To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 31 października 2015
O dziecięcej konsekwencji

Nowy rok szkolny, nowe start w zajęcia dodatkowe dla dziecka. Od nowa obawa, że jak będzie się po prostu bawić, to zmarnuje życie :)

Te zajęcia są akurat na terenie szkoły, w godzinach pracy świetlicy. Uznałam, że lepiej żeby Wiertka coś robiła sensownego, zamiast tkwić w tym ulu.

Zajęcia sama wybrała - judo i siatkówkę. Zajęcia tej drugiej, podglądała kilka dni, stojąc w drzwiach sali gimnastycznej i zaintrygowało ją to. Każde z tych nich zajmowało dwa popołudnia. Często do 17:30, mogłam więc dłużej zostać w pracy. Uznałam, że pomysł jest dobry, bo rozwija fizycznie, pozwala dziecku uwolnić nadmiar energii. Zapewne kompensuję sobie własne braki z dzieciństwa, gdy ostatnia rzecz do jakiej się nadawałam, to zajęcia sportowe.

Aż tu pewnego dnia, przyjechałam, czekam pod salą gimnastyczną. Mija mnie jedna z matek i zaskoczona mówi:

- A ty dlaczego tu stoisz? Wiertka przecież bawi się na świetlicy.

Okazało się, że gdy trener siatkówki wywoływał dzieci na zajęcia, moja córka udała, że go nie słyszy. Doskonale go widziała i słyszała. Wolała się bawić z dziećmi. Trener powiedział, że on czuje się źle zmuszając do czegoś dziecko. Nie chce chodzić, on nie będzie jej namawiał.

Nie mija kilka dni, małą odbiera jej tata i dostaję sms-a, że nie była na judo... Tu już mnie szlag trafił. Okazało się, że gdy przyszedł trener judo... schowała się w drugiej sali świetlicy. I rozpłakała się przed paniami jak ją znalazły. Były porozmawiał z trenerem. Wiertka jest sprawna fizycznie, dobrze sobie radzi z ćwiczeniami, ma tylko kłopoty z dyscypliną. Też mi nowość :) Wszyscy uznaliśmy, że będzie na to judo chodzić. Dla pokazania jej, że czasami jak się na coś decydujesz, to trwasz w tym. Nie rzuca się zajęć. Dziecko tam nie cierpi - trener ma wojskowy sposób bycia, który może niektóre dzieci przestraszyć. Daje radę z ćwiczeniami, nie boi się trenera.

Ja myślę jeszcze o czymś. Jestem dość wyluzowaną matką i nie mam charakteru Samicy Alfa. Ojciec małej jest z doskoku i nawet gdyby chciał, to z dyscypliną u niego krucho. Wiertka potrzebuje jakiegoś męskiego, twardego wzorca, który ją weźmie na smycz i pokaże granice. Jak dotąd wszystkim mężczyznom wchodzi na głowę. Z kobietami nie idzie jej tak łatwo, ale próbuje. A trener judo świetnie się nadaje na króla dyscypliny.

Wiertka próbowała się jeszcze wykręcił na "tata wypisał mnie z judo", ale panie na świetlicy nie uwierzyły :)

Niedawno na zastępstwie był jakiś inny trener. Okazało się, że moja córka nie ćwiczyła, robiła co chciała, a on nie chciał małego dziecka zmuszać skoro ono nie chce. Gdy wracałyśmy do domu, Wiertka powiedziała, że stały trener judo jest fajniejszy :)

Teraz jej koleżanka z bloku dołączyła do grupy z siatkówki i Wiertka chce... wrócić na te zajęcia.

Tagi: córka
15:00, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 października 2015
Jesienny Park Praski

Ostatnia niedziela to także długi spacer po Parku Praskim. Ostatni moment jesieni, gdy jest piękna i nostalgiczna. Na FB widziałam, że nie tylko mnie ogarnął szał fotografowania :)

Moje ulubione - jesienne rozdroża:

 

Strasznie wykastrowane te zdjęcia:

Na http://praskilajfstajl.blox.pl/html będzie pełna wersja. 

19:13, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2015
Cholerne macierzyństwo

Nie mam czasu na pisanie. 

Tydzień temu, przysiadła się do mnie na korytarzu, wychowawczyni mojej córki. Okazało się, że dzieci w sumie nie miewają zadań domowych. Za to mają w domu kończyć, czego nie zdążyli w klasie. Wiertka ma do nadrobienia niemal... wszystko. Nie robi na lekcji nic. Rozmawia, wierci się, temperuje ołówki i oznajmia pani - na jej uwagi - że ona nie musi odrabiać. Wiem, niespełna sześciolatka, wiem, że nadpobudliwa. Moja wina, że nie przeglądałam jej podręczników i ćwiczeń. Patologiczna matka.

To zajrzałam i ręce mi opadły. Rzeczywiście, sporo tych pustych miejsc z czerwonymi znakami zapytania pani. 

W tamtym tygodniu, usiadłyśmy do nadrabiania. Masakra. Wiertka prawie godzinę płakała, łkała, wyła, krzyczała, rzucała się po kanapie. Bo ona nie chce, nie lubi. Starałam się być spokojna, cierpliwa, opanowana, ale i mnie w końcu puściły nerwy. W końcu zrobiła trochę. Tyle, ile było na następny dzień.

Nie wiem, ile nam zajmie nadrabianie. Potem była trzy dni u taty, który wyznaje zasadę, że od nauki jest szkoła, a on od puszczania bajek i kupowania serków "Danio". Nie zrobił z nią nic.

Nie tylko on. Gdy tak siedziałam z nią, to pomyślałam, że mnie jako dziecku takie zachowanie nawet do głowy by nie przyszło. Dostałabym lanie. Wiertka łkając powiedziała, że chce do dziadka, to pozwoliłam jej zadzwonić do niego i porozmawiać. I co zrobił mój tata?

- Daj jej odpocząć. Ona jest malutka. Jest biedna zmęczona.

No proszę bardzo. Jak to się człowiek zmienia z wiekiem. Teraz się taki kochany i cieplutki zrobił :)

Następnego wieczoru było lepiej. Od razu usiadła i zaczęła robić. Jednak to odrabiane wygląda tak, że ona co chwila coś komentuje, rozgląda się, robi długie przerwy co chwila, próbuje pisać leżąc na brzuchu. Nie można jej spuścić z oka, bo zrobi źle, albo w ogóle przestanie, polecenie trzeba powtarzać po kilka razy.

Wieczory spędzam siedząc przy dziecku, w poczuciu cholernie traconego czasu. Potem jest już 20:00 i nie mam chwili na nic. Jak pomyślę o komputerze i blogu, to mnie odrzuca. Dziś się przemogłam. Ja piszę, ona robi ostatnie zdania, bo już nie zdzierżyłam.

Wiem, że takie są początki i za kilka miesięcy będzie lepiej. Albo i nie będzie.

Po drodze wydarzały się inne rzeczy - wyjścia, spotkania, wykład. Też nie miałam głowy do pisania.

Tagi: córka
20:00, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 października 2015
Dzień matki i córki

Dzień matki i Córki, nazwany także przez Wiertkę Rodzinnym.

Wczoraj udawało mi się od tego wykręcić :) Ogarnęłam dom. Umyłam okna, co natchnęło mnie ogromną ulgą, że to do cholery wreszcie za mną. Pół roku się do tego zbierałam.

- Mamo, kwiaty widać, jakby szyby nie było!

Komentarz mojego dziecka jest chyba najlepszym dowodem, w jakim stanie okna były wcześniej.

Na połowę dnia do malej przyszła koleżanka i miała macierzyństwo z głowy. A wieczorem, to już "jest już późno, jutro dziecko, jutro".

I dziś rano obiecałam, że zrobimy sobie dzień Matki i Córki.

Najpierw było robienie eksperymentów przyrodniczych. Na urodziny bratanka kupiłam zestaw takich eksperymentów ekologicznych. Dla Wiertki też kupiłam, bo spodobało jej się. Tyle, że przez zapracowanie i zmęczenie, nie mogłam się przez miesiąc przedrzeć przez książeczkę z wyjaśnieniami, opisami. Teraz była dobra okazja. Badanie twardości wody już robiłyśmy, bo to akurat proste i szybkie było. Tym razem złożyłyśmy zestaw do filtrowania wody - część z grubym żwirkiem, druga z drobnym żwirkiem, na koniec filtr papierowy. Wodę w menzurce zabrudziłyśmy ziemią z doniczki. I obserwowałyśmy, jak woda skapuje, jak zanieczyszczenia się osadzają na żwirku. To co zlało się do ostatniego pojemniczka, było moim zdanie czyste dyskusyjnie, ale w każdym razie pozbawione zanieczyszczeń z doniczki. Dziecko było zachwycone. Jest jeszcze w wieku, gdy poznawanie przyrody jest ciekawe. A sam fakt, że dokonuje się eksperymentu - nobilituje.

Nie było się bez zabaw laleczkami.

A na koniec upiekłyśmy ciasto kakaowe z jabłkami. I tu przyznam, że upiekła je niemal w całości Wiertka. Ja tylko podawałam szklanki z odmierzonymi składnikami i łyżki napełnione olejem lub wodą. Stałam obok, zmywałam i obrałam, pokroiłam jabłka. Pierwsze jajko zamiast do misko wyprysnęło na moje dziecko, a potem na podłogę, ale na szczęście był zapas. Potem jeszcze utopiła łyżeczkę w masie. Połączyła wszystkie składniki, wymieszała łyżką i to na zwartą masę, wlała do formy, ułożyła jabłka (choć sporą część zjadła).

- Jestem w tym najlepsza.

Dodała też, że jak dorośnie, chce pracować w cukierni - sprzedawać ciastka, pieczywo i mąkę. Może powinna jej "Czekoladę" pokazać :)

Tagi: córka
20:39, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 października 2015
Mleczakowo

Nie opisałam na bieżąco, ale jakieś trzy tygodnie temu Wiertce zaczął ruszać się ząb. Czekała na to od wielu miesięcy. Jej kolegom i koleżankom z przedszkola wypadały, a ona zostawała w tyle. Co jakiś czas przychodziła do mnie z informacją, że chyba rusza jej się ząb.

- Który?

- Tam z tyłu.

Aha, to prawda, że chyba. I wreszcie stało się. Jedynka dolna ruszała się, Wiertka nie miała odwagi jeszcze jej pomóc w wypadnięciu. Była przejęta. Weszłyśmy w końcu w etap, gdy bała się gryźć i zabrałam się za gotowanie zupy. I wtedy wreszcie wypadł :) Tego samego dnia spotkała się z koleżanką i dopadła ją wołając, że wypadł jej ząb. Nie wykluczone, że drugą taką ekscytacją będzie, gdy podzieli się z koleżanką nowiną o pierwszym seksie ;)

Nie minęło kilka dni i zaczęła się ruszać sąsiednia jedynka. Wiertka załatwiła ją już sprawniej. Może w dwa-trzy dni.

Inną kwestią była Wróżka Zębuszka. Nie pamiętam tego z dzieciństwa, może to amerykański zwyczaj, albo lokalny, z innej części kraju. Przy pierwszym zębie, Wiertka znalazła pod poduszką 2 złote. Potem usłyszałam, że koleżanka z klasy dostaje i pieniążek, i zabawkę. Przy drugim, dziecko obudziło się rano podekscytowane, zrywając poduszkę, a ja uświadomiłam sobie, że ze zmęczenia zapomniałam. Próbowałam tym samym wytłumaczyć Wróżkę Zębuszkę, aż wymknęłam się na korytarz i położyłam 2 zł w przedpokoju na stołeczku. Ona naprawdę była zaganiana tej nocy.

Dygresja. Z moimi pierwszymi wypadającymi zębami było podobnie jak ze wszystkim. Czyli wiele hałasu o nic. Pierwszy ruszał się, ruszał się, ruszał, ruszał się, a ja nie mogłam się zebrać, by pomóc mu wypaść. I panikowałam. W końcu mama zabrała mnie do dentysty. Prywatnego. Jedynego wtedy w naszym miasteczku. Ten przywitał mnie w drzwiach gabinetu, kazał otworzyć buzię i... wyjął zęba palcami w sekundę. Z drugim było podobnie - też musiałam iść do dentysty :D Dopiero trzeciego mleczaka nauczyłam się sama usuwać :)

Dzisiejsza noc przypomniała mi coś, co od dawna na szczęście zapomniałam, czyli posiadanie małego dziecka. Wiertka obudziła mnie o 4:00 mówiąc, że boli ją ucho. Zaspana leżałam z nią i zastanawiałam się, czy jednak to zapalenie ucha, gdzie jest nasza Weekendowa Pomoc Lekarska, jak tam dotrzeć z chorym dzieckiem bez samochodu. W końcu też pomyślałam bardziej logicznie. Widać było, że dziecko nie może zasnąć i się męczy. Dałam jej syrop przeciwbólowy. Nadal nie zasypiała i słyszałam po oddechu, że boli ją co chwila. Włączyłam jej bajki, by zajęła czymś myśli. Środek zaczął działać i zasnęła. Ja mogła wyłączyć telewizor i też iść spać.

Rano ja ocknęłam się po 9:00, Wiertka po 10:00. Zdrowa, rześka, pełna energii. Co to było u licha? I pomyślałam, że to może szóstka jej wychodziła? Kiedy mnie wychodziły ósemki, to też bolało mnie ucho i gardło. Myślałam, że bierze mnie przeziębienie. Guglałam, ale chyba zdarza się to rzadko, ale jednak zdarza.

I tak trzeba już wybrać się z nią na kontrolę do dentysty i na spotkanie z ortodontą.

Tagi: córka
17:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 października 2015
Gdzieś w środku lasu

Powinno być o wczorajszym wieczorze, ale będzie na to czas.

Dziś Wiertka miała pasowanie na pierwszoklasistkę. Sama pamiętam z dzieciństwa, że to było emocjonujące przeżycie. To drobne przebłyski, ale jest tam wielka sala gimnastyczna, my stojący gęsiego i uderzanie ramienia wielkim ołówkiem. Rytuał przejścia.

Nie doceniałam mojej córki, ale dziś rano pokazała mi medalion, z którym spała. Bo od wczoraj bała się tej uroczystości i tata pomógł jej (on kładł ją spać) go skrócić i założyć, teraz też z nim pójdzie do szkoły i nie będzie już czuła strachu. Nie sądziłam, że tak to przeżywa. Moja duża dziewczynka.

Ja też się trochę wzruszyłam na tej sali. Tak niedawno siedziałam z brzuszkiem i zastanawiałam się, jak ja to wszystko ogarnę? Jak przetrwam? Za mną okres niemowlęcy, żłobek, przedszkole. Ten czas tak szybko mija. Sześć lat temu weszłam do lasu, gdzie na początku w ogóle nie widziałam żadnej ścieżki. Dziś wędruję sobie drogą go przecinającą. Czy z macierzyństwa da się kiedykolwiek wyjść?

Jest też uwaga ogólna. Czuję się coraz bardziej zmęczona histerią fotograficzną ogarniającą rodziców. Pasowanie wyglądało tak, że klasa wychodziła na przód - pani dyrektor pasowała dziecko ogromną stalówką, burmistrz uścisnął mu dłoń. I przez pierwsze dwie klasy jeszcze to jakoś się trzymało. Potem tama rodziców puściła i zrobili ścianę paparazzi. Rekord pobiła jedna mamusia, która wyprysnęła na sam przód i cykała fotkę za fotką tuż za burmistrzem. Ja starałam się zrobić zdjęcie gdzieś z boku, ale trzeba było lawirować by w kadrze nie trafić na jakiegoś rodzica zasłaniającego ci dziecko. Na koniec były zdjęcia grupowe dzieci, klasami. Robione przez fotografa. Jak myślicie Państwo, co robili rodzice? Tak, tak. Robili zdjęcia. Bo przecież, kto zrobi zdjęcie tak wspaniale jak on? I przecież to zdjęcie będzie od razu w domu? I można zaoszczędzić. Zaczynam pragnąć chwili, gdy przed wejściem na szkolną uroczystość rodzica będzie się pozbawiać aparatu fotograficznego i komórek. Nie przeżywasz chwili tu i teraz. Nie dociera do ciebie. A potem i tak tego badziewnego zdjęcia nie obejrzysz.

18:21, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 października 2015
Wieczór poetki

Kiedy Jot zaproponowała mi, bym została bohaterką "kwadransa z poetą" na otwarciu galerii w jej nowej siedzibie, było mi przyjemnie. Obawiałam się, że przecież nic nie wydałam, piszę do szuflady i jaką mam legitymację, by się mianować poetką. Ale Jot mnie docenia, a para się poezją :) W dodatku, mam jakąś fazę w życiu na tupet, by robić to, co wcześniej wydawało się poza moim zasięgiem. Nie znam literacko, ale marketingowo bardzo podziwiam Katarzynę Bondę - właśnie za tupet, pewną dozę bezczelnej arogancji podpartej dużym poczuciem własnej wartości siebie i tego co się tworzy. Żyję w specyficznych czasach, gdy jest się produktem i jak produkt trzeba się czasem traktować. Zdarza się, że jakieś trajektorie czasoprzestrzenne się przecinają i pisarz, poeta zostaje nagle odkryty, dostrzeżony, wybucha jego sława. Choć siedział cicho w kąciku. Bardzo bym tak chciała, ale jak widać, przez ostatnie 40 lat ta strategia przynosiła marne rezultaty :D

Co nie zmienia faktu, że byłam wczoraj bardzo zestresowana. O ile stwardniała mi skóra na różne uwagi życiowe, czy emocjonalne, to w kwestiach tego co tworzę nadal jestem neurotyczna. Podejrzewam, że 90% osób, które tworzą tak ma.

Jot ładnie poprowadziła "kwadrans", zadawała mi pytania, opowiadała o mnie. Czytałam kilka wierszy. Dostałam potem, w kuluarach ze trzy uwagi, że wiersze się podobały. Plus zaproszenie na spotkania twórcze stowarzyszenia, które działa w tej galerii. Będę chciała wydać niedługo tomik. Już zaproszono mnie, bym tam zrobiła promocję.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że potrzebuję jeszcze redakcji, poprawek, podszlifowania.

Były też recital piosenki rosyjskiej, francuskiej, poetyckiej. Może się odważę i sama kiedyś zaśpiewam.

Stresujący, ale miły wieczór :)

A jutro zamiana ról - to ja poprowadzę wieczór twórczy Jot :)

18:34, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 października 2015
Raport życiowy

Za mną przyjęcie urodzinowe, jeden warsztat, nadgodziny w pracy, zajęcia na genderach. Nie miałam czasu pisać. Do genderów być może niedługo nawiążę.

To pierwsza od wieli lat jesień, którą tak dobrze znoszę. Wiem, że pisanie tego, w sytuacji, gdy bliskie koleżanki mocno dołują jest nietaktowne, ale dla pocieszenia - ja tak prawie miewałam co roku. Wiem, że to ta piękna część jesieni i sukcesem będzie, jak ten wpis powtórzę w listopadzie, a potem w grudniu.

Jednak głowę mam zajętą. Zajętą różnymi sprawami. Dzień biegnie za dniem, wsuwam się w tę jesień coraz głębiej i nawet to do mnie nie dociera.

Dziś czeka mnie czytanie moich wierszy przed ludźmi na inauguracji galerii w jej nowej siedzibie. We wtorek prowadzę wieczór autorski koleżanki w innej galerii.

11:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 października 2015
Sałatka macierzyńska

Nie sądziłam, że to się uda, ale wydarłam dziś dwie nadgodziny i wyszłam z biura już o 14:00. Wydzierać nie musiałam szefowi, czy współpracownikom, tylko generalnie względnie opanowanej sytuacji.

Wydarłam w celu udania się z dzieckiem do laryngologa. Najpierw jednak musiałam odebrać ją ze świetlicy. Dotąd robiłam to koło 17:00, albo i później. Dziś zobaczyłam, jak to wygląda po 14:00. Pogoda piękna, więc dzieciaki bawiły się na placu. Jeśli ktoś myślał, że w przedszkolu jest hałas, to zapraszam na arenę klas I-III. Sytuacja przedstawiała się jak w obozie uchodźców tuż po tym, gdy puszczono plotkę, że podstawili pociąg do Berlina. Zaczęłam doceniać, że moje dziecko może mieć niedosłuch. Zaczęło mi być jej szkoda. Można oszaleć w takim harmidrze. I zaczynam rozumieć obawy rodziców sześciolatków. Ja akurat obaw nie mam, bo moje dziecko samo jest jak stado Hunów.

Badanie słuchu i rozmowa z laryngolog. Słuch ok, ale jakieś pozostałości stanu zapalnego są. Migdał się obkurczył, ale oznaki przebytego stanu zapalnego są. Po lecie tak może być. Teraz zaczyna się sezon infekcji. I niewiele się dowiedziałam. Miałam nadzieję, że po sanatorium sytuacja wyprostuje się na tyle, że będzie można bez dyskusji wykreślić opcję wycięcia migdałka. A doktor kazała mi się zgłosić na wyznaczoną datę konsultacji przed operacją - szpital sam oceni. A znając polskie szpitale, to każą ciąć. Konsultacja 30-go, operacja 31-go. 

Tagi: córka
18:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 października 2015
Przedjesień

Ciekawe, że istnieje coś takiego jak przedwiośnie, a nie ma przedlata, przedjesieni, przedzimy. Lato spada tak nagle, że nikt tego szczególnie nie zauważa. Zima zaczyna się wcześniej, niż ta astronomiczna - już na pewno dla marketingowców. Rozumiem dlaczego przedwiośnie jest takie ważne. Po burej jesieni, długiej zimie, gdy zapasy jedzenia się wyczerpują, energii w ciele brakuje, łapie się każdy okruch, który sugeruje, że będzie lepiej, że przyroda odżywa.

Jednak przedjesień też jest ważna. Mija drugi weekend jesieni, ale wygląda na ważniejszy niż ten poprzedni, pierwszy. Było słonecznie, ciepło. Letnio. Jak sentymentalny seks po rozstaniu. Lato minęło, ale jeszcze rozpaczliwie chcesz wierzyć, że uda się je na chwilę zatrzymać.

Dziś jest pierwszy wieczór, gdy dojrzewam do myśli, że trzeba dokupić żarówek do żyrandola. Oświetlenie pokoju mnie przygniata. Jest za słabe.

Prawie cały dzisiejszy dzień spędziłyśmy w Parku Praskim. Dziecko wyjeździło się na rolkach. Na placu zabaw, Wiertka chciała żebyśmy się bawiły lalkami. Nie potrafię ją spławić i powiedzieć, żeby bawiła się sama, zajęła czymś. Cholerne rodzicielstwo bliskości :) Na obiad zajrzałyśmy do baru mlecznego przy Florianie. Tłumy. Wszystkie stoliki zajęte, kręta kolejka do kasy. Oblężenie niczym w modnej knajpie na Manhattanie. Wysłałam dziecko, by zapolowało na wolne miejsce chociażby dla siebie. Całkiem nieźle lawirowała na tych rolkach. I nawet udało się, po jakimś czasie znaleźć dwa krzesła. Było sporo ludzi, ale ci którzy kończyli jeść od razu zwalniali stoliki. Był przepływ.

Po obiedzie znowu łaziłyśmy po parku. Potem trafiłyśmy do knajpki przy ZOO. Wiertka pobiegła bawić się z dziećmi, a ja usiadłam z kawą. Byłam jedyną, która nie piła piwa :) Było tu już o modnych praskich knajpach. Jest szlak dla turystów z lewego brzegu i są miejsca, gdzie chodzą tubylcy. To tu przychodzę ze znajomymi z Pragi. Ale dla turystów jest tu zapewne za mało "prasko".

18:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi