To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

czwartek, 18 stycznia 2018
Śnieżna kolysanka

Wyglądam przez okno. Sypie śniegiem. Bardziej niż w poprzednie dni. Wszystko spowite jest białym puchem, rozbłyskującym w świetle latarni. Mam ochotę wyjść i sama się nim obsypać. Być jak te drzewa i samochody.

Pamiętam jak dwa lata temu i rok temu patrzyłam na tak samo padający śnieg. Wprawiał mnie wtedy w niepokój. Jakby zamiast krwi ktoś wpuścił w mój krwiobieg rtęć. Oprócz tego byłam przeziębiona. Czaszka pulsowała rtęcią.

Kolejny dzień lukrowania rzeczywistości.

Śnieg jest jak cukier puder ;)

20:51, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 17 stycznia 2018
Pracowniczo

Pierwsze dni nowego roku przyniosły także odwilż w kwestiach szukania pracy. Przedtem martwiłam się, że wysyłam sporo aplikacji, ale nikt nie oddzwania. Jakaś frustrująca blokada. Martwiłam się już, że ta blokadą jest mój wiek, który - średnio ogarnięty rekruter - wyliczy sobie z doświadczenia zawodowego. Może uważa się, że po 40 stce albo jesteś wąskim specjalistą, albo grzejesz kierowniczy stołek, albo macasz owce w Bieszczadach w ramach wypalenia zawodowego. Aplikuję na stanowiska, na które nadają się do pracy i dwudziestki, i trzydziestki. Dlatego one mają większe szanse. A za kilka lat będzie jeszcze trudniej. 

Jednak coś zaczęło się zmieniać. W piątek miałam rozmowę, we wtorek (tu ktoś podrzucił moje CV), na czwartek szykuje się kolejne spotkanie, następne w przyszłym tygodniu.  W międzyczasie jedna firma przeprowadziła pierwszy etap rekrutacji przez telefon - mają oddzwonić z odpowiedzią, czy zaproszą na kolejny, ale podejrzewam, że tego nie zrobią.

Inna firma przysłała, też w ramach pierwszego sita, link do testu. To jest ciekawa zmiana na rynku. Zamiast zapraszać ludzi do siedziby i zabierać im dwadzieścia minut życia (plus dojazdy), robią to zdalnie. W link można było wejść tylko raz, potem był blokowany. A po wejściu w niego na wypełnienie testu było dwadzieścia minut, potem był zamykany. Aktywny był tylko przez czterdzieści osiem godzin. W opisie zaznaczono, że został tak wycyrkulowany czasowo, by nie można było szukać odpowiedzi w internecie. Było tam trochę pytań ogólnych o oprogramowanie biurowe, zadań z Excela i z języka angielskiego. Zaznaczone było, że sprawdzona zostanie też umiejętność napisania tekstu po angielsku. Dlatego człowiek robił ten test, obawiając się, że nie zdąży ze wszystkim, bo w końcu napisanie czegoś w obcym języku kilka minut zajmie. A na koniec, okazało się, że ów tekst, to było kilka banalnie prostych zdań po polsku, które trzeba było przetłumaczyć. Test zrobiłam w kilkanaście minut. Gdybym wiedziała, to bym jednak poszukała niektórych rozwiązań z necie ;) 

Co do dotychczasowych spotkań, to oba były w tej samej okolicy, prawie dwadzieścia minut tramwajem ode mnie. Zagłębie logistyczne na obrzeżach miasta, więc sporą część chętnych odstrasza odległość. Przed piątkowym spotkaniem przejrzałam stronę firmy, ale też trafiłam na znany mi już portal z opiniami o pracodawcach. I dobrych opinii nie było. Płacą na czas, socjal jest, ale ludzie narzekali strasznie na atmosferę w pracy i nawał obowiązków. Jednak samo spotkanie wspominam miło. Zobaczymy. 

Jak na razie, pierwsze 16 dni 2018 roku mogę uznać za dobre :)

Tagi: praca
11:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2018
Dworce, których nie ma, czyli Weekend NieMatki cz. 2

Teraz czas na refleksje po wczorajszym spacerze miejskim. Zapobiegawczo, ubrałam się ciepło, choć czułam się idiotycznie. Nie lubię mieć na sobie wielu warstw. Okazało się, że i to jest za mało. Po godzinie, w połowie spaceru, wymiękłam, ale akurat weszliśmy pod dach Dworca Wschodniego i namagazynowałam ciepła. Zapamiętam jednak moje wcześniejsze stwierdzenie, że zimowymi spacerami piekło jest wybrukowane. Szybko się na kolejny, w tej temperaturze, nie zdecyduję. 

Tematem przewodnim spaceru był Dworzec Terespolski, poprzednik dzisiejszego Dworca Wschodniego. Widziałam go na zdjęciach - piękny, klasyczny, dostojny, elegancki. Dziś został z niego jeden zabrudzony, zniszczony kawałek budynku, w którym mieści się skup złomu. Brawo PKP. Chylę czoła.

Spotkanie i opowieść przewodnik rozpoczął od pokazania nam na mapach, jakie były plany związane z linią średnicową. Pod koniec XIX wieku, na prawym brzegu bieg torów kończył się na dwóch dworcach - Terespolskim i Petersburskim. W dodatku były to tory o rozstawie rosyjskim. Na lewym brzegu linia kolejowa, o torach europejskich, urywała się na Dworcu Wiedeńskim. Wisła była symboliczną granicą pomiędzy Azją a Europą ;) Dodam tylko, że była linia kolejowa obwodnicowa, okrążające Warszawę - jej pozostałości to tory idące od Dworca Gdańskiego. Wtedy to było okrążenie miasta :) Już wtedy planowano, że dworce trzeba mostem połączyć. I jakoś poprowadzić w tkance miejskiej. Jeden z projektów planował poprowadzenie torów Saską Kępą i potem wzdłuż Wisły. Po I wojnie światowej myślano także by połączyć, puszczając pociągi Mostem Kierbedzia, Dworzec Petersburski (dziś Warszawa Wileńska) z Dworcem Głównym. Pomyślałam sobie, jak wyglądałaby Praga, życie podwarszawskich miasteczek, gdyby to linia kolejowa z Wołomina, Tłuszcza miała bezpośrednie połączenie z centrum Warszawy, a ci z Otwocka, czy Sulejówka mieli urwane tory na Dworcu Terespolskim (który zapewne nie zostałby nazwany Warszawą Wschodnią).

Stało się inaczej. Pomiędzy latami 1921-1933 zbudowano linię średnicową nad Wisłą. Już wtedy okazało się, że dotychczasowy dworzec jest zbyt blisko rzeki, nasyp kolejowy nachodzi na niego i trzeba przesunąć perony. Te perony istnieją do dziś, a wiaty na nich są autentyczne z dwudziestolecia międzywojennego. To perony 1-5 (podróże dalekobieżne) Dworca Wschodniego (perony 6 i 7, dla podróży podwarszawskich powstały po II wojnie). Sam Dworzec Wschodni z prawdziwego zdarzenia wybudowano w 1969 roku i wtedy uznano go za najnowocześniejsze rozwiązanie architektoniczne roku. Lata biegły, dekady mijały i gdy ja do pamiętałam z lat 80 i 90 tych XX wieku, był to twór na wskroś archaiczny, wschodni, trochę wstydliwy. Zaś w 2008 roku wygrał plebiscyt na najbrzydszy budynek w mieście. Uratowało go Euro 2012, bo z tej okazji został totalnie wyremontowany. Na szczęście, z zachowaniem pierwotnych założeń i rozwiązań architektonicznych. Przewrotnie - choć poprzedni budynek był brzydki i brudny, to żegnano go z żalem i nostalgią. Mnie osobiście było tamtego klimatu szkoda. Pamiętam, że gdy patrzyłam na ten wyremontowany dworzec, czułam się jakbym patrzyła na ciotkę po botoksie, liposukcji i powiększeniu biustu. Niby ona, ale jakby ktoś obcy :)

Przy okazji trafiliśmy pod jeden z najbardziej ukrytych adresów, czyli Kijowska 22. W życiu bym nie powiedziała, że taki numer istnieje i coś tam stoi - za dworcem, tuż przy torach i domkach działkowych. Teraz, gdy przebito obwodnicę, jest już lepiej widoczny. Kiedyś, kiedy ciągnęły się tu głównie działki, nie było szans. Sam budynek należy chyba do kolei i są tam jakieś pomieszczenia gospodarcze.

Dowiedziałam się także, że na mojej Szmulowiźnie, oprócz kilku kamienic, na obszarze od torów terespolskich do petersburskich ciągnęły się warsztaty, hale, budynki gospodarcze, wszystko związane z koleją. Po wojnie, w latach 70 i 80 tych stanęły na ich miejscu osiedla z wielkiej płyty.

Ze smutkiem patrzę jak burzy się niektóre budynki na Pradze, stawia na ich miejscu nowe udające te stare, tylko po to by sprzedać tam mieszkania po 12 tys za metr. Bo dzielnica się zmienia, bo traci dawny charakter. Jednak to samo działo się te czterdzieści lat temu. Gdy burzono te warsztaty, dziwne składowiska by mogły wyrosnąć mieszkania, takie jak moje. A za pięćdziesiąt lat ktoś zorganizuje spacer miejski śladami budowy drugiej linii metra :)

niedziela, 14 stycznia 2018
Od poezji do poetki, czyli Weekend NieMatki cz. 1

Mam za sobą pierwszy w tym roku swój Weekend NieMatki, spędzony w dodatku bardzo przyjemnie. 

W sobotni wieczór wybrałam się na łączony wieczór autorski pewnej poetki i mojej koleżanki (także poetki, pisarki), która promowała swoją płytę. Czas spędzony na słuchaniu poezji, muzyki z gatunku poezji śpiewanej. Jednak nie tylko. Przyszło trochę osób zajmujących się poezją i jak to bywa na takich spotkaniach, na zakończenie odbywał się "otwarty mikrofon". A ja, po ponad rocznej przerwie, ponownie zaczęłam pisać wiersze. Znowu zaczęły się snuć po mojej głowie. W piątek, nie ukrywam, że z myślą o tym wieczorze, napisałam dwa, a trzeci jest w dopracowaniu. Tak naprawdę to utwory były już kiedyś zaczęte, ale teraz je przekomponowałam, przerobiłam i wykończyłam. Mam trochę takich wierszy w urywkach. Dobry czas na dokończenie ich.

Zebrałam się na odwagę i zgłosiłam się. Serce strasznie się tłukło, żyłka pulsowała, ale o takim stresie mówi się w kategoriach "pozytywnej adrenaliny". Chyba pierwszy raz wyszłam z wierszami przed audytorium, gdzie tylko dwie osoby były mi znane. Przeczytałam wiersze, choć w połowie uznałam, że są okropne, ale za późno już było na ucieczkę. Trudno. Będę to powtarzać :)

Niedzielne wczesne popołudnie spędziłam na spacerze miejskim, ale to temat obszerny, będzie więc o tym oddzielny wpis. 

Ze spaceru, przemarznięta i zlodowaciała, dotarłam do Muzeum Literatury, gdzie byłam umówiona z kolegą. Przyznam szczerze, że pamiętałam, że mamy się spotkać w muzeum na Starym Mieście i czekałam na niego w Muzeum Warszawy... Dobrze, że nie kupiłam biletu :)

W Muzeum Literatury można aktualnie zobaczyć kartki, pocztówki autorstwa Wisławy Szymborskiej. Na małych kartonikach naklejała elementy wycięte z gazet, magazynów tworząc zabawne połączenia. Niektóre kojarzyły mi się z Monthy Pythonem. Podziwiam ją za wyobraźnię i tendencję do abstrakcyjnego, czasami lekko złośliwego humoru. W dodatku, miała niesamowite wyczucie lekkości. Czasami na kartce w wystarczyło nakleić dwie połączone rzeczy, które zajmowały jedną czwartą, jedną trzecią powierzchni, ale ich sens sprawiał, że tam nie trzeba było już doklejać niczego dodatkowego. Gdzieniegdzie widać było wycięty obrazek z gazety i doklejony jakiś tytuł, kawałek wyrwanego z kontekstu cytatu i dawało to ciekawe, absurdalne połączenie. 

Skoro już byliśmy w budynku, to obejrzeliśmy jeszcze wystawę stałą poświęconą Adamowi Mickiewiczowi.

Fajny czas :)

piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 10 stycznia 2018
Życie

Piszę bardziej po to, by we wpisach nie pojawiały się zbyt długie przerwy. Bo życie na razie spokojnie się snuje - wysypiamy się z dzieckiem, bo lekcje zaczyna od 10:40 lub 9:45. Szukam pracy, coś zrobię w domu, odbieram dziecko prawie zaraz po lekcjach (po 14:30-15:30). Niech ma coś fajnego z tego mojego bezrobocia. Efektem ubocznym wysypiania się jest to, że trudno Wiertkę wieczorem uspać. Pada dopiero po 23:00. Niech ma coś z tego mojego bezrobocia.

Zbieram dobre rzeczy, które nam się przydarzają. Na przykład wczoraj pojechałyśmy do domu kultury na teatrzyk dla dzieci. Na miejscu okazało się, że biletów już nie ma. Dość szybko są wykupywane, już w poprzednie dni (cena to symboliczne 5 złotych). Jednak panie sprawdziły, czy zostały odebrane dwa bilety dla czytelników jakiegoś lokalnego pisma. Jako, że nikt się po nie zgłosił, a do spektaklu pozostało dwadzieścia minut, mogłam je kupić :) 

Próbuję zaczarować rzeczywistość, myśląc, że jeśli w ciągu dnia wydarzy się jakiś miły drobiazg lub sam dzień popłynie leniwie zwyczajnie, to ta aura przejdzie na resztę roku :)

Już dziesięć miłych dni 2018 roku za mną :)

Tagi: życie
19:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018
Jak zwiedzać muzea :)

Za nami matczyno-córkowy weekend. W sobotę Wiertka odmówiła atrakcji, oglądania orszaków, dworaków, dekoracji świątecznych i na cały dzień zaszyła się przy serialach dla wczesnych nastolatek. Ja wyszłam na krótki spacer, bo pogoda była przepiękna.

Za to w niedzielę pojechałyśmy do Zamku Królewskiego. I to na wyraźne życzenie mojej córki. Potem się okazało, że jej się chyba z Muzeum Narodowym pomyliło, ale nic straconego :) Wiertka odrzekła, że woli zwiedzać ze mną, bo jak idzie z klasą, to jest tłum, popędzają ich, nie może oglądać jak chce.

Zobaczyłam, że nasze pokolenia czego innego oczekują od muzeum. Trasę zamkową przeszła raczej szybkim krokiem, nie zatrzymywała się na dłużej, nie wpatrywała w obrazy, elementy wystroju. Na chwilę przystanęła w sypialni królewskiej i była ciekawa, gdzie spała królowa.

- Nasz ostatni król, Stanisław Poniatowski nie miał żony, był kawalerem. - powiedziałam.

- Czyli był singlem? - doprecyzowała moja córka

No tak.

Już myślałam, że nasza wizyta w Zamku będzie trwała pół godziny. Aż trafiłyśmy do sal, gdzie były prezentacje multimedialne związane z historią budynku. I tu, z zaskoczeniem, zauważyłam, że moja córka jest zainteresowana i spędza najwięcej czasu. Dlatego, że ta część była multimedialna właśnie. W pierwszej sali - projekcja filmu o historii zamku od XIV wieku do 1939 roku. Druga sala poświęcona była II wojnie światowej - informacja filmowa wyświetlana była na trzech ścianach, światło było przyciemnione, słychać było dudniące wybuchy bomb, a na środek sali był podświetlaną na czerwono kratą symbolizującą wojenne pożary. W ostatniej sali zamieszczono informacje o odbudowie zamku - film wyświetlany ścianie, tablice interaktywne i kilka budek ze słuchawkami, gdzie można było wysłuchać wywiadów i fragmentów kronik.

Moje dziecko obejrzało w skupieniu film w każdej z sal, wysłuchało audycji w każdej z budek.

Zobaczyłam, że czego innego oczekujemy od przeszłości. Jak chcę zobaczyć, dotknąć, doznać okruchów autentycznego dawnego czasu. Patrzę na meble i czuję oddech tej epoki, idę przez salę i wyobrażam sobie tamte czasy. Dla mojego dziecka, nie jest ciekawe, że coś jest autentyczne i dotykał tego jakiś człowiek przed setkami lat. Dla niej istotna jest informacja podana w interesującej formie. Może się okazać, że nigdy nie poczuje potrzeby np. pojechania do Luwru - usatysfakcjonuje ją wirtualna podróż po tym muzeum.

Zajrzałyśmy jeszcze do Pałacu Pod Blachą, gdzie moje dziecko się wynudziło i chciało mnie jak najszybciej wyciągnąć. Na parterze można było zobaczyć wystawę wschodnich kobierców, a na górze przepięknie urządzone meblami z epoki pokoje księcia Józefa. A szkoda, bo szczególnie te pokoje chciałam w spokoju sobie obejrzeć :)

Zachęcam. W niedzielę do Zamku Królewskiego wstęp jest wolny :)

piątek, 05 stycznia 2018
Okruchy roku

Czasami zwracam uwagę na to, jakie wydarzenia towarzyszą pierwszym godzinom, czy pierwszym dniom danego roku. Jakby to miała być prognoza na resztę dwunastu miesięcy.

Tamten rok zaczął się pechowo. Już pierwszego dnia w pracy, po powrocie z urlopu, znalazłam w skrzynce służbowej mail, w którym ktoś mnie obmówił. Potem okazało się, że po prostu próbował się od czegoś wykręcić, ale niesmak pozostał. A po tygodniu dostałam wypowiedzenie. I nawet to, że z drukarni przyjechał mój tomik wierszy, nie potrafiło zakryć tego uczucia porażki.

W tym roku zastanawiałam się, czy w ogóle wychodzić z domu przez pierwsze dwanaście dni :D

A życie sobie. We wtorek pojechałam do dawnej pracy by odebrać świadectwo pracy. Chciałam je mieć jak najszybciej. Przy okazji zobaczyłam, że moje biurko jest już zajęte. Ktoś czekał na to miejsce. Takie życie. Od razu pojechałam do Urzędu Pracy, bo honor honorem, ale jedzenia za to nie kupię. Za zasiłek jak najbardziej. Okazało się, że 2-go cały urząd ma dzień wolny. Pojechałam tam we środę. Półtorej godziny czekania, bo to pierwszy dzień miesiąca, początek roku. Fala szczęśliwców pozwalnianych. Miałam gdzie siedzieć, miałam co czytać, czas szybko zleciał. Przy okienku, okazało się, że mam tylko jedno świadectwo pracy, a poprzedni pracodawca wystawił mi dwa (za okres próbny, potem z umowy na zastępstwo). Nie można mnie było zarejestrować. Jednak miła pani, powiedziała, żebym następnego dnia po prostu podeszła do jej okienka i nie czekała już tyle czasu. Bylebym wróciła szybko. Życzliwy gest.

A potem, w dodatku, bardzo szybko udało mi się odnaleźć ten papier. A to nie jest wcale dla mnie charakterystyczne :) W czwartek, trzeci dzień jeżdżenia. Pod urzędem zaskoczenie, bo stoją tłumy. Okazało się, że wszyscy muszą opuścić budynek... Nieźle. Miałam załatwić szybko, a cholera wie ile będę czekać. Zapewne ktoś wykonał głupi telefon o bombie, albo znaleźli jakiś pakunek. Straż Pożarna przyjechała szybko i o dziwo panowie byli w środku krótko. Po dziesięciu minutach można było wejść z powrotem. Miło.

Swoje sprawy, przy okienku załatwiłam. Okazało się nawet, że coś tam, coś tam, czego nie łapię, ale być może należą mi się jakieś zaległe pieniądze. Pani konsultowała to z innymi osobami i w końcu nie wiem. Być może nie, ale to też jakiś miły okruch. W każdym razie, na jedzenie wystarczy.

To nie koniec. Wracając do domu, wstąpiłam do takiego małego punktu, gdzie można kupić czasopisma ze zwrotów. Na kolorową gazetę za pół ceny mnie stać. Wygrzebywałam drobne z portfela aż wypadły mi karty ze środka (głównie lojalnościowe, z których nigdy nie korzystam, bo mnie nie stać na lojalność). Przed wejściem do domu, jeszcze weszłam na drobne zakupy do sklepu. Sklep jest drogi, zastanawiałam się, czy kupować akurat tam. Okazało się, że rozrzutność miała swój plus - zobaczyłam, że nie mam w portfelu karty bankomatowej... A tak, zapewne zakupy bym odłożyła, poszła na nie wieczorem. Karta musiała zostać w sklepie z gazetami. Wróciłam się tam biegiem. W przenośni, bo wymagało to przejechania trzech przystanków, ale poganiałam w myślach autobus. Miałam szczęście, karta cały czas leżała na swoim miejscu, pomiędzy słupkami czasopism, zlewając się kolorystycznie z okładkami (taki traf). Wszystko powypadało mi z portfela układając się w równą harmonijkę, tylko ta jedna poleciała na bok. Harmonijkę zebrałam i myślałam, że to wszystko. Pani sprzedawczyni nie miała nawet przez sekundę wątpliwości, że to moja karta, bo pamiętała moje zakupy sprzed kilkunastu minut. 

Jak widać, na razie dotyka mnie sam dobry traf. I nie chodzi o to, czy jakieś tam wróżby się sprawdzają, ale o robienie sobie nastawienia :)

Tagi