To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 27 maja 2018
Weekend kinowo-leśny

Sobota burzowa, deszczowa, senna, leniwa jak koc. Tak jak ostatni dzień mojego cyklu.

Wybrałyśmy się z Wiertką do fryzjerki, w bloku obok, na podcięcie włosów. U jednej, i u drugiej. Na prośbę mojego dziecka, ustawiam weekend tak, by jeden dzień był domowy, z nic nierobieniem. Ona tak odpoczywa i regeneruje siły po szkole. Wspomniałam jednak, że na Pradze będzie w sobotnie noce kino plenerowe i Wiertka strasznie się zapaliła do tego pomysłu. Oglądanie filmów pod gołym niebem! Do momentu wyjścia z domu, po 21:00 dopytywałam się, czy aby na pewno chce wyjść. Jasne, że chce.

Okazało się, że ciągle pada mały deszcz i zastanawiałam się, czy się zaraz z tego seansu nie wrócimy do domu. Dziecko nie traciło nadziei. Było fajnie. Kino plenerowe odbywało się w knajpce, która mieści się na terenie plomby pomiędzy dwoma kamienicami. Organizatorzy rozwiesili brezentowe płachty, więc można było sobie bezpiecznie usiąść na leżaku, lub puchowej kanapie. Ja zapobiegawczo wzięłam kocyk, którym Wiertka się okryła. Trochę poleżała pod kocem, trochę potańczyła przy muzyce i śpiewie Florence Jenkins. Bo leciała "Boska Florence". Co najciekawsze, Wiertka nie miała problemu z oglądaniem filmu z napisami. Nadążała z czytaniem. Pamiętam z dzieciństwa, że dla mnie był to poważny skok w konsumpcji kultury popularnej, którego dokonałam dopiero koło 11-12 roku życia. Ale może to cecha pokolenia wychowywanego na filmach ściąganych z sieci. Inna kwestia, to taka, że mojemu dziecku film się podobał i nie uznała głównej bohaterki za fałszującej, czy ośmieszającej się. Kochała śpiewać, to śpiewała. Chciała śpiewać przed ludźmi, to śpiewała. Myśląc nad tym, zaczęłam się zastanawiać, czy Florence Foster Jenkins nie była prekursorką dzisiejszych bohaterów sieci - gdzie nie musisz idealnie śpiewać, grac, tańczyć, ale jeśli robisz to z pasją i kochasz, to co robisz, to ludzie ci to wybaczą.

W niedzielę, dziecko tradycyjnie nie chciało wyjść z domu, zasłaniając się kinem plenerowym i powrotem do domu przed północą. Nie negocjowałam, tylko kazałam się zbierać z łóżka. Wybierałyśmy się z koleżanką na wernisaż wystawy zdjęć, których bohaterką jest Puszcza Kampinowska. Oczywiście, wystawa odbywała się w puszczy, w skansenie, tuż obok muzeum. Pogoda była przepiękna, okoliczności przyrody były przepiękne, chaty, które przy okazji obejrzałyśmy także były piękne. Fajnie spędzony na świeżym powietrzu dzień.

czwartek, 24 maja 2018
Dzień szaleństwa

Wczorajszy dzień mam siłę opisywać dopiero teraz. Był, że skorzystam z cytatu koleżanki, jak oddzielny krąg piekła :)

W pracy dużo pracy, taka fala przed wprowadzeniem RODO - mówiłam sobie, że pójdę do toalety, jak tylko skończę, to co robię, a zaraz wpadało następne z priorytetem na już :) Ale taką sobie pracę wybrałam. 

Przy okazji kurier przywiózł mi prezent nie-komunijno-imieninowo-dzień dzieckowy dla córki. Wielkie pudło - pół metra x pół metra x 30 cm. Wracam sobie już rozluźniona do domu - na tyle, na ile pozwala trzymania w ramionach wielkiego pudła, po 18:00 (bo tego dnia zmiana do 18:00), dziecko czeka na mnie w domu, bo ma już pozwolenie na powrót o 17:00, i tak na razie przyprowadza ją sąsiadka. Smsuję z kolegą z pracy o nawale obowiązków i że następny dzień nie będzie lepszy. Nie będzie lepszy, bo mam badania medycyny pracy rano, dotrę do biura w południe i on będzie musiał załatwiać moje rzeczy. A tak - mam przedłużenie umowy o pracę :) I nagle dociera do mnie - nie wzięłam z pracy skierowania na badania! Przeszukuję torebkę. Nie ma tam. Musiałam zostawić w korytku, na biurku. A jestem już w swojej dzielnicy, przejechałam pół miasta, za mną prawie godzina podróży.

Moją wadą jest to, że myślę za szybko, nie potrafię czekać i muszę natychmiast działać. A jak życie pokazuje, czasem trzeba spokojnie pomyśleć. Wszystkie siły związane z logicznym myśleniem wykorzystuję w pracy, a po pracy zachowuję się jak blondynka. Wysiadłam z autobusu i wsiadłam w powrotny. Na szczęście, w mojej pracy jest dział pracujący do 20:00. Biuro było jeszcze otwarte. Przetrząsnęłam biurko. Nie ma... Gdzie ja to zostawiłam??? Dodam tylko, że cały czas dźwigałam wielkie pudło z drogim prezentem.

Dopiero, jadąc ponownie do domu, poszłam po rozum do głowy. Zadzwoniłam na infolinię centrum medycznego. Ustaliłam, że rano wystawią mi w pracy nowe skierowanie, ktoś mi je zeskanuje i wyśle do nich mailem. Potrzebowałam ponad godziny jazdy autobusami by wpaść na na tak banalne rozwiązanie...

Skierowanie leżało w kuchni na blacie... Wyjęłam je razem z pismem z administracji...

Nie koniec. Musiałam kupić Wiertce kilka rzeczy na plastykę, na lekcje. Następnego dnia miała rysować autoportret i jeszcze potrzebowała lusterka. Nie chciałam, by kolejny raz była tym dzieckiem, które nic nie ma. Wpadła szybko do supermarketu i zrobiłam zakupy. Oczywiście, wszystko z wielki, drogim pudłem w rękach.

Do domu dotarłam o 20:40... Spocona, zmęczona, pełna przeprosin. Wiertka ma wiele wad, ale nie myśli za dużo, ogląda bajki i tylko spytała się, gdzie ja się tyle czasu podziewałam.

Zobaczyła jednak prezent i wpadła w zachwyt. O prezencie będzie oddzielny wpis.

Zjadłam coś szybko, wzięłam prysznic i dołączyłam do dziecka układającego zabawkę. Nie miałam serca ją gonić do łóżka. Układałyśmy do 23:00.

Tagi: praca życie
19:46, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 maja 2018
Nie-komunijnie

W ostatnią sobotę, dzieci ze szkoły Wiertki miały I Komunię Świętą. Trochę obawiałam się, jak ona będzie to przeżywać. Jakiś czas temu powiedziała, że im zazdrości, bo dziecko w tym dniu jest VIPem, a ona chciałaby być takim najważniejszym człowiekiem. Jednak, gdy okazało się, że koledzy i koleżanki mają do nauczenia mnóstwo modlitw, egzaminy, spowiedzi, oraz długie próby, moje dziecko uznało, że ma fajnie. Na jednej z prób była, jako obserwator, bo sąsiadka odebrała ją ze świetlicy i zabrała tam. Wiertka uznała te próby za śmiertelnie nudne. I tak już postrzegała uroczystość komunii. W dodatku stwierdziła:

- Ja mam korzyść. Pani nic nie zadaje, bo dzieci uczą się do komunii. A ja korzystam.

Obawiałam się, że w szkole będzie licytacja prezentów. Koleżanka opisała już przechwałki kolegi jej syna - autentycznie brzmiało to "od chrzestnego dostanę 1500 zł, od dziadka 500 zł, od rodziców 700 zł, od cioci 500 zł". To jakaś masakra. Wiertka przedkomunijnie dostała od dziadka hulajnogę, teraz ma jeszcze obiecane przekłucie uszu, bo chce. Jeszcze coś ode mnie dostanie. I tak zaoszczędziłam majątek nie organizując uroczystości. Nawet gdybym wybrała wersję, jak najtańszą, to samo ubranie, dodatki, składki kościelne i skromna zupa z chlebem dla gości wyniosłyby mnie kilka stów. Mogę tę pieniądze wydać na prezent dla niej.

Zobaczyłam też inną rzecz. Moje koleżanki z sieci, większość matki 2008-09, żyły ostatnio komuniami dzieci. W co się ubrać? Nowa sukienka? Buty! Co ugotować (wersja bez restauracji)? Jak przygotować stół? Teraz pojawia się seria zdjęć :) Czyli to, czego nienawidzę najbardziej na świecie - przygotowywania przyjęcia. Na szczęście, nie mam już ataków mdłości ze stresu, jak miewałam dziesięć lat temu, ale nadal przeżywam, to tak, że chyba efekt nie jest wart nerwów. Bo czasami te imieniny, urodziny, parapetówki wyprawiałam :) Są tak rzadkie, właśnie dlatego, że tak to przeżywam niewspółmiernie do wydarzenia. Moja mama miała odwrotnie - niczym pani Dalloway, uwielbiała robić przyjęcia. Narobiła się, narzekała, ale widać było, że sprawia jej to satysfakcję.

Tak więc, obie z Wiertką miałyśmy korzyść.

Dziś moja córka wróciła ze szkoły i gdy ją podpytałam, powiedziała, że kiedy dzieci opowiadały o komunii, zatykała uszy. Nie chciała słuchać o prezentach. Zrobiło mi się smutno w jej imieniu. Powinnam była dać jej 2-3 dni wolnego. W środę dzieci jadą na wycieczkę do Częstochowy - w komunijnych albach odprawiać modły. Moje dziecko zostanie w domu.

Tagi: córka
19:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 maja 2018
Matko-córkowa Noc Muzeów

Odkąd Wiertka we wszystkie weekendy jest ze mną, wiedziałam, że Noc Muzeum muszę zaprojektować pod nią. Łatwo nie było, bo w ogóle nie miała ochoty nigdzie wychodzić. W domu jest najfajniej. Bo w domu jest tablet, telewizor, internet. Zarządziłam, że idziemy i dyskusji nie ma. Wcześniej jeszcze byłyśmy na zakupach, ja posortowałam ubrania w trzech szafkach (zostawić, oddać, wyrzucić), ugotowałam obiad w sumie na dwa dni.

Noc rozpoczęłyśmy przed 19:00 wizytą w niedalekim sklepiku kawiarni, gdzie była wystawa lalek z teatru Baj. Były trochę straszne i moja córka długo nie chciała ich oglądać. Potem pojechałyśmy do Muzeum Etnograficznego. Było tam sporo atrakcji dla dzieci - związanych z wystawą peruwiańską. Najpierw degustacja czekolady z wybranymi dodatkami. Potem można było zrobić własny breloczek w kształcie lamy. I tu miły wieczór się zaciął. Pomalowałyśmy obrazek z lamą, panie go zalaminowały, wycięłyśmy zwierzątko. Teraz trzeba było zrobić pompon. Pani pokazywała mi, jak to zrobić, ja jakoś próbowałam, choć szło mi ciężko. Jednak Wiertka była od pewnego momentu płaczliwa, rozedrgana. A to jej się długość pomponu nie podobała. Szybko wybrałam nitki i wtedy wybuchł płacz. Zły kolor, zły kolor, zły kolor. I nie chciała się uspokoić, nie dała sobie wytłumaczyć. Bo ten pompon ma zły kolor nitki, którą jest przewiązany. Ledwo zrobiłam jeden. Nie chciała się uspokoić i zabrałam ją na korytarz. Nie wiedziałam, czy zabrać do domu, ale chciała zostać. Ale nie chciała zwiedzać. Ciągle szlochała. Wyglądało to dziwnie. Ja chodzącą po muzeum z zapłakanym dzieckiem, które nie chce nic oglądać. Byłam już wściekła. Bo pompon ma zły kolor nitki. W końcu, Wiertka wydukała przez łzy, że ona zrobi ten pompon sama. Z dobrym kolorem. To wróciłyśmy i zrobiłyśmy nowy jeszcze raz. Już sama nie wiem, czy moja córka jest rozpuszczoną terrorystką, czy odstawiła "Rain Man'a". Tysiąc rzeczy zaakceptuje takimi jakimi są, a potem przy jednej nie takiej jak trzeba zachowuje się jakby porządek świata runął.

Jednak potem było fajnie. Wiertka ulepiła z gliny medal wojownika, zrobiła naszyjnik z blaszek, według instrukcji, bez pomocy zrobiła kwiatek z krepiny. Pospacerowałyśmy po patio, gdzie był dj, leżaki, napoje. Zastanawiałam się nad powrotem, ale Wiertka powiedziała, że chciałaby tu dłużej posiedzieć, posłuchać muzyki. A, że była już głodna, to kupiłam nam tosty w kawiarni.

Koleżanka napisała mi sms-em o innej atrakcji i moja córka odniosła się do niej z entuzjazmem. Spacerkiem przeszłyśmy się na Plac Defilad, skąd odjeżdżały "ogórki". Opowiadałam o nich Wiertce i była pod wielkim wrażeniem :) Kolejka oczekujących była długa, ale "ogórki" podjeżdżały często i wszystko szło sprawnie. W dzieciństwie miałam silną chorobę lokomocyjną i jazda tym pojazdem kojarzy mi się jedynie z silnymi mdłościami oraz wymiotami :) Co najciekawsze, stanął jeden obok mnie, do mojego nosa doszedł zapach spalin i od razu uczucie wróciło, jak u psa Pawłowa :D Opowiedziałam to Wiertce. Akurat, gdy była nasza kolej podjechał nowszy Jelcz - jak na mój gust taki z lat 70tych, może 80tych (starsza wersja tych, którymi ja jeździłam do szkoły). Wszyscy czekali na "ogórka", więc nikt nie chciał nim jechać :) Za to Wiertka chciała, uznała, że powietrze będzie w nim mniej mdlące :) W czasie jazdy, powiedziała mi, że czuje te spaliny, o jakich mówiłam i miałyśmy dyskusję o tym, jak ludzie mogli wtedy podróżować, skoro w każdym pojeździe tak śmierdziało :) Biedna, nie wiem, że to był jedyny zmotoryzowany znany świat, więc wyglądał naturalnie. A może to tylko ja mam z dzieciństwa i tamtych pojazdów takie skojarzenie, że nie dało się w nich oddychać i śmierdziały spalinami?

Dojechałyśmy do Zajezdni Wola, gdzie w tym roku był Dzień Otwarty. A tam tramwaje z wszystkich epok - od konnych, poprzez pierwsze zmotoryzowane, te sprzed wojny, dawnych czasów. Wszystkie. Wiertka wdrapywała się a miejsce woźnicy, wchodziła do kabiny motorniczego i bawiła się pokrętłami, szalała. Można tez było wejść - w siateczce na włosy i kasku - do kanału pod tramwajem i pooglądać sobie podwozie. Był koncert, obwarzanki, sok z saturatora, gra w trzy karty i łańcuch. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie w fotobudce, w Muzeum Etno też robiłyśmy zdjęcia z fotobudki. W jednym z tramwai stał fortepian i pan grał różne melodie. A w innym przypomniałam sobie stare kasowniki na bilety dziurkowane. O rany, kiedy to było :)

Wybiła 1:00 i trzeba był wracać. Nie widziałam, czy jeździ coś stamtąd o tej porze i co za linie, więc wybrałam bezpieczną linię muzealną - wracałyśmy do centrum "ogórkiem",  a potem już zwyczajnym autobusem na Pragę. Wiertka była zmęczona, podsypiała biedna, potem popłakiwała i marudziła. Miała do tego prawo. Zwiedzanie powinnam była zakończyć godzinę wcześniej. Do domu dotarłyśmy o 2:00.

Wiertka spała dziś do 12:00 :) Miała mieć jeszcze warsztaty, ale odwołałam jej przyjście. Cały dzień leżymy w łóżku i odpoczywamy :)

W kolejnych wpisach będzie jeszcze refleksja komunijna, bo wczoraj klasa Wiertki miał I komunię świętą.

czwartek, 17 maja 2018
O szkole

Wczoraj miałam spotkanie z wychowawczynią i panią dyrektor. Obawiałam się tego. Nie wiedziałam, czy mam oczekiwać wysłuchiwania żalów, czy wsparcia. Okazało się, że to drugie. Wychowawczyni Wiertki odpuściła i sama uznała, że to zaburzenie rozwoju, a nie brak dobrego wychowania i bezczelność. Skupiła się na reszcie klasy, nie tkwi nad moją córką, a ona też zrobiła się przez to spokojniejsza. Pani dyrektor wysłuchała, jak widzi zachowanie mojej córki nauczycielka, jak ja. Stwierdziła, że to może być coś w kierunku Zespołu Aspergera. Najważniejsze, że zwróciła uwagę na to, że od IV klas będzie wiele przetasowań i zmian w klasach. W roczniku są dwie klasy integracyjne i prawdopodobnie od jednej z nich odejdzie dziecko, a wtedy Wiertka mogłaby się tam przenieść. Jeśli zdobędziemy orzeczenie, to będzie miała nauczyciela wspomagającego. Pani dyrektor ma o tym pamiętać i czekać na papier  z poradni. Obie zdecydowanie uznały, że nie ma sensu by mała powtarzała klasę, bo jest inteligentna, bystra, już się czasami nudzi i rozniesie lekcje.

Tylko jak wspomniała Wiertce o przenosinach, to się rozpłakała. Nie chce się rozstawać z koleżankami.

Dziś miałyśmy wizytę w poradni zdrowia psychicznego dzieci (okropnie to brzmi) u doktor zajmującej się diagnostyką zaburzeń rozwoju. Jest szansa, że na początku czerwca będzie diagnoza. Choć słyszałam, że tę i tak trzeba będzie zawieźć do innej poradni szkolnej i dopiero tam wydają oficjalny papier. To jakiś obłęd.

Nie wiem, czy Wiertka ma jakieś zaburzenia, czy nie, ale jeśli orzeczenie ma sprawić, że spokojniej przejdzie czas szkolny (nie oznacza, że leniwiej), ze wsparcie, to już wolę uznać, że ma dziecko zaburzone. I myślę też o innych czasach, innych rodzinach, gdzie takich diagnoz jeszcze nie znano, nie było terapii i dochodziło do rodzinnych tragedii. 

15:40, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 maja 2018
Antykonferencja

Niedawno, jeden z moich kolegów z pracy, pojechał na wydarzenie zwane ciekawie - antykonferencją. Jako, że było to w ramach obowiązków służbowych, dla chętnych opowiedział, co to za idea.

Bo czym jest konferencja, większość wie. Jest organizator, płatny udział albo dla uczestników, albo dla prelegentów, czy firm sponsorujących. Sama w tej branży siedziałam. Jest wcześniej przygotowana agenda, czyli lista prelekcji, na koniec pytania od publiczności. Z rzadka panele dyskusyjne, a jeśli już dyskutują, to prelegenci, mądre głowy.

A tu, w antykonferencji, cały ten porządek jest wywracany. Opłaty ponoszą uczestnicy, nie ma wielkich firm sponsorujących. Jedyny chyba tylko wyjątek zrobiono dla tej użyczającej sale - mieli krótkie przedstawienie się. Jest jeden temat przewodni, związany z daną branżą. Nie ma prelekcji, ani występujących, nie ma agendy wykładów. Wszyscy spotykają się na początku razem, wyjaśniana jest idea antykonferencji, zasady. Potem rzucane są, przez uczestników, propozycje tematów, robiona jest ich lista, godzinowy rozkład, rozdziela się je na sale, czy stoliki. Potem, już oddzielnie, przy każdym temacie formuje się grupka wspólnie dyskutująca. W każdej chwili, jeśli temat nie jest interesujący, można wstać i iść do innej. Dyskusja ma trwać godzinę, ale jeśli kuleje i umiera moderator ma prawo ją zamknąć wcześniej, lub wydłużyć, jeśli stała się ciekawa i obecni nadal chcą rozmawiać. Właśnie, moderatorzy są ważni, bo musi być ich kilku i muszą być dobrze zorientowani w temacie. Antykonferencja trwa cały dzień, jest przerwa na lunch, kawa, przekąski.

Dla mnie to bardzo ciekawy, dopiero kiełkujący chyba nurt. Kiedy to ludzie nie chcą już biernie siedzieć na krzesłach i słuchać, jak inni uczą ich życia, czy zawodu. Szczególnie, że część konferencji, to często skok na kasę. Ludzie wolą usiąść i sami wymienić się doświadczeniami, uwagami, wypracować jakieś wspólne stanowisko. Słabe punkty, to niestety kasa. Konferencje i seminaria mają się dobrze, bo ściąga się na nie wielkie firmy, które reklamują się w trakcie. Jeśli główną osią mają być uczestnicy, to a nich spoczywa prawie jedyny ciężar finansowy wydarzenia. Do tego moderatorzy - najczęściej zajmują się organizacją, prowadzeniem antykonferencji za symboliczne pieniądze, albo i gorzej. W tym przypadku byli to pracownicy kilku ważnych na rynku firm, którzy robili to po części dla idei, a ich pracodawcy godzili się na to ze względów wizerunkowych. To wszystko sprawia, że antykonferencje wydarzają się rzadko - ta akurat raz na dwa lata.

Być może jest to kierunek, w jakim będą iść spotkania branżowe. Fajnie. Ciekawa jestem, czy w waszej pracy widzielibyście siebie na takim wydarzeniu, czy jednak lepsza jest tradycyjna konferencja?

niedziela, 13 maja 2018
Weekend w parku

Sobota była handlowa. Zrobiłyśmy z Wiertką dużą wycieczkę autobusem za miasto - by w Ikea kupić trochę pudełek do szafy. Okazało się, że ten wyjazd był pierwszym, kiedy moje dziecko nie chciało już iść na tamtejszy plac zabaw. Zazwyczaj wtedy ja siedzę sobie z kawą i książką. I tak wpuszczają ją już chyba przez przeoczenie, bo limit wzrostu to 140 cm, a ona go przekroczyła. Okazuje się też, że przekroczyła także emocjonalną granicę, bo ukochany plac zabaw przestał być interesujący. Ale nadal obie lubimy szwedzkie klopsiki w tamtejszej restauracji.

To nie koniec, bo głównym celem wycieczki był zakup hulajnogi. W ramach prezentu nie-komunijnego, mój tata podarował wnuczce pieniądze na rower. Taki średniej półki, kwota trzycyfrowa. Sporo czasu zastanawiałam się, jaki jej kupić, gdzie jej kupić. Nie jeżdżę, totalnie się nie znam. W dodatku, jak ją nauczyć jeździć, skoro sama nie potrafię. Efektem tych dylematów była rozmowa z Wiertką, która odrzekła, że woli hulajnogę. I tak pojechałyśmy do sklepu sportowego po hulajnogę - taką od 1,45 cm wzwyż, więc będzie służyć (oby) przez kilka lat. Od razu poprosiłam w sklepie o jej rozłożenie, bo przecież nie dałabym rady. Wiertka ze sklepu pomknęła jak strzała na swoim nowym pojeździe. A do przejścia, na pętlę autobusową, był spory kawałek.

Niedziela zaczęła się od badań społecznych. Niedawno, na lokalnej grupie fb, napisała studentka psychologii. Razem z innymi studentami z kilku krajów robi badania ośmiolatków nad procesem nauki sarkazmu i ironii :) Szukała chętnych rodziców. Zgłosiłam się. Nie byłam na tyle gościnna, by zaprosić ją do siebie, ale umówiłyśmy się w centrum handlowym, w niedzielę niehandlową - było więc cicho i spokojnie. Przy jednym stoliku Wiertka miała swoje pytania do scenek, a przy drugim, ja jako rodzic wypełniałam swoje kwestionariusze. Na przykład, też miałam scenki, gdzie trzeba było na końcu napisać, co dana osobie odpowie - wybadanie, jaki typ humoru preferuje rodzic i czy w ogóle go posiada. Badanie ma dobrą dotację, więc w podzięce dostałyśmy upominki - Wiertka naklejki i książkę, ja kupon do Empiku, też na książkę.

Z badań pojechałyśmy do parku. Wiertka wybrała taki w sąsiedniej dzielnicy, gdzie zawsze chodzi z tatą i rodzeństwem. Szalała oczywiście na hulajnodze przez cały dzień. W środku parku jest zbiornik wodny, na na nim wysepka (z małym dojściem). Siedziałyśmy tam na trawie, bawiłyśmy się najpierw w chowanego (po krzewach i krzakach). Potem było "Pytanie, czy wyzwanie". Moja córka miała początkowo dziwne pytania, bo o ile "czy jesteś w kimś zakochana?" jeszcze przeżyję, ale "ile razy się z kimś hajtałaś?" było trudne. Bo okazało się, że mojemu dziecku chodzi o seks. Odrzekłam, że takich tematów nie poruszamy. Podejrzewam, że Wiertka oczekuje, że będę mówić, że zakochana jestem w jej tacie i że tylko z nim się "hajtałam". Stanęło na "jakim drzewem jesteś?" i dalej w tym stylu. Wyzwania były gorsze, bo musiałam biegać dookoła wyspy, robić przysiady. Ja za to kazałam mojemu dziecku, w ramach wyzwania, robić działania matematyczne ;) Na koniec jeszcze robiłyśmy tańce na trawie. I tu już bałam się, że zbyt długo jesteśmy dziwne, bo w okolicy leżało na kocach sporo ludzi. Widocznie moje dziecko miało potrzebę kontaktu ze mną i wolało tak spędzić czas, niż na placu zabaw obok.

Lubię jadać na mieście, więc w drodze powrotnej wstąpiłyśmy do knajpki azjatyckiej, w której Wiertka bywa z tatą i że zacytuję mówi o niej, że "restauracja jest na wypasie". Mała zamówiła normalne danie, chrupiącego kurczaka i myślałam, że będę po niej dojadać. Nic mylnego. Zjadła wszystko co do ziarenka ryżu. Ja jej dużo i mnie takie danie nasyca. Znam dorosłych, którzy by mu nie dali rady. Wiertka wsunęła wszystko.

W drodze powrotnej jechała jeszcze na hulajnodze, a ja miałam ochotę zlegnąć już gdzieś. Nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii.

Okna w domu wyją o mycie i trzeba posadzić kwiatki na balkonie. Następny weekend będzie chyba domowy.

środa, 09 maja 2018
Dziecięco

W poniedziałek miałam spotkanie podsumowujące w poradni pedagogiczno-psychologicznej. I jednak byłam zawiedziona. Pani psycholog powiedziała tylko, że także uważa za zasadne dalsze diagnozowanie w kierunku zaburzeń rozwoju. Potwierdziła część obserwacji wychowawczyni. I tyle. Mam sobie iść dalej, do kolejnych placówek. Akurat wizytę mamy w następnym, tygodniu.

Tym razem padło na podejrzenie zaburzeń w spektrum autyzmu, bo Wiertka ma trudności w relacjach z rówieśnikami. Na szczęście dzieci ją lubią. Ale moje dziecko nie potrafi dobrze odczytywać sygnałów zwrotnych od innych osób, ich emocji. Zauważałam to, jednak kładłam na karb tego, że jest jedynaczką i w domu przebywa z dorosłym skupionym jakoś na niej. Ma niewiele możliwości ćwiczenia ról społecznych. Dlatego Wiertka jest mocno skupiona na sobie, potrafi gadać do kogoś i nie zauważać, że ta osoba nie jest zainteresowana tematem, albo sama chce coś powiedzieć, obrazić się na innych, bo nie chcą jej słuchać. 

Szczerze pisząc, to znam trochę takich dorosłych, ale nikt nie posądza ich zaburzenia. Są postrzegani jako radośni ekstrawertycy.

Z drugiej strony, ostatnio zadzwoniła do mnie sąsiadka, z której córką Wiertka chodzi do klasy. Dziewczynka zauważyła, że moja córka źle zachowuje się przy wychowawczyni. Gdy są lekcje z innymi nauczycielami, czy zastępstwo, to jest grzeczniejsza. To zapewne jakieś sprzężenie zwrotne.

Tagi: córka
19:40, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
niedziela, 06 maja 2018
Majówka

Tegoroczna majówka wyglądała jak szachownica - dwa dni wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dwa dni wolnego. Efekt był taki, że jakoś nie czuję, że miałam wolny czas i wypoczęłam. A nie wykluczone, że odpoczywałam w te dni, gdy byłam w pracy :D

Urlopu nie brałam, bo potrzebuję wolnych dni na wizyty lekarskie związane z Wiertką, na wakacje z nią i jak się pracuje w kilkuosobowym dziale, to też pewne rozplanowane urlopy już zastajesz. 

W poniedziałek szkoła Wiertki miała jeszcze planowe lekcje. W środę i piątek mogłam zostawić ją na dyżurze w świetlicy, ale moje dziecko strasznie nie miało na to ochoty. I ja ją rozumiem - zrywanie się z łóżka rankiem, przebywanie z dziećmi na które jest się skazanym. I to na przemian z wolnymi dniami. To nie jest wypoczynek. Zgodziłam się by została w domu. Ja pracowałam od 8:00, a ona budziła się przed... 11:00. Dlatego nie była sama aż tak wielki kawał dnia. A zauważyłam, że im staje się starsza, to Wiertka robi się coraz większą domatorką. Ładuje baterie siedząc w domu, a nie podróżując i oglądając piękne widoki.

1-go maja pojechałyśmy do mojego brata i taty na grilla. Dzień spędziłyśmy w ogrodzie, pod drzewami, gdzie miałam krótkotrwały kontakt z siłami przyrody pod postacią meszki, która ukąsiła mnie w stopę. Potem przez kilka dni miałam bolącą, czerwoną, spuchnięta stopę. Nie jest źle. Jak tam mieszkałam, to co co roku o tej porze obie miałam popuchniętę od podgryzień niczym kończyny Gieni Smoliwąs w ostatnich odcinkach "Ballady o Januszku".

W czwartek, zrobiła się śmiertelnie poważnie upalna pogoda, a ja nie mogę wytrzymać by nie wykorzystać takiej okazji. Niczym człowiek północy, który myśli, że to tylko jednodniowa pomyłka i zaraz znowu będzie marne 20 stopni na plusie :) Zabrała Wiertkę do ZOO. Była średnio zachwycona wyjściem z domu, bo ona do słońca i upału ma stosunek wręcz przeciwny. Okazało się, że cała Warszawa wyległa na ulice, parki jak te biedne ćmy. Kolejki do kasy były takie, że chciałam już zrezygnować. Zauważyłam jednak, że do automatu z biletami jest krótsza. Zaledwie dziesięć minut stałyśmy. W automacie można kupić tylko zwyczajne bilety - normalny i ulgowy. Żadnych z Kartą Warszawiaka, grupowych, rodzinnych i chyba to jedynie tłumaczy fakt, że reszta ludzi wolała stać w kolejce kilka razy dłużej. Gdyby ktoś myślał, że mamy upał, to zapraszam do pawilonu z gadami lub bezkręgowcami. Tam było jeszcze cieplej, w dodatku panowała inna wilgotność powietrza. Ja dałam radę, ale jedna matka weszła i po sekundzie cofnęła się mówiąc, że nie daje rady. W ZOO byłyśmy kilka godzin i jak wróciłam do domu, bo nie wiedziałam, gdzie złożyć resztki nóg.

Zaś wczoraj, w sobotę, znowu zaliczyłyśmy święty rytuał grilla :) Byłam na imieninach mojej przyjaciółki :) Znowu dzień na słoneczku, w ogrodzie, na leżaku.

Dziś, obie z Wiertką, kanapujemy jak stare koty. 

Jednak brakuje mi tak dwóch dni spędzonych w domu, w samotności, tylko sama ze sobą.

To być może kwestia emocjonalnego podejścia do obu lat, ale mam wrażenie, że w poprzednim roku wiosna i lata były pochmurne, chłodne. W tym roku wszystko jest zalane słońcem.

czwartek, 03 maja 2018
To ja jestem drogą, cz. 2

Odnalazłam drugie zdjęcie z motywem drogi. Autorstwa Erica Johanssona. Równie ciekawe :)

I wszystkie jego zdjęcia są przepiękne :)

 

Tagi: życie
18:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi