To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 02 maja 2018
To ja jestem drogą

Ostatnio przypomniał mi się te obrazek. Autorem jest Eric Johansson. Idealnie oddaje kliamt tego bloga :) Aż żałuję, że nie mogę go wykorzystać :)

 

 

Tagi: życie
19:19, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Pitowo

Coroczny cierń w tyłku, czyli wypełnianie PITu. I to na moje własne życzenie.

Nie wiem, nie mam pojęcia, nie ogarniam dlaczego tak mam. Nie lubię wypełniania deklaracji podatkowej, zazwyczaj mam z tym jakieś trudności, to żaba, której nie chce mi się połknąć.

W tym roku miało być inaczej :) Siadam od razu, jak tylko skompletuję oba pity i wypełniam. Fundację, dla której chciałam przeznaczyć 1% szybko wybrałam. I tak jakoś, niepostrzeżenie, na zasadzie "jutro nad tym zasiądę", nie wiedzieć jak, a zrobił się ostatni tydzień kwietnia. A żaba do połknięcia zaczęła przebierać udkami.

To usiadłam. Bardzo dobrze, że tydzień wcześniej. Bo okazało się, że nie mogę wejść na stronę do wypełniania PITów on-line. Akurat na stronie fundacji był bezpośredni przycisk. Strona nie chciała się załadować. Podejrzewałam, że to kwestia sprawności mojego komputera. Tym bardziej, nie dałoby się zainstalować programu na dysku. Ani z sieci, ani z płytki, bo wejście na nie od lat już nie działa. Moja kochana maszyna do pisania, z możliwością wolnego przeglądania internetu :)

Były osoby, które zaofiarowały, że wypełnią mi ten PIT u siebie, za co im dziękuję. Jednak deklaracje o dochodach, to jak dokumentacja z gabinetu ginekologicznego, gdy masz już za sobą grzybice i chlamydie. Nie chcę by ktoś wiedział, ile zarabiałam. I to nie dlatego, że to taka wielka kasa. Wręcz przeciwnie. Wstydzę się, że jestem taka uboga :)

Skorzystałam w końcu z laptopa u Byłego. Było jak z wizytą u dentysty. Niby może boleć, będzie ci to urządzenie bzykać nad uchem, a okazuje się, że cała wizyta trwała kilka minut. Nie mogłam wysłać deklaracji on-line, bo chcieli ode mnie sum za 2016 rok. Nie miałam ich przy sobie i wkurzało mnie, że muszę się uwiarygadniać jakimiś kolejnymi danymi. Wydrukowałam to dziś rano i wysłałam pocztą do urzędu. Czyli, jak zwykle, w ostatniej prawie chwili :)

Ale zwrot będzie zacny :)

Tagi: życie
23:09, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 kwietnia 2018
Literacko o Chinach

Całkiem przypadkiem, kręcąc się pomiędzy półkami w bibliotece, natknęłam się na powieści Anchee Min. Leżała w dziale powieść amerykańska, ale byłam świeżo po lekturze powieści Amy Tan - tych których jeszcze nie czytałam - i dalej miałam ochotę zostać w Chinach.

I było to nawet dobry pomysł. Anchee Min urodziła się w Chinach, przeżyła jako dziecko najgorsze momenty rewolucji kulturalnej Mao, była aktorką w chińskich reżimowych filmach, aż w końcu wyemigrowała do Stanów. Mogę wierzyć, że to w jaki sposób przedstawia Chiny jest w miarę rzetelne i prawdziwe. 

Zaczęłam od "Madame Mao", która moim zdaniem literacko jest słaba, ale jeśli kogoś interesuje życiorys - ani idealny, ani kryształowy - żony Mao, to zachęcam. Potem był "Dziki imbir", może trochę autobiograficzny. To powieść, którą do połowy czyta się ze smutkiem i bólem. Dokładnie i drobiazgowo przedstawione szczegóły i detale życia ludzi zatopionych w rewolucji kulturalnej. Dwie bohaterki, to młode nastolatki, potem wchodzące w życie kobiety, z których jedna jest dzieckiem wrogów ludu, czyli Francuza i Chinki. A przez to jest szykanowana, gnębiona, odtrącana przez rówieśników. By odpracować grzechy swoich rodziców z całych sił stara się być jak najlepszą maoistką, nawet jeśli kosztem jest wyparcie się rodziców i opluwanie ich pamięci. Boleśnie się to czytało. Pomimo tego, polecam. Dla mnie to interesujący obraz socjologiczny pokazujący jak żyli ludzie w tamtych czasach.

Na końcu była dwutomowa biografia - "Cesarzowa Orchidea", "Ostatnia Cesarzowa" - Orchidei, Pani Jehonala, cesarzowej Cixi, ostatniej cesarzowej Chin. Tu czytając miałam mieszane uczucia, bo biografia jest mocno subiektywna i przetworzona przez Min. Widać, że wybiela ona, usprawiedliwia swoją bohaterkę. Z krótkiej notki z wikipedii, gdzie słusznie używa się często wyrazu "prawdopodobnie" wynika, że cesarzowa była dość okrutną i bezwzględną władczynią, oskarżaną o doprowadzenie do śmierci syna, synowej i siostrzeńca (kolejnego cesarza).

Powieść ma jednak jedną dobrą warstwę. Anchee Min, ponownie, drobiazgowo, plastycznie, z najdrobniejszymi detalami opisuje komnaty, grody pałaców Zakazanego Miasta, szaty cesarskie, rytuały na dworze, zależności społeczne, oraz po prostu zwyczaje jakimi kierowali się ówcześni Chińczycy. Dla kogoś, kto chce wejść na chwilę w ten świat, to jest piękne, bo masz kolorowy film w wyobraźni.

Orchidea wygrywa w ogólnokrajowym konkursie na małżonkę i konkubiny cesarza. Pokonuje kilkaset rywalek. Cesarzową zostaje ktoś inny, Pani Niuchuru, ale ona zostaje jedną z pięciu konkubin. Wchodzi w zamknięty świat, który jest pełen przepychu oraz prestiżu, ale jest złotą klatką zakleszczoną dookoła członków cesarskiej rodziny. Świat gdzie w każdej chwili możesz, z byle powodu zostać skazaną na śmierć - to znaczy pozwolą ci się samej powiesić na szalu - a wszyscy dookoła czyhają, by ten powód ci podrzucić. Świat, gdzie jedynym sprawnym mężczyzną jest cesarz, a wszyscy inni dookoła - usługujący, pracujący w pałacach Zakazanego Miasta - to eunuchowie. Trochę sprzedajni, trochę knujący. Porażającym wątkiem jest właśnie ten o okaleczonych chłopcach. Kariera eunucha to była możliwość zdobycia majątku, wpływów, życia w luksusie. Dlatego całe rzesze biednych rodzin, okaleczało swoich synów i wysyłało do Zakazanego Miasta z nadzieję, że dziecko dostanie się na dwór.

Cesarzowa Cixi miała trudne zadanie. Jej Chiny są powoli rozgrabione przez Anglię, Francję, Rosję, Niemcy. Dołącza do nich Japonia. Wielkie cesarstwo, środek świata, centrum myśli intelektualnej i innowacyjnej staje się kolonialnym placem zabaw. Czytam powoli jak inne państwa uważają za naturalne wejść na terytorium obcego, by pouczyć je, że według nich niedobrze się w nim rządzi. Podejrzewam, że niektórzy moi znajomi pokażą mi, że dzisiaj dzieje się tak samo. Według Min, to jak dzisiaj myśli się o Cixi, to efekt kłamliwych i nieprawdziwych artykułów, jakie ukazywały się w prasie europejskiej w ostatnich trzech dekadach XIX wieku. Taki czarny PR, który się wykorzystuje, by umniejszyć przeciwnika. Może jest w tym też trochę racji.

Po lekturze tych powieści, ma też trochę przemyśleń nad różnicami pomiędzy Zachodem i Wschodem, ale to w innym wpisie.

piątek, 27 kwietnia 2018
Burzowo

Końcówka tygodnia jest burzowa.

W pracy mnóstwo rzeczy do zrobienia, bo klienci przed wyczekanym, wymarzonym urlopem, zawalają nam skrzynki zleceniami. Oni sobie będą odpoczywać, a robota będzie "Się" robić. Atmosfera była trochę podminowana, ale na szczęście wkurw był wyładowywany nie na kolegach, ale generalnie krążył w powietrzu. Bo coś krąży w powietrzu, jakieś wyładowania elektryczne.

Rano potknęłam się na schodach, zaczepiając butem o jakąś nitkę w spodniach i próbując ocalić zęby, rozbiłam kolano :)

Przed chwilą dziecko wyszło z łazienki. Słyszałam, że podchlipuje, ale myślałam, że znowu nie chce się jej jakiś filmik włączyć. Bo tak, niestety, pozwalałam jej zabierać tam tablet. Wróciła do pokoju szlochając głośno. Okazało się, że upuściła urządzenie na płytki i szybka pokryła się pajączkiem. Jej to nie przeszkadza, urządzenie działa, ale była załamana tym, że ja mogę być wściekła. Nie byłam, tylko ją przytuliłam, bo na serio strasznie płakała. Pobieżnie rzuciłam okiem na cennik napraw w necie i koszty mnie powaliły. Trzeba się będzie do pajączków przyzwyczaić. Jakoś. A to jedyne urządzenie, na którym mogę oglądać filmy. Muszę ten defekt przetrawić.

Jest jeszcze kwestia wypełnienia PIT - coroczny cierń w dupie. O tym będzie inny wpis.

Na serio, jestem zaskoczona, że nie wybuchły żadne zamieszki, mordobicie, albo atak zbrojny.

Idę zaparzyć melisę.

20:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2018
O małżeństwie jako sposobie na życie

Wczoraj, po wywiadowce, trochę żartobliwym tonem poprosiłam moje dziecko by zastanowiło się nad sobą, szkołą i jak ma wyglądać jej przyszłość w takim razie.

- Ja będę miała męża. - usłyszałam.

- Postanowiłaś wyjść za mąż i być w domu?

- Tak, wyjadę do Japonii i będę miała męża.

Moje kontrargumenty, że zamiast mnie, to może mąż będzie jej dyktował co ma robić, zignorowała. Jest chyba przekonana, że każdy chłopiec będzie się jej słuchał i robił, co ona mu każe. I nie wykluczone, że tak właśnie będzie.

Już wcześniej zastanawiałam się, jaki przykład jej daję. Doszłam do wniosku, że fatalny. Wstaję świtem (wszystko przed 9-10:00, to dla mojej córki świt), pracuję do nocy (bo przecież kończenie o 16:00, to nie jest normalne), nie mam ciągle pieniędzy, mamy dom wypełniony starymi meblami i sprzętami, nie wyjeżdżamy na wakacje w piękne miejsca,  jestem zmęczona, poddenerwowana.  Bycie dzielną i niezależną, to żaden fajny model. Moja córka chce żyć wygodnie i spokojnie. A wygodnie i spokojnie żyją dla niej te mamy, które mają mężów i wianuszek rodziny do pomocy.

Nie widziała nigdy - na szczęście - rodziny nieszczęśliwej i tragicznej. Tam gdzie jest przemoc, kłótnie, awantury. Dla niej rodzina to miły obrazek, jaki widzi w domach koleżanek. Dla niej ideał kobiety, to żona i matka.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018
Szkolnie

Zaliczyłam dziś wywiadówkę szkolną. Udanie, bo na osobiste grillowanie przez wychowawczynię umówiłam się w innym terminie.

Ale zauważyłam pewną zabawną rzecz. Dziś dzieci pisały pewien test, którego nawet nazwy nie zapamiętałam. Wiertka oczywiście też o nim zapomniała, dzięki czemu nie była zestresowana przez cały weekend. A dzięki temu, że jestem matką w porywach, to nie miała przez weekend ćwiczeń tego testu. Bo okazało się, że inne dzieci przerabiały ten test na egzemplarzach z poprzednich lat. Pewnie nie wszystkie, ale były takie. Weekend, piękna pogoda, czas odpoczynku, ale nie - trzeba tłuc test by, jak zacytuję "sprawdzić, w czym dziecko jest słabe". Test zrobiony na samej lekcji, dzisiaj, już by tego, w czym jest słabe nie pokazał. Jedna z matek skarżyła się, że inne szkoły będą go pisać w czwartek, a nasza szkoła robiła test sprzed dwóch lat. A przecież niektóre dzieci mają go przećwiczone. Straszne. Ja uważam, że dzieci go pisały, by się same sprawdzić przed sobą,  a nie by osiągać szczyty w rankingu.  Mama przyznała mi rację i nadal nie mogła odżałować, że nie było testu z tego roku.

Po wywiadówce, zapytałam Wiertkę, jak poszedł jej ten test. Odrzekła, że był prosty, jak dla pierwszej klasy. Zobaczymy. Optymizm mojej córki jest legendarny.

Dziś był też dzień otwarty w pobliskim liceum społecznym. Sama jestem jego absolwentką. Jakiś czas temu, liceum utworzyło też gimnazjum, a teraz - w obliczu zmian - uruchomiają podstawówkę. Teraz będzie tworzona nowa klasa IV. Zastanawiałam się, czy nie przejść się tam z córką. Zobaczyłybyśmy, pogadały, oceniły. Jednak, spojrzałam na wpisowe, opłatę za świetlicę, czesne wreszcie. Nie są to duże kwoty - dla wielu ludzi. Niestety, nie mam możliwości zablokowania takiej kwoty co miesiąc. Byłabym na granicy płynności finansowej. Gdybym miała pełną rodzinę, z drugą pensją, to bym zaczęła zastanawiać się dalej. I jeszcze, taka szkoła, to zobowiązanie finansowe na osiem lat - cztery szkoły podstawowej, cztery liceum. Moje życie jest przewidywalne tylko na najbliższy kwartał. Jak poślę dziecko do szkoły społecznej, to nie mogę jego przecież potem przenosić. Dlatego, tylko na rozważaniach się skończyło. Nie zabierałam tam nawet Wiertki, bo bałabym się, że jej się bardzo spodoba i będzie smutna.

Jedna z koleżanek, podpowiadała mi kiedyś, że przecież są stypendia, można wydeptywać, dyskutować o obniżkach. Moje dziecko nie jest na tyle dobrym, wybitnym uczniem, by tego od jakiejkolwiek szkoły oczekiwać. A za urok osobisty rabatów nie dają.

19:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 kwietnia 2018
Weekendowy szał zakupów

Po ostatnim weekendzie, który trwał tylko jeden dzień i tygodniu pracy, w piątkowy wieczór byłam tak zmęczona, że aż zła. Tak chyba reaguję na duże zmęczenie. Jestem podrażniona, poirytowana i wszystkich bym gryzła. W sobotę nie obudziłam się bardzo wypoczęta, bo nadal bym warczała :) Nie śpieszyłam się z wyskakiwaniem z łóżka, potem coś ogarnęłam, zrobiłam obiad i dopiero wtedy pojechałam z Wiertką na plac zabaw. Byłam tam umówiona z koleżanką, która zjechała na chwilę z Francji. Ona już od rana bawiła się z dziećmi w parku liniowym. Ja odpuściłam.

I okazało się, że siedzenie z gorącą kawą, w pełnym słońcu, przy pogaduszkach, pomogło mi. Napięcie spłynęło. Dodam, należę do grupy osób, które mogą pić w upał gorące napoje. Podobno, to pomaga na przegrzanie. 

Gdy wracałyśmy z Wiertką do domu, zajrzałyśmy jeszcze do centrum handlowego. Musiałam kupić mojemu dziecku kolejne buty. I to nie dlatego, że lubię jak ma ich kolekcję. Niestety, jakbym nie była oszczędna, a raczej skąpa, to jedna para na sezon, to teraz za mało. Pantofelki, które kupiłam ponad miesiąc temu, wyglądają tak, jakby zmaltretowały je szczęki amstaffa. Potrzebujemy jeszcze minimum pary, by nosić je na zmianę.  Na szczęście, sandałki kupione latem, nadal są dobre. Było trochę łez (zacytuję moją córkę: "Ja przeżywam"), bo przepiękne sandały kończyły się na rozmiarze 35. W dziale dziecięcym, ciężko było z 36 i 37, a w dziale kobiecym fasony były trochę jak na dziecko za poważne. I nie wydam ponad 140 złotych na buty, które moje dziecko rozniesie do lata, a do jesieni wyrośnie. Na razie kupiłyśmy trampki i stanęłyśmy przed odważnym wyzwaniem nauczenia wreszcie Wiertki wiązania sznurowadeł. Wiem, powinna to już umieć. Ja wiązałam mając sześć lat. Inne czasy, inne obuwie. Dla usprawiedliwienia - ja chodzę w butach kupionych rok, dwa lata temu i nie planuję dokupowywać.

Potem zajrzałyśmy do sklepu kosmetycznego, gdzie kupiłam wodę toaletową. Najpierw, moje dziecko nie mogło zrozumieć, po co nam woda do kibla :) Dotąd używałam wody podarowane mi przez koleżankę, która kupowałam je w Victoria's Secret w NY (zanim pojawił się w Polsce). Miałam je od dawna, nawet chyba od 3-4 lat. Kłopot był też w tym, że przez ostatnie dwa lata, nie znosiłam na sobie zapachów. Mydło, antyperspirant oczywiście. Nic więcej. Miało to związek z moim nastrojem. A teraz chcę pachnieć. Wybrałam zapach kwiatów wiśni, a Wiertka - okazało się, że z karta klienta, którą mam, drugą wodę mogę mieć gratis - zapach zielonej herbaty. Powiedziała, że będzie się psikać na imprezy :)

Kupiłam jeszcze upominek świąteczny dla mojej cioci, bo my dostałyśmy od niej prezenty na gwiazdkę, ale ja - ze względu na kłopoty finansowe - nie mogłam się zrewanżować. I na koniec, pewna promocja z książkami - kup 3, a czwartą dostaniesz za darmo. A ja znalazłam kilka ciekawych. Kiedy to ja kupowałam ostatnio jakieś książki? A co tam.

Jak widać, do końca miesiąca, będę żyła ascetycznie :)

W niedzielę, Wiertka była na warsztatach teatralno-cyrkowych :) Uczyła się kręcić talerzami na kijku i robiła z innymi dziećmi totem indiański :)

A jutro do pracy. I nawet jest mi z tego powodu przyjemnie :)

piątek, 20 kwietnia 2018
Raport blogowy

Piszę tak bardziej informacyjnie, co się zmienia.

Wolny, do niedawna czas, wykorzystałam na przeczytanie wszystkich moich wpisów i otagowanie ich. Lektura była fajna, bo wracałam do niektórych wydarzeń, spraw. Z tagami, niestety, nie posłuchałam "brzytwy Okhama" - "nie mnożyć bytów nad potrzebę" - i jest ich mnóstwo. Mam nadzieję, że jest to czytelne.

Jest to jeszcze plan w powijakach, ale powstaje blog literacki i profil na facebooku. Przeglądam moje teksty. Oczywiście, kiedy planowałam założenie takiego bloga, wydawały mi się znośne. Teraz są okropne :) Nie teraz, ale w dość bliskiej przyszłości pochwalę się.

Tagi: blog życie
20:35, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 18 kwietnia 2018
Bridget w wesołym miasteczku

Mam za sobą dzień pod napięciem :)

W okolicy przyjechało na tydzień wesołe miasteczko. Byłyśmy już tam w niedzielę. Wiertka wyciągnęła mnie na autodrom. Dawno temu pisałam, że nienawidzę go. W dzieciństwie i młodości nigdy nie wsiadłam do samochodzika. Zrobiłam to dopiero, jak miała dziecko, ale też okupowałam to stresem :) W niedzielę uznałam, że Wiertka może spróbować sama kierować, a ja posiedzę obok. To miało być niby mniej stresujące. Dziecko radziło sobie świetnie. Ja gorzej, bo ciągle chciałam jej wyrywać kierownicę, mówiłam żeby zwolniła, albo już skręcała. Teraz rozumiem dlaczego niektórzy kierowcy nie dają rady psychicznie być pasażerami :)

Dziś był dzień 50% obniżki cen za bilety. Wiertka chciała aż dwie rundki na autodromie. Trudno. Wytrzymam. Okazało się, że niekoniecznie. Znowu pozwoliłam jej prowadzić, nie wzięłam tylko pod uwagę, że dziś było więcej ludzi i pojawiła się grupa z zanikającego już zakresu gimnazjum. Wszyscy jeździli szybciej, obijali się o siebie. Wiertka jakoś wyrabiała, ale tym razem miała problemy z hamowaniem.  Ja miałam mocno obite nogi, nie widziałam czego się trzymać, okulary latały mi po twarzy. Aż w którymś momencie, zaliczyłyśmy dzwon, a moje okulary wyleciały do przodu i spadły na nawierzchnię autodromu jakiś półtora metra dalej. A samochody dalej jeździły... To były jedne z najgorszy sekund mojego życia. Widziałam jak jeden omija moje szkła o centymetry. Zapomniałam o klasie i godności, krzyczałam "Zatrzymajcie to!" po kilka razy. Na szczęście, koordynator na chwilę zatrzymał samochody i podał mi okulary. Najlepsze, że nikt w nie nie wjechał.

To jeden z tych momentów, kiedy dzieje się coś absurdalnego, jak z idiotycznej komedii, a ty nic nie możesz zrobić. I trzeba było jeździć dalej. Ja czekałam, kiedy się to wreszcie skończy, Wiertkę biedactwo bolał brzuch. Pocieszałam ją, żeby jechała spokojnie i zaraz wyjdziemy.

A jak wyszłam, to wymieniłam bilet na drugą kolejkę na inną atrakcję dla dziecka. Zapowiedziałam, że nigdy nie wsiądę w to naczynie demonów.

Potem stanęłam na trawie, uświadomiłam sobie, że ktoś mógł to nagrywać i za moment pół świata będzie miało ze mnie ubaw. I sama zaczęłam się głośno śmiać.

Tego dnia jeszcze zerwały mi się korale i rozsypały na trawie, a gdy zmywałam naczynią wieczorem, nóż rozciął mi palec.

Wszechświat zaserwował mi chyba ucięty łeb konia :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Warsztatowo

Ostatnia sobota przypomniała mi dawne czasy, przed narodzinami dziecka, gdy chodziłam na różne warsztaty. Tamte były psychologiczne, skierowane bardziej do poznawania siebie. Te były typowo konsultingowe i wszystkich innych uczestników już znałam. Na cały dzień, szkolenie miała cała moja firma. Niecałe czterdzieści osób, żaden tłum. Jak wspomniałam, nie są to szkolenia z umiejętności twardych - księgowość, sprzedaż (choć na takie też można wnioskować). Ich celem jest bardziej skonsolidowanie firmy od strony pracowników. Są raz w roku, za każdym razem z innego obszaru. Ostatnim razem, ludzie rozpoznawali swoje typy osobowości, łączyli się w osobowościowe grupy, albo próbowali współpracować z typem antagonistycznym. Minęło wiele miesięcy, a oni do dziś czasami tak się określają.

To nie jest miejsce, by zdawać szczegółowe sprawozdanie, ale niektóre zadania miały ustalić w grupach, jakie "przekonania", a tak naprawdę rzeczy przeszkadzają w funkcjonowaniu w firmie. Byliśmy podzieleni na grupy, a okazało się, że każda miała podobną listę. Inne zadania miały określić, w jakim zakresie - tu już siedzieliśmy działami - poszczególne grupy mają wpływ na obrót firmy. Można myśleć o tym różnie, ale plusem z tych dyskusji było przeświadczenie, że każdy pracownik ma wpływ na to, czy firma zarabia, czy nie. Jak finanse firmy pikują w dół, to w plecy dostają wszyscy. Sama dotąd miałam przekonanie (wynosząc doświadczenia z poprzednich miejsc pracy), że główny ciężar spoczywa jedynie na dziale sprzedaży, a cała reszta nie ma o tym, co się dzieje w finansach pojęcia. W tej firmie, wgląd w codzienny przychód ma każdy, trzeba tylko umieć wykorzystać odpowiednią funkcję w systemie. Większość wie, że ma na to bezpośredni wpływ, co znowu obaliło moje dotychczasowe przekonania, że tym przejmują się tylko działy sprzedaży, a wszystkie inne są jak dzieci - myślą, że pieniądze szef wyciąga ze ściany.

Inną sprawą jest, czy fajnie jest jako pracownik przejmować się tym, jak mogę wpłynąć na zwiększenie obrotu firmy, w której pracuję. Jeśli o tym miejscu myślę w kategoriach pracy na lata, długie lata, to ma jakiś sens. Jeśli to tylko krótki etap, to nie. Jeśli lubi się swoje miejsce pracy, to takie dyskusje nie przeszkadzają. Jeśli przychodzi się do pracy za karę (a poznałam mnóstwo takich ludzi), to będzie to wkurzające.

A po szkoleniu pojechaliśmy do knajpki, gdzie na koszt pracodawcy mogliśmy zjeść i napić się. I to był właśnie ten fajny moment, bo w ciągu tego wieczora poznałam lepiej ludzi z innych działów, mogłam sobie z nimi pogadać, stali się bardziej ludzcy. W dodatku, Były przysłał informację, że Wiertka zostanie u niego na noc, więc bawiłam się do późna. Lubię ludzi, lubię z nimi przebywać. Nie zawsze jest to wzajemne, ale nieustannie staram się tym nie przejmować. Inaczej dawno zamknęłabym się w domu.

W niedzielę byłam mało przytomna. Po obiedzie, wybrałam się z Wiertką do wesołego miasteczka, na plac zabaw. Dobrze, że będę mogła odebrać sobie dzień wolny.

Tagi: praca
19:37, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
Tagi