To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 13 grudnia 2017
Gdy odchodzi św. Mikołaj

W piątek, gdy wracałyśmy z Mikołajkowej zabawy, Wiertka podzieliła się ze mną spostrzeżeniem:

- Czy może być tak, że prezenty pod choinkę przynoszą rodzice, zamiast świętego Mikołaja?

Tradycyjnie, dopytałam się ją, co by wolała.

- W muzeum opowiadali, że żył w średniowieczu, umarł, więc nie może już teraz rozdawać prezentów.

Jej słowa brzmiały rozsądnie, były poukładane i dałam się temu zwieść. Potwierdziłam. Wydawało mi się, że Wiertka przyjęła to naturalnie i życie potoczyło się dalej. Jednak, w poniedziałek, oczywiście o zwyczajowej dla tych zachowań porze, czyli przed snem, moja córka zaczęła popłakiwać.

- Już nigdy nie pójdę do muzeum. Tam dowiedziałam się, że święty Mikołaj nie istnieje.

Spytałam ją, dlaczego w piątek nic nie wspomniała. Przyznała, że ukrywała smutek. Zaczęłam ją pocieszać. Tłumaczyć, że Mikołaj jest wyrazem miłości, magii świąt. Dodałam jeszcze, że ma za sobą kilka lat wiary w niego i chyba nie wolałaby, bym od razu mówiła jej cała prawdę. Wydaje mi się, że nie tylko samej magii było jej żal. Mikołaj był kimś wszechmogącym, mógł przynieść każdy prezent, jaki mogła sobie zamarzyć. A jeśli prezenty przynosi uboga matka, to nie ma co oczekiwać rzeczy wielkich. 

Wiertka dodaje też ze smutkiem:

- Wtorek był ostatnim dniem, gdy wierzyłam w świętego Mikołaja. Niech mi nie mówią jeszcze, że zajączek wielkanocny nie istnieje. Nie istnieje mamo?

Cóż mogłam zrobić. Stwierdziłam, że zajączek wielkanocny istnieje, choć u licha nie przypominam sobie byśmy hołdowały tej tradycji.

Teraz tylko czasami, gdy lecą świąteczne reklamy z Mikołajem, Wiertka rzuca ze złością, że przecież nie istnieje. Dodaje też, że nigdy już nie pójdzie do muzeum na wykład. Chyba, że ze mną. Ma także inne dylematy:

- Tata dostał kiedyś od Mikołaja poduszeczkę z rysunkiem. To od KOGO ją dostał???

Zastanawiała się też, jak dostała kiedyś list od Mikołaja, ale tej tajemnicy nie chcę jej wyjawić. Pewna fundacja, w zamian za datek wysyła takie listy dzieciom.

Brałam kiedyś udział w dyskusji na ten temat. Jest pewna grupa rodziców, która uważa, że mówienie o Mikołaju jest utrzymywaniem dziecka w kłamstwie i iluzji, nie należy tego robić. To oszustwo, Zło (wielka litera jak najbardziej wskazana). Wypowiadali się głównie ci, którzy mocno przeżyli rozczarowanie. Ja kompletnie nie pamiętam momentu, gdy to rodzice dawali prezenty. Przeszło to płynnie, niezauważalnie. Pamiętam, jak pisałam list do Mikołaja i to chyba z wiarą.

Jest mi przykro, że Wiertka jest smutna z tego powodu. Żałuję, że wtedy nie zaprzeczyłam. Jak głupia uznałam, że ktoś kto nie chce być okłamywany, na serio nie chce :) Rzadko tak bywa w życiu :)

A czy wierzyliście kiedykolwiek w świętego Mikołaja? Jak dowiedzieliście się, że nie istnieje?

A może istnieje?

15:48, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Urodzinowy weekend

Mam za sobą urodzinowy weekend Wiertki. W niedzielę odbyło się przyjęcie dla jej koleżanek. Tort upiekła jedna z moich koleżanek, ze sporym rabatem - był nie dość, że przepiękny, to do tego przepyszny.

Jak wspominałam wcześniej, Wiertka zaprosiła sporo koleżanek. Do ostatniej chwili trochę się obawiałam, że nikt nie przyjdzie, bo tylko dwie mamy napisały, że ich dzieci nie mogą być, a reszta nie potwierdziła. Dobrze, że przekąsek kupiłam jak dla kilku, z zamiarem awaryjnego wyskoczenia do sklepu. Pojawiły się w końcu cztery dziewczynki. Dlatego stresująco było tylko średnio :)

Przez pierwszą godzinę dziewczyny bawiły się, ale w pewnym momencie dwie oddzieliły się, poszły do drugiego pokoju i tam zaczęły lepić plasteliną. Oraz cicho mieć żal, że Wiertka się z nimi nie bawi. A ta zajmowała się dwoma koleżankami w dużym pokoju. Ośmiolatki nie mają jeszcze towarzyskiej ogłady mówiącej, że pomiędzy gośćmi się krąży. Żeby zintegrować dziewczyny zarządziłam zabawy. Najpierw był "pokój zagadek" - poprzedniego dnia, Wiertka sama układała treść zagadek i ustalała, w którym miejscu będą ukryte poszczególne cyfry kodu. "Pokojem zagadek" był pokój Wiertki. Potem były kalambury. Miałyśmy kilkanaście karteczek z nazwami zwierząt lub zawodów. Kiedy nasze karteczki się skończyły, dziewczynki wpadły na pomysł, że teraz każda napisze od siebie po trzy karteczki i będziemy losować od nowa. I tak grały godzinę.

Potem był tort, gaszenie świeczki, sto lat. I ostatnią, trzecią godzinę bawiły się już razem, same w pokoju, zintegrowane. I oczywiście, ta godzina przeleciała najszybciej, a gdy zaczęły się schodzić mamy był przy rozstaniu płacz.

Ogarnęłam pokoje, pochowałam przekąski, wzięłam kąpiel i padłam. To był strasznie wyczerpujący dzień. Nie wiem, jak nauczycielki funkcjonują.

19:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 grudnia 2017
Dawni rzemieślnicy

Gdzieś tak na początku roku 2014 (wtedy też miałam dość trudny okres w życiu), pisałam, że zniszczyłam buty. Z mojej winy, skórzane powinny były być dobrze impregnowane, a zaniedbałam to. W jednym, przy palcach rozdarła się skóra, tak na jakieś dwa centymetry. Widać było, nie chroniły przed śniegiem i wilgocią i prawdopodobnie, rozdarcie mogłoby się powiększać. Zaniosłam je do szewca, do takiego punktu w centrum handlowym. On stwierdził, że tego nie da się już naprawić. Buty są do wyrzucenia.

Na szczęście, dostałam wtedy od kogoś awaryjne buty, a po jakiś dwóch tygodniach zdobyłam pieniądze i mogłam kupić sobie nowe zimowe.

I właśnie teraz, po przedeptaniu trzech zim, czyli nie aż tak szybko, te buty także zakończyły żywot. Nadal mam tamte awaryjne. Stanęłam ponownie w obliczu kupowania sobie nowych butów, choć lepiej żebym pieniądze przeznaczyła na inne ważne wydatki. Jedzenie na przykład. Jednak, przypomniałam sobie o tych rozdartych. Cały czas leżały w szafie. Ja nie wyrzucam rzeczy tak szybko. Raz na jakiś czas je zakładałam. Przez ostatnie miesiące bywałam na lokalnej internetowej grupie, a tam często padają pytania "gdzie dobry szewc?", "gdzie hydraulik?". Dzięki temu sprawdziłam, że kilka ulic ode mnie, pod drodze do szkoły dziecka jest zakład szewski.

Zakład jest na parterze starej, komunalnej kamienicy. Wygląda jakby nawet właściciel o nim zapomniał. Czynny 10-17:00, więc jak się pracuje, to nie da rady tam zajrzeć. Ja jestem na urlopie. Szewc to pan już po siedemdziesiątce. Obejrzał buty - skóra do zaszycia, pokryje to łatką. 20 złotych (słownie: dwadzieścia złotych). Do odebrania następnego dnia. Odebrałam i zatkało mnie, bo nie widać, że buty są naprawiane. Oczywiście, jeśli ktoś wie, że tam jest łatka, albo jest fanem ludzkiego wyglądu i studiuje za ile i skąd te buty, to dostrzeże ją. Za dwie dychy mam naprawione buty. A podobno nie dało się ich uratować.

Najsmutniejsze, że ten świat rzemieślników, fachowców, a nie wymieniaczy fleków już odchodzi :(

Tagi: szewc życie
21:11, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 06 grudnia 2017
Dziecięco lekarsko

Wędrówka matki z dzieckiem po specjalistach jeszcze się nie zakończyła. Wczoraj miałam dzień wolnego, nie by wypoczywać, by pojechać z Wiertką na wizyty lekarskie.

 

Ortopeda. Gdy mała była z ojcem na wizycie kontrolnej w sierpniu padła hipoteza, że źródłem jej skrzywienia kręgosłupa są… nierówne nogi. Odrobinę mnie to podłamało. Bo przecież tego nie da się naprawić, skorygować. Jedynie wkładka do buta. Pojechaliśmy na prześwietlenie kręgosłupa. Wczoraj, na kolejnej wizycie kontrolnej, wreszcie zdjęcie było omawiane. Nogi są równe. Małe pocieszenie, bo okazało się, że skrzywienie kręgosłupa się pogłębia. Jest już na granicy, gdy trzeba by wdrożyć noszenie gorsetu. Jednak jakiś inny parametr pokazał, że zajęcia korekcyjne, na które Wiertka chodzi raz w tygodniu, pomagają. Dlatego chodzić będzie na nie nadal, co zepsuło humor mojej córce. Jeszcze pozostaniemy przy samych zajęciach i ponownie za jakieś dwa, trzy miesiące, pani doktor zobaczy, jak wyglądają plecy mojego dziecka. Zaniepokoiło mnie to, bo nawet chyba mój kręgosłup nie krzywił się tak gwałtownie. Choć kto wie. Powinnam w domu pilnować by prawidłowo siedziała i prostowała sylwetkę. Sama z dzieciństwa pamiętam, jak to jest trudne i teraz niemal to samo słyszę od mojej córki.

Dygresja. W dzieciństwie bardzo szybko rosłam i w pewnym momencie nie mogłam utrzymać w pionie tej mojej strzelistej sylwetki. To było tak w okolicach dziesiątego roku życia. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale naprawdę gdy byłam idealnie wyprostowana, to ciężko mi było oddychać. Bez przerwy garbiłam się niczym szympansiątko. Niestety, nawet to na zdjęciach widać. I teraz ten sam tekst mówi mi moja córka. Żałowałam potem, że wtedy nikt z pasem nie stał nade mną i nie pilnował robienia ćwiczeń. Obiecałam sobie, że własnego dziecka, gdy będę je miała, dopilnuję.

Tłumaczę jej moje własne doświadczenia, jak ważne jest by mieć prostą sylwetkę. Strzeliłam nawet umoralniającym tekstem:

- Kiedyś mi za to podziękujesz.

- Nie będę ci nigdy za to dziękować. – zarzeka się moje dziecko – Nie będę za to dziękować.

Potem kolejna wizyta z wynikami badań. Już kilka miesięcy temu zauważyłam pewną rzecz na ciele Wiertki. Ten sam objaw ja miałam w wieku dziesięciu lat. Dobrze pamiętam, bo na koloniach z innymi dziewczynkami porównywałyśmy sobie J W każdym razie, zaniepokoiło mnie, że może to sporo za wcześnie, ruszyło dojrzewanie i zaraz zacznie się cykl miesięczny. Powiedziałam o tym pediatrze. I tak Wiertka dostała skierowanie na badanie hormonów tarczycy, rentgen nadgarstka, usg brzucha. Sąsiadka, której córka miała podejrzenie problemów z tarczycą, stwierdziła, że to fajna pediatra. Oni dostali tylko skierowanie do endokrynologa, a wiadomo jakie są terminy. Musieli wszystko robić prywatnie.

Rentgen wykazał, że Wiertka ma kości dziesięcioletniej dziewczynki. Dopuszczalne jest wyprzedzenie dwuletnie, więc mieści się jeszcze w granicach. Być może po prostu relatywnie wcześniej dostanie pierwszą miesiączkę. Kiedyś od znajomej dowiedziałam się, że to ważne, by wiek kostny by zharmonizowany z wiekiem metrykalnym, bo w momencie dostania okresu wzrost u dziewczynki zostaje zahamowany lub zatrzymany. Powinna mieć już wtedy odpowiednio rozwinięte ciało. Usg brzucha wyszło ok – żadnych guzów, gruczolaków. Wyniki badań krwi i moczu dobre. Wyniki badań tarczycy w widełkach normy, tylko już dotykają górnej granicy. Na wszelki wypadek, Wiertka dostała skierowanie na usg tarczycy i skierowanie do poradni endokrynologicznej. Zapiszę ją i jeśli terminy będą odległe, to poczekamy. W związku z występowaniem w mojej rodzinie chorób tarczycy (na to zmarła moja mama), trzeba to kontrolować.

Mam nadzieję, że etap wynajdowania problemów zdrowotnych będziemy powoli kończyć.

 

15:30, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 grudnia 2017
Tydzień urodzinowy

Rozpoczął się tydzień urodzinowy mojej córki. Na szczęście, chyba zapomniała o tych planach, bo przez siedem dni miała zamiar być dysponentką poleceń w domu :) Mam w planach dokończenie ogarnięcia mieszkania i przygotowania atrakcji na niedzielne przyjęcie urodzinowe dla koleżanek z klasy. A w kolejną niedzielę będzie dla rodziny.

 

W tym roku, i z powodów finansowych, i z powodów emocjonalnych chciałam pogadać z Wiertką, by zrobić tylko spotkanie dla rodziny. One nie są wystawne – tort, ciasto, cukierki, jakieś napoje, kameralna grupa. Moja córka jednak storpedowała te plany już sporo wcześniej. W listopadzie oświadczyła, że na przyjęcia zaprasza się miesiąc wcześniej, więc ona już ustnie zaprosiła koleżanki. Trudno, jakoś ogarnę. Zamówiłyśmy zaproszenia, zrobiłyśmy listę. Zaniosła do szkoły. Akurat tego wieczoru odbierał ją tata i spędzał z nią wieczór. I jak wróciłam późnym wieczorem do domu, okazało się, że Wiertka (już spała) zaprosiła resztę koleżanek z klasy. Zaległe zaproszenia już wypisała i schowała do plecaka. Zamiast kilku dzieci, będę miała na przyjęciu kilkanaście. Jak stawią się wszystkie. To pierwszy raz, moja córka tak samozwańczo, bez konsultacji ze mną, rozszerzyła listę zaproszonych gości. Przecież nie będę jej kazała teraz tego odkręcać. Miała w planach zaproszenie dwojga, trojga dzieci spoza klasy, ale poprosiłam ją by po prostu umówić się z nimi, czysto towarzysko już w styczniu.

Może moja córka wchodzi w ten wiek, gdy się chce być bardzo lubianym i akceptowanym przez otoczenie, więc nie potrafi się odmawiać. Wychowawczyni mówi, że jest przez klasę lubiana, nie krytykowana.

Mam nadzieję, że wszyscy się pomieszczą.

A na przyszły rok, plany urodzinowe muszę zacząć w październiku :)

15:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 grudnia 2017
Świąteczne przedstawienie

Tydzień zakończył się mocno nerwowo, ale ostatni punkt piątku był bardzo fajny.

Niedawno znajoma wyszukała informację o przedstawieniu świątecznym i zamówiła bezpłatne wejściówki także dla nie i Wiertki. Byłam zmęczona, nerwy miałam zszarpane i marzyłam by położyć się po prostu do łóżka, ale przemogłam się i nie odwołałam swojego przybycia. I nie żałowałam.

Trochę niepokoiłam się, czy to przedstawienie to nie jakaś przykrywka by zaproponować produkty, albo werbować do sekty. Organizowane to było wszystko przez wolontariuszy pewnej koreańskiej organizacji o podłożu chrześcijańskim. Młodzi ludzie pracują w Afryce, pomagają tamtejszej ludności, a w kresie świątecznym podróżują i dają przedstawienia. 

Przedstawienie miało dwie części. Pierwsza składała się występów - tańce koreańskie, pieśni afrykańskie, czy takie typowo bożonarodzeniowe z krajów kultury zachodniej. Mnie najbardziej podobała się część koreańska i jak dla mnie mogliby pokazywać tylko własną kulturę. Azja jest piękna. Druga część to było przedstawienie świąteczne - akcja działa się w noc przed Wigilią. Pomiędzy występami zapowiedzi były po angielsku, tłumaczone na polski. Przedstawienie było po angielsku, ale na telebimie widniał tłumaczony tekst. Cieszyłam się, że Wiertka płynnie czyta. I pomimo tego, z kontekstu, tembru głosów aktorów można by rozszyfrować akcję. 

Odprężyłam się, weszłam w świąteczny nastrój, Wiertka przytuliła się do mnie.

Po dwóch godzinach przedstawienia, wyszliśmy z budynku. Ja z koleżanką pogadałyśmy jeszcze, a nasze dzieciaki - jej syn i moja córka, biegały i rzucały w siebie śnieżkami.

Fajnie zakończony dzień. W sobotę, Wiertka pojechała to taty, a ja planuję - co już wprowadzam w czyn - spędzić dwa dni pod kocem.

środa, 29 listopada 2017
Dziecięce rozterki

Moja córka jest diametralnie inna niż ja. Ekspresyjna na zewnątrz, gdy mnie rozpiera do środka. Ostatnio miałam dwie takie sytuacje.

 

Oglądamy pewien serial i jest scena narodzin dziecka. Wiertka się najpierw wzruszyła, a potem płynnie przeszła do popłakiwania:

- Bo ja bym chciała mieć dziecko. Dlaczego ty nie urodzisz dziecka. Powinnaś mieć dziecko, chciałabym mieć braciszka. Chciałabym się z nim razem bawić. Bo w tym domu jest tak nudno, nie mam się z kim bawić.

Teraz Wiertka przechodzi już do płaczu:

- Bo ty się ze mną nie chcesz bawić. Ciągle patrzysz na zegarek i kończysz po godzinie. Nie chcesz się ze mną bawić przez kilka godzin. A ja się tak nudzę.

I tak to się ciągnie ponad kwadrans.

Inna sytuacja.

Pokazałam jej w internecie stronkę, gdzie można sprawdzić popularność nazwisk, częstość ich występowania w Polsce. Zaczęło się od tego, że ona często widzi moje nazwisko, stwierdziłam, że jest popularne. Okazało się, że nie aż tak jakbym podejrzewała, bo jest w trzeciej dziesiątce. Za to, gdy Wiertka zobaczyła, że nosi nazwisko bardzo rzadkie, jest w kraju może z 500 osób je noszących (większość zapewne spokrewniona), to się rozpłakała. I zaczął się łańcuszek smutków:

- Bo ja nie jestem popularna, chcę mieć inne nazwisko.

Myślałam, że jej imię ją pocieszy, bo odnoszę wrażenie, że robi się coraz bardziej oklepane. Dolałam oliwy do ognia, bo okazało się, że jednak jest poza pierwszą dwudziestką. Wiertka płakała mocniej:

- Nie mam popularnego imienia. Nie jestem popularna. Ja chcę mieć takie imię, jak inne dzieci. Wszystkie dzieci w klasie mają popularne imiona, tylko ja i (tu padają imiona dwóch dziewczynek) nie. Ale one nie są z Polski. Ja chcę być taka, jak inne dzieci.

Teraz Wiertka przechodzi w szloch:

- Bo dzieci mnie nie lubią. Nikt mnie nie lubi. Nie mam przyjaciółki. Chcę się pobawić z chłopcami, a oni ode mnie uciekają. Piłka nożna jest ciekawa, chcę się o coś spytać, a oni się odsuwają. Nie mam przyjaciółki. X mówi, że Y się ze mną przyjaźni, bo boi się, że będę ją dręczyć, jeśli tego nie zrobi. Wszystkie dziewczynki mają przyjaciółki.

Oczywiście, w takich sytuacjach pocieszam ją, staram się powiedzieć coś wspierającego, opowiadam coś z własnych wspomnień. Pokazuje jej jak ciekawie być nietypowym, oryginalnym, niepowtarzalnym. Tłumaczę, że chłopcy w tym wieku, jeszcze mocno się dystansują od dziewczynek. Jednak Wiertka nakręca się coraz bardziej i bywa, że popłakuje przez pół godziny.

Takie wahania nastrojów, roztkliwania, biadolenia, rozczulania się nad sobą miałam tak do dwunastego roku życia. I miewam do teraz, jak najbardziej. Tylko, że ja jestem typem introwertycznym, więc takie płacze uskuteczniam w samotności, prawie nigdy przy kimś, a czasem jęczę do środka. A Wiertka wyrzuca to z siebie. Bardziej mnie dziwi, że ona ma takie rozterki i lęki już w takim wczesnym wieku. To zachowania bardziej typowe dla nastolatek targanych burzą hormonów.

 

Tagi: córka
15:20, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 27 listopada 2017
Dziecięcy pokój zagadek

Wspomniałam wczoraj o zabawie, która trochę pomaga mojemu dziecku w nauce. Przez przypadek ;) Ja bawiłam się z moim bratem w coś podobnego w dzieciństwie. Wiertka zobaczyła to w jednym z seriali dla wczesnych nastolatek i bardzo jej się spodobało. Nazywa się to podchodami (coś innego niż moje podchody z dzieciństwa, dla odmiany). Polega na odnalezieniu kilku ukrytych przedmiotów, kierując się wskazówkami na karteczkach. A każda wskazówka to łamigłówka.

 

Dlatego tworzę jej, w mieszkaniu, ścieżkę z łamigłówkami, które prowadzą do zbierania drobnych przedmiotów. Zaczyna się na przykład od zdania w stylu „Stań pod pięcioma słońcami” – czyli pod żyrandolem. Tam jest przyklejony pierwszy drobiazg i druga karteczka. I tak dalej. Polecenia są w stylu: „rozwiąż równanie, jeśli wynik jest parzysty idź do kuchni, jeśli nieparzysty idź do łazienki”, albo „wykreśl z listy przymiotniki, liczba wyrazów, która pozostanie, to liczba kroków do przejścia”.

Wiertka robi swoją wersję podchodów dla mnie.

Już postanowiła, że stworzymy takie podchody, jako atrakcję na jej przyjęcie urodzinowe. Chce także zorganizować „pokój zagadek” dla koleżanek. Już powinnam zacząć wymyślać te zagadki.

 

Tagi: córka
15:48, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 listopada 2017
Sałatka macierzyńska

Ostatnie dni spędziłam poza pracą, ale i tak były na tyle zajęte, że nie miałam czasu na bloga.

Jeździłam z Wiertką na badania, zaprowadzałam ją na warsztaty teatralne (jedne cykliczne, jedne jednorazowe), czy zajęcia korekcyjne, robiłyśmy zadania ze szkoły. I nawet podjęłam próbę układania chaosu w moim mieszkaniu.

Zacznę od lekarzy. Po badaniu laryngologicznym okazało się, że Wiertka ma 30% niedosłuchu, gdy norma jest do 20%. Dostała skierowanie na badania do Pracowni Audiologicznej w Centrum Zdrowia Dziecka. Czyli będziemy szły dalej łańcuszkiem. Plus taki, że z tego można się wyleczyć. Przynajmniej wiadomo, że jej brak skupienia w klasie, rozkojarzenie i zagubienie wśród bodźców, to wina złego słuchu. Sama mi czasami mówiła, że nie zdąży czegoś zapisać, bo dzieci zaczynają już obok niej szaleć, a wstydzi się powiedzieć pani, że mało słyszy, bo inne dzieci się dowiedzą. W piątek byłyśmy na pobraniu krwi i prześwietleniu nadgarstka, ale opowiem o tym, jak już będą znane wyniki.

Nie pamiętam, czy już pisałam o warsztatach teatralnych. Znalazłam jedne w jednym z ośrodków kulturalnych na terenie dzielnicy. Pomyślałam, że to może skanalizować jakoś ekspresję mojej córki i wypełnić jej pragnienie błyszczenia. Wiertka żaliła mi się, że pani nigdy nie wybiera ją do głównych ról w szkolnych przedstawieniach. Robi zawsze za jakieś tło, chórek. Zaproponowałam, by sama się zgłosiła. Pamiętam z dzieciństwa, że nauczycielki pytały dzieci, kto się zgłasza, ja chciałam, ale się wstydziłam. Marzyłam, że ktoś sam mnie wybierze. No, tak nie bywa. I Wiertka spytała się pani, ale usłyszała od niej, że nie poradzi sobie. Ponownie było jej przykro. Być może chodzi o kwestię nie do końca dobrej dykcji, Wiertka chodzi do logopedy. A może zawsze w klasie są jacyś uczniowie wybierani za każdym razem do akademii. Tacy ulubieni. Sama bywałam takim uczniem.

Sąsiadka, mama koleżanki z klasy Wiertki, podsyłała mi co jakiś czas MMS-ami, co dzieci robiły na lekcjach. Starałam się robić to z dzieckiem na bieżąco. Łatwo nie szło. Wiertka powiedziała, że woli się uczyć w klasie, nie w domu, bo w klasie przepisuje z tablicy, wyniki podają inne dzieci. A tu w domu musiała robić ze mną każdy matematyczny przykład. Sporo tego było i w końcu połapałam się, że jej się mózg od tego gotuje. Mamy fajną grę, która pomoże w szkolnych kwestiach, ale to opiszę w kolejnym wpisie. Wiem w każdym razie jedno - kompletnie, totalnie, absolutnie nie nadaję się do prowadzenia edukacji domowej. Być może chodzi o moje dziecko i jej trudności ze skupieniem (latają jej oczy, chodzą nogi, zsuwa się w krzesła, jęczy), oraz trochę olewczy stosunek do tematu. Zareagowałam w końcu bardzo niepedagogicznie, bardzo nie w nurcie bliskości i od tamtego momentu miałam skupione i poważne dziecko. 

A dziś Wiertka obudziła się o 5:50. To już powinno mnie było zaniepokoić. Ona coś oglądała, ja drzemałam. Aż o 7:00 ocknęłam się widząc, że moje dziecko stoi na środku pokoju i wymiotuje. Zwróciła nietknięty wczorajszy obiad, co nasunęło mi podejrzenie grypy żołądkowej. Przy okazji sprzątania zobaczyłam, że wanna w łazience jest pełna wody. Gdy ja spałam, dziecko zrobiło sobie poranną kąpiel. Mała większość dnia przeleżała, pijąc wodę i rumianek. Pierwszy posiłek zjadła dopiero o 15:00. Energia już jej wróciła.

Tagi: córka życie
16:53, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 22 listopada 2017
Z pnączy, kaktusów, lilii i cierpienia

Gdy wiele miesięcy temu, pojawiły się informacje o polskiej wystawie obrazów Fridy Kahlo i Diego Rivera od razu wiedziałam, że muszę pojechać do Poznania. Trzeba było się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać. Potem życie pokazało, że trzeba się uzbroić i w inne rzeczy, a najdalej - na wydarzenie kulturalne - to mogę sobie do Wawra w Warszawie pojechać (o czym kiedyś będzie).

Niedawno okazało się, że wybiera się grupa moich koleżanek ze stowarzyszenia literackiego. Padł pomysł, by jechać samochodem w piątkę, a koszty rozłożą się na kilka osób, będzie taniej niż pociągiem. Podliczyłam i wyszło mi, że mogę zaryzykować. Jest szansa, że zmieszczę się w mniejszej kwocie. A potem, dziewczyny zadzwoniły i zaprosiły mnie na ten wyjazd, pokryją za mnie wszystkie koszty. Taki wcześniejszy prezent urodzinowy. Już im podziękowałam, ale dziękuję także teraz :)

Wyjazd opisuję dopiero teraz, bo trochę czasu upłynęło.

Ruszyłyśmy wczesny rankiem, ale nie tak o świcie. Choć w listopadzie świt bywa o zwodniczo późnej godzinie. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bo jechałyśmy dla przyjemności, nie bicia rekordu.

I wreszcie zamek w Poznaniu. Wystawa rozłożona była w czterech salach. Gdyby opierała się tylko na obrazach Fridy i Diego, byłoby ciężko, bo nie było ich aż takiej zawrotnej ilości. Pomysł na rozszerzenie tematu był ciekawy - w drugiej sali ekspozycję poświęcono zdjęciom Bernice Kolko, w kolejnej Fanny Rabel, a w ostatnia poświęcona była wspomnieniu wystawy sztuki meksykańskiej w Warszawie, w 1955 roku.

Najpierw Frida i Diego.  Gusta bywają różne. Diego Rivierze nie można odmówić talentu, doskonałego warsztatu malarskiego, zapału i ognia. Jednak dla mnie to były tylko obrazy. Po prostu obrazy.

Za to obrazy Fridy Kahlo... Można było stać przy każdym po kilka minut i analizować element po elemencie. Wypływające z emocji, uczuć, psychiki są bardziej opowieściami z krainy snów, ciemności. Jak wiersze, albo smutne piosenki.  I nawet, gdy to opisuję, to mam wrażenie, że opisuję płasko. To trzeba obejrzeć - jeśli nie osobiście, to reprodukcje w internecie.

Można było także obejrzeć urywki filmów (artystycznych, a może tylko codziennych), na których byli Frida, Diego, Trocki. Byłam zaskoczona, bo o ile na zdjęciach (także były na wystawie) Frida przedstawia się posągowo, lekko demonicznie, to na filmach, jako osoba w ruchu, interakcji była urocza, dziewczęca, lekko frywolna i przestaję się dziwić, że mogła uwieść nawet kobietę.

Oraz taka dygresja żartobliwa - Frida Kahlo jest jedyną kobietą, której świat wybaczył gęste, czarne zarośnięte brwi i wąsik nad ustami :)

Dalsza część wystawy. Zdjęcia Bernice Kolko, to Meksyk połowy lat 50tych XX wieku, ostatnie chwile życia Fridy. Ten Meksyk etniczny, wiejski, biedny. Pomimo tego, że zdjęcia są czarno-białe, to gra światła, cieni sprawia, że to nadal interesująca, soczysta kraina. Kolko pokazuje, że można krainę, której największym atutem są fajerwerki słońca i kolorów, pokazać w czerni i bieli tak, że nadal jest fascynująca.

Fanny Rabel była Żydówką urodzoną w Lublinie, której rodzina przed II wojną światową wyemigrowała do Meksyku. Była jednym z uczniów Fridy. Mojej koleżance jej obrazy i szkice podobały się bardziej niż te Fridy. Dla mnie były próbą połączenia europejskiego postrzegania świata okiem i rozumem z magią Meksyku. Jednak bardziej kocham Fridę.

Oraz ostatnia sala i chyba najzabawniejszy akcent. W 1955 roku meksykańscy artyści i ich prace zostali zaproszeni do Warszawy, na wystawę w Zachęcie. Zapewne, gdyby nie meksykańskie zapędy komunistyczne, to polski robotnik nigdy by się z ich sztuką nie zapoznał :) Dziś mogliśmy zobaczyć część tych prac oraz ogromne zdjęcie obrazu Fridy Kahlo, który został wysłany na tę wystawę - "Zraniony stół". Z tym obrazem wiąże się sensacyjna historia. Obraz na wystawę dotarł, ale do Meksyku nigdy nie wrócił. Wieść niesie, że ekspozycja pojechała dalej do Moskwy, a tam płótno zaginęło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Prawdopodobnie wisi w salonie jakiegoś byłego, radzieckiego oficjela, albo już u któregoś z nowych rosyjskich bogaczy. A może ktoś ukrył go w ciemnej piwnicy i każdy z nas nadal ma szansę nadal go odnaleźć :) Ciekawe jest dla mnie, jaki był klucz wybrania właśnie tego obrazu, bo w tamtych czasach Frida nie była przecież otaczana w Europie takim kultem.

Dlaczego ta wystawa - z 1955 roku - wydała mi się zabawnym akcentem? W gablocie można było się zapoznać wycinkami prasowymi, recenzjami z wystawy. Zanurzyłam się w ten socrealistyczny język i żałuję, że nie robiłam zdjęć. W jednym z tekstów autor wspomina spacerującego po sali robotnika w zabrudzonym smarem fartuchu. Inny, w innej recenzji, daje przepis na prawdziwą sztukę - zaangażowaną w ojczyznę, miłość do niej, gotowość w przelanie dla niej krwi. Żałuję, że trawestuję, bo oryginał był piękny. Ta poetyka przypomniała mi... dzisiejsze materiały prasowe. Już jakiś czas temu, zauważyłam, że pewne media mówiąc językiem łudząco podobnym do tego z okresu stalinowskiego. Taka ojczyźniania nowomowa. Druga strona, ta opozycyjna, dłużna nie jest. Może się okazać, że za kilka dekad, nasze wnuki będą z rozbawieniem czytać nasze wpisy na facebooku o "czarnych marszach", protestach. Uznają ten język za sztywny, napuszony w swojej waleczności. 

Może to język emocji, uczuć potrafi przetrwać lata. Nie zarykuję stwierdzenia, że się nigdy nie starzeje, bo zaraz ktoś mi doradzi lekturę "Cierpień młodego Wertera" ;)

Obiad zjadłyśmy przed wejściem na wystawę. Po wystawie była kawa i deser :) I wreszcie trzeba było zbierać się do powrotu.

Kolejne cztery godziny w samochodzie, ale tym razem w ciemnościach. Warunki wymagały podtrzymania naszej kierowcy w stanie gotowości i ożywienia, więc przez całą drogę prowadziłyśmy gorące rozmowy i dyskusje. Jednak, jak to się pisze - nie na bloga, ale "out of record" ;)

W domu byłam po 22:00 i padłam.

Jeszcze raz, bardzo dziękuję :)

Tagi