To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2017
Co XVIII położnik może mieć wspólnego z Rewolucją Październikową

Historia alternatywna nigdy mnie nie interesowała. Dla mnie takie snucie wątków, co by było gdyby, to tak naprawdę pisanie fantasy. Zdarzają się jednak momenty, kiedy sama widzę, jak pewna pojedyńcza decyzja, jednego zwyczajnego człowieka zmienia być może losy świata. Kieruje historię na inne tory.

Przypomniałam to sobie opisując ostatnio tutaj porody kleszczowe. Bo był czas, gdy nie użycie kleszczy zmieniło losy Europy. W 1817 roku Charlotta Hanowerska, młodziutka, 21 letnia wnuczka panującego króla Jerzego III (faktycznie odsuniętego od rządzenia) oczekiwała swojego pierwszego dziecka. Poroniła już dwa razy, więc lekarze roztoczyli nad nią opiekę. Księżniczka miała w przyszłości zasiąść na tronie Anglii, a po niej rządzić krajem miało jej dziecko. 3 listopada rozpoczął się poród, nadzorowany przez trzech ginekologów - Richard Croft, Matthiew Baillie i John Simms. Po 26 godzinach (słownie: dwudziestu sześciu godzinach) rozpoczęła się druga faza porodu - skurcze parte, dziecko było już w drogach rodnych. Niestety, nie posunęło to porodu do przodu, bo rodząca nie dała rady wyprzeć dziecka. Trzej położnicy uznali, że należy dać szansę naturze i nie ingerować kleszczami. Jak widać, nawet bycie drugą najważniejszą osobą w państwie, nie gwarantuje, że dostanie się naprawdę idealną opiekę. Minęło kolejne 24 godziny (słownie: dwadzieścia cztery) i po łącznie 50 godzinach porodu (słownie daruję) księżniczka Charlotta urodziła martwego syna. Zapewne martwego od wielu godzin. Dziecko ważyło 4,5 kg, więc łatwe do urodzenia nie było. W kilka godzin później, sama księżniczka poczuła się słabo i po kolejnych kilku godzinach zmarła. Kraj został bez następcy tronu.

W niecałe pół roku później Richard Croft, jeden z trzech położników strzelił sobie w głowę. Nie zniósł wyrzutów sumienia.

Król Jerzy III dochował się dwanaściorga dzieci, ale tylko tej jednej wnuczki. Wszyscy inni pozostawali bezżenni i bezpotomni. Nie było wyjścia. By ratować dynastię, ożeniono kolejnego królewskiego syna, Edwarda Augusta, a ten stanął na wysokości zadania i spłodził potomstwo. Tym dzieckiem była Wiktoria - przyszła królowa Anglii. Jej dzieci - dziewięcioro ich było - z kolei połączyły się z innymi europejskimi dynastiami. Zasiadali lub nadal zasiadają na tronach Grecji, Jugosławii, Rosji, Rumunii, Niemiec, Szwecji, Norwegii, Belgii, Danii, Hiszpanii i Anglii oczywiście. Pojawienie się na świecie Wiktorii wpłynęło na losy wielu krajów.

A najbardziej chyba kształtowało losy Rosji. Wnuczka Wiktorii, także Wiktoria poślubiła następce tronu Rosji i razem z nim zasiadła na tym tronie jako caryca Aleksandra. W małżeństwo oprócz królewskiej krwi wniosła także bierne nosicielstwo hemofilii. Chorobę odziedziczyła po matce, ta zaś po swojej matce. Czytałam przed laty nawet teorie, że fakt iż królowa Wiktoria przekazała gen hemofilii może być dowodem na to, że nie była dzieckiem swojego ojca, tylko czyjeś pomocy męskiej z boku. W końcu mocno wtedy naciskano na szybkie urodzenie następcy Jerzego III. W każdym razie, hemofilia na którą zachorował następca tronu Rosji po części sprawiła, że takimi zaszczytami cieszył się Rasputin mający go uzdrowić. A to przyśpieszyło wybuch rewolucji.

Oczywiście, wiem, że jakieś bunty by w ówczesnej Rosji wybuchły i bez Rasputina, czy nieuleczalnie chorego księcia.

Jednak można zobaczyć, że na pewien sposób, decyzja trzech położników, która została podjęta pewnej listopadowej nocy mogła zmienić losy kilku krajów Europy.

wtorek, 29 sierpnia 2017
Gdy w głowie gra muzyka

Dziś wrażenia po lekturze książki popularnonaukowej Olivera Sacksa "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem". Opisane są w niej różne dysfunkcje, które wydarzają się, gdy - na skutek choroby lub wypadku - w mózgu człowieka zostaną uszkodzone jakieś obszary. Tytułowy mężczyzna nie potrafił rozpoznawać m. in. twarzy, po prostu ich nie było, były jednym elementów otoczenia. Okazało się to być początek Alzheimera.

Mnie wzruszyła historia pewnej 88-letniej starszej pani. Obudziła się pewnej nocy słysząc głośną muzykę - stare irlandzkie pieśni. Sprawdziła, czy w pokoju, a potem na korytarzu nie gra żadne radio. Okazało się, że muzyka jest tylko w jej głowie. Rano zbadał ją internista i nic nie wykrył, potem rozmawiała z psychiatrą, który uznał ją za zdrową. Ten odesłał ją do neurologa, autora książki. Dodam tylko, że muzyka była tak głośna, że czasem staruszka nie słyszała lekarza i nie mogła zasnąć. Zrobiono jej elektroencefalogram. Dawała znak palcem, gdy słyszała muzykę. Okazało się, że w tym momencie bardzo aktywna była ta część mózgu odpowiedzialna za słuchanie muzyki. A aktywna była, bo uformował się tam i pękł skrzep. Starsza pani miała mały udar. Gdy skrzep się rozpuścił, muzyka ucichła, a potem odeszła.

Ta historia ma jeszcze inny swój wymiar. Starsza pani straciła ojca przed narodzinami, a matkę, gdy miała 5 lat. Obojga nie pamiętała. Wychowała ją surowa ciotka. To matka nuciła jej te irlandzkie pieśni. Staruszka, gdy je słyszała czuła poczucie bezpieczeństwa, bliskości, nieopanowanej nostalgii. Dla mnie czuła znowu więź malutkiego, osieroconego dziecka, które odnalazło matkę. Gdy pieśni ucichły nie czuła się wcale szczęśliwsza. Jakieś drzwi ponownie się dla nie zamknęły na zawsze.

Podobna historia z piosenkami zdarzyła się innej kobiecie. Ta dla odmiany miała "muzyczną epilepsję" - ataki padaczki drażniły ten określony obszar mózgu. Tu pomogły leki na padaczkę i pacjentka przyjęła to z ulgą. Piosenki ją niesamowicie drażniły.

Bo z obserwacji osób, które dotknęło coś takiego wynika, że nie zawsze ta muzyka jest jakaś znacząca emocjonalnie dla danej osoby. Czasem były to najnowsze przeboje. Ciekawe jak ja by się czuła, gdyby w mojej głowie rozbrzmiewał Zenon Martyniuk :D

W tym rozdziale padł bardzo fajny cytat:

"Potem nastąpiło pogorszenie, które przyniosło pewną ulgę"

Strasznie mi się spodobało to zdanie :) A dotyczyło tego, że druga pacjentka zamiast trzech tych samych, irytujących piosenek, słyszała ich kilkanaście, czasem chór albo orkiestrę :)

Nie chcę streszczać całej książki, bo warto ją sobie samemu przeczytać. Szczególnie, że potem wróciłam do podobnej pozycji, z mojej własnej półki - "Najciekawsze przypadki w psychologii" Geoffa Rollsa.

Historia staruszki i jej powrotu do świata dzieciństwa wzruszyła mnie.

W innym wpisie wspomnę jeszcze o dwóch, trzech innych historiach, które zrobiły na mnie wrażenie.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Od kleszczy przez eter i morfinę

Lektura biografii pozwala poznać także całkiem inne ciekawe zjawiska zmieniające się w czasie. Tak było, gdy czytałam o życiu Rose Kennedy. A konkretnie, gdy opisywane są jej porody. Nie wiem, czy odbywały się tak wszystkie dziewięć, ale na pewno rodziła tak pierwszą czwórkę dzieci. Okazało się, że w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku modne były porody w znieczuleniu eterem. Nie dziwi wykorzystanie go w ograniczeniu bólu, którego bało się zapewne wiele kobiet. Tyle, że eter rodzącą kompletnie usypiał, tak że nie „współpracowała” z lekarzem. Dlatego poród przebiegał pod jego ścisłą kontrolą, a w czasie drugiej fazy – parcia, gdy kobieta nie parła, bo niby jak – dziecko wyszarpywane było kleszczami. Rose absolutnie ufała swojemu lekarzowi i nie wątpiła w to, że taki poród może być bezpieczny. Nie ma na to żadnych dowodów, ale autor jej biografii wysuwa hipotezę, że to mogło być przyczyną opóźnienia umysłowego Rosemary (drugiego dziecka Kennedych) oraz problemów ze zdrowiem i kręgosłupem Johna (trzeciego dziecka, późniejszego prezydenta).

 

To jednak nie koniec porodowego szaleństwa. Tuż przed I wojną światową, w Europie, zaczęto znieczulać porody… morfiną. I kobiety oszalały na tym punkcie. Podobno potrafiły przebijać się przez rejony objęte działaniami wojennymi, by dotrzeć do lekarza, który specjalizował się w takim typie porodu. W takim przypadku, kobieta była znieczulona, ale świadoma i mogła aktywnie uczestniczyć w porodzie. Problemem było tylko to, że czasem rodziło się „niebieskie dziecko” – martwe z przedawkowania… Jednak Rose Kennedy była staroświecka i pozostała przy eterze.

Jako dygresję do tego, mogę napisać, że państwo Kennedy – jak być może większość małżeństw wtedy – sypiali w tym samym pokoju, ale w oddzielnych łóżkach. Ciekawi mnie, kto do kogo przychodził? ;) Po narodzinach dziewiątego dziecka, gdy oboje dobili czterdziestki, zaczęli spać w oddzielnych sypialniach. Chyba już się nie odwiedzali.

Poznając porody kleszczowe Rose, przypomniałam sobie jak dawno temu, jeszcze w szkole średniej czytałam książkę popularnonaukową – z biblioteki rodziców – o zdobyczach medycyny. Był tam rozdział o porodach i o wymyśleniu kleszczy. Dla nie orientujących się w temacie – kleszcze pomagają w drugiej fazie porodu, gdy dziecko utknie w drogach rodnych, a kobieta traci siłę. Bardzo często kończyło to się śmiercią dziecka, a niekiedy także umęczonej matki. Z wyglądu przypominają trochę szczypce na grilla, czy do chwytania kawałka ciasta. Tylko, że tu obejmowały główkę dziecka. Nie pamiętam wielu szczegółów, ale historia była niczym z powieści awanturniczej. Ten sposób przyjmowania dziecka na świat opracował Peter Chamberlen młodszy pod koniec XVI wieku. Wiedział, że znajomość techniki ratującej życie matki i dziecka to żyła złota, sprawiająca, że jest rozchwytywanym położnikiem. Dlatego sposób był starannie ukrywany. Gdy był wzywany do porodu, kleszcze wnoszone były w pudle, a z pokoju rodzącej wyjść musieli wszyscy. Jeśli ktoś mu asystował, lekarz miał na szyi zawiązaną chustę, narzuconą na ciało rodzącej. Sztuka korzystania z kleszczy przekazywana była w ukryciu z ojca na syna i rodzinie udało się zachować ją w tajemnicy przez dwa stulecia! Takie czasy. Dziś by metodę opatentowano i sprzedawano prawo do korzystania.

A w trzy stulecia po wynalezieniu kleszczy, udoskonalono metodę tworząc próżnociąg. Ten zaś pomógł przyjść na świat mojej córce.

 

niedziela, 27 sierpnia 2017
Niedzielnie - prasko

Dziś, w ramach Otwartej Ząbkowskiej, wybrałyśmy się z Wiertką na Paradę Kundelków. Pomysł świetny i bardzo w praskim klimacie. Na miejscu zbiórki fajnie było popatrzeć na te wszystkie psiaki. Zebrało się sporo osób. Samych kundelków było grubo ponad trzydzieści sztuk. Najpierw wszyscy przemaszerowali Ząbkowską, aż do terenu Konesera, gdzie była fajna łączka na drugą część imprezy. Tam odbywały się konkursy dla chętnych psiaków. Wśród jurorów był między innymi Szymon Majewski i autorka rysunków Psie Sucharki.

Dla mnie to była okazja do spotkania się z koleżanką (jedną z czytelniczek bloga) i jej suczką. Była z nami też jej kuzynka ze swoim psem. My dwie siedziałyśmy sobie na trawie i gadałyśmy, dookoła trochę osób też tak spędzało czas. A niedaleko tłumek otaczał miejsce, gdzie odbywały się pokazy. Wiertka tam pobiegła i co jakiś czas relacjonowała nam, jak wyglądają zawody. W jednej z konkurencji drugie miejsce zajęła kuzynka mojej koleżanki ze swoją suczką.

Potem miałyśmy iść na długi spacer, by odprowadzić moją koleżankę w stronę jej domu, ale zahaczyłyśmy też o "Flaki, pyzy gorące!" na Brzeskiej. Moja koleżanka była tak miła, że zaprosiła nas na obiad. Miejsce jest świetne, tuż przy samym bazarze, korzystające z dawnych klimatów praskich - w memu flaki, pyzy, knedle, kopytka. Oraz tłumy. Ani jednego wolnego stolika, a co niektórzy stali przed wejściem. Jak w bardzo dobrej, modnej restauracji - czeka się na stolik :) My zamówiłyśmy po porcji i poszłyśmy sobie zjeść na drugiej stronie ulicy, siedząc na chodniku. Jedzenie podawane jest w słoikach, owiniętych serwetką by się nie poparzyć, a je się drewnianym widelcem :) Klimat praski był. Pogoda też dopisywała, bo choć chwilę kropiło, to zaraz wyszło słońce. Ja wzięłam pyzy z mięsem, a Wiertka knedle ze śliwkami. Jak to zwykle bywa, po kilku gryzach, moja córka uznała, że jednak woli moje pyzy i zamieniłyśmy się :) Knedle były super, bo miały w środku przekrojone na pół śliwki, żadne tam marmolady, czy dżemy. Zalane były jogurtem owocowym i to sprawiało, że jednak były bardzo słodkie. Pyzy też były zacne, choć omastę z przysmażonego boczku Wiertka oddała psu :)

Poszłyśmy na ten spacer, ale dość szybko - najpierw moje dziecko, potem suczka koleżanki okazały zmęczenie i trzeba było iść do autobusu :)

A od jutra wraca lans intelektualny :)

sobota, 26 sierpnia 2017
Sobotnio - dziecięco

Będzie jeszcze wpis dotyczący przemyśleń czytelniczych :) Niedługo :)

Wczoraj miałam jeden dzień zastępstwa za osobę na urlopie wypoczynkowym. Zastępstwo było w sekretariacie najważniejszej osoby w instytucji. Żadna wielka filozofia - wykonywanie kilku wewnętrznych telefonów do pracowników oraz parzenie napojów. Ja jednak już od czwartkowego poranku byłam trochę zestresowana tym, że się wygłupię. Nie nadaję się na sekretarkę - coś wyleję, nie dosłyszę, wyślę nie tam gdzie trzeba. Dzień przetrwałam, ale jak już wyszłam z pracy, to w pociągu prawie zasnęłam :)

Dziś pojechałyśmy z Wiertką na plenerową imprezę dla dzieci, którą organizowała pewna stacja telewizyjna. Upał, który lubię, ale nie spędzony stojąc w pełnym słońcu oraz tłumy. A tłumy sprawiają, że robię się poddenerwowana, a pragnąć to ukryć - marudna. Wszystkie atrakcje - dmuchańce, rolki, zadania sprawnościowe były bezpłatne, ale wiązało się to ze staniem w ogromnych kolejkach. Niestety, nie dało się uniknąć różnych food-trucków i budek ze słodyczami. Jak ma się pieniądze, to fajnie tak spędzić dzień na świeżym powietrzu, coś zjeść w międzyczasie i się nie przejmować. Tyle, że aktualnie miałam w portfelu 11 zł, a na karcie 21 zł. Wyplata za 3-4 dni, ale dożyć jakoś trzeba. Wiertka zachowała się całkiem jak nie ona, bo już po trzeciej "kupisz mi", gdy usłyszała "nie" dała sobie spokój. W końcu, sama zaczęłam odczuwać głód i skutki upału - mogłam kupić po drodze jakieś tanie chrupki kukurydziane. Pomyślałam, że kupię nam lody. Okazało się, że w stoisku, gdzie zaprowadziło mnie dziecko "porcja" lodów kosztowała 5 zł. Zdecydowałam się, że kupimy sobie jedną porcję na spółkę. Porcją okazała się kulka lodów wielkości piąstki noworodka. Fakt, że były dietetyczne, ekologiczne, na ksylitolu i kręcone zapewne przez szczęśliwe kobiety :)

Po ponad trzech godzinach staniach w kolejkach, łażenia, towarzyszenia dziecku zarządziłam powrót do domu. Obie byłyśmy już wykończone. Ale tylko ja po wejściu do domu zabrałam się szybko za przygotowanie i smażenie kotletów. Obie też byłyśmy bardzo głodne.

17:36, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 sierpnia 2017
Matka prezydentów - Rose

Będzie trochę wpisów dotyczących tego, co ostatnio czytałam. Jedną z ostatnich lektur jest biografia Rose Kennedy autorstwa Charlesa Highama. Lubię biografie, a sama rodzina Kennedych to materiał na potężną historię. Zawsze byłam ciekawa ich wcześniejszej historii rodzinnej, nie tylko tego fragmentu o prezydenturze Johna i jego tragicznej śmierci, które to są tłuczone przez kulturę popularną. Dlaczego matka prezydentów? Choć ten urząd pełnił tylko jeden z jej synów, to - niemal od niemowlęctwa - do tej kariery przygotowywała najpierw najstarszego syna, Joe Juniora, potem wspierała starania o prezydenturę Roberta i Edwarda.

 

Rose przeżyła 104 lata i tyle obejmuje książka. Napisana jest dla mnie trudnym językiem – zbyt dużo faktów, mało opisów, przemyśleń, jak taki podręcznik do historii. Są ludzie, którzy wolą tak podane informacje. Ja przez to brnęłam. Szczególnie, że wcześniej czytałam biografię Magdy Goebbels i to pochłaniało się, miało się jakiś stosunek emocjonalny do bohaterki. Gdy Kennedy wydają się takimi trochę robotami zaprogramowanymi na osiągnięcie sukcesu politycznego i bogactwa, mieli być nieskazitelni. Może też i taka była ta rodzina.

Dla mnie najbardziej wstrząsający był wątek drugiego z dziewięciorga dzieci Rose i Joego Seniora – Rosemary. Już kiedyś usłyszałam tę historię i byłam oburzona. Córka urodziła się opóźniona umysłowo, co raczej nie było eksponowane w rodzinie (a nawet ukrywane), w której postanowiono, że synowie zostaną prezydentami i starannie planowano ich karierę polityczną. Taka skaza mogłaby zrujnować ten plan. Prawdziwe kłopoty z Rosemary zaczęły się, gdy zaczęła dojrzewać. Z akapitu z biografii wynikało, że była zbyt swobodna w zachowaniu, wulgarna i zaczęła interesować się seksem, wychodzić z domu. Groziło jej wykorzystanie seksualne, a rodzinie skandal. Za radą lekarzy, postanowiono poddać ją zabiegowi medycznemu, który miał ją wyciszyć – lobotomii. Podobno Joe Senior podjął decyzję bez konsultacji z żoną, bez jej zgody, podobno w dokumentacji medycznej musi być zgoda obojga rodziców. Choć wydaje mi się, że z pieniędzmi i koneksjami politycznymi Kennedy’ego, można było tę zgodę ominąć. W każdym razie, Rosemary zniosła lobotomię tragicznie – do końca życia pozostała apatyczna, bez emocji, zamknięta w sobie. Umieszczono ją w ośrodku i nie wspominano jako o członku rodziny publicznie. Oczywiście, dla dobra kariery politycznej tych „normalnych” dzieci.

Dla mnie bardziej wstrząsające było to, że matka – Rose – nie odwiedziła jej przez dziesięć lat. Nie ogarniam tego i ciśnienie mi skacze, jak o tym myślę. Po tym czasie pojechała do niej, ale córka nie nawiązała z nią kontaktu, odwróciła się od niej, więc Rose ponownie nie pojawiła się tam przez wiele lat. Jak można to zrobić własnemu dziecku? Nawet jeśli ma się ośmioro innych – pięknych, miłych, utalentowanych.

Od razu pomyślałam, że za taki stosunek do córki, wstyd z nią związany, musiała spotkać ich jakaś kara. I to karą była tragiczna śmierć czworga dzieci – córki i trzech synów. W dodatku podejrzewam, choć Higham, nie podejmuje tego wątku, że Rose doszła w końcu do tego samego wniosku. Okazuje się, że po tragicznej śmierci czwartego dziecka – Roberta, Rose nagle mocno zaangażowała się w akcje charytatywne skierowane do dzieci opóźnionych umysłowo, odnowiła kontakt z Rosemary. Rose była bardzo gorliwą katoliczką. Taką gorliwą przedsoborowo, „bardziej od papieża”. Wierzę, że utratę czworga dzieci uznała za karę od Boga. Być może za to co zrobiła jednemu z żyjących dzieci.

O tym, jak intensywna była wiara Rose, pokazuje jej stosunek do wyborów życiowych kolejnej z córek – Kathleen. Ta zakochała się w angielskim arystokracie, który był protestantem. Wbrew woli rodziny, zmieniła wyznanie i poślubiła go. Rose zerwała kontakty z córką, bo dla niej zmiana wyznania równała się narażeniu na ogień piekielny i odebranie szansy przejścia przez czyściec. Mąż Kathleen zginął na froncie II wojny światowej (w kilka miesięcy po ślubie). Po wojnie związała się z innym angielskim arystokratą – żonatym, z dziećmi. Ten zdecydował się rozwieść dla niej. Gdy lecieli prywatnym samolotem na spotkanie z Joe Kennedym – Rose nadal odmawiała kontaktu z córką – maszyna rozbiła się w górach. Wszyscy zginęli. Rose oświadczyła, że była to kara dla córki za zmianę wyznania. Przed pogrzebem wysłała do jej przyjaciół liścik z modlitwą w intencji lżejszego przejścia przez piekło, w którym Kathleen się znalazła. Na szczęście, większość przyjaciół oburzona odesłała list. Dopiero w jakiś czas potem, gdy doprecyzowano wykładnię kościoła mówiącą, że chrześcijanie są jednością i zmiana wyznania na protestanckie nie skutkuje wylądowaniem w piekle, Rose odzyskała spokój.

Generalnie, Rose Kennedy sprawiała wrażenie tak usztywnionej zasadami moralnymi, że stały się one drucianą siatką, na której rozpięte było jej ciało. W odróżnieniu od jej męża – Joe Kennedy, który dość dobrze bawił się poza domem, jak to ówcześnie mężowie mieli w zwyczaju. Dla pocieszenia, napisano, że nie był wyrafinowanym kochankiem, jakby dla zdradzanej żony miało to być jakimkolwiek pocieszeniem J

W biografii był jeszcze ciekawy wątek związany z porodami, ale o tym kiedy indziej.

 

 

środa, 23 sierpnia 2017
Dziecięce wahania nastrojów

Czasami zaczynam się obawiać, że moja córka rozpoczęła już proces dojrzewania. Konsultowałam to na grupie jej rówieśniczek i nie jestem jedyną matką z takimi obawami. A w niektórych przypadkach dojrzewanie już ruszyło i trzeba je było przyhamować hormonalnie. Na szczęście, przypadek Wiertki to jeszcze nie to, choć podejrzewam, że będzie w grupie wcześnie dojrzałych dziewczynek i muszę się na pierwszą miesiączkę przygotować koło 11 urodzin. Bo to co zauważyłam fizycznie u niej teraz, u mnie pojawiło się dwa lata później.

 

Za to jej zachowanie jest czasami jak huśtawki nastrojów u dojrzewającej nastolatki. Jeśli za kilka lat ma być gorzej, to nie wiem, jak ja to przetrwam. Szczególnie, że wtedy zacznie się moje klimakterium :D

Wczoraj wieczorem postanowiła obejrzeć w sieci film, który bardzo lubi. Coś się zacięło z odtwarzanie, zawiesiło, buforowało bez końca i zaczął się ryk i wycie. Bo nie, moja córka nie płacze. Ona wyje niczym pies :) Zaraz też doszło rzucanie się i tylko patrzyłam, czy tablet nie poleci gdzieś na podłogę. Ja w takim sytuacjach, zachowuję kamienny spokój, mówię, że mi przykro, przytulę. Jednak nie zaczaruję technologii i nie przyśpieszę odtwarzania. Po dłuższym czasie, każę jej stanowczo iść do swojego pokoju, albo po prostu tablet zabiorę. W związku z tym słyszę:

- Jesteś najgorszą matką świata! Nie chcę takiej matki, inne matki są lepsze! Bo ja cię w ogóle nie obchodzę! Ty w ogóle się nie przejmujesz moimi problemami!

Przy okazji odmówiłam zakupu nowego tabletu i zamówienia lepszego łącza internetowego:) Zakończyło się to tym, że dziecko odrzekło:

- Chcę się przeprowadzić do taty. Tata ma lepsze wifi. Chcę do tatyyyyyy.

I tyle w temacie tęsknoty za matką :)

Na koniec dodam, że w końcu zabrałam jej tablet, wysłałam do łazienki kąpać się i za kilka minut miała już pogodny nastrój.

Jej charakter jest niczym pogoda w ostatnie lato. W czwartek upał, w piątek bow echo i połamane lasy.

 

Tagi: córka
15:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 sierpnia 2017
Jak weekendowy rodzic

W piątek po pracy musiałam podjechać z książeczką zdrowia Wiertki, na jedno z jej badań. Opiszę to kiedyś oddzielnie. Wiedziałam, że nie zostawię dokumentów i nie odwrócę się na pięcie. Dziecko rzuciło się na mnie z radością, skakała ucieszona i wyrzucała z siebie mnóstwo słów.

Zobaczyłam, jak wygląda świat rodzica z punktu widzenia tego, który je co jakiś czas odwiedza. Mała była stęskniona i nie jechałam już nigdzie tego popołudnia. Poszłyśmy na to badanie, a potem do parku na plac zabaw. Tam zamiast usiąść na ławce i sobie coś poczytać - jak zazwyczaj to robię, cały czas obok niej byłam. A to pobujałam na hamaku, a to bawiłam się w jakąś grę. Dziecko nie chciało się ze mną rozstać nawet na sekundę. Ja też czułam, że powinnam poświęcać jej każdą chwilę. 

Potem zaprowadziła mnie do domu taty. Musiałam wejść na trochę, by mogła pokazać mi filmik z ulubioną aktorką, który znalazła w necie, zaśpiewać kilka piosenek i zagrać ze mną w jedną grę. Przy okazji dopytała się, czy nie mogę przenocować u taty, albo czy nie mogłabym jeszcze raz ją odwiedzić w sobotę :)

Widzę jak łatwiej być rodzicem z doskoku. Ma się więcej cierpliwości, nie wpada się w irytację, a wszystko jest takie odświętne.

Byłam z nią dwie godziny i pojechałam do domu. Jutro już wraca do domu :)

Tagi: córka
17:45, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 sierpnia 2017
Miejskie wędrówki

Chciałam się jeszcze podzielić zaległymi refleksjami nad dwoma spacerami miejskimi. O zwiedzaniu Placu za Żelazną Bramą, czyli Warszawy, której już nie ma pisałam. Spacer zakończył się opowieścią o osiedlu Za Żelazną Bramą – jego genezie, budowie. I ironii losu – w 1972 roku wysadzono w Stanach Zjednoczonych skupisko bloków inspirowane marzeniami Corbusiera. Od tego momentu datowano zakończenie modernizmu w architekturze. Traf chciał, że w Polsce modernizm akurat zaczął się rozpędzać – Targówek, Bródno, osiedle za Żelazną Bramą, potem Ursynów. Taki los.

 

Architektonicznie los zatacza koło. Corbusier planował swoje jednostki mieszkaniowe patrząc na dynamicznie rozwijający się przemysł motoryzacyjny i zwiększającą się ilość samochodów. Miasta po których jeździły karety, bryczki, to nie były dobrze przygotowane miejsca na ruch samochodowy. Trzeba było je odpowiednio zaprojektować od nowa. Czyli stworzyć siatkę ulic, gdzie spotykały się one pod kątem prostym. Żadnych zakrętów, zawijasów. Mija jeden wiek z drobnym hakiem i okazuje się, że ponownie przemysł motoryzacyjny zaczyna wpływać na rozwój miasta. Tym razem od drugiej strony. Miasta są zakorkowane, zasmrodzone. Rozpoczęto projektować je tak, by zniechęcić kierowców do poruszania się po centrach – płatne parkingi, ale także by zachęcić ich do korzystania z komunikacji miejskiej – parkingi pod miastem typu Park & Ride. Czas będzie płynąć, a miasto za sto lat ponownie nie będzie już przypominało tego, które znamy.

A w ostatnią niedzielę byłam na spacerze miejskim po Utopijnym Ursynowie. Miałam do tego zdystansowany stosunek. Bo dla mnie ta dzielnica ciągle kojarzy się z blokowiskiem z cytatów z Balcerkowej. Pomyślałam nawet żartobliwie, czy za trzydzieści lat ktoś nie będzie oprowadzał ludzi po osiedlach Zielonej Białołęki, bo staną się dowodem na szlachetne idee architektury.

Przewodnik okazał się być pasjonatem Ursynowa, zakochanym w nim i potrafił pokazać go jak piękną, choć w młodości nieznośną kobietę. I rzeczywiście, spacerując pomiędzy blokami, widzę tę zieleń, spokój i sielankę. Czas zdecydowanie działał na korzyść Ursynowa, który stał się taką Monicą Belluci wśród dzielnic J Interesujące jest to – i utopijne już wtedy – że na etapie planowania osiedla zaproszono do konsultacji nie tylko architektów, ale także innych specjalistów z dziedzin związanych z życiem społecznym. Nie chodziło tylko o zgarnięcie kasy za grunt – miasto, i mieszkania – deweloper, ale stworzenie miejsca do dobrego życia. Kto dziś się tym przejmuje? Przypomniało mi się też, że architektom zależało, aby nie była to dzielnica „stempelkowa”, jak np. Bródno, gdzie ulice przecinają się pod kątem prostym i ma się takie prostokąty z koloniami bloków w środku. Na Ursynowie uliczki miały się snuć. Każdy kto próbował choć raz znaleźć jakiś adres na Ursynowie, zapewne ciepło wspomina pomysł architektów :)

 

czwartek, 17 sierpnia 2017
Z frontu czasu NieMatki

Może powinnam narzekać na mój system odpornościowy, a może jednak nie.

 

Wolny wtorek postanowiłam poświęcić na uprzątnięcie pokoju Wiertki, bo jest prawie nieużywany, zajmują go klatki ze świnkami morskimi i całe tony zabawek. A chciałabym wreszcie, by moje dziecko się ode powoli odklejało.

Ambitnie umyłam okna, przetarłam podłogę płynem i wtedy zmieszane zapachy dwóch detergentów wywołały u mnie ból migrenowy. Tak mi się wydaje, że tak musi wyglądać ból migrenowy, bo zwalił mnie z nóg i położył do łóżka. Każda zmiana pozycji ciała skutkowała silnym, pulsującym bólem w czaszce. Jak to ja, zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie dostanę zaraz wylewu. I jedyną rzeczą, jaką mnie martwiło, to to, że znajdą mnie najwcześniej w niedzielę, gdy wróci Wiertka, a do tego czasu świnki morskie umrą z głodu i pragnienia. Po kilku godzinach wzięłam jedyny proszek przeciwbólowy, jaki w tym stanie mogłam znaleźć w szafce, czyli Ketonal. Zostało mi opakowanie po wyrywaniu ósemek – na mocno awaryjne sytuacje. Pomogło na tyle, że mogłam się poruszać po mieszkaniu.

W środę pojechałam do pracy z uciskiem w czaszce i osłabieniem. Takie uczucie, że nawet podniesienie ręki to wyzwanie. Chodzenie też. W domu, po powrocie z pracy, zmierzyłam temperaturę i miałam już wyjaśnienie – prawie 39 stopni Celsjusza. Przeziębienie to nie było, bo nie miałam kaszlu ani kataru. Miałam nadzieję, że to nie grypa i w ciągu kilku godzin temperatura nie podskoczy bardziej, a ja nie uwierzę, że heroiny z powieści Balzaka naprawdę umierały ze zgryzoty. Po prostu dopadała je grypa. Miałam grypę chyba jakieś trzy razy w życiu i czułam się wtedy jakbym miała na serio umrzeć. A po wyzdrowieniu jeszcze dwa, trzy tygodnie dochodziłam do siebie.

Łyknęłam przed snem tabletkę na przeziębienie, w nocy wypociłam ze trzy kilogramy i rano obudziłam się zdrowa. Choć raczej nieświeża.

Jedyny pomysł jaki mi przychodzi do głowy, to taki, że z Wiertką złapałyśmy coś w sobotę, na pożegnanie w szpitalu. Ona miała jednodniową gorączkę w poniedziałek. Dobrze, że szybko przeszło.

 

Tagi: życie
16:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi