To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 28 lutego 2018
Aby tradycji stało się zadość

Aby tradycji stało się zadość... przeziębiłam się :)

Lata mijają, rządy upadają, zmieniają się kroje spódnic i fryzury, ale bezcielesna musi zaliczyć przeziębienie pod koniec zimy i zapewne jeszcze jakieś do końca roku. 

Może to przez to przewianie i siedzenie boso w piątek, może to przez te przeciągi w sobotę. A najbardziej prawdopodobne, że przez moją głupotę. W sobotni wieczór postanowiłam napić się piwa. I to jeszcze nie byłoby takie dziwne. Ja włożyłam to piwo do lodówki i wypiłam lodowate. Po dwóch dniach w chłodzie, spacerach na mrozie, ja jeszcze sobie wymroziłam gardło. Musiałam je sobie tym podrażnić i choróbsko weszło.

W niedzielny poranek obie byłyśmy z Wiertką zmęczone. Mnie pobolewało gardło, ale myślałam, że to kwestia wypicia kilku gorących herbat i przejdzie. W niedzielę urodziny miała moja przyjaciółka. Obiecałam, że odwiedzę ją. Ona zrobi obiad, pogadamy sobie. Gdyby to było większe przyjęcie, to bym ją przeprosiła i została w domu. Ale z Wiertką miałyśmy być jedynymi gośćmi i głupio mi było tak odwoływać, gdy ona już stała przy garnkach. Biedna Wiertka się popłakała i doskonale ją rozumiem. Miała prawo być zmęczona. Ja w międzyczasie zaczęłam kichać i smarkać. Pojechałyśmy. Trochę posiedziałam, pogadałam, Wiertka nawet dobrze się bawiła ze zwierzakami. Wróciłyśmy do domu po trzech godzinach wizyty.

Tradycyjnie, jedna noc nie przespana przez zatkany nos. Poniedziałek byłam rozbita, we wtorek czułam się lepiej, ale nie wychodziłam z domu. Bardzo pomogła mi sąsiadka - nasze dzieci chodzą razem do klasy - i w poniedziałek, i we wtorek jej mąż zaprowadził dzieci do szkoły. Ona odebrała we wtorek. W poniedziałek sama poszłam, ale potem zwaliło mnie z nóg na dwie godziny.

W sumie, dziś już całkiem dobrze się czuję. Katar zniknął, został lekki kaszel opanowywany syropem. Jutro do pracy, powinnam więc być na chodzie.

A w tym wszystkim, Wiertka zdrowa i zahartowana. A była w tych samych miejscach co ja i siedziała obok mnie, gdy byłam bombą biologiczną. Powinnam się cieszyć.

wtorek, 27 lutego 2018
Chiński weekend

Za mną i Wiertką dość intensywne dni.

W piątkowe popołudnie byłam umówiona z kilkoma koleżankami. Jedna właśnie przyjechała z dziećmi na ferie z Francji. To była okazja, byśmy wszystkie mogły się spotkać. Zazwyczaj gadamy w sieci, nawet codziennie. Jako, że obecne miały być dzieciaki, które w restauracjach się nudzą, wybór padł na salę zabaw w kącikiem dla rodzica. Dzieciaki szalały, a my gadałyśmy przy kawie i herbacie. Dzieci były spocone od biegania, ja niekoniecznie. Siedziałam bez butów i uchylone było okno.

Zaś sobota to Chiński Targ Noworoczny w Muzeum Etnograficznym. Cały dzień wydarzeń dla dorosłych i dzieci. Zaczęłyśmy od warsztatów kulinarnych - pieczenia chińskich ciasteczek z wróżbą. Zobaczyłam, że jestem trochę kwokowata. Ręce mi się rwały by pomóc dziecku, wyręczyć je w czymś. A Wiertka warczała na mnie, bym siedziała i nic nie robiła, bo ona chce zrobić wszystko sama. Zwinęłam jej tylko karteczki z wróżbami. Tak by nie zobaczyć tekstu, to miała być niespodzianka. Ciasteczek wyszło osiem.

Dla dzieci było jeszcze malowanie buziek, chińskie karaoke (wspólne śpiewanie piosenek), malowanie lampionów, kaligrafia, ubrania dziecięce do przymierzenia. Dorośli mogli przejść się po targu, wystawionym na zadaszonym patio - stoiska z medycyną chińską, książkami, upominkami, grami (można było zagrać w chińskie gry z animatorami), jedzeniem. Wiertka na jednym ze stoisk zobaczyła śliczną bransoletkę w zaporowej cenie 20 złotych. Pani zobaczyła w jej ręce torebkę, usłyszała, że mała piekła ciasteczka z wróżbą i dokonała się wymiana - bransoletka za ciasteczko. Chyba tylko moje dziecko tak działa na ludzi. Przy okazji, w ramach obiadu, Wiertka dostała naleśniki w muzealnej kafejce, a ja kupiłam sobie na targu sajgonki.

W oddzielnej sali odbywały się różne wykłady i pokazy. Udało mi się przejść na jeden - w godzinę, w wielkiej pigułce przedstawione pięć tysięcy lat historii Chin :) Wiertka w tym czasie śpiewała piosenki. Potem znalazła sobie do zabawy dwóch chińskich chłopców (na targu było mnóstwo osób pochodzących z Azji) i miałam ją z głowy przez resztę dnia. Mogłam usiąść i pogadać sobie z moim kolegą, który do nas dołączył.

- Ja chłopcy mają na imię. - spytałam ją w przelocie.

- Nie wiem. Po co? Przecież i tak widzę ich pierwszy i ostatni raz.

Pierwszą zasadę jednorazowej przygody ma już opanowaną.

Późnym popołudniem było jeszcze spotkanie z mopsami i opowieść o ich historii na dworze cesarskim, pokaz Tańca Lwa oraz pokazy ćwiczeń Tai Chi. Wiertka zgłodniała, więc kupiłam jej chińskiego makaronu z sałatką. Sama też podjadłam, bo połowę zostawiła.

Od tego chodzenia z sali do sali, przez korytarz przed wejściem, trochę mnie przewiało. Wiertka szalała, skakała, więc temperatury nie odczuwała.

Byłyśmy tam od 12:00 do 19:00. Do domu wróciłyśmy padnięte. Nie mówiąc o powrocie w tym nieznośnym mrozie. Ubrana jestem jak tułub, byle było ciepło. Niby człowiekowi jest ciepło, ale nie jest ciepło, bo mróz wdziera się w nos, oko, usta, myśli. Nie założę sobie hełmu na głowę. 

Resztę zostawiam na kolejny wpis, bo ten się już zrobił za rozwlekły. Bo dalsza część weekendu spokojna nie była.

środa, 21 lutego 2018
Lekarsko życiowo

Wczorajszy dzień spędziłyśmy z Wiertką w gabinetach. Wypadła trzecia wizyta u psychiatry dziecięcego. Szkoła już oczekuje jakiejś diagnozy, decyzji. Wychowawczyni, na prośbę pani doktor, ponownie napisała opinię, i - już za moją sugestią - podała przykłady zachowań, które uważa za naganne. Optymistycznie mnie to nie nastroiło, szczególnie, że w ostatnim akapicie była prośba szkoły o diagnozę dziecka  w kierunku zaburzeń rozwoju. To przykre, jakbym urodziła uszkodzone dziecko, albo przyszłą kobiecą wersję Teda Bundy.

Jako krótka dygresja. Jedna z uwag w opinii mnie rozwaliła. I wiem, że to niepedagogiczne, nie powiem o tym dziecku, ale jak to przeczytałam, to... parsknęłam śmiechem. "Została przyprowadzona do pedagoga, bo śpiewała na lekcji, kiedy inne dzieci wykonywały pracę. Jak się okazało w czasie rozmowy, przeszkadzała, bo otrzymała niską ocenę ze sprawdzianu z matematyki. Po wyjaśnieniu jej całej sytuacji, miała wrócić do klasy i przeprosić za śpiewanie. Kiedy już tam weszła, nie zrobiła tego, bo czekała na to, że nauczyciel przeprosi ją za oceny ze sprawdzianu". Próbowałam to sobie wyobrazić...

Na temat charakteru moje córki będę jeszcze pisać. Nawet ja widzę, że będzie jej ciężko w życiu z takim podejściem do otoczenia. Chyba, że zostanie dyktatorem lub małżonką dyktatora. Pani doktor zadała mi trochę pytań o konkretne zachowania, potem trochę porozmawiała z Wiertką. Potem okazało się, że skoro szkoła chce diagnozy w kierunku zaburzeń rozwoju, to robi to inny specjalista. Mamy terminy kolejnych wizyt w tej placówce. Przynajmniej wiem, że to zachowanie nie kwalifikuje się do przepisywania leków. Szkoła będzie zła, bo chcieli mieć już teraz jakieś informacje, papier. 

Wróciłyśmy do domu, zostawiłam Wiertkę i wyszłam na krótki czas. W przychodni, kilka ulic dalej, miałam wizytę u ginekologa. Doroczny przegląd techniczny. Wiąże się w tym pewien zabawny stres. Przez ostatnie lata chodziłam do lekarza kobiety, kiedyś do mężczyzn. Zawsze byli to panowie grubo po 50tce. Tak pod 60tkę. Łatwo przychodziło mi traktowanie ich bezosobowo, bezcieleśnie, jako stricte lekarzy, bo to nie mój wiek. Teraz okazało się, że rejestracja przepisała mnie do jakiegoś nowego. A ja niedawno przechodziłam koło tego gabinetu i widziałam w drzwiach młodego, przystojnego mężczyznę. I zestresowałam się, że będę mieć ginekologa z mojej półki wiekowej, albo młodszego :) Nie chcę by przystojny facet wgapiał się w moje krocze bez wcześniejszej wizyty w kinie i kolacji. 

Przed gabinetem siedziały dwie panie, do specjalisty obok. I mimochodem stałam się słuchaczem ich opowieści. "Plecy go tylko bolały, a jak go zbadali to był rak. Ziarnisty, nawet nie było czego leczyć, bo on jak ziarna wszędzie. Diagnozę dostał 27 kwietnia, 6 sierpnia już umarł". Okropne te historie. Szczególnie jak przypomnę sobie moje ostatnie bóle pleców. Jedna z pań weszła do gabinetu, a druga wzięła się za mnie. Dopytała się do kogo czekam, czy dobry ten doktor. A potem wyznała, że też się wybierze, bo jej się macica opuszcza. Tylko w poczekalni, w przychodni można dopiero co poznanej osobie wyznać, że ci się macica opuszcza :) Już chciałam jej kulki gejszy doradzić ;) 

Pan doktor, na szczęście, okazał się wiekowo sporo starszy, co wzbudziło moją ulgę. Był miły i serdeczny, żaden służbista. Miałam też usg i jak podejrzewałam w weekend, wyhodowałam sobie 2,5 centymetrowy pęcherzyk. Ze względu na swoje gabaryty będzie zapewne sztuką dla sztuki. A ja pomyślałam, że tak się zaczyna przekwitanie.

17:12, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
wtorek, 20 lutego 2018
Kinowo-muzealnie

Niedzielę także spędziłyśmy poza domem. 

W krótkim konkursiku w pewnym miejscu na facebooku wygrałam dwuosobowe zaproszenie na dowolny seans w kinie. Kino akurat znajduje się w mojej okolicy. Znowu zapomniałam o sobie i wybrałam film dla dzieci :) Poszłyśmy z Wiertka na "Gnomy rozrabiają". Moim zdaniem, film dla kategorii wiekowej 6-10 lat, choć bohaterowie mają trochę więcej - takie wczesne nastolatki. Ale wiadomo, że dzieciaki lubią historie aspirujące, czyli o starszych ;) Fabuła niby prosta, przewidywalna, z morałem, ale to w końcu rzecz dla młodych ludzi.  Mamy dziewczynę wrzuconą w nowe środowisko, próby zdobycia sympatii "popularnych dziewczyn", kolegę nerda. Jednak to tło, bo główną scenerią jest stare, dziwne domiszcze i banda krasnali w nim żyjąca. Można by pokusić się o grzebanie w symbolice - krasnale jako świat analogowy, przyrodę, to co wynika z nas, a dziwne stwory, z którymi walczą, to głęboko ukryty, pozbawiony namacalnych kształtów świat, który wciąga. Jak sieć internetowa. Nie będę się kłócić, jeśli to naciągane. Co się rzuca w oczy, to genialne sportretowanie młodych ludzi, którzy poruszają się mając non stop pochylone głowy, wgapione w ekran komórki. Nie widzą tego, co się dookoła nich dzieje, bo świat realny jest na ekranie, nie obok. Obawiam się, że akurat tego, moja córka nie wychwyciła :)

Kino było dla mojej córki, tak jak obiad w Macu potem. Dla mnie była wizyta w Muzeum Warszawskiej Pragi. Była o tym krótka dyskusja z Wiertką, która chciała się od tego wymigać i marudziła. Tłumaczyłam jej, że ja coś daję od siebie, ona coś daje od siebie. Będę jeszcze o tym pisać kiedyś, ale głównym argumentem mojego dziecka jest "Ale ty jesteś matką", czyli mam się poświęcać i rezygnować ze swoich zainteresowań.

Udało nam się zahaczyć o okres świętowania Urodzin Pragi, bo wejście do muzeum było bezpłatne. Nie można było nie wykorzystać takiej okazji. Okazało się, jak już to było widać przy okazji wizyt w innych muzeach, Wiertka dorwała audioprzewodnik i zatopiła się w słuchaniu różnych historii, eksponaty, zdjęcia kompletnie ją nie interesowały. Cieszyłam się, że cokolwiek ją w muzeum zainteresowało.

Opiszę ekspozycje tak jak są usytuowane, nie tak jak oglądałyśmy :) Zacznę tylko, że w sali konferencyjnej była wystawa okolicznościowa, która kończyła się w tę niedzielę - "Przetrwam?", zdjęcia miejsc na Pradze, które już zostały zburzone (budynków, wnętrz kamienic), albo właśnie zostają likwidowane.

Na parterze jest o Pradze historycznej. Na środku sali stoi wspaniała makieta pokazująca, jak osada wyglądała jeszcze przed nadaniem praw miejskich lub zaraz po. Widać chatki, pola, łąki, kościół i ryneczek w miejscu dzisiejszej ulicy Ratuszowej. Na ścianach są grafiki, reprodukcje, potem zdjęcia - pokazujące dokumenty, miejsca na Pradze od wczesnych wieków, aż po wiek XX. 

Pierwsze piętro, to - na razie rzecz najważniejsza: gablota z oryginalnym aktem nadającym Pradze prawa miejskie. Uważam, że dokument powinien już w Muzeum Pragi zostać na zawsze, skoro dzielnica ma swoje miejsce dokumentujące jej historię. Oprócz tego jest tam ekspozycja pokazująca historyczną Pragę, ale od strony ludzi. Na środku jest miejsce, gdzie złożone są pamiątki, artefakty przyniesione na prośbę muzeum przez mieszkańców. Może nie zawsze są to rzeczy tylko związane z dzielnicą, ale mają swoją sentymentalną wartość - medale, kieliszki, buty, przyrządy. Tam są także instalacje multimedialne, gdzie można wysłuchać historii opowiedzianych przez starych mieszkańców Pragi - o Wedlu, fabryce FSO, fryzjerze, szewcu. Przewodniki są bardzo fajne pomyślane - nie trzeba czekać w kolejce do słuchawek, tylko ma się swoje indywidualne z takim czytnikiem, którym dotyka się czujnika pod opisem. 

Drugie piętro, to wystawa czasowa - "Co słychać na Pradze". Tutaj praktycznie się słucha. Jest mapa dzielnicy z punkcikami, gdzie po przytknięciu czytnika można posłuchać odgłosów związanych z dzielnicą - lwy w zoo, chorały w katedrze, pszczoły żyjące na dachu centrum handlowego, zgiełk dworca kolejowego. Są tam tez inne stanowiska, gdzie można posłuchać opowieści o tym, jak produkuje się czekoladę w Wedlu, jak rodzą się dzieci w Szpitalu Praskim, jak odbywają się teatrzyki w Baju (oraz można pobawić się lalką). Omówione są tak najważniejsze punkty na Pradze. Dla mnie zaskoczeniem była Katedra Świętego Floriana, bo audycja zaczyna się długim chorałem śpiewanym przez młodych księży. Nie sądziłam, że będzie to takie odprężające :) Można się w tych strzelistych dźwiękach zanurzyć i unieść do góry :) W sali są krzesła, można więc sobie usiąść i posłuchać wszystkiego. Jak wspominałam to (i opowieści na pierwszym piętrze) była ulubiona część zwiedzania dla Wiertki. 

W piwnicach zaś jest ekspozycja dotycząca Pragi dziś i jej historii z ostatnich kilkudziesięciu lat. Piwnice są wysokie, jasne, tyle że - dla klimatu - ściany są obłożone cegłą. Moje dziecko piwnic nie lubi, boi się. Zostawiłam ją więc przy szatni, dałam mój telefon i sama poszłam zwiedzać. Byłam już trochę zmęczona, nie chciałam zostawiać dziecka zbyt długo samego i niestety oglądałam szybko i pobieżnie. A można by tam spędzić sporo czasu. Były zdjęcia z mieszkań praskich - nie tylko młodych, przebojowych, ale także z tych biedniejszych kamienic, zwyczajnych ludzi. Były także słuchowiska, ale czas mnie gonił. Muszę tam kiedyś wrócić.

Spędziłyśmy w muzeum półtorej godziny, ale gdyby poświęciłam części w piwnicy tyle, ile bym chciała, to jeszcze z minimum godzinę by to zajęło. Muzeum jest świetne i każdemu polecam.

Do domu wróciłyśmy po południu, bym mogła trochę posiedzieć na kanapie z nogami podwiniętymi do klatki piersiowej. Tak odpoczywał mój kręgosłup. W niedzielę nie bolał, ale miała uczucie jakby ktoś wsadził mi tam kilogramowy odważnik. Na szczęście, z dnia na dzień jest coraz lepiej. 

poniedziałek, 19 lutego 2018
Szczęśliwego Roku Psa :)

W sobotnie południe wybrałyśmy się z Wiertką na świętowanie chińskiego Nowego Roku - Roku Psa. Spotkanie odbywało się w Centrum Wielokulturowym w mojej dzielnicy i przeznaczone było głównie dla dzieci. Najpierw miła, chińska para opowiedziała nam, jak wymawiać nazwy poszczególnych zwierząt patronującym chińskim latom, jak w ich języku brzmią poszczególne rodzaje psów w zależności od ich przeznaczenia (domowy, przewodnik, ratownik). Pokazali slajdy ze słynnymi osobami urodzonymi w Roku Psa. 

A potem było to, co dzieci lubią najbardziej, czyli warsztaty. Do zebrania były cztery stempelki, za cztery różne umiejętności. Jedną z nich było zrobienie maski psa, takiej w chińskiego teatru, więc słabo prawdziwego psa przypominała, bardziej demona :) Potem ułożenie wizerunku psa z klocków tangramu. Dla Wiertki najfajniejsze było przymierzanie chińskich ubrań - prześlicznych bluzek. Wreszcie ostatnia umiejętność, czyli napisanie pędzelkiem i tuszem ikony symbolizującej Rok Psa. Oczywiście, jedna z pań pokazywała nam jak ułożyć dłoń, jak pociągać kreski. Nawet ja usiadłam i wykaligrafowałam swój znak. Bardzo fajna sprawa. O kaligrafii będzie jeszcze niedługo ciekawy wpis. Dla chętnych, dwie panie kaligrafowały imiona. Po zebraniu wszystkich stempelków i wypowiedzeniu hasła, czyli - po chińsku "Szczęśliwego Nowego Roku", każde dziecko dostawało dyplom oraz czerwoną kopertę. Z okazji nowego roku chińskie dzieci otrzymują takie koperty od swoich rodzin. One dostają w nich pieniądze, Wiertka znalazła w swojej tatuaże z chińskimi ikonami i papierową laleczkę. 

Na zakończenie spotkania był jeszcze poczęstunek - chińskie pierożki z sosem sojowym, wodorosty z sezamem, można się było napić herbaty. Posiedziałyśmy jeszcze trochę.

By pozostać w klimacie, zabrałam Wiertkę do wietnamskiej knajpki, która jest niedaleko naszego domu. Ona tradycyjnie jada tam tylko ryż i surówkę, ja lubię kaczkę lub kurczaka na gorącym półmisku. W knajpce, na ekranie leciała jakaś wietnamska stacja muzyczna i przy okazji zobaczyłam, że u nich jest już wieczór (sześć godzin do przodu). W tle leciały głównie romantyczne ballady o tęsknocie, nieszczęśliwej miłości. Wnoszę to z linii melodycznej i smutnych min osób występujących w teledyskach :)

Super dzień, gdyby nie to, że rano obudziłam się z bolącym kręgosłupem. Ceniłam, niezmordowane dotąd, moje ciało, które wbrew prognozom ortopedów trzymało się dzielnie. Teraz akurat postanowiło sobie przypomnieć, że mój kręgosłup jest mocno krzywy. Nigdy jeszcze mnie tak nie bolał. W Centrum Wielokulturowym, w knajpce jeszcze po prostu to znosiłam. Jednak wracając spacerkiem do domu, zobaczyłam, że idę małym kroczkiem, powoli, niczym matka bliźniąt przed porodem. A ból zaczął promieniować na biodra. Staram się, jak tylko mogę unikać brania środków przeciwbólowych, ale wszystko ma swoje granice. Po powrocie do domu, wzięłam Ketonal, położyłam się na boku w pozycji embrionalnej, bo tylko tak bolało najmniej i zasnęłam. Gdy się obudziłam, było lepiej. Jednak własne dziecko komentuje, że jestem stara i leniwa :) Nieważne, że większość dnia spędziłam razem z nią, na atrakcjach. Ważne, że po południu padłam ;)

Poguglowałam trochę po internecie i to mogły być też korzonki lub rwa kulszowa. Super, dolegliwości starszych państwa :) Dotąd mi się to z moimi rodzicami kojarzyło :) Moim znajomym, którzy częściej cierpią na bóle kręgosłupa chciałam wyrazić współczucie i podziw, bo to jednak ciężka przypadłość.

Niedziela także była aktywna, ale o tym w kolejnym wpisie :)

piątek, 16 lutego 2018
Ku prostej drodze

Pisałam o spotkaniach w sprawie pracy, jakie odbyłam w poprzedni piątek. Jedno od razu zaowocowało drugim etapem we wtorek. Tak jak się spodziewałam, chodziło o chemię. Trwało niecałe dziesięć minut. Szefowa działu zadała mi kilka pytań i sama przyznała, że chodziło o to, że chciała mnie zobaczyć, poznać, sprawdzić czy pasuję. Dowiedziałam się także, że mój wiek był atutem bo reszta także jest w średnim wieku. Dziś miałam mieć spotkanie ustalające warunki współpracy. Na szczęście, nie byłam taka absolutnie przekonana, że mam robotę w garści. Tym razem spotkał się ze mną chyba sam prezes, szef wszystkich szefów w każdym razie i prawie godzinę maglował zadając "łatwe pytania". Chyba chciał sprawdzić, czy potrafię zachować zimną krew i mam refleks. A na koniec - ustalił ze mną typ umowy, zarobki. Od razu zaakceptował sumę, którą zaproponowałam (no, jeszcze w umowie zobaczę) i żałowałam, że nie podałam wyższej. Najwyżej by powiedział, że proponuje mniej. Jeśli nic się nie zmieni, nie posypie, to od 1-go marca powinnam zaczynać nową pracę. Teraz czekam mailem na formularze do wypełnienia i skierowanie do lekarza medycyny pracy.

Kłopotem jest to, że na marzec skomasowały się wizyty Wiertki u specjalistów - ortodonta, dwa razy pedagog, badania słuchu w szpitalu (z noclegiem), ortopeda. Takie były terminy, jak ją zapisywałam na przełomie roku. Muszę poprosić o pomoc jej ojca.

Tak jakby znowu na prostej.

Tagi: praca
15:55, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
środa, 14 lutego 2018
Walentynkowo

Zmiękłam w tym roku i Walentynki nie wzbudzają już aż takiej irytacji. Ale żeby nie było tak strasznie cukierkowo, to chropowaty wiersz o miłości znaleziony kiedyś na murze na Pradze :)

poniedziałek, 12 lutego 2018
Urodziny Pragi - 370

Warszawska Praga obchodziła właśnie swoje 370 urodziny jako miasto :) 10-go lutego 1648 roku, król Władysław IV Waza, na prośbę biskupów kamienieckich ustanowił tu miasto na prawie magdenburskim :)

Od kilku lat, w okolicach tej daty, dzielnica świętuje przez kilka dni. A w tym roku nawet ponad tydzień. Na większość wydarzeń się nie wybrałam, bo wieczory spędzam z dzieckiem w domu. Plan był bardzo fajny i rozległy, każdy mógł znaleźć coś dla siebie fajnego. Akurat spacery miejskie po dzielnicy już zaliczyłam, na potańcówki i koncerty głupio mi było wybierać się samej. Trochę żałowałam, że nie wybrałam się w sobotę na rekord jedzenia pyz :) Zjadło je jednocześnie ponad 370 osób :)

Za to wykłady uwielbiam i to jest mój typ energii :) Udało mi się dotrzeć na dwa. Oba miały miejsce bardzo blisko mojego domu, w pewnej klimatycznej kwiaciarni prowadzonej także przez pasjonatów historii dzielnicy. Jedno spotkanie poświęcone było ciekawostkom i przy okazji prowadzący opowiedział o dwóch, nieistniejących już kolejkach - jabłonowsko-karczewskiej i mareckiej. Obie linie należały do kolejek wąskotorowych, w dodatku (do czasów PRL) należących do prywatnych towarzystw. obie zostały zlikwidowane na rzecz poszerzania arterii, ulic. Istotnym argumentem za ich zniknięciem było także zagrożenie wypadkami (ludzie jeździli nimi "na winogronka" wisząc ze schodków) oraz kwestia ekologiczna (ogromne zadymienie). Zobaczyłam kawałek materiału filmowego z jazdy kolejką marecką i z nostalgią popatrzyłam na trasę, którą tyle razy pokonywałam autobusem, okolice gdzie mieszkałam z rodzicami. 

Na drugim wykładzie, w fajny sposób, przystępnie, przedstawił historię dzielnicy. Zaczął od ciekawej hipotezy, że to Praga jest starsza od Warszawy :) To tu najpierw osiedlali się przybysze. Z prawej strony rzeki ciągnęły się pola, lasy z dogodnym dostępem do wody i żeglugi, wyładowania towarów z łodzi. Gdy na lewym brzegu nad wodą widniała wysoka skarpa. Dobra ochronnie, co historia potem pokaże. I pierwsze osadnictwo na tych terenach, to gród na miejscu dzisiejszego Bródna. By zbudować chaty trzeba było usunąć drzewa. Ciężko było je wyrąbywać. Szybciej można to było zrobić wypalając las. Prażąc go. Stąd nazwa - Praga.

Gdyby Zygmunt II August doczekał się męskiego potomka, może Praga wyglądała by dziś inaczej. Jednak nastąpiły czasy wolnej elekcji i to na tutejszych terenach. Szlachta, duchowieństwo zaczęli wykupywać tutaj ziemie, by stawiać domy, w których można by się na czas wyborów zatrzymać. I to na prośbę duchowieństwa, król ustanowił w praskiej osadzie miasto. W XVIII wieku zaczęli ściągać także Żydzi, bo - ciekawostka - nie mieli wstępu do Warszawy bez opłacenia biletu za pobyt. A Praga przyjęła ich bez pytania. Dodam tylko, że osiedlali się nie w granicach miasta, bo to było długie wąskie, ciągnące się wzdłuż rzeki, ale tuż za rogatkami (dzisiejsza ul. Marecka). Potem te tereny - dziś Szmulki - także dołączyły do Pragi.

Z Warszawą Praga była połączona trzy razy mostami. Najpierw w XVII wieku, most drewniany (na wysokości ul. Ratuszowej), rozpinany przy brzegu (na łodziach), by przepuszczać statki. Most był niski - 2-3 metry nad wodą, więc po kilkunastu latach wczesnowiosenne kry lodowe zniszczyły go na dobre. W XVIII wieku zbudowano most na łodziach. Do dziś stoi budynek komory wodnej, gdzie pobierano opłaty za przejazd - jest tam praski Urząd Stanu Cywilnego. Przejście osoby kosztowało 2 grosze, zwierzęcia - 4 grosze, przejazd karety - 2 złote, wozu z towarem sporo drożej, a rozpięcie mostu by przepłynął statek jeszcze sporo drożej. Z opłat zwolnieni byli żebracy i żołnierze :) Na zimę most rozpinano i holowano do brzegu. Zimy były wtedy, jak zimy i po Wiśle można był bez problemu przejechać ;) I w końcu trzeci most, zbudowany w połowie XIX wieku - Most Aleksandryjski oficjalnie, ale zawsze nazywany Mostem Kierbedzia (od budowniczego), dziś na jego oryginalnych przęsłach stoi most Śląsko-Dąbrowski.

Oraz super ciekawostka - to na Pradze powstała pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa. Najpierw były to tramwaje konne, potem elektryczne. Jeszcze dziś, na budynku, na ul. Inżynierskiej, można zobaczyć oryginalne sztukaterie, obok kawałek torów, a w bramie (jeśli mieszkańcy pozwolą) ławeczkę dla motorniczych oraz tablicę na ogłoszenia. Potem zajezdnię przeniesiono na ul. Kawęczyńską.

Praga nigdy nie była spokojnym miejscem. Coś ma w sobie, co generuje napięcia. Najpierw najechały ją wojska szwedzkie, w czasie Potopu Szwedzkiego. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, Suworow dokonał rzezi Pragi, mordując większość mieszkańców. Miało to za zadanie złamanie oporu Warszawy - skutecznie. W roku 1868 (o ile nie pomyliłam roku, plus minus 3 lata), miasto strawił pożar. O ironio, Powstanie Warszawskie, które zrównało stolicę z ziemią, dla Pragi okazało się litościwe. Jedyną raną w obrazie dzielnicy było wysadzenie w powietrze Katedry św. Floriana. Wieść niesie, że katedra ocaliła sąsiedni Szpital Praski. Niemcy wysadzić chcieli oba budynki, jednak świątynia okazała się na tyle mocna, że dynamitu zużyto jak na dwie budowle. Za to potem, polityka lokalowa, wobec mieszkańców, sprawiła, że dzielnica stała się jedną z tych mrocznych, niebezpiecznych, zaniedbanych.

XXI staje się dla Pragi czasem, kiedy wreszcie nikt nie najeżdża, PR się poprawia. Tylko, czasami, niestety, w starych kamienicach wybuchają pożary... Niby jest spokojnie, ale dzielnica ma ochotę na kolejną awanturę.

Na wykładzie padło jeszcze sporo fajnych informacji, ale wpis byłby strasznie zagracony. Wybrałam to, co było dla mnie najciekawsze :)

sobota, 10 lutego 2018
Ku pracy

Nie chcę pisać o poszukiwaniu pracy, bo to ciągłe powroty do tego samego tematu od lat. Jednak czasami jest ciekawie, więc chcę :)

Piątek był zabieganym dniem. Zaczął się cykl, który po stronie plusów jest totalnie bezbolesny, ale jako minus mam rozbicie fizyczne - senność, zmęczenie, zawroty głowy oraz kłopoty z bystrością intelektualną.

A bystrość intelektualna była mi potrzebna, bo miałam dwie rozmowy w sprawie pracy :) Dwa spotkania, w dwóch różnych miejscach miasta, w dwóch przeciwnych kierunkach od mojego domu.

Pierwsze prowadził - moim zdaniem - przystojny mężczyzna, więc moje kłopoty z zachowanie bystrości od razu zniknęły. Szczególnie, że przepływ energii był fajny. Ma się tak czasami z niektórymi ludźmi. Plusem początku cyklu jest też to, że po dwóch tygodniach bycia subiektywnie kluchą, czuję się kobieco. Spotkanie było na tyle udane, że od razu ustalił ze mną datę kolejne rozmowy, w kolejnym etapie. I tu sukces może się skończyć, bo tę rozmowę będzie przeprowadzać bezpośrednia dyrektor działu, do którego aplikuję. Wiem, że będzie mnie zapewne wnikliwie przepytywać z konkretnych rozwiązań, jakie będą się wydarzań na tym stanowisku, będzie badań moje słabe strony. I to z tą osobą powinnam mieć doskonały przepływ energii, bo będziemy razem pracować osiem godzin dziennie i będzie mnie oceniać. Zobaczymy we wtorek.

Potem podróż przez prawie całe miasto, ponad godzinę. Na szczęście, na miejscu siedzącym. Miałam jeszcze siłę czytać książkę. Z drugą firmą było ciekawie. Byłam już u nich, prawie miesiąc temu, na rozmowie. Dostałam wtedy maila z podziękowaniem, znaleźli kogoś innego. Standardowa formułka, że zachowają cv, bla, bla. Okazuje się, że nie standardowa tym razem, bo zwalnia się miejsce w innym dziale. Zadzwonili wczoraj i zapytali, czy bym nie chciała tam aplikować. Trochę doświadczenia w cv mam. Nie na tyle, by piastować samodzielne stanowisko, ale wystarczająco by być asystentem. Na miejscu okazało się, że rekrutacja dopiero się zaczyna. Byłam pierwsza, z którą rozmawiali. Z jednej strony źle, bo zapewne zaraz pojawi się na kolejnej rozmowie ktoś z lepszym cv, bardziej dopasowanym do tej branży. Z drugiej strony, jeśli wypadłam dobrze, to jest za mną "efekt pierwszeństwa" - najlepiej zapamiętuje się pierwsze i ostatnie wystąpienia. Rozmowa poszła w miarę dobrze, starałam się dopasować energetycznie do mojej rozmówczyni, która dla odmiany była stonowaną, spokojną osobą.

Minęło kilka godzin od wyjścia z domu i dotarłam do niego wypluta. Miałam jeszcze zamiar podjechać na dwa wykłady, ale nie miałam już siły. Oddaliłam się do symbolicznego, termin wzięty z kultury matriarchalnej, "czerwonego namiotu", który u mnie występuje pod postacią łóżka oraz pilota do kablówki.

Tagi: praca
12:53, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 lutego 2018
Po stronie minusów

Jest jedna na razie rzecz, która mi w tym roku raczej nie wyszła. A ciągnie się od poprzedniego. Mam kilka kont mailowych i pomimo pamiętaniu o "brzytwie Okhama" nadal je trzymałam. Każde z nich miało swoją rolę - jedno dla znajomych, prywatne, drugie dla urzędów i szukania pracy, trzecie do spamów. Oraz jeszcze trzy konta na gazeta.pl, ale to też miał swój pewien cel. Na co dzień używam bezcielesnej, tamte dwa są już uśpione.

Pod koniec poprzedniego roku, chciałam się zalogować na koncie spamowym. To takie konto, które podaje tam, gdzie proszą o adres mailowy, przy różnych portalach sprzedażowych. A od jakiegoś czasu, używałam go jako schowka - wrzucałam tam najważniejsze pliki z dysku, na wypadek, gdyby padł mi komputer. I okazało się, że nie mogę się zalogować. Nie działa hasło. Nie ma absolutnie mowy o tym, aby było zmieniane. Niestety, do odzyskania hasła miałam ustawione tylko pytanie pomocnicze. Odpowiedź była błędna. Ale ja te pytania starałam się ustalić jak najsprytniejsze, by nikt nie złamał ich kodu, więc prawdopodobnie sama stałam się ofiarą swojego sprytu.

Napisałam do BOK-u, ale odpowiedziano mi, że w tym przypadku muszę sprawę rozwiązywać jedynie telefonicznie. Infolinia była pod numerem, który wszędzie jest zastrzeżony i musiałam na swoim telefonie, w BOK operatora blokadę zdejmować. Obłęd. Niestety, to nie koniec kłopotów. Na linię nie można się dodzwonić. Czekasz oczywiście na połączenie z konsultantem, słyszysz, że jesteś trzecia, potem druga. A potem rozłącza połączenie... Po kilku minutach. A każda taka próba to kilka złotych do rachunku w plecy. Po kilku próbach dałam za wygraną. Nawet może zacisnęłabym zęby, odczekała te miliony minut na konsultanta. Ale oni zrywają połączenie. A z moich bardzo starych doświadczeń, z pracy na infolinii, widzę, że w tym dziale telefonicznym BOK pracuje tylko jedna osoba zapewne. Albo telefon jest połączony z działem, który odbiera maile i obsługuje go ktoś, kto akurat ma chwilę wolną, Czyli nikt.

Na szczęście, jak pisałam, to głównie skrzynka do spamu. Próbuję sobie przypomnieć, jakie mogą być na niej jeszcze materiały, których już w żaden sposób nie odzyskam (a są ważne), ale przypomina sobie tylko jedne zdjęcia.

Nauczkę miałam taką, że do wszystkich innych kont ustawiłam teraz opcję odzyskiwania hasła za pomocą konta pomocniczego i sms-a.

I zaczęłam się zastanawiać nad założeniem konta w chmurze, by tam przenieść rzeczy z dysku. Jednak znam, używałam w pracy tylko dropboxa. Nie wiem, czy coś nowego pojawiło się od tamtego czasu.

Tagi: mail życie
10:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi