółdzielczych), Radosław Barek, architekt, Marek Bryx były prezes Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast, Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, oraz Piotr Styczeń z Ministerstwa Infrastruktury.

Dużo mądrych głów, dużo okrągłych zdań, pięknych frazesów. Powtarzały się dwa ważne hasła - "uelastycznienie najmu": dziś mieszkanie komunalne, to wieczna "własność" rodziny, która je dostała, dziedziczone z pokolenia na pokolenie bez względu na sytuację finansową ludzi i dochodzi do sytuacji kuriozalnych (opowieść Grzegrzółki o prezesie spółki notowanej na giełdzie, który zajmuje mieszkanie komunalne, czy o rodzinach które mają domy pod miastem). Takie umowy powinny być, co jakiś czas, renegocjowane. "Wynajem nie jest straszny" - doprowadzić do sytuacji, gdy rodzina na każdym poziomie stopy życiowej może wynająć mieszkanie, czy od gminy, czy na rynku prywatnym (domy czynszowe). "Bezpieczeństwo" - ludzie mają potrzebę wykupywanie mieszkań komunalnych, mają potrzebę własności, bycia na swoim. Nie znam statystyk, ale podobno w innych krajach europejskich mieszkania na wynajem to 80% rynku. To Polacy mają silną potrzebę posiadania.

Ciszewski zwracał uwagę na wyśrubowane limity powyżej których nie można już dostać mieszkania komunalnego, oddawania kamiennic spadkobiercom byłych właścicieli.

Spotkanie miało być o pięknych frazesach i postulatach, więc nie dyskutowano o tym, że ceny mieszkań na wynajem są wyśrubowane, niepewność mieszkania w nich na dłużej, a w końcu - nikt nie buduje domów czynszowych dla klasy średniej. Inną sprawą jest, że dziś wystarczy ledwo dotknąć czubkami palców dłoni, stojąc na wyciągniętych palcach stóp - ledwo dotknąć średniego wynagrodzenia by stać się klasą średnią, zbyt bogatą na mieszkania komunalne, zbyt dobrze żyjącą na wszelką pomoc.

Przeglądam czasem w necie dyskusje na ten temat i różne grupy ludzi, różne podejścia do tego tematu:

  • podejście promowane przez prof. Bryxa - po co posiadać mieszkanie na własność, wynajem jest dobry, daje wolność, mobilność, co najważniejsze wolność od obciążeń kredytem, wahań kursów walut (dziś stać cię na 30 letni kredyt, za 10 lat niekoniecznie lub będziesz tkwić w toksycznej pracy tylko dla zarobków, które umożliwiają spłatę kredytu); kwestia zdobycia dachu nad głową, to wyłączne zmartwienie człowieka
  • własne mieszkanie to wolność - wolność od kaprysów najemców, windowanych stawek, bo wynajmowane mieszkanie musi się zamortyzować, rata kredytu tylko trochę przewyższa koszt najmu; tu też kwestia wynajmu mieszkania, to wyłącznie zmartwienie człowieka
  • państwo powinno zapewnić mieszkanie słabiej zarabiającym obywatelom; mieszkanie to zmartwienie całego społeczeństwa, które na mocy umowy społecznej uznało, że będzie wspomagać jednostki, którym wiedzie się gorzej (nigdy nie wiesz, czy jutro to nie będziesz ty).

Widzę, że dwie pierwsze grupy ostro krytykują przywileje mieszkaniowe udzielane tej trzeciej. Dlaczego tylko niektórzy są obarczeni ciężarem finansowym? Z drugiej strony, zawsze będą zawody opłacane stawkami, za które nie uda się opłacić dachu nad głową. Nie da się żyć w społeczeństwie złożonym ze specjalistów IT, menadżerów, pijarowców. Ktoś musi sprzątać nam biura i mieszkania, obsługiwać w sklepie, punktach usługowych, uczyć nasze dzieci, itd.

Ja należałam do pierwszej grupy, po części z wyboru, po części z konieczności - moje zarobki nigdy nie pozwolą mi na kupno mieszkania, choć nie jestem biedna. Miałam to szczęście w życiu, że na dom ciężko pracowali - także własnymi rękoma - moi rodzice i dzięki temu ja teraz mam własne mieszkanie, bez kredytu. Za to czuję się zobowiązana pomóc kiedyś mojej córce. Tylko jak?

Tak oto dotarłam do tematu Wiertki, która rano jeszcze delikatnie pokasływała, za to wieczorem i w nocy miała już silne ataki suchego kaszlu. Zostawiłam ją w żłobku obiecując, że odbiorę jeszcze przed drzemką i zbieram się teraz do rozmowy z szefem, który zgodził się niedawno byśmy jeden dzień w tygodniu mogli pracować w domu.

czwartek, 20 października 2011
Stowarzyszenie moje, a w nim

Wczoraj miałyśmy spotkanie naszego kółka pisarskiego. Były czasy, gdy zbierałyśmy się co tydzień i ambitnie pisałyśmy teksty. Dyscyplina była :) Potem częstotliwość spadła do co dwa tygodnie i spotkania częściej stały się współczesną formą "darcia pierza", czyli kobiecymi pogaduchami o związkach, rodzinach, życiu, "miłości i przemijaniu". Przy winie, nalewkach własnej roboty. Też pięknie. Taka fajniejsza wersja "Baby są jakieś inne" ;)

Tym razem nie udało się pisać, ale udało się ustalić kilka rzeczy związanych z najbliższym projektem, który - jak się odbędzie - zostanie tu zapewne opisany :)

A o spotkaniu wspomniałam na blogu, bo one go podczytują i wypadałoby czasem też je tu uhonorować :)

Wczoraj byłam w biegu - z pracy, do żłobka, do przychodni (karteczka od pediatry, że dziecko może z wysypką chodzić do żłobka), szybkie przekazanie dziecka ojcu w gabinecie i na spotkanie stowarzyszenia. W domu byłam przed 23.00, prysznic, zęby i do łóżka.

W nocy dziecko zerwało mnie o 2.00 i jęczało do 4.00. Chyba znowu ząb wybija się na niepodległość. Niestety, znowu cierpliwości mi nie starczyło - czułam się taka zmęczona i niewyspana. Widziałam jak noc umyka i topnieje kupka czasu do przespania.

Rano ledwo dobudziłam się ja, ledwo dobudziłam dziecko. W pracy wypiłam do 13.00 cztery kawy, podrzemałam przed laptopem i nikt z pokoju, z innych współpracowników litościwie nie zwrócił mi uwagi. Dopiero po 13.00 zaczęła mi wracać energia życiowa i odpuściła lekko implozja twórcza.

Waham się, czy gdy dziś eks przyjdzie do dziecka iść w miasto na zaplanowaną rzecz, czy zamknąć się w mniejszym pokoju i iść spać.

środa, 19 października 2011
Mama usiądzie, mama zrobi

Zacznę od upupiania w niektórych instytucjach, np. w przychodniach. Tam słyszę jak do mnie mówią w stylu "Mama usiądzie, mama przytrzyma dziecko". Czyli Ono zrobi tak i tak, Ono się słucha, bo my wiemy lepiej. Ja tak to odbieram.

Czasami czuję, jakby z racji urodzenia dziecka, dla niektórych sama staję się "dzieckiem", którego należy pouczać, ustawiać.

Takie samo mam wrażenie, kiedy odbieram telefony ze żłobka i wczoraj dostało się pani pielęgniarce.

Poprzedniego dnia Wiertka odbierał jej tata ze żłobka i nie zauważył, że panie zostawiły w szafce brudną pidżamkę. Często to się zdarza, on nie wie, w czym dziecko przyszło rano, nie zawsze potrafi dobrze ocenić szafkę, czy czegoś nie trzeba zabrać. Taka karma rodziców mieszkających oddzielnie. Zobaczyłam pidżamkę rano, przeprosiłam panią opiekunkę, wytłumaczyłam sytuację, poprosiłam, żeby Mała jeszcze jeden dzień w tym drzemała. Nie było problemów.

Odbieram w środku dnia telefon ze żłobka, od pielęgniarki. Sprawa wysypki u Wiertka, no ok. I teraz rzecz krępująca - dziecko przychodzi do żłobka w brudnych ubraniach, ma brudne pidżamki. Tłumaczę poranną rozmowę i słyszę, że ona to od opiekunek usłyszała (to zawsze opiekunki, nigdy ona). A jednocześnie szlag mnie trafia, że opiekunka nie przekazała mojej prośby, wyszłam na niechlujną matkę. To nie był pierwszy taki telefon, że zdarza mi się coś raz i słyszę, że notorycznie (to zawsze opiekunki mówią, nie ona). I zaczęłam krzyczeć do słuchawki - to wszystko co napisałam powyżej.

Rozmowa była tuż przed zebraniem całego biura i słyszeli ją chyba wszyscy idący do sali redakcyjnej. Łącznie z moim szefem.

Skończyłam rozmowę, odbębniłam zebranie niewiele z niego pamiętając, poszłam zapalić papierosa, zadzwoniłam i przeprosiłam pielęgniarkę za moje zachowanie. A po powrocie czekał na mnie szef, który poprosił mnie do siebie na rozmowę, na której wysunął postulat, bym podobne rozmowy przeprowadzała na zewnątrz firmy lub w piwnicy. Zależy mu na dobrej atmosferze w biurze. Przeprosiłam i wytłumaczyłam w czym rzecz, jednocześnie wyjaśniając mu co to jest "żłobek", bo jest obcokrajowcem (jak jest "żłobek" po angielsku???). Nie wiedziałam nawet, że on nie wie, czym jest żłobek.

Dopiero potem usłyszałam od współpracowników, że miał przestraszoną minę przysłuchując się moim wrzaskom. Przez ostanie pół roku byłam w pracy niczym cholerna lilia na tafli jeziora i poznano mnie dopiero od tej strony.

Przez resztę dnia byłam jednak wypompowana. Miałam poczucie winy, że tak się zachowałam. Może ja po prostu źle odbieram komunikaty tej kobiety, która kwantyfikatorów ogólnych używa do opisania jednostkowego przypadku? Może to tylko ja te kwantyfikatory słyszę? Na pewno odbieram to jako krytykę mnie jako matki, a wszelką krytykę zawsze odbieram z bólem.

Czuję się jakby spotkała mnie porażka, bo nie potrafiłam zdobyć się na spokojne wytłumaczenie. Zawsze tak się czuję, po tym jak nawrzeszczę na kogoś. Kulturalni ludzie tak nie robią.

A po popołudniu rozdrażnienie mnie nie opuszczało. Jednocześnie robiłam obiad, szukałam maści na wysypkę i uspokajałam dziecko wyjące, uczepione moich nóg. Wiertek ciągle ma fazę małpki wczepionej w klatkę piersiową, albo plecy matki, a ja nie jestem z "chustujących".

Jesień, idzie jesień. Spada zmęczenie, irytacja, smutek, zniechęcenie.

Tagi: córka praca
09:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 października 2011
Czy muzułmanka może być modna?

Tata Wiertka zjechał do miasta, zajął się dzieckiem, a matka, czyli ja poszła w miasto (co zamierzam kontynuować ile się da).

Dotarłam, choć spóźniona, na wykład Kawiarni Naukowej, która w tym miesiącu miała dość kontrowersyjny temat: "Muzułmanka: modna i religijna?". Prowadziła go Katarzyna Górak-Sosnowska. Z jednej strony było to intrygujące, bo bo krótkim przeglądzie ubrań dla "świata zewnętrznego", czyli burek, nikabów, hidżabów, czadorów (chętne/i mogli przymierzyć), można było zobaczyć ubrania i bieliznę jakie noszą muzułmańskie kobiety w "świecie domowym" (dla męża, rodziny, przyjaciół). Czyli pełen wypas odzieżowy - kuse sukienki, wycięte bluzki, stringi, niekiedy bardzo frywolne. Odwrotnie niż w naszej kulturze, gdzie przed wyjściem z domu kobieta robi się na bóstwo, by w czterech ścianach snuje się w stroju bardzo, bardzo casual (w formie najbardziej skrajnej, to wyciągnięty podkoszulek i spodnie od dresu).

Na sali były kobiety muzułmanki, które opowiadały potem o zwyczajach i życiu, starając się bronić swojej kultury i jej praw.

Być może jest to kultura opresyjna, zmuszająca lub skłaniająca mocno kobiety do noszenia określonych ubrań. Zastanowiłam się jednak, czy ja aby na pewno żyję w takim cudownym świecie? W świecie bez ścisłym norm kulturowych? Czy można wyobrazić sobie kobietę Zachodu, która w upalne lato wyjdzie z domu w krótkiej spódnicy, topie na ramiączkach i... nie ogolonych nogach i pachach. Nie golonych, nie od kilku dni, tygodni, ale miesięcy, tak by zaprezentować dorodny busz. Nie ma żadnych nakazów, norm prawnym, policji higienicznej, a mimo to chyba 100% kobiet raczej weźmie dzień wolny i zamknie się w domu, niż tak pokaże.

A dziś rano jadąc do pracy czytałam ostatnią "Panią" i krótki komiks z Magdą Cielecką w roli głównej, gdzie ona też mądrze zwracała uwagę, na terror depilacji, który nas opanowuje - prawdziwie bliski, intymny, fajny związek jest dopiero z facetem, przy którym można być niewydepilowaną. Tylko jak bardzo nie wydepilowaną :D

Na koniec, dla mnie najfajniejszy punkt tamtego wieczoru - prezentacja dwóch reklam. Jak zareklamować szampon, gdy nie można pokazać włosów modelki? Jak zareklamować Viagrę, nie odnosząc się bezpośrednio do seksu pomiędzy mężczyzną i kobietą? Co za wyzwanie dla agencji reklamowej.

W pierwszym przypadku mamy krótką historię, kręconą urywanymi scenkami zbliżania się do siebie młodej dziewczyny i chłopaka (wiemy, z pierwszej scenki że ona ma umyte, świeże, pachnące włosy pod hidżabem). W drugiej widzimy męskie dłonie próbujące wbić słomkę w przykrywkę na kubku (takim w jakim podaje się napoje w fast-foodach), a słomka gnie się, wygina. Wreszcie w kolejnej scenie dłonie wbijają twardą słomkę bez kłopotu ;) I scena ostatnia w reklamie - panorama wielu kubków ze słomkami w środku :D

poniedziałek, 17 października 2011
Po warsztatach Dojrzewalni

Udało mi się wyrwać na dwa spotkania. Rezerwując warsztaty i płacąc za nie zdawałam sobie sprawę, że w ten weekend byłego nie będzie, nie mogę bez przerwy prosić go o zajmowanie się dzieckiem. Postanowiłam, że jakoś sobie poradzę - w sobotę przyszła moja ciocia, a w niedzielę Opiekunek z lipca.

Krótka dygresja - przed przyjściem ciotki wypucowałam mieszkanie, ogarnęłam jak się tylko dało w sobotni poranek, bo to pedantka, a jej mieszkanie wygląda jak z programu "Perfekcyjna Pani Domu". Wracam wieczorem, miła rozmowa i co mi się rzuca w oczy? Wysprzątała mi kuchnię i pokój Wiertka. Nie powiem, lepiej to teraz wygląda, o wiele lepiej, wiem, że sprzątać nie potrafię i boleję nad tym faktem. Jednak dziwnie się czuję - to miał być wyraz troski, czy sugestia?

Wracając do warsztatów, oba były poświęcone metodzie Porozumienia Bez Przemocy Marshalla Rosenberga - jeden w kontaktach z dzieckiem, drugi w relacjach matka-córka.

Dygresja kolejna - podchodziłam do tego z dystansem, bo ostatnio wszystkie rzeczy typu Rodzicielstwo Bliskości, Hustowanie, itp wydają mi się modnymi nowinkami, snobizmami. Tak samo z Nonviolent Communication - bądźmy dobrzy, głaszczmy się i świat jest taki słodki. Mam czasem wrażenie, że można wymyśleć dowolną rzecz, opakować ją w historie jak to działało w plemionach afrykańskich/indiańskich/eskimoskich i młode matki łykną to jak gołębie ryż nowożeńców. Co nie znaczy, że nie stosuję czasem, którejś z tych rzeczy, nie ma tam pomysłów, które można wprowadzić w życie.

Tak jest z PBP, które mi pokazało, że za każdym "Nie" kryje się jakieś "Tak" dla pewnej idei, z którą "Nie" stoi w sprzeczności. Pierwszy z brzegu przykład - "Nie ubiorę się po kąpieli i będę biegać nago" - "Tak fajnie i zabawnie jest być swobodnym". W relacji z dzieckiem ważne jest by pytaniem skłonić je do odpowiedzenia "Tak", czyli ustalenia i pokazania mu, że wiem czego pragnie, uszanowania jego potrzeb. Dalej jest "język potrzeb" i "język dziękuję". Nie będę się rozpisywać, bo drobne notatki zrobiłam, a kto jest zaciekawiony to sobie teraz wygugluje ;) Będzie inny wpis, o tym czy na moje dziecko to działa :D

Zajęcia o relacji matka-córka wybebeszyły mnie emocjonalnie i prawie się na nich popłakałam. Zaczęłam też rozpatrywać tematy poboczne jak potrzeba bliskości, deficyty, które wyniosłam z dzieciństwa.

Dygresja ostatnia - ludzie się dziwią (nie ci zainteresowani Rodzicielstwem Bliskości) jak mogę tak folgować mojemu dziecku w wspólnym spaniu, przytulaniu się do mnie, absorbowaniu mojego czasu. Ja jednak nie chciałabym by ona tak jak ja miała w młodości tak ogromne dziury emocjonalne i niedosyt, a co za tym idzie kłopoty z bliskością w relacjach. A co za tym idzie, niefortunne wybieranie partnerów. Jest też inna bolesna sprawa - nie kochałam mojej matki i w dzieciństwie miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Ciągle się boję, że Wiertek mnie nie kocha, albo nie pokocha, albo przestanie kochać. Ale to długi temat chyba.

Tak oto zakrętem z dygresji wróciłam do zarzuconego na chwilę akapitu. W moich rozmyślaniach po warsztatowych dotarłam do punktu, w którym doszłam do wniosku - być może oczywistego - że mając kłopoty z bliskością, nazywaną przez mnie potrzebą wolności i niezależności, podświadomie wybrałam na partnera osobę, która też ma problemy z bliskością. I tak żyliśmy sobie oddzielnie, każde swoim życiem, w swoim świecie, aż podryfowaliśmy w przeciwnych kierunkach, a ja z roku na rok czułam się w tej relacji coraz bardziej nieszczęśliwa. Nieszczęśliwa, bo chciałam stworzyć protezę bliskości poprzez wspólne dziecko.

A dlaczego moje myśli podryfowały w stronę byłego związku? Bo w jego trakcie padło mnóstwo słów i zdań, z obu stron, które PBP nazwałoby "przemocą". I które ja akurat właśnie jako formę ranienia mnie odbierałam.

Na tym poprzestanę, bo były czasem podczytuje mi bloga.

 
1 , 2
Tagi