To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 20 czerwca 2011
opowieści z placu zabaw cz.1

Otworzono niedaleko ładny plac zabaw.

Moje dziecko zazwyczaj bywa tam najmłodsze, a cała reszta przychodzi raczej bez rodziców lub ze starszym rodzeństwem. Często bywam jedyną mamą, czy tatą. To i dzieci czasem pogadają chwilę ze mną.

- Czy to przez mnie? - jeden z chłopców skomentował twarz Wiertka (dlaczego, o tym za chwilę)

Opowiedziałam krótko o piątkowej przygodzie na schodkach.

- Kocha ją pani? - dopytał się chłopiec.

- Ależ oczywiście.

- To dlaczego pozwoliła pani, by to sobie zrobiła?

Uuuuu, ciężkie pytanie. Wytłumaczyłam, że nie zawsze da się dziecko dopilnować, musi się samo nauczyć, gdzie nie biegać. Dzieci opowiedziały o innych takich przygodach.

Teraz o tym, dlaczego chłopiec był taki zaniepokojony. Jakiś czas temu, zostawiłam na placu zabaw na sekundę małą przy takiej konstrukcji z domkiem, zjeżdżalnią, rurą. Na jej podeście było pusto. Kilka sekund do kosza na śmieci. Słyszę jej płacz. Stoją obok niej inne dzieci, zaniepokojone. Mówią, że przewrociła się. Po kilku minutach słyszę:

- Powdzieć tej pani, co się stało? - dziewczynka szepcze na ucho do chłopca.

Po kilku minutach, dzieci same do mnie przyszły i wytłumaczyły. Chłopiec (ten z początku wpisu) zeskoczył z wyższego podestu, chwycił się drążka, zakręcił i kopną nogami głowę Wiertka. Przepraszał, że to niechcący. Pretensji nie miałam - raczej do siebie. Nie można zostawiać 1,5 rocznego dziecka samego na zabawce, na której bawią się też o kilka lat starsze dzieci. Jak widać, że wystarczy kilka sekund, a znajdą się obok niego.

Tagi: córka
08:35, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 czerwca 2011
Desperado girl

Wiertek nie ma dobrego tygodnia. To tydzień, który wystawił na próbę hart jej ciała.

Wychodzą jej na raz dwie trójki (te już widać) i to już pewne, a nie jak dotąd hipoteza. Wczoraj lekko gorączkowała, zwymiotowała mleko na śniadanie i mleko na kolacje usunęła mocno luźno drugim otworem.

Wczoraj siedział z nią jej ojciec, dziś ja miałam. Będzie dygresja. Najpierw jednak miałam mieć spotkanie z klientką i moją naczelną, o 10.00. Przewidywałam, że potrwa to z godzinę, godzina na dojazd do domu i zluzuję eksa. To naturalne, że nie rozmawia się tylko o planach, ofercie i stawkach. Pogadałyśmy sobie o rynku, trendach, konkurencji. Co jakiś czas wchodził istotny dla mnie temat. Minęła godzina, półtorej. Ta gadka około głównego tematu zaczęła mnie już męczyć. Panie złapały flow. Minęło dwie godziny. Już powoli czyniliśmy sobie uprzejmości pożegnalne. Klientka rzuciła coś o pewnej dziedzinie sportu, a moja naczelna jest tam jednym z sędziów głównych. Rozgadały się bardziej. Minęło dwie i pół godziny. Od pół godziny miałam być już w domu. Po dziesięciu minutach nie wytrzymałam - wstałam, przeprosiłam z uśmiechem i wytłumaczyłam, że czeka mnie jeszcze trochę pracy tego dnia. Gdyby nie dziecko i jego ojciec czekający w domu, może i być wyluzowała. Eks nawet nie był wściekły, choć dzień pracy miał już prawie z głowy.

Wracając do małej. Tego samego dnia zabrałam ją na spotkanie z moimi koleżankami. Było w pewnej kawiarence dla matek z dziećmi. Wiertek trochę pobiegała, pobawiła się w piaskownicy, odkryła, że w łazience jest taki fajny stołeczek przy umywalce i co minutę chciała tam iść myć ręce.

W którymś momencie dobiegła do małych schodków (trzy sztuki), potknęła się, zrobiła salto w powietrzu i upadła na nie twarzą. Ułamki sekund. Wstała o własnych siłach, ale z rykiem. Co się dziwić - z jednej strony twarzy czoło i policzek miała zdarte, a środek nosa i kawałek jego boku do krwi. Wyglądało to makabrycznie. Przytuliłam, obmyłam jej twarz zimną wodą i po niecałej minucie biegała śmiejąc się...

Obserwowałam ją, pilnowałam, ale wychodziłam z założenia, że dziecko musi się potknąć, przewrócić, obić. Nie wyrośnie z niej taka pierdoła jak ja. Nie sądziłam jednak, że wywali się aż tak. Mam teraz lekkie poczucie winy.

Potem musiałam z nią tak wrócić do domu. Szłam główną, reprezentacyjną ulicą tej części dzielnicy, dookoła knajpki, mnóstwo ludzi. Płonęlam ze wstydu w środku, jak pomyślałam, co sądzą o moim biednym dziecku z poobijaną twarzą. Na szczęście Wiertek krzyczała, wymachiwała rękoma i śmiała się. Nie zachowywała się jak dziecko maltretowane.

Zaś dzień wcześniej, jej genialny ojciec posadził ja na kuchennej szafce i robił tuż obok sałatkę. Odchylił się na sekundę po coś, ona się zsunęła, przytrzymał ją szybko, ale że miał w ręku widelec, to... lekko go jej wbił w bok główki. Ma w tej części takie dwie dziurki i smugi.

Tak więc, w tym tygodniu, moja córka wygląda jak bohaterka filmów duetu Tarantino & Rodrigez.

Mam nadzieję, że do poniedziałku ta twarz się trochę wygoi, bo usmażę się przekazując ją w żłobku opiekunkom. Pomyślą, że dlatego nie było jej w czw i pt, bo ryliśmy jej runy na twarzy w czasie zaćmienia pełni.

Tagi: córka
22:07, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 15 czerwca 2011
odnalezienie

Właśnie wyszłam z pracy, gdy zadzwonił telefon.

- Pani chce z tobą porozmawiać. - to eks, który był u mnie w domu z Wiertkiem

W pierwszej chwli myślałam, że to jakaś mama ze żłobka zgodziła się na zamianę miesięcy wakacyjnych (o tym inny wpis kiedyś).

- Anna Kowalska z komisariatu policji... - usłyszałam (dane personalne zmyślone) i przestraszyłam się, że coś się stało z dzieckiem

Okazało się, że ktoś odnalazł na ulicy mój portfel i zaniósł go na komsariat. Policjanci zaś przynieśli mi go do domu. Pani sprawdziła czy wiem, co jest w środku i zostawiła go. I to wszystko w dzielnicy, która przez resztę miasta uważana jest za wylęgarnie alkoholizmu, złodziejstwa, patologii i naiwnych artystów snobujących się na stare klimaty. Z portefla nic nie zginęło.

Jednak portfel wypadlł z wózka, kiedy wychodziłam z autobusu, albo zaraz potem. Muszę inaczej nosić przy sobie ważne rzeczy.

22:56, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wieczór autorski koleżanki

Wczoraj miała swój wieczór autorski moja koleżanka ze stowarzyszenia literackiego. Udziela się też w pewnej fundacji/stowarzyszeniu/klubie (nie znam dokładnie formy prawnej) dla pań 50+. To tam właśnie  był ten wieczór.

M od Aniołów (bo lepi przepiękne anioły) ma wykształcenie nie humanistyczne, całe życie zajmowała się czym innym, aż w wieku mocno średnim spróbowała pisania. Opisuje mieszkańców pewnej wsi, w której przez lata spędzała wakacje. Ma niesamowitą pamięć do dialogów, powiedzonek, zdanek. To jest lepsze niż "Ranczo".

Niestety, kiedyś dała do ocenienia swoje opowiadania pewnemu wydawnictwu (o profilu totalnie innym od jej prozy) i usłyszała kilka krytycznych zdań. Tak się tym przejęła, że więcej już nic nie napisała. A przecież ciężko żeby np. Dunin-Wąsowicz dobrze ocenił coś w klimacie Grocholi. Całkiem inne rejony literackie. Za to jej talent literacki poparła pisarka Krystyna Nepomucka i aktorka Barbara Kraftówna, które przyszły posłuchać.

Wracając do wieczoru autorskiego. Czytałyśmy, w tym ja dwa, jej opowiadania, a ona jeszcze dorzucała nowe historyjki.

A po części oficjalnej, poszłyśmy sobie na wino. Gdybym była w stanie zapamiętać wszystkie historyjki, które tam usłyszałam. Te o ekshibicjonistach chyba tu jednak kiedyś opiszę :)

Tak sobie pomyślałam, że kobiety mają zawsze potrzebę spotykania się, wychodzenia z domu, rozwijania swoich talenntów. Jedyna chyba grupa, która zrzesza panów po 40tce to kółko łowieckie albo siłownia.

poniedziałek, 13 czerwca 2011
która to już karta, który to już dowód?

Znowu, znowu, znowu.

Mam rozsypanego mahjonga, a nie mózg.

Udało mi się zgubić portfel... W drodze powrotnej z zoo. Chyba, jak zwykle jestem tak roztrzepana, że nie wiem.

To nie był portfel, ale nieco mniejsza kosmetyczka. Miałam tam z 10 zł (wszystko przepuściłam w zoo, uff), kartę bankomatową, dowód osobisty i kartę biblioteczną. To sobie przypominam. Na więcej ważnych rzeczy miejsca nie było. Jak dobrze, że nie dopakowałam tam Karty Miejskiej! Pojechałam na gapę.

Kosmetyczka i aparat fotograficzny leżały w koszu pod spacerówką. Zawsze tak robię. Co się da zapakowuję do niego, by mieć wolne ręce, ramiona. Nie mam torebki-wypizdka na drobne rzeczy, bo noszę ze sobą sporo przedmiotów. Moje torebki są duże i przepastne, ale na spacerach z dzieckiem upierdliwe.

Nie wiem co się stało. Gdy płaciłam za kogutka-gwizdek jeszcze miałam portfel. W czasie podróży nic mi nie wypadło, bo to widać. Po powrocie wszystko wypakowałam, bo aparat jest na swoim miejscu. Mogłam położyć to w jakimś absurdalnym miejscu, nie tam gdzie zwykle. Mogłam na chwilę rzucić na podłogę, dorwała się do tego mała. Jeśli tak, to ona zna sporo miejsc gdzie rzecz ukryć na zawsze. Mam dziurę w pamięci, bo natychmiast o portfelu zapomniałam. Gdy jechałam do pracy myślałam, że po prostu zapomniałam go wpakować w torbę i leży, jak zwykle na lodówce, szafce w kuchni, półce w regale. Dopiero po powrocie przełaziłam całe mieszkanie i nic. Zajrzałam w szafki, gdzie buszuje dziecko i nic.

Zastrzegłam kartę i dowód. Bałam się ryzykować dłużej. Sprawdziłam konto w necie - nie było żadnych operacji, ale mogą zaksięgować z opóźnieniem. Która to już z kolei? - dwa razy mi ją skradziono, z raz ją zagubiłam. I tak mam zamiar zmienić konto w banku, więc kartę bym miała nową. Mam impuls by zrobić to już teraz. Który to już dowód osobisty - dwa razy mi ukradli, raz się przemeldowałam. Czeka mnie fotograf, wypełnianie druków. I wizyty w bibliotece, by ktoś nie wykorzystał mojej karty bibliotecznej.

Na razie nie mam jak dostać się do moich pieniędzy, bo bank paszportu chyba nie uwzględnia. Jutro wpadnie tata Wiertka i podrzuci jakąś kasę. Zadzwoniłam do niego, bo była taka wściekła i musiałam na kimś odreagować :)

A portfel znajdzie się jutro

Wiem, tu nie ma obrazków ;)

Tagi: życie
20:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 czerwca 2011
niedziela w zoo

Eks marudził, że 1,5 roczniak jest za mały na takie wycieczki, nic nie zrozumie.

Zabrałam Wiertka do zoo i okazało się, że radośnie reaguje na widok zwierząt, a niektóre - widziane w domu w książeczkach - nawet rozpoznaje. Łaziłyśmy prawie trzy godziny. Najbardziej zafascynowały ją ryby. Nie dała się od nich odciągnąć. Zorganizowałabym jakieś akwarium w domu, ale hodowla rybek wydaje mi się być zajęciem o wysokim stopniu skomplikowania i utrzymania. Na pewno dla osoby, której właśnie pousychały, źle przesadzone, kwiaty balkonowe.

Zoo mamy blisko, więc jeszcze nie raz się wybierzemy.

Jeszcze akapit i dygresja o pamiątkach z zoo. Nie wykorzystałam szansy na to, że moje dziecko nie rzuca się jeszcze na każdy stragan żadając zakupu co drugiej rzeczy. Sama odczuwałam potrzebę kupienia jej czegoś. Padło na glinianego kogutka-gwizdek (oby sąsiedzi byli wyrozumiali). Sama takiego kiedyś miałam i pamiętam zakaz rysowania nim po regale zrobionym na błysk (sznyt epoki 70/80). Oczywiście, zaraz zaczęłam nim rysować i dostałam w tyłek. Miałam ze 3-4 lata i do dziś to pamiętam. W sumie nie jako traumę. Gdyby nie ten klaps, to pewnie kogutek-gwizdek zaginąłby w mrokach niepamięci... Co zrobiło moje dziecko, po wejściu do domu? Porysowało kogutkiem regał... Moje pokolenie matek odkryło, że jak pokażesz dziecku inną fascynującą czynność, to zarzuca ta karaną klapsem. Jeszcze.

Dygresja w dygresji. Najbardziej popularnym upominkiem przynosząnym z zoo przez mnie i młodszego brata były piłeczki skaczące na gumce, w srebrnym papierku. Babcia, u której wtedy mieszkaliśmy, tylko gdy je widziała, to chwytała się za serce. Już następnego dnia pokój tonął w trocinach, którymi piłeczki były wypchane :)

Dygresja w dygresji w dygresji. Piętro ostatnie :) Do zoo chodziliśmy raz do roku. Na 1go maja, zamiast na pochód. To była taka rodzinna tradycja :) Prawie co roku było też zdjęcie z miśkiem, albo na jakimś zwierzaku.

Dziecko, po tych atrakcjach, padło o 19.30. Ja też ledwo żyję.

Tagi: córka zoo
21:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 czerwca 2011
przeminęło z łóżeczkiem

Dziś przyjechał mój brat i rozebrał łóżeczko małej. Od początku roku robiło głównie za kosz na pluszaki oraz nocny stolik dla mnie (przylega do mojego łóżka). Mimo kilku - mało entuzjastycznych prób - Wiertek nie chciała już w nim spać. Teraz będzie służyć za bramki ochronne przy schodach (brat ma raczkującego syna). Przez chwilę chwyciła mnie myśl - zostawić je, przecież jeszcze może się przydać. Tak, jasne, jak setki "przydasiów", które zalegają moje szafki.

Zatrzymałam materac, położyłam na podłodze, powiedziałam, że to teraz miejsce spania dla Wiertka i małej bardzo się ten pomysł spodobał. Lubi tam siedzieć. Kazała mi nawet położyć się obok na podłodze, więc rozłożyłam tam koc. Wieczorem, Wiertek kazała tam przenieść swoją poduszkę i kołdrę. Rozbłysła krótko nadzieja ma, ale jest jak z nocnikiem - wieczór spędziła pod kołdrą, z książeczką, każąc mi siedzieć obok na kocu, a w celu ostatecznego zaśnięcia wdrapała się na moje łóżko. Chciałam przenieść jej pościel do mnie, ale zaprotestowała. Gdzie tu logika?

Dziwne uczucie. Gdyby zasnęła na tym materacu, to bym miała poczucie winy, że ja na łóżku, a dziecko na podłodze.

Teraz zastanawiam się - kiedy kupić jej prawdziwe łóżko, kiedy przenieść ją do jej pokoju. Obawiam się, że ja łóżko kupię już teraz, to stanie w małym pokoju, zostanie zawalone pluszakami i Wiertek zgubi związek pomiędzy jej snem, a własnym posłaniem. A kiedy wyczuć ten moment, że dziecko jest już gotowe na oddzielenie w nocy od matki?

I jakie łóżko kupić, kiedy ona wędruje przez sen po moim. Przekręca się o 45 stopni, 180 stopni, przesuwa do przodu, spada na podłogę, choć śpi "od ściany". Czasem budzę się z nią w moich nogach, czasem na mojej głowie. Choć, podobno, takie wędrówki przez sen po łóżku, to szukanie kontaktu cielesnego z matką.

Ale wali dziurą po tym łóżeczku, w tamtej części pokoju :)

I muszę chyba rzeczywiście sprawić sobie jakiś nocny stolik.

Dygresja. Kiedyś stała tam nocna lampka, ale odkąd moje dziecko poznaje świat, to postawiłam ją na stole. I tak oto, po wielu latach nauczyłam się egzystować, bez włącznika światła w zasięgu ręki. Przecież muszę natychmiast je zapalić w środku nocy, by się upewnić, że na pewno po moim pokoju nie chodzą obcy ludzie i to sen ;) Nie wykluczone, że to "przemieszczanie się" małej we śnie, to dziedziczne, bo i ja, i moja mama gadałyśmy, chodziłyśmy przez sen, mieszał nam się ostro z jawą.

Tagi: córka życie
22:31, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 08 czerwca 2011
pożegnanie z mamą

Trzy lata temu ostatni raz widziałam moją mamę żywą. Była niedziela, wizyta na OIMIe.

Kilka dni wcześniej, zamiast po raz trzeci odesłać mamę z IP do domu, tym razem dali się przekonać, że należy ją przyjąć. Zadecydował neurolog zwracając uwagę, że pacjentka nie może już chodzić...

Ładowali w nią leki, ale z jej psychiką coś złego się stało - nie chciała jeść, ani pić. Woziłam jej kompoty z domu, wodę. Nie i nie, bo ona całe życie piła jedna kawę rano, jedną herbatę wieczorem i nie będzie tego zmieniać. Nie będzie w siebie wmuszać. Nie chciała pić nawet, gdy nerki zaczęły szwankować i pielęgniarka pokazała mi jej dzienny worek z moczem - kilka milimetrów ciemnej cieczy. Koleżanka, też cierpiąca na nadczynność tarczycy, tłumaczyła mi potem, że gdy ta się sypie, to emocje człowieka są rozstrojone, rozedrgane, czasem działa irracjonalnie, ma wszystkich dość. Moja mama zachowywała się, jakby miała nas wszystkich dość, jakby chciała żebyśmy wszyscy poszli do diabła. Może przy pulsie 150 i ciśnieniu 50, to nie jest takie dziwne.

Zaczęło się kilka tygodni wcześniej od bólów żołądka, na które nie pomagały żadne leki przepisywane przez kolejnych gastrologów. Mama powoli zaczęła tracić na wadze, jej mięśnie rąk i nóg przestawały pracować. Zwracałam jej uwagę, że to być może wina tarczycy, którą od dawna nie kontrolowała, ale machała ręką, że najpierw wyleczy żołądek. Dostała w końcu na nią leki, ale wzięła tylko jeden dzień, bo nadal bolał ją żołądek.

Cieszyłam się, że jest w szpitalu bo ładowali jej ogromnymi strzykawami jakieś leki, wprost do wenflonu. Tak omijali ten nieszczęsny bolący żołądek, z którym wg gastroskopii było wszystko ok.

Tej niedzieli odwiedziłam ją z tatą, bratem, byłym. Leżała sobie taka pod kroplówkami, z cienkimi kończynami, ciemnymi wybroczynami na skórze. Przed wyjściem pocałowałam ją. Umówiłam się z tatą, że on przyjdzie do niej następnego dnia, ja pojutrze. Czułam się taka zmęczona jak Alicja od tygodni biegnąca z Królową, gdy świat dookoła ciągle stał w miejscu (kto czytał, ten wie, że trzeba biec jeszcze szybciej, by ruszyć do przodu). Te zdania powyżej to wycinek tego co się wtedy działo.

W poniedziałek zmarła, jakieś pół godziny po wyjściu męża, mojego taty. Czułam, że coś się stało, bo puszka z herbatą wyleciała mi z rąk (nie, nie, nie - nie w momencie jej śmierci, w niecała godzinę później).

Byłam wstrząśnięta, bo przecież leżała już w szpitalu i te wszystkie leki w strzykawach. Wreszcie ktoś miał jej pomóc.

To jeszcze jedno z tych wydarzeń, które dzieją się innym, w książkach, filmach, ale nie realnie nam.

Tagi: mama życie
09:20, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 czerwca 2011
portret Żyda na szczęście

Mamy w dziale nową koleżankę i w ostatnich dniach indywidualizowała swoje stanowisko pracy. Polegało to też na tym, że postawiła na biurku portrecik starego Żyda, w mycce, chałacie, takie stare klimaty. Ja zażartowałam, że to pewnie na szczęście. Niektórych to zbulwersowało i rozgorzała dyskusja, czy poprosić ją o usunięcie tego obrazku. Nie mamy w firmie krzyży, żadnych innych symboli religijnych, więc to też powinno zniknąć. Symbol religijny??? Spytałam się współpracowników uprzejmie, czy mogę sobie postawić podkowę na biurku - mogę, a czterolistną koniczynę - mogę, a portret Cyganki - mogę. To w czym problem?

Koleżanka wyjaśniła, że portret Żyda ma przyciągać pieniądze, a w naszym dziale jest to najbardziej premiowana forma aktywności. Dodała też, że wielu jej znajomych ma w domach/pracy takie obrazki. Pierwszy raz się z tym zetknęłam. Potem ja popytałam wśród swoich znajomych i okazało się, że niektórzy też to mają w domach. Cholera, do tyłu jestem i dlatego nie zawsze dobrze ciągnę finansowo.

Na szczęście, dyskusje szybko ucichły i nie doszliśmy do granic absurdu.

A ja przypomniałam sobie, że uwielbiam mieć kwiaty na biurku, a mamy sezon na względnie tanie bukiety :)

Tagi: praca
08:08, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
nocnikowe alarmy - cz. 2

Jakby mało było fascynacji siadaniem na nocniku, to doszła do tego jeszcze niechęć do noszenia pieluchy. Upał, Wiertek biega tylko w samej koszulce, więc bez problemu sama ją sobie ściąga z pupy. Robi się z niej cholerna estetka - "pampers" z sikami w środku, to już nie jest rzecz do ponownego założenia. Nie byłoby to takie ciężkie do zniesienia, gdyby nie jednoczesny upór by robić kupę wszędzie byle nie na nocniku. Chwilowo mam w domu małego psiaka. Sprzątałam już w łazience, pokoju. I to wszystko po tym jak mała chwilę posiedzi na swoim tronie, następnie wstaje i sadzi gdziekolwiek indziej.

Mam opory przed zmuszaniem jej do zakładania pieluchy, choć namawiam - bo jak to pogodzić z odpieluchowywaniem?

Wczoraj wieczorem, tuż przed 19.00, wreszcie jakiś sukces - pierwsza kupa w nocniku!

Tagi: córka
08:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi