To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 22 lipca 2018
Koncertowy weekend

Na tę sobotę moja córka czekała od ponad tygodnia. Podekscytowana i w emocjach. Jej idolki, trzy nastolatki prowadzące program dla dzieci i śpiewające piosenki dla tej grupy wiekowej, miały swój mały koncert w pewnym centrum handlowym. Działo się to przy okazji działań promocyjnych związanych z premierą "Mamma Mia. Here we go again". Wydarzenie było pomiędzy 12:00, a 16:00, ale nie podano kolejności występowania gości, dlatego byłyśmy już tam w południe. Podsłuchałam, że dziewczyny będą śpiewać po 13:00, poszłyśmy więc z Wiertką na mały spacer.

I tu małe spostrzeżenie. Centrum handlowe jest w centrum betonu, nie ma sensu więc wychodzić na zewnątrz. Spacerowałyśmy alejkami, a jest to czas, gdy nie mogę wydać niepotrzebnie ani grosza i jest to dosłowna dyrektywa, ani grosza. Wzięłam wodę do picia, bułki dla dziecka. Jednak zazwyczaj tak jest, że kiedy wiesz, że nie możesz nic kupić, to akurat myśl o kupowaniu trzyma się ciebie uporczywie. A to kawa, a to lody, a to napój. Weszłyśmy w końcu do księgarni i tam pooglądałyśmy rzeczy. Nie jestem typem człowieka, który spaceruje po sklepach by sobie popatrzeć. Jestem zadaniowa - wchodzę by kupić. Bez tego zadania czuję się jak debil.

Straszna godzina wreszcie minęła i zaczął się koncert. Oraz jeszcze gorsza godzina. Bo zjawiło się trochę dzieci, głównie dziewczynek z rodzicami. I każda chciała mieć autograf oraz zdjęcie z idolkami. A rodzice byli, dobra nie będę ściemniać, byliśmy mocno zdeterminowani by naszym słoneczkom w tym pomóc. A mam wrażenie, że centrum handlowe, jego ochrona, nie pomyślała, że taki nieznany zespolik może wzbudzić jakiekolwiek emocje. Bo jak nie masz dziecka w wieku 5-9 lat, to nie wiesz kto to jest. Dlatego ochrona nie była przygotowana na taki kocioł.

Pomiędzy dwoma występami i przed nim - do dziewczyn ustawiała się kolejka. A raczej najpierw kłębowisko dziecięco-rodzicielskie, potem ze trzy alternatywne kolejki i dopiero po całym występie, gdy dziewczyny ustawiły się na dobre, ochrona zaczęła burdel ogarniać wpuszczając po kolei po dziecku z każdej alternatywnej kolejki. Na pomysł by zrobić jedną, oficjalną, kontrolowaną, panowie nie wpadli. Dla mnie było to stresujące, bo stałam z dzieckiem, dookoła mnie inne dzieci, ich rodzice. Starasz się być uprzejma i nie stratować, to zaraz jakaś baba wciska przed twoje ukochane dziecko, swoje dwie różyczki. Zazwyczaj jestem wycofana, nie idę w starcie, ale tu widziałam smutną minę mojego dziecka, które zapewniałam co chwila, że teraz ona będzie mogła wejść. I wyszła ze mnie madka. Zwróciłam uprzejmie, ale stanowczo tamtej kobiecie uwagę. Ona napadła na mnie, że robię problem, bo dostaną się wszyscy. To niech cofnie swoje gówniary do tyłu, jak taka mądra. Na szczęście byłyśmy madkami, nie Madkami, więc po kilku zdaniach raczej dość cicho cedzonych, każda się zamknęła. Szkoda było wystraszonych twarzy naszych dzieci. Potem w tym kłębowisku, pozwoliłam jeszcze by przed moje dziecko wepchnął się mały czterolatek, bo jego mama miała dziecko w nosidełku i nie mogła go wspierać tak jak inni rodzice. Ale gdy obok wsuwała się mała dziewczynka wspomagana przez nastoletniego brata z uśmiechem przeprosiłam go, że teraz będę nieuprzejma i jednak to moje dziecko wejdzie. Opisuję to tak, bo sama się nie spodziewałam, że potrafię być taka wojownicza, niefajna i niemalże chamska. A to wszystko, bo nie chciałam zawieźć mojego dziecka.

Dobra, autograf zdobyty, zdjęcia zrobione. Można było wracać do domu. Byłam psychicznie wykończona :)

A żeby było sprawiedliwie, to wieczorem poszłyśmy na koncert w Muzeum Warszawskiej Pragi - grały Same Suki. Muzyka folkowa, wśród wykorzystywanych instrumentów suka biłgorajska, bęben, czy wiolonczela, a wokalistka także świetnie operowała głosem. Suki, bo też teksty były, choć stylizowane na ludowe, to mocno zaangażowane społecznie. Bardzo fajny koncert. Wiertce też muzyka się podobała, choć czasami mówiła, że jest straszna (to ta suka biłgorajska).

Za to niedziela leniwa. Południe spędziłyśmy, leżąc w piżamach w łóżku, oglądając sobie razem "Mamma Mia". Pamiętam jak byłam na tym dziesięć lat temu w kinie i żałowałam, że nie mogłam zabrać na to mamy, która zmarła kilkanaście tygodni wcześniej. Mama lubiła piosenki Abby. A teraz mogę obejrzeć to z własną córką :) Spodobały jej się piosenki i chce iść do kina na część drugą :)

20:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Wykurzyć Stefana

Na zakończenie tygodnia anegdotka.

Wiertka boi się pająków i ostatnio to się pogłębiło. Efekt był taki, że gdy na wyjeździe zobaczyła w łazience, nad muszlą klozetową pająka, to chciała iść zrobić siku do jakiegoś baru. Pająk był pod sufitem, ale na wysokości toalety. Malutki, ale grubiutki i czarny. Młoda wykorzystała w końcu prysznic, który ja umyłam  i wypłukałam.

Gdy ona wróciła do pokoju, ja wzięłam szczotkę na długim kiju. Nazwałam pająka Stefanem i mówiąc do niego po imieniu trąciłam delikatnie ze dwa razy. Tak powiedziałam kilka zdań dla zapoznania się wstępnego. A Wiertka śmiała się z pokoju. Krzywdy mu nie chciałam robić, bo szkoda mi takich stworzeń. Wierzę, że ludzie i pająki mogą wspólnie egzystować, jeśli tylko jednego i drugiego nie jest za dużo ;)

Następnego ranka Stefana już nie było. A Wiertka opowiadała, że zanudziłam Stefana tak, że aż musiał się wynieść.

19:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2018
Ku samodzielności

Taką mam pracę, że raz pracuję 8-16:00, a raz 10-18:00. Usługowa, a klienci wychodząc do domu zasypują czasami zleceniami i chcą mieć rano do kawy podane rozwiązanie. Na szczęście, udaje się grafiki dopasowywać, zgrać, zmieniać, dogadywać z ludźmi.

To pierwszy moment mojego macierzyńskiego życia, gdy mogę sobie na to pozwolić. Bo zaczęłam wdrażać Wiertkę do samodzielności. Pod koniec roku szkolnego, odbierała ją jeszcze sąsiadka (mama koleżanki, razem ze swoim dzieckiem), która jest mocno wyczulona na problem gwałcicieli, emigrantów oraz wszelakich typów, którymi są ulice wybrukowane dookoła. Wiertka dostała swój klucz, dla ułatwienia nakleiłam jej na nim kawałek taśmy i z jego pomocą szybko załapała, że klucz obkręca się równe 360 stopni. Nie 380, 400, a może 600 stopni. 360 stopni i łatwo wyjdzie, nie trzeba szarpać.

A odkąd rozpoczęło się Lato w Mieście, moja córka codziennie wraca sama do domu. Jest głęboko niezadowolona, że musi tkwić w szkole, więc dostała zgodę na samodzielne wyjście o 16:00. Ona wraca do domu - z ochotą się na to zgodziła, a ja docieram o 17:00 lub 19:00. Młoda w domu zajmuje się rozrywkami rujnującymi umysł, czyli oglądaniem youtuberów. Tak już drugi tydzień.

Początki były średnie. Dostała swój telefon, by był z nią kontakt. Jednak nie słyszy, jak dzwoni, nie reaguje też na smsy. Wiem, że wychodziła ze szkoły i szła na plac zabaw obok naszego bloku, sprawdzać, czy nie ma tam jej koleżanki z klasy z mamą. Jak jej nie było, dopiero wracała do domu. W tamtym tygodniu, przed 17:00 zajrzałam do domu - nie było jej, poszłam poszukać ją na placu zabaw. Nie było jej. Poczułam się nieswojo. To jeszcze nie ten etap, gdy dopadają cię złe myśli. Telefonu nie odbierała. Nie miałam pojęcia, gdzie mogłaby pójść. Na wszelki wypadek zadzwoniłam do mamy koleżanki z klasy. Wiem, że natychmiast by mnie poinformowała, gdyby moje dziecko z nią było. Nic innego nie przyszło mi do głowy. Okazało się, że chwilę wcześniej moja córka wysłała do niej omyłkowo sms-a: "Mama jest 16:53 zapomniałam ide do domu". Okazało się, że panie na Lecie w Mieście nie zwracają dzieciom uwagi, że mogą iść, a Wiertka straciła poczucie czasu. Ja szukałam ją na placu zabaw, ona właśnie wchodziła do domu. Zaraz tam byłam. Jednak powiedziała mi, że jak weszła i zobaczyła, że mnie nie ma, to trochę chciało jej się płakać.

W tym tygodniu, wychodząc dzwoni już nie do mnie i raportuje "Mama, nie słyszę cię, chcę ci tylko powiedzieć, że wyszłam i idę już do domu. Papa". Bo innym problemem jest to, że przez niedosłuch nie słyszy, co się do niej przez telefon mówi.

Mam nadzieję, że pomimo tego wpisu, będzie bezpieczna :)

Tagi: córka
20:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lipca 2018
Gdy w poniedziałek 16-go tęsknisz za piątkiem 13-go

Po ostatnich wyjazdach, w ten weekend postawiłam na lenistwo i plan minimalistyczny. Pogoda także. Trochę ogarnęłam w domu, ugotowałam obiad, zdrzemnęłam, co skrytykowało moje dziecko. Jednak trudno, tak nadrabiam braki snu w soboty. Nie potrafię wcześnie zasypiać, bo wcześnie wstałam. 

W niedzielę, w przerwie pomiędzy ulewami, poszłyśmy z Wiertką na spacer. Pograłyśmy w ping ponga na Otwartej Ząbkowskiej, co polegało głównie na szukaniu piłeczki pod ulicznymi donicami :) Zajrzałyśmy nawet do biblioteki sąsiedzkiej, gdzie w ten weekend zbudowali labirynt z książek - można było spacerować, przeglądać i zabrać ze sobą kilka pozycji. Z czego, z młodą, skorzystałyśmy. Choć ona postawiła na mangę.

A w poniedziałek, oprócz fali deszczu, obudził mnie świdrujący ból głowy nad prawym okiem, ucisk w klatce piersiowej, łopotanie. Ból w ciągu dnia powoli przeszedł, ale łopotanie zamieniło się szybko w irytację, poddenerwowanie, złość. Na szczęście, już daję sobie z tego sprawę - że to objaw czysto fizyczny i trzeba zacisnąć zęby i nie pozwolić by ta złość wlała się w jakiś przypadkowy pretekst. Mocno się przez cały dzień pilnowałam. A zaczęły się trudne dwa tygodnie - część osób w pracy jest na urlopie i robię rzeczy za dwie osoby. Uczę się rozgarniać w spadających sprawach. I też tego, by nie być bohaterką i jak czuję, że tego jest za dużo, powiedzieć, by ktoś mnie odciążył.

Wieczór, jak to wieczór przyniósł spokój :)

A dla mnie poniedziałek 16-go był trudniejszy niż piątek 13-go :)

piątek, 13 lipca 2018
Wakacyjny zamęt, czyli w sercu turystycznego tornada

Druga część urlopu, to pobyt w pewnej turystycznej miejscowości nad morzem. Jedna z moich koleżanek użyczyła nam swojego mieszkanka (w apartamentowcu, co zachwyciło moją córkę) niemalże tylko za koszty czynszu.

Całkiem inny wymiar świata. Dużo dźwięków - gwar rozmów, brzdąkanie automatów, niosące się falami odgłosy koncertów, a to z domów wczasowych, a to z chodnika. Feria kolorów. Początkowo czułam się tym przytłoczona i przebodźcowana. Z czasem przywykłam. Za to Wiertka szalała.

Trzydniowy pobyt, dni z podróżą nie liczę, miał trzy wiodące, czasem przeplatające się tematy. A pogodę miałyśmy przepiękną. Z domu wychodziłyśmy o 11:00, a wracałyśmy na dobre grubo po 21:00. Wpadałyśmy, a to wziąć prysznic, a to coś zabrać, ale na chwilę.

Plaża. Coś co robię dla szczęścia mojego dziecka. Nie przepadam za grillowaniem się na piasku i taplanie w wodzie. Pierwszego dnia wybrałyśmy się, jak na wyprawę - parawan, koc, torba z przydasiami. Parawan mi się położył na piasku, bo nie potrafiłam go porządnie wbić, a na kocu praktycznie nie usiadłam. Był rozłożony w dalszej części, a ja nie mogłam zostawić dziecka samego w wodzie. I tak przez trzy godziny, skakałam z Wiertką po falach, które waliły mnie czasem aż pod szyję. Niech nikt nie myśli, że to łagodne doznanie. Wieczorem okazało się, że czuję nie tylko mięśnie nóg, ale też karku. Byłam odrobinę połamana :) Następnego dnia miałam plażowstręt. Odwróciłam więc kolejność atrakcji - najpierw wycieczki, plaża po południu. Spora część osób już sobie poszła, ustawiłam sobie krzesełko przy samej wodzie, bo było już miejsce. Mogłam spokojnie popatrzeć na zabawę dziecka. A ostatniego dnia, nad wodę poszłyśmy już wieczorem. Ja siedziałam owinięta w sweter, z kapturem na głowie, trzęsąc się, a moje dziecko, półnagie hasało w wodzie. Na serio, temperatura była zabójcza, a jej to nie przeszkadzało. Twierdzi, że jest zimową dziewczyną, nie boi się zimna.

A druga część wyjść to były wycieczki okoliczne - wdrapanie się na latarnię morską, park linowy, wesołe miasteczko, wycieczka statkiem po Zalewie Wiślanym.

Ostatniego dnia, było coś dla matki! Wycieczka historyczna, hurra. Najpierw statkiem na drugą stronę zalewu, tam busikiem do Fromborka, podziwiać dokonania Mikołaja Kopernika. Zachwycałam się możliwością zobaczenia z bliska "O obrotach ciał niebieskich", podręczników do studiowania medycyny z tamtych czasów, niemalże dotknięcia miejsca, gdzie leżą doczesne szczątki uczonego. Patrzyłam na przyrządy, których używał Kopernik - on za pomocą kilku drewnianych rzeczy zmienił postrzeganie świata, dziś człowiek potrzebuje GPS by dojechać sto kilometrów dalej. Obejrzałyśmy muzeum, katedrę, wieżę zamkową. W tej ostatniej widziałyśmy Wahadło Foucault. Wiertka miała szczęście, bo była akurat obok pani nadzorującej ekspozycję, gdy ktoś dotknął liny z kulą i zaburzył jej jednostajny bieg. Trzeba ją było zatrzymać, unieruchomić, przeczekać drganie liny i ponownie puścić w ruch czas. I moja córka w tym pomagała, mogła dotknąć kuli :) A w drodze powrotnej trafiłyśmy jeszcze na opuszczoną, zamkniętą od dawna stację kolejową, gdzie ja szalałam ze zdjęciami, a Wiertka bała się duchów.

Bardzo aktywny czas. Mogłam wrócić do pracy odpocząć :)

22:20, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
wtorek, 10 lipca 2018
Nad jeziorem, czyli czy czas może być jak mgła

Ten urlop był intensywny - w dziewięć dni zmieściłam pobyt nad jeziorem i nad morzem. I w sumie trzy dni spędziłam na podróżach.

Dwa kompletnie inne momenty wypoczynku.

Nad jezioro pojechałyśmy z Wiertką do domku letniego mojej koleżanki poznanej kiedyś w sieci. Znamy się już dziesięć lat, choć przez ten czas rozmawiałyśmy (wraz z innymi kobietami) w sieci, a widziałyśmy się może kilka razy. Nad jeziorem byłyśmy we cztery - dwie matki i dwie córki w zbliżonym wieku. Czasami dojeżdżało jeszcze dwoje kuzynów.

Jedna strona to taka, że Wiertka miała koleżankę do zabawy, z rzadka mnie potrzebowała. Mogłam sobie poczytać, odprężyć się, posnuć. Drugą stroną było to, że nie byłam tam sama i wypadało nawiązywać codzienne relacje społeczne z koleżanką. A ja mam obawy, że taka obecność drugiego człowieka może być dla mnie, introwertyka, czasem ciężka. Jednak okazało się, co i wcześniej wiedziałam, że koleżanka ma podobny do mnie charakter. Nie zagarniałyśmy sobie przestrzeni, czasu, powietrza. Nawet rytm dobowy mamy wszystkie cztery podobny, czyli pobudka przed 10:00.

Okolica była przepiękna. Trochę domów letniskowych dookoła, ale nikt nie zjechał. Byłyśmy w środku lasu niemal same. Kilka kroków do jeziora i pomostu. Cisza, spokój, wiatr. Rano budził mnie za oknem śpiew trzech różnych rodzajów ptaków. Powietrze co kilka sekund przeszywał odgłos linki rzucanej przez wiatr na maszt łódki przycumowanej niedaleko. Chłodno, prawie zimno, niebiesko szaro na niebie. Nie przeszkadzało. Czas snuł się dookoła mnie jak mgła.

Czasami, po zmroku, przychodziły mi do głowy różne scenariusze historii kryminalnych albo dramatów psychologicznych. Idealna sceneria :)

W środku tygodnia praktycznie cały dzień w pociągach i autobusach, by przejechać z Polski centralnej nad morze. I powolny rytm zamienił się w galop. O czym w następnym wpisie.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 lipca 2018
Po urlopie

Zjechałam z urlopu i boję się sprawdzić stan konta bankowego :)

Choć już to konto sprawdziłam. I wyszłam z bajkowego świata, gdzie wszystko bywa możliwe i wróciłam do starego życia, gdy trzeba grosik do grosika.

Niedługo opiszę co i jak na tym wypoczynku. Jedno mogę stwierdzić - planowałam, że będę swoje stare, niepublikowane teksty poprawiać, redagować, cyzelować, dopieszczać. By móc je wrzucać na literackiego bloga. I nie miałam na to ani minuty czasu. Za to dostałam komplement od dziecka - bo przez cały czas wakacyjny czuło, że jestem tylko dla niej.

A teraz pranie, zdejmowanie kurzu z mieszkania, pogadanie ze świnką morską, aklimatyzacja w pracy.

Tak więc jestem, ale jakby nie do końca :)

21:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2018
Lato, lato, lato czeka

Jutro wyjeżdżamy z Wiertką nad jezioro, a potem nad morze. W dwa weekendy i jeden tydzień upchniemy dwie podróże :) Wpisów raczej nie będzie. Postaram się odezwać po 9 tym lipca :) W ostatnich czasach byłam w bezustannym biegu - z domu wyjście średnio o 8:00, powrót koło 20:00. Chciałabym tylko leżeć i nic nie robić, albo spacerować w fajne miejsca :)

21:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2018
Wakacyjnie

W pierwszy tydzień wakacji Wiertka chodzi na półkolonie. Ich tematem przewodnim jest programowanie i tworzenie prostych gier komputerowych. Od razu jak zobaczyła reklamę, to się zapaliła do tego i już nie chciała słyszeć o żadnych innych zajęciach tematycznych.

Tak więc ten tydzień wygląda tak, że przesunęłam sobie pracę na zmiany od 10:00 lub 9:00. Rano zawożę dziecko do sąsiedniej dzielnicy na zajęcia. Dobrze, że to pół godziny jednym autobusem i potem krótki spacer. Następnie jadę kolejną godzinę do pracy, w inną część miasta. Całość zajmuje ze dwie godziny. Na szczęście, małą odbiera i odwozi do domu jej tata. A ja docieram do domu koło 19:00.

Wiertka półkoloniami jest zachwycona. Wszystko to, co kocha, czyli komputery, gry, różne dziwne kody. Tak przez pierwszą część dnia. Druga jest przeznaczona na aktywność fizyczną - byli w parku trampolin, na wycieczce, gdy padał deszcz grali w różne gry. Moja córka stała się fanką grania w Mafię :) Na zajęciach są sami chłopcy i tylko dwie dziewczynki :) Na szczęście, Wiertki to nie zniechęciło. Zapewne, gdyby półkolonie trwały dłużej, to cały czas by chciała tam chodzić. Zupełnie nie reaguje jak ktoś, kto ma zbyt zajęty dzień. Rano budzę ją bez problemów, choć to niemal tak samo jak do szkoły. A po pierwszym dniu z emocji nie mogła zasnąć, bo już chciała się obudzić :)

Może zapiszę ją, we wrześniu, w tym miejscu na zajęcia pozaszkolne. Tematyka ta sama.

Całkiem odwrotnie jest z Latem w Mieście (dopiero będzie), które to jest tematem naszych sprzeczek, rozmów, dyskusji - to znaczy, moje dziecko płacze, jęczy, dyskutuje, a ja się nie uginam. To raczej temat na inny wpis.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2018
Letnio o intymności

Po raz pierwszy nie było mnie na zakończeniu roku szkolnego dziecka. Spytałam się Wiertki, czy chciałaby by był z nią tata i bardzo się ucieszyła. Ja mam jeden dzień urlopu w zanadrzu. A może trochę szkoda, bo dostałam dyplom "dyrekcji, wychowawczyni i Rady Rodziców" dla rodzica zaangażowanego w życie klasy. Coś w tym stylu. Zrobiło mi się niesamowicie miło, że ktoś zauważył i docenił, że starałam się jakoś pokazać jako dobry rodzic.

Chciałam nawet zdjęcie tego dyplomu wrzucić do sieci, by się pochwalić. Pomyślałam jednak, że niektórzy rodzice też dostali, a tak się nie chwalą. Wynikła też sprawa z Wiertką, która nie chciała bym to zrobiła. Zawahałam się, nawet wrzuciłam dwa razy i dwa razy po chwili skasowałam. Nie ma po co. A moje dziecko robi się wyczulone na pewne rzeczy.

Gdy dwa tygodnie temu zmarł Edek i napisałam to FB, moja córka była oburzona. Popłakała się i chciała bym to usunęła. Jak mogłam zrobić coś takiego. Dla niej sieć jest po to by się chwalić, zbierać pochwały, głosy uznania. A nie powinno się chwalić śmiercią zwierzątka. Mogę sobie myśleć, co chcę, ale chyba moje dziecko ma jeszcze jakieś granice intymności i dzielenia się ze światem.

A te dyplom pochwalny też jest na swój sposób z nią powiązany. Muszę zacząć uważać, na to jak pokazuję pewne rzeczy. To też przykład dla niej.

Ta deszczowa pogoda, końcówka cyklu sprawiają, że przez ostatnie dwa dni snuję się jak w śpiączce.

Tagi