To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 27 września 2017
Wychowawczo

Wrócę wreszcie do spraw szkolnych. Mam za sobą wywiadówkę szkolną dwa tygodnie temu i krótką rozmowę z wychowawczynią tydzień temu, i rozmowę telefoniczną z pedagogiem szkolnym, i kilka rozmów z dziećmi z klasy. Z dzieciakami to stąd, że gdy przychodzę po Wiertkę, zazwyczaj jakieś dziecko podchodzi do mnie i opowiada, co moja córka dziś nawywijała.

 

Od wychowawczyni usłyszałam cała listę skarg. To już trzecia klasa, a zachowanie się nie poprawia, a nawet pogarsza. Już nawet nie mam ochoty rozpisywać się. Chodzenie po klasie, rozbieranie, gadanie, śmianie, skupianie na sobie uwagi dzieci, rozśmieszanie ich, popisywanie się, nie wykonywanie poleceń, okazywanie złych humorów wobec nauczyciela (zmuszona do czegoś, zamiast położyć na stoliku pani swój zeszyt, prawie go rzuciła). Trzeba dawać dziecku leki na wyciszenie. Pedagog tłumaczyła mi, że Wiertka jest cała rozedrgana w większej grupce dzieci, rozkręcona, nabuzowana od nadmiaru bodźców.

Starałam się być rozumiejąca, współpracująca ze szkołą, ale w którymś momencie poczułam się gdzieś przy ścianie. I, że jakaś granica się przesuwa, bo już nie tylko dziecko jest łajane, ale także ja. Bo to ja dopuszczam do takiego zachowania dziecka. Słyszę, że mam stawiać granice, zabraniać, nie pozwalać na wszystko. Słyszę po raz tysięczny. A przecież stawiam granice i nie pozwalam na wszystko. W dodatku, wychowawczyni, zarzuciła mi, że mam zbyt partnerskie relacje z dzieckiem. Może rzeczywiście nie jestem typową Matką. Często zdarza mi się być przy dziecku żartobliwą i sarkastyczną. Może nie powinnam? Bo dziecko strzeli sarkazmem w szkole i nauczyciele nie wyczują. I Wiertka sama z siebie jest typem dziecka, które nie wyczuwa granic pomiędzy sobą, a dorosłym. Dorosły może uznać, że nie jest odpowiednio poważnie przez moje dziecko traktowany. Inny może stwierdzić, że to bardzo śmiała i kontaktowa dziewczynka.

Cały wpis byłby zbyt obszerny, więc może jutro podam kilka przykładów zachowań mojego dziecka i tego, jak sama Wiertka wytłumaczyła mi swoje zachowanie.

Pomyślałam też jedno. Starsza siostra Wiertki też miała ADHD. Tyle, że policzyłam szybko. Gdy jej brakowało trzech miesięcy do ósmych urodzin (dziecko majowe), kończyła dopiero pierwszy semestr I klasy. Nauczycielka dopiero sygnalizowała, że dziecko jest nadpobudliwe i dopiero zaczynały się wizyty u psychologa. A moja córka, na tym samym etapie, zaczyna III klasę, ma za sobą cztery semestry bycia krytykowaną przez wychowawczynię. I oczekuje się od niej, że wreszcie będzie grzeczna. Przecież gdyby Wiertka urodziła się trzy tygodnie później (w styczniu 2010), teraz zaczynałaby dopiero I klasę! Czy oni tego nie widzą?!

Efekt jest taki, że jestem zła na szkołę. Na dziecko też, ale na szkołę trochę bardziej. Potrafią tylko robić listy zarzutów. Każde spotkanie kończy się wysłuchiwaniem,  jaka to moja córka jest zła i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Oraz komentarzem, że za kilka lat nie poradzę sobie z dzieckiem. Autentycznie nie mam ochoty pojawiać się już na wywiadówkach. Niech chodzi na nie jej ojciec i robi mi notatki. Zaczęłam rozważać zmianę szkoły po III klasie. Nie dlatego, że w nowej moje dziecko magicznie zrobi się grzeczne. Do tego miejsca straciłam serce. Wiem, że za Wiertką będzie się ciągnęła opinia dziecka trudnego, krnąbrnego, z problemami. Na starcie będzie tak odbierana. Sama pamiętam to z dzieciństwa. Byłam małym kujonem i gdy koło VI klasy przestałam się uczyć, nadal dostawałam dobre stopnie. Moje koleżanki, ciężej pracujące ode mnie, wiedzące równie wiele, dostawały stopnie gorsze, bo na wcześniejszym etapie nauki miały słabsze oceny. Już wtedy, jako nastolatka, widziałam tę zależność i z premedytacją czerpałam z tego korzyść.

A najsmutniejsze, że wie to też już moje dziecko. Z naszej rozmowy w tym tygodniu:

- I dostaniesz wtedy uwagę od pani. – coś skomentowałam.

- Przecież i tak dostanę uwagę. – odpowiedziała Wiertka.

Moja córka wie, że cokolwiek w szkole nie zrobi i tak zostanie to negatywnie odebrane.

 

15:33, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
niedziela, 24 września 2017
Wieczór panieński

W przyszły weekend wychodzi za mąż moja siostra cioteczna. I oto dostałam zaproszenie na jej wieczór panieński. Kompletnie nie mój klimat, moje pokolenie wstępowało w więzy małżeńskie bez tego zwyczaju. Choć pamiętam, że kiedy dwadzieścia lat temu, wychodziła za mąż moja przyjaciółka, to rozważałam to przez moment, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

Teraz widzę, że to obowiązkowy zestaw, gdy ślub bierze pokolenie urodzone w latach 90tych. O czym za chwilę.

Obawiałam się, że będę najstarsza na tej imprezie (siostra jest młodsza ode mnie o dziewięć lat) i będzie dziwnie, ale co tam. Fajnie jest spotkać się z ludźmi i pobawić w kuzynkami. Dopóki żyły nasze mamy, rodzina trzymała się blisko i często odwiedzała, teraz to się porozluźniało. Potem dostałam informację o wysokości składki i trochę oklapłam, bo mocno to przejechało się po mojej rezerwie tuż przed wypłatą. Nie chciałam jednak rezygnować z takiego powodu. Dodam tylko, że składka była dla mnie wysokości zaporowej i gdyby była wyższa, to jednak bym wycofała się. 

Wczoraj zebrałyśmy się pewnej kręgielni, która jest też salonem gier, knajpką, dyskoteką. A w soboty pełno tam wieczorów panieńskich. Jako, że pięć z naszej szóstki urodziło się przed 1989 rokiem, to jako jedyna ekipa wyglądałyśmy zwyczajnie :) Widziałam grupkę, gdzie panowie mieli te same koszulki z nadrukiem "Pan Młody", a panie identyczne czarne sukienki i wianki na głowie. Ciekawe jaką oni mieli zrzutkę. W innej grupce, dziewczyny miały dowolność ubioru (widać, że z własnej szafy), ale wszystkie były całe na czarno, w białych szpilkach i wiankach na głowie. Mogłam nie doszacować, ale wyglądali właśnie na osoby maks dwudziestokilkuletnie, czyli w ich życiu Walentynki i Halloween były od zawsze :)

Tak się złożyło, że na wieczorze pojawiły się prawie wszystkie wnuczki mojej babci (jedna jest za granicą) - ja i dwie siostry panny młodej, przyszła szwagierka młodej (jednocześnie żona naszego wspólnego brata stryjecznego) i przyjaciółka młodej :)

Przez godzinę grałyśmy w kręgle. Z całej grupy jak miałam największe doświadczenie w tej grze - grałam raz w 2003 roku i raz w 2008 :D A tak reszta, robiła to pierwszy raz i była trochę zestresowana pierwszymi rzutami. Potem siedziałyśmy przy stoliku pijąc drinki i robiąc pannie młodej krótki quiz z wiedzy o jej narzeczonym. Więcej zabaw w tym stylu nie znałyśmy. Jeszcze trochę potańczyłam na parkiecie. I okazało się, że jedziemy taksówką do innego klubu. Tam na młodą czekała niespodzianka, czyli jej ukochany :) Znowu były drinki i tańczenie. Tak gdzieś przed północą zrobiłam się już mocno zmęczona. Moja siostra (o dwadzieścia lat młodsza) wybiła mi z głowy powrót do domu komunikacją miejską, wsadziła do taksówki, razem z orientacyjną, podaną przez kierowcę opłatą za kurs. To ona była organizatorką i pilnowała funduszy.

Dziś miałam jechać jeszcze na dwa wykłady Festiwalu Nauki, ale jakoś zdecydowałam się odpoczywać w domu :) Pytałam się siostry, czy czasem nie przekroczyłyśmy budżetu i czy nie potrzeba czegoś dopłacić, ale twierdzi, że jest ok :)

piątek, 22 września 2017
Na każdego czeka książka, która go uwiedzie

Czasami widzę światełko w tunelu, jakim jest moje dziecko J

Wypożyczyłam nową partię książek do czytania. Wśród nich jest jedna opisująca Japonię – historia, kultura, obyczaje. Dużo graficznych ilustracji, duża czcionka. Myślałam, że takie jest zamierzenia – estetyka, te sprawy. Po powrocie do domu, zorientowałam się, że to książka dla dzieci J Prostsza składnia zdań, zwracanie się do czytelnika w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nie przejęłam się tym, bo fajnie opisane, ciekawe, piękne ilustracje. Pochwaliłam się tą książką dziecku. I wzięła ją przejrzeć w drodze do toalety. Tak, ma dziecko z gatunku tych, które lubi sobie dłużej tam posiedzieć i coś poprzeglądać. I okazało się, że ją to zainteresowało. Przeglądała, bo obrazki. A obrazki mają odnośniki do opisów. Nie czytała od pierwszego rozdziału, tylko kartkowała i jak zobaczyła ciekawy temat, to czytała – na przykład rozdział o kuchni japońskiej, przepisy, albo część o ubiorze tradycyjnym. W każdym razie, super, że sama z siebie coś czytała i była tym zainteresowana. Jak widać, nie ma dziecka nie lubiącego czytać, tylko nie każde trafiło na tematykę, która je wciągnie.  Tak idealistycznie pisząc.

Z moim bratem było podobnie. Jako dziecko nic nie czytał. Rodzice płacili mu od przeczytanej strony, bo martwili się o jego rozwój intelektualny J Aż, jako wczesny nastolatek, trafił na książki popularnonaukowe – fizyka, chemia, technika. I okazało się, że lubi czytać.

Tak pomyślałam, że może nie każdemu do szczęścia potrzebna jest proza, fabuła, historie. A na to kładzie się wielki nacisk na lekcjach języka polskiego i generalnie w samej idei propagowania czytelnictwa. Z własnego doświadczenia wiem, że to co czytasz mocno wpływa na twój język wypowiedzi, pisania. Uwielbiam reportaże i gdy pisałam tę swoją powieść, to gdzieś tam zdania były tym stylem nasiąknięte. A jak zabierałam się za prozę, to też inaczej już formułowałam zdania. Może więc to zmuszanie do czytania powieści jest po to, by potem obywatel mógł się ładnie i składnie wypowiadać. Jednak jak wypowiada się jak technik, to też przecież świat się nie zawala :)

Nadal mam nadzieję, że na każdego nie czytającego czeka jego książka, która go porwie :)

 

 

środa, 20 września 2017
Spacer po dawnym letnisku

Wczoraj miałam apogeum swojego złoszczenia i dziś obudziłam się spokojniejsza. Nadal jednak czuję, że straciłam serce do szkoły. Piszę tak tutaj, bo przecież nie nakrzyczę na dziecko, nie będę chodzić po domu i warczeć. A złość jest. Na szczęście, wiem jaka jest wewnętrzna przyczyna tej emocji, co jest tego źródłem i potrafię mniej więcej sobie wyliczyć, kiedy to minie. A jak wiesz, że zaraz minie, to po prostu starasz się doczekać bez szkód. Kiedyś było inaczej. Miotałam się, odreagowywałam. To jest trochę, jak u niemowlęcia – gdy czuje głód, to myśli, że tak było od zawsze i tak będzie zawsze, więc reaguje adekwatnie.

Żeby odejść na chwilę od tematu dziecka :)

W sobotę byłam na fajnym spacerze miejskim, po warszawskiej Falenicy. Podobał mi się już nie koniecznie ze względu na tematykę, ale przez to, że to przepiękna okolica, najbardziej chyba zielona, zanurzona w lesie dzielnica miasta (Falenica jest jej częścią). Po prostu fajnie było tak chodzić i oglądać różne artefakty :) Na jednej z ulic, ktoś rozpalił jesienne ognisko w ogrodzie i ten zapach w powietrzu, inaczej już padające światło, a pod koniec lekka szarówka, przypomniały mi czasy mojego dzieciństwa. Poczułam zmysłowo tamten czas. Grabiło się ogród, robiło kopczyk z pierwszych liści, patyków, papieru – śmierdzącego plastiku nie było, bo takie opakowania były rzadkie – i rozpalało ognisko. Uwielbiałam tak siedzieć i przyglądać się ogniowi. Robili tak inni sąsiedzi i cała okolica pachniała dymem z ognisk. Tak pachniała jesień. Wczesną wiosną było analogicznie, tyle, że – dla mnie – inaczej pachnie dym w ciepławym jeszcze powietrzu po lecie, inaczej w ledwo odmrożonym po zimie. Inaczej pachniała jesień, inaczej pachniała wczesna wiosna.

Wiem, dziś można za to dostać mandat.

Wracając do spaceru. Tematem była historia przedwojenna, wojenna i powojenna okolicy, a trasa obejmowała tylko jej część. Nie można było tego zrobić chronologicznie, tylko najwygodniej logistycznie, po możliwie krótkiej trasie. Dlatego raz była anegdotka z przełomu XIX i XX wieku, potem historia żydowska i przejście do PRL-owskiego obiektu. Dla mnie najciekawsze były początki. Linia kolejowa, którą dziś sporo ludzi jeździ do pracy, z taką trasą istnieje dopiero od lat 30tych XX wieku. Wcześniej, w Falenicy była stacja, ale najbliższa wcześniejsza to była dopiero… Warszawa Gdańska. Istniała też kolejka z Jabłonny do Karczewa, poprzez Warszawę Most (przy moście Kierbedzia). Dziś tory zostały zasypane, gdzieniegdzie wychodzą spod piachu, a budyneczek dworca jest małym zabytkiem.

Zrobię dygresję związaną z ową kolejką. W czasie II wojny światowej przewożono nią nielegalnie mięso świń – Karczew zwano Świniakowem. Oczywiście, Niemcy robili łapanki – zamykali barykadą okolice którejś ze stacji i przeszukiwali wszystkich. Wtedy, ze stacji wysyłano na rowerze gońca, który miał określony sygnał ustalony z maszynistami. Ci, widząc sygnał, gwizdali trzy razy. Z pasażerów, kto wiedział, ten widział, o co chodzi. Parowóz zwalniał, puszczał spory obłok pary i zainteresowani wyskakiwali.

Jeszcze do lat 80tych XIX wieku, Wawer to były lasy. Dopiero wtedy, w zakolu rzeki Świder (dziś to jest bliska okolica pod Warszawą), została przez Elwiro Andriolliego zakupiona i podzielona na działki ziemia. Dekadę później, było tam 40 letnisk, ale po I wojnie światowej, ich liczba zwiększyła się ponad dziesięciokrotnie. W dwudziestoleciu międzywojennym była to okolica letniskowa. Z rzadka mieszkano tam zimą, zjeżdżano na lato. Stałymi mieszkańcami byli Żydzi – w czasie II wojny światowej, część Falenicy zajęło getto, potem zlikwidowane, a mieszkańcy wywiezieni do obozów. Przewodnik pokazał nam fajny reprint przedwojennego folderu reklamowego. W formie książeczki – reklamy, ogłoszenia pensjonatów, domów wynajmujących pokoje.

Typowe stałe zasiedlenie na stałe, często zamieniając świdermajery na domy komunalne, to czasy powojenne. Świdermajery to temat na oddzielny spacer (były takie), oddzielne opowieści. Strasznie żal, że te budynki niszczeją i płoną :( Spacer trwał trzy godziny, przeszliśmy prawie pięć kilometrów. Wróciłam do domu, mocno zmęczona, ale takim fajnym zmęczeniem. Z uczuciem, że zrobiłam coś ciekawego.

wtorek, 19 września 2017
Raport

Niedługo będzie więcej wpisów. W sobotę byłam na fajnym spacerze miejskim, w niedzielę na przyjęciu urodzinowym bratanka.

Na razie, jednak,

edycja:

jestem podminowana, wkurzona. Bo tak.

Będą zaraz kolejne wpisy. I o spacerze, i o książkach, i o dziecku. O dziecku napiszę, jak ciśnienie mi spadnie. Nie tylko ze względu na dziecko, ale i wychowawczynię. Jestem tak wkurzona, że nie chce mi się iść na wywiadówki w tym roku :/

18:34, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 września 2017
Ciemna jaskinia / dom otwarty

Ballada o moim dziecku nabiera nowych, ciekawych zwrotek, ale część zostawię na oddzielny wpis. Wczoraj Wiertka dała mi nowy temat do przemyśleń. Jak na matkę stanowczo za dużo myślę i to mnie zgubi.

Okazało się, że napisała i już rozdała koleżankom, zaproszenia na pidżamówkę, która ma się u nas odbyć w noc z piątku na wieczór. Koleżanek będzie sześć, ale jedna ma przyjść z bratem. Dziewczyny już się strasznie cieszą, ustaliły gdzie która będzie spać, co będą jeść i że będą oglądać horrory J Mojemu dziecku jakoś wydaje się realne, że na łóżku dziecięcym zmieszczą się dwie dziewczynki i na niemowlęcym materacyku na podłodze (został nam jeszcze ze starych czasów) ta sama liczba osób takoż. Nie pytałam się już, gdzie ja mam niby spać, bo zaraz usłyszę, że reszta przyjdzie ze śpiworami. Mam nadzieję, że rodzice nie wezmą poważnie tych zaproszeń bez mojego numeru kontaktowego J Większość i tak go ma, albo pisze ze mną na FB.

Wytłumaczyłam małej spokojnie, że nie może jeszcze urządzić nocnego przyjęcia, ja wytłumaczę to rodzicom.

- Co ja teraz powiem koleżankom. – popłakiwała.

Przypomniałam jej, że na weekend jedzie do taty, więc ma wytłumaczenie dla koleżanek i żadna nie będzie miała żalu. To się przy okazji dowiedziałam, że ta pidżamówka do niedzieli wieczorem była przewidziana J J J  Popłakiwania, było jej żal, marudziła, że nigdy nie będzie mieć takiego przyjęcia, potem zapomni, a ona tak o tym marzy. Przemyśliwała przez chwilę, by przenieść imprezę do domu taty. Życzę powodzenia J Obiecałam jej, że w najbliższy wolny dla nas weekend pozwolę jej zrobić składkowe przyjęcia dla koleżanek. Będzie to dopiero w październiku, czyli dla niej ogromny szmat czasu. Dała się jednak przekonać.

Pomyślałam wtedy, a jak wspominałam, myślenie mi szkodzi jako matce. Bo ja i Wiertka mamy dwie odmienne strategie towarzyskie. Ja jestem fanką „domu zamkniętego” – jaskini, gawry ściśle strzeżonej, do której wpuszcza się z rzadka, zaufanych ludzi. Tak mam, trudno. Widzę, że Wiertka chyba kieruje się w kierunku „domu otwartego”, gdzie wolny wstęp ma każdy uznany za miłą i fajną osobę. Pamiętam z lat nastoletnich takie koleżanki – jakie by nie były plany na wieczór i weekend, to i tak cała ekipa kończyła siedząc w ich pokoju. Czasami ta wataha młodzieży okupowała dom od 14:00 do 22:00. Już wtedy podziwiałam rodziców moich koleżanek J Dziś mam też koleżanki, które lubią zapraszać znajomych, organizować przyjęcia, spotkania. Podziwiam je, bo też chciałabym taka być. Ale dla mnie wizyta w moim mieszkaniu, to jak we wnętrzu mojego ciała J

Jak wynika, w naszym mieszkanku będą zaraz żyły dwie kobiety mające inne potrzeby i inny zakres intymności. I teraz, co zrobić? Znam sytuacje, gdzie nie ma dyskusji, rodzic decyduje jak będzie wyglądać dom i dziecko ma się podporządkować. Kupi sobie własne mieszkanie, to będzie sobie organizować w nim swoje własne życie. A jak tak nie do końca potrafię. Bo za dużo myślę i rozumiem pragnienie mojego dziecka. I grozi mi, że za kilka lat będę miała w mieszkaniu sforę dojrzewających dzieciaków. Z drugiej strony – będę miała wtedy dziecko na oku. Nie będę się martwić, czy poszła naprawdę do tej koleżanki, do której miała iść, czy wróci bezpiecznie, czy nie włóczy się po bramach. I tak źle, i tak niedobrze J

A co do rodzinnych strategii, to odziedziczyłam borsuczenie po tacie. Moja mama była bardziej w typie Wiertki. Urządzała w domu huczne imprezy, imieniny, gdzie puszczało się na full disco-polo i tańczyło. Wtedy, gdy byłam nastolatką, nazi-muzyczną (tylko rock i grunge) te zabawy doprowadzały mnie do białej gorączki. W ich terminie chodziłam spać do koleżanek. Aż jedna z nich powiedziała mi, że zazdrości mi takich rodziców, bo potrafią się bawić, a jej matka ma kij w tyłku :) 

 

 

Tagi: córka
15:03, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 września 2017
Szkolna Odyseja, edycja 2017/2018

Rozpoczął się nowy rok szkolny i nowa wędrówka mojego dziecka poprzez meandry systemu edukacji. O ile jednak w baśniach, legendach, fantasy to bohatera spotykają przedziwne przygody, smoki i inne stworzenia, tak w tym przypadku, to owa kraina szkolna jest tratowana przez moje dziecko.

 

Piąty dzień nauki szkolnej i już pierwsza uwaga w dzienniczku (w sumie druga, bo pierwsza była już w czwartek, ale o włożonych podręcznikach do szafki, zamiast zabranych do domu, więc łagodnie). Wiertka na lekcji języka angielskiego chodzi po klasie, rozmawia, szczeka i nie słucha się poleceń. Szczególnie, to szczekanie mnie zadziwiło. Wytłumaczyłam, że pani ma za zadanie przekazać wiedzę dzieciom i jeśli ona jej przeszkadza, to te inne dzieci w klasie niewiele się nauczą przez Wiertkę. Pytam się raz, dlaczego tak się zachowywała. Milczenie. Pytam się drugi raz, spokojnie, z cierpliwością. Milczenie i spuszczona głowa, jak u psiaka, który narobił na dywan pod nieobecność właściciela. Pytam się trzeci raz:

- Nie wiem. – wydusiła cicho.

Ona nie wie. A ja mam wiedzieć i dodatkowo jeszcze mieć pomysł, jak ją przekonać do tego, by była grzeczna. Jak mam, u licha, sprawić żeby moje dziecko było grzeczne na lekcji, gdy ono samo nie wie, dlaczego tak się zachowuje?!

Bezsilna, zaczęłam mówić, że zaraz szkoła uzna, że nie jestem kompetentną matką, nie umiem wychować dziecka i trzeba przekazać to dziecko innej rodzinie. Czy Wiertka chce iść do innej rodziny, która wreszcie będzie potrafiła ją wychować? Pokręciła smutno głową. Nie podnosiłam głosu, nie krzyczałam, tylko spokojnie mówiła. Ja nie wiem jakich argumentów użyć. Ona wszystko natychmiast zapomina. Jaki argument może do niej dotrzeć? Wiem, że rozstanie z matką jest argumentem. Choć to okropne. Nie powinnam mówić dziecku takich rzeczy :( Wiem, wiem :(

 

Tagi: córka
15:13, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 września 2017
Z frontu zadań domowych

Będzie kilka historii z odrabiania przez moje dziecko prac domowych. W tym roku, na szczęście, pamięta co jest zadane i zabiera się do tego. Może jeszcze i nie ma co chwalić J

 

W tamtym tygodniu miała ćwiczenie polegające na uporządkowaniu i przepisaniu wyrazów w kolejności alfabetycznej. Takie przypomnienie alfabetu. Ja rzuciłam się szukać wydrukowanej i zalaminowanej kartki z literkami alfabetu (sama ją zrobiłam), z jakiej korzystałyśmy wcześniej. By dziecko nie musiało już w sieci szukać. Podejrzewałam, że bez tej pomocy zadania nie zrobi. Chodzę po pokoju, komentuję głośno, jak szukam, gdzie szukam, że zaraz będzie mogła ruszyć z pracą. Po kilku minutach podchodzę do niej i widzę, że ma już połowę ćwiczenia zrobioną. Razem z opisem był wypisany alfabet J

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Ja tu szukałam po pokoju. – zwracam jej uwagę z lekkim wyrzutem.

- Bo to było takie śmieszne. – odrzekło dziecko.

Taaaaak ;)

 

Tagi: córka
15:11, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 września 2017
Praga nie zbudowana - cz. 1

Udało mi się wczoraj wyrwać na fajny wykład w Muzeum Warszawskiej Pragi na temat Pragi, która była planowana, ale nie powstała. To spotkanie poświęcone było XIX wiekowi. Temat fantastyczny, ale niestety tego dnia miałam niedobory snu (o czym w którymś z wpisów będzie), ciśnienie ostro pikowało w dół, więc mocno walczyłam by nie zasnąć na krześle. Miałam jakieś dwa kwadranse takiego kryzysu.

 

Opowieść zaczynała się zaraz po rzezi Pragi (ostatnia bitwa insurekcji kościuszkowskiej), która jest chyba mało wzmiankowana w mediach, a pomniki i upamiętnienia są mało eksponowane, ale była prawdziwą rzezią – w kilka godzin wymordowano 20 tysięcy ludzi. Czyli została garstka mieszkańców. Oraz puste pola. Marzenie dla urbanistów.

I urbaniści mieli swoje marzenia. Wykład składał się głównie z omawiania planów urbanistycznych, wizji jak mogłaby Praga wyglądać. Wizji potem i tak nie tworzonych.  Będzie to czytelne raczej tylko dla warszawskich czytelników, ale XIX wieczna Praga, to był obszar od Wisły do ulicy Targowej, najdalej do ulicy Brzeskiej (strona północna) i Rondo Starzyńskiego (strona zachodnia). Na jednym z planów, widzimy trzy, czy cztery wjazdy do miasta, które idą ulicami promieniście biegnącymi ku mostowi, zbiegającymi się optycznie na Zamku Królewskim. Mogłoby to ciekawie wyglądać. Ciekawostką jest, że już w drugiej połowie tego wieku planowana była obwodnica miasta J I to w mnie więcej podobnym kształcie, jak budowana jest teraz J  

Dowiedziałam się też, że na zachód od Pragi stworzona była esplanada (niezabudowany, szeroki pas ziemi), oddzielająca miasto od twierdzy wojskowej, która sprawiła, że budynki powstały tam sporo później, dopiero w XX wieku.

Na jakimś innym wykładzie o historii Pragi, widziałam, że ziemia na tym obszarze podzielona była na podłużne pasy, każdy posiadający innego właściciela. Wydawało mi się to wtedy dziwne – co można zrobić z taką ziemią, jak ją zabudować? Na przykładzie fragmentu mapy Nowej Pragi – kwartał pomiędzy ulicami Wileńska, 11-go listopada, Inżynierska, Szwedzka, - zobaczyłam, jak było to robione. Mieściły się tam pod koniec wieku cztery pasy ziemi. Pierwszy z nich zabudowano kamienicami, stojącymi frontem do dworca Terespolskiego – czyli teraz ulica Wileńska. Przez środek kolejnego pasa poprowadzono ulicę, a boczną ziemie podzieloną na działki, na których stanęły kamienice. I tak dalej. Efektem są ulice – Mała, Stalowa, Strzelecka.

Na koniec obejrzeliśmy jedno zdjęcie ulicy Targowej z początku XX wieku. Przy okazji, dowiedziałam się, że jest to jedna z najszerszych ulic Warszawy i już wtedy taka była. Oprócz tego, że pędzono nią stado składające się z kilkudziesięciu krów, co innego jeszcze wzbudza zainteresowanie. Wzdłuż Targowej ciągnęło się sześć szpalerów drzew… Po jednym oddzielającym chodnik od ulicy i cztery szpalery idące jej środkiem (dziś tam są tory tramwajowe). Planowano jeszcze stworzenie ścieżki spacerowej na samym środku pomiędzy tymi wewnętrznymi drzewami. Żeby nie było tak idyllicznie, bo to przecież czasy carskie były, nie wolno było pomiędzy te drzewa środkowe wchodzić. Odgrodzono je od ulicy drutem, w późniejszych czasach metalowym płotkiem. Dopiero w latach 30tych XX wieku otworzono dla ludności.

Po wykładzie rozgorzała jeszcze gorąca dyskusja, ale niestety musiałam już wracać do domu.

Za tydzień będzie część dotycząca niezrealizowanych dla Pragi planów w XX wieku. Już się zastanawiam, jak się wyrwać.

 

środa, 06 września 2017
Szkolnie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Znowu trzeba będzie prasować białą bluzkę na dzień mundurkowy co poniedziałek. Kupiłyśmy nowy krawat szkolny, bo poprzedni został zgubiony. Dostałam go w wersji "wyprostowanej", co oznaczało, że trzeba go było zawiązać.

Zawsze byłam "anty stepfordzkim" typem kobiety, która nie widziała nic intymnego w zawiązywaniu krawatu mężczyźnie. Wszyscy z którymi miałam przyjemność potrafili zrobić to sami. Nie potrafię tego zrobić. Jednak człowieka to czasem dopada. Od czego są jednak tutoriale w internecie. Niestety, nawet filmik nie za dużo mi pomógł. Dopiero przy trzecim ledwo załapałam, o co chodzi. Ja wiązałam krawat na swojej szyi, bohater filmiku na swojej i widziałam akcję w lustrzanym odbiciu. Mój mózg tego nie ogarniał. Na szczęście, Wiertka mi pomogła. Zabijcie mnie, ale nie powtórzę tego ponownie bez filmiku i pomocy dziecka.

Na szczęście, w tym roku szkolnym też wszystkie zajęcia są na pierwszą zmianę. A obawiałam się, że tak nie będzie. Niektóre klasy mają na czwartą, czy piątą lekcję. A jeszcze VII klasy zostały.

Właśnie. Szukając pani pedagog, zapukałam przez pomyłkę do sali VII klasy i zobaczyłam, z zaskoczeniem, w środku kilkoro rodziców. Ja tu się zastanawiam, od której klasy nie przychodzić już z dzieckiem na rozpoczęcie roku szkolnego, a tutaj taka sytuacja. Zaraz jednak pomyślałam, że są zaniepokojeni reformą edukacji i chcą dowiedzieć się szczegółów związanych z programem nauczania, podręcznikami. Pewnie sama bym przyszła na takie spotkanie. Od razu, pierwszego dnia, nie czekała do zebrania rodziców.

Tagi: córka
19:20, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi