To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 30 października 2014
Z dzieckiem u lekarza

Chodzenie z dzieckiem do lekarza przypomina łańcuszek. Już kiedyś wspominałam o badaniach słuchu, laryngolog, nawracającej wodzie w uszach, katarze uznanym jako winny. Taki skrót.

Na sierpniowej wizycie kontrolnej u otolaryngolog, ta wypisała skierowanie do alergologa. Podejrzewała, że zapchany nos dziecka, słaba umiejętność jego wydmuchania, a co za tym idzie zbieranie wody i niedosłuch, mogą mieć swoje źródło w alergii. Ja zaczynałam pracę, na tej wizycie był z dzieckiem jej ojciec. Nie powiedział, po co konkretnie to skierowanie i jak wyszły badania kontrolne słuchu, oględziny.

Pani alergolog była chyba zestresowana. Ja także bym była, gdyby mi wpisywać pacjenta co dziesięć minut, gdy standardowa wizyta, z potraktowaniem pacjenta poważnie powinna trwa 20-30 minut. My, na szczęście byłyśmy wpisane jako drugie, więc opóźnienie miałyśmy małe. Pod gabinetem dowiedziałam się, że poślizgi bywają nawet 1,5 godzinne. Państwowa służba zdrowia.

Pani doktor już antycypowała stres, który ją czeka pod koniec dnia, bo znalazła u mojego dziecka kilka dodatkowych problemów. Stąd o tym łańczuszku.

- Dlaczego to dziecko takie blade? Morfologię trzeba zrobić? Któreś z państwa jest blade?

A nie widać po mnie? Nawet opalona, jestem biała jak stolnica posypana mąką.

- Ona ma powiększony migdał. Lekarz nic nie mówił?

Nie mówił. Wiertka jest oglądana od lat przez pediatrę i nic nie było o powiększonym migdale. A niestety, zdarza jej się chrapać w nocy i spać z rozchyloną buzią.

A tak, w ogóle, to po co ten otolaryngolog dziecko tu przysłał? Coś mówił konkretnie? To jakie było to badanie słuchu? Jakie dziecko brało leki przepisane przez niego? 

- Nie pamięta pani???

To było na początku roku. Zaangażowana matka robi lekomański pamiętniczek dziecka, wpisując co łykało i kiedy.

Zła matka. Bardzo zła matka :)

Dostałam plik recept, zalecenia, co i jak. Szczerze, pogubiłam się w tym. Dziecko ma teraz suchy nos. Rzeczywiście, skończył się sezon alergiczny i jest ok. Czy mam ją tym faszerować, jak dostanie kataru, czy profilaktycznie? 

Oprócz tego, mam powtórzyć badania słuchu, zrobić rtg dróg nosowo-gardłowych, pokazać migdały pediatrze, że morfologię przemilczę.

Czy my byliśmy zdrowszym pokoleniem, czy dzisiejsi lekarze są tacy gorliwi? 

Do pediatry pójdę. Zbliża się termin szczepienia i przy okazji można porozmawiać na temat migdałów i cery mojego dziecka. Bo jeśli rzeczywiście coś jest nie tak? Może dlatego ostatnio jest taka zmęczona i zasypia czasem koło 18:00? Badanie słuchu powtórzę, bo znowu mam wrażenie, że mała przygłuchła. I to rtg.

Dobra matka, chyba nie chodzi do pracy :)

Wiem, że wiele matek byłoby sytuacją przejęte i nadałoby wreszcie sens swojemu życiu. Wiem też, że są matki, które na prawdę borykają się z poważnymi chorobami dziecka. Chętnie bym się zapewne zamieniły na banalną alergię.

15:44, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 29 października 2014
Gdzie byłam, jak mnie nie było?

- Gdzie byłam, jak mnie nie było? 

Moje 5-cio letnie dziecko próbuje ogarnąć, co z bytem przed bytem. To gdzie będzie, gdy jej nie będzie, nie interesuje jej jeszcze.

Ja próbuję ogarnąć, gdzie będę, kiedy mnie już nie będzie. To, że kiedyś mnie nie było, przestało być zmartwieniem.

Nie pamiętam, który z filozofów argumentował, że skoro nie martwi nas, że doznawaliśmy świata przed narodzinami, to nie ma co się martwić, że nie będziemy go doznawać po śmierci. Bo to ten sam stan.

Takie refleksje naszły mnie pod wpływem lektury najnowszej "Polityki", gdzie pojawiły się artykuły pod tematykę Dnia Zmarłych. Pojawiło się tam stwierdzenie, że w obliczu śmierci najwięcej hartu ducha zachowują osoby wierzące i ateiści. Oni się jej nie boją. Ja to rozumiem. Są to dwie grupy mocno przekonane o tym, co dalej. Ktoś kiedyś stwierdził, że ateizm to forma wiary :) Równie wojownicza, co inne religie :)

A my agnostycy chwiejemy się, niepewni i wątpiący. Moje serce nie zgadza się na śmierć, jako absolutny koniec wszystkiego. Moja głowa nie przyjmuje istnienia świata zmarłych. I tak boję się. I nie mogę pogodzić się, że kiedyś umrę. 

15:54, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 28 października 2014
Urzędowo 3

A co tam. Dopiszę, jak to tam w sprawie podatku z garaż i zaległą płatnością z Urzędu Pracy było :)

Poszłam do Urzędu Dzielnicy, garaż zgłosiłam. Dokumenty przyjęli i usłyszałam, że mam czekać aż sprawie nada się bieg, naliczą mi podatek i dostanę kwotę do zapłaty. Coś mnie olśniło i dopytałam się, ile to może potrwać.

- Kilka miesięcy. Na pewno w przyszłym roku.

Odrzekłam, że nie ma mowy, bym tyle czekała. Podobno mają sporo takich spraw i są zakopani w papierach. Dopisałam na wniosku, że sprawa pilna, bo garaż będzie sprzedawany.

Garaż sprzedałam, pieniądze dostałam. Na umowie jest adnotacja, że podatek od nieruchomości do końca 2014 opłacę ja. Kilka dni temu przyszło pismo z Urzędu Dzielnicy, że sprawie nadano bieg. Ciekawe.

Urząd Pracy. Dowiedziałam się, że moje dokumenty są w urzędzie A, choć podpadam terytorialnie pod B. Pojechałam do A. A tam... powiedzieli mi, że dokumenty od 4-go września są w jednostce B (druga strona miasta) i mogę tam pojechać załatwić sprawę. Sytuacja jak z Kafki - pojadę do B, a tam znowu mnie odeślą, bo przecież szukali. Wiele się pisze złego o urzędniczkach z Urzędu Pracy, ale nie mogę narzekać. Ta w A trzy razy wychodziła i szukała moich dokumentów po różnych działach budynku. W końcu sama zadzwoniła do drugiej jednostki, znalazła osobę kompetentną. Proste to nie jest, a wie to ten, kto próbował się dodzwonić do UP w moim mieście. Wpada się na infolinię, gdzie konsultant ustala i decyduje, czy wolno połączyć z kimś z biura. Bez znajomości numeru wewnętrznego jest się bezsilnym.

Podsumowując. Moje dokumenty rzeczywiście były w punkcie B, tam gdzie byłam już ze trzy tygodnie temu. Utknęły w jakimś tajemniczym dziale. Panie załatwiły sprawę przez telefon. Skontaktowały się ze mną też telefonicznie, bo przecież musiałam już jechać do pracy po godzinie siedzenia tam. Pieniądze zostały przelane tego samego dnia :)

Przy okazji znowu znalazłam kartkę z informacją o dodatku motywacyjnym - dla bezrobotnego, który znajdzie pracę w trakcie pobierania zasiłku i chyba znowu uda się to załatwić.

16:54, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 października 2014
Out of the ash

Zebrałoby się kilka tematów na wpisy, ale na razie skupiam się na czymś innym. Czymś innym jeśli chodzi o pisanie :)

Na razie przechodzę też adaptację do tej trudniejsze części jesieni. Gdy liście prawie wszystkie opadły, temperatura zleciała za nimi. A słońce też tkwi nisko, padając promieniami tak, że widać szyby nie umyte. Zmrok zapada wcześnie, a do najkrótszego dnia w roku ciągle jeszcze daleko.

Taki mój prywatny atawizm. Co roku o tej porze (rok temu chyba nawet wcześniej) mam w sobie lęk, że nie zobaczę już wiosny, ani lata. Tak utknę w tej jesienio-zimie na wieczność. Wiem, że są ludzie, którzy na prawdę słyszą teraz diagnozę o chorobie, która zabierze ich z tego świata przed wiosną. I to jest dopiero smutne. A nie jakieś tam obawy i wymóżdżanie sobie problemów.

Bo moje życie finansowe i zawodowe ciągnie się tak do miesiąca na przód. Dalej nie mam pojęcia. Może zdarzyć się wszystko. Nie mogę nic w życiu zaplanować. Nawet wiosny.

Żeby dodać swojemu życiu jakiegoś sensu chodzę na warsztaty pisarskie co wtorek, zajęcia genderowe (o kobietach na skraju załamania nerwowego w literaturze oraz debatach feministycznych), przepisuję z rękopisu swoją powieść i nawet wiersze się snują. Finansowo wychodzi chyba tak samo, jak wizyty u psychiatry i środki antydepresyjne :)

A na zakończenie wpisu cytat z "Lady Łazarz" Sylvii Plath, wiersza pisanego szarą jesienią, jako wyzwanie rzucone zimie. Brak pokory został ukarany, Sylvia nie dożyła wiosny. Ostatnie linijki, w oryginale brzmią lepiej, w dodatku jak się ich słucha czytane przez autorkę:

Out of the ash
I rise with my red hair
And I eat men like air


Z popiołu
Wstanę płomiennowłosa
By połknąć mężczyzn jak powietrze


13:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 października 2014
Liść glonu

Wczoraj moje dziecko, zaraz po wyjściu z przedszkola oświadczyło, że na jutro musi przynieść liść glonu i dwóch innych drzew. Jakich drzew, nie pamięta, ale nie mogły to być jakiekolwiek. Te konkretnie. Nie przejęłam się. W przeciwieństwie do Wiertki, która bała się, że pani będzie zdenerwowana. Niezłą atmosferę już tam wprowadzają.

Postarałam się podejść do sprawy poważnie, bo fakt, że dziecko samo z siebie mówi, co jest zadane, jest cudem, który trzeba pielęgnować i podtrzymywać. Sama pamiętam z podstawówki te urocze wieczory, gdy ja o 20:00 oświadczałam rodzicom, że na następny dzień muszę mieć krepinę w czterech kolorach, a oni dostawali piany :)

Kłopot w tym, że straciłam kontakt z naturą i nie ma pojęcia jak klon wygląda. Bo to raczej klon miał być :) Nie mówiąc o dwóch innych nieznanych drzewach. W takim razie, zaproponowałam, że znajdziemy w internecie zdjęcie liścia klonu, przerysujemy, pomalujemy i wytniemy. Potem poszłyśmy na zajęcia muzyczne, obiad w domu i wyleciało mi z głowy.

Przed snem jeszcze sprawdziłyśmy ten klon i okazało się, że bukiet z liści klonu stoi w wazoniku, przyniesiony z jakiegoś spaceru :) Napisałam jeszcze na FB do jednej z mam, co to za dwa inne drzewa miały być.

Porankiem sprawdziłam odpowiedź, że miał to być liść dębu i kasztanowca. Jako, że mój kontakt z przyrodą nie poprawił się przez noc, nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie są najbliższe dęby i kasztany :) Poprzedniego dnia mała była przeciwna, ale rano dała się przekonać, że w zastępstwie zaniesiemy liście brzozy i jarzębiny. Na te drzewa moje rozpoznanie się rozciąga :)

W szatni jeszcze zamieniłam kilka zdań z inną mamą, która ode mnie dowiedziała się o liściach i wybiegła przed budynek znaleźć jakieś trzy różne :) Ponarzekałyśmy, że takie zadania trzeba rodzicom bezpośrednio przekazywać, albo zapisywać. Przy okazji dowiedziałam się, że któregoś dnia dzieci miały przynieść zaadresowane koperty...

Zajrzałam z Wiertką na salę, by wziąć na siebie różnicę w liściach, bo moje dziecko ciągle nie było do końca przekonane, czy tak wolno. Pani ją pochwaliła i obiecała nagrodę za przekazanie informacji. Wychodzi na to, że miało to być ćwiczenie na pamiętanie o zadaniach domowych. Taki przedsmak szkoły.

A mama, z którą pisałam na FB, w drodze do przedszkola, o połowę krótszej od naszej, znalazła z synem liście - klonu, dębu, kasztanowca i jeszcze jakiś czwarty. Muszę się stanowczo podciągnąć, bo to dopiero początek zapewne. Już wczoraj dziecko pytało mnie, co to za ptak, a ja nie miałam pojęcia. Rozpoznaję tylko wróble, gołębie, wrony, sroki i bociany :)

17:28, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 października 2014
Urodziny Kinderniepodzianki

Pół roku temu nie udało nam się dotrzeć, bo Wiertka rozchorowała się tego samego dnia. Tym razem było ok. Wcześniej widziałam jakieś komentarze, więc mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać.

Wejściówki rezerwowałam miesiąc temu i wtedy były już tylko wejścia najwcześniej od 17:00. I to był ostatni dobry termin. Na szczęście dostać się do środka można było kwadrans wcześniej. Pierwsze wrażenie - potworny hałas. Okropny hałas. Nie dało się rozmawiać. Mała musiała mi krzyczeć prosto w ucho. Jak podejrzewałam część dzieci natychmiast odpadła, bo nie dało się w tym wytrzymać. Moje dziecko jest tak samo głośne i zdeterminowane. A ja miałam za sobą do kupy wiele, wiele godzin snu. Poszłyśmy dalej.

Na płycie Stadionu Narodowego było kilkanaście stanowisk z atrakcjami dla dzieci. A do wszystkich ogromne kolejki. W ogóle tłumy dookoła były jak za dobrych czasów Stadionu. Dotarłyśmy do karuzeli. Dwadzieścia minut w kolejce i dziecko chwilę pojeździło. Potem wysoka dmuchana zjeżdżalnia. Kolejka do niej zakręcała wężykiem cztery razy. Małej to nie zniechęciło. Czekała cierpliwie, oglądając program artystyczny - odbywał się na głównej scenie, ale pokazywały go telebimy. Na prawdę podziwiam determinację mojej córki, bo część dzieci nie dała rady, płakała (z komentarzy na FB). A mała trochę potańczyła, poskakała i wreszcie dotarłyśmy do zjeżdżalni. Po godzinie czekania... Jakiś czas przedtem zamknięto kolejkę.

Ostatnich gości wpuszczano na godzinę 19:00. Kolejki do atrakcji zablokowano po 18:00. Uroczystość miała trwać do 20:00. Nie ja jedna pytam się, po cholerę dawano ludziom nadzieję, rozdając bilety na samo zakończenie?

O 18:00 rozpoczął się finałowy koncert gwiazdy wieczoru - Majki Jeżowskiej. Pobujałam się trochę przy melodiach z dzieciństwa, w nowych aranżacjach :)

Dziecko było już tym wszystkim zmęczone i postanowiło, że po zjeżdżalni wracamy do domu.

Przy wejściu na dmuchaną zjeżdżalnię kłębił się tłumek. Nie załapałam od razu, gdzie tak na prawdę wpuszcza się dzieci, gdzie wychodzą. Tylko posłałam małą. Próbowałam zrobić jej pamiątkowe zdjęcia. Trochę mnie poniosło, niestety. Nagle zauważyłam, że dzieci zakładają buty. Wyciągnęła szyję, czy jest tam moje dziecko. Patrzę na zjeżdżalnię. Wchodzą nowe dzieci. Przepycham się. Nie ma mojej córki. Nie ma jej butów. Animatorka patrzy i kręci głową. Tu dzieci od cholery, jak zapamięta moje? Pytam kogoś z obsługi obok. Też kręci głową, a w oczach ma: "tu jest tysiąc dziewczynek w różowej spódniczce".

Poczułam bezradność. Ogromna płyta Stadionu. Setki ludzi. Tłum. Ona może być wszędzie. Mogła pójść szukać mnie w każdą stronę. I nagle słyszę ze sceny panią Majkę Jeżowską.

- Mamy zgubioną dziewczynkę. Powiedz jak masz na imię?

Puściłam się w stronę sceny rzucając "Przepraszaprzepraszamprzpraszam". Na telebimach widać było moje dziecko, trzymane za rączkę przez gwiazdę wieczoru. Gdybym miała tupet, to bym się zatrzymała by zrobić zdjęcie :) Wiertka ładnie powiedziała swoje imię, oraz imię mamy. I akurat zdążyłam dopchać się pod scenę. Moje dziecko miało poważną minę i kąciki ust drgały jej już ku dołowi. Chyba nie tak chciała wejść w świat wielkiej sceny :)

Mam nadzieję, że nikt z czytelników bloga nie był wtedy obecny i nie zostałyśmy zapamiętane.

Dziś rano, w drodze do przedszkola, mijałyśmy tatę koleżanki Wiertki z grupy i wspomniał to z uśmiechem. Ciekawe, ilu sąsiadów jeszcze wtedy było :)

Jeszcze spotkałam dawną znajomą. Wymieniłyśmy kilka zdań ucho w ucho. Posiedziałyśmy chwilę z Wiertką do końca koncertu i załapałyśmy się na deszcz z balonów.

Żeby oddać sprawiedliwość, to dzieciom rozdawana była książeczka z zadaniami, zabawki do złożenia z papieru, korony. Były bańki, szczudlarze, tablice do pisania kredą - rzeczy, do których nie było kolejek.

Wejściówka upoważniała do 2,5 godzinnego pobytu na urodzinach. W tym zakresie czasowym, przy tych kolejkach, dałoby się skorzystać może z 1/3-1/4 atrakcji. I nie mam pojęcia, jak niby egzekwowano opuszczenie imprezy po tej godzinie. Zapewne sporo osób spędziło tam cały dzień.

Wiele nie oczekiwałam, a dziecko było zadowolone. I dobrze.

19:36, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
Ciemny weekend

Ostatni weekend przykryła jakaś gęsta mgła. I dni wcześniejsze trochę też.

W piątek dziecko zasnęło już o 17:50 i spało nieprzerwanie do soboty 6:00 rano. Ja coś jeszcze porobiłam, pisałam tu na blogu, ale głównie łupała mnie głowa, spadała koncentracja. Nawet nie była pewna, czy prawidłowo nazwiska piszę.

W sobotę dziecko obudziło mnie o 6:00, ale włączyłam jej bajki i poszłam dalej spać. O 9:00 nadal nie mogłam uznać się za wyspaną i wypoczęta. Kawa i sprzątanie. Wiertka sprzątała ze mną łazienkę i pokój. Chyba ma fazę na porządki :) Zauważyła nawet pomiędzy dwoma szafkami nieporządek. Normalnie bym to olała, ale nie chcę dawać dziecku złego przykładu. Tam też wyczyściłyśmy :) Usiadłam zmęczona z drugą kawą, poczytać chwilę pasjonująca powieść wiktoriańską (na najbliższe zajęcia). Potem, szybkie zakupy z dzieckiem, krótki spacer. Wróciłam do domu i musiałam na chwilę się położyć. Trzecia kawa by nie pomogła. Spałam 3,5 godziny... Nie do końca, bo czasem się wybudzałam, ale nie dałam rady wstać. Leżałam zawinięta w jakąś watę. Po przebudzeniu okazało się, że porządki odeszły w niepamięć, bo mała wykorzystała do zabawy dokładnie wszystkie zabawki jakie miała :)

Wiem, matki nie chorują, jak wmawia nam pewna reklama. Trzeba było wypić litr kawy, Trzeba było zadzwonić do dilera i coś wciągnąć. I być zwarta i gotowa. Nie wiem, dlaczego byłam przez część dnia nieprzytomna. Zwarte i gotowe siłaczki umierają przedwcześnie, bo przedkładają innych nad siebie. Hipochondrycy rozczulający się nad sobą, dożywają setki, bo kierują się głównie swoim samopoczuciem. Przeżyję zapewne wszystkich czytelników tego bloga.

W niedzielę obudziłam się wyspana, ale nie wypoczęta. Spacer z dzieckiem, plac zabaw, obiad gotowany w domu. I znowu na chwilę się położyłam. Tym razem tylko na niecałą godzinę. I dopiero wtedy poczułam się, jak normalny człowiek. A nie ktoś z poważnym ubytkiem krwi.

Smutne, że dopiero w niedzielę przed 16:00 mogłam cieszyć się weekendem i poczuć jak normalny człowiek. Gdy za moment do pracy znowu.

Nie tylko ja tak miałam. Wieczorem rozmawiałam przez telefon z przyjaciółką. Ją też w piątek zwaliło z nóg.

A o niedzielny popołudniu, w kolejnym wpisie.

19:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 października 2014
Słowo, którego nie ma

Słowo, którego nie ma - taka jest najkrótsza definicja tabu. Ponownie z opóźnieniem odnoszę się do gorących tematów. Bo może lepiej o nich mówić, gdy przestygłe.

Kilka dni temu, swoim wpisem na blogu, profesor Hartman złamał tabu. Napisał o kazirodztwie, nie w kategoriach kroniki kryminalnej, ale jako zjawisku. Poddając zjawisko pod dyskusję, a nie natychmiastowo zasnuwać milczeniem, ściągnął na siebie nie falę, nie tsunami, ale potop krytyki. Przeczytałam jego wpis już okrojony i ocenzurowany. Wyglądał trochę jak punktowy wyciąg z dawnej dyskusji. Wiem, że gdzieś jest oryginalny wpis, ale już nie miałam siły go szukać.

W niedawnej "Polityce" w obronie Hartmana wystąpił Ludwik Stomma, antropolog - całkowicie przychylając się do kulturowego źródła tabu kazirodztwa. Tłumaczył Levi-Straussem.

Patrząc kulturowo, granica kazirodztwa była zawężana i rozszerzana na różne, czasem dziwne sposoby. Najszybszy przykład, to dynastie egipskie. Inny to hiszpańska linia Habsburgów (ale do nich jeszcze wrócę, oj wrócę panie Stomma). W obu w związki wchodzili bardzo bliscy krewni (np. wujek z bratanicą). Z drugiej strony - Henryk VIII potrzebował dyspensy papieża by poślubić wdowę po bracie, Katarzynę Aragońską. W "Wojnie i pokoju" Tołstoja jest krótki wątek dwojga osób, które darzą się sympatią, ale nie może ona się przemienić w miłość, bo ich rodzeństwo jest sobie poślubione. Tu tabu kazirodztwa rozciąga się na osoby nie spokrewnione biologicznie, ale rodowo. A kontekst jest społeczny - nie wchodzimy w związki z bliskimi krewnymi, bo związki mają za zadanie łączyć rody, majątki, dążą do unikania zamykania się w endemicznych grupach. I dlatego pewne rody, klasy społeczne jednak to tabu łamią, bo nie powinny wpuszczać nikogo obcego w swoje szeregi.

Jest jednak też kontekst biologiczny. Łączenie się bliskich krewnych doprowadza do powstawania wad genetycznych. Tylko, czy natura sama zaprogramowała w nas ten hamulec, czy został on społecznie wpleciony? W jednej z socjobiologicznych książek jako argument za tabu jako hamulcem biologicznym podano przykład izraelskiego kibucu. Dzieci były tam oddawane przez rodziców w wieku kilku tygodni do wspólnego żłobka i wychowywały się cały czas razem rodziców widując może godzinę dziennie. Procent małżeństw pomiędzy tymi dziećmi był znikomy. Postawiono teorię, że w osoby z bliskiego otoczenia małego dziecka, z którymi widuje się od urodzenia, stają się dla niego aseksualne. Co ma zapobiegać zachowaniom kazirodczym w grupie.

Sama się do tego przychylam. Mój brat absolutnie nie pociąga mnie seksualnie. Gdy oglądam stary filmik, na którym mój ojciec jest w zbliżonym do mnie wieku, to z trudem uznaję w nim mężczyznę. Jednak gdyby los postawił teraz przede mną przystojnego mężczyznę, mówiąc, że to mój zaginiony brat, to ten zapewne wzbudziłby jakieś moje odczucia, które bym zdusiła na mocy społecznej wagi kazirodztwa. I w tym był brak problemu niemieckiej pary, której historia była przyczynkiem do pierwotnego wpisu Hartmana - rodzeństwo spotkało się pierwszy raz, gdy on miał 24 lata, ona 16 lat. Ona jest nieznacznie upośledzona umysłowo. Historia jak strzał w stopę dla dyskusji o kazirodztwie. Para doczekała się czwórki dzieci, aż w końcu mężczyznę zamknięto w więzieniu. Chyba nie za kazirodztwo, bo to pomiędzy pełnoletnimi osobami jest dozwolone.

Tyle, że właśnie te egipskie i hiszpańskie dynastie temu przeczą wersji hamulca biologicznego.

A wracając do hiszpańskiej linii Habsburgów. Skończyła się ona na Karoli II, który wyglądał tak:

I uwierzcie, że wygląd był jego najmniejszym problemem:

Karol był upośledzony umysłowo i zdeformowany fizycznie. Charakterystyczna habsburska warga przybrała u niego niespotykane rozmiary. Miał tak powiększoną żuchwę i obwisłą dolną wargę, że nie był w stanie żuć potraw ani wyraźnie mówić. Schorzenie powodowało również, że miał półotwarte usta i cały czas się ślinił. Współcześni naukowcy sugerują, iż hiszpański władca mógł cierpieć na akromegalię, chorobę spowodowaną przez nadmierne wydzielanie hormonu wzrostu. Król stracił zęby i wyłysiał przed 35. rokiem życia. Dwa lata przed śmiercią ogłuchł.

Piękna reklama kilku pokoleń małżeństw pomiędzy bliskimi krewnymi :) Szukając informacji do tego wpisu znalazłam jeszcze notkę o pierwszym małżeństwie Karola. Maria Ludwika na wieść o tym małżeństwie zemdlała. A jednak mąż ją hołubił, ona go polubiła, a gdy umierała, oboje czule się żegnali. Prawdziwa wersja "Pięknej i Bestii" :)

Tu dołączę kontrargument profesora Hartmana - zabranianie kazirodztwa z powodu efektów chowu wsobnego jest zachowaniem eugenicznym. Nie zabraniamy seksu osobom upośledzonym umysłowo, chorym psychicznie, czy obarczonym poważnymi wadami genetycznymi. Pozwalamy im na kontakty intymne mogące skutkować chorym potomstwem.

To w końcu kazirodztwo jest dobre, czy złe? Bo trzeba to jasno postawić. Hartman nie postawił i poszedł na medialny stos. Są czynniki społeczne i biologiczne by uznawać je za szkodliwe. Ja sama mam w sobie ogromny hamulec biologiczny wobec tego zjawiska. Problem jest, czy w ogóle jest sens dywagować filozoficznie na temat jakiegoś tabu, jak postuluje to profesor Hartman.

Bo skoro jakieś słowo - tabu - można wypowiadać, można je także wcielić w życie. Nie nazwane, nie ma swojej fizycznej reprezentacji. Albo wszyscy mocno chcą w to wierzyć.

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 października 2014
Bogowie i bogini

Nałożyły się na siebie dwa wydarzenia. Supermęskie i superkobiece.

W jednym mamy mężczyznę, który rzuca ostre słowa, krzyczy, pije, ale ma też charyzmę i nutę geniuszu. Swojemu geniuszowi oddaje się bez reszty. Jego rodzina podporządkowuje się temu. Tak na prawdę, to on nie ma rodziny. O tym, że Geniusz miał dwoje dzieci dowiadujemy się z materiałów prasowych, wywiadów. W historii opowiedzianej o nim, one nie występują. Nawet jako tło, jako dziesiąty plan, zdjęcia na ścianie. Być może to by zachwaściło scenariusz. A tak na prawdę, to te dzieci nie były do niczego potrzebne. I my to naturalnie przyjmujemy.

Z drugiej strony mamy Aktorkę. Była piękna, energetyczna, emanująca pozytywną energią, związana z przystojnym mężczyzną, który jest w stanie zabezpieczyć byt rodzinie, miała troje dzieci i poświęciła rodzinie jedną trzecią życia. I umarła młodo. Tak na prawdę nie dokonała wielu rzeczy. Nie dokonała niczego nadzwyczajnego. A reakcja na jej śmierć, w pewnym momencie stała się lekko nieadekwatna. Plakaty pożegnalne na mieście, księgi kondolencyjne oraz okolicznościowe wspominki innych z branży, którzy kiedyś tam, gdzieś tam z nią razem coś tam. Wielki szacunek dla rodziny Aktorki, że starała się tonować to szaleństwo i nie skończyło się kolejną Evitą, czy Lady Di. A potencjał był. Aktorka realizowała scenariusz życiowy, o którym marzy wiele kobiet. Jej życie było bajką. Brutalnie przerwaną. Dlatego bajką przepiękną i wyciskającą łzy. Bajką pokazującą innym kobietom, które zostawiły marzenia dla męża i dzieci, że ich życie może mieć jakiś sens.

Tylko, że klucz do takiej reakcji społecznej tkwił właśnie w tej hiperkobiecości. W tym stuleciu, dość krótkim zresztą, na raka odeszły co najmniej dwie aktorki, z dorobkiem bardziej znaczącym. Nie były młode, nie były tak wspaniałymi matkami. Żal widzów po nich był cichy i dyskretny. Oczywiście, że był.

Społeczeństwo docenia mężczyzn, którzy dokonują wielkich czynów, nawet po plecach swojej rodziny. Społeczeństwo kocha kobiety, które odstawiły karierę dla pielęgnowania rodziny. A media wzmacniają ten przekaz.

W każdej historii o ambitnej kobiecie, będzie wątek o tym jaką była matką. Choć delikatnie. Nikt nie zapłacze za aktorem serialowym, czy grajkiem, który odłożył pracę twórczą by kopać grządki i kisić ogórki, by następnie umrzeć w kwiecie sił.

Pamiętaj chłopczyku. Pamiętaj dziewczynko.

 

 

PS: Gdybym nie prowadziła bloga, który ma jednocyfrową liczbę czytelników, tylko popełniła ten tekst na Feminotece, czy Krytyce Politycznej, gdybym w dodatku była bardziej nośnym nazwiskiem, to bardzo prawdopodobne, że za powyższy wpis zostałabym zhejtowana. Ale na wszelki wypadek dodam, że bardzo podziwiam dokonania Geniusza i uważam Aktorkę za dobrego człowieka.

Naprawdę.

19:59, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 13 października 2014
Sałatka macierzyńska

Będzie lans macierzyński dla odmiany :)

Opowiadałam wczoraj Wiertce moje wrażenia z filmu. Streściłam, że to o lekarzu, który z jednego człowieka wyjmował serce, by włożyć je w ciało innego, który miał je chore.

- A skąd brali serce dla tego pierwszego? - dziecko zadało logiczne pytanie.

Wytłumaczyłam, że ta osoba była po wypadku, prawie martwa.

- Mogła się nie zgodzić. - skomentowała mała.

Jak widać, nawet pięciolatka wyczuwa problemy współczesnej transplantologii :)

I inna, jakaś makabryczna refleksja. Jeśli wiem, że moje dziecko, choć małe i po dziecięcemu inaczej świadome, nie zgadza się na oddanie jego organów po śmierci, to czy mnie wolno taką decyzję podjąć w tragicznym przypadku? Okropne rozważania.

Zaznaczam, że ja jestem za. Rozparcelujcie mnie po innych. Film przypomniał mi, że muszę, z którejś torebki, wyciągnąć, moją deklarację dawcy. Stara, dziesięcioletnia, wyświechtana.

***

 

Wczorajszy wieczór, Wiertka ogląda bajki w telewizji. Nagle zrywa się z kanapy:

- Mamo, ja już wiem jak posprzątać. Bo ja myślałam. Prawda, że lepiej sprzątać myśląc?
I poukładała zabawki. Oczywiście, zastanawiała się, jak tu poukładać te zabawki :)

 

***

 

Dziś czytałam jej rozdział, z pewnej wybranej przez nią książeczki. O książeczce będzie jeszcze przy innej okazji. Czytam o samolubie, tłumaczę co to za osoba - kocha tylko siebie, nie lubi innych ludzi.

- Ja jestem samolubem. - zaskoczyło mnie moje dziecko.

- Dlaczego?!

- Bo kocham tylko siebie. - i zaraz dodaje - I mamę, i tatę, i dziadka.

Naprawdę :)

19:27, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi