To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 10 kwietnia 2018
Bezsieciowa

Padł router od internetu. Serwisant może przybyć w godzinach mojej pracy. Może pod koniec tygodnia dotrze. Z telefonu ciężko się pisze dłuższe teksty, a w pracy sporo obowiązków.

Ale komentarze mogę czytać :)

20:10, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 kwietnia 2018
Sny przed pełnią

Pełnia była w ostatnią sobotę, jednak z wpisem zwlokło się do teraz.

Kiedyś co noc miałam wielowątkowe, skomplikowane, symboliczne sny. Odkąd urodziłam dziecko moje noce sobą przeważnie białe. Czasem to się zmienia. Przed pełnią właśnie. A jeszcze nałożył się na to hormonalny smutek.

I tak, w czwartek w kilku slajdach śniłam, że najpierw zwolnili mnie z aktualnej pracy. I czułam to co zwykle, rozpaczliwe odrzucenie. Jednocześnie, koleżanka z pracy negatywnie wypowiedziała się o moim zaangażowaniu w pracę. Wróciłam do domu, a na twarzy mojego dziecka pojawiły się najpierw krosty, potem białe bąble. Cała była tak pokryta. Za to w piątek śniłam o jakiś spotkaniach towarzyskich. Najważniejsze były ostatnie sceny snu - siedziałam w gabinecie lekarskim, a lekarz po obejrzeniu wyników badań, wypisywał mi skierowanie na oddział onkologiczny. Pytali się nawet z pielęgniarką, jaki szpital chcę wybrać :) A ja zastanawiałam się z którego będę miała najbliżej do pracy. Chyba już nie pamiętałam, co śniło mi się noc wcześniej :) Tak czekałam, jaki szpital w końcu wpisze pielęgniarka, aż się obudziłam. Chciałam nawet ponownie zasnąć, by dokończyć sen, ale przypomniało mi się, że to tak nie działa :)

Były to sny, po których budziłam się w emocjach.

Wydłubywała ta pierwsza wiosenna pełnia ze mnie lęki i obawy. Tak to traktuję. Nie jako proroctwa. 

W tym tygodniu świeci słońce i rośnie trawa :)

Tagi: sny
19:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Wiosenne święto

Szczerze przyznam, że w tym roku ta Wielkanoc wypadła niefortunnie. Jestem po pierwszym miesiącu pracy, pod wpływem emocji, stresu, napięcia związanego z nowymi, złożonymi obowiązkami, wchodzeniem w nową grupę towarzyską. Może po kimś to spływa, mnie jednak eksploatowało. Do tego kończy mi się cykl, owulacyjny, czyli kończy się dystymicznie.

Wiertka od czwartku do soboty w południe była u ojca, a ja po powrocie z pracy zamiast sprzątać, kładłam się do łóżka i niewiele już robiłam. W sobotę posprzątałam, ale nie nazwałabym tego porządkami świątecznymi - ogólnie, by było czysto. Nie porwałabym się na to, gdyby nie to, że na świąteczny poniedziałek zaprosiłam brata z rodziną. Nie organizuję nigdy świąt, nigdy nic nie piekę. Z mojego punktu widzenia, mam świetne życie, bo ja i świąteczne kolacje, czy śniadania, to jakaś trauma. Jednak, zauważyłam, że miło by było zaprosić do siebie rodzinę, choćby na jakiś świąteczny obiad. Brat chciał przyjechać po obiedzie na kawę i ciasto. Jeszcze lepiej. Ona sam także należy do osób, które zapraszają na kawę i ciasto :)

 

W niedzielny świt, obudziłam się, średnio zachwycona, bo jak tyle razy tu pisałam, dla mnie oglądanie wschodu słońca od strony dnia rozpoczynającego się, ścina krew w żyłach :) Jestem nietoperzem :) Ubrałam się, herbaty, dałam dziecku płatków z mlekiem. Wiertka już od poprzedniego dnia była w złym humorze, bo nie lubi rodzinnych spotkań. Nudzi się. Zobaczyłam jednak, że nie najlepiej wygląda. Różowe policzki, diamentowe oczy, trochę kaszlnęła i tego udać się nie da. Zadzwoniłam do taty i przeprosiłam, że nie przyjedziemy do dziadka na śniadanie wielkanocne. Jak już byłyśmy w domu, to przebrałam się w piżamę, znowu położyłam, przymknęłam oko i gdy otworzyłam była już 11:37. I tak wyglądała reszta dnia. To była najmilsza Wielkanoc od kilku lat :)

Dziś brat z dziećmi nie przyjechał, bo obawiał się, że mogą się zarazić. Podejrzewam, że też trzeci dzień leży na kanapie i regeneruje siły, bo jest ateistą i nie cierpi rodzinnych spędów.

Wiertka bawiła się w  różne zabawy, czasami wymagające papieru, kleju, nożyczek i pokój wygląda tak jakby nikt w nim nie sprzątał :)

Czuję, że bardzo wypoczęłam, nabrałam sił, odporności, optymizmu. Chyba by tak nie było, gdybym musiała coś upiec, nakroić i jeszcze odwiedzić ze dwie rodzinne destynacje. Zostawię to na resztę na kwietnia.

Miałam jeszcze coś napisać o kwestii życzeń świątecznych, ale to może innym razem.

Zapewne, gdyby tradycje chrześcijańskie były dla mnie duchowo ważne, to niemożność zasiadania przy prawdziwym wielkanocnym stole była by dla mnie przykra. A tak, było wiosennie.

Tagi: święta
16:31, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 marca 2018
Dziwna mama

Dziś krótka anegdotka z rejonów rodzicielstwa.

Odbierałam wczoraj Wiertkę ze świetlicy i usłyszałam od niej:

- A X (koleżanka z klasy) powiedziała, że jesteś dziwna.

Cóż, podejrzewałam, że taki dzień może nadejść i trochę się obawiałam. Nie czuję się taka zupełnie normalna jako rodzic, mamy nietypową rodzinę. Mogło się w końcu zdarzyć, że dzieci będą nas oceniać. Albo zrobią to rodzice, a dzieci słuchając, powtórzą. Nie jest to miłe, ale trzeba się na to przygotować. 

A moja córka dokończyła:

- Bo ona mówi, że ty jesteś taka miła i się uśmiechasz.

Teraz to całkowicie zrobiło mi się dziwnie :) Pomyślałam, że jakich dorosłych spotyka to dziecko :) Skomentowałam tylko, że szkoda, że tak odbiera wyraz bycia uprzejmym i dobrze wychowanym :)

18:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2018
Urodzinowo

Jak zawsze, piątego dnia wiosny, świętowałam swoje urodziny :)

No niekoniecznie zawsze piątego dnia, bo ta wiosna przychodzi z jednodniowym rozstrzałem. W tym roku nałożyło się to na zmianę czasu. Czułam się więc, jakby czas naprawdę przeskoczył o godzinę, a wraz z nim z chrzęstem, chrobotem, drganiem cały świat się przesunął. Czyli byłam taka trochę ospała i bardzo rozleniwiona. I choć miałam jakieś plany towarzyskie na niedzielne popołudnie, to zostałam w domu.

Szczególnie, że Wiertka chciała mi udekorować tort urodzinowy (ciasto kakaowe miałam upiec ja). Specjalnie dostała ode mnie pieniądze, poszła do sklepu, wybrała kilka rzeczy do dekoracji. Miałam nie widzieć ani zakupów, ani procesu dekorowania. Pełna niespodzianka. W międzyczasie, moja córka postanowiła, że chce także sama upiec ciasto. Od początku do końca. Walczyła we mnie gospodyni, co to wie lepiej i do wszystkiego ma rękę (dobry żarcik). W końcu zaryzykowałam i pozwoliłam jej na pieczenie. Obawiałam się, że nie będzie tego ciasta dało się jeść :)

Tak do końca, to neutralna nie byłam, bo kiedy Wiertka zebrała na blacie składniki podpowiedziałam, że jest jeszcze jeden kluczowy. Od razu widziała, że to mąka :) Ja zawsze piekę na jogurcie, ona uparła się, że zrobi na mleku. Sama wymieszała składniki malakserem, który niedawno podarowała nam kochana panirolki. Podejrzewam, że gadżet mocno zmotywował moje dziecko. W ostatniej chwili, przypomniałam sobie, że dodawałam jeszcze oleju do ciasta, więc mała też dodała.

A potem było oczekiwanie na upieczenie :) Z tym olejem coś było nie tak, bo w przeciwieństwie do moich ciast, nie wymieszał się, tylko bulgotał na powierzchni. Aż prawie zniknął. Moja wina, że o nim wspomniałam.

Ciasto miało niecały centymetr grubości, trochę wzgórków, bo bąbelki powietrza się pod nimi ukryły. Udekorowane wyglądało super - różyczki, trzy kolory i rodzaje posypki, esy floresy z mazaków i gdzieś tam ukryty napis z moim imieniem i wiekiem :)

W dodatku, ciasto było smaczne :) Suche, ale polewa lub lukier załatwiłyby sprawę. Jak na ośmiolatkę wyszło udane :)

niedziela, 25 marca 2018
Sobota z Baby Shower

Moje pokolenie nie miało Baby Shower, ale na swój sposób dostałam przed porodem mnóstwo pozytywnych myśli i wsparcia. Tradycja jednak zagościła na dłużej i wczoraj miałam okazję, razem z Wiertką uczestniczyć w jednym takim spotkaniu.

Moja literacka koleżanka, AsiaJot, prawie moja rówieśnica, młodo została matką, a jej córka - kończąca już studia, więc nie małolata - także teraz zostanie mamą. Na 99% kolejna dziewczyna w rodzinie. Dodam, że AJot jest podekscytowana wydarzeniem, cieszy się na bycie babcią, chodzi z córką do szkoły rodzenia, będzie obecna przy porodzie i ma trochę objawów współuczestniczenia. Za to przyszła mama jest wyluzowana i bardzo dobrze :)

Młoda J miała już jeden Baby Shower, niespodziankę zorganizowana przez koleżanki. Wczorajsze wydarzenie było organizowane przez przyszła babcię i zaproszone były kobiety (ale nie tylko), bardziej z jej strony związane z rodziną. Ale życzliwych ludzi, wokół ciężarnej, nigdy za mało :)

Były przekąski, były rozmowy o życiu, ciąży, dzieciach i wzorach wychowawczych - jedynych prawdziwych, bez których zniszczymy kruchą emocjonalność i zdrowie dziecka - a które to wzory zmieniają się jakoś co pięć lat :) 

Zaplanowane były także konkursy, na które tak bardzo czekała Wiertka. Wierciła się na kanapie i dopytywała co chwilę, kiedy wreszcie będą konkursy, bo ona chce brać udział w każdym z nich i oczywiście wygrywać nagrody. Najpierw typowaliśmy obwód brzucha przyszłej mamy. Ona sama jeszcze nie znała wyniku i musiała się obmierzyć. Statystyczny średni wynik pokazał, że brzuch ciążowy wydaje nam się bardziej olbrzymi niż jest w rzeczywistości. Potem był quiz z wiedzy o życiu bohaterki wieczoru, rysowanie obrazków i tworzenie wspólnego rysunku dla czekającej na przyjście na świat malutkiej.

Na koniec odbyły się kalambury i tu moje dziecko, nakręcone już jak rój pszczół, pobiło rekord. Pierwsze wylosowane hasło pokazało za pomocą podskakiwania i wymachiwania rękoma. Jakoś ustaliliśmy, co to oznacza, ale teraz już nie pamiętam. Przyszła kolej, gdy pokazywała następne hasło i znowu zrobiła to skacząc i wymachują rękoma. Ledwo powstrzymywaliśmy śmiech. Za trzecim razem... skakała i tu już było zabawnie. Najlepiej ogląda to się będąc w środku tego wydarzenia, w kontekście. Tak opisywane nie oddaje nawet połowy humoru sytuacji. Tym razem, w końcu Wiertka zaczęła też korzystać z innych środków pomocniczych i nie wiem jakim cudem przyszła mi do głowy prawidłowe "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Okazało się, że podskakiwanie na początku miało pokazać spadające jabłko :) Była jeszcze czwarta kolejka Wiertki. Dostała hasło od innej osoby, która stwierdziła, że ona pokaże to najlepiej. I oto moja córka zaczęła... podskakiwać i wymachiwać rękoma. Teraz już leżeliśmy ze śmiechu na kanapie. Okazało się, że to... "Kevin sam w domu". Żeby nie było, że dręczyliśmy biedne dziecko, każde z nas miało do pokazania różne hasło i nie raz leżeliśmy ze śmiechu.

Wieczór radosny :) Wracałyśmy do domu ostatnimi autobusami :)

A dziś są moje urodziny, ale o tym jutro :)

piątek, 23 marca 2018
Ludzkie historie

Lubię zbierać ludzkie historie, bo są czasem ciekawsze niż zwroty akcji w powieściach.

Te dwie poznałam niedawno. Jednak nie będę pisać, jak poznałam ich bohaterki, ani też nie opowiem super dokładnie.

Jedna z nich, wtedy pracująca młoda matka, zabiegana, zajęta. Przeziębiona. W końcu, ledwo żywa, wybrała się do internisty, by przepisał jej coś na wyleczenie. Lekarz nie wypuścił jej już gabinetu. Kazał by jej mąż zabrał z domu kilka jej najpotrzebniejszych rzeczy i zawiózł do szpitala. Miała już obustronne zapalenie płuc i wodę w płucach. Miesiąc spędziła w szpitalu, odizolowana od dzieci. Wyzdrowiała, ale przed wypisem lekarz prowadząca zrobiła jej jeszcze dokładne badania. Wiadomo, czym grożą powikłania po zapaleniu płuc. Jeden z wyników ją zaniepokoił. Wykazał... guza nadnerczy... Gdyby nie to niezaleczone zapalenie płuc, kobieta może wykryłaby u siebie poważną chorobę za późno.  Tak jakby zapalenie płuc uratowało jej życie. Ale nie tylko. Publiczna służba zdrowia wyznaczyła jej termin operacji w szpitalu za 3-5 lat. Konkretnego terminu nie pamiętam, ale było to minimum trzy lata. Jakiś absurdalny rozstrzał czasowy. Wzięła z mężem 10 tysięcy kredytu na leczenie. Dziś jest zdrowa.

Druga z poznanych kobiet miała okresowe badania lekarskie w pracy. Ile firm dziś wysyła pracowników na badania okresowe. Takie prawdziwe, a nie spotkanie z lekarzem, który przystawia pieczątkę. Zadzwonili do niej, przeprosili, że zapraszają od nowa na badanie, bo aparatura miała awarię. Gdy przyszła po kolejne wyniki, nie dostała ich w recepcji, tylko zaproszono ją do oddzielnego pokoiku, gdzie czekał zatroskany lekarz. To nie była awaria aparatury, tylko białaczka. Dziś też na szczęście jest już zdrowa.

Życie bywa przewrotne. Nigdy nie wiesz, jakie dziwne, pechowe wydarzenie, jednak nie uratuje ci życia. Tak jak w powieści Amy Tan, którą teraz czytam - Chiny, piękna dziewczyna zaręczyła się z bogatym chłopcem, ale zachorowała na ospę. Choroba oszpeciła jej twarz, zaręczyny zerwano. Jednak wkrótce do władzy doszli komuniści, rodzinę chłopaka zabrano cały majątek, rzucił się z okna swojego domu. Dziewczynie udało się uciec z kraju.

Oby nasze nieszczęścia, okazały się ostatecznie szczęśliwym trafem.

Tagi: Historie
19:45, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 marca 2018
Na przedwiosennym haju

Pean okolicznościowy, ze względu na wejście w strefę wiosny i dnia dłuższego niż noc.

Bardzo mi się ten 2018 podoba. Na razie wszystko idzie gładko, pieniądze się przyciągają, wszystko jest normalne. Pamiętam moje wpisy z lat 2016-2017 i uważam, że nawet jeśli teraz to co wpisuję jest cukierkowe, to warto wspominać także to, że bywało ze mną dobrze :) Patrząc za siebie, wiem też, że to nie wypłynięcie na szerokie i nieskończone wody sukcesu życiowego, tylko remisja pecha :) Podobno remisja może trwać do końca życia :)

Wpływ na to też trochę ma to, że w pracy jest na razie faza "miodowego miesiąca". Ludzie dookoła mnie mają dużo pracy, ale zamieniają to w żart, próbują sarkazmem rozładować napięcie, nie narzekają, nie wkurzają się na swoją sytuację. Wiem, że z czasem wychodzą różne rzeczy, uwagi, wypływają konflikty. Na razie tego nie ma. Obok mnie są ludzie zadowoleni z życia. Ciekawe, kiedy to odszczekam ;)

A często bywa tak, że jeśli tylko przyznam sama przed sobą, że jestem szczęśliwa, coś zaraz się okropnie posypie. Podjęłam to ryzyko i napisałam.

Powinnam jakoś wykorzystać ten mały haj. Na przykład znaleźć męża, bo jak będę przygnębiona, to się nie uda :D Najlepiej będzie, jak przyłożę się do obowiązków w pracy i tam nic nie będę zawalać. I może dom wysprzątam ;)

Tagi: życie
19:45, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 marca 2018
Ostatni weekend zimy

Ostatni weekend zimy - oby nie tylko tej astronomicznej. Bo już rozumiem dlaczego kiedyś, by przywołać wiosnę, ludzie robili kukłę, palili ją i wrzucali do rzeki. A znajdowali się w o wiele gorszej sytuacji, mając pustawe spiżarnie :) Ja, po tych kilku dniach ciepła i śpiewu ptaków, gdy ponownie wrócił mróz i śnieg, miałam już ochotę kopać. Tylko nie wiadomo kogo :)

Także kolejny weekend z Wiertką. Miałam ochotę iść na wykłady Tygodnia Mózgu. Mieli tam także zajęcia dla dzieci. Moja córka jednak mocno protestowała wobec pójścia na coś co jest, o zgrozo, wykładem, nawet jeśli dzieci mogą zająć się czymś innym. Ona by teraz najchętniej odpoczywała leżąc i grając w gry. Mam nadzieję, że wiosną trochę się jej zmieni.

Plan się jednak zmienił i pojechałam na spotkanie z moimi koleżankami ze stowarzyszenia literackiego. Pretekstem było podpisanie różnych papierów związanych z organizacją. Przy okazji można się było spotkać i fajnie pogadać.

Zaś dziś udało mi się namówić dziecko na wyjście na sanki - ostatni rzut śniegu, oby. Pozjeżdżała trochę z górki, pociągałam ją po śniegu. I chyba to ostatni rok, gdy to robię, bo ona na serio ma już wzrost i ciało dziesięciolatki. A potem przespacerowałyśmy się na festiwal wielkanocny, który odbywał się niedaleko. Deweloper, który buduje osiedle na terenie po dawnych fabrykach, próbuje się troszeczkę wkupić w okoliczną ludność, którą nigdy na zakup mieszkania nie będzie u niego stać. W namiocie, przy akompaniamencie kapeli grającej praskie i dawne warszawskie przeboje, można było pooglądać wystawę pisanek świątecznych, zobaczyć kramy z różnymi specjałami. Był też kącik, gdzie chętni mogli robić jajka wielkanocne. Wyklejało się je serwetkami, jak do dekupażu. I ja, i Wiertka, robiłyśmy swoje jajo oddzielnie. I gdy skończyłyśmy, to jej wyglądało, jak zrobione przez dorosłego, a moje jakby je klecił trzylatek :) Nie mam zdolności manualnych :)

Na pożegnanie mogłyśmy zabrać żonkila w doniczce :)

środa, 14 marca 2018
Szpitalnie

Pod koniec listopada, w badaniu laryngologicznym u Wiertki stwierdzono niedosłuch. Kazano mi wtedy zapisać ją na dokładniejsze badania w Centrum Zdrowia Dziecka. Najbliższy termin był w połowie marca, czyli teraz.

Pod koniec roku wiedziałam, że w marcu prawdopodobnie będę już w nowej pracy, ale nie mogłam wiedzieć, czy będę pracować od kilku tygodni, czy od kilku dni. Wypadło tak, że to mój drugi tydzień nowej pracy. Może mam problem z balansem pomiędzy wartością rodziny dla mnie, a myśleniem o miejscu zarobkowym. Uznałam, że to niefajne prosić o dwa dni wolnego. Plus to, że skoro tata Wiertki może pomagać jedynie w formie opieki, to ja zajmę się zarobieniem na dziecko, on wożeniem ją po lekarzach. 

Badania miały trwać cały jeden dzień (wtorek) i jedną noc. Trochę okrutne posyłać dziecko na lekcje po nocy w szpitalu, więc w środę też musiałaby być, po wypisie, w domu. Ja pojechałam do pracy, a wtorkowe badania przeszedł z nią tata. Dużo ich raczej nie było. Ja prosto z pracy, przejechałam całe miasto, by go wymienić. Łatwiej trafić do Narnii, czy Hogwartu niż na Oddział Audiologii i Foniatrii w CZD. Napiszę tylko, że trzeba było iść dziwnym korytarzem, potem dwa piętra w dół, potem korytarzem w piwnicy, potem piętro w górę, potem... Czułam się jak w Królestwie, duńskim szpitalu z serialu Larsa von Triera. Nawet teraz nie przeszłabym tej trasy poprawnie. Z drugiej strony, mijałam oddziały gdzie łatwo jest trafić, ale gdzie leżały dzieci z na prawdę poważnymi chorobami. Może to i lepiej.

Wiertka leżała na sali z trzema innymi dziewczynkami w podobnym wieku, może trochę starsze. Tyle, że one były na jakimś ośmiodniowym turnusie leczniczym. I dwie były same. To już powoli ten wiek, gdy rodzina nie waruje non stop przy dziecku, ale ma z nim kontakt telefoniczny. Teraz widziałam jak moje dziecko wybija się z ponad innych. Nie wiem, czy na plus. Bez przerwy mówiła, nawet bawiąc się, grając na tablecie. Albo śpiewała. Była jak non stop włączony odbiornik. Mówiła głośno, sporo głośniej niż towarzyszące jej dzieci. A w zabawie przejęła kontrolę. 

W nocy miała mieć badanie jakiś sygnałów z pnia mózgu. Jednak w tym celu musiała być w głębokim śnie. Doktor mnie podłamała, bo powiedziała, że dziecko do sali badań zanosi rodzic... Najczęściej badane są młodsze i to kłopotem nie jest. Największym problemem okazało się uspanie Wiertki. Zapewne przez nowe miejsce, natłok wrażeń, nie mogła zasnąć. Dzieci z sali i pokoi obok już spały. Ja leżałam obok na leżaku. Przed 23:00 dostała syrop na sen. Po jego łyknięciu od razu poszłyśmy do sali badań, by tam zasnęła. Akurat. Lek nie podziałał. Ja już ziewałam i podsypiałam. Wróciłyśmy na naszą salę. Ja poszłam się zdrzemnąć. Wiertka leżała. Niby wyglądała na pogrążoną we śnie, a wystarczył drobiazg i siadała na łóżku: "Mama, ja nie śpię. Mama, ja nie śpię".

Po północy zrobiłyśmy kolejne podejście do sali badań. Ja już byłam wyrwana z półsnu. Wiertka jakby także. Tam czekałam. Dziecko wydawało się pogrążone we śnie. Odgarniałam jej włosy, by zobaczyć miejsca do badania - nie ruszała się. Badanie zaczęło się, ale pani doktor, co jakiś czas mówiła, że mała nie śpi. Spała, ale nie spała. Moim zdaniem śniła. Po badaniu nie miałam problemu z odprowadzeniem dziecka, bo Wiertka obudziła się dość szybko, ale po rzuceniu się na łóżku, zasnęła ponownie. Chyba nawet tego nie pamięta. Była 1:00, wreszcie mogłam zasnąć normalnie. 

Ja też spałam jak zając pod miedzą, wybudzałam się co godzinę. A rano, przyjechał tata Wiertki, ja umyłam się, przebrałam i pojechałam do pracy.

Na szczęście, w biurze jest ekspres z mocną kawą i na razie zajmuję się prostymi rzeczami. Koleżanki nie zawalały mnie robotą. Żałowałam, że nie wzięłam tuszy do rzęs, bo przed pierwszą kawą wyglądałam makabrycznie.

Ojciec Wiertki jak to on, odwiózł ją do domu i zostawił razem z kupionym obiadem. Do mojego powrotu bawiła się sama. Farciara, zrobiła sobie drzemkę pomiędzy 12:00 a 15:00. Ja dziś padnę raczej wcześniej. Ciekawe jak ona.

Wypis i wyniki przeglądałam, ale na razie słabo do mnie docierają.

19:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi