To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 26 października 2017
Potyczki z transportem

Zastanawiałam się, czy opisywać, ale po jakimś czasie trochę ochłonęłam. Bo jednak wstyd mi było.

Miesiąc temu, czekałam na wypłatę i liczyłam każdy grosz. Skończyła mi się tydzień wcześniej ważność Karty Miejskiej. Wiedziałam, że jak załaduję ją ponownie, to nie starczy mi na jedzenie. Postanowiłam kasować bilety za pojedyncze przejazdy.

Nie udało mi się jednak spiąć ze wszystkim do końca, bo w dniu, w którym miałam dostać przelew z wypłatą został mi tylko jeden bilet i niecała złotówka w portfelu. Ten bilet wykorzystałam rano, jadąc do pracy. W ciągu dnia dostałam wypłatę na konto. Miałam więc pieniądze.

Kłopot w tym, że ani w okolicy stacji kolejowej, na której wsiadam, ani w okolicy dwóch następnych nie ma ani kiosku, ani automatu z biletami. Pamiętam, że były jakieś w pociągach. Było ciasno, nie można się było ruszyć. Gdy dopchałam się wreszcie do automatu, okazało się, że... działa tylko na monety (stolica kraju, brawo). Miałam pieniądze, ale nie w portfelu. Nie mogłam kupić biletu. I właśnie w tej chwili kontrolerzy zaczęli sprawdzać pasażerów.

Byłam zdenerwowana, wściekła, zła. Cholera, chcę nabić Kartę Miejską, ale nie mogę :( Panowie oczywiście nie chcieli słuchać moich wyjaśnień. Zapewne nie takie dziwne historie słyszeli - o kosmitach porywających bilety wprost z ręki człowieka. Nawet gdybym im dostała ataku padaczki w tym pociągu, to by się nie wzruszyli. Na moje tłumaczenia, że nie było nigdzie możliwości zakupu biletu (na prawdę, nigdzie kiosku?), stwierdzili, że powinnam była wysiąść na pierwszej możliwej stacji, na której taki biletomat może być. A to była stacja, na której oni wsiedli. Brzmiało logicznie. Gdybym próbowała reklamować karę w Biurze Obsługi Klienta, zapewne powiedzieliby to samo widząc nazwę stacji na której wsiedli kontrolerzy.

Na koniec jeszcze:

- Czy chce pani zapłacić karę kartą, od razu? - zapytał się kontroler.

- Pan żartuje!!! Nie mogę zapłacić kartą za Kartę Miejską, ale mogę zapłacić karę?!

Potem przeprosiłam go, bo w końcu wykonuje swoją pracę i żyje z prowizji.

W domu, roztrzęsiona, zapłakana, załamana (bo to dodatkowa kasa w plecy, poczucie wstydu i bezsilność, bo chciałam jechać legalnie, a nie mogłam) zrobiłam przelew - niższy kwotowo, bo zapłacony wcześniej. Zauważyłam jednak, że w tym stresie, w tytule przelewu wpisałam tylko swoje imię i nazwisko, a na paragonie wydrukowanym przez kontrolerów doczytałam się, że ma być też wpisany jego numer. Wysłałam więc mailowo potwierdzenie przelewu.

To nie koniec historii. Po pewnym czasie sprawdziłam skrzynkę pocztową. Dostałam informację, że powinnam była zapłacić 190,60 zł, ale zapłaciłam 190,00. W związku z tym, że w stosownym terminie nie wpłynęła odpowiednia kwota, do zapłaty jest cała kara... Wkurwiłam się. Ze stresu pomyliłam 6 z 0, przelałam im 60 groszy za mało i teraz mam dopłacić resztę? Oczywiście, z mailem poczekali aż minie możliwy termin wcześniejszej dopłaty.

Napisałam do BOKu maila wyjaśniającego, tłumaczyłam się, że to niedopatrzenie, a nie celowa próba oszustwa. Tak, chciałam naciągnąć transport na 60 groszy - taki ze mnie cwaniak. Poprosiłam o kontakt, gdzie mogłabym napisać reklamację, prośbę u uwzględnienie tej wpłaty (złotówkę im zaraz przelałam). W odpowiedzi dostałam maila z szablonu z informacją, że zostają naliczane karne odsetki. Złe się we mnie obudziło.

Jutro spróbuję porozmawiać z żywym człowiekiem w BOK, niż z botem mailowo (przepraszam koleżanki pracujące w BOKach).

Tagi: życie
12:36, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 października 2017
Raport pracowniczy

Chodzę do pracy, choć jest to jak trwanie w związku z kimś, kto ma cię głęboko gdzieś, ale kredyt hipoteczny, czy przekonania religijne nie pozwalają na wyprowadzkę. Albo mam po prostu niezdrowe poczucie obowiązku mówiące, że powinnam pewne rzeczy zakończyć, poskładać, ułożyć. Bo gdyby jutro przejechał mnie samochód, to byłaby jatka – pewne rzeczy tylko ja ogarniam. Mam też nawyk, może frajerski, by w życiu zawodowym nie palić za sobą mostów, ani nie wykonywać dramatycznych gestów. Już osobiście przekonałam się, że dawni przełożeni potrafią się pokazać, gdy aplikujesz do nowego miejsca. I w drugą stronę – ja cierpliwie czekam, by odegrać się na takim, który nie fair się zachował wobec mnie. A pamięć mam jak słoń. Miałam sytuację, gdy mogłam się zrewanżować.

 

Oprócz tego pracuję z miłymi ludźmi i przebywanie w ich towarzystwie nie stanowi źródła stresu. Bo czasami też tak bywa, że musisz trwać w miejscu pracy, na wypowiedzeniu, a otoczenie też jest średnio przychylne.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jeszcze nigdy nie brałam zwolnienia lekarskiego nie będąc chorą, by coś odwlec w pracy, nie pojawiać się w niej. Nie mam pojęcia, jak na taki temat rozmawiać z lekarzem i chyba ciężko by mi to przez gardło przeszło. Z pediatrą mam częstszy kontakt, bardziej luźniejszy i ona zapewne by mi pomogła. Tylko co – ja na zwolnieniu lekarskim, a dziecko w szkole na lekcjach? Mam ją zostawiać w domu? I jaki przykład daję córce, gdy w jej obecności negocjuję z lekarzem lewe zwolnienie.

Na razie pracuję, zbieram informacje. Może jakaś zaprocentuje. Lepiej nie zapeszać.

Ten wpis chyba powinnam do listu motywacyjnego dołączać ;)

 

Tagi: praca życie
15:09, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
piątek, 20 października 2017
Listy miłosne

Jeszcze poświęcę trochę wpisów na raportowanie mojej aktualnej sytuacji. Dziś jakoś nie czuję tego tematu.

 

Jest za to kontynuacja historii z listami miłosnymi mojej córki. Ostatnio mi mówiła, że chce napisać listy miłosne do dwóch kolegów z klasy, bo bardzo jej się podobają. Wypytałam, którzy to i uznałam, że na razie nie pociągają ją „łobuzy, co kochają najbardziej”. A wręcz przeciwnie. Uznałam, że nie będę protestować. Wzięła koperty i kartki z papeterii. Listy były anonimowe.

I wczoraj, przygotowując kolację w kuchni, dopytałam się:

- Zostawiłaś chłopcom te listy?

- Tak. – odpowiedziała.

- Ale będą zaskoczeni, kiedy je znajdą. – stwierdziłam

- Już znaleźli. – powiedziała cicho Wiertka znikając w pokoju

Zapaliła mi się lampka w głowie. Moja rozgadana córka nie przybiegła do mnie opowiadać, referować przebieg wydarzeń. Coś się stało. Zawołałam ją z powrotem i spokojnie, delikatnie, ukucnąwszy przed nią, wypytałam.

Okazało się, że chłopcy oddali listy pani wychowawczyni. Wychowawczyni przeczytała je, ale nie powiedziała nic, tylko schowała. Chłopcy też nic nie powiedzieli. Pani nie była ani rozbawiona, ani rozgniewana, tylko obojętna. Wiertka mówiąc o tym, była odrobinę spłoszona i zgaszona. Myślała, że chłopcy zareagują inaczej.

- Będzie jak zwykle. – podsumowała mała.

Szkoda mi mojej córeczki. Jej pierwszy zawód miłosny, gdy myślisz, że wystarczy się otworzyć i będzie jak w serialach dla nastolatków na Nickelodeon. Podejrzewam, że to jej pierwsze odczucie bycia odrzuconą. Nowe uczucie, niefajne, smutne. A potem nigdy już nie bywa jak zwykle. Cieszę się, że nie skończyło się jakimś publicznym odczytywaniem i wyśmiewaniem ze strony kolegów. Tego wieczoru już nie rozmawiała z nią o tym, ale powinnam chyba jeszcze ją pocieszyć.

Mam nadzieję, że wychowawczyni nie zrobi nam jakiejś pogadanki. Listy były anonimowe, ale podejrzewam, że charakter pisma mojej córki rozpozna każdy w klasie.

 

Tagi: córka
15:46, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 października 2017
Weekend

Poprzedni weekend Wiertka została ze mną, została zamieniona ich kolejność. Wolałam wtedy zostać sama. Jednak dobrze się stało. Wiedząc, że czeka mnie w poniedziałek ważna rozmowa w sprawie mojej przyszłości, nie potrafiłabym się oderwać od myśli o pracy, w nieskończoność bym rozważała różne hipotezy, wyjścia z sytuacji. A tak, z Wiertką nawet gdy jest cicho, to jest głośno. Ten harmider zagłuszył moje myśli, oderwał je od pracowniczego tematu.

W ten weekend było inaczej. Już naprawdę potrzebowałam ciszy, samotności, oddechu. Pięć dni w pracy przeżyłam ze ściskiem w klatce piersiowej, subiektywnym uczuciem podwyższonego ciśnienia i tachykardii (nic sobie nie mierzyłam). Może powody były niewspółmierne, ale być może przejmuje się nadmiernie różnymi sytuacjami. 

Dwa dni leżenia, czytania i oglądania powtórek seriali. Dwa dni bez uśmiechu, entuzjazmu i całej tej maski, którą naciąga się na twarz idąc do ludzi, przed własnym dzieckiem.

Ludzie mają różne strategie redukowania poziomu stresu, wynikające z ich temperamentu i charakteru. Jedni biegają, inni rzucają się w jeszcze więcej pracy, kolejni sprzątają. Ja śpię i leżę. I wydaje mi się, że mój sposób jest najmniej społecznie akceptowany. Bo należy coś robić, ogarnąć się, wziąć w garść. A nie takie lenistwo i rozmemłanie.

A przecież, w przypadkach bardzo groźnych wypadków, uszkodzeń głowy, głębokich oparzeń wprowadza się ludzi w śpiączkę farmakologiczną. Podaje leki i pozwala by organizm sam powoli się regenerował. Nie atakuje się go większą ilością bodźców. Redukuje się te bodźce do absolutnego minimum. Dlaczego analogiczna metoda, w ogromnej mikroskali, nie znajduje zrozumienia jeśli chodzi o emocje i psychikę? Czasami życiowe porażki trzeba przespać.

Odetchnęłam, wypoczęłam. Jestem już spokojniejsza, nie muszę palić papierosa, a środek na uspokojenie nie przestaje działać po godzinie, bo nie muszę go brać.

Swoje dokłada pogoda w tym roku. Dla mnie przedwiośnie zamieniło się w późną jesień. Rok bez słońca. Jak rośliny, fotosyntezuję ze światła słonecznego. A jego nie było. Jeszcze skończy się tak, że pójdę na solarium :)

17:03, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 października 2017
Zakręt

Z przyczyn wielorakich – a to jakieś niedopatrzenie na wiosnę, a to restrukturyzacje, a to roszady, a to celowe wprowadzenie mnie w błąd – umowę o pracę mam tylko do końca roku. Miałam być poinformowana o tym już w lipcu, ale osoby którą mogłabym za to skopać już nie ma. Może i tak dobrze, że mam przed sobą dwa i pół miesiąca na ogarnięcie. Ostatni tydzień to silny stres i jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wygląda atak apopleksji, czy wylew.  Ze złości.

Może się okazać, że będę mało pisać. Bo przetrawiam sytuację.

 

Myślę, że gdyby moje życie miało być serialem, to wywalili by scenarzystę za zbytnie nagromadzenie wątków na jednego bohatera. Bo to niemożliwe.

 

Tagi: praca życie
16:16, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 października 2017
Celebrytka

Wiertka pokazała mi list, jaki sama do siebie napisała. List jest od zakochanego w niej chłopaka. Pochwaliła się koleżankom w klasie by wzbudzić w nich zazdrość i zażartować. Na szczęście jednej już powiedziała prawdę. Boję się, że mi dziecko wpadnie w mitomanię. Podsumowałam żartobliwie:

- Lubisz śpiewać, tańczyć, bawić ludzi i wymyślać bzdury na własny temat. Jesteś jak celebrytka.

20:41, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 października 2017
Dziecko, a ortodonta

Będzie wpis z całej serii pod hasłem „Z dzieckiem u lekarza”. Ten sponsoruje ortodonta. A tak naprawdę, to pieczę finansową trzyma Narodowy Fundusz Zdrowia oraz moje ubezpieczenie medyczne, bo wydeptałam ścieżkę do państwowego specjalisty. Mimo moich obaw, terminy nie były mordercze – w marcu dostałam dla dziecka termin na koniec czerwca. Wiertka była wtedy u pani doktor ze swoim tatą. Miała obejrzane uzębienie i zapisany aparat – terminy zdjęcia miary, przymiarek na wrzesień i teraz odbiór aparatu na początku października. Na dwóch ostatnich wizytach byłam z córką ja.

 

Bałam się, że będą kłopoty z noszeniem aparatu. Wiertka na wspomnienie o nim od razu robiła się smutna i zaczynała się bać, że dzieci będą się z niej śmiać. A ja się obawiałam, że jak uprze się, że nie będzie go nosić, to nic jej nie zmusi. Bo jak – wcisnę jej na siłę i zaceruję usta? Strzeliłam jej nawet pouczającą mowę o tym, jak to ja bym z chęcią nosiła aparat, bo krzywe zęby niszczą mi zdrowie, ale nie mamy tyle pieniędzy.

- Chcę żebyś miała lepsze życie niż ja, żebyś była zdrowsza i ładniejsza.

- Ty jesteś ładna, mamo.

Miło słyszeć takie rzeczy :)

Obawy okazały się na wyrost. Wiertka już schodząc z fotela dentystycznego była podekscytowana, co chwila przymierzała aparat, kupiłyśmy po drodze pudełeczko do jego przechowywania. Od razu chciała iść w nim do szkoły, ale i wychowawczyni, i ja odwiodłyśmy ją od tego pomysłu. W szatni skupiła na sobie uwagę innych dzieci i robiła zamieszanie.

I to był dobry pomysł. Zamierzenie jest takie, że Mała ma poprzymierzać sobie aparat, trochę pochodzić w domu, potem wydłużyć to na czas snu. Aparat wkłada z entuzjazmem i cieszy się z niego. Tylko, że jest dziwnie. Na razie mówi w nim tak niewyraźnie, że z trudem lub w ogóle jej nie rozumiem. Tak nie można jej wypuścić do szkoły, bo będzie z tego tylko przedstawienie i znowu nauczyciele się zapienią. Ciężko jej przełykać ślinę, próbowała z nim pić wodę. Liczę, że z biegiem dni, będzie nosić go coraz dłużej i coraz sprawniej. Wczoraj Wiertka była z tatą i on jest zaniepokojony, że ten aparat jest tak jakby za luźny w szczęce – nie wygląda to, jak z tymi dla dorosłych, gdzie mocno oplata szczękę. Za kilka tygodni mamy wizytę kontrolną, więc dopytam o kilka rzeczy.

 

Tagi: córka lekarz
15:13, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 04 października 2017
Imprezy taty

Dorzucę dziś jedną historyjkę o moim niezwykle towarzyskim tacie :)

 

Razu pewnego byłam z dzieckiem na rodzinnym obiedzie u mojego ojca. Zwierzył mi się, że dostał zaproszenie od swojej siostry stryjecznej na rodzinny zjazd. Dodam, że kuzynka choć nie najbliższa rodzina, to z moim tatą przyjaźnili się od młodości, razem chodzili na prywatki, teraz dzwonią do siebie. Nie jest to więc kwestia wody po kisielu.

Dygresja. Przez sekundę przemknęło mi przez głowę, że jeśli to jakiś zjazd rodzinny, to czemu ja nie jadę? Teraz jednak myślę, że nawet jeśli zaproszeni byliśmy wszyscy, to mój brat od razu zaprotestował, a mnie tata nic nie powiedział, z obawy, że będę chciała pojechać.

Tata marudził nad tym zaproszeniem. Bo to będzie na działce, daleko za miastem, tylko samochodem można tam dojechać, PKSy są rzadko. Doradziłam, że ktoś może go z rodziny podwieźć. Bo to nie wiadomo, czy będzie można nocować, tam pewnie miejsca dla wszystkich nie ma. Tak padły jeszcze ze dwie kwestie, na które chciałam coś poradzić. Aż w końcu, chyba po prawie godzinie rozmowy, mnie olśniło:

- Ej, powiedz mi po prostu, że nie masz kompletnie ochoty jechać.

Przyznał mi rację i cała rozmowa od razu była inna. Skoro nie chce, to niech nie jedzie :)

 

15:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2017
Weselnie

W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej.

 

Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie za możliwe małe kwoty. Za to rok temu pieniądze bym miała, ale stres w pracy we wrześniu był taki, że nie byłabym w stanie się na tym przyjęciu bawić. Jest jak jest. Na szczęście, nie mam ciśnienia na bale i szykowanie się jak dama J Rozesłałam wici, spotkałam się z kilkoma dobrymi duszami i sukienka została mi pożyczona. Są na świecie kobiety z podobną budową ciała J Umalowałam się sama. Nie jest to szczyt finezji, ale na zdjęciach jestem ładna J Wizażystka, manikiurzystka, kosmetyczna odpadły. Niestety, musiałam iść do fryzjera, ale nie po to by zrobić sobie loki, czy stelaż z włosów niczym Maria Antonina. Z pewnym przyczyn zdrowotnych mam bardzo zniszczone włosy, które wychodzą garściami. Musiałam je podciąć. Zrobiłam to najtaniej jak można. Było mi przykro, że muszę rozważać, jaką kwotę chciałabym dać na prezent dla młodych (mieszkają ze sobą od lat, więc to najbardziej im się przyda) – wypadkowa pomiędzy tym, ile wypada, a ile na serio mogę dać, by mieć co zjeść w tym miesiącu, a tym by nie okazać się skąpą. Wiem, że takie kwoty można sobie odkładać przez kilka miesięcy, ale najpierw nie miałam pracy, a potem zawsze coś ważnego wypadało. W każdym razie, przetrwam J

Uroczystość była skromna. Zaproszona była najbliższa rodzina i trochę przyjaciół. Część nie mogła się, z różnych przyczyn, pojawić, a nawet najbliższą rodzinę mamy sporą. Moi dziadkowie mają dziesięcioro wnuków i wszyscy mamy ze sobą na tyle bliskie kontakty, że wypada się zaprosić na takie wydarzenie. Inna sprawa, czy ktoś przyjedzie. Gości było około pięćdziesięcioro, więc w kategoriach wesele było kameralnie, w – niektórych rodzinach – w kategoriach chrzciny, czy komunia to standardowa ilość gości J Było kameralnie, ale bardzo fajnie. Zamiast zespołu, był DJ puszczający muzykę i animujący zabawę. Dla mnie super, bo zespołów jakoś nie mogę znieść. Pewnym minusem, przy takiej liczbie bawiących się jest to, że jeśli część wyjdzie wcześniej do domu, to widać te braki na sali. Mój tata, ojciec chrzestny panny młodej, pasjonat spędzania samotnych godzin w swojej ciemnej jaskini, takie imprezy przeżywa traumatycznie. Wytrzymał do 20:00, pierwszych tańców i mój brat odwiózł go do domu.

Bawiła się też piątka dzieciaków – prawnuków mojego dziadka i babci. I to szalały na całego. Wynajęto animatorkę, która w holu, na kanapach miała prowadzić dla nich zajęcia – malowanie, czy coś tam jeszcze. Młodziutka dziewczyna, którą chyba to przerosło. Bo piątka dzieciarni w wieku od ośmiu do trzech lat, jak poczuła atmosferę weselną, to zaczęli odlatywać. Biegali po sali, po parkiecie, potem zaczęli się chować pod stołami. Chyba dopiero koło północy się trochę uspokoili i dali namówić na układanie klocków. Wiertka wreszcie nie zaznała głodu i jadła spore ilości jedzenia, deserów, piła napoje z kieliszka do wina (chciałam jej zabronić, ale jej kuzyn też pił podobnie). Już od rana była podekscytowana, nie mogła się doczekać przyjęcia i powiedziała, że to była najpiękniejsza sobota jej życia J

Jadłam, piłam, tańczyłam. Wszystko na szpilkach, w których chodzę raz do roku. Dlatego miałam też balerinki na zmianę. O dziwo, stopy protestowały tylko przez pierwsze dwie godziny, a potem weszły z butami w coś w stylu syndromu sztokholmskiego. Obuwie zmieniła dopiero po północy. Przed 1:00 nawet Wiertka zaczęła przejawiać objawy zmęczenia. Wróciłyśmy do domu taksówką i padłyśmy od razu po powrocie.

Z mojego bardzo skromnego doświadczenia weselnego (chodzę na uroczystości rodziny i bliskich przyjaciół), im skromniejsze wesele, mniejsze wodotryski, tym lepsza zabawa J

W niedzielę, z Wiertką, pojechałyśmy na obiad z moimi twórczymi pisarsko-malarsko koleżankami. Towarzyskie spotkanko J A wieczorem znowu padłam J

 

 

czwartek, 28 września 2017
Wychowawczo, cz. 2

Nie chciałam robić poprzedniego wpisu zbyt rozwlekłego. A teraz mogę napisać, co konkretnie czasami wydarza się w szkole i co moje dziecko ma do wyjaśnienia na dany temat. Zdarza się, że Wiertka mówi po prostu „nie wiem”. Dlaczego to zrobiła, dlaczego tak się zachowała? Nie wiem. Po prostu to zrobiła.

 

Chodziła pod ławkami – bo koleżanka ją zawołała, więc poszła do niej. Czy koleżanka dostała uwagę? Jasne, że nie. Tłumaczę, że to pani decyduje, co się na lekcji robi, nie koleżanka.

Rozbiera się na lekcji – bo było jej gorąco. Znowu tłumaczę, że takie rzeczy robi się w łazience, na przerwie. Dla niej przerwa będzie za wieki czasów.

Dzieci miały narysować deszczową pogodę, a ona narysowała kolorowy obrazek. To była deszczowa pogoda, tyle że kolorowa. Jej deszcz był kolorowy. Przypominam sobie, że wychodząc tego dnia do szkoły, wiedząc, że będą mieli plastykę, Wiertka powiedziała, że chce malować kolorowe obrazy.

Na lekcji, robi z ćwiczeń zadania do przodu, tak że potem nie można się połapać, co było na lekcji, co jest zadane. A czasem nie robi nic. Bo chce mieć ćwiczenia z głowy i móc zająć się rysowaniem komiksu. Albo gazetki. Albo kroniki szkolnej. Pokazywała mi swoje prace w domu.

Rozśmiesza dzieci, popisuje się, skupia na sobie uwagę. Na przykład ma przenieść coś ze stoliczka pod oknem do swojej ławki i niesie to w zębach. Pani tłumaczy coś dzieciom, stojąc przy drugiej ławce, a siedząca za nią Wiertka też wstaje i imituje jej ruchy, słowa. Bo ona lubi rozśmieszać ludzi, chciałaby być klaunem, jak dorośnie. A pani nie przedrzeźniała, tylko chciała być taka jak ona.

I tak bez końca. Wygląda to tak, jakby – jeśli chodzi o zachowanie i dobre maniery – moje dziecko było pozbawione pamięci długotrwałej. Niczym rybka Dori. Jest pomysł – jest natychmiastowe wykonanie. Wychowawczyni oczekuje, że po dwóch latach szkolnej socjalizacji, dziecku wreszcie te normy utrwali. A tu nic.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
Tagi