To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 30 października 2012
Sałatka macierzyńsko-pracownicza

Będę chyba jedyną osobą w necie, która napisze coś miłego o czasie zimowym :D

Optymalny czas autopobudki Wiertki wg czasu letniego, to akurat moment, gdy trzeba się budzić do przedszkola według czasu zimowego. Na razie nie ma płaczu, marudzenia, wtulania, tylko uśmiech i pogoda na twarzy. Do tego dziś mogłam jechać do pracy na 9.00, więc obie wstałyśmy z wolna z łóżka, nie śpiesząc się. Zjadłyśmy śniadanie, śniadanie rzecz obcą żołądkowi mojego dziecka o 6:30 czasu letniego. Było niemal sielankowo. Gdy jadę do pracy na 8:00, jest jakoś pośpiesznie, nerwowo, z naciskiem.

Od pewnego czasu, zastanawiam się nad wywieszeniem, w okolicach przedszkola lub naszego bloku, ogłoszenia, że poszukuję osoby, która by odbierała dziecko o 16.00 i zajmowała się nim (wolę gdy w domu tej osoby) do godziny 18.00. Wtedy miałybyśmy spokojny poranek, Wiertka trafiłaby na salę o 8:00, ja pracę zaczynałabym o 9.00. Tylko jak tu znaleźć osobę wystarczająco zaufaną, która ma tyle wolnego czasu i chce jej się poświęcać co dzień dwie godziny? Już z jedną sąsiadką odbierającą dziecko miałyśmy przecież kontakt... Plus dodatkowe koszta.

W dodatku, w zeszłym tygodniu miałam starcie z nauczycielkami z grupy małej. Jak każda matka-karierowiczka - takie określenie przeczytałam kiedyś, autorstwa forumowej znajomej, o matce, która przyprowadza dziecko z glutem do placówki. Moja wina zapewne. Po dwóch latach treningu w żłobku, znieczuliłam się, chociażby optycznie, na wycieki z nosa mojego dziecka, bo pomiędzy październikiem a kwietniem coś tam zawsze jej zwisa. Zanim dotrze do domu nos jest suchy, w weekendy też. Prawda, że w środę odebrałam Wiertkę rozpaloną, płaczliwą, umęczoną. W czwartek zostałyśmy w domu, w ramach wolnego dnia opieki nad dzieckiem. Wiem, że w piątek też powinnam była jeszcze ją zostawić. Tylko nikt z rodziny nie miał tego dnia czasu. Po jednym dniu spędzonym w domu, Wiertka miała suchy nos. Zdaję sobie sprawę z tego, że to za mało, że powinna była jeszcze odpocząć.

I w ten piątek panie nauczycielki napadły na mnie. Bo dziecko ma infekcyjny katar, bo grupa się posypała od chorób. Spytałam się spokojnie, czy mam ją teraz zabrać do lekarza? Gdyby potwierdziły, to bym nie dyskutowała. Nie pociągnęły tematu. A ja miałam straszne poczucie winy.

Bo moje karierowiczostwo wygląda tak - w grudniu szef zamyka tę część firmy, dla której pracuje. Jeszcze mnie trzyma, bo liczy, że po przetasowaniach kadrowych znajdzie dla mnie miejsce. Robię też jakieś rzeczy redakcyjne związane z konkursem. Paradoksalnie pracy zazwyczaj nie jest dużo. Powiedziałabym, że po spięciu się, na 2-3 godziny dnia pracy. Nauczyłam się to umiejętnie rozciągać. Pewnie mogłabym wziąć co chwila dzień wolny w domu. Tylko, że mój szef ogarnięty jest obsesją, że płaci mi grubą forsę (tuż pod średnią krajową), za moje siedzenie bezczynnie. Prawie co dzień robię mu sprawozdanie jak użytecznie, dla dobra firmy, spędziłam czas w biurze. Brzmi to zabawnie, ale jest stresujące. I nie jestem jedyną osobą, która to zauważyła. Wzięcie zwolnienia lekarskiego na dziecko (zwolnienie lekarskie? na dziecko? dziki kraj, ta Polska), po którym życie firmy nie runie, jest dla niego przyczynkiem do pomyślenia, że może by tak jednak mnie zwolnić. Nie wykluczone, że na prawdę zrobi to po nowym roku, bo nie okażę się czampionem przynoszącym wystarczająco wysoka kasę. Może kiedyś wejdę w szczegóły.

W każdym razie, na piątek, 2-go wzięłam urlop, jutro zostaje z Wiertką moja kuzynka. Przeciągnęłam ją przez przedszkolę jeszcze wczoraj i dziś. Z uśmiechem i spokojem na twarzy stawiłam czoło paniom nauczycielkom, choć w pewnej chwili czułam się jak gospodyni tuż przed rzuceniem ziarna kurom, ten moment gdy wiesz, że te kury zaraz ruszą pędem. W domu Wiertka nos ma suchy. Ma suchy nos. Suchy nos. Albo tradycyjny, przezroczysty glutek. Czuję się czasem bezsilna. Ja paniom nauczycielko wierzę. W domu nie ma innych dzieci, z ich bakteriami i wirusami, są zakręcone kaloryfery i często wietrzone pokoje.

13:58, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 28 października 2012
Chumor

Anegdotka tytułem wstępu :)

Lata temu, przeglądając zapiski w dziennikach, zauważyłam ze zgrozą, że nagminnie zamiast humor piszę chumor. Miałam werterowską duszę (choć dziś się chyba określa to jako emo), więc słowo to padało często. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem z kolegą, wiecznym optymistą, na co ten zakrzyknął:

- Tak, nie wiesz jak pisze się "humor", ale doskonale wiesz jak napisać "śmierć", "rozpacz", "krew"!

:D

Bo teraz wyznam, coś co widać czasem i co zaskakuje moją koleżankę, czytelniczkę bloga - tak, zdarzają mi się błędy :) Ortograficzne rzadziej, bo w tym byłam prymuską w podstawówce. Do stylistycznych przyznaję się. Interpunkcja... Patrząc na starsze zapiski zastanawiam się, co takiego strasznego zrobiły mi przecinki, że wydałam im wojnę? Gorzej, przeglądając wpisy na blogu, widzę, że nadal nie darzę ich zbytnim szacunkiem. Zdaję sobie sprawę, że mam swoją manierę pisania, lubię pewne słowa, zwroty. Nie wiem do końca, czy są ok, ale są moje.

Każdemu zdarzają się błędy w tekście. Większe lub mniejsze. Tylko, że z nimi jest jak z bąkami - własnych nie czuć, a jeśli nawet to jakoś tak fajniej ;) Koleżanka uświadomiła mi, że nagminnie popełniam pewien błąd, a do mnie dopiero to dotarło bo byłam przekonana, że wyraz ten piszę poprawnie. Znałam poprawną formę, myślałam, że bez błędu piszę, nie pisałam.

Nie robię edycji tekstu na blogu, sprawdzam przed wysłaniem, czy z grubsza wszystko ok. I tyle. Jak robią to na prawdę dobrzy? Jak robią to literaci?

A robią tak. Najpierw pisze się pierwszą wersję tekstu. Zostawia na kilka dni i wraca, by poprawić pierwsze oczywiste, walące po oczach błędy - ortografy, przecinki, układ zdania. Odkłada się tekst ponownie, najlepiej na miesiąc i powraca. Poprawia rzeczy grubsze - kompozycję, dopieszcza zdania. Zamyka się tekst w ciemnym miejscu i znowu wraca. W zależności od poziomu perfekcji piszącego powrotów jest kilka. W końcu autor staje przed ścianą. Nie widzi więcej błędów w tekście, ale wie, że one są. Okropne uczucie :) Dopiero teraz lub na wcześniejszym z etapów, z płonącymi polikami przekazuje się tekst innym, by oni coś wygrzebali. I poprawia się ponownie. Jeśli autor miał szczęście, to jego tekst przyjęło do druku wydawnictwo i trafia teraz w ciepłe, opiekuńcze dłonie redaktora. W zależności od poziomu napisanej historii redakcji jest kilka, albo... zdarza się, tekst jest pisany jakby od nowa.

Potem ty to czytasz czytelniku i zachwycasz się, że takie smakowite, dobre, wypieszczone. Nie dowierzasz, że jeden z wrzodów w żołądku pisarza ma w imieniu tytuł tej powieści :)

To jeden ze sposobów pisania tekstu. Inny, polega na stworzeniu go od razu w jak najlepszej formie. Cyzeluje się, dopracowuje, przekomponuje jeden akapit tak by błyszczał niczym diament i dopiero idzie dalej z historią. Znam taką pisarkę :) I to jest dopiero męka. Ona sama tytułuje się "nazistką polonistyczną" :)

Znajoma pisarka zapytała kiedyś, czy Sienkiewicz, Gombrowicz potrzebowali redakcji? Potrafili dać sobie radę z dobrym napisaniem tekstu i bez pomocy wykwalifikowanej kadry opłacanej przez wydawnictwo, często na umowy zlecenie. Czy żyjemy w czasach, gdy coraz trudniej sklecić poprawnie kilkanaście zdań? Ważne, że dobrze trafiło się w kratki na teście jednokrotnego wyboru.

Dygresja na koniec. Należałam jeszcze do rocznika studentów, którzy mieli maturę pisemną, a egzamin wstępny był ustny (liczyła się nie tylko wiedza, ale refleks w dochodzeniu do wniosków). Jakieś 2-3 lata po nas na uczelnię trafił nabór po maturze testowej, która od razu dawała wstęp na studia. I to było widać. To był całkiem inny typ ludzi. Nie gorszy, nie lepszy, ale jakiś inny. My byliśmy zlepkiem indywidualistów, "frików", oni byli tacy poukładani i akuratni. Jednak to takich ludzi ten kraj teraz potrzebuje :) Ludzi, dla których rynek pracy i życie to test jednokrotnego wyboru :)

11:23, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 października 2012
Jak uświęciłam pierwszy śnieg

Podobno w dawnych czasach, tych przed nadejściem chrześcijaństwa, nie oświeceni poganie witali jakoś specjalnie nadejście pierwszego śniegu. Zima ich nie zaskakiwała, jak Hiszpańska Inkwizycja w skeczu Monthy Pythona :) Zima po prostu się zjawiała. Swoją drogą, czy to nie urocze, że śnieg spadł w sobotę - drogowcy mają całe 48 godzin na opanowanie sytuacji.

To mój weekend niematki i wierzcie mi, że gdybym tylko chciała, to bym od wczoraj stopy w domu nie postawiła, chyba, że na nocleg. A ja nie chciałam. Siadły mi baterie. O czym zaraz. Zasnęłam w piątek po 22.00 i spałam do... 11.00 w sobotę. Pomyśleć, że nie doznałabym tego gdyby nie samotne macierzyństwo (no i aktywny ojciec dziecka). Która pani domu może się wylegiwać w sobotę niemal do południa? Znałam jedną taką - moja śp. ciotka, która za to była odsądzona o czci i wiary przez resztę żeńskiej części rodziny. Było to równoznaczne z czymś równie złym jak na przykład płatny seks.

Żeby nie było cukierkowo. Spionizowałam się na łóżku i zobaczyłam jasną łunę bijącą za oknem. Śnieg! Od razu przyszło mi do głowy, to co w każdą sobotę od początku jesieni - cholera, okna trzeba umyć. I zaraz za tym - jak dziś ich nie umyjesz, to nie zrobisz tego do kwietnia! Nałożyłam na siebie dwa grube swetry, czapkę, szyję owinęłam długim, wełnianym szalikiem i ruszyłam uzbrojona w płyn, ściągaczkę i zapas tetrowych pieluch. Pobiłam rekord w szybkości mycia okien: płyn, ściągnie, wytarcie tetrą, jakaś poprawka i zamykamy. I dalej. Nie twierdzę, że umyte są na błysk i dokładnie. Za to stwierdzę, że gdybym myła te okna powoli, z namaszczeniem, z całą świadomością tego wydarzenia, to czyste byłyby równie niedokładnie. Czasami podejrzewam, że powolna celebracja czynności domowych ma za zadanie podwyższenie ich rangi, w świecie, gdy docenia je tylko wystylizowana, szczupła, wylizana na głowie kobieta, posiadająca w swoim domu sprzątaczkę.

Jeszcze poprałam firanki, zasłonki, posprzątałam, dzięki czemu zasłużony relaks, którym inne panie cieszyły się od 11.00, ja powitałam od 15.00. A nie, one jeszcze gotowały obiad. Ja podgrzałam pizzę z supermarketu. I ktoś tu się kiedyś pytał, czy mam ochotę na nowy związek. No nie żartujcie ze mnie.

Dobra. Przyznam się. Te umyte okna i czyste firanki, to jak wydepilowane nogi i łono - tak na wszelki wypadek :)

Trudno uwierzyć, ale po 16.00... zdrzemnęłam się na godzinę. Dopiero po przebudzeniu poczułam się naprawdę (sprawdziłam, czy dobrze, bo moja polonistyczna hiszpańska inkwizycja czuwa, a którą pozdrawiam, o czym będzie jeszcze wpis) wypoczęta i pełna sił.

Ta zima tak pięknie wygląda za oknem. Gdybym tak, ach gdybym mogła ją tak podziwiać aż do marca. A tu trzeba będzie, cholera, wyjść z domu. I to nie raz.

21:46, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 października 2012
Sałatka macierzyńska

Na razie estrogen mnie napędza i mam mnóstwo cierpliwości dla własnego dziecka. Uczę się też leniwych, nie wypełnionych przygodami weekendów. I ta jesień nastraja do tego. Moja energia idzie ku domowi, nie światu zewnętrznemu. Zapewne w Islandii, czy Finlandii byłabym idealną panią domu ;)

Z noszeniem na rękach odpuściłam. We wrześniu bałam się, że jak dam palec, to zje rękę, czyli będę dziecko cały czas taszczyć w ramionach. A już na pewno, gdy wezmę ją tuż za drzwiami mieszkania, na samym początku drogi, to za nic nie stanie na nogach. Zluzowałam. Zaryzykowałam. Nie jest tragicznie. Czasem całą drogę do przedszkola przetupta, czasem niosę ją połowę drogi. Nie zdarza się więcej. Sama z siebie schodzi na ziemię, albo poproszona przeze mnie ("mamę bardzo bolą nogi i plecy").

Kolega z pracy, dzieci w podobnym wieku, uznał, że córka owinęła mnie sobie wokół palca. Pogadamy jak będzie wychowywał te dzieci bez pomocy żony i dwóch par dziadków mieszkających w tej samej dzielnicy. I to on czuje się niekomfortowo, bo jego kilkuletni syn woli bawić się w kotka, a nie biegać z karabinem jak prawdziwy chłopiec :)

Wiertka ma swoje wybuchy złego humoru. I to po kilka na dzień. Mam dobry nastrój, to będą w formie anegdotek ;)

Najpierw niedzielny poranek, gdy po śniadaniu chodzi za mną i jęczy, że ona chce… Nie mogę zrozumieć, czego ona chce, bo mówi niewyraźnie. W końcu dochodzimy do konsensusu – ona jednak chce malować farbami, ja w domu farb nie mam. Ważne, że ją zrozumiałam J Potem siedzi mi przytulona na kolanach i mówi:

- Nie musisz sprzątać.

Właśnie miałam zabrać się za doprowadzanie mieszkania do stanu, w którym by go można pokazać ewentualnemu kuratorowi sądowemu lub policji. Pamiętam z dzieciństwa, że mama sprzątała, gotowała, krzątała się, ale nie miała w tym wszystkim czasu dla nas, dzieci. To siedzę dalej z Wiertką na tej kanapie, bo wiem, że na łożu śmierci nie brudnego mieszkania będę żałować ;)

Wielka awantura wybuchła niedzielnym wczesnym popołudniem, gdy wróciłyśmy z długiego spaceru na obiad. Obiad trzeba było szybko przygotować – zagotować makaron, podgrzać szpinak. Maksymalnie dwadzieścia minut czekania. Dziecko było jednak głodne i senne. Machnęłam ręką i dałam jej pół bułeczki z masłem, by zaspokoiła pierwszy głód. Nie chciałam jednak dać więcej. Rozwyła się, czepiała moich nóg, krzyczała. Tak z ponad dziesięć minut. Dałam radę i przeczekałam to, aż do wyłożenia obiadu na talerze. Oczywiście, Wiertka krzyczała, że żadnego makaronu, żadnego szpinaku nie ruszy. Ma być bułka z masłem!!! Zjadła makaron, szpinak podkradła ode mnie :) Oczywiście, krzyczała, że wcale nie jest senna i zmęczona. Ma być bułka z masłem!!! Po obiedzie usiadła mi na chwilę na kolanach, bym je zaśpiewała piosenkę. Nie dośpiewałam do końca i już spała :)

Ciekawie było jeszcze wieczorem. Najpierw Mała uparła się, że nie odda ręcznika kąpielowego. Chce z nim spać. Zdarza się to już któryś raz i zazwyczaj odpuszczam. Nie jest to sprawa, o którą warto walczyć. Choć coś takiego w pościeli mnie trochę irytuje. Tu jednak miałyśmy starcie o ręcznik, którym miała suszone włosy, mokry jak cholera. Zniosłam płacz i niezadowolenie. To nie koniec historii :) Wiertka zasnęła. Nagle słyszę jak woła przez sen „mamo!”. Biedactwo szuka u mnie ratunku. Następnie „oddaj mi!”. Chyba jednak to ja jestem w tym śnie złym charakterem. Mała siada rozbudzona i już z płaczem woła: „Oddaj mi ręcznik! Oddaj mi ręcznik!” J Była 1.00, więc przyniosłam jej ten duży, który już zdążyłam ukryć w łazience :)

Jeszcze ostatnia potyczka wychowawcza. Wczoraj, może dla żartu, może dla sprawdzenia granic, Wiertka uderzyła mnie ręką w twarz. Przytrzymałam rękę i powiedziałam, że nie wolno bić mamy. Uderzyła drugi raz. Ponownie zrobiłam to samo. Chwyciła jakąś grającą zabawkę i tą mi przyłożyła. Mówiąc to samo zabrałam jej tę zabawkę. Jeszcze próbowała mnie opluć przy zabieraniu. Zabawka poszła na szafę. A Wiertka poszła w klimat z „Superniani”. Było wycie, wrzask, tupanie, trącanie mnie ręką. Na serio, ostatni raz takie sceny widziałam w tamtym programie. Co najciekawsze, ona wzięła zabawkę tylko po to by nią uderzyć, a rozpaczała jakby tylko tym miała zamiar się bawić od rana do wieczora. Byłam twarda, spokojna, opanowana i zabawka została za karę na szafie. Do dziś. Po kilku minutach przyszła się przytulić. A nie, chciała byśmy stały przy tej szafie i tam się przytulały.

Nerwy mam ostatnio ze stali i opisuję to bardziej jako obserwacje antropologiczne :) Także jako pamiątkę, żeby Wiertka mogła to sobie za dwadzieścia lat poczytać i uśmiać się. Mam nadzieję.

15:11, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 24 października 2012
Synką być

Wreszcie napiszę coś miłego o moim dziecku ;)

Wiertka jest żywa, energetyczna, cały czas jest brana za chłopca, choć fryzurkę ma już prawie dziewczęcą (grzywka i włosy do brody). Nie ułatwia otoczeniu, bo gdy wreszcie rozkręciła się w mówieniu, to najczęściej używa męskich końcówek w czasownikach - "poszłem" ( :D ), "zrobiłem", "znalazłem". A ostatnio poszła jeszcze dalej. Usłyszałam przed snem:

- Jestem synem.

- Jesteś córką.

- Jestem synką.

:D

A teraz trochę refleksji w temacie "bycia synką". Wiem, że tak bywa, taki może być etap rozwojowy. Co jeśli ona na prawdę jest chłopcem? Kobiecie w ciąży zadaje się pytanie "chłopiec, dziewczynka?", "a co wolicie?". Wtedy do głowy przychodziło mi - obojętnie co, byle było ze swoją płcią szczęśliwe. Co mi po wymarzonej córce, która za kilkanaście lat przyjdzie z informacją, że zbiera na operację zmiany płci? Szczególnie, że - niestety - prawie odkąd myślałam o byciu matką, to marzyłam o córce, sfokusowałam się na córce, tak mocno, że nie ogarniałam jak by to było, gdyby był chłopiec. Siłą woli zmusiłam zarodek do pozostania dziewczynką ;) Po usg połówkowym, gdy dowiedziałam się o płci, łezki mi ciekły ze szczęścia. Miałam odrobinę wyrzutów sumienia po poronieniu, bo w tamtej ciąży miałam silne przeświadczenie, że to chłopiec. Odczucie zluzowało mniej więcej w czasie, gdy ciąża obumarła. Nawet, w noc przed feralnym usg genetycznym, śniłam, że rodzę syna.

Może dybuk wszedł w moje dziecko :D

To też już nawet nie kwestia braku tolerancji, ale obawa przed trudnym okresem w życiu kochanego dziecka. I, tak bywam trochę egoistyczna, komu się chce przyzwyczajać po tylu latach, że zamiast np. Julci będzie Adam :) Tak na prawdę tolerancyjni jesteśmy dopiero, gdy na "żywym materiale" doznajemy kontaktu z innym, nie w deklaracji. Innym razem będzie o moich potyczkach z otwartością i tolerancją.

Inna sprawa. Kwestia transgenderowa była dla mnie tylko kwestią z filmów, coś jak Yeti. Niedawno dotknęłam tego w życiu realnym. Jeszcze nie dosłownie. Na FB znalazła mnie jakaś dziewczyna. Ze wspólnych znajomych wiedziałam skąd się możemy znać, z jakiej platformy wirtualnej. Tylko, że ja nikogo takiego nie pamiętałam. Dopytałam się, podała mi swojego dawnego nicka, choć trochę się krępowała. I wtedy zgłupiałam. Gdybym go znała tylko z forum i chatu, to jeszcze bym uwierzyła, że przez lata podszywała się pod faceta kobieta. Przecież my ze dwa-trzy razy widzieliśmy się, spotkaliśmy, byliśmy na piwie. Mężczyzna jak w pysk strzelił. Czy ktoś próbuje mnie oszukać, myśląc, że nie pamiętam i wkrada się w grono moich znajomych? Dopytałam delikatnie naszą wspólną koleżankę. Potwierdziła - ta osoba jest w trakcie zmiany płci. Na FB występuje już jako kobieta. Zobaczyłam niedawno jej zdjęcie i uwierzyłam :) Rysy twarzy podobne. Inna kompletnie energia. On było cichy, misiowaty, zamknięty w sobie, zamaskowany szerokimi bluzami. Na zdjęciu widzę roześmianą, szczupłą dziewczynę. Na razie nie dopytywałam się jej o szczegóły, odczucia. Przyjęłam sytuację tak jak jest. Nigdy z rozmów, wypowiedzi nie wynikało, że źle czuje się w swoim ciele. Ciekawe będzie, gdy przyjdzie do Miasta (mieszka w innej części kraju) i spotkamy się.

Zastanawiałam się, czy napisać o tym na blogu, bo to jednak drażliwa, intymna sprawa. Narobiła mi szumu w głowie. Tacy ludzie jednak na prawdę istnieją. Zwyczajni, a nie medialni w sejmie, z których złośliwi zrobili współczesny obwoźny cyrk.

10:11, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 października 2012
O uchu

Nie miałam weny na wymyślanie błyskotliwych tytułów wpisów.

Nieco ponad tydzień temu obudziłam się przygłucha na jedno ucho. Tak jakbym miała w nim porządną zatyczkę. Początkowo myślałam, że się powoli, ale jakoś odetka. Potem, że to może związane jest z ciągnącym się katarem (właśnie pożegnanym) i pokasływaniem. Nie odetkało się, nie zmieniło na lepsze. Za to odniosłam wrażenie, że inaczej odczuwam inny zmysł. Padło na smak. Nie mam pojęcia dlaczego? Bo ucho blisko języka??? Z katarem było już ok, pożegnany. Pomimo to, nic nie smakowało. Czekolada była cukrem, obiad jakiś papierowy. Szczytem był sobotni wieczór, gdy nalałam sobie lampkę wina i w ustach poczułam spirytus wymieszany z kompotem. No żesz... Nie mały wpływ na to mogło mieć to, że wino było z dolnej półki, w promocyjnej cenie. Jednak żeby aż do tego stopnia?! Nie dobrze się dzieje, skoro nie wchodzi mi już wino poniżej 15 zeta... Tylko smak kwaśny królował jak dawniej. Czasem inaczej doznawałam zmysłem dotyku, odrobinę bardziej intensywnie... dotykało mnie powietrze. Jak w "Ukrytym wymiarze" Halla, gdzie członek społeczności z ograniczonym dostępem do rozwoju jednego zmysłu, do perfekcji opanowuje inny (np. Eskimosi nie widzą w śnieżycy, ale czują ciałem gdzie stoją igloo).

Tydzień temu, szczepiąc dziecko u pediatry - załapała się jeszcze na program bezpłatnej szczepionki przeciw pneumokokom (24-36 ms) - dopytałam się o to moje ucho. I pani doktor obejrzała mnie :) Od dziecka może aż tak bardzo się nie różnię. Okazało się, że - jakże to banalne - ucho jest bardzo zatkane. Nabyłam drogą kupna w aptece olejek do wkraplania do ucha. Nie pomagało.

"Przygłuchość" zaczynała mnie już męczyć. Własnego dziecka prawie nie słyszałam. Nie byłam pewna, czy nie wrzeszczę na nią w miejscach publicznych. Nie byłam pewna, czy nie krzyczę do ludzi w pracy. Z klientami telefonicznie rozmawiałam za pomocą zdrowego ucha, ale wtedy odcięta byłam od tego co działo się w pokoju. Gdy rozmawiały więcej niż dwie osoby, wtedy czułam się rozkojarzona, część komunikatów mi umykała. Czasami miałam wrażenie, że zdrowe ucho "boli" od przyjmowania podwójnej porcji dźwięków. Nie jest fajnie uczestniczyć w Niesłyszalnej Wystawie (na Niewidzialną ciągle mam zamiar się wybrać).

A najbardziej bałam się tego, że któregoś ranka mózg zakomoduje się do nowych warunków i będzie... ok :)

Sytuacja wymagała interwencji laryngologa. W państwowej przychodni zaproponowano mi... luty :) Była jeszcze opcja ostrego dyżuru w szpitalu, ale kilka lat temu już tak wytarłam krzesła jednym ze szpitali. Szpitale są zachwycone honorem leczenia nagle przygłuchych. I to była strata całego dnia pracy. Coś co się nie mieści w świecie "ajfonów" za pięć koła, czyli w świecie mojego szefa. Machnęła ręką i poszłam prywatnie, tylko godzinę zwalniając się z pracy.

Płukanie ucha zajęło kilka sekund. Jak u stomatologa i ginekologa od razu zastrzegłam, że "będę stękać", co skwapliwie wypełniłam. A potem poczułam się jak w filharmonii. Głos doktor rezonował mi po czaszce. I światło za oknem jakoś tak bardziej raziło w oczy. Cholerne synestezje. W cenie wizyty ;) Trudniej było po wyjściu na zewnątrz. Powietrze szumiało. Słyszałam tramwaj dojeżdżający trzy przystanki wcześniej. Choć może to był pociąg zmieniający mostem brzeg.

Teraz już zrobiło się normalnie.

Taka tam prosta historyjka, o pospolitej przypadłości.

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 października 2012
Moje "w żółtych płomieniach liści"

Pogoda w ostatnich dniach nastroiła niektóre blogowiczki do melancholijnych wpisów na temat piękna polskiej jesieni :) Ja też mam swoją refleksję związaną z żółtymi płomieniami liści.

Do jesieni mam stosunek „szkolny”. Czas, gdy wakacje się skończyły, do najbliższych jest tak daleko, że tylko głowę w kupę zeschłych liści schować, a za wcześnie by odliczać dni do Gwiazdki (jedyne akceptowane przeze mnie zimowe dni). Lata mijają, szkoła za mną, a konotację nadal się wloką. Dopiero teraz zaczynam doceniać, że jest pięknie, słonecznie, kolorowo. Nigdzie tak nie bywa :)

Z dzieciństwa pamiętam jesień, która dziś już się nie zdarza. W małych miasteczkach, gdzie zabudowa jednorodzinna, jesienią i wiosną grabiono ogrody i rozpalano ogniska. Dymy snuły się po całej okolicy. Trochę czasem pod mgłę to podchodziło. Szło się ulicą i wciągało w płuca ten zapach. Zapach jesieni i zapach wiosny. Pierwszy to aromat ogniska rozcieńczony w ciepłym powietrzu odchodzącego lata. Drugi to dym osnuty w ostrym oddechu znikającej zimy. To samo ognisko, a inny zapach. Dziś to się zdarza rzadziej, bo zadymianie okolicy podchodzi pod kontakt ze Strażą Miejską :) Podobno wolno tylko w październiku.

Na koniec o jesieni inaczej. Wspomnienie pod powiekami. Dokładnie pięć lat temu. Urodziny mojego taty, wpadliśmy z wizytą z Byłym i jego dzieciakami. Młode biegały po ogrodzie i grabiły sterty liści, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Patrzyłam na to. Było szczęśliwie. Widzę swoje jesienne buty i cienkie skarpetki. Chłodno mi. Zastanawiam się, czy aby się nie przeziębię. Zdarza się chwila, chwila, w której dokonuje się coś, co zmienia życie na zawsze. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, że ta chwila to właśnie ta.

Pięknie to pokazała Szumowska w „33 scenach…”. Widz już się domyśla, bohaterka jeszcze nie. Patrzy szczęśliwa przez szklaną szybę okna, żegna radosna roześmianych rodziców. My wiemy, że to ostatnie chwile jej beztroskiego trwania. To coś, co poniesie pod powiekami przez lata.

Odskoczę na chwilę w bok. Innym takim dniem, dla mnie z „Buddenbrokami” się kojarzący, była – zima kilka miesięcy wcześniej, ten sam rok – krótka uroczystość rodzinna z okazji 60-tej rocznicy ślubu dziadków. Cała rodzina była jeszcze razem, spójna, w miarę szczęśliwa. Nie wiedzą, że to pierwszy dzień końca tej rodziny – tak to jakoś określił Mann. Ciotka śmieje się i pyta, co poradzić na uciążliwe, silne bóle głowy. Migreny? Nadciśnienie? Za dużo kawy? Wtedy widziałam ją żywą ostatni raz.

Wracam do październikowego popołudnia, sobotniego, czy niedzielnego. Nie pamiętam. Chwili, w której zaczyna się koniec mojego dawnego życia. Następnego dnia dostałam okres, mój OM. Od zbyt lekkich skarpetek przeziębiłam się porządnie, ale uparcie chodziłam do pracy. Wygrzebałam się, zaszłam w ciążę, pochorowałam się znowu. Prawdopodobnie było to ta sama choroba, ale nie doleczona. Ciąża umarła w 7/8 tygodniu. Potem zmarła moja mama. Nie mogłam zajść w ciążę. Zmieniłam pracę na gorszą. Posypałam się. Związek umarł.

Już zawsze, gdy widzę piękny, październikowy, słoneczny, kolorowy dzień przypomina się tamten. Jak dziś wyglądało, by moje życie, gdybym wtedy ubrała się ciepło?

19:55, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 października 2012
La Garconne

Dziś tak jakby zaległe i tak jakby na czasie – o zajęciach genderowych. Ich tematyką jest w skrócie, bez podawania pełnej nazwy, „refleksyjność kobiety piszącej” – jak pisarki, filozofki, dziennikarki realizują się poprzez pisanie. Gdy pisanie jest częścią życia, nałogiem. O pisaniu jako nałogu będzie inny wpis.

Początki nie były łatwe. Prowadząca to raczej typ akademiczki, przyzwyczajony do pracy naukowej i swojego specyficznego metajęzyka. Podała esej jako rodzaj zaliczenia i różne punkty, które miały by pomóc w dobrym jego napisaniu. Nawet ja poczułam się przytłoczona i uznałam, że będę się bronić „lekkim piórem”. Efekt był taki, że na kolejnych zajęciach pojawiła się grupa o połowę odchudzona + trzy nowe sztuki.

Tym razem atmosfera była jednak inna, bo wszyscy (jest jeden mężczyzna) przeczytali „Czyste nieczyste” Colette i mogła ruszyć dyskusja, wymiana uwag, doświadczeń – hasło przewodnie spotkania „niewinność, erotyzm, jak kocha kobieta?”. Tego też tyczy się błędny tytuł wpisu. Poruszę tylko jeden z punktów dyskusji. La Garconne. Z francuskiego to jedyne rozumiem. Jako nastolatka zakupiłam pierwsze powojenne i jedyne bodajże wydanie „Chłopczycy” (”La Garconne”) Wiktora Margeuritte. I teraz sobie odświeżę. Literacko styl zwietrzały, ale pamiętam to uczucie zafascynowania latami dwudziestymi – wiem od „O północy w Paryżu” Allena to już sztampowe – przekraczaniem granic obyczajowych, poczucia wolności jako kobieta i smutek gdzieś na koniec, bo bohaterka wcale nie czuła się szczęśliwa. Ciekawe jak odbiorę teraz powieść po dwudziestu latach, już jako dojrzała kobieta?

Colette uważała się za męski umysł w kobiecym ciele. Zdominowana przez męża pisarka, ale po rozwodzie aktorka (także topless – początek XX wieku!), związana z kobietami, dziennikarka, drugi mąż, romans z pasierbem, rozwód, kochankowie, trzeci mąż. Mnóstwo napisanych powieści. Chłonęła życie jakby nie miała go dość. Pomyślałam, że dziś nie zastanawiałaby się ile w niej kobiety, ile mężczyzny. Byłaby jedną z tych artystek, które idą swoją drogą, a otoczenie wzrusza ramionami. Takich kobiet jest teraz mnóstwo. To nawet ładnie wygląda, jeśli się żyje na opak.

Granica przesunęła się. W ostatnich „Wysokich Obcasach Extra” przeczytałam wywiad z pisarką fantasty Magdą Kozak (poznałyśmy się dwie dekady temu przelotnie, gdy była jeszcze na etapie studentki medycyny w okularach). To typ współczesnej „la garconne” – zabrała się za gatunek literacki charakterystyczny „męskiej” literaturze, rzuciła spokojne, dostatnie życie dla skoków spadochronowych, strzelania z broni, służby medycznej w Afganistanie, wreszcie służby wojskowej. Kto ja przebije za sto lat? Co zrobią ówczesne „chłopczyce”? Inne współczesne „chłopczyce” pracują na wysokich stanowiskach korporacjach, wielkich instytucjach. Tam trzeba zamaskować atrybuty związane z płcią biologiczną. Nie mężczyzna, nie kobieta. Trzecia płeć.

Posiadanie „męskiego mózgu” jest kuszące. Daje iluzję przynależenia do lepszego świata. Byłam „chłopczycą” i widzę ten etap u młodszych dziewczyn. Przebywanie w męskim świecie na jego zasadach, ale bez haraczu opłacanego jako bycie kobietą. W zamian nigdy nie jest się postrzeganą jako kobieta. Widzisz inne, traktowane jak księżniczki, ale one nie zobaczą tego, co ty jako „la garconne”. Gorzej, one przy jednym nierozważnym ruchu ściągane są do poziomu błota. Księżniczki – te rozważne – zostają żonami. Ty zostajesz adresem na liście mailingowej. Taka cena.

Gdzieś w okolicach trzydziestki nagle doceniłam fajność kobiecej grupy i energii. Szczególnie, że po przekroczeniu pewnej granicy wiekowej tylko ta płeć wykazuje jakąkolwiek energię życiową :) Mężczyźni całą swoją energię towarzyską skupiają na zdobyciu dostępu do dóbr seksualnych, a gdy skolonizują już jakieś, najczęściej zamykają się w domach. Skolonizowane dobro także nie ma nic przeciwko temu :) Ciągle piszę jak „chłopczyca” :)

Daleko odbiegłam od Colette. Wiele bym mogła napisać o „kręgach kobiet”, to temat jednej z moich nie napisanych powieści, gdzie scenariusz do „Przerwanej lekcji muzyki” okazałby się trywialny. Doceniłam kręgi kobiet, bo zaakceptowałam, że tak naprawdę jestem bardzo kobieca, bardzo krucha, bardzo słaba. To takie nie popularne.

Gdzieś w głębi zazdroszczę Colette, zazdroszczę Magdzie Kozak, zazdroszczę Krystynie Skarbek (ponownie artykuł w „WOE”, cholera powinni mi płacić za promocję), innym podobnym kobietom. Przeżywają życie za dziesięć kobiet. Spotykają je fascynujące rzeczy. Ja trwam w jednym punkcie jak drzewo, które zapuściło korzenie głęboko i nie da się go wyrwać bez ostatecznego unicestwienia. Niekoniecznie z braku chęci. Nie nadaję się do biegania z karabinem po bliskim wschodzie, ani wyrywania chwastów w czasie „klabingu”. Zawsze chciałam by moje życie dało się spisać obszerniej niż na kilku kartkach zeszytu w kratkę. By za sto lat ktoś dociekliwie analizował moje kilkudziesięcioletnie zapiski, cudem nie wywalone na śmietnik.

Immanuel Kant nie ruszając się z Królewca stał się znaczącym filozofem. Emily Elizabeth Dickinson spędziła życie u boku rodziców, a do dziś jest uznaną poetką. Byty skupione na swojej bezcielesności też mogą mieć szansę.

Czy coś zostało we mnie z „la garconne”?

Przeświadczenie, że mężczyzna to miły dodatek, ale nie sens życia. To także ma swoją gorzką cenę. Brak desperacji :)

22:48, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 17 października 2012
Specjalistka od konsolacji, albo jak zorganizować sobie pogrzeb

Staję się specjalistką od współorganizowania styp. Nikt się, w rodzinie, nie wyrywa tłumnie do chrzczenia i zawierania związku małżeńskiego. Za to od umierania nie można człowieka odwieźć. Konsolację po śmierci ciotki przygotowywałam z mamą. Po śmierci mamy – z tatą. Teraz po odejściu babci pomagałam drugiej ciotce. Pierwotnie w planie miało być wynajęcie firmy cateringowej, jak to się teraz po prostu robi. Wystarczy, że ciotka udostępnia swój dom. Ona jednak zdanie zmieniła, co zaowocowało obieraniem przez mnie kilku kilogramów ziemniaków w poniedziałek i lepieniem równie sporej ilości kotletów mielonych. Aż z trudem palce prostowałam od nożyka ;)

 Wczoraj, w dniu pogrzebu też pomagałam w kuchni, mnie pomagały kuzynki, ciotka i generalnie była tam alternatywna fajna impreza. Temat styp, przygotowań, rozmów, klimatu sam w sobie jest ciekawy literacko i filmowo. Ciekawie wykorzystała go choćby Szumowska w „33 scenach…”.

 Od lat to pierwsza strata, którą przyjęłam ze względnym spokojem i pogodą ducha. Naprawdę wierzę, że babci jest teraz lepiej.

 Nasunęły się za to inne refleksje. Rzadko kto myśli, że jego nagła śmierć może sprawić kłopot rodzinie. Jasne, że ubezpieczenie ZUS pokryje podstawowe koszty pogrzebu, nawet konsolacji. Jednak, co z kosztem kwatery na cmentarzu, co z kosztem – nawet najbardziej skromnego – pomnika? Co z szybkim dostępem do oszczędności na koncie, które ewentualnie mogłyby takie wydatki pokryć? Ciągle mi nie po drodze do banku, by zostawić zapis umożliwiający mojemu tacie – jego wybrałam – podjęcie pieniędzy już z aktem zgonu. Przecież, kit tam z pogrzebem, dziecko będzie potrzebować różnych rzeczy. Tak przypadkiem wyszło, że na koncie mam jeszcze jakąś sporą forsę, nie debet :) Mój bufor na ewentualność kolejnego zwolnienia z pracy.

 Idę dalej. A może ja chcę sama sobie wybrać trumnę, ubranie, rodzaj pomnika, styl ostatniego pożegnania, jeśli to będzie pogrzeb świecki? Zmarłej będzie mi wszystko jedno? Niewykluczone. Może nawet pewne. Pamiętam jak dzięki serialowi „Sześć stóp pod ziemią” dowiedziałam się, że w firmie pogrzebowej można zostawić taki rodzaj testamentu określający najważniejsze parametry ostatniego pożegnania. Ciekawe, czy polskie też mają już ten typ usługi?

 Moi dziadkowie kilkanaście lat temu kupili kwaterę na cmentarzu, postawili pomnik. Babcia miała w szafie ubranie do trumny. W tym wieku to całkiem zrozumiałe. A w moim?

Kiedyś jeszcze roztrząsałam, czy będziemy z Byłym leżeć obok siebie. A jeśli tak, to gdzie??? Na moim rodzinnym cmentarzu, czy w jego stronach (w życiu!)? Przynajmniej ten dylemat mi odpadł :D

 Pomnik mojej mamie postawił tata z pieniędzy ubezpieczenia prywatnego (śmierć współmałżonka). Cioci – dziadek (nie bez awantur, bo skonfliktowany z nim zięć próbował zablokować to i zostawić w efekcie gołe betonowe płyty). Smutna anegdota. Po śmierci cioci, dziadek kupił kwaterę obok niej, by przenieść swój z babcią planowany grób razem z pomnikiem. Chcieli spocząć obok swojego dziecka. Zbierał się, zbierał, w końcu jednak postanowił puste miejsce sprzedać. Na kilka dni przez planowaną datą sprzedaży… zmarła moja mama, jego drugie dziecko. Miejsce okazało się jak znalazł. Obok siebie leżą dwie siostry, córki dziadków. Dziadek został poproszony i nie kupowanie jakiegokolwiek nowego miejsca.

Makabryczne rozważania, ale był gdzieś artykuł o sprzedaży prestiżowych, opuszczonych kwater na Powązkach. Niektóre zostały wykupione w prezencie dzieciom, członkom rodziny...

19:34, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 października 2012
Dzień Marzenia Utraconego

Tak na prawdę 15-go października mamy Dzień Dziecka Utraconego. W niektórych przypadkach ja bym to określiła jako Utracone Marzenie.

Zrozumiały społecznie jest ból rodzica, który stracił dziecko - już wyrośnięte, urodzone, nowo narodzone. Od kilku lat mówi się o bólu po stracie ciąży. Bo o czym tu mówić? Zygota, zarodek, bez świadomości. W czasach przed usg, gdy poczucie noszenia w sobie dziecka wywoływały dopiero jego ruchy, kobiety łatwiej chyba godziły się z tak wczesną stratą. Choć nie do końca - pamiętam z dzieciństwa, parę poznaną przez rodziców na wczasach, gdzie ona tak bardzo pragnęła dziecka, że przez cztery miesiące była w ciąży urojonej i jeszcze płakała, gdy to po pewnym czasie opowiadała. Dla pocieszenia - rodzice wymieniali z nimi przez jakiś czas listy, urodziła im się córka.

Bo tak na prawdę to strata Marzenia. Bo to dziecko już jest w głowie, ma wybrane imiona (opcjonalne), hipotetyczną datę urodzin, już wirtualnie rozstawione mebelki w pokoju, czasem pierwsze ubranka, akcesoria oraz rozplanowane do kiedy mama będzie na macierzyńskim, ile da się wykorzystać zaległego i aktualnego urlopu, kto zostanie z nim, gdy ona wróci do pracy. Już je widać - wygląda jak ta nieszczęsna fasolka, słychać bicie serca. A potem tylko szary obraz na usg. W dodatku jest to "operacja na ciele". Kobieta osobiście skurczami, falami krwi doznaje tej straty. To nie avatar w grze, który się wykasował. Marzenie o kupnie mieszkania, które trzeba odłożyć. To "mieszkanie" rozpada się, gdy stoisz w przedpokoju i czujesz jak walą cię w głowę cegły.

Dlatego niektóre kobiety rozpaczają. Wiele takich poznałam, po tym gdy sama straciłam ciążę.

Jest inny aspekt tej sprawy. Nadal utrzymuję z nimi kontakt - to fajne znajomości. Ale ta strata dawno już się zabliźniła. Blizny nawet już nie ma. To było dawno, w innym życiu, innym świecie. Może zdarzyło się komuś innemu? Może nigdy się nie wydarzyło? Dlatego nie mam ochoty o tym mówić, do tego wracać. Taki wpis jest chyba ostatnim. Oczywiście, znajomości nadal pozostają :) Na pewno pomogło to, że urodziłam dziecko.

Ostatnia refleksja. Czy Wiertka nie zawdzięcza swojego życia temu, że inne dziecko się nie urodziło? Będąc w związku z mężczyzną, który miał już dzieci i nie zachwycała go myśl o kolejnym, wiedziałam, że mam tylko jedną szansę na dziecko. Kolejnej ciąży tak bardzo szybko by nie było. A nawet gdyby, to w pierwszych miesiącach po porodzie byłam tak umęczona, zakręcona, przytłoczona, rozchwiana, że na myśl o jeszcze jednym dziecku bardzo poważnie rozważałam aborcję (mimo poronienia nadal jestem pro-choice), a kierunek skok przez okno wydawała się kuszący.

I mając dwoje dzieci, na pewno nie zdecydowałabym się na życie sama, więc zapewne wczepiłabym się w Byłego. Tak oto, śmierć jednego dziecka uczyniła mnie kobietą wolną i szczęśliwą. Dziwna lawina konsekwencji.

09:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi