To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 21 stycznia 2019
Grażynkowy weekend

Mój dział został obdarowany premią – po podsumowaniu roku. Nie są to wielkie pieniądze, ale też pensja nie jest minimalna. Mogłabym wydać te pieniądze na coś pożytecznego, mądrego. A postanowiłam je radośnie skonsumować z dzieckiem.

I tak oto, w sobotę, wybrałyśmy się niemal na cały dzień do pewnego centrum handlowego. Najpierw seans w kinie – „Ralf Demolka w Internecie”. Dobrze, że płaciłam z premii, bo cena biletu zwalała z nóg. W kinowym barku kupiłyśmy sobie coś do picia. Jak na bogato, to na bogato. Po filmie przeszłyśmy się, w tym samym budynku, do burgerowni. Obiecałam Młodej obiad w restauracji i miała wybrać z jakiej części świata chce kuchnię. Wybrała Amerykę Północną :) A na koniec, zjadłyśmy jeszcze desery lodowe w Grycanie :) Młoda stwierdziła, że to był najpiękniejszy dzień ;)

Był to rajd typowo konsumencki – wszystko pod jednym dachem. Niczym dwie Grażynki. Ale też wydałam, jak na mnie, na nas dwie, sporo. Gdyby tak poszła czteroosobowa rodzina, to wydaliby – w moich kategoriach – majątek. Jednak, raz na jakiś czas, chciałabym pożyć jak normalny człowiek – obejrzeć film, zjeść coś dobrego, doprawić czymś jeszcze smaczniejszym. A teraz tak się w moim życiu złożyło, że mogę sobie na to pozwolić raz na jakiś czas.

Z premii zostało trochę grosików na jedną wizytę u dentysty :)

Co do filmu, napiszę kilka zdań, żeby rzucić trochę intelektualnym piachem. Bajka animowana, ale zabawna. Na sali widziałam też wczesne nastolatki, taka końcówka podstawówki. Temat na czasie, taki grzeczny matrix dla dzieci. Podróż bohaterów po świecie internetu, zobrazowane najważniejsze punkty w sieci i zjawiska (moje dziecko chwilowo się podekscytowało, że można sobie gdzieś tam założyć konto wrzucać filmiki i zarabiać pieniądze, oby już zapomniała). A na koniec fajny symbol wirusa komputerowego, jako zmaterializowanego lęku, wewnętrznych obaw. Czyli, odwracając, nasze strachy i schizy, to taki toczący nas w środku wirus komputerowy :)

 

19:17, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 stycznia 2019
W 2019 rok

Bardzo bym chciała nie zapeszać, ale każdy normalny, bez dramy, zwyczajny dzień nowego roku, to jak spokojny haust powietrza nabierany do klatki piersiowej. Wiem, że w warstwie ogólnokrajowej, ten 2019 jest smutny, komasują się tragedie. Dla mnie osobiście jest na razie tak dobry jak 2018. I chciałabym nie zapeszać, nie odwoływać, nie żałować, że tak napisałam. Ktoś by pomyślał, że przesadzam tak z tym odliczaniem normalności. Mam jednak za sobą kilka lat gwałtownych zmian, wolt, wywrotek. Mam za sobą czas, gdy nie za bardzo nie mam się na kim oprzeć, poczuć bezpieczna. Chciałabym by chwilowo scenarzysta zawiesił kręcenie tego serialu.

 

Co dziwne, w synestezji 2018 miał dla mnie kolor granatowy, a 2019 kolor czarny. A to kolory smutku, zamyślenia, końca. A poprzedni rok przeżyłam dobrze i radośnie jak na mnie. Za to roczniki z lat 90tych miały dla mnie kolory zielone i czerwone. Były to czasy intensywnych przeżyć i doznań emocjonalnych. Dobre, jak jest się młodym. W moim wieku, z tachykardią to się idzie do lekarza, nie opisuje podekscytowana w pamiętniku ;)

Uznam, że granatowy i czarny to kolory normalności. Jak czcionki ;)

Wczoraj miałam okresową ocenę pracownika. W mojej pracy jest takim zwyczaj zapożyczony z korporacji – taka rozmowa, co udało mi się wykonać z planów od poprzedniej oceny, jakie mam plany na kolejne pół roku, jakie widzę u siebie mocne strony, jakie słabe. Poprzednia odbywała się w momencie, gdy przedłużano mi umowę po okresie próbnym, więc tak na prawdę była to rozmowa, jak mi idzie w nowym miejscu i czy się nadaję. Teraz spotkanie było z moją bezpośrednio przełożoną, czyli koleżanką z działu, człowiekiem wielkiego serca i szefową działu, która pracuje od kilku miesięcy i jak dotąd średnio interesowała się każdym z nas, jako jednostką. Zrobiłam makijaż, założyłam czerwone ubranie, pierścionek, korale. Podciągnęłam moje emocje pod ubranie.

Dygresja. Najczęściej bywa tak, że człowiek podkreśla ubraniem swój stan emocjonalny. Można też odwrotnie – emocje wciągnąć w górę (rzadziej w dół) ubraniem. Nie podziała to jak jesteś w dołku – nie ubierzesz się, jak milion dolarów i nie poczujesz się od razu szczęśliwy. Podziała jak jest z tobą ok – założysz dobrane ubranie i poczujesz się bardzo, bardzo ok.

Oczywiście, moja dyrektor zdaje sobie z tego sprawę, ale też potrafi docenić, że to robię, bo jej zdaniem świadczy to o jakiejś tam samoświadomości człowieka. Generalnie, rozmowa poszła dobrze.

 

Tagi: praca życie
17:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 stycznia 2019
Odnalezione :)

W ostatni weekend, który tak smutno się zakończył w warstwie społecznej, ja zaliczyłam mały sukces. Odnalazłam dokumenty mojego dziecka! Legitymację szkolną i włożoną w okładkę razem z nią Kartę Miejską. Znalazłam w miejscu, ze trzy razy przeszukanym. To jest takie absurdalne. Znalazłam w dodatku w punkcie tego miejsca, które specjalnie z uwagą przeszukałam. Jeszcze bardziej absurdalne. Mam taką lubianą przez mnie torebkę, której już nie noszę do pracy, bo moje ukochane koleżanki z biura, które lubię, doceniam i świetnie się z nimi czuję, uświadomiły mnie, że jest postrzępiona, zaraz się urwie i w ogóle jak to tak. Taka wada pracowania z babami. I wisiała tak ta torebka już chyba z miesiąc. Za każdym razem, gdy zabierałam się za szukanie legitymacji, przeglądałam także jej zawartość. Ostatnio przejrzałam także dziurę w podszewce, bo pomyślałam, że to jakiś trop. I nic.

 

I w niedzielę, wychodząc na wernisaż, przekładałam rzeczy do tej torebki, włożyłam tak od niechcenia rękę do środka, przejechałam po materiale i proszę – wyczułam coś, o znajomym kształcie pod podszewką! Dokumenty cały czas leżały tam, ukryte pod materiałem. Nie wiem, dlaczego poprzednio ich nie wyczułam. Jeden sukces więcej do rozliczenia J

 

22:59, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 stycznia 2019
Weekend zimowo-piecowy

W sobotę, chwytając ostatnie podrygi śniegu, wyszłam z dzieckiem na sanki. Długo jednak nie pobawiłyśmy się. Górka była trochę oblodzona, ja obawiałam się wdrapać na samą górę, bo moje buty się ślizgały. A dziecko koniecznie chciało, bym tam razem z nią była.

 

- Zimą jesteś powolna. – skomentowało moje dziecko. – Latem jesteś taka szybka, a zimą powolna.

Odnoszę wrażenie, że chyba wolałaby odwrotnie. I to prawda, zimą jak wyjdę z domu, zsunę się z kanapy, to można strzelać na wiwat. Latem mam plany na całe dwa dni weekendu. A może ja po prostu się starzeję i mało, co już mnie ekscytuje. Jak taki stary kot, który śpi dwadzieścia godzin na dobę ;) Choć wolę wierzyć, że zimą jestem jak drzewo, które spuszcza soki i zamiera, by wiosną ponownie zakwitnąć.

W niedzielny wieczór wymknęłam się na finisaż wystawy. Miałam swoje własne motywy, bo oprócz tego, że obrazy były przepiękne – hasłem przewodnim był dźwięk i zapach – to w ramach wydarzenia można było przeczytać swój wiersz inspirowany którymś z obrazów. Poprosiłam o przesłanie mi pdf z nimi. Napisałam wiersz. Wychodzić z domu mi się już za bardzo nie chciało, ale wykopałam się za drzwi. Siedząc w czterech ścianach i pisząc do szuflady daleko nie zajdę. Trzeba iść na podobne wydarzenia, czytać swoją twórczość, pokazywać się ludziom. Emily Dickinson była tylko jedna. Emanuel Kant także. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że czytanie odbędzie się w formie Konkursu Jednego Wiersza. Trudno :) Wyszłam, przeczytałam, przeżyłam. Nagrody żadnej nie wygrałam, ale trzeba próbować dalej :)

 

poniedziałek, 14 stycznia 2019
***

Jakoś tak po koniec tamtego tygodnia, atmosfera była podminowana, trochę stresująca. Jednak nie z powodu warunków obiektywnych, ale tak jakiś prąd w pokoju biurowym leciał w powietrzu. Nie tak, żeby ludzie się znielubili, ale czuli, że powietrze jest naładowane.

- W taki dzień Gawrilo Princip postanowił zastrzelić arcyksięcia. - zażartowałam.

A teraz myślę ze smutkiem, że może stała się prawda. Jakiś Gawriło zdecydował ostatecznie, że zabije. 

Smutna passa dla kraju.

Tagi: życie
17:45, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 stycznia 2019
Bezpieczna starość

Wpis refleksyjny, jeszcze rozważania sprzed przesilenia zimowego. Wtedy na kablówce trafiłam na serial „Noce i dnie”. Pamiętam z dzieciństwa, że wstrząsające wrażenie zrobił na mnie ostatni odcinek. Barbara, w wieku starczym (bo wtedy tak postrzegałam bycie po 50tce) ucieka z płonącego miasta, traci dom, tuła się i miota po drogach, błaga przypadkowych ludzi o pomoc, oderwana od rodziny, samotna, opuszczona na pustkowiu. Wiem, że nie na takim pustkowiu i wiem, że nie taka znowu samotna. Wtedy jednak, jako dziecko, bardzo boleśnie odbierałam takie podsumowanie schyłku życia. Czułam, że wiek starszy powinien być czasem bezpieczeństwa, odpoczynku, spokoju. Ucieczka i strach przed żołnierzami to domena dla ludzi młodych, pełnych energii. Człowiek powinien spędzać schyłek swojego żywota bezpiecznie.

 

Dziś, patrząc na to z perspektywy osoby w wieku średnim, wiem, że sytuacja Barbary nie była taka straszna. Prawdopodobnie, gdy przetoczyły się wojska, wróciła do swojego Kalińca. Nawet może jej mieszkanie ocalało. Czekały na nią gdzieś tam dzieci, gotowe zaopiekować się matką. Jednak nadal jest we mnie taki lęk, że ta starość powinna być łagodna jak koc z wełny merynosa. A być może dotknie człowieka samotność, wyrwanie korzeni, strach, niepewność, ukrywanie się po zimnych miejscach, zagrożenie życia.

Bo jakby się czasem człowiek nie starał, nie zawsze dobre życie oznacza dobrą starość.

 

Tagi: życie
17:07, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 stycznia 2019
Kronika rzeczy zagubionych / znalezionych

Znana to prawda, że szukając jednej rzeczy znajdziesz kompletnie inną.

Przez dwa i pół roku legitymacja szkolna mojego dziecka spoczywała w mojej torebce lub jej plecaku. Teraz doszła Karta Miejska i trzeba było odłożyć komplet w bezpieczne miejsce. Jak mogę powierzyć dokumenty w ręce dziecka, które wieczorem nie pamięta, o czym było w południe na lekcji. Owo miejsce jest tak bezpieczne, że od września nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jest. A w ramach porywczych sprzątań przejrzałam już wiele kątów. W grudniu, ogarniając dom na cześć urodzin mojego dziecka poukładałam rzeczy na niektórych półkach. Teraz też zaglądałam w różne kąty. W pierwszej kolejności, wzięłam pod uwagę miejsca, gdzie mogłam ukryć rzecz będąc w stanie przytomności, nie ogłupienia. Teraz wezmę się chyba za te drugie.

Ale nie ma nic straconego. Odnalazłam kopertę z kartą kodów do konta bankowego. Data na kopercie 02.03.2016. Leżała oczywiście w bezpiecznym miejscu. Napisałam to, tak naprawdę, dla efektu dramaturgicznego. Koperta leżała w przedpokoju, na szafce na buty, przykryta szalami, apaszkami, czapkami, a to wszystko zasłonięte wiszącymi okryciami wierzchnimi. Trochę mi to dało do myślenia…

W ustawieniach konta bankowego mam jeszcze jakąś kartę kodów, która może być aktywowana. Być może to ta.

Dotąd podchodziłam do sprawy na luzie, bo z dzieckiem prawie nigdzie nie jeżdżę. Gdy są z klasą na wycieczce, to podejrzewam, że ostatnią rzeczą o jakiej marzy kontroler, to sprawdzanie Kart Miejskich dzieciakom. Zrozumie to każdy, kto podróżował komunikacją miejską w towarzystwie szkolnej wycieczki. Teraz jednak byłyśmy na wystawie, podróżowałyśmy pociągiem na Wigilię rodzinną. I kupowanie biletów jak dla osoby dorosłej, trochę mnie bolało.

Zaliczyłam jakiś mikroskopijny sukces, bo znalazłam pierwszą legitymację szkolną dziecka, która gdzieś w połowie I klasy zawieruszyła się na półkach. W sekretariacie szkolny Panie mi jednak doradziły wyrobienie nowego dokumentu. A potem trzeba się pofatygować do POK Związku Transportu Miejskiego, by wyrobić duplikat Karty Miejskiej.

Jeszcze mam kilka miejsc, które dałoby się przejrzeć. Sytuacja może być rozwojowa.

Podsumowując, jakbyście chcieli żebym wam ukryła zwłoki, to nie krępujcie się.

17:51, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 stycznia 2019
Weekend kulturalny

Weekend był częściowo kulturalny, częściowo śnieżny.

 

W sobotę wybrałyśmy się z Młodą na wernisaż wystawy obrazów mojej koleżanki. Motywem przewodnim były psy i koty. Techniki różne – akryl, oleje, pastele. Mnie się podobały te z akrylu, mojej córce w oleju J Długo nie pobyłyśmy, bo moje dziecko nie ma cierpliwości do takich spędów. Obrazy obejrzała, zdjęcia porobiła, podjadła przekąski, wypiła wodę i już nie miała co robić. Ze starszymi, czyli każdym powyżej trzynastego roku życia, rozmawiać nie będzie J Po niecałej godzinie zabrałyśmy się do domu. Jeszcze tylko moje dziecko, gdy usłyszało moją rozmowę ze znajomą, która jest morsem i dziś akurat raczyła się kąpielą w jeziorze, bardzo się podekscytowało tą ideą i też chce się kąpać w lodowatej wodzie. Już jutro J

Niedziela była leniwa. Wyszłyśmy tylko przed obiadem na okoliczny plac zabaw. Jest tam górka do zjeżdżania, spora przestrzeń do ganiania się ze śnieżkami. Trzeba wykorzystywać, że jest śnieg.

 

środa, 02 stycznia 2019
Noworocznie :)

Trzy ostatnie lata witałam w towarzystwie mojego dziecka. W tym roku postanowiłam to zmienić. Dyżur z Młodą pełnił jej ojciec. Nie wiedziałam, gdzie pójdę, gdzie mam się bawić. Z czasem miałam zrobić rozeznanie wśród znajomych. I akurat na początku grudnia, koleżanka rzuciła pomysł spędzenie sylwestrowej nocy w knajpie. Tanie to nie było, ale raz na jakiś czas można. W cenie był szwedzki bufet uzupełniany całą noc, także ciepłymi posiłkami i open bar.

Nie przygotowywałam się szczególnie. Jedynym szaleństwem było kupienie torebki na przyjęcia - dość karnawałowej, bo całej w cekinach. Moje dziecko oświadczyło, że chce ją po mnie odziedziczyć :) Torebka była przeceniona 50%, więc się nie zastanawiałam długo. Miałam jakiś pomysł, jak się ubrać. Jednak efekt był taki, że na pół godziny przed wyjściem przebierałam się ze trzy razy, dopasowywałam rzeczy, a i tak wyszłam w końcu w tym, co zestawiłam jako pierwsze. Tremę trochę miałam, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłam się na tańcach. Być może na studiach.

Była nas dziesięcioosobowa grupka - cztery pary i dwie singielki, więc nie czułam się krępująco nieparzysta. Większość osób już znałam, niektórych poznałam. I mogę przyznać, że był to czadowy sylwester. Żartowałam, jadłam, piłam, tańczyłam, a czas biegł błyskawicznie. Przed północą zdążyłam jeszcze pożegnać rok 2018, który był spokojny, udany, bez dramatów, w miarę stabilny finansowo. Chciałabym taki rok powtórzyć.

Podejrzewałam, że tak od 1:00 będę się chyłkiem wymykać do domu. A tutaj wybiła 3:00 i bawiłabym się jeszcze dalej, gdyby nie powolne wygaszanie imprezy przez organizatorów. Knajpa była w mojej dzielnicy, nie tak strasznie daleko do mojego domu - dwa przystanki autobusem. Aż głupio na taki kawałek brać taksówkę. Przed 4:00 wróciłam do domu piechotą.

Zabawa była fajna, ale Nowy Rok spędziłam na kanapie, walcząc z bólem głowy i osłabieniem ;) A lampki choinkowe musiały być wyłączone, bo wyjątkowo intensywnie migały ;) Zapobiegawczo, w Sylwestra ugotowałam wielki gar rosołu. Był to zbawienny pomysł, bo w Nowy Rok, co jakiś czas go sobie podgrzewałam i jadłam po talerzu. W 2019 jadłam to, co w 2018 było dobre :)

Ostatnie dwa tygodnie starego roku, taki czas pomost, czas zawieszony we wszechświecie, spędziłam na nic nie robieniu, lenistwie. Sama tak zawieszona. Z nowym rokiem przyszła nowa energia. Dziś mam jeszcze dodatkowy dzień urlopu i zabrałam się za rzeczy domowe.

poniedziałek, 31 grudnia 2018
Ostatni sen

Sen ostatni w tym roku. Nie w moim życiu. W co wierzę :) Ale, jak się potem okazało, mózg świetnie podsumował moje ostatnie lęki i próbował je rozwiązać.

Akcja snu polegała na tym, że wybierałam się do innego kraju. Wybierałam się dziwnym sposobem, bo miałam tam dotrzeć na jakieś cienkiej tratwie, przykrytej kocem. W dodatku morzem, małym, ale to zawsze morze. Przecież ja panicznie boję się wody. Sny nie muszą być logiczne, więc nic mnie z nich nigdy nie dziwi. Dlatego nie zaskakuje mnie dlaczego uważałam za naturalne dostać się gdzieś, pokonując na wątłym kawałku drewna dość rozległy zbiornik wodny.

Idę dalej, bo generalnie akcja snu polegała na przygotowywaniach się do tej przeprawy i jej wizualizacji. Na koniec znalazłam się z moją mamą i bratem w jakimś mieszkanku. Moja mama leżała sobie na łóżku, coś tam robiła. Brat też. Mama miała też jechać w to samo miejsce, ale pociągiem - szybko, wygodnie, jak normalny człowiek. Wiedziałam o tym środku lokomocji, ale z jakiś względów, na początku snu był dla mnie nieosiągalny. Brat wybierał się w to samo miejsce, ale chciał się przemycić w jakiejś ciężarówce. Też mocno kłopotliwy sposób podróży, ale w ogóle mnie nie zdziwił. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że mama ma do pociągu niecałą godzinę, musi się więc zbierać. Zaczęłam ją poganiać. I pomyślałam, że teraz nie widzę przeszkód, żeby też z nią jechać pociągiem. Byłam w piżamie. Zaczęłam się ubierać. I tu wynikł problem. Spodnie założyłam, ale bluzki były za ciasne (zakładałam ten sam zestaw, który chce dziś założyć na Sylwestra). Tak, tak, ważyłam się u cioci :/ Szukałam pośpiesznie czegoś dobrego, czas biegł. Widziałam już, że nie zdążę. Jak w każdym moim śnie. Coś mi ucieka, a ja nie mogę się spakować do końca.

Obudziłam się.

W pierwszej chwili, pomyślałam, że jak zwykle śni mi się zmarła mama, a ja zamiast wykorzystać to na jakąś rozmowę z nią, ignoruję ją, poganiam. W drugiej chwili pomyślałam ze zgrozą, że śni się zmarły i ciągnie mnie, brata w to samo miejsce. Jakby sen miał zapowiadać naszą śmierć. Pomyślałam jednak dalej. Mama pojechała pociągiem - szybko, bez problemu. Ja i brat mieliśmy absurdalne, skomplikowane, czasochłonne sposoby na przedostanie się, które miały sporą szanse się nie udać. Ja w dodatku utknęłam tam, gdzie jestem, bo jak zwykle jestem nieogarnięta i nie mam nic poukładane.

Pomyślałam, że to znak od mojego mózgu, że umierać nie będę, bo mam za dużo jeszcze spraw do załatwienia. Lub skoro nie ogarniam mojego życia, to śmierci też nie ogarnę. To nagroda dla tych, którzy wszystko planują, mają poukładane i działają od punktu do punktu. W kwestii umierania też.

Mój umysł poinformował mnie, że mam żyć i nie przejmować się.

Tagi: sny życie
15:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi