To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 28 sierpnia 2018
Już nie zapomnisz mnie, piosenka ci nie da zapomnieć

Ostatnio zalewają mnie fale sentymentalne.

 

A zacznę od muzyki w pracy. W obecny miejscu, najczęściej radio bywa wyłączone. Pracy jest sporo, często to wyjaśnianie reklamacji, ogarnianie bałaganu, głowa puchnie i muzyka w tle tylko potęguje. Koleżanki, koledzy wolą jak jest cisza i mnie też to nie przeszkadza. Czasem jednak radio gra i od jakiegoś czasu są to stare przeboje. Stare. Pierwsza refleksja jest taka, że jakie one stare, skoro się przy nich bawiłam :)

Lecą piosenki z lat 80 tych, 90 tych. Dziś razem z koleżanką, miałyśmy co chwila napady wspomnień, opowiadałyśmy sobie różne historyjki z dzieciństwa. A to ze szkoły, z podwórka.

Potrzebna jest tu dygresja. Muzyka była przez lata dla mnie ważna jako zmysł, którym bardzo mocno zapisywałam wspomnienia. I to nieistotne, czy były to piosenki ambitne, czy kicz. Melodia, to melodia. Do dziś wiele piosenek jestem w stanie umieścić na linii czasu, bo są podpięte pod wtedy aktualne wydarzenia. I gdy słucham którąś od razu nie tylko pojawiają się obrazy tamtego czasu, ale czasem zapachy, a także doznania fizyczne, emocjonalne. Czuję lepiący upał, albo przejmujący mróz. Takim przykładem jest „Voyage, Voyage” Desireless. Ta piosenka leciała w tle, gdy miałam jakieś dwanaście lat, pojechałam z rodzicami na zakupy do Warszawy i od tej podróży po mieście, strasznie rozbolała mnie głowa. Gdy dziś słyszę tę piosenkę, wraca tamten ból głowy. Nie dosłownie, ale gdzieś moje zmysły mówią mi, że boli mnie głowa. Piosenka leciała w tle – napisałam to w tym sensie, że musiałam ją usłyszeć tuż przed wyjściem na miasto i przez całe te zakupy i jazdę autobusami kołatała mi się po głowie. Razem z tym bólem.

Ta nitka łącząca muzykę ze zmysłami została przerwana jakoś kilkanaście lat temu. Od 2003-2005 muzyka dla mnie, to jednolita papka. Nie wiem, czy to wina moja, czy dokonań muzycznych :)

Teraz lecą te stare przeboje w radio, a ja co chwila mam takie emocjonalne flesze. Z okresu późnej podstawówki, liceum. I czuję czasem tamte emocje. Głównie pozytywne. Taka radość z życia i poczucie bezpieczeństwa, że wszystko jest przewidywalne i pod kontrolą. Bo piosenki są radosne i energetyczne. I tak się zapewne czułam, skacząc w ich rytm. By nie idealizować – mam w pamiętnikach zapiski z tamtych lat, bywałam też mocno zdołowana i zestresowana. To, że tak mocno mnie to uderza, to chyba fakt, że zapomniałam już jak to jest czuć się tak beztrosko i bezpiecznie. A te piosenki przypominają mi, że tak kiedyś się czułam. Sabrina i Sandra na przykład :D :D :D

 

Tagi: życie
19:57, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 sierpnia 2018
Powrót dziecka

Bardziej dla raportu napiszę, że wraz z ochłodzeniem i deszczami, wróciło moje dziecko. Choć nie przywiązywałabym się do tego porównania :)

Jej ojciec chciał ją przywieźć już w sobotę. I nawet gdybym chciała przesunąć ten termin to się nie dało. Wiertka zadzwoniła w sobotę w południe, by chwilę pogadać i widziała, że zobaczymy się za kilka godzin. Jednak już p 15:00 zadzwoniła znowu i spytała się, czy nie może przyjechać już zaraz :)

Kilka dni wcześniej mówiła mi przez telefon, że u taty jest fajnie, lubi u niego być (w końcu smażył naleśniki z pysznym sosikiem malinowym i racuchy z jabłkiem), ale za mną też tęskni i też chciałaby u mnie być. Rozdarte, biedne dziecko.

I tak powoli wsuwamy się w jesień.

Tagi: córka życie
16:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2018
Nie będzie kabaretu. Będzie chór ;)

Kocham moją córkę, lubię być matką, ale te chwile gdy możesz – bez kombinowania, selekcjonowania – po prostu wybrać sobie swobodnie wydarzenie kulturalne i na nie iść, są nieocenione.

W sobotę byłam na spacerze miejskim szlakiem „niemoralnej Warszawy” – gdzie ukrywał się Casanowa po nieudanym pojedynku, odwiedzany nawet w końcu przez adwersarza, którego omal nie zastrzelił. Gdzie były najmodniejsze lub najbardziej oblegane, bo tanie domy publiczne. Gdzie był Dom Kata :)

Niedzielę spędziłam na pogaduszkach z moją przyjaciółką.

Zaś wczoraj byłam na fajnym spotkaniu z jednym ze scenarzystów serialu „Alternatywy 4”, Januszem Płońskim. Bardzo gadatliwy, potoczyście opowiadał różne anegdotki związane z serialem. Wszystkich nie dałam rady zapamiętać, ale niektóre mogę tu przytoczyć.

Czy to intuicja, czy ktoś życzliwy podpowiedział, ale reżyser, Stanisław Bareja miał rozpocząć zdjęcia od poniedziałku, ale złożył wniosek o przesunięcie startu z poniedziałku na piątek. W piątek, 11 grudnia, rozpoczęli nagrania w studiach Telewizji Polskiej. Jak się można domyśleć, w niedzielę, 13 grudnia ogłoszono Stan Wojenny. Co ciekawsze, do ekipy nikt już się nie przyczepiał. Kontynuowali swoje prace. Specjalnie nakręcono więcej ryzykownych komediowo scen, podejrzewając, że cenzor będzie je wycinał. Wycinał jeden żart, drugi, a przy którymś z kolei Bareja zaczynał protestować i miał już jakieś argumenty w dłoni.

Przy jednej rozmowie z cenzorem był sam Płoński, więc mógł opowiedzieć, jak to wyglądało. Pokazano scenę kłótni Kotka i Kołka, którzy jako mężczyźni nie mogli przecież mieszkać razem i padło kultowe stwierdzenie, nie podam dosłownie:

- W Charkowie to dwóch mężczyznom ślub dali. Wszyscy mówili pomyłka, pomyłka. I co? Po roku urodziły im się dwojaczki.

- A czy to musi być w Charkowie? – spytała cenzorka

Zebrani na sali gruchnęli śmiechem. Chyba większość pomyślała, że dziś cenzor nie miasta by się przyczepił ;)

Wszyscy wiedzą, że Bareja obsadzał się w epizodycznej rólce w każdej swojej produkcji. Teraz się dowiedziałam, że tak samo był uprzejmy dla scenarzystów. Płoński zagrał tajniaka zakładającego podsłuch w mieszkaniu profesora, a potem podsłuchującego mieszkającego tam docenta. Maciej Rybiński zagrał pijaczka podróżującego tym samym autobusem, co nauczycielka i przewożącej z nią meble dzieci – to on zasiadł za jadącym stołem i zamówił dla siebie setkę, dla dziecka lody :)

Samo spotkanie było w ciekawej, klimatycznej knajpce mającej ambicję kultywować tradycje Ursynowa i integrować jego mieszkańców. Jej założycielem jest chłopak, który w weekendy oprowadza na spacerach miejskich. Sama na nich bywałam.Przed spotkaniem kupiłam sobie pszeniczne piwo, więc by móc swobodnie wracać do siebie na Pragę, chciałam jeszcze przed wyjściem skorzystać z toalety. I traf chciał, że w długaśnej kolejce natknęłam się na dziewczynę, z którą stałam – w króciutkiej wtedy – kolejce do tego samego miejsca przed spotkaniem. Zgadałyśmy się. To znaczy nie ja, bo ja rzadko wychodzę do ludzi, ona wręcz przeciwnie. Zaprosiła mnie nawet do stolika ze znajomymi :) Nie skorzystałam, ale miło wiedzieć, że mam jeszcze szansę na szalone wieczory :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Telefoniczno-smsowa nić

Z wyjątkiem zeszłego roku, w poprzednich latach nie zauważyłam, by moje dziecko przebywając dłużej u ojca, bardzo za mną tęskniło. Może dlatego, że nie miała własnego telefonu.

Teraz wyjechała w niedzielę i już po jakiś dwóch dniach wysłała smsy. A to gra się zepsuła, to coś nie działało i jest zła. Byłam zdziwiona, czy taty nie ma obok. No jest, ale woli napisać o tym do mnie. Potem zaczęła dzwonić - po przebudzeniu, żeby powiedzieć, że już się obudziła.

Wreszcie Wiertka zadzwoniła na dłużej. Nie przepadam za długimi rozmowami telefonicznymi, nie potrafię ich przeprowadzać. Jestem człowiekiem czasów, gdy cena za minutę była równa cenie złota. Przez telefon załatwia się szybko sprawę, a rozmowę zostawia na spotkanie. Mój tata ma podobnie. Zadzwoni do mnie, by jak rodzic wykazać zainteresowanie, ale po krótkim ustaleniu, że u nas obojga to raczej wszystko ok, kończymy rozmowę :) Przeciwnie, moja mama lubiła długie pogaduchy, godzinne przez telefon. Ze mną miała, niestety trudno. 

I teraz moja córka zadzwoniła pogadać. Pogadałyśmy i zaczęłam już się żegnać.

- Rozmawiamy dopiero od ośmiu minut - usłyszałam - Powinnyśmy rozmawiać kwadrans.

Rozmawiałyśmy pół godziny. Kazała mi opowiedzieć mój każdy dzień, odkąd wyjechała, co robiłam. A ze swojej strony opowiedziała historyjkę o krokodylu i ślimaku. Daje czasami także kota do telefonu, by mruczał. Dziś, gdy byłam w pracy, zadzwoniła jako kot :) Potem ja jej wysłałam swoje zdjęcie, ona swoje. Ja zdjęcie mojego biurka, ona zdjęcie nóg. A potem wróciłam do pracy :)

Jak byłam wczoraj u koleżanki i napisałam jej, że milczę, bo jestem czyimś gościem, to mi odpisała, że przecież mogę powiedzieć, że muszę odpisać.

A jeszcze w czerwcu mówiła, że nie może ze mną wytrzymać i chce jechać do ojca na całe dwa miesiące :)

Tagi: córka
18:13, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 sierpnia 2018
Kinowe refleksje

Gdy dziecko wyjechało z domu, mogę robić te wszystkie rzeczy, które tak rzadko robię, gdy ona jest. Na przykład chodzę do kina na filmy dla osób powyżej 16 roku życia  :)

 

W poniedziałek byłam na „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, a wczoraj na „Zimnej wojnie”. Dwa filmy, dwa nastawienia, dwa oczekiwania i jakże inne reakcje.

„Dobrze się kłamie…” dawno zeszło z ekranów i teraz leci w serii tanich biletów w kinach studyjnych, ale cieszę się, że jeszcze mogłam obejrzeć ten film. Pamiętam, że w tamtym roku już chciałam na to iść, ale nie dałam rady wyjść z domu. I dobrze się wtedy stało. Szłam teraz na lekki film, trochę podkręcony, ale nic wielkiego. A wyszłam z sali kinowej ogłuszona. To taki stan, że masz w torebce książkę, która wciągnęła i ciężko się od niej oderwać, ale nie możesz wrócić do jej czytania. Nie możesz niczym się na razie zająć, bo w twojej głowie siedzą emocje z filmu. Ciężko coś pisać o akcji filmu, bo będzie to jeden wielki spoiler. A już, to co najmocniejsze, czyli zakończenie, to też spoiler. W ogólnym zarysie mamy towarzyską kolację trzech par (panowie przyjaźnią się od dzieciństwa, panie dołączyły na różnych etapach życia) i jednego singla, który z kimś się spotyka, ale przyszedł sam. I pada pomysł, by wyłożyć na stół komórki i czytać wszystkie sms-y, powiadomienia z mediów społecznościowych, chatów, rozmowy telefoniczne dawać na zestaw głośnomówiący. Bo pary nie mają przed sobą tajemnic, albo jak się okazuje, wydaje im się, że to co planują nie powinno być tajemnicą. Albo po prostu obawiają się zaprotestować, by nie oceniono z góry kogoś, jako osobę ukrywającą sekret. Wydawało mi się, że takie prowadzenie akcji poprzez przychodzące wiadomości będzie wyglądać sztucznie. Bo przecież ile sms-ów zwyczajny człowiek odbiera przez jeden wieczór. Jednak wystarczy, że każda z osób miała jedną wiadomość i akcja płynęła wartko. Początkowo jest zabawnie, trochę jak w komedii pomyłek, ale z biegiem minut wychodzą coraz większe emocje, sprzeczki, kłótnie. I mocne zakończenie, ostatnie sceny, po kulminacyjnym wybuchu, takie spokojne i pogodne. Dla mnie to takie pytaniem od reżysera. Wolisz poznać nawet najgorszą prawdę, która połamie ci nogi, ręce, zostawi na resztę życia bez możliwości normalnego poruszania. Czy wolisz pewnych rzeczy nie wiedzieć, przymknąć oko i iść dalej gładko, bez potknięć. Czy zawsze prawda jest najważniejsza?

A potem „Zimna wojna”. Zacznę od dygresji, nie jestem zwolenniczką zapożyczania słów  obcych języków – choć jest tak sporo z poprzednich stuleci – jednak dwie pożyczki z języka angielskiego podobają mi się: creepy na coś obślizgłego, okropnego, ale jednocześnie przyciągającego oraz hype na pompowanie oczekiwań, atmosfery. I właśnie „Zimna wojna” moim zdaniem padła ofiarą hype’u (zapewne moja wnuczka będzie już pisać hajpu). Film jest przepiękny w warstwie scenograficznej – plenery, krajobrazy, scenografia, kostiumy, oświetlenie. Choć czasami się zastanawiałam, czy owe paryskie mieszkanka, to nie fantazja o tym jak powinno wyglądać idealne paryskie mieszkanko. Warstwa muzyczna genialna – muzyka ludowa, biały śpiew, aranżacje jazzowe, piękny moty przewodni. I tyle. Najsłabszy był scenariusz. Rozumie, że Pawlikowski stworzył historię miłosną opartą na historii jego rodziców, nie miał więc dystansu. Mogłabym wybaczyć, że relacja miłosna dominuje, a tło polityczne, społeczne jest cienkie. A ostatnia scena, może nie totalnie ostatnia, ale finalna zdenerwowała mnie tak, że spaliła cały film. Poczułam się potraktowana jak trzynastoletnia smarkula. Zakończenie jest otwarte i tyle ocaliło ekran od oplucia  :) Wyszłam z kina z poczuciem, że ta historia po mnie spłynęła i jakimś takim niedosytem. Nie mogłam zlokalizować dlaczego, ale poczytałam trochę potem dyskusji w necie i olśniło mnie – pomiędzy aktorami nie było chemii. Oni odgrywali swoje role i tyle. O ile Tomasz Kot starał się jakoś pokazać, że jego postać jest zakochana, to Joanna Kulig była kompletnie zimna. No, była femme fatale. Tyle, że ta femme miała być szaleńczo, toksycznie, do granic oddania zakocha, ale tego się nie czuło. Szczególnie, że miałam porównanie z gra aktorską w „Dobrze się kłamie…”, gdzie kipiało od emocji, gdzie ludzie się kochali, czuli się zranieni, oszukani, zdezorientowani, wybaczali, nie wybaczali.

Nie da się ukryć, że nie jestem fanką Joanny Kulig. To świetna aktorka, ale w rolach, które wymagają bycia osobą ciepłą, zakochaną, emocjonalną zachowuje się niczym robot. Jej siostra, Justyna, jest lepszą aktorką i dla mnie to tajemnica świata dlaczego jedna święci triumfy w dobrych filmach, a druga snuje się po serialach.

Resztę środy spędziłam goszczona przez sokramkę, za co dziękuję :) Nie wiem, czy ona zrecenzuje na blogu „Zimną wojnę”, bo może być bardziej okrutna :)

 

wtorek, 14 sierpnia 2018
Nietechniczna

Ostatnie dni upłynęły pod hasłem walki z nowymi mediami, a nawet chyba starymi. Napisałam walki, bo to co dla ludzi z mojego pokolenia jest naturalne, a dla tych z pokolenia wyżej do ogarnięcia jest dla mnie niczym szydełkowanie z odmrożonymi palcami. A techniki będzie przybywać, więc muszę nadganiać. Wiertka jechała do ojca na dwa tygodnie i zabierała swój tablet, na którym zazwyczaj oglądam filmy z pewnej platformy filmowej. Mam wykupiony abonament, na piractwo jestem za głupia.

Ten tablet to najbardziej nowoczesne medium w moim domu – opcją jest piętnastoletni telewizor (w starych odcinkach seriali TVN występował nawet jako szczyt smaku), dziewięcioletni komputer oraz smartfon, który starzeje się w momencie, gdy nieopatrznie klikniesz zgodę na aktualizację aplikacji (nie róbcie tego).Teraz jednak mam smartfon od czerwca, nowy aparat i zestarzał się tylko troszeczkę. Pomyślałam, że na nim sobie będę oglądać filmy. Ekranik malutki, ale bez przesady.

I tu zaczęła się wędrówka przez chaszcze. Zaczęło się od tego, że przecież nie pamiętałam hasła do platformy z filmami. Kliknęłam w link zmiany hasła poprzez mój adres mailowy. Próbuję zalogować się z telefonu do konta mailowego i hasło nie działa. Co do cholery? Usiadłam przy komputerze i od razu przypomniałam sobie, że zmieniłam niedawno hasło na bardziej ulepszone i doskonałe. Przypomniały je sobie palce stukające w klawiaturę, ale te klikające w ekran nie. Zmienione hasło już nie działało. Musiałam stworzyć nowe poprzez linki pomocnicze – dobrze, że na początku roku ustawiłam sobie takie rzeczy na każdym koncie. Tyle, że nie mogłam nic wysłać na pomocnicze konto mailowe, bo nie istniało w systemie. Mogłam zmienić sms-em. Za 9 złotych, proszę bardzo. Zalogowałam się na koncie, by zobaczyć, że konto pomocnicze jak najbardziej istnieje w systemie. Próbuję zmienić hasło, ale nie reaguje klocek  „Zmień hasło”. Próbowałam to zrobić dwa razy, dwa razy po 9 złotych. W międzyczasie, po kilku minutach link do zmiany hasła na platformie filmowej stał się nieaktywny. Nieaktywna stała się też na komputerze sama strona. Trochę poklęłam pod nosem, ale odkąd moja córka weszła w wiek jęczenia, wpadania w złość z powodu pierduł, staram się dawać jej przykład godnego przyjmowania niedogodności mediów.

Następnego dnia w pracy, na firmowym laptopie, wyprostowanie sprawy zajęło mi ze trzy minuty. Ustawiłam nowe hasło do konta – klocek już działał, ustawiłam nowe hasło na platformie filmowej. Nie ma to jak sprzęt, który ma mniej niż kilkanaście lat (dowiedziałam się, że to, że mój komputer mam dziewięć lat, nie oznacza wcale, że trafił do mnie jako osesek, już miał kilka lat…). Przy okazji zobaczyłam też, że na konto mailowe zaciągnął mi się nowy widok. Jestem wzrokowcem, uparcie zawsze klikam na stare ustawienia. Teraz też przeklikałam. Pokazał mi się jeszcze inny widok. Okazało się, że uniknęłam już dwóch aktualizacji wyglądu poczty. Niestety, do widoku z roku 2002, kiedy to zakładałam konto, nie da się już wrócić. Za kilka lat będą go pewnie sprzedawać sentymentalnych ludziom w opcji VIP.

Wczoraj wieczorkiem weszłam pełna ufności na prostą drogę do spokojnego oglądania filmów. Nie tak szybko. Okazało się, że według systemu, na moim koncie zalogowanych jest już więcej niż 5 dopuszczalnych urządzeń. Zawsze oglądałam tylko na jednym. W ustawieniach, po datach widziałam, że to ostatnie daty korzystania z niego. Jakby system uznał to za dołączenie nowego urządzenia. Z poziomu telefonu nie mogłam usunąć tych urządzeń, na chat do pogadania z konsultantem też nie mogłam wejść. Z poziomu domowego komputera też nie, bo nie odczytywał strony. Tu z pomocą przyszedł tata Wiertki, który ze swojego domu po ustalał co trzeba z pomocą techniczną, coś pogrzebał w tablecie i już mogłam oglądać, co zechcę.

Nie tak szybko. Odpaliłam pewien serial i poszła wersja oryginalna. Zawsze od razu odpalały się polskie napisy. Trochę pogmerałam, sprawdziłam na innych filmach, już widziałam co kliknąć. Okazało się, że serial miał tylko wersję oryginalną, albo wersję z polskim lektorem. Lektor nie chciał się uruchomić, bo mam za mało pamięci w telefonie. Biedactwo, mam go aż dwa miesiące i od razu nieopatrznie zgodziłam się na aktualizacje aplikacji. Nie róbcie nigdy tego. Na wszelki wypadek, włączyłam jakiś zagraniczny film – napisy polskie na telefonie się wyświetlają. Byłam zbyt zmęczona, by cieszyć się projekcją. Spróbuję dziś wieczorem.

Tak wiem, należałoby kupić nowy laptop i taki fajny telewizor, co można też internet na nim przeglądać. Może będzie jeszcze o tym wpis, że są to ostatnie pozycje na mojej liście zakupowej powyżej kilku stów, która ma więcej niż dziesięć pozycji.

Tagi: życie
19:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018
Gdy gwiazdy spadają innym

Dziś późnym popołudniem udało się wreszcie wysłać Wiertkę do ojca. Tylko do sąsiedniej dzielnicy, ale myślę, że to wystarczy :) Przed 18:00 pojechała, a po 21:00 już dzwoniła :)

Ja za to wdrażam w życie plan robienia tych rzeczy, których nie mogę bez dziecka - na przykład chodzenia do kina na filmy dla ludzi powyżej 16 roku życia ;)

Dziś umówiłyśmy się z koleżanką w Centrum nauki Kopernik. Udało nam się zająć przed 20:00 jeszcze wolne leżaki i trochę pogadać. A od 21:00 gdy pogasły światła, mogłyśmy wpatrywać się w niebo. Dookoła było sporo ludzi, czy to na leżakach, czy kocach. Prowadzący fajnie opowiadali o widocznych planetach i najjaśniejszych gwiazdach, czy satelitach. Dopiero teraz uświadomiono mi, że satelity są na niebie doskonale widoczne i łatwo pomylić je z samolotami - jak coś wolno sunie po niebie, miga na biało, to satelita, jak miga dodatkowym światełkiem, to samolot.

Koleżanka zobaczyła trzy Perseidy. Mnie umykały, bo się głównie gapiłam jak zahipnotyzowana w satelity. Co chwila jakiś przelatywał. Jak nad lotniskiem. Może i widziałam ze dwie Perseidy, tak mignęły w kącie oka, jak draśnięcie. Coś jak wspomnienie z dzieciństwa, historyjkę, którą opowiedzieli rodzice, ty sobie wyobraziłeś szczegóły i w końcu uwierzyłeś, że tak dokładnie to wydarzenie wyglądało. Tak było z tymi moimi Perseidami - im dalej w czasie, tym bardziej bym chciała wierzyć, że coś tam widziałam.

Koleżanka nasycona wrażeniami, wróciła do domu, a ja jeszcze chwilę posiedziałam. Jednak tłum dookoła mnie, głośna muzyka jednak zaczęły mi przeszkadzać. I to wpatrywanie się w niebo. Im bardziej myślisz, że jakaś gwiazda spadnie, tym bardziej spada ona innym. Nie mam cierpliwości i wytrwałości. Ja nawet na autobus nie czekam dłużej niż 10 minut, gdy można jechać z przesiadką (nawet dłużej), albo iść piechotą.

Żeby wykorzystać piękno nocy, wróciłam sobie spacerkiem przez most na praską stronę. Tam musiałam czekać ponad dwadzieścia minut na autobus, bo nie dało się bezpiecznie iść dalej piechotą, ani przesiadki nie było :)

A jutro kolejny dzień urlopu matki :) 

środa, 08 sierpnia 2018
Matko-córkowy wieczór w restauracji

Niedawno, któregoś ciepłego, przytulnego wieczoru, wracałyśmy z Wiertką z placu zabaw. A że jeszcze nie chciało nam się wracać do domu, impulsywnie wpadłyśmy na pomysł, że pójdziemy do niedalekiej restauracji. Często obok niej przechodzimy i zawsze rozważamy wizytę, bo prawie codziennie lokal ma jakąś promocję typu jedno danie X + drugie X za 50%. Nie jest to może aż tak niezwykle elegancka restauracja, ale trochę inny kaliber niż taki Sphinx (w którym także zdarza mi się jadać). To w czasie ostatniego pobytu nad morzem, Wiertka zapytała mnie, dlaczego w Warszawie też nie chodzimy do restauracji. Nie za bardzo takie posiłki mieszczą się w naszym budżecie, ale teraz akurat mam taki finansowy czas, że czasem mogę.

To poszłyśmy, choć pora była późna, bo grubo po 20:00. Moje dziecko rozsmakowało się w atmosferze - ucieszyła ją idea czekadełka, czyli kawałków pieczywa z oliwą z ziołami do maczania. Zjadła całość, nawet próbując oliwę. Jakbym jej zaproponowała coś takiego w domu, to by do ust nie wzięła. A teraz chce chodzić po restauracjach, próbować różne czekadełka i wystawiać im oceny :)

Zamówiłyśmy sobie pasty, w domu zwane po prostu makaronami :) Co zaoszczędziłam na jedzeniu, to dopłaciłam w napoju. Generalnie, czuję, że to trochę obciach zamawiać jedzenie, ale bez czegoś do picia. Ja spokojnie mogę zjeść bez popijania i jeszcze wytrzymać potem jakiś czas. Piję dużo wody, ale pomiędzy posiłkami. Nie mogę tego jednak wymagać od dziecka. Dlatego zamówiłam dla niej karafkę wody. I marżę za tę wodę wzięli chyba trzycyfrową. Bo tak bywa - w restauracji jedzenie może być trochę tańsze, za to napoje windują rachunek mocno w górę. Trochę jak zamawianie ryby nad morzem - najcięższe dary morza świata.

Wiertka mocno weszła w klimat bycia w wyrafinowanym miejscu, bo zamiast zachowywać się jak najeźdźca, prowadziła elegancką konwersację dopytując mnie o moją pierwszą przyjaciółkę, drugą, kiedy się pierwszy raz pocałowałam (tu odmówiłam wyznań). Trzymała też szklankę z wodą w wygiętej dłoni i nonszalancko ją popijała. Za czasów mojej młodości, powiedziano by, że ćwiczy rolę społeczną, która kiedyś jej się przyda, gdy zostanie kobietą. Większość dziewczynek kopiuje mamy lub podpatrzone inne kobiety. Za to, w dzisiejszych czasach, gdy na to patrzę, boję się zbytniej seksualizacji dziecka, że za bardzo przypomina małą-dorosłą i to jest niestosowne, bo przecież za każdym drzewem, krzakiem, rogiem czyha pedofil z aparatem telefonicznym. Takie czasy.

W idei posiłku w restauracji wpisane jest to, że czas się tam snuje jak kino europejskie, nikt nie biega z zamówieniem, głównie siedzi się i gada. Efekt był taki, że do domu wróciłyśmy przed 22:00. Na prysznic i sen.

niedziela, 05 sierpnia 2018
Oblepieni słońcem

Przyznam, że jak idziesz do pracy gdy jest upalnie w stopniu do zniesienia (jak dla mnie), dzień spędzasz w klimatyzowanym biurze, lub z wyłączoną klimą, bo okna są na północ i dziedziniec biurowca, a wracasz gdy upał lżeje (jak dla mnie), to łatwiej znosić lato w mieście.

W sobotę byłam już bliska pomyśleniu, że mózg może się zagotować. Przed południem trochę posprzątałam - jeszcze inna cecha upału, wracasz po pracy do domu i tylko spływasz z kanapy. Wzięłam prysznic, zmieniłam ubranie. Wybrałyśmy się z Wiertką na zakupy i obiad, bo nie miałam ochoty gotować. A jeść, owszem. Po powrocie padłam i gdy się ocknęłam, to z trudem próbowałam znaleźć jakiś tlen w mieszkaniu. Nie mam wiatraka. Takie natężenie wysokiej temperatury w pomieszczeniu zdarza się, jak dla mnie, zbyt rzadko. 

Dopiero o 19:00 wyszłyśmy z domu. Najpierw na plac zabaw na Podzamczu, a potem do Parku Fontann na pokaz multimedialny. Ciepły, przyjemny wieczór. Wróciłyśmy do domu przed 23:00 i jeszcze przez prawie dwie godziny nie próbowałyśmy zasnąć. Śródziemnomorsko.

W Parku Fontann Wiertka o mało co mi nie zaginęła :( Tłumy były ogromne, stanęłyśmy blisko fontanny, bo ciężko było już w mroku znaleźć dobre miejsce dalej. Wiertka ruszyła do przodu, pomiędzy ludźmi, by znaleźć lepsze miejsce, a ja nie dałam, jej tempem, przeciskać się z hulajnogą. I po chwili zniknęła w tłumie. Pokaz się zaczął i nie wiedziałam, co zrobić. Krzyczeć jej imię? Stałam, rozglądałam się, klękałam i próbowałam wypatrzyć ją wśród plątaniny nóg. Bałam się, że ja będę chodzić i jej szukać, ona będzie chodzić i mnie szukać, i będziemy się mijać. A takie bezczynne stanie w miejscu, nie przystoi rodzicowi. Pomyślałam, że jak skończy się pokaz, będę jej szukać w tym wycofującym się tłumie i wołać. Zaraz jednak pojawiła się jakaś kobieta, a z nią Wiertka - pani pomogła jej mnie odszukać. Nawet jej za to nie podziękowałam. Dobrze, że się odnalazłyśmy, bo mała miała plan, by po pokazie wyjść z tym tłumem ludzi.

W niedzielę spałyśmy do 11:30. Po południu przeszłyśmy się na Otwarta Ząbkowską, gdzie był teatrzyk dla dzieci, różne warsztaty plastyczne.

W grudniu to lato będę wspominać z nostalgią :)

piątek, 03 sierpnia 2018
Raport z Centrum Zdrowia Dziecka

Raport z Centrum Zdrowia Dziecka piszę z opóźnieniem, bo Wiertka była tam w zeszłym tygodniu. Dość późno zorientowałam się, że to będzie kontrolne powtórzenie badań z marca, więc dziecko zostanie na noc. Tym razem na całodniowych badaniach był z nią ojciec, ja przyjechałam po pracy na noc i wzięłam dzień urlopu na dzień następny.

Upał, pot, zmęczenie, słabo to widziałam. Szczególnie, że oddziały dziecięce mają zabezpieczone okna przed szerokim otwarciem - zapewne by nikt nie wypadł. Ale też przez to było duszno. Na szczęście, były prysznice i można się było odświeżyć.

Obawiałam się, jak uda się przeprowadzić badanie Wiertki w głębokim śnie, w innej sali. Szczególnie, że już od 20:30 zaczęła popłakiwać, marudzić, jęczeć, że ona chce mieć to badanie za sobą, niech dadzą jej coś na sen. Musiałam wyprowadzić ją z sali, bo inne dzieci zasnęły. Snułam się z nią po korytarzu i próbowałam uspokoić. Potem układałyśmy puzzle w stołówce. Jako duże dziecko, była gdzieś na końcu kolejki badanych dzieci i przyszli po nią dopiero koło północy. Zasnęła na kozetce, gdy dostała środek na sen. Ja też prawie przysypiałam na krzesełku obok. Po badaniu było zabawnie, bo Wiertka nie chciała zejść z łóżka, była tak zaspana. Wyrwała mi się i wróciła na kozetkę. Ściągnęłam ją znowu i ponownie się wyrwała i prawie nie uderzyła w okno. W końcu musiałam przez dwa, trzy metry unieść ją i przenieść.

Obawiałam się też, jak będziemy spać, bo w sali obok był chłopak - na oko jakieś 1,60 cm, wyglądał niemal na dorosłego. Rano dowiedziałam się, że ma 14 lat. Chłopak bez przerwy chodził i coś energicznie, głośno mówił. Dyskutował sam ze sobą, może z kimś wyobrażonym. Z sali, po korytarzu, z jednego jego krańca na drugi. I słychać go było wszędzie. Ale ludzie obok mu nie przeszkadzali. Trochę bałam się, że będzie tak też robił w nocy. Na szczęście, punkt 21:00, pościelił łóżko, położył się i zasnął. Pomyślałam tylko, że życie jego rodzica musi być trudne.

Rano wypisali nas wcześnie. Badania wykazały, że Wiertka ma zdrowe uszy, słuch fizjologicznie prawidłowy. Jej niedosłuchy wynikają okresowo z problemów zdrowotnych i teraz czeka nas wędrówka do laryngologa. Z jednej strony dobrze, bo nie obawy, że to trwałe, wymaga aparatu słuchowego, czy jakiś operacji. Z drugiej strony, wędrówka się nie skończyła.

Dobrze, że miałam dzień wolnego po powrocie padłam. Kilka godzin snu na twardej leżance, to żaden sen.

Tagi: córka lekarz
20:44, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
Tagi