To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 31 października 2013
Sałatka pracownicza

Dziś skończyła się moja umowa o pracę. Nie mam jeszcze nowej. Mam trzech prezesów, ale jeden mam dziecko w szpitalu, więc pozostałych dwóch nie mogło podjąć decyzji. Idą zmiany dotyczące wynagrodzeń, które tworzone są od kilku tygodni. To nie są żadne skomplikowane algorytmy, do cholery. Prokrastynacja.

Dlatego dopiero w poniedziałek będzie zebranie mojego działu. Dowiemy się, jak będą skonstruowane wynagrodzenia i dopiero wtedy mam zdecydować, czy chcę podpisać nową umowę. Nawet nie wiem, czy to będzie umowa o pracę. Obawiam się, że zasady prowizyjne zostaną ułożone jak z kosmosu, bo wcześniej nie było podobnego działu, więc jedynie fantazja prezesa jest ograniczeniem. A to artystyczna dusza.

Przygotowuję się na to, że niedługo będę bez pracy z zapasem jednej pensji na koncie. I jak to bywa z rzeczami po znajomości, będzie i po pracy, i po znajomości.

Moje życie jest jak ciężka, wielka walizka. Dotąd taszczyłam ją za sobą w miarę sprawnie, bo walizka miała kółeczka. Teraz ciągnę tobół szurający po ziemi. Zaraz na tej ziemi pojawią się kamienie. Jestem zmęczona. I tak będzie już zawsze.

Nawet nie chce mi się rozpisywać :(

20:25, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 października 2013
Ubrałam się w jesień

Ubrałam się w jesień.

Taka refleksja przemknęła mi przez głowę, gdy dziś patrzyła się za biurowe okno. Miesiąc temu bolało. Był we mnie jakiś smutek, niezgoda cholerna na to, że to lato już się skończyło. Ledwo się zaczęło, wychyliło tylko rąbek i nagle się skończyło. Tak dla mnie było w tym roku. Miałam wrażenie, że lata nie było - mocno upalne, ale krótkie. Bez urlopu, w mieście spędzone. Jak jakaś masturbacja, a nie seks partnerski.

Potem tak nagle spadła jesień. Z dnia na dzień krew w żyłach zamieniła się w rtęć. Długa zima, przelotna wiosna, ułamek lata i teraz zimna, zimna, zimna jesień. A to tylko preludium do jeszcze zimniejszej, białej zimy. Jak więzień, którego zganiają ze spacerniaka na długo przed końcem spaceru. Po lecie powinno się mieć naładowane baterie na następne pół roku. Ja czuję, że nie oddycham. A powinnam mieć magazyn tlenu w płucach. Może za dużo tych porównań. Potem zrobię z tego wiersz.

Spadł na mnie spleen i dziwny lęk. Co jeśli to było moje ostatnie lato? Jeśli - z jakiś względów: choroby, wypadku - nie zobaczę już wiosny i nowej porcji słońca, zieleni? Jak się żyje ze świadomością, że już nigdy? Przecież są choroby, które zabierają człowieka w kilka tygodni. Przecież drogi są usiane piratami drogowymi.

Co lepsze. Świadomość, że następnego lata się nie zobaczy? Czy brak świadomości i co za tym brak możliwości smakowania wspomnień tego co ostatnie? Czy kiedyś ktoś z nas patrzył tak na umierających?

A za tym idzie następny lęk. Czy uporczywe myśli o śmierci, to nie jakieś intuicyjne przeczuwanie, że ona nadejdzie? Może mój umysł wie już coś, czego nie wiem jeszcze ja, ani lekarze?

Ten smutek i chwytanie się rozpaczliwie wspomnień o lecie, ta rwąca niezgoda na rozlegającą się jesień trzymała się mnie niemal miesiąc.

Gdzieś w międzyczasie złota, polska jesień poszła po rozum do głowy. Zrobiło się ciepło, ciepło, ciepło.

I tak to jesienne słońce, te liście kolorowe, te dymy z ognisk, te muskania ciepła przykleiły się do mojego ciała i poczułam, że ta jesień jest już ze mną. Albo bardziej ja z nią.

Rychło w czas. Pewnie zaraz przyjdą chłody.

Chyba popełniłam błąd w tytule wpisu i pierwszym zdaniu, ale co tam. Licencia poetica ;)

20:31, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 października 2013
O detektywkach

Nadszedł czas na podsumowanie pierwszych zajęć genderowych w tym semestrze. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że zajmuję się hobbistycznie genderem, a to teraz jedno z narzędzi "cywilizacji śmierci".

Wracając do zajęć. Wyłuskałam "Co można wydedukować z opowieści o detektywkach?". Ciekawe, bo i literackie, i inne spojrzenie na to co się czyta, ogląda (na warsztat brane są kryminały, ale też seriale i filmy kryminalne). Pierwsze zajęcia były taką bazą, fundamentem - historia pisania kryminałów, najważniejsze nazwiska i kamienie milowe. A nawet, jako ciekawostka, omawianie "21 zasad pisania powieści detektywistycznych" S.S. Van Dine - bo by dyskutować o łamaniu reguł, trzeba je najpierw znać :) Dla mnie może kiedyś będzie przydatne, jak zechcę jednak popełnić dobre opowiadanie kryminalne ;)

Od tych zajęć zaczął się gender i to nie jakiś tradycyjny feminizm. Tylko queer, za którym średnio przepadam, bo jest wszystkim tym, co niektórych odstręcza od socjologii - zamiast upraszczać świat, wprowadza coraz więcej pojęć i kategorii. Zabawne jest jednak patrzeć na np. niektóre seriale pod tym kątem. Najpierw drążenie Judith Butler, która dopiero w dyskusji staje się zrozumiała, ale moje jęki nad jej poetyką już tu roztaczałam :) Były kiedyś fajne czasy, gdy kobieta była kobietą, a mężczyzna mężczyzną i nie podlegało to żadnych dyskusjom. Wielu szczęściarzy nadal żyje w takiej przestrzeni i uważam, że im fajnie. Ale weszła płeć, płeć kulturowa, seksualność, różnica seksualna i wszystko się pomieszało. Mamy transwestytów, transseksualistów, i dowolną krzyżówkę preferencji seksualnych. Dwa tygodnie temu czytałyśmy mini komiks o geju, który spotyka się z transeksualistami typu K/M, ale nie zoperowanymi do końca, czyli posiadającymi waginy. Czy nadal jest gejem, czy już hetero? :D Tak wiem, statystyczny Polak dotąd nie mierzył się z takimi głupotami, dopóki p. Grodzka nie trafiła do sejmu.

Nie będę tu streszczać Butler, rozmów i dyskusji. Myślę, że najlepiej to widać na przykładzie niemowląt i maluchów tak do drugiego roku życia. Często trudno ustalić jaką płeć biologiczną ma takie dziecko. Wiertka do drugich urodzin była brana za chłopca, wyglądała jak chłopiec. Każdy z nas zna choć jeden przykład chłopczyka aniołka branego za dziewczynkę. Krótka, cienka szczecina na czaszce nie oznacza automatycznie bycia dzieckiem XY, a rzęsy jak firanki to nie domena dzieci XX. Najczęściej rodzice nakładają na dziecko jego płeć kulturową za pomocą ubrań, by otoczenie wiedziało, że TO DZIEWCZYNKA. Taki argument padł kiedyś na FB z ust pewnej mamy, która przekuła kilkutygodniowej córce uszy - inaczej nikt nie będzie wiedział, że to dziewczynka...

A kryminały i seriale kryminalne? Były, były? Przy okazji omawiania terminu "homospołeczny", który wprowadziła Eve Kosofsky Sedgwick :) Tak się rozpisałam, że może będzie o tym inny obszerny wpis, bo rzecz jest ciekawa.

10:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 października 2013
Syndrom małej primadonny

Jest taka faza rozwoju emocjonalnego w życiu 4-5 letniej dziewczynki (na chłopcach się nie znam), którą bym określiła jako "duża malutka". I dziewczątka przerabiające tą fazę robią to na jakieś trzy sposoby:

  • czarująca kobietka - chyba rzadki typ, ale moja chrześnica tak miała; wypowiada dorosłe zdania z minką przedszkolaka, z gracją układa paluszki i rączki w gestykulacji;
  • pyskata - ma własne zdanie, wyrzuca je z prędkością karabinu i nie przyjmuje kontrargumentów, wcina się w rozmowy dorosłych, stara się skupić na sobie uwagę - to raczej Wiertka i ja taka byłam
  • mała primadonna - widziałam kilka takich typów i te odrobinę działają mi na nerwy; kwestie wypowiada tonem urażonym, wykręcając oczami, obraża się o drobiazgi; foch stulecia

Chyba z wyjątkiem typu pierwszego, te kolejne mogą irytować otoczenie. Dobre jest to, że ta faza mija i dziewczynka wchodzi w kolejną, bycia normalnym dzieckiem :) Pamiętam taką jedną małą z placu zabaw, gdy obserwując ją myślałam - rany, co za nadęte dziecko, księżniczka na ziarnku grochu. Dziś ją widuję i po kilkunastu miesiącach jest fajną dziewczynką, w wieku zerówkowym.

I właśnie wczoraj, w przedszkolnej szatni, taka jedna primadonna doprowadziła do szlochu moją córkę. Jeszcze niedawno były koleżankami, gdy mamy odbierały je w tym samym czasie odprowadzały się kawałek. Wczoraj, N odrzekła, że nie czeka na moją małą "Bo Wiertka narozrabiała". Oj, co to moje dziecko nawyrabiało. Mama próbowała namówić córkę, wytłumaczyć, ale N dała w długą do wyjścia. Wiertka wybuchnęła rozdzierającym szlochem. Jej koleżanka obraziła się na nią. Tak mi było żal mojej córeczki. Próbowałam wybadać, co się mogło stać, ale mała kręciła. Pierwszą myślą było zabrać ją do sklepu po czekoladę, albo ciastka. Niech ma trochę przyjemności. Walczę z tym odruchem, skutecznie - tak się tworzy człowieka zajadającego stres słodyczami.

W zamian opowiedziałam jej historyjkę o tym jak kiedyś mnie koleżanka sprawiła przykrość i kolejną jak ja byłam niemiła dla innej. Tak można odwrócić uwagę Wiertki - historia o tym jak ja chodziłam do przedszkola, gdy trudno jej iść rano do swojego. Historia o tym jak mnie mama nie chciała kupić czegoś w sklepie, gdy jęczy, że czegoś jej nie kupiłam. Historia jak trafiłam na mgłę wędrując po górach, gdy szłyśmy mglistym porankiem. Pamięta je i potem przypomina "A opowiedz mi mamo, jak..."

Dziś rano zamieniłam kilka zdań z nauczycielką, dopytując, czy nie było wczoraj grubszej afery. Jednak nie. To co zwykle, Wiertka nie chce dzielić się zabawkami, nie chce razem z innym dzieckiem czegoś układać, krzyczy na nie (przynajmniej już nie bije) i część dzieci bywa na nią poobrażana. Zaś odbierając ją, od innej nauczycielki dostałam uwagę, że jednak wali dzieci swoimi kucykami Pony...

Albo to jeden z elementów tej fazy "duża malutka", albo moja córka stała się wredna na dziesięć lat wcześniej niż u mnie bujnie rozkwitła ta cecha. Był czas, gdy uważałam, że tylko osoba bez charakteru chce by wszyscy ją lubili i do tego dąży, a super jest jak większość cię nie cierpi - to dopiero zajebista moc. Jedynie moja przyjaciółka jakoś ze mną wytrzymywała i to tylko chyba dlatego, że miała "syndrom sztokholmski". Dziś staram się walczyć z moją wrednością i złośliwością.

20:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 października 2013
Zróbmy więc prywatkę, jakiej

Niedziela upłynęła pod hasłem mocno towarzyskim.

Najpierw pojechałyśmy złożyć życzenia urodzinowe mojemu tacie. Okrągłe, 60-te urodziny. Wcześniej skontaktowałam się z bratem, proponując byśmy kupili mu jakiś uroczysty prezent. W mojej rodzinie, odkąd odeszła mama, nie daje się prezentów. Z tatą jest problem, bo od podarków nawet nie odpakowywuje. Jakby nie istniała w nim taka potrzeba. Lubi pić kawę, więc kiedyś kupiłam mu aromatyzowaną mieszankę, myślałam, że wreszcie trafię. Po kilku miesiącach, znalazłam w półce, nie rozpakowaną. Ale 60-te, to sześćdziesiąte. A tu brat mi mówi, że właśnie jedzie z tatą do centrum handlowego, by kupić mu kurtkę zimową. Bo to jest tacie najbardziej potrzebne, a nie stać go. Takie czasy. Uroczystym prezentem, jest artykuł pierwszej potrzeby. Dorzuciłam się do tej kurtki.

Od taty wyszłyśmy trochę wcześniej, bo kontakt w Wiertką nieco go już przytłoczył. To po tym jak zaczęła, dosłownie, wchodzić na niego i skakać. Tak okazuje swoje zainteresowanie oraz sympatię.

Późnym popołudniem / wczesnym wieczorem (zależy z pozycji której pory roku na to patrzeć) zjechały do mnie moje koleżanki. Jedna z nas - kolejna :) - wydała książkę. Przywiozła autorskie egzemplarze, rozdawała autografy i lało się wino :) Każda przyniosła jakieś zdrowe przekąski - chipsy, chrupki, popcorn, prażynki, ciasteczka. Przyjęłam zaporową dawkę glutamianu sodu oraz tłuszczu jakiegoś tam. Gdyby Agnes Matzerath (matka głównego bohatera "Blaszanego bębenka") postanowiła popełnić swoją okrutną formę samobójstwa dziś, wiedziałaby czymś się żywić przez miesiąc.

Na szczęście jedna z nas przyjechała z 9-letnią córka, która skupiła na sobie uwagę Wiertki. Wcześniej to mała próbowała skupić uwagę na sobie. Jej reakcją na kolejno pojawiających się gości, było bieganie po korytarzu oraz coraz głośniejsze piszczenie. O "syndromie primabaleriny" będzie jeszcze oddzielny wpis. Mała Ba nie jest fanką maluszków, miała w planach czytanie książki i przysłuchiwanie się rozmowom dorosłych, ale w końcu znalazły jakieś wspólne zajęcia. Na koniec nawet dały razem koncert - jedna grała na gitarze, druga na cymbałkach, które udawały skrzypce, Wiertka jednocześnie głośno śpiewała. Mamy to nagrane!

Przypominam sobie opowieści starszej koleżanki, jak to mając "dom otwarty" usypiała córeczkę w jednym pokoju, gdy w drugim startowała domówka. Taki pomysł z Wiertką z gruntu okazałby się niedorzeczny. Im dłużej trwało spotkanie towarzyskie, tym bliżej kierowała się ku fazie manii. Krzyczała, śpiewała i skakała. Na szczęście w duecie z małą Ba. Nie mam mowy, by poszła w miejsce odosobnienia, gdy tu dzieje się coś tak super.

Po 21.00 goście pożegnali się. Podziękowałam jednej z koleżanek za pomoc w sprzątaniu i zmywaniu, bo dopóki w mieszkaniu był ktoś "z zewnątrz", Wiertka by się nie wyciszyła. W kilka sekund po wyjściu ostatniego gościa, była już spokojna. Ale teraz nikt już się chyba nie dziwi, że po dniu z nią, czuję się czasem jak po imprezie techno. Koleżanki uznały, że Wiertka ma silny i mocny charakter. Może więc nie jestem taka nieudolna wychowawczo, tylko materiał mam trudny.

A może Wiertka tak się zachowuje, bo rzadko bywają u nas goście? Odbija jej? Są dwa rodzaje ludzi uwielbiających spotkania z innymi i zapewne tu leży granica intro- i ekstrawersji. Jedni lubią mieć dom pełen gwaru i ludzi, dla innych dom to ukryta gawra, gdzie się zażywa ciszy i ukrywa. Ja należę do tych drugich. A szkoda, bo takie spotkania u mnie mogłyby być częściej.

W nocy obudziła mnie moja wątroba, która w podzięce za wieczór chciała mi wyrecytować limeryk swojego autorstwa. Na szczęście nie okazał się być limerykiem plugawym i po kilku sekundach ponownie zasnęłam :)

20:27, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 października 2013
Można? Ojej, można - o zajęciach w przedszkolach

Na początku roku szkolnego w przedszkola przeszła fala strachu i paniki z powodu wycofania płatnych zajęć dodatkowych. Temat przewałkowany, więc przejdę do etapu drugiego. Bo zaraz za tym, pojawiły się plakaty reklamujące zajęcia dodatkowe w okolicy. Sprytny ruch.

Niestety, wiem, że daje się ponieść fali narwanych matek, które boją się, że wychowanie na "szlachetnego dzikusa" nic nie da w tym okrutnym świecie. Sama nie uważam, że do zerówki siedziałam w domu i wyrosłam na super człowieka. Nie, latami walczyłam z patologiczną nieśmiałością, a brak zajęć ruchowych (nikt z rodziny o to nie zadbał) uczynił ze mnie pokrakę przykrywającą tą sromotę intelektualnymi dywagacjami.

Tylko, co wybrać dla dziecka? Sąsiadka posyła córkę na angielski... Nie wyślę i Wiertka nie znajdzie dobrej pracy, da sobie radę tylko na zmywaku. Może lepiej chiński, albo arabski - obie pójdziemy się uczyć ;) Dyrektorka przedszkola twierdzi, że w tym wieku najważniejsza jest rytmika i korektywa. Jako zerowy kinestetyk zgadzam się z tym. W Domu Kultury ruszają zajęcia taneczne z elementami baletu, w ośrodku tuż obok przedszkola zajęcia ruchowe z elementami cyrkowymi (bezpłatne), jest jeszcze pomysł lekcji pływania dla czterolatków (ja boję się wody). Resztki rozumu mówią mi, że dla takiego malucha jedno popołudnie zajęć dodatkowych wystarczy, dwa to już będzie balansowanie na granicy.

Dygresja. Pamiętam materiał na temat tego jakie to zajęcia dodatkowe są super. Przykładem byli rodzice z 7-8 letnią córką. Dziewczynka dwa razy w tygodniu chodziła - tu już nie pamiętam, takie przykłady - na lekcje tenisa, dwa razy w tygodniu na lekcje fortepianu i raz w tygodniu na jazdę konną. Nie wiem, co robiła w weekendy. To niemożliwe, że nic. Oczywiście, dlatego chodziła, bo lubi tenis, fortepian i konie. W toku rozmowy z rodzicami okazało się, że tata dziewczynki w dzieciństwie marzył  tenisie, a mama chciała mieć fortepian... Jedynie konie były autorskim pomysłem dziecka.

Dobra. Pływanie odpadło na starcie, bo najdroższe i najdalej trzeba jechać. Zajęcia cyrkowe, kilka sekund drogi z przedszkola, o 17.00. Byłyśmy dwa razy. Okazało się, że Wiertka nie chce robić ćwiczeń z wszystkim, ma własne pomysły na zajęcia i jest chyba po prostu za mała. Chce bym też siedziała na sali, bo krępuje i mnie, i prowadzącą. W dodatku, pani zwraca uwagę, że mała jest niedobrze skoordynowana ruchowo i trzeba z nią ćwiczyć. Nie, to nie macierzyńska ślepota każe mi uważać, że pani jest miła, ale nie ma podejścia do takich maluchów. Z tymi powyżej 5 lat fajnie pracuje.

Wreszcie balet. O 17:15, godzina trwania (można coś poczytać) i trzy przystanki autobusem do przejechania. Wiertka lubi te zajęcia, choć męczy mnie bym jej kupiła różowe baletki i jest trochę zawiedziona, że nie przeszli od razu do skoków, piruetów oraz podrzucań :) Obejrzała kiedyś bajkę z serii "Barbie" o baletnicach i podglądałam z łazienki (z wanny) jak podskakuje po pokoju, próbując naśladować tańczące bohaterki :) Na razie pokazuje mi jakieś ćwiczenia w stylu "kijek, szato", czy jak tam się zwie. Z urywków rozmów rodziców na korytarzy słyszę coś jak "szkoła baletowa", "Moliera", ale nie daje się zwariować.

Co do przedszkola, medialnego pisku, wyrywania włosów i płaczu. Na początku października pokazała się rozpiska pokazująca, kiedy która grupa ma: rytmikę, korektywę, zajęcia taneczne. Bez dodatkowych opłaty. Można było? Ojej, można.

20:14, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 października 2013
Mesdame Premiere...

Dwie ostatnie środy spędziłam w Zamku Królewskim. Trafiłam na informacje o wystawie obrazów związanych z Marią Leszczyńską, jej życiem, bliskimi, rodziną i czasami. Wystawa jak wystawa, za to ma fajną listę wydarzeń dodatkowych. W środy wykłady, w niektóre niedziele spotkania.

Tydzień temu tematem były kochanki Ludwika XV. W sumie rzecz, którą obczytałam w różnych opracowaniach, ale miło posłuchać jeszcze raz  losach Madame de Pompadour lub du Barry. Ta pierwsza była w dodatku realistką, gdy ogień namiętności zgasł, zamiast dać się wymienić na nową kochankę zorganizowała królowi pałacyk, do którego ściągała młode dziewczęta. To tylko we Francji - król posiada małżonkę, oficjalną metresę oraz rzecze przelotnych kochanek. Biedny człowiek ;) 

Historia wejścia na tron Ludwika XV to historia na powieść, gdyby nie wymyśliło jej życie. Mamy dwór Ludwika XIV, jego syna Delfina, jego wnuka, małżonki wnuka (ulubienicy króla) oraz dwóch malutkich prawnuczków. Na dwór spada ospa. Najpierw umiera Delfin, chwilę potem jego ciężarna synowa, za nią podąża pielęgnujący ją mąż (czyli syn Delfina, kolejny do tronu po starym królu). Zaczynają chorować na ospę dwaj prawnukowie Ludwika XIV. Starszy leczony tradycyjnie - upustami krwi i wymiotami - szybko odchodzi z tego świata. Z najmłodszym z dynastii, piastunka zamyka się w pokojach, nie dopuszczając lekarzy. Ludwik XV przeżywa i jako dziecko obejmuje tron po pradziadku. Rzadko chyba zdarzało się tak w historii (lub wcale), żeby tronu doczekał dopiero prawnuk.

A przecież przez pierwszą dekadę Ludwik XV był oddanym, kochającym i wiernym mężem dla starszej o siedem lat małżonki - Marii Leszczyńskiej. Zaowocowało to dziesięcioma porodami w ciągu dziesięciu lat. O tym był wczorajszy wykład - o dzieciach Marii i Ludwika. Osiem córek, dwóch synów i tylko dwoje dzieci zmarło w dzieciństwie. Streszczać nie będę. Napiszę tylko, że córki oprócz imion dostawały numery :) - Mesdames Premiere, Seconde, Troisiere (pierwsza Trzecia zmarła i numer odziedziczyła następna), Quatrieme i tak dalej. Gdy narodziła się Ósma, żartem spytano króla, czy nada jej przydomek Córka Ósma - odparł, że Córka Ostatnia.

Dwór musiało posiadać każde królewskie dziecko, a składał się on z kilkudziesięciu, a nawet ponad stu osób. Cała rzesza księżniczek nadwyrężała kasę królewską, więc - by zaoszczędzić - cztery najmłodsze wysłano do szkoły przy klasztornej. Na dwór wróciły jako nastolatki.

Za mąż, nieszczęśliwie w dodatku, wyszła tylko najstarsza. Pozostałe sześć zostało na dworze, wspierało matkę przeciw rozwiązłemu życiu ojca i intrygowało przeciw jego kochankom. Ówcześni kronikarze nie obeszli się z nimi dobrze - i Maria, i jej córki posądzane były o dewocję, zbytnie oddanie wierze, oraz brak wyczucia mody. Jak się przyjrzy powieściom i zapiskom o życiu ówczesnego dworu były jak prowincjonalne aktorki na imprezie celebrytów znanych z tego, że są znani.

A kalendarz imprez na Zamku jeszcze się nie kończy :) Choć nie wszystkie tematy mnie interesują.

20:39, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 października 2013
O pochwale świata wirtualnego

Wpis ten będzie dedykowany Sokramce oraz Brommbie, z którymi spędziłam przemiło wczorajszy wieczór :) Było piwo, pogaduchy i historyjki z życia, fascynujące, aż szkoda, że nie można ich przetworzyć literacko :)

A obydwie najpierw poznałam jako wirtualne byty - albo na forum, albo na blogu. Popularne jest stwierdzenie, że fora społecznościowe, internetowe platformy kontaktowe spłycają kontakty międzyludzkie, zatrzymują ludzi w domu, kuszą do fałszywej autokreacji. Generalnie, w dobrym tonie jest konta nie miewać i pielęgnować prawdziwe życie towarzyskie.

Tymczasem przeglądam sobie moje zapiski z czasów licealnych, lat 1992-94. Czasów, gdy telefony stacjonarne miało niewielu (moja rodzina nie posiadała), nie pisząc już o komórkowych, czy internecie. I czytam jakie czasem miałam poczucie osamotnienia i dziury towarzyskiej. W roku szkolnym było ok - znajomych widywało się na lekcjach, na przerwach, przepływ informacji był szybki. Od razu wiedziałam, gdzie i jaka będzie impreza, spotkanie. Latem utykałam w rodzicielskim siole pod Miastem, kontakty się urywały, bo zadzwonić było trudno. Nagle zapadała taka okropna cisza. Osierocenie. Przypominam, że byłam nastolatką, a wtedy relacje społeczne bywają ważniejsze niż rodzinne.

Miałam znajomych w swojej okolicy, ale znowu - rozgryzanie, do kogo tym razem poszła "paczka", potencjalne lokalizacje rozrzucone były na terenie całego miasteczka. Większość tamtejszych znajomych, choć rówieśnicy, już zakończyła edukację i poszła do pracy. Byli albo w pracy, albo często zmęczeni.

Tak, łatwo wychwalać te sielskie czasy. By pielęgnować z kimś kontakt trzeba się było nabiegać, czyli na prawdę dać dowód, że ci na tej osobie zależy. Jednak porównuję je do dzisiejszej sytuacji, gdy po prostu wysłałabym lub dostała SMSa, wymieniała maile, albo sprawdziła info na FB. Wszystkie informacje dostawałabym w czasie rzeczywistym. Wiem, że to ma także swoją mroczną stronę - publikacja publiczna obciachowych zdjęć z imprezy, ostracyzm towarzyski x 100, bo widoczny dla wszystkich, gdy wycinają cię z FB lub piszą obraźliwe teksty.

Jednak na poziomie komunikacyjnym tamtych czasów nigdy nie poznałabym Sokramki, Brommby i wielu, wielu innych cudownych osób.

W życiu tak bywa, że znajomi wykruszają się, odpadają z jakiś przyczyn, niektóre relacje się rozluźniają. Po 20-30 latach nagle pozostaje ci tylko 2-3 osoby, a czasem nikt. Widziałam to po mojej mamie, której w końcu zostały tylko relacje rodzinne. Siedzisz w pokoju, z którego powoli wycieka powietrze.

A w moim pokoju jest szeroko otwarte okno :)

12:42, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 października 2013
Macierzyńsko - towarzysko

Ostatnie popołudnia miałam zajęte.

We wtorek, razem z Wiertką, pojechałyśmy do kawiarni na spotkanie Klubu Czytelniczego. Najpierw dyskutowałyśmy o powieściach z A na jej zajęciach. Tak ją zachwyciła ta idea, że potem zorganizowała spotkania w klubie, gdzie zapraszała znajomych pisarzy, by dzielili się swoimi ulubionymi tytułami. Nie udało mi się tam dotrzeć, bo w tych terminach zawsze miałam dziecko w domu, a miejsce i formuła wydawały mi się nieodpowiednie, by przeszkadzać tam obecnością dziecka. Klub został wyrzucony z lokalu i teraz nasze spotkania stały się nieformalne.

Tym razem było w kawiarni Muzeum Etnograficznego, następnym już w prywatnym mieszkaniu. Zadanej lektury nie przeczytałam, ale bardzo chciałam podtrzymywać kontakt z A i dziewczynami.

Wiertka dostała pucharek lodów, potem tosty - najlepiej zająć ją jedzeniem. Bałam się, że zepsuje atmosferę spotkania. Matki żyją w pewnym Matrixie, gdzie "powiedzonka maluszka", to kultowy tytuł satyryczny, a jego wcinanie się w dyskusje dorosłych, to zabawny przerywnik, coś jak reklamy i to te z wyższej artystycznie półki. Aż tu niespodziewanie okazuje się, że takowa matka jest już w Zion'ie, gdzie jest zimno, ubrania przypominają szmaty, a jedzenie nie ma smaku - czyli otoczenie odbiera jej maluszka jako irytujący nagniotek, ale z uprzejmości stara się tego nie okazywać. Nie chciałabym, żeby moje dziecko psuło literackie dyskusje. W czym nie ma jej winy, bo czterolatki są jakie są.

Nie było tragicznie. Po szybkiej konsumpcji, dwóch czy trzech okrzykach do towarzystwa "nie gadać, ciiii", zajęła się maskotkami, które były wyłożone obok. Kawiarnia pomyślała także o najmłodszych.

Zawaliłam jej wieczór niestety. Po przedszkolu zajrzałyśmy do sklepu kupić nowe kapcie, bo stopa wystrzeliła w kilkanaście godzin. Potem podskoczyłam do ginekolog odebrać wyniki badań i przy okazji zaznajomić moją córkę z typem gabinetu, który kiedyś będzie odwiedzać. I dopiero wtedy podjechałyśmy do kawiarni literackiej.

Gdy wracałyśmy podziękowałam Wiertce, że towarzyszyła mi na spotkaniu. To był wyczerpujący dzień. W dodatku, tuż przed przystankiem tramwajowym pod Placem Zamkowym okazało się, że trzeba wysiąść. Minęłyśmy człowieka potrąconego przez autobus. Nic nie mogło przejechać, korek, tłumek ludzi. Przyjechała karetka, a Wiertka naocznie zobaczyła, co znaczy gdy wyje sygnał - ratuje się człowieka.

Na szczęście następny wieczór spędziłam z ojcem, który daje jej raczej przewidywalny plan dnia.

A moje środowe wyjście oraz kwestię zajęć dodatkowych dla przedszkolaka, czy dzisiejszy balet Wiertki poruszę już w którymś z kolejnych wpisów.

20:43, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 października 2013
Szpital w domu, cz. 2

Ostatnie dni przechorowane w domu.

Infekcja Wiertki objawiała się lekką gorączką wieczorami, wymiotami po czymkolwiek mlecznym (próba w czwartek) oraz obniżoną energią. Nie przeszkadzało mi to, bo sama przeczekiwałam katar, i poiłam się syropkami na kaszel. Też nic mi się nie chciało, oprócz leżenia pod kocem i czytania gazet albo oglądania ciągu sitcomów. Kusiło by włączyć dziecku kilkanaście bajek pod rząd, ale walczyłam z tym.

Najtrudniej było w czwartek, gdy energia mojego dziecka podskoczyła na jakiś czas do poziomu zdrowia, a moja ciągle jeszcze pikowała w dół. Chorowanie, gdy w domu jest przedszkolak jest do dupy :) Generalnie, moje dziecko infekcję przeszło łagodniej i szybciej ozdrowiało. Niezbyt optymistycznie to dla mnie brzmi.

W piątek zajrzałam na dwie godziny do pracy. Z małą posiedział jej tata. Przywiózł też drobne zakupy, bo myślał, że już głodem przymieramy :) Do biura pojechałam zrobić kilka pilnych telefonów, wypełnić umowy. Co dało się zrobić mailem, robiłam z domu. Paranoiczne czasy, gdy twoja czterodniowa nieobecność w pracy przyprawia cię o obawę przed utratą posady (umowę mam do końca miesiąca). Boję się, że będą za to mieli do mnie pretensję. I pewnych rzezy nie potrafiłam tak zostawić na kilka dni - kwestie umów z klientami, dostaw. O pracy pewnie jeszcze będzie.

Na weekend Wiertka pojechała do swojego taty. W sobotę robiłam to wszystko, czego nie lubią w kobiecie mężczyźni. Nie sprzątałam (trochę wcześniej ogarnęłam), leżałam na kanapie pod kołdrą, czytałam gazety, oglądałam maraton sitcomu na kablówce i generalnie miałam wszystko gdzieś.

Jestem chora, wolno mi. Z doświadczenia wiem, że jeśli nie zduszę kaszlu na początku, będzie mi rozrywał klatkę piersiową i przeponę tygodniami.

Niedziela miała przebiegać prawie podobnie, z drobnymi modyfikacjami w kierunku rzeczy bardziej kreatywnych. W trakcie pisania tego tekstu dostałam telefon od Byłego, że pojechali wszyscy odwieźć Młodą (starszą siostrę) na bieg "Biegnij Warszawo" i w drodze powrotnej Wiertka zwymiotowała. Może to choroba lokomocyjna, może efekt mleka na śniadanie. Zapewne mieszanina jednego i drugiego. Zajrzeli po drodze by ją przebrać, wyczyścić fotelik i samochód. Jak zobaczyłam ja taką zabrudzoną, to machnęłam ręką i powiedziałam, żeby już została.

I teraz woła mnie do puzzli :)

12:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi