To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 28 października 2016
Spotkania w Kuchni

Koleżanka zjechała na kilka dni z Francji. Inna z Anglii. Padł pomysł, by znowu w kilka osób spotkać się w kuchni, na wspólnym gotowaniu i plotkach. Udało się wygrać rezerwację.

Blog ma za mało wejść, by cokolwiek na nim promować, więc nazwy nie padną. Nie wiem jak w innych miastach, ale w Warszawie jest możliwość wygrania na FB rezerwacji w pełni wyposażonej kuchni - kuchenki, piecyki, urządzenia AGD, akcesoria do przygotowywania potraw, garnki, patelnie, zmywarka, talerze, sztućce, elementy serwisu stołowego. Jest ekspres do kawy i kawa, herbata, mleko, przyprawy, zioła, ale składniki spożywcze trzeba zakupić samemu. Sama kuchnia ma z minimum 20 kwadratowych metrów, obok jest jadalnio-salon ze dwa razy większy. Czas jest od 17:30 do 22:00. Można się zastanawiać, po co spotykać się w obcym miejscu. Jednak w dzisiejszych czasach nie wszyscy dysponują odpowiednio dużą kuchnią. Na pytania, po co się spotykać, by wspólnie gotować, zamiast zamówić i zjeść, nie odpowiem, bo sama tego nie rozgryzłam :)

Tym razem zmiana była taka, że zabrałyśmy dzieciaki. Dzieci szybko się zintegrowały i bawiły głośno razem w oddzielny pokoju pełnym zabawek. Z ostatniego spotkania wyniosłyśmy jedną naukę - nie ma sensu robienia wielu potraw, bo zajmuje to ogrom czasu i nie da rady potem tego zjeść. Tym razem była jedna sałata, jeden makaron ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i gorgondzolą i proste ciasteczka na deser. Oraz oczywiście wino :) Koleżanka przywiozła z Francji sery i miałyśmy jeszcze dodatkową ucztę. 

Dzięki temu miałyśmy jeszcze ponad godzinę by siedzieć na kanapach i plotkować.

Nie uważam się za dobrą kucharkę, ale jeść uwielbiam i uczyć się od osób, które wiedzą jak gotować.

Wiertka, po tym jak usłyszała, że jedzie na wspólne gotowanie, była bardzo podekscytowana. Zrobiła listę produktów spożywczych, jakie musimy zakupić. Były tam składniki na sałatkę, kiełbasa, ryba (nie wiem, jak do przyrządzenia) oraz na ciasto. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że moja córka wie, co jest potrzebne do upieczenia ciasta. Potem przez kilka dni przeżywała, że jedzie na gotowanie, opowiedziała o tym koleżankom z klasy. Zażartowałam nawet, że może kiedyś zaprosić koleżanki na wspólne gotowanie u nas. I chyba wzięła to na poważnie, bo miałam wczoraj już jednego sms-a od matki koleżanki :)

Od dziś mam już urlop. Po ostatnich dwóch miesiącach bardzo go potrzebowałam. Uważam, że sytuacja wymaga nawet użycia słów "cholernie", albo "kurewsko".

Wiertce też zrobiłam dziś wolne od szkoły, bo uznałam, że jest mocno przemęczona. Miałam intuicję - w nocy rzucała się po łóżku jeszcze bardziej intensywnie nic zwykle, a dziś termometr pokazał 38 stopni gorączki.

Moja stopa prawie ok. Chodzę już normalnie, choć odruchowo inaczej stawiam stopę z obitym palcem. Siedzę sobie w domu i tak jakby się oszczędzam. Dobra wymówka dla lenistwa :)

środa, 26 października 2016
Stopa

Żeby nie było w życiu za łatwo, w poniedziałek, gdy byłam w drodze po dziecko, ześlizgnęłam się ze schodów w przejściu podziemnym. Lał deszcz, jakieś liście leżały, ja miałam na sobie letnie buty. Na szczęście, to były dwa ostatnie schodki, zamortyzowałam ręką. Jednak obiłam sobie duży palec u stopy. Latem koleżanka, już niemal pierwszego dnia urlopu, też spadła ze schodów i naprawdę złamała palec u stopy. Zastanawiałam się, jak to jest możliwe. I cholera, jest możliwe. Tego dnia jeszcze jakoś chodziłam. Wczoraj też kuśtykałam odważnie. Bo przecież skoro mogę chodzić, nie puchnie, to przecież nie złamałam.

Jednak palec bolał, chodzenie bolało. Dziś rano już ledwo się poruszałam. Kulałam porządnie. Koleżanki z pracy wysyłały mnie na ostry dyżur. Niech pojadę choćby po pracy. Trzeba to prześwietlić.

Wiem, że wolę rozchodzić, przeczekać, niż robić zamieszanie. Zaczęłam zastanawiać się nad tym prześwietleniem. Pojadę na ten dyżur z dzieckiem, bo kto mi z nią zostanie. Będzie tłum. Jako nie będąca w stanie zagrożenia życia, ani grożąca otoczeniu, dostanę zielony kod i będę tak sobie z dzieckiem czekać. Stracę cały wieczór. Okaże się, że nic mi nie jest i lekarz z przekąsem będzie pytał, dlaczego nie poszłam do internisty. Od tego rozmyślania... ból stopy zaczął mijać. Palec jest nadal obolały, trochę ostrożnie stawiam stopę, ale chodzę w miarę szybko.

Ciekawe, jak będę się czuć jutro rano. Po nocy, gdy noga odpoczywa.

Tagi: życie
18:21, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 października 2016
Piękna sobota

Żeby nie było, że tylko marudzę i mam problemy :)

Poszłam wczoraj na pierwsze zajęcia z gender studies. O seksualności. Tematyka super i będzie kopalnią tematów na tego bloga :)

Po zajęciach umówiłam się z kumplem na obiad. Potem poszliśmy na kawę, a wieczorem do kina na "Bridget Jones", gdzie mogłam się śmiać głośno przez dwie godziny. Film wybrałam specjalnie - chciałam w tej wilgotnej, zimnej jesieni doświadczyć, czegoś prostego, zabawnego, zwyczajnego. Kusi mnie jeszcze "Ostatnia rodzina", ale większość znajomych ma pikujący nastrój i boi się iść. Może ktoś z czytelników do mnie dołączy?

Z kina pobiegłam do koleżanki, która zwołała spontaniczne spotkanie towarzyskie przy winie.

Piękny dzień :)

17:13, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 października 2016
Jesteście tylko talią kart

- Przysięgli udadzą się na naradę! - zarządził Król, po raz dwudziesty chyba tego dnia.

- O, nie! - zaprotestowała Królowa - Najpierw wyrok, potem narada!

- Bzdura i nonsens! - orzekła głośno Alicja - Kto to widział: naradzać się po wyroku?

- Trzymaj język za zębami! - warknęła Królowa, czerwona jak burak.

- Ani mi się śni! - odparła śmiało Alicja.

- Ściąć jej głowę! - wrzasnęła Królowa. Ale nikt się nie ruszył.

- Kto by się was bał? - wzruszyła ramionami Alicja (która odzyskała tymczasem dawne rozmiary). - Jesteście tylko talią kart.

Na to wszystkie karty wzbiły się w powietrze i zaatakowały Alicję, która krzyknęła, trochę ze strachu, a trochę ze złości, i jęła się od nich opędzać... aż nagle stwierdziła, że leży na trawie, z głową na kolanach siostry, która delikatnie zgarnia jej z buzi zbłąkane suche liście, opadłe z pobliskich drzew.

"Alicja w Krainie Czarów" Lewis Carroll, Prószyński i Ska, Warszawa 1999

 

Zazdroszczę Alicji tej odwagi i tupetu. Ja się wszystkim ostatnio przejmuję i stresuję nieadekwatnie do sensu tego wydarzenia. Są stresujące, ale nie do tego stopnia. Gdzieś już powoli to mija, ale czasem mam wrażenie, że zaraz będę bez pracy, pieniędzy i jak ja spojrzę w oczy dziecku. Nie piszę tu codziennie, bo bez sensu jest rozpisywać się ciągle o tym samym. Przez te nerwy mam wrażenie jakby ktoś moje wnętrzności przepuścił przez maszynkę do mięsa i uformował z podrobów klopsa. Etap klopsa da się wytrzymać. Najgorzej jest, gdy wszystko się środku mieli.

Chciałabym wrócić do etapu, gdy wszyscy, którzy mi szarpią nerwy byli tylko talią kart.

Dobrze, że już weekend.

Tagi: życie
19:50, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 października 2016
Dziewczyńskie / chłopaczyskie

Oglądałam dziś anty gender w natarciu. Nikt nie ma tego w takiej pogardzie jak siedmiolatki ;) Dobra, zaczyna się już dwa, trzy lata wcześniej.

Po treningu judo. Szatnia. Z pozoru mieszana. Jednak dziewczynki przebierają się za zamkniętymi drzwiami toalety w tej szatni (wchodzi się tam z pomieszczenia szatni), bo już się wstydzą. Być może były próby wtargnięcia na ich terytorium. Gdy się stoi za zamkniętymi drzwiami, ze środka dobiegają dźwięki niczym palącego się ósmego pasażera Nostromo.

Weszłam żeby zabrać Wiertkę. Jeszcze nie przebrała się do końca. Wychyliła się z tej toalety, wyciągnęła ciało i nie stawiając nóg próbowała chwycić swoją podkoszulkę z ławki. Nie udawało jej się, więc była bliska płaczu. Podałam jej tę koszulkę i zaraz mogłyśmy wyjść.

Dopytałam ją po wyjściu, o co chodziło. Okazało się, że szatnia z kremowymi kafelkami na podłodze, to przestrzeń chłopaków, a toaleta z zielonymi kafelkami, to przestrzeń dziewczyn. Gdy chłopak postawi bosą stopę na zielonym kafelku, staje się dziewczyną, a gdy dziewczynka stanie na kremowej - chłopakiem. Dlatego nie mogła dosięgnąć podkoszulki. Zaraz jednak wyszła w kapciach, a w kapciach już wolno. Jakiś knypek, 119 cm na grubej podeszwie, pochwalił ją za te kapcie. A ona tym się przejmuje.

Klimat jak z "Mikołajka".

A za kilka lat będą grać w butelkę.

Wrócił sarkazm, wrócił też chyba dobry nastrój.

Tagi: córka
19:23, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 października 2016
Gdyby bunt był chmurą

Mija już prawie dwa tygodnie od Czarnego Protestu. Nie pisałam na bieżąco, ale śledziłam wpisy, sama komentowałam, na wydarzeniu na FB. Pominę już, że kobiety i tam realizują swoją potrzebę dzielenia się wrażenia i emocjami, więc ściana jest non stop spamowana różnymi newsami z gazet, albo wynurzeniami. No ok. Tak się podtrzymuje wspólnotę. Tydzień temu ruszyła dyskusja dotycząca dalszych kroków. Zaczęło się od tego, że jedna z pań rzuciła pomysł, by dziś - przy okazji pełni - zorganizować kolejny protest. Bo jak pełnia to wkurw będzie jeszcze podkręcony. Zostało to przyjęte z pewnym dystansem, na szczęście. Choć rozumiem, że niektóre są rozpędzone, nie chcą składać broni i chcą iść na kolejną bitwę.

Kolejny protest będzie. Był już jeden, szybki, pod domem prezesa. Chodziło jednak o cel. I tu podzieliliśmy się na dwa obozy. Jeden chce teraz walczyć, iść z marszem ku całkowitej legalizacji aborcji. Drugi optuje za tym, by nadal być czujnym i pilnować, by wywalczony pozostawiony "kompromis" się nie posypał. Na co są ogromne szanse. Rozmowy były gorące i tylko raz padła wkurzona propozycja, by zwolennicy drugiej opcji poszli sobie w PiS.

Ja jestem w drugim obozie. Jeśli będzie trzeba podpiszę kolejną petycję o legalizację aborcji i pójdę w marszu. Uważam tylko, że teraz jest to strategicznie idiotyczny pomysł. W Czarnym Proteście udało się zebrać ponad 20 tysięcy ludzi, ale wiara, że wszyscy poprą pro-choice jest bezpodstawna. Ogromna rzesza osób wyszła na ulicę w obawie przed restrykcjami po poronieniu, przymuszaniu do porodów po gwałcie. Gdyby ich spytać o aborcję na życzenie byliby absolutnie przeciw. I obóz pierwszy nie mógł tego zrozumieć. Dla nich ci ludzie to margines. Ja bywam w różnych miejscach w sieci, czytam wypowiedzi i wiem, że to ogromna masa ludzi.

W obliczu marszu za aborcją ta masa ludzka zostałaby w domu - w najszczęśliwszym wypadku. W gorszym, stanęłaby przeciw, po stronie "obrońców życia" (choć o wiele bardzie bawi mnie nazwa "zygotarnianie").

A teraz jeszcze PiS wychodzi z nową, złagodzoną propozycją ustawy. Przecież wsłuchali się w okrzyki obywateli, wnieśli ważne poprawki, pochylili się z czułością nad dolą kobiet.

Efekt będzie taki, że zwolennicy aborcji zostaną jako garstka, a PiS zgarnie zdezorientowanych. Naprawdę taka wizja mnie przeraziła.

Jak na razie, z tego co widzę, obóz statu quo przeważa i kieruje dalszymi ruchami.

Bo, niestety, marsze są ważne i potrzebne, ale marszami można ustawę zablokować. Marszami nowej ustawy się nie wprowadzi. Pisałam już o tym na blogu, ale zygotarianie ciężko pracowali przez 25 lat, by dziś zaostrzenie ustawy móc przepchnąć. Wychowali jedno pokolenie kobiet, a nawet dwa biorąc pod uwagę mnie i moje koleżanki, które całe seksualne życie przeżyłyśmy w świecie aborcji zakazanej. Tej sytuacji nie odwróci się kilkoma marszami. Znowu potrzeba lat pracy na świadomością społeczną. Potrzeba strategii. A ja tej strategii nie widzę.

Na początku października, w dusznej, naładowanej atmosferze, rozpętała się burza. Nie będzie łatwo zebrać kolejną chmurę burzową. Na razie to zaczyna przypominać mgłę. Z drugiej strony, jak nam raporty pokazują, mgła także potrafi być niebezpieczna.

Minął rok od wyborów, a ludzie wyszli na ulicę kilka razy. Do kolejnych wyborów będą już tym wychodzeniem zmęczeni. Ruchy, które powstały tuż przed, albo po ostatnich wyborach powinny mieć już rozpisane kroki, co należy zacząć robić - od zaraz - by zdobyć w kolejnych wyborach, jak najwięcej głosów. Ciekawa jestem, które o tym myślą.

Bo tego, że PiS przygotował się do ostatnich wyborów rzetelnie, punkt po punkcie odhaczając (dosłownie) etapy przez kilka lat - jestem pewna. Inna sprawa, że PO podkładało się tak prosto, jak nastolatki przed Polańskim.

W szkołach zamiast "Ogniem i mieczem" powinni kazać czytać "Księcia" Machiavellego. Uważam, że ktoś w PiS bardzo dokładnie go przestudiował.

sobota, 15 października 2016
Leniwa sobota

Nastrój się poprawia, na szczęście.

Dziś udało mi się sporo posprzątać.

A tak czytam sobie i nie mam na nic ciśnienia. Dziecku pozwalam oglądać filmy i grać na tablecie. Poddałam się. Za to Wiertka:

- Mamo, dawno nie miałyśmy takiego dnia, że nic nie robiłyśmy i mogłam sobie oglądać, tyle ile chce.

Okazało się, że dla niej takie lenistwo też jest fajne.

Na razie czas aktywnych weekendów się skończył. Zobaczymy, co potem.

18:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 12 października 2016
Moje małe rozsypania

Nie jestem kompatybilna z tegoroczną jesienią. Budzę się w miarę ciepłej, mrocznej piwnicy i wychodzę do wilgotnej, ciemnej piwnicy. Całe dnie są piwniczne. Ten pogłębiający się mrok mnie oblepia. Jakby piwnica stawała się coraz mniejsza. A przejście na czas zimowy dopiero przed nami. Potem byle do stycznia.

Może to przepracowanie, stresy, ale budzę się z zaciśniętym gardłem, żołądkiem w krtani, zmuszam się do ubrania, wyjścia z domu. Zmuszam się by iść. Sytuacja poprawia się, gdy jestem już w pracy i wchodzę w tę stertę rzeczy do zrobienia. Im bliżej wieczora, tym czuję się lepiej. O tej porze uznaję nawet, że moje życie jest zwyczajne. Poprawia mi się tak, że nawet nie chce mi się zasypiać. Nie rozumiem dlaczego poranny mrok sprawia, że się dławię, a mrok późno wieczorny odbieram przychylnie. Aż znowu przychodzi poranek i wydaje mi się, że już nie dam rady. Zwyczajny rytm dobowy dystymika, czy depresanta. Do depresji mi jeszcze daleko. Ale jesienny spleen to jest.

Są jesienie, które przechodzę swobodnie i są takie, które wydają się ostatnie w życiu. Trzeba się przeczołgać do wiosny, bo jest szansa, że kolejna jesień będzie z gatunków tych pierwszych.

Kiedyś napisałam wiersz o takim stanie. Jest rymowany, więc trochę się go wstydzę. Nie potrafię nabrać powagi do czegoś mojego autorstwa, co się rymuje. Jednak nie będę już go "odrymowywać".

 

MOJE MAŁE ROZSYPANIA

 

Dzisiaj rano byłam trochę smutna

Bo ja rankami smutna być muszę

Waga godzin dnia, która nie jest lotna

Oblepia skorupą mą duszę

 

Jednak wstałam, dźwignęłam na barki

Troski, plany dnia codziennego

Szukając wytchnienia jak arki

W obowiązkach chleba powszedniego

 

Godzina po godzinie zdmuchuję

Płatki smutku z ramion przygarbionych

Krocząc ku wieczorowi wciąż czuję

Drążę korytarze chwil pogubionych

 

Wreszcie w wieczór oddechem wnikam

Rozpościeram szeroko ramiona

Lekka jak piór wodospad znikam

W czułości nocy roztopiona

 

18:34, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 października 2016
Rozpływając w szarości

Miałam za sobą jeden tydzień pracy po dziewięć godzin w stresie, wyjazdowy weekend, potem tydzień pracy po dziewięć godzin w stresie. W sobotę, wysyłając dziecko do ojca, znowu miałam wyblakłe oczy i brak sił. Całą sobotę przeleżałam w łóżku. Miałam nadzieję, że w niedzielę poczuję powrót energii po wypoczynku. Odrobinę dziś posprzątałam i... wróciłam do łóżka spać. Miałam iść do kina, by odstresować się i pośmiać. Nie dałam rady wyjść z domu. Tylko po dziecko.

Tyle tu pisałam o moich aktywnościach, wyjściach, że mam nadzieję, że nie wyjdę a totalnego lenia, tylko osobę ogromnie przemęczoną. W dodatku rozpoczął mi się nowy cykl. Nie boli mnie wtedy brzuch, ani głowa, ale często jestem pozbawiona energii. Przypomniałam też sobie, że w piątek Wiertka miała rotawirusa. Była senna, rozbita, z podwyższoną temperaturą, raz wymiotowała. W sobotę rano czuła się już w miarę dobrze i pojechała do taty odpoczywać. Może ja też miałam jakąś lekką infekcję wirusową?

W tym wszystkim, w czasie niedzielnej drzemki, miałam smutny sen. Jechałyśmy z Wiertką pociągiem do rodzinnej wsi mojej babci i mojej mamy. Podróż była dziwna, bo miałyśmy jechać do stacji końcowej, potem wrócić się dwie, trzy stacje i po wyjściu podjechać autobusem do tej wsi. Jakbyśmy od razu nie mogły wysiąść na tej odpowiedniej. Pociąg stanął na tej stacji przesiadkowej. Wiertka wyszła na peron, ja za nią by ją zabrać i wtedy pociąg odjechał z naszymi bagażami. Wiedziałam, że teraz wysiadła też moja mama, by pojechać autobusem. Pobiegłam do tego autobusu, by jej powiedzieć o naszych bagażach. Stała w kolejce do wejścia, złapała w jedno ucho, to co niej powiedziałam, wsiadła i pojechała sobie ignorując mnie. Rozpłakałam się, gdy tak mnie zostawiła, opuściła. Jednak zaraz wróciłam na stację. Zbliżał się wieczór. Wcześniej myślałam, że następnym pociągiem dogonię ten poprzedni i odzyskam bagaże. Teraz obliczyła, że gdy dojedziemy do stacji końcowej, wrócimy się tutaj, to nie będzie już żadnego autobusu. Musimy gdzieś przenocować. Potem, jak to bywa w snach, reguły czasu, miejsca i akcji zostały zaburzone. Kogoś poznałam, z kimś rozmawiałam, przygotowywałam miejsce do spania.

Po przebudzeniu, pomyślałam o jednym - jechałam z córką tam, gdzie jechała moja mama. I to mnie zaniepokoiło. Pomyślałam o teorii Hellingera i członkach rodziny "podążających" za zmarłym, czyli idącym ku śmierci. Ludziom zmarli się śnią, gdy ma zdarzyć się coś niedobrego, ostrzegają ich. Moja mama w tym śnie odjechała sobie ode mnie. 

Jechałam potem po dziecko rozbita. Jakbym się do końca nie obudziła. Miałam wrażenie, że zaraz znowu czas, akcja i miejsce się rozjadą.

W powietrzu pachnie listopadem.

Wracam do łóżka.

Tagi: sny weekend
21:07, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 października 2016
Kadencja nietoperzy

Czy to pierwsza kadencja polskiego sejmu, która lubi zbierać się koło północy, by debatować nad kontrowersyjnymi tematami? Jak nietoperze, albo wampiry ;)

Wczoraj wieczorem nie mogłam przeglądać, ani oglądać wiadomości. Nie mogłabym zasnąć z wkurzenia. Z bezsilności. Ranek okazał się nie lepszy, bo kolejne posiedzenie miało być od rana. Może liczyli, że opozycja lubi sobie pospać? A wczesną nocą, to bardziej już w klubach tańczy?

Zwycięstwa są nawet dwa - i odrzucony projekt zaostrzający aborcję, i projekt związany z in vitro. Partia rządząca jak każde dziecko strzela focha, że to wszystko nie tak i opozycja manipulowała kobietami. Może też są bezsilni?

Zastanawiam się, czy nie była to celowo zaplanowana porażka, by przykryć coś poważniejszego. Z boku wypływa sprawa z TTIP i CETA. Ledwo łapię o co chodzi, ale przejrzałam trochę informacji, podpisałam się pod protestem, mam nadzieję, że dam radę wybrać się na marsz. Nie można zamykać się tylko w kręgu problemów sobie najbliższych. Ta ustawa także będzie dotyczyć mojego ciała, tylko z innej strony.

A może to wszystko przykrywa jeszcze inną ustawę, inną aferę, kolejną kombinację. Pracuje się nad nią w kuluarach, po cichu. Bomba wybuchnie za jakiś czas, gdy będzie za późno na sprzeciw. Niewykluczone, że Prezes zostanie odznaczony jako Słońce Narodu z nieograniczonym zakresem decyzyjnym ;) Warto za to oddać aborcję ;)

 
1 , 2
Tagi