To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 30 stycznia 2018
Magiczna psychologia

Niedziela nie była tylko poświęcona roztrząsaniom :) Przeszłam się także do SWPS na fajny wykład, spotkanie pod hasłem "Dlaczego psychologia bywa magiczna?".

Pomysł by połączyć w jednym pokazie opowieści o psychologii i sztuczki magiczne był strzałem w dziesiątkę. Bo wiodącym tematem spotkania było, jak nie dać się zwieść fake newsom w internecie i krytycznie podchodzić do wszelki informacji. Powinni jeździć z tym po szkołach :) Może młodzież, zainteresowana sztuczkami karcianymi, także nabierze trochę dystansu do tego, co czyta. A może młodzież - wychowana od zawsze w zalewie wiadomości - już ten rys ma. Tylko nasze pokolenia ciągle jeszcze mają złudną nadzieję, że wolne media, to szczere media. Dwaj bardzo młodzi pracownicy naukowi, pasjonaci sztuczek magicznych na zmianę opowiadali o jakimś wycinku związanym z badaniem informacji, to pokazywali - z udziałem publiczności - sztuczki karciane.

Dla mnie to była także sentymentalna podróż w świat dwie dekady wcześniejszy, gdy chodziłam na wykłady z metodologii badań socjologicznych. Bo większość informacji merytorycznych była mi znana.

Z ciekawszych rzeczy, które zapamiętałam, oparte na wynikach badań:

* jeśli jakaś teoria jest nam bliska, to poświęcamy o wiele mniej czasu, by wyszukać materiały naukowe do jej potwierdzenia, ale szybko je przyswajamy jako swoje; za to gdy nie zgadzamy się z pewnym twierdzeniem, spędzamy dużo czasu na odnalezienie tekstów, które miałyby ją uwiarygodnić, a i tak ledwo przyjmujemy ich prawdę

* im większa wizualizacja, im bardziej odbiegająca od aktualnego stanu wizja celu do którego dążymy, tym... mniejszy efekt :)

* okazało się, że jeśli chodzi o kłamstwo, to - zaskoczenie ;) - wszyscy kłamią; nie ma większej różnicy pomiędzy płciami; różnica jest w motywach - kobiety częściej kłamią altruistycznie ("dobrze wyglądasz"), a mężczyźni by się usprawiedliwić ("musiałem dłużej zostać w pracy"); dla mnie osobistym zaskoczeniem, była informacja, że wykonywany zawód nie ma wpływu na lepsze wykrywanie bycia okłamywanym; policjanci, nauczyciele mieli te same wyniki, co inne zawody;

W związku z ostatnią opowieścią, jeden z prowadzących przeprowadził sztuczkę. Osoba z sali miała wybrać kartę i zapamiętać, a on pytał ją wymieniając po kolei różne z nich. Jednak najpierw poprosił by powiedziała szczerze jak ma na imię, a potem skłamała. W kolejnej sztuczce, drugi z prowadzących robił to samo, ale korzystając dla odmiany nie z mimikry twarzy, ale z tembru głosu. Choć nie wykluczone, że o tak sztuczka była ustawiona.

Początkowo myślałam, że może na sali są ukryci asystenci prowadzących. Jednak sztuczek było tyle, że wykorzystano prawie połowę sali. W dodatku, w jednej z nich, wziął udział kolega, z którym przyszłam. Miał z listy w notatniku wybrać napój. Wybrał Mirindę. Okazało się, że napój stoi w torebce na ławce. Z drobna pomyłką - w torebce znalazła się puszka Pepsi. Jednak po otwarciu, ze środka wylała się do kubka Mirinda. Widziałam puszkę, była kilkanaście centymetrów od mojej głowy - była fabrycznie zamknięta, otwierając słychać było charakterystyczny dźwięk. Napój spróbowała osoba obok - był pomarańczowy. Na pewno sztuczka ma swoje logiczne wyjaśnienie, ale ja jestem typem człowieka, który lubi przyjmować takie rzeczy, nie odczuwam potrzeby dokopywania się do tego, jak zostały zrobione. Magia, to magia :)

niedziela, 28 stycznia 2018
Przed szkolnie

Jutro zaczyna się drugi semestr, koniec ferii. Paradoksalnie, w naszym domu to ja jestem napięta i zestresowana. Od piątku nie mogę się uwolnić od myśli o tym, że dziecko pójdzie do szkoły i zacznie się nowa fala zarzutów, wyrzutów, obwiniania mnie, sytuacji w domu, gadania, narzekania, połajania, ustawiania do porządku. Niedobrze się, kurwa, robi.

Dobrze, że tylko ja tak mam, a dziecko jest w dobrym nastroju.

18:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

czwartek, 18 stycznia 2018
Śnieżna kolysanka

Wyglądam przez okno. Sypie śniegiem. Bardziej niż w poprzednie dni. Wszystko spowite jest białym puchem, rozbłyskującym w świetle latarni. Mam ochotę wyjść i sama się nim obsypać. Być jak te drzewa i samochody.

Pamiętam jak dwa lata temu i rok temu patrzyłam na tak samo padający śnieg. Wprawiał mnie wtedy w niepokój. Jakby zamiast krwi ktoś wpuścił w mój krwiobieg rtęć. Oprócz tego byłam przeziębiona. Czaszka pulsowała rtęcią.

Kolejny dzień lukrowania rzeczywistości.

Śnieg jest jak cukier puder ;)

20:51, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 17 stycznia 2018
Pracowniczo

Pierwsze dni nowego roku przyniosły także odwilż w kwestiach szukania pracy. Przedtem martwiłam się, że wysyłam sporo aplikacji, ale nikt nie oddzwania. Jakaś frustrująca blokada. Martwiłam się już, że ta blokadą jest mój wiek, który - średnio ogarnięty rekruter - wyliczy sobie z doświadczenia zawodowego. Może uważa się, że po 40 stce albo jesteś wąskim specjalistą, albo grzejesz kierowniczy stołek, albo macasz owce w Bieszczadach w ramach wypalenia zawodowego. Aplikuję na stanowiska, na które nadają się do pracy i dwudziestki, i trzydziestki. Dlatego one mają większe szanse. A za kilka lat będzie jeszcze trudniej. 

Jednak coś zaczęło się zmieniać. W piątek miałam rozmowę, we wtorek (tu ktoś podrzucił moje CV), na czwartek szykuje się kolejne spotkanie, następne w przyszłym tygodniu.  W międzyczasie jedna firma przeprowadziła pierwszy etap rekrutacji przez telefon - mają oddzwonić z odpowiedzią, czy zaproszą na kolejny, ale podejrzewam, że tego nie zrobią.

Inna firma przysłała, też w ramach pierwszego sita, link do testu. To jest ciekawa zmiana na rynku. Zamiast zapraszać ludzi do siedziby i zabierać im dwadzieścia minut życia (plus dojazdy), robią to zdalnie. W link można było wejść tylko raz, potem był blokowany. A po wejściu w niego na wypełnienie testu było dwadzieścia minut, potem był zamykany. Aktywny był tylko przez czterdzieści osiem godzin. W opisie zaznaczono, że został tak wycyrkulowany czasowo, by nie można było szukać odpowiedzi w internecie. Było tam trochę pytań ogólnych o oprogramowanie biurowe, zadań z Excela i z języka angielskiego. Zaznaczone było, że sprawdzona zostanie też umiejętność napisania tekstu po angielsku. Dlatego człowiek robił ten test, obawiając się, że nie zdąży ze wszystkim, bo w końcu napisanie czegoś w obcym języku kilka minut zajmie. A na koniec, okazało się, że ów tekst, to było kilka banalnie prostych zdań po polsku, które trzeba było przetłumaczyć. Test zrobiłam w kilkanaście minut. Gdybym wiedziała, to bym jednak poszukała niektórych rozwiązań z necie ;) 

Co do dotychczasowych spotkań, to oba były w tej samej okolicy, prawie dwadzieścia minut tramwajem ode mnie. Zagłębie logistyczne na obrzeżach miasta, więc sporą część chętnych odstrasza odległość. Przed piątkowym spotkaniem przejrzałam stronę firmy, ale też trafiłam na znany mi już portal z opiniami o pracodawcach. I dobrych opinii nie było. Płacą na czas, socjal jest, ale ludzie narzekali strasznie na atmosferę w pracy i nawał obowiązków. Jednak samo spotkanie wspominam miło. Zobaczymy. 

Jak na razie, pierwsze 16 dni 2018 roku mogę uznać za dobre :)

Tagi: praca
11:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2018
Dworce, których nie ma, czyli Weekend NieMatki cz. 2

Teraz czas na refleksje po wczorajszym spacerze miejskim. Zapobiegawczo, ubrałam się ciepło, choć czułam się idiotycznie. Nie lubię mieć na sobie wielu warstw. Okazało się, że i to jest za mało. Po godzinie, w połowie spaceru, wymiękłam, ale akurat weszliśmy pod dach Dworca Wschodniego i namagazynowałam ciepła. Zapamiętam jednak moje wcześniejsze stwierdzenie, że zimowymi spacerami piekło jest wybrukowane. Szybko się na kolejny, w tej temperaturze, nie zdecyduję. 

Tematem przewodnim spaceru był Dworzec Terespolski, poprzednik dzisiejszego Dworca Wschodniego. Widziałam go na zdjęciach - piękny, klasyczny, dostojny, elegancki. Dziś został z niego jeden zabrudzony, zniszczony kawałek budynku, w którym mieści się skup złomu. Brawo PKP. Chylę czoła.

Spotkanie i opowieść przewodnik rozpoczął od pokazania nam na mapach, jakie były plany związane z linią średnicową. Pod koniec XIX wieku, na prawym brzegu bieg torów kończył się na dwóch dworcach - Terespolskim i Petersburskim. W dodatku były to tory o rozstawie rosyjskim. Na lewym brzegu linia kolejowa, o torach europejskich, urywała się na Dworcu Wiedeńskim. Wisła była symboliczną granicą pomiędzy Azją a Europą ;) Dodam tylko, że była linia kolejowa obwodnicowa, okrążające Warszawę - jej pozostałości to tory idące od Dworca Gdańskiego. Wtedy to było okrążenie miasta :) Już wtedy planowano, że dworce trzeba mostem połączyć. I jakoś poprowadzić w tkance miejskiej. Jeden z projektów planował poprowadzenie torów Saską Kępą i potem wzdłuż Wisły. Po I wojnie światowej myślano także by połączyć, puszczając pociągi Mostem Kierbedzia, Dworzec Petersburski (dziś Warszawa Wileńska) z Dworcem Głównym. Pomyślałam sobie, jak wyglądałaby Praga, życie podwarszawskich miasteczek, gdyby to linia kolejowa z Wołomina, Tłuszcza miała bezpośrednie połączenie z centrum Warszawy, a ci z Otwocka, czy Sulejówka mieli urwane tory na Dworcu Terespolskim (który zapewne nie zostałby nazwany Warszawą Wschodnią).

Stało się inaczej. Pomiędzy latami 1921-1933 zbudowano linię średnicową nad Wisłą. Już wtedy okazało się, że dotychczasowy dworzec jest zbyt blisko rzeki, nasyp kolejowy nachodzi na niego i trzeba przesunąć perony. Te perony istnieją do dziś, a wiaty na nich są autentyczne z dwudziestolecia międzywojennego. To perony 1-5 (podróże dalekobieżne) Dworca Wschodniego (perony 6 i 7, dla podróży podwarszawskich powstały po II wojnie). Sam Dworzec Wschodni z prawdziwego zdarzenia wybudowano w 1969 roku i wtedy uznano go za najnowocześniejsze rozwiązanie architektoniczne roku. Lata biegły, dekady mijały i gdy ja do pamiętałam z lat 80 i 90 tych XX wieku, był to twór na wskroś archaiczny, wschodni, trochę wstydliwy. Zaś w 2008 roku wygrał plebiscyt na najbrzydszy budynek w mieście. Uratowało go Euro 2012, bo z tej okazji został totalnie wyremontowany. Na szczęście, z zachowaniem pierwotnych założeń i rozwiązań architektonicznych. Przewrotnie - choć poprzedni budynek był brzydki i brudny, to żegnano go z żalem i nostalgią. Mnie osobiście było tamtego klimatu szkoda. Pamiętam, że gdy patrzyłam na ten wyremontowany dworzec, czułam się jakbym patrzyła na ciotkę po botoksie, liposukcji i powiększeniu biustu. Niby ona, ale jakby ktoś obcy :)

Przy okazji trafiliśmy pod jeden z najbardziej ukrytych adresów, czyli Kijowska 22. W życiu bym nie powiedziała, że taki numer istnieje i coś tam stoi - za dworcem, tuż przy torach i domkach działkowych. Teraz, gdy przebito obwodnicę, jest już lepiej widoczny. Kiedyś, kiedy ciągnęły się tu głównie działki, nie było szans. Sam budynek należy chyba do kolei i są tam jakieś pomieszczenia gospodarcze.

Dowiedziałam się także, że na mojej Szmulowiźnie, oprócz kilku kamienic, na obszarze od torów terespolskich do petersburskich ciągnęły się warsztaty, hale, budynki gospodarcze, wszystko związane z koleją. Po wojnie, w latach 70 i 80 tych stanęły na ich miejscu osiedla z wielkiej płyty.

Ze smutkiem patrzę jak burzy się niektóre budynki na Pradze, stawia na ich miejscu nowe udające te stare, tylko po to by sprzedać tam mieszkania po 12 tys za metr. Bo dzielnica się zmienia, bo traci dawny charakter. Jednak to samo działo się te czterdzieści lat temu. Gdy burzono te warsztaty, dziwne składowiska by mogły wyrosnąć mieszkania, takie jak moje. A za pięćdziesiąt lat ktoś zorganizuje spacer miejski śladami budowy drugiej linii metra :)

niedziela, 14 stycznia 2018
Od poezji do poetki, czyli Weekend NieMatki cz. 1

Mam za sobą pierwszy w tym roku swój Weekend NieMatki, spędzony w dodatku bardzo przyjemnie. 

W sobotni wieczór wybrałam się na łączony wieczór autorski pewnej poetki i mojej koleżanki (także poetki, pisarki), która promowała swoją płytę. Czas spędzony na słuchaniu poezji, muzyki z gatunku poezji śpiewanej. Jednak nie tylko. Przyszło trochę osób zajmujących się poezją i jak to bywa na takich spotkaniach, na zakończenie odbywał się "otwarty mikrofon". A ja, po ponad rocznej przerwie, ponownie zaczęłam pisać wiersze. Znowu zaczęły się snuć po mojej głowie. W piątek, nie ukrywam, że z myślą o tym wieczorze, napisałam dwa, a trzeci jest w dopracowaniu. Tak naprawdę to utwory były już kiedyś zaczęte, ale teraz je przekomponowałam, przerobiłam i wykończyłam. Mam trochę takich wierszy w urywkach. Dobry czas na dokończenie ich.

Zebrałam się na odwagę i zgłosiłam się. Serce strasznie się tłukło, żyłka pulsowała, ale o takim stresie mówi się w kategoriach "pozytywnej adrenaliny". Chyba pierwszy raz wyszłam z wierszami przed audytorium, gdzie tylko dwie osoby były mi znane. Przeczytałam wiersze, choć w połowie uznałam, że są okropne, ale za późno już było na ucieczkę. Trudno. Będę to powtarzać :)

Niedzielne wczesne popołudnie spędziłam na spacerze miejskim, ale to temat obszerny, będzie więc o tym oddzielny wpis. 

Ze spaceru, przemarznięta i zlodowaciała, dotarłam do Muzeum Literatury, gdzie byłam umówiona z kolegą. Przyznam szczerze, że pamiętałam, że mamy się spotkać w muzeum na Starym Mieście i czekałam na niego w Muzeum Warszawy... Dobrze, że nie kupiłam biletu :)

W Muzeum Literatury można aktualnie zobaczyć kartki, pocztówki autorstwa Wisławy Szymborskiej. Na małych kartonikach naklejała elementy wycięte z gazet, magazynów tworząc zabawne połączenia. Niektóre kojarzyły mi się z Monthy Pythonem. Podziwiam ją za wyobraźnię i tendencję do abstrakcyjnego, czasami lekko złośliwego humoru. W dodatku, miała niesamowite wyczucie lekkości. Czasami na kartce w wystarczyło nakleić dwie połączone rzeczy, które zajmowały jedną czwartą, jedną trzecią powierzchni, ale ich sens sprawiał, że tam nie trzeba było już doklejać niczego dodatkowego. Gdzieniegdzie widać było wycięty obrazek z gazety i doklejony jakiś tytuł, kawałek wyrwanego z kontekstu cytatu i dawało to ciekawe, absurdalne połączenie. 

Skoro już byliśmy w budynku, to obejrzeliśmy jeszcze wystawę stałą poświęconą Adamowi Mickiewiczowi.

Fajny czas :)

piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 10 stycznia 2018
Życie

Piszę bardziej po to, by we wpisach nie pojawiały się zbyt długie przerwy. Bo życie na razie spokojnie się snuje - wysypiamy się z dzieckiem, bo lekcje zaczyna od 10:40 lub 9:45. Szukam pracy, coś zrobię w domu, odbieram dziecko prawie zaraz po lekcjach (po 14:30-15:30). Niech ma coś fajnego z tego mojego bezrobocia. Efektem ubocznym wysypiania się jest to, że trudno Wiertkę wieczorem uspać. Pada dopiero po 23:00. Niech ma coś z tego mojego bezrobocia.

Zbieram dobre rzeczy, które nam się przydarzają. Na przykład wczoraj pojechałyśmy do domu kultury na teatrzyk dla dzieci. Na miejscu okazało się, że biletów już nie ma. Dość szybko są wykupywane, już w poprzednie dni (cena to symboliczne 5 złotych). Jednak panie sprawdziły, czy zostały odebrane dwa bilety dla czytelników jakiegoś lokalnego pisma. Jako, że nikt się po nie zgłosił, a do spektaklu pozostało dwadzieścia minut, mogłam je kupić :) 

Próbuję zaczarować rzeczywistość, myśląc, że jeśli w ciągu dnia wydarzy się jakiś miły drobiazg lub sam dzień popłynie leniwie zwyczajnie, to ta aura przejdzie na resztę roku :)

Już dziesięć miłych dni 2018 roku za mną :)

Tagi: życie
19:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi