To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 06 czerwca 2017
Na herbatce u patriarchatu ;)

Nie chciałam, by tytuł wpisu był zbyt poważny. Jednak pewne przemyślenia, jakie miałam po lekturze dwóch książek, nawet mnie samą zaskakiwały.

Na fali prześmiewczych dyskusji o serialu "Belle Epoque", któremu nabijałam oglądalność patrząc na to dla żartu, przypomniano mi o postaci Edith Wharton i jej powieściach. Na podstawie jednej z nich nakręcono kiedyś film, który w młodości widziałam w kinie - "Wiek niewinności".

Gdy nadarzyła się okazja, wypożyczyłam z biblioteki jej "Wiek niewinności" i "Świat zabawy". Lubię powieści z epoki. Akcji, dynamiki nie ma tam może zbyt wiele, nie jest to historia awanturnicza, czy kryminał. Dla mnie najważniejsze są właśnie smaczki związane z ówczesnym społeczeństwem, podwójną moralnością, obyczajami. A mogę się spodziewać, że jako osoba żyjąca w tej epoce, Wharton dobrze ją sportretowała. Nie ufam powieściom, osadzonym w XIX wieku, pisanym dziś - choć wiele z nich czyta się jednym tchem ("Szkarłatny płatek i biały" Fabera!). Jednak, pomimo dobrej dokumentacji, zawsze są przefiltrowane przez spojrzenie człowieka współczesnego. Czego smutnym przykładem jest właśnie "Belle Epoque" - oto jak ludzie z XXI wieku wyobrażają sobie, że żyło się w roku 1908.

Zacznę od cytatu, gdy bohater powieści zaręcza się w piękną i miłą dziewczyną, którą ma zamiar wygładzić po ślubie do swoich potrzeb. I oto w kilka miesięcy po ślubie, po jednej z wielu dyskusji:

"Poczuwszy nagły wewnętrzny chłód zrozumiał, że w przyszłości wiele problemów będzie równie niekorzystnie dla niego rozwiązywanych. A kiedy zapłacił woźnicy kabrioletu i postępował za długim trenem swojej żony w stronę domu, szukał ulgi w pocieszającym banale, że pierwsze pół roku jest zawsze najtrudniejsze w małżeństwie. Potem skończy się okres wzajemnego docierania ostrych kantów. Jednakże najgorsze z tego było to, że ona właśnie szczególnie naciskała na te kanty, których ostrość najbardziej pragnął zachować".

I jako uwieńczenie:

"May ocknęła się z rozmarzenia, któremu przypisywał tak wielkie znaczenie, zanim pół roku małżeństwa nie dostarczyło mu do niego klucza".

W trakcie lektury, coraz bardziej docierało do mnie, że te sztywne konwenanse, patriarchalne układy wielu kobietom bardzo odpowiadały. To nie był tylko świat wygodny dla mężczyzn. Kobietom także żyło się w nich wygodnie i były mocno zainteresowane, by to dalej trwało. Przynajmniej "Wiek niewinności" jest dla mnie takim opisywaniem, jak kobiety mocno podtrzymują patriarchat i wygryzają, niemal dosłownie te, które postanowiły żyć inaczej. Wharton ciekawie to określa - usuwaniem z plemienia. I w tym opisywanym świecie, to mężczyźni mają niewiele do powiedzenia. Mają ogromną swobodę - chodzą do pracy, gdzie wycierają bezczynnie fotel, potem do męskich klubów na cygara i prasę, mają dyskretne kochanki (często znajome mężatki). Pomimo to, podskórną władzę w rodzinach, układach towarzyskich, społecznościach trzymają kobiety. To one decydują o małżeństwach - panowie są wybierani i tylko dają sobie wytłumaczyć, że ta akurat młoda dama jest dla nich odpowiednia, zakładają rodziny i trwają przy tych rodzinach, czy są tym zachwyceni, czy nie. Bo po ślubie, następuje - rękoma żony, teściowej i matki - lepienie mężczyzny by wpasować go w pożądaną formę. To kobiety decydują o czyjejś śmierci towarzyskiej, która czasami jest gorsza niż śmierć fizyczna.

Oczywiście, jeśli kobieta trzyma się ram tego schematu, nie zdradza ostentacyjnie, sama nie wychyla się poza foremkę, w którą wbiły ją za młodu matka i ciotki, to funkcjonuje w szczęściu i zdrowiu. Kłopot zaczyna się, gdy z tej foremki się wylewa i nie chce dać się przykroić. Takie były bohaterki obu powieści. Jedna przypłaciła to infamią towarzyską, druga czymś smutniejszym. Gdy byłam młodsza, mogłabym popełnić jeszcze kilka akapitów z peanami na cześć kobiet niepokornych, wolnych, niezależnych. Jakoś się zestarzałam.

Wharton żyła w czasach, gdy te patriarchalny układ zaczynał kruszeć. Opisuje świat, który odchodzi w zapomnienie.

Pamiętam też, że opisuje arystokrację. Życie rodzinne robotnic, chłopek mogło być trudniejsze. 

Nawet dziś, można spotkać wiele Strażniczek Patriarchatu - osobiście nie przepadam za tym określeniem, bo w dyskusjach na portalach feministycznych dostajesz tę łatkę, jak tylko masz choć w jednej sprawie odmienne zdanie. Są kobiety, dla których najważniejszą funkcją męża jest by przynosił dobrą wypłatę, pojawiał się z nią na rodzinnych przyjęciach i nie afiszował z kochanką. Bo czegóż chcieć więcej.

niedziela, 04 czerwca 2017
Raport czerwcowy

Skrót pierwszych dni czerwca, a od jutra, bardziej możliwe, że pojutrza trochę wpisów w stylu lansu intelektualnego.

W Dzień Dziecka, po tym jak wyszła z klasą do kina i miała w szkole piknik, zabrałam Wiertkę do centrum handlowego do McDonalda. Potem kupiłyśmy deskorolkę zasponsorowaną przez dziadka (miesiąc wcześniej kupił jej rolki). Korzystając z okazji, weszłyśmy też do innego sklepu, by znaleźć dla niej sandałki. Od zeszłego roku stopa ponownie urosła. Urosła już od marca, bo buty wiosenne też uwierają. W tej chwili witamy rozmiar... 36. Sandałki, też tak jakby dzięki dziadkowi, bo na deskorolkę dał dwa razy więcej pieniędzy niż potrzeba. Od czterdziestu lat nie widziałam mojego ojca tak hojnego. Umęczyłyśmy się z tymi butami. Te w rozmiarze 35 były ewidentnie za małe. Jednak te o rozmiar większe też niekoniecznie dopasowane. A to stopa latała, a to tu wystawała. Na serio, opadły mi ręce, bo odnosiłam wrażenie, że wyprodukowano je dla jakiś niewymiarowych dzieci. Dopiero siódma przymierzana para, w drugim ze sklepów okazała się dobrze leżeć. Do domu wróciłam padnięta.

W piątek impreza w pracy, dzięki której w sobotę odpoczywałam prawie do 15:00. Wtedy Wiertkę przywiózł jej ojciec. Poszłyśmy na piknik organizowany przez naszą spółdzielnię mieszkaniową. Wystałam się tam w słońcu, wyprażając ostatnie resztki kaca. Dobrze, że lubię upał.

Dziś odwiedziłam ciocię i mojego dziadka, który po tym jak w Wielkanoc minął się z kostuchą, trochę wydobrzał. Zastanawiam się, czy to zdobycze dzisiejszej medycyny i opieka rodziny, czy po prostu są ludzie, którzy nie zakończyli wszystkich swoich spraw na tej ziemi i choć chcą, to nie mogą umrzeć. Nie żebym życzyła mu śmierci. Dziadek chce odejść.

wtorek, 30 maja 2017
Jak zostałam chytrą babą z Pragi

Przyznam się wstydliwie – kolejna już rzecz – że daję się łowić na krótkoterminowe promocje w sieciach handlowych. Nie te, gdzie zbiera się punkty na jakieś noże, zestawy wędek, książki kucharskie. Mnie jako konsumentkę to nie obchodzi. Za to wchodzę w promocje, gdzie dostaje się gadżety dla dzieci. Bo sprawia mi przyjemność zbieranie małych zabawek dla Wiertki. I też, odrzucam ciułaninę naklejek, by kiedyś tam dostać maskotkę. Celuję w promocje typu zakupy za 50 zł = mini zabaweczka. Zabaweczka jest nawet nie mini, ale mikro, ale można zebrać kolekcję. Kto zna rynek, ten się orientuje, o jakie sieci handlowe może chodzić. Córka cieszy się, zbiera, wymienia z dziećmi w klasie, bawimy się figurkami razem we dwie.

Kiedyś zetknęłam się w wynikami badań mówiącymi, że w gospodarstwie domowym to dzieci decydują, jakich produktów rodzina używa. Dzieci oglądają reklamy i mają wpływ na matki. Jak widać, dzięki takim promocjom, dziś czasem dzieci mają wpływ na miejsca, gdzie rodzina robi zakupy.

To tytułem wstępu. Bo niestety z rozpędu, daję się porwać czasem innym promocjom, gdzie gratisem jest coś dla dziecka. Jak wczoraj, gdy zostałam chytrą babą z Pragi. Wizyta, jak zwykle w tym samym sklepie, by dobrać ze dwie nowe figurki do kolekcji. Wcześniej przejrzałam gazetkę, bo mimo, że robię tam zakupy, to z listą rzeczy akurat potrzebnych. Nie dokupuję nic więcej, nic mało potrzebnego, byle tylko dostać gadżet. Jednak, jak widać zaraz, nie zawsze. Zobaczyłam, że jest promocja – dwie czekolady pewnej firmy, duża i mała + maskotka w gratisie. Wiedziałam, że akurat ta maskotka spodoba się Wiertce, bo z pewnych względów lubi tę firmę. A te czekolady i tak jadamy. Wzięłam do koszyka. W gazetce, była adnotacja, że w promocji nie biorą udziału wszystkie sklepy, ale przy półce z czekoladami był duży plakat.

Doszłam do kasy, zapłaciłam i poprosiłam o maskotkę. Kasjerka spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami wyrażającymi serdeczność oraz komunikat „ja tu tylko nabijam na kasę i kasuję pieniądze” i odrzekła, że ona nic nie wie o żadnej promocji. Zrobiło mi się głupio, bo jednak za mną stał ogonek innych ludzi. Kiedyś poszłabym do domu z podkuloną kością ogonową. Teraz jakoś nie. Spytałam się o Dział Obsługi Klienta. .Kasjerka spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami wyrażającymi serdeczność oraz komunikat „ja tu tylko nabijam na kasę i kasuję pieniądze” i odrzekła, że kierownik siedzi tam. Zaczęłam się zastanawiać, czy w tym jej wzroku to jednak nie politowanie. Kierownik, czyli osoba siedząca na kasie nr 1? Bo tę osobę wskazała. Nie, kierownik jest tam. Spojrzałam zdezorientowana, tam gdzie mi pokazywała. Jedyną osobą z prawników sklepu, była osoba pracująca na kasie nr 1. Podeszłam do tego pana i spytałam się o promocję. A ten odrzekł, dla odmiany, że w promocji trzeba zakupić dwie duże czekolady, nie dużą i małą. Widziałam gazetkę i plakat kilkanaście metrów dalej. Powiedziałam o tym. Teraz poczułam się, jakbym robiła ból dupy o pierdołę. Jednak chodzi o  zasady. Kierownik przeszedł się ze mną do półek, gdzie mógł się przekonać, że to ja mam rację.

Maskotkę dostałam, wyszłam, ale z poczuciem, że inteligentna osoba nie zawraca innym głowy o takie pierdoły.

 

19:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 maja 2017
Wieczór autorski

Po tym jak wreszcie udało mi się wydać swoje wiersze, udało mi się wykaraskać z marazmu i poruszyć temat wieczoru autorskiego. A, że to nie bywa tak, że dziś podanie jutro odpowiedź, galeria ma swój harmonogram wystaw, dlatego zeszło się trochę czasu. 

Wieczór udało się zorganizować wczoraj, w ostatnią niedzielę maja. Dołączyłam do wernisażu obrazów pewnego malarza z Krakowa. Inaczej musiałabym poczekać na termin jeszcze do późnej jesieni. Zaprosiłam trochę osób i byłam mile zaskoczona tym, że odpisywali z podziękowaniem za zaproszenie. Choć jednocześnie informując, że przybyć nie mogą :) Takie czasy nastały, że cieszy człowieka, że ktoś potwierdzi brak przybycia, zamiast się po prostu nie pojawić :)

Sytuacja mnie stresowała, bo miałam wystąpić przed znajomymi. Wydaje mi się, że poprzedni "wieczór poetki" była łatwiejszy, bo nikogo nie znałam. Jest prościej opowiadać i być przed obcymi osobami - bo co mnie obchodzi, co o mnie pomyślą. Znajomi, koleżanki, przyjaciele - to co innego. Szczególnie, jeśli nigdy nie czytali nic mojego i nie znają mnie od tej strony.

A w dzień wieczoru autorskiego dopadł mnie inny stres - przecież może nikt nie przyjść. Jakieś kilka osób i nikt, kogo zaprosiłam. Podobno jest to popularna schiza literatów :)

Ludzie się pojawili. Z mojej strony kilka osób. Wieczór rozpoczął się od rozmowy z malarzem na temat jego twórczości. Ciekawa postać - były zakonnik, cichy, introwertyczny, skromny, pracujący jako woluntariusz z bezdomnymi (takimi już na skraju przetrwania - o tym opowiedział, siedzący na widowni jego znajomy). Sypiający w trumnie... To akurat nie wynikało z fascynacji śmiercią, czy wampirami, ale przywiązaniem do Brata Alberta. Najważniejsze, że malował piękne obrazy. Dopracowane technicznie, choć nie używa pędzla.

Potem była ja. Trochę pytań na temat mojego pisania, czytałam swoje wiersze. Na widowni siedziała moja córka :) Gdy doszło do pytań publiczności, okazało się, że jednak fajnie gdy są znajomi, bo obce osoby mają różne pomysły. Przeżyłam pytanie o gender, transseksualizm i płeć. Mam nadzieję, że wykazałam się wystarczającą przytomnością umysłu :)

A potem było wino, gra na gitarze i śpiew. Wyszłyśmy z Wiertką prawie przed 22:00. Wyjątek, bo rano pobudka o 5:30. Dziś chyba wcześnie zaśniemy :)

Dodam tylko, że kilka dni temu, byłyśmy z Wiertką w tej samej Galerii na imieninach AsiJot, gdzie już w zamkniętym kręgu także fetowano śpiewem. Był to też dzień imienin Wiertki, więc udział w przyjęciu potraktowała jako dodatkową atrakcję.

piątek, 26 maja 2017
Męski wzorzec

Wpis o tym, że nie tylko mama jest cudowna. Ostatnio Wiertka stwierdziła, że chciałaby poznać kiedyś bardzo dużo chłopaków i wybrać wśród nich najfajniejszego. Przyznam, że nie jest to strategia pozbawiona logiki. Byle nie robiła tego na Tinderze. Jednak nie tylko:

- Chciałabym chłopaka, który jest miły, przystojny i zabawny. - rzekło jeszcze moje dziecko - Takiego jak tata.

Już nie skomentowałam, że w zeszłym tysiącleciu też ceniłam w mężczyznach to, że są zabawni. Potem mi przeszło. Chyba.

Tagi: córka
18:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 maja 2017
Wywiadówka

Dowlokłam się wczoraj do domu, po prawie dwugodzinnym maratonie w szkole - wywiadówce. Zeszło się tak długo, bo byłam jeszcze proszona na rozmowę przez panią od religii i wychowawczynię. Wiertka w drugiej klasie chodziła na religię, bo była tym zainteresowana. Bardziej była "wolnym słuchaczem". Dzieci na początku roku szkolnego dostały zestaw modlitw - do wklejenie do dzienniczka. Moja córka ten dzienniczek szybko zgubiła, a mnie nie chciało się ich szukać w internecie. Dziecko nic na ten temat nie mówiło. Okazało się, że od wielu miesięcy, dzieci uczą się tych modlitw na pamięć i - teraz o tym usłyszałam w rozmowach w kuluarach rodzicielskich - niektórzy rodzice uważali, że jest tego zbyt dużo. Wiertka nie uczyła się w ogóle, bo nie miała z czego. Czasami coś zaliczyła, bo nauczyła się czytając z kartki koleżanki na lekcji. Porozmawiałam sobie z katechetką, która dopiero teraz dowiedziała się, że jesteśmy rodziną agnostyczno-ateistyczną, nie praktykującą i moje dziecko może się nietypowo zachowywać, bo nie zna rytuałów religijnych. Była przemiła. Zaznaczyłam też, że w trzeciej klasie Wiertka na religię chodzić nie będzie i do komunii nie przystąpi. Ostatnio zastanawiałam się nad tym i obawiałam się, że moja córka będzie jedyna w klasie, a być może jedyna z wszystkich sześciu klas. Jednak przejrzałam w myślach listę jej klasy - jest jedno dziecko z Ukrainy, dwoje z Rosji (ale chyba z rodzin mieszanych). Może one także nie będą w tym uczestniczyć. Czeka nas trudny rok.

Rozmowa z wychowawczynią tradycyjna - tragiczne zachowanie. Wiertka dostanie na świadectwie "nieodpowiednie" z zachowania. Za to, z zaskoczeniem zobaczyłam, że jako jedno niewielu z dzieci przystąpiła do konkursu Zuch (tylko czworo dzieci w klasie) i logiczno-matematycznego (tylko ona i jeden chłopiec). Wyniki miała nie za wysokie (nie wiem, jak w klasyfikacji z innymi uczniami, bo w to nie wnikam). Dla mnie liczy się to, że sama chciała wziąć udział i nie stresowała ją ta sytuacja.

Wróciłam do domu i odbyłam krótką rozmowę z córką. Dopytała się, jakiej oceny jest odpowiednikiem "nieodpowiednie" z zachowania. I odpowiedź, że dwójki ją nie zasmuciła. 

- Gdybyś miała wzorowe zachowanie, mogłabyś może otrzymać medal dla najlepszego ucznia.

- Nie obchodzi mnie to. - odrzekło moje dziecko, a mnie zatkało.

- Nie chcesz być najlepszym uczniem w szkole?

- Nie. Obchodzi mnie tylko to, że mam mamę.

Próbuję to rozgryźć.

Ja byłam kompletnie innym uczniem, ale może kiedyś o tym inny wpis.

Tagi: córka
18:59, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 maja 2017
Noc Muzeów 2017

W tym roku Noc Muzeum nałożyła się na mój Weekend NieMatki. Jednak tak się jakoś złożyło, że chodziłam wszędzie sama. Albo miejsca, które chciałam zobaczyć nie nakładały się na miejsca innych osób, albo coś innego się wydarzało. Moja pierwsza Noc Muzeów solo.

Gdy patrzy się się na ogromną listę wydarzeń, ciężko czasami coś wybrać. Kierowałam się jednym kluczem - iść w miejsca zazwyczaj w inne dni roku niedostępne lub na wydarzenia stworzone specjalnie na Noc Muzeów. Do warszawskich muzeów mogę zawsze wejść.

W tym roku, rozpoczęłam wcześnie, bo już od 15:30. Na mojej Pradze były trzy miejskie wycieczki. Czasowo udało mi się wejść na dwie, choć z perspektywy czasu widzę, że udałoby się zmieścić wszystkie. Najpierw było oprowadzania po klatkach schodowych dwóch kamienic - Wileńska 19 i 21. To w tych budynkach, na suficie - dokąd szło się schodami przez trzy wysokie piętra - można zobaczyć secesyjne freski. Jeden z nich jest całkiem dobrze zachowany, z drugim już gorzej. I chodzą pogłoski, że zostaną zamalowane, więc może to ostatnia szansa. Wartość artystyczna malowideł jest mocno wątpliwa, bo są dość kiczowate. Jednak mają jakąś wartość historyczną. Przy okazji tej wycieczki, dowiedziałam się, że po drugiej wojnie światowej, a nawet już przed jej wybuchem, secesja nie była cenioną epoką. Już wtedy uznawano ją za kicz. Budynki były stosunkowo nowe i bez oporów pozbawiano je sztukaterii na zewnątrz, czasem w środku. Co dziś wydaje nam się bolesne, bo te kamienice wykastrowano. Cała ta dyskusja przypomina mi to, co dzieje się dziś z powojennym modernizmem. W publicznym dyskursie bardzo częstym argumentem jest, że to żadne budynki historyczne, są młode, brzydkie. I tak tracimy Kino Moskwa, kino Skarpa, pawilon Emilia, supersam na Placu Unii, teraz Rotundę. A za sześćdziesiąt lat, ktoś będzie się łapał za głowę, pytając jak można było do tego dopuścić.

Potem podjechałam kawałek do Instytutu Badawczego Dróg i Mostów, na którego terenie znajduje się Pontiseum, czyli muzeów mostów. Spacerując pomiędzy budynkami można było zobaczyć kilka fragmentów stalowych konstrukcji mostów wyciągniętych z dna Wisły.

Pogoda była przepiękna, słońce przygrzewało, ale przy takich spacerach mogło też wykończyć. Do Domu Spotkań z Historią podjechałam kawałek tramwajem, a potem poszłam spacerem przez Krakowskie Przedmieście. Tłumy ludzi, muzyka, gwar, stoiska, powoli rozpoczynające się wydarzenia. W DSH rozpoczynała się Mad Night - motywem przewodnim była kultura amerykańska lat 50tych i 60tych, a sponsorem Ambasada Amerykańska. Byłam trochę wcześniej, więc na spokojnie obejrzałam sobie wystawę zdjęć poświęconych JFK i wystawę "Inside Poland. Marian Schmidt. Fotografie". Posłuchałam fajnego wykładu Hirka Wrony na temat nurtów muzycznych w tamtych okresie. Ciekawe było też, bo trochę mówił, ale także puszczał sporo utworów muzycznych - swing (wcześniejszy, ale jako wprowadzenie) cool jazz, free jazz, blues, R&B, itp. Bardzo klimatyczna muzyka. Słuchałam i rzucałam okiem na ścianę obok, na której rotacyjnie wyświetlane były (bez dźwięku) reklamy z tamtej epoki (telewizyjne i prasowe). Zostałam jeszcze na krótkiej opowieści o telewizji i modzie w tamtych czasach. Spróbowałam darmowego popcornu i piwa pszenicznego.

Zaczynając noc o 15:30, do tego w upale, zdawałam sobie sprawę, że długo nie pociągnę. Koło 22:00 zebrałam się do domu. W DSH miały być jeszcze inne wykłady, pokazy tańców, sety DJ'a. Ja widocznie już się starzeję i szanuję granice wytrzymałości ciała.

czwartek, 18 maja 2017
Potyczki wychowawcze, czyli tajemnice szkolnej szafki

W pierwszej klasie było łatwo. Dzieci trzymały stroje gimnastyczne, w woreczkach, w klasie - razem zebrane w specjalnym koszu. Co jakiś czas przynosiły do prania. W drugiej klasie miały już przynosić w określone dni. Przez pierwsze półrocze Wiertka dawała z tym radę. Podkoszulkę i szorty wkładała w specjalnym woreczku do plecaka. Jednak jakieś ponad dwa miesiące temu, przestała przynosić strój do domu. Zostawiła w szkolnej szafce. Dałam drugi, by miała co założyć na kolejny wf. Te także zostawiła w szkolnej szafce. Kolejnego zestawu nie dałam, bo w weekendy ma zajęcia korekcyjne i tam musiała też się przebierać.

Nastąpiły dni przypominania, rozmawiania o stroju. W końcu Wiertka powiedziała mi, że na wf przebiera się, pani zaprowadza ją do klasy. Powiedziała to spokojnie, płynnie, przekonująco. W dzienniczku uwag na temat stroju nie było. Ok. Jednak stroje trzeba było w końcu przeprać. I od nowa - przypominanie dzień w dzień, karteczka w śniadaniówce. Grochem o ścianę.

Jednocześnie, przypomniałam sobie, że kiedy jeszcze - na nierobociu - zaprowadzałam ją na 8:00 do szkoły, to wszystkie dzieci szły od razu do sali gimnastycznej i tam się przebierały. Przycisnęłam moje dziecko i okazało się, że przez ten cały czas mnie okłamywała. Nie dopytywałam, czy ćwiczyła w ubraniu, czy siedziała na ławce. Spytałam dlaczego kłamała:

- Bo bałam się, że się wściekniesz i zrobisz mi coś strasznego.

Bywam czasem nerwowa i trochę wybuchowa. Czyżby moje dziecko bało się przemocy domowej? Co było tym strasznym?

- Bałam się, że zabierzesz mi tablet.

Aha...

Trzeba było w końcu zabrać te te rzeczy ze szkolnej szafki. Wiertka ciągle zapominała. Wpisałam nawet prośbę do dzienniczka, by pani pomogła jej pozbierać rzeczy. Nic. A czytała wpis, bo pod spodem jest kolejna uwaga na temat zachowania mojego dziecka.

Uderzyłam w końcu do osób najbardziej w szkole kompetentnych. Do woźnych. Odbierając małą, poprosiłam po 16:00 jedną z pań o możliwość wejścia do klasy. Wpuściła mnie. Otworzyłam szafkę i...

Szafka szkolna duża nie jest. Ma szerokość i długość nieco większą niż podręcznik szkolny. Wysokość to też jakieś 30-40 cm. W środku jest półeczka (jedna szafka dla dwóch uczniów), ale w tej półeczka wypadła i Wiertka ma całość dla siebie. I oto oprócz kilku podręczników, masy rysunków, przyborów plastycznych, wygarnęłam z tej szafki jeszcze:

- bluzę dresową

- 2 woreczki na ubrania

- bluzkę białą galową

- czarną spódnicę galową

- białe rajstopy

- 2 pary spodenek gimnastycznych

- 2 podkoszulki gimnastyczne

- lalkę

Jak wróciłam do domu, musiałam to zapisać. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia na pamiątkę.

Tagi: córka
19:27, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 maja 2017
Tajemnice ścian kamienic

Mam swoje dziwne hobby. Lubię rozkłady mieszkań. Nie aranżacje wnętrz, urządzanie, sztukowanie, meblowanie. To nudne. Lubię tropić rozkłady pokoi, kuchni - przyglądając się z z zewnątrz budynkom. O ile z blokami z czasów powojennych problemu nie ma - poznasz w odwiedzinach jedno przykładowe i wiesz jak rozgryźć inne z tej epoki - tak przedwojenne kamienice to wiedza ukryta. Szczególnie, że czasem dzisiejszy układ niewiele ma wspólnego z pierwotnym.

Dlatego z entuzjazmem przyjęłam zapowiedź wykładu Piotra Kilanowskiego "Rozkłady mieszkań warszawskich". Nastawiłam się na rzuty mieszkań, a nie szczegóły ogólne budynków, ale okazało się, że każda minuta tej opowieści była ciekawa.

Do omówienia wzięto sześć kamienic - trzy z lewego i trzy z prawego brzegu. Po jednej klasycznej, po jednej zawężonej (jakoś tak to szło) i po jednej narożnej. Wszystkie wybudowano w okolicach 1910-1914 roku.

Opowieść zacząć trzeba od tego, że w 1857 roku wydano rozporządzenie według którego kamienica musiała trzymać się trzech zasad: musi być sklejona bokami, nie wolno jej wystawać, wewnętrzny dziedziniec musi mieć minimum 9 metrów 14 cm szerokości / 135 metrów kwadratowych. Ostatni punkt dyktowany był przepisami przeciwpożarowymi. W takim na przykład Berlinie dziedzińce potrafiły mieć zaledwie 35 metrów kwadratowych... W związku z tym, z lodu ptaka, Warszawa wyglądała jak kwartały ulic zapełnione kwadratami kamienic. A trzeba jeszcze dodać, że była - po Petersburgu - najbardziej zagęszczonym miastem świata.

Kamienice budowane były na zlecenie kamienicznika, który wynajmował tam mieszkania. Nikt nie kupował mieszkania na własność. Nikt nie myślałam w tamtym czasach o takich rzeczach. Święte prawo do posiadania na własność swoich kątów dla każdego obywatela, to pomysł XXI wieku. Jego początki wzięły się od osiedli socjalistycznych budowanych w dwudziestoleciu międzywojennym. To robotnicy marzyli o własności. Może gdyby wziąć pod lupę kamienice w których mieszkali, baraki, oficyny, to przestałoby to dziwić. 

Bo mieszczańskie lokale były okazałe. Ich metraż dochodził do 260 m kw, średnio 192 kw, a takie minimum wynajmowane bez focha, to było 120-160 m kw. Niezłe przestrzenie. Rekord pobiło mieszkanie w kamienicy na Marszałkowskiej (pomiędzy Sienkiewicza, a Moniuszki) - 480 m kw, 12 pokoi! Minimalna wysokość powinna była wynosić 3 metry 45 centymetrów + wysokie okna. I to nie dlatego, żeby było okazale. Jeśli pomieszczenia były ogrzewane piecami, a sadza szła do góry, musiała się odkładać ponad głową najwyższego domownika.

Budynek miał dwie klatki schodowe - dwie oficjalne i dwie służbowe. Jak można się domyśleć pierwszymi wchodzili domownicy oraz goście, drugimi służba wnosiła węgiel, wodę, zakupy. W jednej z praskich kamienic wchodziłam kiedyś do mieszkania znajomej klatką dla służby i lata później na jogę klatką dla mieszczan - wstrząsające porównanie, jedna wąska, ciemna, bałam się, że spadnę, druga okazała, zakręcona, z pięknymi płytkami. Wracając do wykładu, na piętrze były cztery mieszkania - do każdego wejście było z dwóch klatek. Od strony ulicy były pokoje oficjalne - salon, w miejscu narożnym budynku, gdzie okno było najmniejsze (pomiędzy dwoma prostopadłymi ścianami) była jadalnia, dalej sypialnie, a blisko wejścia służbowego kuchnia i służbówka. Służbówka była dziuplą bez okna mającą 4-6 m kw (jak niektóre pokoje w dzisiejszej wielkiej płycie), z łóżkiem na zawiasach przykładanym do ściany. Jednak, gdy popatrzeć w jakich warunkach żyli robotnicy, chłopi, to ta panna służąca miała tylko dla siebie całkiem miły kąt. Generalnie, mieszkanie było podzielone na część dla gości i część intymną. Każde miało łazienkę, a niektóre nawet dwie. Fajnie było patrzeć na rzuty tych lokali, układ pokoi. Wyobrazić sobie, jak domownicy poruszali się w ich obrębie.

Pokazane kamienice miały już kilka pięter. Do końca XIX wieku budowano trzy piętrowe. Wysokie piętra, schody sprawiały, że mieszkanie nawet na trzecim piętrze trudno było wynająć. Jednak oto następuje przełom - w 1903 roku w Warszawie pojawia się prąd i windy. Można budować wyżej. Pierwsze windy były na agregaty umieszczone w piwnicy (specjalny komin odprowadzał spaliny). Niestety, jeszcze gdzieniegdzie zachowały się oryginalne szyby wind, ale nie została ani jedna, ani jedna, ani jedna winda. Ani jedna :( Wszystkie poszły na żyletki :(

A potem wybuchła pierwsza wojna światowa. Po niej zmienił się świat i budownictwo.

Super spotkanie.

niedziela, 14 maja 2017
Dziecko i kuchnia

Pogoda wreszcie wróciła na dobre. Oby. I można prawie cały weekend spędzać na placu zabaw.

Ja jednak nie o tym. U progu weekendu, w piątek po lekcjach, Wiertka była na warsztatach kulinarnych dla dzieci. Prowadzą je, w mojej dzielnicy, bezpłatnie animatorzy społeczni. Mała była podekscytowana tym wydarzeniem, bo myślała nawet, że to będzie konkurs. A ona by bardzo chciała wystąpić w konkursie kulinarnym. Pasjonuje się gotowaniem, tylko nie wiem, czy świat jest jeszcze gotowy na jej dania :) Jednym z niedawnych pomysłów był sos - połączenie keczupu, musztardy i majonezu. I ja musiałam tego próbować. Potem była sałata z jogurtem i zestawem różnych ziół. Zjadłam. Bo ciekawostką jest to, że moje dziecko przygotowuje potrawę i na tym kończy się jego fascynacja kuchnią. Jedzenie jej już nie interesuje. Ostatnio zrobiła kotlety mielone. Przepis wyszukałam jej w internecie, więc miała składniki i zapisane, co ma robić. Nie powiedziałam jej, niestety, że trzeba też zwracać uwagę na proporcję składników, więc - moim zdaniem - relacja mięsa do bułki tartej i jajek była sporo zaburzona. Trochę takie kotlety z czasów "zbiorowego żywienia" :) Te kotlety Wiertka zjadła :)

O dziwo, moje gotowanie także docenia. Powiedziała ostatnio, że moje danie smakuje jak z programu "Masterchef" (kasza pęczak z warzywami z mrożonki), a gdy zrobiłam duszonego kurczaka z soczewicą i warzywami, stwierdziła, że to danie smakuje jak przywiezione z restauracji. Będę to sobie przypominać, w chwilach zastanawiania się, po co mi było dziecko :) Jedyna osoba, która docenia jak gotuję :)

Tagi: córka
19:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi