To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 04 października 2011
Mój przegląd techniczny

Wspominałam, że w sierpniu internista zleciła mi różne badania. Zrobiłam je i jakby dokonałam na sobie przeglądu technicznego.

O alergologu będzie za jakiś czas, bo mam badania przez niego zlecone i jakoś nie wierzę, że te kaszle miały podłoże alergiczne.

USG jamy brzusznej pięknie i typowe. Wątroba zdrowa, trzustka zdrowa - tylko pić, jak podsumowałam z kolegą z pracy ;)

Po tych ciągnących się tygodniami kaszlach bałam się RTG płuc i już widziałam się umierającą na raka. Mamy wspaniałe kampanie mówiące, że raka piersi można pokonać, ale nie znam nikogo, kto by zwyciężył tego w płucach. Jest ok, żadnych guzków, żadnych zmian.

Tylko... Mam małe serce... Zmniejszone. Dopytałam się o to internisty, ale ten stwierdził, że niepokojące bywa powiększone, ale w drugą stronę jest ok. Tylko wydolność mogę mieć mniejszą. Ciekawe, czy to przez to tak szybko męczyłam się w dzieciństwie na zajęciach wychowania fizycznego i przez to znienawidziłam aktywność fizyczną na wiele lat?  Dobrze, że nie wiedziałam o tym dwa lata temu, przed porodem, bo bym żyła ze schizą, że nie dam rady urodzić naturalnie, a na skierowanie na cesarskie cięcie nie mam szans. W sumie, nie dałam rady - użyli próżnociągu i czasem czuję wstyd, że jestem tak kiepska w rodzeniu.

Mam nadzieję, że to na prawdę nieszkodliwa cecha serca. Moja koleżanka miała nieszkodliwą wadę i pewnego dnia osierociła dwie córeczki - 2 i 4 letnią. Dziś dowiedziałam się o pewnym 13to latku, który (serce operowano mu po narodzinach i miał być już zdrowy) wczoraj poszedł spać, rano już się nie obudził.

Znowu przychodzą myśli, że pewnego ranka się nie obudzę, Wiertek powie "czeeeee" i nic nie usłyszy. Weźmie niekapek z piciem i będzie czekać, aż się obudzę. A jej ojciec będzie na drugim końcu kraju, z planem powrotu dopiero za kilka dni.

W każdym razie - nie mówcie, że jestem bez serca, jest po prostu zbyt małe by wszystko pomieścić ;)

13:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2011
Ostatni weekend

Znowu zaległy wpis :)

W niedzielę przyjechał tata Wiertka, z jej rodzeństwem i pojechaliśmy na dzień otwarty Stadionu Narodowego. Zastanawiałam się, czy nie zostać w domu i nie porobić czegoś dla siebie, ale nie wiadomo kiedy znowu będę na tym stadionie.

Załapaliśmy się na pokaz rozsuwania dachu, posiedzieliśmy na miękkich krzesełkach. Rzeczywiście, aż nabrałam ochoty by wybrać się na jakiś mecz, czy koncert, by oddać się wspólnym plemiennym emocjom. Atmosfera była odrobinę plemienna.

Mniej zabawnie było, gdy trzeba było zebrać się do wyjścia. Zbity tłum sunął powoli w jednym, narzuconym kierunku. Był otwór wlotowy i wylotowy ze stadionu, wszystko inne pozamykane. Pomyślałam, że wystarczy kilka kapiszonów, albo jakiś psychol z ukrytym sztucerem pod płaszczem (przecież tu nikt nie sprawdza toreb). Wystarczy trochę paniki i to wszytko rzuci się ślepo do przodu, tratując się wzajemnie. Czy ktoś miał tyle wyobraźni, by zabezpieczyć dzień otwarty przed takimi wydarzeniami? Od tego momentu byłam już niespokojna - kit ze mną, bałam się o dziecko w drobnej spacerówce. Zeszło ze mnie dopiero jak wyszliśmy na zewnątrz.

Zaskakująca integracja rodzeństwa. Młoda, która latami jęczała o młodsze rodzeństwo ("dziewczynkę, bo głupiego brata już mam"), teraz mam do siostry stosunek życzliwy, ale bez rwania się do niej. Świeżo upieczona gimnazjalistka, co innego jej w głowie. Za to Młody (dwa lata młodszy od Młodej), kiedyś dziecko lekko upiorne (wymuszanie wszystkiego wrzaskiem, płaczem, obrażanie się, skupianie na sobie uwagi) teraz prowadzi spacerówkę z siostrzyczką, sam chce wprowadzać go do autobusu, pilnować jej. Bardziej bym go o sceny zazdrości posądzała.

Wieczorem, przy zasypianiu spytałam się Wiertka, czy pamięta jak byłyśmy na Stadionie dziś i tak głośno grała muzyka, a ta nagle podniosła głowę i do mnie:

- Noooo, noooo, noooo.

Jak ona rośnie! Nie sądziłam, że ma już wspomnienia :)

A dziś tata przyniósł jej małe samochodziki, po starszym bracie. Cały wieczór się nimi bawiła, budowałyśmy garaże z klocków. Wieczorem zaś zapakowała je do torebki i zasnęła razem z nimi.

21:27, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Wieczór autorski trochę mojego autorstwa

Zaległe wpisy popełniam, bo wieczór autorski był w piątek :)

Wieczór poświęcony był "Oku wielkiej bogini" Barbary Srebro-Fila.

Koleżanka ze stowarzyszenia jakiś czas temu wydała książkę. W czerwcu byłyśmy grupą w klubie prowadzonym przez znajomego jednej z nas. Jest chętny udostępniać lokal na nasze wydarzenia, bo zależy mu na wypromowaniu miejsca.

Dlaczego wpadłam na to by zorganizować i prowadzić ten wieczór (tak jak prowadziłam poprzednie wieczory autorskie stowarzyszenia)? Z własnych, niskich pobudek ;) Zawsze chciałam być na jakiejś scenie, ale blokowała mnie nieśmiałość. Jeszcze w przedszkolu pani pytała się, które dziecko chce wystąpić i w myślach krzyczałam "ja, ja, ja", bo chciałam grać główną rolę, błyszczeć. Miałam jeszcze nadzieję, że przedszkolanka sama mnie wskaże, ale takiego szczęścia nie miałam. I tak przez całe życie zanim zrozumiałam, że to "ja, ja, ja" trzeba jednak powiedzieć na głos. Odważyć się.

Moja organizacja wieczoru, to było spisanie listy rzeczy do zrobienia i poproszenie dziewczyn by oddelegowały się do ich wykonania. Czyli jak każdy "sprawny menago" - nie sztuka zrobić samemu, sztuka znaleźć do tego innych.

Dziewczyny ze stowarzyszenia podczytują mojego bloga i mam nadzieję, że wyczują żartobliwy ton w tym wpisie - ja wymyśliłam, zrobiłyśmy wspólnie wszystkie.

Napisałam scenariusz wieczoru, ułożyłam pierwsze pytania, a jedna z nas pomogła mi je poprawić tak, by brzmiały sensowniej.

Najdziwniejsze, że nie czułam żadnej tremy, czy stresu. Fakt, że w noc poprzedzającą ten dzień, gdy dziecko obudziło mnie o 1.00, to już nie mogłam zasnąć do 4.00. Przyjęłam to jak lilia na tafli jeziora ;) Trudno, będę niewyspana, trudno będzie mi ciężko.

Przyjechałam na miejsce, zamówiłam kawę (bo w tramwaju podsypiałam) i zaczął boleć mnie żołądek. Skręcił się w kłębek drutu i zwijał bardziej przez najbliższe 2-3 godziny. A na chwilę przed rozpoczęciem wieczoru miałam w głowie pustkę. Choć dzień wcześniej wracając z dzieckiem ze żłobka, w myślach przeprowadziłam całe wydarzenie, tak teraz nawet "Dzień dobry Państwu" już nie miałam w głowie. Chyba jednak trochę spięta byłam.

Dobrze, że wzięłam rezerwową sukienkę, bo dziewczyny doradziły mi bym ją założyła. Tamta została uznana jednak za koszulę nocną. Może kiedyś ją założę, ale chyba w sytuacji erotycznej mniej serio i nie na pierwszą randkę ;)

Stresowała też frekwencja. Wszystko miało zacząć się o 18.00, a o 17.50 w klubie byłyśmy tylko my... Na szczęście ludzie zaczęli się schodzić... Uff. Nawet policzyłam obecnych i oprócz nas było jakieś kilkanaście osób. Może nie robi to wstrząsającego wrażenia, ale potem okazało się, że właśnie taka grupka osób, w kameralnej salce daje fajny przepływ energii.

Wieczór prowadził się pięknie sam, dzięki zaproszonym osobom - Joasi Eichelberger, Agnieszce Ziobrowskie-Mosak i Tannie Jakubowicz-Mount, które na wstępie fajnie opowiadały o kręgach kobiecych. Potem wieczór biegł interesująco, bo sama autorka potrafiła długo i ciekawie opowiadać o książce, dziewczyny sprawnie czytały fragmenty.

W trakcie zrobiłyśmy zmianę w scenariuszu. Pierwotnie po rozmowie o książce miało być nasze ćwiczenie literackie, a na koniec dopiero wino. Dostałam jednak z sali cichą prośbę o przerwę, bo pęcherz wzywa. W sumie, racja, sama po godzinie takie wieczoru (jako słuchaczka) mam wyraźny spadek uwagi.

Tak, więc najpierw była przerwa, rozmowy przy winie, a potem nasza zabawa literacka. Bałam się tej przerwy, bo z organizowania w pracy seminariów, wiem, że po takich minutach ciężko zaprosić na salę ponownie ludzi, wielu już może nie wrócić. Ale nie można być niewolnikiem własnych planów.

W przerwie napięcie ze mnie zeszło, bo moja rola tego wieczoru już się zakończyła. Ufff, ulga. Oczywiście wyszły jakieś osoby, została malutka grupka, a najtrudniej "zagonić" do salki było dziewczyny ze stowarzyszenia, ale "nic to" jak mawiał Mały Rycerz. Wszyscy byli już podlani winem, na stolikach stały ciągle napełniane kieliszki i ćwiczenie wyszło genialnie. Ludzie z chęcią pisali, z chęcią czytali i mam nadzieję wyszli z przekonaniem, że potrafią tworzyć. Napiszę moje ulubione zdanie - był fajny przepływ energii :)

Na koniec wino dalej lało się strumieniami. Podejrzewałam, że po nieprzespanej nocy powinnam się pilnować, bo alkohol zadziała mocniej, ale udało mi się dotrzeć do momentu "jeden kieliszek przed urwaniem filmu" i zrobić stop.

Do domu dotarłam chwilę po północy.

środa, 28 września 2011
Chore dziecko, cz. 1748

Telenowela trwa.

Wczoraj zadzwoniła ze żłobka pielęgniarka z listą zarzutów:

  • Dziecko od kilku dni ma gęsty, zielonkawy, infekcyjny katar i jest go dużo
  • Dziecko ma wysypkę alergiczną
  • Dziecko nie ma czapeczki
  • Dziecko nie ma pieluch i ubranek (zapomniało mi się pierwszy raz)

Ta kobieta mówi zawsze takim tonem, jakby człowiek robił to wszystko specjalnie na złość, by zniszczyć jej piękną pracę. A ja się czuję jak gówniana matka. Może wykonuje tego typu setny telefon tego ranka, bo wszyscy rodzice wciskają chore dzieci na salę i uciekają.

Co do wysypki, to od poniedziałku próbuję znaleźć opiekunkę w żłobku, która pomogła by mi wyjaśnić, od czego ona może być. Niestety, ciągle trafiam na te, które nie mają pojęcia o co chodzi. Wiertek w piątek wróciła do domu z czerwoną wysypką dookoła ust i w niektórych miejscach na nogach. Krosty zbledły, ale nadal są.

Wtorek znowu przesiedziałam w pracy ze ściśniętym żołądkiem kombinując co tu zrobić z chorym dzieckiem. Wychodziłam już przez dwa dni z pracy na różne badania. Jutro mam szkolenie całodniowe, za które mój szef sporo zapłacił i jak mu powiem, że tam nie pójdę, to humoru mu nie poprawię. I tak zgodził się, bym dziś pracowała w domu. Obdzwoniłam różne miejsca, ale nikogo nie znalazłam do opieki.

Wiertka odebrałam po południu ze żłobka z nosem... suchym. To gdzie ten katar???

Dziecko nie ma gorączki, kaszlu, jest żywe i rzeczywiście rano miała przez jakiś czas gęstą wydzielinę z nosa (białą), z czasem się zmniejszającą. Wyszłyśmy na spacer i przeszło jej do końca.

Na szczęście praca w domu się udała. Nie wiedziałam, że można tak szybko i sprawnie wszystko robić, gdy obok jest dziecko. W 1,5 godziny załatwiłam to, co w biurze zajmuje minimum dwa razy tyle czasu. Mała dostała swój aparat komórkowy, kartkę, długopis jak mama i siedziała obok mnie też "pracując".

Potem wymknęłyśmy się na zakupy, gdzie to nabyłam buty za 250 złotych do mojej sukienki za 5 złotych :D Piękne szpilki. Szpilki i ja, to raczej temat na odrębny wpis.

Sukienkę zestawiłam z halką studniówkową (dość opinającą mnie, ale jeszcze nie pękającą - striptizu nie planuję) i całość wygląda ok.

Zaraz idziemy do pediatrzycy, którą spróbuję przekonać, że dziecko może wrócić do żłobka.

Tagi: córka
14:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2011
Czerwona sukienka - mały/wielki dylemat

W piątek poprowadzę wieczór autorski koleżanki i nie zastanawiałam się nawet, w co się ubiorę. Pewnie padłoby na, to co zwykle, "ubranie maskujące", w którym mój styl i osobowość są jak ten kwiat paproci - wielu słyszało, mało kto odnalazł.

Ważnym elementem książki są suknie głównej bohaterki i przyszło mi do głowy, że wystąpię w sukience, w jednym z kolorów z książki. Koleżanka rzuciła, że ona dla siebie spróbuje taką znaleźć w sklepie z używaną odzieżą. To jest myśl!

Wczoraj wracałam z Wiertkiem z pracy/żłobka i minęłyśmy jeden "ciucholand". Czemu by nie zajrzeć. Pani pokazała mi kąt z sukienkami. Ani kolory, ani fasony nie te. Trudno. Aż nagle trafia w moje dłonie ONA - krwistoczerwona długa do ziemi suknia. Kolor, którego całe życie się bałam, ale jak widać po zakupie wiosenno/jesiennego płaszcza, coraz bardziej mnie kusi. Z suknią jest jeden problem. Nie jestem do końca przekonana, czy to nie... koszula nocna... Ten materiał... Konsultuję się ze sprzedawczynią, ale ta ma dziwną minę:

- W dzisiejszych czasach trudno ocenić.

Suknia ma na bokach sznureczki do zawiązania pod biustem. Koszule nocne chyba nie mają czegoś takiego? Kto sobie podwiązuje seksownie cycki i kładzie w pościeli? Choć może nie doceniam determinacji kobiet?

- W jakiej cenie ta sukienka?

- 5 złotych.

Moje wątpliwości odeszły. Mogę stracić 5 zł i w domu ostatecznie zobaczyć, jak suknia na mnie leży i co bardziej przypomina.

W domu zakładam ją i wątpliwości rosną. Pięknie obleka moje ciało, fajnie w niej wyglądam, ale dekolt ma tak głęboko wycięty, że nie da się założyć pod nią biustonosza. Kto robi takie dekolty w sukienkach, kiedy materiał trochę prześwituje i widać biust? Koszula nocna? Materiał prześwituje, ale moim zdaniem jest gęstszy niż w bieliźnie nocnej. Dorzucam pod spód czarne body i całość zaczyna od razu lepiej się prezentować. Tyle, że widać, że body kończy się pod linią majtek. trzeba jeszcze coś na dół. Przychodzą mi do głowy elastyczne, czarne legginsy przed kolano z czasów gdy jeszcze chodziłam na ćwiczenia. Będzie wyglądało jakbym miała pod spodem pas wyszczuplający, tyle, że kompletnie nie spełniający swojej funkcji. Mam gdzieś jeszcze czarną halkę od sukienki studniówkowej. Tyle, że wtedy ważyłam trochę mniej i nie wiem, czy się w nią wcisnę.

Sądzę, że główny problem z suknią jest taki, że - jeśli to sukienka - to była noszona w czasach, gdy bawiono się w Klubie "Studio 54". The Saturday night fever.

Odłożyłam sukienkę na dzień kolejny, bo Wiertek już się nudziła tymi moimi rozważaniami. No i też chciała przymierzyć suknię :)

I czy to suknia, czy koszula nocna???

Przypominam sobie, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej nawet bym się chwili nie zastanawiała, tylko wystąpiła w czymś takim. W liceum, na początku studiów nie miałam oporów by zakładać rzeczy dziwaczne (niestety nie oryginalne, czy ekscentryczne). Teraz jednak mam lat trzydzieści z kilkunastoprocentowym VATem. Widzę już, jak moja matka kręci się w grobie jak wiatrak poirytowana, że jej córka z wiekiem nie nabrała rozumu, ani stylu.

Do piątku zostało jeszcze trochę czasu. Teraz czas na buty.

Tagi: życie
09:45, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2011
Jeśli coś zepsujesz, już tego nie naprawię

Fajny, chwytliwy tytuł, ale nie będzie o dramatach nierozważnych pań i lekkomyślnych panów ;)

Rzecz będzie o nowej zabawce Wiertka. Wózek dla lalki, który dostała od dziadka króciutko trwał w jednym kawałku. Najpierw odpadło kółko i jeszcze jakoś potrafiłam je nasadzić, choć odpadało po chwili ponownie. Po kilku dniach, wyleciało koło po drugiej stronie. Zapewne nie samo z siebie, tylko dzięki zapędom destrukcyjnym mojego dziecka.

Niestety, ja jestem człowiekiem kompletnie atechnicznym. Mam trudności z otworzeniem rzeczy - leków, środków chemicznych - zabezpieczonych przed dziećmi. Jak Joe z "Przyjaciół" (jest taka fajna scena w jednym z odcinków). Próbowałam naprawić ten wózek, ale nie mam pojęcia, co jest nie tak.

Stąd to "Jeśli coś zepsujesz, już tego nie naprawię" mówione do mojego jęczącego dziecka. Chciałabym, ale nie umiem. Ciężkie będzie miała życie z takim rodzicem. A w domu ani centymetra chłopa, bo nawet wibrator zostawiłam w dawnym mieszkaniu.

Za to Mała jest pełna dobrej myśli i nadziei - widzę ją czasami jak siedzi przy tym wózku i próbuje naprawić kółka, oś. Nie zniechęca się. Ja jestem typem, który zniechęca się natychmiast. Jeszcze się okaże, że moja córka skręci ten mechanizm.

Tagi: córka
09:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 września 2011
Weekend wiatrem podszyty

W sobotę, tak jak się obawiałam, o 6:20 puciata (po mnie), roześmiana buzia odrzekła mi "czeeee!" (w nd o 6:50). Mam coraz mniej skrupułów, więc zrobiłam dziecku mleko, zmieniłam pieluchę, włączyłam bajki, które ona i tak olewa (dlaczego masa dzieci uzależnia się od tv, tylko nie moje?), i próbowałam jeszcze przez godzinę "poborsuczyć w pościeli".

Rano wyprawa na bazarek po mięso i warzywa, by zrobić obiady na cały tydzień. Zostawiamy zakupy w domu i na plac zabaw. Po placu padła, a ja razem z nią. Po godzinie ja się obudziłam i dokończyłam gotowanie obiadu. Następnie Wiertek, po drzemce, dokonała rekordu w długości jedzenia obiadu, którego i tak prawie nie tknęła. Jak próbowałam zabrać talerz, to protestowała. Po jakimś czasie, jednak szlag mnie trafił, na widok nabijania ziemniaka na widelec, by go następnie rozgnieść oraz zlizywania bułeczki z fasolki.

Po południu zaliczyłyśmy wyjścia na imprezy lokalne. Na niedalekim skwerku były dni tej okolicy, organizowane w klimacie dwudziestolecia międzywojennego. Na scenie śpiewano przeboje Hanki Ordonówny i Mieczysława Fogga, można było obejrzeć rajd starych samochodów i motocykli. Wiertek zapatrzyła się na scenę, zasłuchała, a potem pogapiła na motory. Gdy zapraszano widownię do śpiewania na scenie, widziałam, że miała ochotę tam wejść ;)

Potem podjechałyśmy kawałek tramwajem, w inną część dzielnicy, gdzie odbywał się inny piknik społeczności lokalnej. Tam znowu na scenie grała orkiestra i śpiewano stare warszawskie przeboje, a Wiertek zawiesiła się, z lekko ściągniętymi brwiami, słuchała i jest to chyba jedyna okazja, gdy moja córka znieruchomiała. A  w przerwie pomiędzy występami, tu też chciała wejść na scenę i nawet na chwilę jej się to udało. Moje dziecko, wzgardziwszy obiadem w domu, zjadło ze smakiem dwie wielkie michy darmowej zupy grochowej. Dziecko samotnej matki, nie? ;)

A tak, biegała po terenie pikniku, grała ze mną na bębnach (w grupie innych ludzi) - początkowo obie na tym samym, ale potem kazała mi załatwić sobie własny - bawiła się w zabawy z dziećmi i animatorkami, śmiejąc się do rozpuku.

Nie dziwne, że zasnęła już o 19.30 :)

Niedziela znowu głównie na placach zabaw. Czuję lekkie poczucie winy, bo może powinnam ją stymulować intelektualnie - układać puzzle, budować domki, czytać, uczyć języka obcego. Jej rówieśnicy tyle już potrafią, a ona potrafi głównie biegać, wspinać się, przełazić przez płotki. A ja pozwalam, by większość dnia, tak sobie po prostu biegała po świeżym powietrzu.

12:36, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2011
Festiwal Nauki cz. 2 i 3

Wczoraj była na dwóch wykładach.

Pierwszy, "Kobiece rytuały przejścia" był pomyłką. Nie tego oczekiwałam, nie tego się spodziewałam. Prowadząca skupiła się na współczesnych rytuałach przejścia - balach debiutantek, Bat Micwie, bractwach studenckich. W związku ze zbliżającym się wydarzeniem, które przygotowuję potrzebuję informacji o starszych inicjacjach.

Za to drugi wykład, "Błędy w zeznaniach naocznych świadków", był niesamowity, choć sam temat mógł zapowiadać nudne sprawozdania. Tego wieczoru, o tej samej porze, nakładały się trzy bardzo fajne wykłady i miałam znowu problem z wyborem. Tym razem wybrałam super.

Zrobiłam fajne notatki, by kiedyś do tego wrócić, ale tu streszczać ich nie zamierzam. Ważne jest, jaką informacją prowadząca (dr Katarzyna Hamer) rozpoczęła wykład - w USA 85% skazanych na podstawie zeznań świadków okazało się, po badaniach DNA, niewinnymi. W Polsce te statystyki nie są lepsze, a być może są bardziej pesymistyczne. W 1980 roku przeprowadzono w jednej z nowojorskich stacji telewizyjnych eksperyment - pokazano w wiadomościach krótki film, na którym mężczyzna wyrywa kobiecie torebkę, a potem zdjęcia sześciu podejrzanych. Widzowie mieli za pomocą audiotele wytypować właściwego podejrzanego. Zaledwie 14% z nich wskazało właściwą osobę. Wynik niższy, niż gdyby typowali losowo (16,7%)...

Potem sami na własnej skórze doświadczaliśmy, że "bycie świadkiem" nie jest proste. Patrzyliśmy przez 15 sekund na pewne zdjęcie. Potem staraliśmy się przypomnieć szczegóły. Okazało się, że je zapamiętałam mężczyznę z doniczką w ramionach, dwie kobiety i kogoś z aparatem fotograficznym, gdy tak na prawdę na zdjęciu to ten mężczyzna miał aparat, a doniczkę jedna z dwóch kobiet. Na drugim planie obrazka kieszonkowiec wyciągał mężczyźnie portfel z kieszeni. Zaraz zobaczyliśmy zdjęcie z szóstką mężczyzn i mieliśmy wytypować złodzieja. Trafnie udało się... może z 1/5 sali. A przecież - w przeciwieństwie do prawdziwego świadka - od "wydarzenia" do "okazania winnego" minęła minuta, wiedzieliśmy, że musimy uważnie oglądać zdjęcie, nie znajdowaliśmy się w stanie stresu, itp.

Jeszcze inne ciekawe ćwiczenie - popatrzyliśmy na zdjęcie miłego mężczyzny, a potem mieliśmy spróbować odtworzyć jego portret pamięciowy. Patrząc na rozsypane różne "oczy", "nosy", "uszy", człowiek nagle gubi się i już nie wie, co jest prawdą, co mu się wydawało.

Było sporo o czynnikach sprawiających, że świadkowi trudno jest dobrze coś zapamiętać, co wpływa na to, że jednak jego zeznanie staje się bardziej wiarygodne, o sprawie Steve'a Titusa (długo by pisać) Taki wykład powinni zaliczyć policjanci i pracownicy wymiaru sprawiedliwości.

Fascynujące półtorej godziny.

Przypomniała mi się polska słynna sprawa, gdzie nie wiadomo kto mówi prawdę, kto co zapamiętał - sprawę butiku Ultimo.

Pamiętam jak trzech chłopaczków napadło mnie i wyrwało torebkę - ani dziś, ani chwilę po napadzie nie byłam w stanie opisać jak wyglądali, jakie mieli twarze. Ściana. Pewnie czasem mijają mnie na ulicy.

I to koniec mojej przygody z Festiwalem Nauki w tym roku. Po pierwsze tata Wiertka gna w inny koniec kraju i nie będzie go tydzień. Po drugie, teraz pobędę trochę z dzieckiem, które przez trzy dni z rzędu widywało mnie tylko o poranku po przebudzeniu.

wtorek, 20 września 2011
Festiwal Nauki, cz.1

Uwielbiam Festiwal Nauki. Co roku czekam z niecierpliwością na nowy program i układam sobie grafik wykładów ;)

Rok temu udało mi się chodzić z Wiertkiem. Jedno spotkanie przespała, w czasie dwóch innych raczkowała zawzięcie po sali. W tym roku odpada, została z ojcem.

Szybko o wczorajszym wykładzie, który zapewne miał rekordowo długi tytuł ;) - "Co kryje twarz? Emocje, kłamstwo i inne rzeczy, które chcemy ukryć, ale widać je na twarzy".

Podejrzewałam, że usłyszę rzeczy w sumie mi znane i prawie się nie zawiodłam :) Część tych rzeczy czujemy, wiemy intuicyjnie albo gdzieś się o tym czytało.

Jednak po raz pierwszy usłyszałam o "efekcie Kuleszowa" - jak kontekst sytuacji wpływa na interpretację wyrazu twarzy. Kuleszow zmontował trzy filmiki (lata 20-te albo 30-te XX wieku) - scena z wyrazem twarzy + scena z talerzem smacznej zupy, scena z wyrazem twarzy + scena z trumienką z dzieckiem, scena wyrazu twarzy + scena skąpą odzianej pani. Wyraz twarzy był uradowany, zasmucony lub podniecony. Tylko, że... za każdym razem była to ta sama twarz, ta sama scena. To kontekst kolejnej sceny sprawiał, że inaczej interpretowano jej wyraz. Po latach powtórzył to Hitchcock.

Było też o mikroekspresji, czyli o tym, że przez ułamek sekundy nasza twarz pokazuje prawdziwą emocję, a dopiero potem wchodzi autokontrola. Fajnie to było widać, na filmikach pokazywanych w zwolnionym tempie - ludzi na ulicy pytano o szczęście, smutek, a ich twarze przez krótki moment wyrażały prawdę ;)

Jest taka scena, a propos mikroekspresji, w "Przeminęło z wiatrem", gdy Scarlett widzi Rhetta - przez jej twarz przemyka cień radości, ale szybko przykrywa go obojętnością i nadąsaniem  :)

I tak dalej, i tak dalej :) Mnóstwo sztuczek, jak grać szczęśliwą pomimo ;)

Tym bywa intuicja - gdy nasz mózg widzi te mikroekspresje, ekspresje tłumione, zbyt symetryczne, błędne przebiegi we czasie, ale pozornie słyszymy, że wszystko jest ok, co nam się u licha nie podoba ;) Tak bywa, gdy osoba w depresji, nie widzi, że rozpada się jej związek, bo nic nie widzi, tylko swoje nieszczęście.

KKP drugi dzień

Wpis zaległy za niedzielę.

W niedzielę zostawiłam Małą pod opieką ojca i starszego rodzeństwa, pojechałam na drugi dzień III Kongresu Kobiet Polskich. Serce bolało, bo paneli było tyle, że organizowano je równoległe, a wiele było ciekawych. Najpierw miałam dylemat pomiędzy "Opuszczone przez los, czy przez państwo - problemy feminizacji opieki w Polsce", a "Los i decyzje, Opowieści kobiet". Jako samotna matka doświadczana albo przez los, albo przez państwo, wybrałam to pierwsze. Okazało się, że głównym tematem była kobieca starość - jako, że kobiety żyją dłużej, wypracowują mniejsze emerytury, to częściej dotykają je problemy związane z ubóstwem. Czułam się trochę jak na wykładzie z czasów studenckich, albo na tamtych panelach naukowych. Efekt był taki, że zmieniłam panel, a tam był całkiem inny przepływ energii, jakiś fajny flow :) Henryka Krzywonos, Dorota Gardias (pielęgniarka, nie pogodynka ;) ), Monika Itoya, Jadwiga Król opowiadały swoje historie. Potem robiły to inne kobiety z sali. Dla mężczyzn może to wydawać się miałkie i jałowe, ale takie budowanie więzi jest fajne.

Z kolejnym panelem był ból, płacz i zgrzytanie zębów - aż cztery fajne: "Ja kobieta, ja pisarka", "Kobiety robią kulturę - doświadczenie twórczyń", "Równościowe rodzicielstwo, równościowe dzieciństwo", oraz "Edukacja seksualna i niepłodność w Polsce roku 2011". Jak wybrać?! Pierwsza eliminacja - zostają dwa pierwsze. Pisarką już nie będę, twórczynią kultury może - wybieram drugi panel. Panel był taki sobie, ale trawa po drugiej stronie płotu jest bardziej zielona. Moderowała Beata Stasińska, obecni byli: Joanna Wowrzeczko-Warczok (zajęcia kulturalne z dziećmi w Cieszynie), Justyna Bargielska (pisarka, prowadziła warsztaty), Agnieszka Gajewska (warsztaty w Poznaniu) oraz Edwin Bendyk ("Polityka", wsparcie teoretyczne).

Najbardziej w pamięć wbiła się Bargielska swoimi kontrowersyjnymi lub niefortunnymi wypowiedziami. Najpierw skrytykowała młode matki, z którymi prowadziła warsztaty pisarskie, bo chciały być głaskane, a "sztuka musi boleć". Jak musi, to się jej nie proponuje grupie społecznej, która potrzebuje czegoś innego niż "ból", bo to już ma. Potem była kwestia niewykształconych świetliczanek i nie wiadomo było, czy to wg niej źle, bo opiekują się dziećmi, czy nieistotne, bo trzeba je motywować. Na koniec było krótkie spięcie z Wowrzeczko, co do edukacji dzieci - W jest za wspieraniem talentów, B twierdzi, że nie każde dziecko musi być utalentowane. Każda pań mówiła dobrze, ale czasu nie było na wyjaśnianie - ważne jest by w każdym dziecku wyłuskać jakiś talent, bo to je motywuje do rozwoju, inwestowania w siebie i może uczyni z niego kiedyś np. dobrą, profesjonalną, zadowoloną z życia fryzjerkę. Z drugiej strony, nie ma nic bardziej frustrującego niż matka, który umyśliła, że jej dziecko zostanie pisarką/malarką/tancerką/kimś kim chciała być mamunia, ale je nie wyszło. A czasem warto nauczyć kogoś być "szczęśliwym przeciętnym".

Wróciłam do domu razem, a zaraz za mną Mała, z jej ojcem, Młodą, Młodym. Eks zrobił wszystkim obiad, a ja się jeszcze sekundę zdrzemnęłam. Tamci pojechali, a Młoda na pożegnanie przytuliła się. Może jednak miło mnie wspomina, bo czułam lekki smutek, że ojciec znowu zmienił kobietę, a dzieci przyjęły to bez refleksji.

Miałam jeszcze opisać Festiwal Nauki, ale za dużo już czasu i miejsca ten wpis zajął. Potem.

Tagi