To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 10 maja 2017
Sennik matki / sennik córki

Noc pierwsza.

Mój sen - mieszkam w jakimś domu z innymi kobietami, jest wojna, my jesteśmy w ruchu oporu. Jesteśmy na piętrze, a do budynku wszedł z bronią ktoś, kto chce nas zabić. One zeszły po schodach, by go złapać. Ja stoję w pokoju, w ciszy i nagle wyczuwam, że ta osoba jest na piętrze, za ścianą, na korytarzu, z wyciągniętą bronią. Ta kobieta lada moment może usłyszeć mój oddech, znaleźć i zastrzelić. Chyba, że ja zastrzelę ją. A może to jedna z moich współlokatorek? Nie pamiętam jak wyglądają. Strzelić do niej? Też mam w dłoni broń. Budzę się ze strachem, z uczuciem, że brakuje mi sekundy do śmierci.

Wiertki sen - jest jedną z uczennic Straszyceum Monster High (rodzice dziewczynek zapewne wiedzą doskonale o co chodzi, to taka szkoła dla upiorów). Ma ogon syreny. Bawi się dobrze, bo lubi te dziewczyny. Budzi się klaszcząc.

 

Noc druga.

Mój sen - ocknęłam się. Pod oknem, pod kaloryferem jest wąska dziura. Ktoś tam się wślizgnął i kazał mi iść za sobą. Usiadłam na łóżku, przyglądam się tej dziurze, trzeba będzie za chwilę wstać z łóżka, ale boję się tej podróży w głąb nieznanego. Jednak chce mi się tak bardzo spać, że kładę się z powrotem.

Wiertki sen - jest na scenie i występuje przed dużą publicznością.

 

Może będę jeszcze wrzucać opisy snów, bo czasami mogą być ciekawe. Te przypadki były o tyle interesujące, że sny były jednoczesne. Gdy się zastanowię, to nie mogę sobie przypomnieć snu radosnego, lekkiego, zabawnego, kojącego. One zawsze mnie co najmniej budzą z lękiem. A moja córka śni rzeczy dobre. Czasami przed snem myśli, co chciałaby przyśnić i udaje jej się to przywołać.

19:21, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017
Zaginieni

Przyznam się, choć to głupie, że wciągają mnie czasem ludzkie losy. Ze względu na "literackość" tragedii, obserwację zachowań ludzkich. Tak, jak ostatnio. Ktoś wrzucił na FB zdjęcie zaginionej dziewczyny. Zawsze wchodzę w nie, by sprawdzić, czy osoba już się nie odnalazła. Tak się zdarza - a ludzie je bezmyślnie kopiują dalej. Tak było też tym razem. Weszłam, coś mnie zainteresowało w komentarzach, zaznaczyłam powiadomienia i sprawdzałam potem, jak to się zakończy. Dziewczyna skończyła pracę w Wielki Piątek o 22:00, w lokalnym Centrum Handlowym, wsiadła w samochód i pojechała do domu. Do przejechania miała 15-20 minut, ale lasami, wśród stawów i małych rzek. Jadąc zadzwoniła jeszcze do przyjaciółki. Do domu nie dojechała. Następnego dnia miała być na chrzcie bratanka.

Jako, że to lokalna historia, to mocno zaangażowała okolicznych mieszkańców, rozlepiali plakaty w sąsiednich miastach, użyczali własne drony, dołączali do grup przeczesujących las. Jednak jednocześnie widać było, jakie reakcje przyciąga. Ludzie, zapewne chcąc pomóc, podrzucali różne motywy i historie. Łącznie ze śledzenie FB chłopaka tej dziewczyny. Może ktoś ją porwał, zatrzymał samochód i porwał. Uciekła z domu. Ktoś opisał historię, jak członek jego rodziny został tajemniczo zamordowany. Pojawiła się nawet grupka prowadząca wątek tajemniczej kobiety, która nocami wyskakuje w tych lasach przed maski jadących samochodów. Zapewne duch. Pojawiały się też przytomne osoby proszące o bardziej wyważone i mniej liczne wpisy.

W tydzień po zaginięciu, wody rzek opadły i wynurzył się samochód. Dziewczyna, nie naruszając żadnego z mostów (bo widać by było od razu) zjechała do rzeki i utonęła. Rodzina zachowała się bardzo przytomnie, natychmiast dziękując wszystkim za zaangażowanie i blokując możliwość wpisów na wydarzeniu.

Ja też pomyślałam, że to bardzo smutna zbieżność w czasie, zginąć w nocy w Wielki Piątek.

I teraz inna burzliwa historia, która przebiega kompletnie inaczej. Zapewne większość z czytających, natknęła się na informacje o młodej dziewczynie, która zginęła tragicznie w Egipcie. Już sama historia o wycieczce zagranicznej jako niespodziance dla chłopaka i tym, że nie pomyślała, że ktoś może mieć nieważny paszport jest ciekawa. Bo zakłada się, że wszyscy mamy ważne paszporty. Ja na przykład już nie mam. Pojechała sama. Ja ją rozumiem. Należę do pokolenia kobiet, które jak chciały to wyjeżdżały same i czuły się bezpieczne. Dziś młode kobiety zakładają inaczej. I co złego może się stać w strzeżonym hotelu? Okazało się, że może. Moim zdaniem, ktoś dosypał jej narkotyków do picia (niekoniecznie ktoś z obsługi, to mógł być ktoś z wycieczki), a ona znalazła się w tym ułamku ludzi, którzy reagują psychotycznie. Rodzinie udało się namówić biuro podróży do skrócenia jej pobytu, ale niestety linie lotnicze nie wpuściły ją w takim stanie na pokład. Trafiła do szpitala i tam wyskoczyła z okna. Teraz rodzina chce ustalić, jak mogło dojść do czegoś takiego. Czy nie została zgwałcona (w sicie uznano od razu, że nie dość, że zgwałcona, to grupowo i brutalnie), czy czyjeś zaniedbanie mogło sprawić, że nie dotarła szybciej do kraju.

Przez chwilę starałam się obserwować dyskusje w sieci, tę burzę, która się rozpętała, ale dałam sobie spokój. I to też temat na pracę magisterską, albo doktorską z dziedziny psychologii społecznej. Bo ludzie bardzo, bardzo, bardzo chcą pomóc i w związku z tym snują najprzeróżniejsze teorie - został już publicznie oskarżony chłopak, rezydent, wszyscy Egipscy amanci. Z filmu, na którym jest dziewczyna, w gestach kogoś w totalnej histerii, gdy nie ma już z nim kontaktu, doszukują się gestów, kodów, gdzie niby daje znaki. A oni je oczywiście odczytują. Widać jak w sprawę angażują się już portale walczące z islamem i to one przodują w linkach, filmikach, artykułach. Plus ogromna liczba komentarzy, w którym przyrównuje sie ja do dziwki, bo tylko taka kobieta jedzie sama do Egiptu. Rodzina próbuje moderować wydarzeniem na FB, ale ledwo to się udaje. Dziewczyna nie dość, że straciła życie, to także prywatność, godność, cześć.

Historia tragiczna, a ludzie rozwiązują sobie dzięki niej interesy ideologiczne, albo problemy emocjonalne. W sumie ja też - ciekawość literacką. Takie bycie sępem :(

czwartek, 04 maja 2017
Majówka, część przechorowana

Jak się okazało, w poniedziałek na placu zabaw to ja powinnam była siedzieć w czapce. A także w rękawiczkach, grubym szaliku i kozakach ocieplanych. Już wieczorem nie mogłam zasnąć, było mi gorąco, wszystko mnie irytowało. Gdy telewizor grał, to eksplodowała mi czaszka, a gdy próbowałam zasnąć w ciszy, to myśli gnały mi po czaszce niczym plemniki po jajowodzie.

Dygresja. Wiertka miała trzy dni majówki spędzić z koleżanką u jej babci. Byłam zaskoczona, że do propozycji odniosła się z entuzjazmem i cieszyła się. Dotąd na sugestię o koloniach mówiła, że owszem, ale z mamą. Dla mnie super, bo we wtorek miałam pracować. I oto w piątek, po 20:00, dowiedziałam się, że wyjazd jest odwołany z powodu choroby zakaźnej w domu owej babci. Brałam to pod uwagę, ale nie w momencie, gdy nie jestem już w stanie nic zrobić – ani ze świetlicą, ani z pracą. Na szczęście, ojciec Wiertki zgodził się z nią posiedzieć. Jednak wiązało to się z tym, że pracował – jak zwykle w nocy – a o 6:00 przyjechał, by pospać w moim łóżku. Trudno.

Wracając do zmarznięcia. Początkowo wydawało mi się, że mam tylko lekki katar i chrypkę. Dobrze, że we wtorek w biurze byłam sama w pokoju. Kichała, smarkałam i piłam gorącą herbatę na przemian. Czas zadziwiająco szybko zleciał. Podejrzewam, że to dlatego, że miałam luźny związek z rzeczywistością. Gdy zobaczyłam swoje oczy w lustrze, plus ten obtarty już nos, to wyglądałam jakbym albo wciągała wyjątkowo zanieczyszczony towar, albo szlochała za biurkiem. O 15:30 wymknęłam się z pracy tak, by za bardzo nie rzucać się w oczy.

Po powrocie do domu, do łóżka. A w środę katar zelżał. Za to ja leżałam bez sił i drzemałam. Naiwnie sądziłam, że nie będę się już więcej przeziębiać, że to stres tak mnie osłabia fizycznie. Widocznie niekoniecznie. Oby to było już ostatni raz w tym roku.

Okazało się, że w moim przypadku najlepszym lekarstwem jest sen i lenistwo. Dziś mam jeszcze resztki kataru, ale generalnie funkcjonuję normalnie. Głupio by mi było brać zwolnienie lekarskie w trzecim tygodniu pracy. Wytrzymać dziś, jutro, a w weekend postaram się dalej leczyć snem i lenistwem.

Na szczęście, Wiertka zdrowa i mówi, że też trzeba było biegać po placu zabaw.

poniedziałek, 01 maja 2017
Majówka

Jest prawie jak w starym memie - w weekend majowy mamy 30 stopni C: 10 stopni C w sobotę, 10 stopni C w niedzielę, 10 stopni C w poniedziałek.

W sobotę przeszłyśmy się z Wiertką kupić rolki (sponsorowane przez dziadka) i zostałyśmy w centrum handlowym na dłużej. W ten dzień odbywały się tam atrakcje dla dzieci - warsztaty z mimami, żonglerskie, robienia zwierzątek z balonów, różne pokazy cyrkowe. Wiertka bawiła się tam kilka godzin, a ja siedziałam obok i czytałam książkę.

Wczoraj zabrałam ją na spotkanie z dobrymi koleżankami. Niektóre mogłam zobaczyć po raz pierwszy od dłuższego czasu, pogadać, zobaczyć, co się nowego dzieje. Mała bawiła się tylko przez pewien czas, a potem zrobiła wszystkim teatrzyk, pokaz ubrań, w które się przebierała. To typ dziecka, które lubi skupiać na sobie uwagę i być w centrum zainteresowania, dokładnie w środku, nie siedząc obok. A jeszcze kilka dni temu mówiła mi, że chciałaby zostać sławną piosenkarką, ale się wstydzi występować. Akurat. Żeby ją jakoś spacyfikować, poprosiłyśmy by w kuchni obok zrobiła wystawę obrazów. Potem AsiaJot umiejętnie znajdowała jej wyzwania plastyczne, które zajmowały dziecko na kilka minut.

Dziś poszłyśmy do kina na "Dzieciak rządzi". Dziecko się śmiało, a sentymentalna matka na koniec filmu się popłakała. Czasami mi się to zdarza na filmach dla dzieci :) Żeby nie trzymać dziecka w czterech ścianach w taką pogodę - temperatura niespecjalna, ale piękne słońce - po sensie poszłyśmy do parku. Chłodno, ale kolejka do lodów dość spora. My też kupiłyśmy sobie po jednym. Za to na placu zabaw - mamy pierwszy dzień maja, jest chłodno, ale bez przesady, za to większość dzieci miała czapeczki na głowach. I teraz się zastanawiam - czy to ja jestem taką matką ignorantką, czy polscy rodzice uznają tylko dwa rodzaje pogody: poniżej i powyżej 25 stopni C.

Dziecko dobrze się bawiło, zawierało znajomości, a ja miałam drobny kłopot. Nie wzięłam nic do czytania. Jak są ludzie, którzy muszą coś robić w domu, mają "przelot" zatapiając się w pracy, tak ja nie potrafię tak po prostu siedzieć i patrzeć się przed sobie, na ludzi, czy na cokolwiek. Oddychać, roztapiać się w chwili, być, trwać. Sytuację ratuję internet w telefonie, ale ile można. Na szczęście, miałam swój zeszycik, długopis i złożyłam połowę wiersza.

Większość dopiero rozkręca się w wypoczynku, a ja jutro na jeden dzień do pracy. Szkoda urlopu i pewnie nawet bym go nie dostała.

środa, 26 kwietnia 2017
Dziadek

Po dwunastu dniach pobytu w szpitalu, dziadek wrócił do domu. Trochę go przebadali, ale nic nie zdiagnozowali. W tym wieku to już nie ma wielkiego znaczenia. Wczoraj pojechałam go odwiedzić. Ciekawe, ale odżył. Trochę je i pije płyny, odżywki. Różnica spora w porównaniu z dniem, gdy widziałam go na sali szpitalnej. Jednak to nie jest już ten staruszek sprzed kilku tygodni - leży, rękoma jeszcze sięgnie po picie, ale to jedyne ruchy, jakie może wykonać. Ma pod sobą materac przeciwodleżynowy, musi być co jakiś czas przekręcany. To drzemie, to popatrzy. 

Jest w tym jakaś ironia losu. Dziadek nie chce żyć od dłuższego czasu. Odkąd przestał chodzić i stał się zależny od innych. A ciało uparcie nadal funkcjonuje, serce bezustannie bije. Zegar się cofa. Stał się niczym wczesne niemowlę. Tylko, że umysł nadal sprawny jak u dorosłego człowieka.

Jeśli półtora tygodnia temu wydawało mi się, że odejście dziadka to kwestia kilku dni, tak teraz mam wrażenie, że taki stan może trwać miesiące.

Na pohybel ZUS-owi, bo dziadek pobiera emeryturę niczym średnia krajowa. I to od prawie trzydziestu lat.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017
Nieważne, ile razy

Taka refleksja naszła mnie, przy tworzeniu poprzedniego wpisu, która warta jest oddzielnego.

Nieważne, ile razy posypie ci się życie. Ważne, ile razy spotkasz ludzi, których obchodzisz.

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Wszyscy zachorujemy na raka, tylko niektórzy tego nie dożyją

Przed świętami, jak zwykle z powodu hormonów, miałam swoje napady lęku i niepokoju. Takie odczucie, że coś się niefajnego wydarzy. Jak więc się cieszyć, gdy coś się wydarzy. W piątek zadzwoniłam do ciotki, by dopytać czy mogę ich odwiedzić ich w święta. I kazało się, że dzień wcześniej dziadek trafił do szpitala. Już od jakiegoś czasu nie jadł, nie pił i trzeba było wezwać w końcu pogotowie. I wreszcie ten niepokój mogłam w coś wlać. Przez resztę dnia byłam przybita.

Taka dygresja. Dziadek nigdy nie znał swojej daty urodzenia. Od swojej matki usłyszał, że urodził się w szóste roraty. I też nie można być pewnym, że dobrze zapamiętał, które - w roraty się urodził. Taka była podlaska wieś sto lat temu. W dowodzie ma wpisany 21 stycznia 1921, bo tego dnia jego ojciec wybrał się do urzędu. Kilkanaście lat temu, na czyimś pogrzebie w rodzinnej wsi, zgadał się ze znajomą i ona powiedziała mu, że akuszerka przyjmowała ich tę samą noc i ona ma wpisaną datę 21 grudnia 1920. Kto tam wie. Dopiero jakiś czas temu, przy okazji przeglądania drzewa genealogicznego innej gałęzi mojej rodziny, zobaczyłam, że kiedyś w kronikach kościelnych, gdy chrzczono dziecko zapisywano jego dzień i godzinę przyjścia na świat. Jedyny plus kościoła katolickiego. Teraz więc wystarczy dotrzeć do starych ksiąg kościelnych - te sprzed 1945 roku nie są już w parafii, ale archidiecezji i sprawdzić datę podaną w czasie chrztu. Miałam ostatnio wolne dni, ale to przeciągałam - to wyprawa dwie godziny autobusem w jedną stronę. I teraz okazuje się, że jest za późno i dziadek naprawdę nigdy nie pozna daty swoich urodzin.

W sobotę, wybrałam się do szpitala - kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą. Wzięłam za sobą Wiertkę, bo nie miałam ją z kim zostawić. Wiem, że nie jest to dobry pomysł. Dziadek wygląda okropnie - w stosunku do tego jak wyglądał na początku roku. Blada skóra i kości. Podłączony do kroplówki. Widać, że to kwestia dni. Ledwo mówi, ale był przytomny. Wiertka od razu zaczęła mnie wyciągać do domu. Nie chciała sobie poczytać, posiedzieć obok. Nie dziwię się. Ten oddział był bardzo smutny. W końcu pozwoliłam jej wyjść przed szpital i tam się samej pobawić. Wiertka nie przepada za staruszkami, swojego dziadka uwielbia, ale do pradziadków ma dystans i trochę się ich obawia. Posiedziałam tam godzinę.

W niedzielę pojechałyśmy na śniadanie świąteczne do mojego drugiego dziadka, a potem właśnie do ciotki. Od niej dowiedziałam się, że dziadek jest chory na... raka. Badanie krwi wykazało markery nowotworowe. Jaki to rak, nie wiadomo, a dokładniejsze badania typu gastro-, czy kolonoskopia, a nawet usg, albo by go zabiły, albo dały ogromne cierpienia. Jego boli nawet dotyk. I w tej sytuacji to i tak bezsensowna wiedza. 96 lat życia we względnym zdrowiu i nagle rak w takim wieku. Może prawdą jest, to co kiedyś przeczytałam, że każdy człowiek - ze względu na bezustanne odtwarzanie się komórek, jest narażony na nowotwór. Tylko, że wielu tego po prostu nie dożywa.

Dziadek nie je i nie pije, dostaje kroplówkę. Teraz to kwestia pielęgniarki do opieki w domu, albo hospicjum domowego.

17:25, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 12 kwietnia 2017
Dziecięcy lęk przed śmiercią

Wczoraj miałam rozmowę z Wiertką. Przed snem rozpłakała się i powiedziała, że nie chce umrzeć. Dopytywała się, co się z nią będzie działo po śmierci. Bo ona nie chce "nie być". I pytała mnie o to kilka razy. Chciała jakiejś zdecydowanej odpowiedzi.

Dla mnie, jako agnostyczki, to trudna rozmowa, bo nie chcę wejść w łatwiznę i tłumaczyć możliwością życia po śmierci. Sama miałam trudność z pocieszeniem jej. W końcu, odrzekłam, że czasami wierzymy, że nasz duch będzie gdzieś krążyć, a tak w ogóle to ona jest młoda i umrze za całą wieczność.

Wtedy zaczęła się zamartwiać, że ja niedługo umrę, bo przecież mam 40 lat :)

Z rozmów z innymi matkami widzę, że Wiertka nie jest jedyna. Takie pytania, płacze i strach dotykają dzieci w okolicach 7-8 roku życia.

Ja jednak mam pytanie, prośbę i to szczerą. Jak takie rozmowy przeprowadzają ateiści? Przecież tłumaczenie, że śmierć to ostateczny koniec, idziemy do grobu, takie strachy u dziecka potęguje. Jak to przeszło w waszych domach?

wtorek, 11 kwietnia 2017
Na obiedzie u Słowian

W niedzielę wybrałam się na ciekawe wydarzenie. Polscy Słowianie (brzmi to trochę dziwnie, bo w końcu większość z nas należy do grupy Słowian ;) ) zorganizowali spotkanie i dwa fajne wykłady - o seksualności Słowian i o kuchni naszych przodków 1000 lat temu. Bardzo zainteresował mnie temat pierwszy, a okazało się, że wciągnął ten drugi.

Zaczynając od seksualności - w opisie było "ostrzeżenie", że to wykład akademicki :) Na szczęście słuchało się dobrze. Nie było slajdów, rysuneczków, zdjęć. Prelegent tylko opowiadał. Trochę byłam rozczarowana, że oparł się na środkowej części średniowiecza - XI-XII wiek. Podszedł jednak do rzeczy rozsądnie - oparł się na tekstach źródłowych (pamiętnikach, kronikach, listach). Wszystko, co wcześniej jest bardzo boleśnie nieweryfikowalne.

Ze Słowianami - ich wierzeniami, rytuałami, życiem codziennym smutny kłopot jest taki, że nie pozostawili dowodów piśmiennych. Jedyne źródło to chrześcijańscy księża. A informacje przez nich zapisane mogły być subiektywne, przekręcone, część przemilczana. Na przykład, gdyby ktoś za tysiąclecia chciał ocenić dzisiejsze kobiety na podstawie niektórych internetowych wpisów, mogło by się okazać, że rozkładamy nogi przed każdym "ciapatym" i marzymy o rytualnym gwałcie.

W każdym razie, zdarzało się wielożeństwo, wielomęstwo, we wcześniejszych czasach kobiety miały dość niezależną pozycję. W Noc Kupały pary mogły się dobierać, by zawierać związki.  A ojcostwo potwierdzała kobieta, nie mężczyzna - ona mówiła, że ów jest ojcem, a ten nie oponował. Do seksu podchodzono dość swobodnie. Może nie jak na Tinderze :)

Z sali padło pytanie, czy u Słowian homoseksualizm był tępiony. Co do nich nie ma żadnych źródeł. Są jednak teksty potwierdzające, że zjawisko nie było potępiane u Celtów, Germanów, Gallów. Być może także i u nas.

A potem przyszło chrześcijaństwo i spięło wszystkim tyłki agrafką aż do dziś :)

Co do kuchni, to też chrześcijaństwo zmieniło podejście do jedzenia. Słowianie lubili jeść, uważali to za ważny element życia, niektóre posiłki czarowano. I pomysł by pościć przyjęli jako absurdalny. Jednak idea postu powoli się przyjęła i jest popularna do dziś - patrząc na wszechobecne diety, wykluczanie to glutenu, to laktozy, to czegokolwiek, to chrześcijańskie poganianie bacikiem ciała za pomocą odsuwania sobie jedzenia od ust bardzo mocno w nas tkwi. Za każdym razem, gdy się objadam - robię to ku czci pradziadów i prababek Słowian ;)

Wykład o kuchni Słowian był już poparty badaniami archeologicznymi ich chat oraz resztek z ich garnków. Ogień był dla nich bardzo ważny, palił się w chacie przez cały rok. W Noc Kupały rytualnie rozniecany był ponownie, by pielęgnować go do kolejnego święta. Gotowano w glinianych garnkach i to długo, wolno. Głównym składnikiem posiłku były kasze (wbrew pozorom gryczana dotarła do nas kilka wieków później). Z warzyw znano - ogórki, cebulę, kapustę, marchew. Pierwotna marchew była biała. Pomarańczowa, to mutacja, która się pojawiła i stała się popularna. Mięso traktowano bardziej jak przyprawę, niż dania główne. Hodowano świnie, krowy, kury, jadano też kaczki i gęsi, ale trudno ustalić, czy były dzikie, czy hodowane. Łowiono sporo ryb. Gdy tak spojrzeć, na skład kolacji wigilijnej, to jest w 100% słowiańskim posiłkiem. I taki też jest jej rodowód. W lasach nie polowano.

I teraz część najciekawsza - jako przypraw używano ziół, które powoli dopiero teraz wracają do łask. W końcu papryki, pieprzu nie było, sól była rzadkim dobrem. Zioła zbierano w lesie, kilka z nich dało się wyhodować w ogrodzie. Nie zapisałam, niestety, nazw tych roślin.

I na koniec rzecz jeszcze bardziej ciekawa - powszechnym napojem było piwo. Dopiero na tym wykładzie uświadomiono mnie, że chmiel nie jest najważniejszym składnikiem piwa, tylko ziarna. Chmiel jest nadającą smak przyprawą. A w czasach Słowian, piwo przyprawiano także innymi ziołami. Chmiel był gdzieś w tyle listy. Chciałabym spróbować takiego napoju. Być może jakieś lokalne, małe browary już wracają do tego.

W ogóle, chciałabym się kiedyś przejść na takie warsztaty kulinarne, gdzie od początku do końca przygotowywano by posiłek, tak jak tysiąc lat temu. To musiałby być ciekawe :)

Tagi