To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 15 października 2010
Urząd Pracy (październikowy odcinek)

Spotkanie w Urzędzie Pracy zapowiadało się stresująco, ale muszę zacząć od wrześniowego odcinka. Miesiąc temu stawiłam się na wizycie i ku swemu zaskoczeniu dostałam propozycję pracy. W moim mieście o pracę jako taką nie trudno. Chyba, że jest się samotną matką czekającą aż w państwowym żłobku zwolni się miejsce dla jej dziecka. Praca była jako telemarketerka, na umowę zlecenie, popołudniami, za 8 zł brutto na godzinę i miała jedną poważną wadę - nie da się z niej utrzymać ani siebie, ani dziecka. Ale pomysł w swojej prostocie genialny - bezrobotny idzie pracować na umowę zlecenie i jeśli wraca za jakiś czas, nie trzeba mu płacić zasiłku.

Pojechałam do tej firmy, dzieckiem pod pachą, i powiedziałam szczerz jak jest - szukam opieki do dziecka, składam wniosek o dofinansowanie własnej działalności gospodarczej, czy nie mogliby sami zrezygnować z mojej osoby. Pani przychyliła się do mojej prośby, tylko trzeba było wypełnić w tabelce miejsce na powód odrzucenia mojej wypasionej kandydatury. Na prawdę trzeba się nagłówkować by się nie nadawać na telemarketera i jedyne co przychodziło do głowy, to głuchota. Pani wpisała nieodpowiednią dyspozycyjność.

W UP urzędniczka kazała mi napisać wyjaśnienie, o co chodziło z tą dyspozycyjnością. Potem pouczyła, że rejestrując się w Urzędzie Pracy wykazuję gotowość podjęcia pracy i ma mieć pełną dyspozycyjność. Co zrobę z dzieckiem, nie interesowało ją. Usłyszałam, że jak się stawię w październiku, mam przyjąć propozycję pracy, inaczej zostanę wyrejestrowana. Zaczęłam podejrzewać, że może szefostwo urzędu narzuciło pracownikom "współzawodnictwo" - ta która wyrejestruje największą ilość bezrobotnych dostanie ekspres do kawy, a ta która najmniej przez miesiąc będzie musiała pracować jako telemarketerka na umowę zlecenie.

Dziś była październikowa wizyta i chyba zakończono współzawodnictwo, bo podpisałam tylko papierek, że przybyłam i mam się stawić znowu w listopadzie. Przy okazji umówiłam się z doradcą zawodowym.

A popołudniu spotkanie ze znajomą w kafejce dla mam z dziećmi. Wiertek ganiała na czworaka po lokalu i zaczepiała inne dzieci. Chyba skończy w mediach :) Odpoczęłam siedząc pomiędzy ludźmi i wypowiadając zdania podrzędnie zlożone.

Na koniec drobne nieporozumienie. W środku dnia dzwonił tata Wiertka wyrywając mnie z rytualnej drzemki "dziecko + mama". Odrzekł, że "nie dojedzie na 18.00 i coś tam coś tam". To dłużej posiedziałam na spotkaniu. Okazało się, że chodziło o to, że "dojedzie na 18.00 i coś tam coś tam". Pocałował klamkę, ale chyba nie zaloguje się na "W stronę Ojca" ;) To nie pierwszy raz, gdy on coś mówił, a ja usłyszałam odwrotnie. Może mam jakąs anomalię w mózgu i jedynie dr House może coś na to poradzić? Ciekawe też, że wg NLP mózg nie zna znaczenia słowa "nie" (np. zdanie "nie będę palić" rozumie jako "będe palić"). Cholera, mój zna. Służę po mojej śmierci egzemplarzem do przebadania.

22:44, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 października 2010
Ally

Trafiłam dziś na kablówce na powtórkę "Ally McBeal". Przypomniały mi się czasy, gdy byłam piękna, młoda, szczupła, z lichym biustem i namiętnie to oglądałam. Jedynie kompleksy i neurozy się nie zestarzały w człowieku :)

Obie mamy jedną wspólną rzecz - niedosyt, przeświadczenie, że może być lepiej.

Choć ja mam gorzej. Od zawsze mam przeczucie, że "wszysko co dobre" już się w moim życiu wydarzyło. Całe życie z tym wrażeniem jakie się ma w dzień po świętach Bożego Narodzenia - tyle czekania, krótkie zanurzenie w całej tej magicznej atmosferze i tak szybko już po wszystkim. Już nie ma na co czekać.

Zawsze przychodzi "nowe', które kiedyś stanie się, tym na co będę melancholijnie spoglądać oglądając się za siebie. I zawsze o tym zapominam.

Z kontaktów międzyludzkich na dziś :D

  • pani w banku, gdzie zmieniałam adres zameldowania
  • rozmowa telefoniczna z tatą dziecka - nie dał rady zajrzeć

 

22:44, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 13 października 2010
pierwszy krok :)

Dziecko, Wiertek, zrobiło dziś pierwszy krok. Od krzesła do mnie. O godzinie 15.50 :)

Stan strat na dziś:

  • zepsuty pilot od telewizora
  • ledwo działający telefon komórkowy
  • oprawki okularów do naprawy
  • naprawiony kran w łazience ("najlepiej to na 10-cio miesięczne dziecko zrzucić", hydraulik może żartobliwie, może nie)

Za to dziecko w jednym kawałku, bez blizn. Co dzień udowadnia, że zęby są na prawdę najtwardszą kością ciała - można wiele nimi rozgryźć.

Kontakty międzyludzkie dziś, nie licząc niemowlęcia:

  • pani w supermarkecie przy półkach z kawą - spytała się, czy piłam ten rodzaj kawy; nie piłam
  • kasjer w supermarkecie - powiedzieliśmy sobie "dzień doby" i "do widzenia"
18:33, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 października 2010
już starożytni Grecy...

Zazwyczaj wielkie dzieła, zaczynają się od "już starożytni Grecy i Rzymianie".

Ale to nie ma być nic wielkiego.

Ukradziona chwila, gdy dziecko wreszcie zasnęło, ale niekoniecznie powiedziało dziś ostatnie słowo. Trzeba więc się śpieszyć.

Moje życie przypomina aktualnie "Dzień Świstaka". 7.00-8.00 pobudka, bynajmniej nie moja, ale ciężko spać, gdy 8900 gram chodzi ci po twarzy, wydaje radosne dźwięki na widok twoich okularów, które można zgnieść. Posiłek, poranny program w tv, by otrzaskać się z polszczyzną na poziomie wyższym niż "tia dia". To nie blog matki sukcesu, więc dalej będzie o podczytywanej książce/gazecie na zmianę z zabawą z dzieckiem. Drzemka, czasem też moja, bo taka druga szansa zdarzy się może na emeryturze. Spacer, obiad, znowu coś w tv, dlaczego by nie serial. Kolejna drzemka, czasem też moja, jeśli poranną przegapiłam. Po popołudniowej drzemce moje dziecko budzi się w fazie "jęczydupowania". Płacz, bo nie mozna wyciągnąć książek z regału. Płacz, bo nie można wdrapać się na przewijak. Płacz, bo nie można ściągnąć rzeczy ze stołu. Płacz, bo cokolwiek, czego nie można. 19.30 kąpiel, kolacja i własna wizja dziecka na temat wyciszania, czyli skakanie po łóżku i płacz, bo nie można się wdrapać na przewijak. Kiedy w czasie skakania dziecku plączą się nogi i zaczyna się potykać, to znak, że można je przytulić, pośpiewać trochę Osieckiej i do 21.00 zazwyczaj zasypia.

Na internet, fora, maile czas jest po 21.00 gdy dziecko śpi, lub gdy drzemie w ciągu dnia. Włączenie komputera, gdy dziecko nie śpi, grozi waleniem dłońmi - nie moimi -w obudowę, żądaniem wzięcia na kolana i chęcią uderzania dłońmi - nie moimi - w klawiaturę.

To może nawet dobrze, że najczęściej nie potrafię zasnąć przed północą. Chyba, że nie drzemałam dwa razy w ciągu dnia :)

21:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
1 ... 106 , 107 , 108 , 109
 
Tagi