To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 04 października 2018
Wieczór poetycki

Chyba będzie seria wpisów opisujących moje wyjścia.

 

Przedwczoraj udało mi się wrócić do domu o ludzkiej porze, akurat by zrobić zakupy, ugotować obiad i odrobić z dzieckiem lekcje. Po 19:00 miałam w planach wyskoczyć na chwilę na muzyczny wieczór poetycki, który odbywał się w knajpce kilkanaście ulic dalej. Śpiewano piosenki do wierszy mojej koleżanki z pracy. Dziecko wypuściło mnie z domu bez żalu. Jeszcze będzie wpis o jej zadowoleniu z przebywania w domu samotnie.

Planowo miałam być na tym wieczorku tylko przez krótki czas, by jednak pobyć w domu z dzieckiem. Osób przyszło dużo, cała kawiarnia była zajęta. Ja wyszłam na spotkanie koleżance, bo po zmroku czuła się trochę zagubiona na praskich uliczkach. Piosenek było kilka, ale i muzyka, i słowa były świetne. Zazdroszczę koleżance umiejętności pisania wierszy długich, rymowanych – takich, pod które od razu można podkładać muzykę. Do żadnych moich coś takiego by się nie udało.

Po krótkim recitalu, trochę jeszcze zostałam do towarzystwa. Ludzie znali się z jednego miejsca, łączyła ich pasja muzyczna, wspólne spotkania i wyjazdy. Dlatego więc stałam trochę z boku, milczałam, robiłam inteligentną minę i co jakiś czas rzucałam jedno zdanie. Trochę wyczerpujące emocjonalnie dla takiego introwertyka :)

Na szczęście dla mnie, i koleżanka musiała szybko wracać do rodziny, i ja musiałam wychodzić, bo zostawiłam dziecko w domu, więc mogłam z twarzą się wycofać :)

Dziecko jeszcze zadzwoniło do mnie, żebym wracając chipsy kupiła, a gdy stanowczo zaprotestowałam rzuciło:

- Tak tylko zadzwoniłam, chciałam spróbować.

:)

 

wtorek, 02 października 2018
Niedziela w Koneserze

Na niedzielę także miałam wielkie plany. Trwał właśnie mój ukochany Festiwal Nauki, na którego wykłady chodzę od dwudziestu lat. Najbardziej mnie ciekawiące były akurat w sobotę, w trakcie szkolenia firmowego. Jednak w niedzielę także znalazłam trzy fajne wydarzenia.

 

Niewykluczone, że już się zestarzałam. Lata temu po sobocie całej na zajęciach, w niedzielę poszalałabym jeszcze gdzieś indziej. W poniedziałek byłabym umęczona, ale zadowolona. Teraz energia mi opadła. Bez żalu stwierdziłam, że wychodzić na poranne wykłady nie będę. Może gdyby były później, ale 10-12:00 to było dla mnie za wcześnie. Inną sprawą było to też to, że Wiertka całą sobotę spędziła sama w domu beze mnie. Twierdziła, że było fajnie, ale nie chciałam zostawiać dziecka na kolejny dzień samego. W dodatku wisiało nad nami odrabianie lekcji – matematyka bieżąca i zaległa, oraz język polski bieżący i zaległy.

Za to po odrobieniu lekcji i obiedzie pomyślałam, że możemy się obie gdzieś wybrać. Akurat pod bokiem, przez cały weekend odbywał się Festiwal Konesera – uroczyste otwarcie tego kompleksu. Co do samego miejsca mam uczucia mieszane. Pomysł by zrewitalizować zabudowania po fabryce alkoholi uważałam za świetny. W praktyce za to widziałam, że polegało to głównie na zburzeniu wszystkiego do gruntu i postawieniu nowych budynków stylizowanych na tamte. Zaiste zajebiste. Chyba tylko jeden budynek ocalał w historycznym zarysie.

W Koneserze na dużej scenie odbywały się koncerty, występy kabaretów, otworzony był ciąg handlowy, z miejscami gdzie eksponowano różne zdjęcia, wystawy (choćby polskiego designu). Był także Targ Rzeczy Ładnych, ale za wstępem 10 zł – aż tak nie pragnęłam kontaktu z rzeczami ładnymi. Jest tam także Pijalnia Czekolady Wedla oraz centrum medyczne. A na placu pomiędzy budynkami stały – żelazny punkt programu, no nie może ich przecież być – food trucki. Zapewne nigdy nie będę miała porządnie urządzonego życia, bo jednak lubimy z Wiertką tak sobie pochodzić, kupić z trucka gofra, dla mnie kawę, dla niej lemoniadę, usiąść sobie (ławek, w fajnym designie, było trochę) i pocieszyć życiem. Dodam tylko, że w ten dzień Muzeum Polskiej Wódki, znajdujące się na tym terenie, miało bilety za pół ceny (normalnie za 40 zł). Pomyślałam przez chwilę, ale moje dziecko nie chciało iść – co mnie nawet cieszy J  Trafiłyśmy, na obrzeżach kompleksu, na trawnik, gdzie przedstawienie dawali aktorzy z Teatru Baj. I wcale dla dzieci, moim zdaniem, to nie było. Był to zbiór scenek, historyjek opartych na wspomnieniach, rozmowach, dialogach mieszkańców Pragi. W warstwie wierzchniej zabawne i Wiertka świetnie się ubawiła, ale gdy odbierać dialogi, monologi bardziej dogłębnie, to te historie były smutne i gorzkie. Ale oglądało się to pięknie.

Generalnie, popołudnie spędzone fajnie. Można było zapoznać się z nowym punktem na mapie dzielnicy. Wygląda to wszystko niezwykle nobliwie, elegancko, z gustem, jak dla kogoś kto wydał zapewne ponad 10 tys za m kw mieszkania. I to, że na parterze umieszczono Żabkę i Biedronkę tego wrażenia nie zatrze :) 

 

poniedziałek, 01 października 2018
Kolory twojej osobowości

Mam za sobą trochę intensywny weekend. A jeszcze, zalegle, chciałam napisać coś o poprzednim.

 

W sobotę ponownie miałam całodniowe szkolenie w pracy. Oczywiście, będę potem mogła odebrać sobie za to dzień wolnego. Tym razem, szkolenie było super, sama na takie chodziłam i płaciłam z własnej kieszeni. Świetnie, że tym razem mogłam skorzystać z uprzejmości pracodawcy. Szkolenie było z rejonów samorozwoju, samopoznania, ale jego wyniki mają także ogromny wpływ na wzajemną komunikację i relacje w grupie. I taki był cel mojego szefa – żebyśmy łatwiej się mogli pomiędzy sobą dogadywać i rozumieli, dlaczego z jakąś osobą trudno nam złapać dobrą energię. On sam także uczestniczył aktywnie w spotkaniu, mogliśmy poznać jego profil i wymienić się uwagami.

Tematem szkolenia były typy osobowości – kolory. Spróbuję tak wyważyć wpis, by napisać fajne rzeczy, ale też nie wyjawić za dużo szczegółów – w końcu firma szkoleniowa zarabia na tym J Typy osobowości opierają się na kanałach percepcji, jak odbieramy świat, a w związku z tym jak reagujemy na informacje, jak reagujemy w sytuacjach stresowych. Typy znajdują się na kole, które podzielone jest na połowy dwoma liniami – poziomą i pionową. Linia pionowa oddziela dwie części koła – po lewej introwersja, po prawej ekstrawersja. Linie poziomie dzielą na – górną analityczną, dolną emocjonalną, relacyjną. Dodać trzeba, że nie jest to absolutnie oceniające – odbieranie świata danymi jest tak samo ważne, jak uczuciami.

W efekcie na kole mamy cztery kolory i cztery dominujące typy. Górny lewy, niebieski – introwertyk, analityczny, cichy, zamknięty w sobie, bardzo pilnujący swojej przestrzeni, odbierający świat liczbami i danymi (typ informatyka, księgowej). Dolny, lewy, zielony – introwertyk, uczucia, cichy, odbierający świat relacjami (typ nauczyciela, psychologa). Dolny, prawy żółty – ekstrawertyk, uczucia, ekspansywny, rozgadany, wchodzący łatwo w intymną przestrzeń (typ artysty estradowego, szefa, opiekuna klienta).  Górny, prawy czerwony – ekstrawertyk, kierujący się twardymi danymi (typ szefa, lidera).

Ważna uwaga – w nawiasach podałam stereotypowe zawody kojarzące się z danym kolorem, co nie oznacza, że w danej profesji nie odnajdzie się inna osoba. Co najwyżej może się czuć dziwnie.

Istotne jest też to, że człowiek nie jest jednym tylko kolorem, ale zespołem czterech tych kolorów, w różnych ilościach procentowych. Najczęściej dwa dominują, dwa są w – powiedzmy – zaniku. Zdarzają się osoby z tylko jednym kolorem dominującym, ale też takie które mają je rozłożone równomiernie. Napiszę od razu, że jestem zielono-żółta, a niebiesko-czerwony mam w małej ilości J

Najważniejszym celem warsztatu było ustalenie, jak poszczególne typy mogą ze sobą współpracować i dogadywać się. A szczególnie te „antagonistyczne”, czyli działające na kompletnie różnych energiach: niebieski (introwertyk, analityczny) z żółtym (ekstrawertyk, emocjonalny), czy czerwony (zwięzły, ekstrawertyk) z zielonym (emocjonalny introwertyk). Każdy z nas miał swoją własną analizę – jak do niego mówić, jak nie mówić. Omawialiśmy inne typy, robiliśmy grupowe ćwiczenia.

Jako ciekawostkę dodam, że mój dział, Customer Siervice, jest ciekawie spójny kolorystycznie – dominującym jest kolor żółty, jest pierwszym, albo drugim z kolorów. W następnej kolejności występuje zielony lub czerwony. Jest nas szóstka ułożona parami – dwoje żółto-zielonych, dwoje żółto-czerwonych i dwoje zielono-żółtych J

Opisałam to bardzo pobieżnie, bo cały warsztat trwał siedem godzin ( z obiadem w środku), a każde z nas dostało spore podsumowanie swojego typu w zbindowanej książeczce (wcześniej każdy wypełniał test na stronie firmy szkoleniowej). To bardzo ciekawe doświadczenie, bo wiesz już dlaczego z pewnymi osobami od razu chwytasz kontakt, a z innymi idzie jak po grudzie.

Do domu wróciłam zmęczona, ale z poczuciem, że dowiedziałam się fajnych rzeczy. Niestety, taka sobota „pracująca”, po normalnym tygodniu, sprawia, że padałam z nóg. Nie ogarniam, jak kiedyś można było pracować sześć dni w tygodniu, z tylko niedzielą dla odpoczynku. Podziwiam was, pokolenie 60+.

 

Tagi: praca życie
17:39, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 26 września 2018
Jesień się wdarła

Pamiętam, że może nie co roku, ale dość często, z szokiem znoszę to wrześniowe przejście od gorąca lata do chłodu jesieni. W tym roku, wydaje mi się, że było to jakieś mocniejsze. Może dlatego, że lato było takie przepiękne, potem przeciągnęło się na wrześniowe dni i odnosiło się wrażenie, że etap randek w łóżku będzie już zawsze ;)

 

Dygresja. W czasie ostatniej rozmowy, gdy wspomniałam o końcu lata, kolega zwrócił mi uwagę, że przecież astronomiczne i kalendarzowe lato kończy się pod koniec września, a nie z sierpniem. Wiem to, logicznie jest to dla mnie uzasadnione (czas od najdłuższego dnia do zrównania z nocą jako lato). Jednak dla mnie lato zaczyna się z czerwcem i kończy z wakacjami. Nawet gdy wrzesień jest słoneczny i ciepły, to zapach powietrza, kąt padania słońca pokazują, że to nie jest to. Być może z biegiem lat pory roku się poprzesuwały.

Jesień uderzyła mocno, wdarła się w człowieka razem ze swoim astronomicznym wejściem. Niedzielę spędziłam jeszcze w domu. Za to poniedziałek i wtorek to była bolesna aklimatyzacja do nowej aury. Nic to, że miałam ciepłą bluzkę, nic to, że miałam jesienna kurtkę. Drżałam, kości mi się trzęsły, gardło pobolewało, w głowie szumiało, jak wtedy gdy umyje się włosy, nie dosuszy i wyjdzie na chłodny wiatr. Rozbita byłam. Obawiałam się nawet, że za moment się rozchoruję. Miałam już jesienny komin, ale rozważałam też założenie czapki i rękawiczek. Przy tym ta burość i porywisty wiatr, to były tylko dodatki. Całe ciało mi płakało i buntowało się przed taką jesienią.

Wczoraj wieczorem wróciłam do domu, weszłam do wanny z ukropem, wyparzyłam ciało, weszłam do łóżka, zasnęłam i dziś już wszystko mam w sobie z tą jesienią pogodzone :)

 

17:41, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 września 2018
Ognisty tydzień

Myślałam, że poprzedni początek tygodnia był ognisty, ale ten poszedł na przód peletonu.

 

Ognista była atmosfera dookoła, bo przecież nie pogoda. Niby pochmurno, zimno, pada deszcz, ale w powietrzu przepływała drgająca energia. Jadąc tramwajem do pracy mijałam rozbite na drodze auta. W sumie przy takiej plusze to nie dziwne. Dotarłam do biura, a tam wielka awaria systemu technicznego. Dostawca usług internetowych miał problemy i prawdopodobnie więcej firm i osób fizycznych miało nerwowy początek poniedziałku. Nam pewne materiały poutykały w sieciowej drodze, trzeba było wymyślać odpowiedniej rozwiązania.

Jednocześnie, zadzwoniło moje dziecko, popłakując, że nie może zamknąć drzwi do naszego mieszkania, są otworzone. Na moim zegarku 7:55 (lekcje miała od 8:00), więc każę jej zostawić to w cholerę i iść do szkoły. Lekcje ważniejsze. Wiertka nie chce iść, bo „wejdą nam do mieszkania”.

- Idź do szkoły! Niech wejdą nam do mieszkania, co oni mogą nam ukraść? – tłumaczyłam nerwowo dziecku.

Wzbudziło to wesołość u moich koleżanek i było anegdotą do końca dnia. Szczególnie, kiedy im powiedziałam, że bardziej się wstydzę przed złodziejem bałaganu, a nie tego, że ma mnie okraść. Wzbudzałam podziw moim spokojem, co do uchylonych drzwi do domu.

A tu zaczął się w mojej firmie audyt, który miał skutkować nadaniem certyfikatu bezpieczeństwa. Na szczęście, w nieszczęściu, audytor utknął w karambolu po drodze i spóźnił się. Jednak te dwa ostatnie dni, to atmosfera w biurze napięta, bo wszystko musiało działać idealnie. Według procedur, na przykład, w moim dziale nie wolno trzymać na biurku jakichkolwiek napojów. Dlatego więc, by się napić, szliśmy do naszego kącika kuchennego w rogu pokoju, albo stawiało się kubki na parapecie, jeśli ktoś ma biurko przy oknie. Zarządzenie ma sens, ale tylko w określonych momentach, gdy na biurku leżą pewne dokumenty.

Po powrocie do domu, okazało się, moje dziecko drzwi zamknęło, tylko nie mogło przekręcić klucza, nie było więc tak tragicznie. Klucz okazał się być zatkany, więc dałam Wiertce swój, a tamten przetykam. Przekręca się z trudem, ale daję radę.

Dziś nie lepiej. Zerwałam się łóżka, zrobiłam to wszystko, co zazwyczaj robię rano, obudziłam dziecko, by powoli przygotowywało się do szkoły. Na stację kolejową, w pociągu, do autobusu, do budynku, do windy. A w windzie rzuciłam okiem na zegar, na wyświetlaczu. Dziwna jakaś ta godzina. Czas już przestawili? I dotarło do mnie, że… przyjechałam do pracy o godzinę za wcześnie. Mogłam dłużej pospać, mogłam coś porobić w domu… Humor mi siadł, więc zamknęłam się w wolnym pokoiku z kawą, książką i tak spędziłam kawałek poranka. Trudno. Pracę rozpoczynam o 8:00 lub 10:00, więc dziwne, że dopiero teraz pomieszały mi się godziny. I dobrze, że godzinę na wcześniej, nie później. Resztę dnia spędzałam podłączona do kroplówki z kawą. Jesień wdarła się we mnie. Ale o tym będzie jakiś inny wpis.

 

piątek, 21 września 2018
Matematyczny bieg przez płotki

Jak można się było domyśleć – IV klasa, całkiem inne podejście nauczycieli do kwestii prac domowych. Większość na razie, nie szaleje. Wyjątkiem jest pani od matematyki. Po każdej lekcji do zrobienia jest od czterech do ośmiu zadań. Z pozoru są nawet łatwe, szybkie do zrobienia. Pierwszą przeszkodą jest ogarnięcie mojego dziecka. Z zasady niczego nie zadali, według niej. Może raz coś zapamiętała. Robię więc obdzwonkę po innych matkach.

 

Drugą przeszkodą są moje godziny pracy. Gdy kończę o 18:00, dojeżdżam do domu koło 19:00 i nawet jak natychmiast siadam z dzieckiem do lekcji, to dla Wiertki jest już za późno. Może na inne przedmioty jest jeszcze w miarę, to na matematykę jest stanowczo nie ta pora. I jest nerwowo, czasami głośno. Ja chciałabym, żeby zrobiła choć ze trzy przykłady, tak dla załapania, o co chodzi. Idzie z trudem.

Wczoraj już w ogóle było ciężko, bo dowiedziałam się, że z matematyki nie ma nic zadane i pozwoliłam się długo bawić dziecku na placu zabaw. A przed 19:00 dostałam alert (ktoś tam do kogoś jeszcze zadzwonił), że jednak są trzy zadania. To była masakra, bo dziecko było tak zmęczone, że nie potrafiło mi podać ile jest 5 x 10, czy 10-1. A już wynik działania 42:7=?, czyli przez ile możemy pomnożyć 7, to już był kosmos.

Przyznam, że nie byłam oazą spokoju i cierpliwości. Szczególnie, że miałam dziecko rozpłakane, leżące na łóżku, uciekające do łazienki i wracające z niej na czworakach. Obawiam się, że ta moja złość wynikała też z bezsilności, bo wiedziałam, że tej pracy domowej nie da się odrobić i nie mam totalnie wpływu na to, by moje dziecko zatrybiło. Muszę odrobić lekcję za nią. A to ślepa uliczka.

A co lekcja zadawane są nowe rzeczy. Czyli z dnia na dzień robi się nowa warstwa zaległości. Bo mogę podać dziecku prawidłowe wyniki do wpisania. Tylko na sprawdzianie, czy klasówce, ona nic nie napisze sama. Mam żal do nauczycielki, że tak goni do przodu. Moim zdaniem, powinna na każde zagadnienie poświęcić 3-4 lekcje. Może to program nauczania jest tak przeładowany. A może to materiał z III klasy, tylko my tego nie zauważamy.

Dziś rano, przed wyjściem do pracy, przepytałam trochę Wiertkę z tabliczki mnożenia – wyspana i wypoczęta podawała dobre wyniki. Czyli nie jest głupia, tylko popołudniami bardzo zmęczona.

Na razie muszę to wszystko jakoś ogarnąć. Chyba jednak zrobić dziecko codzienne odpytywanki z tabliczki mnożenia i w weekend powtórkę przykładów, by zrozumiała schemat rozwiązywania równania. Będzie zabawniej. Ostatnio koleżanka z pracy opowiadała, że zanim usiadła z synem do odrobienia pracy domowej z matematyki (VII klasa), to zamknęła się z podręcznikiem w łazience i sama ponownie się go nauczyła :) Głupio jej było pokazać dziecku, że zapomniała.

Inna anegdotka. Rozmawiam na placu zabaw z jedną z matek, która była zaskoczona zadaniem domowym dziecka – działania w typie 7 x 25, czy 5 x 44. Bo skąd jej dziecko ma umieć mnożyć przez tak wielkie sumy. Kazała dziecku użyć kalkulatora. Następnego dnia sama spojrzałam w to zadanie – na początku ćwiczenia był wzór, według którego można rozwiązać takie równanie: 7 x (20+5) = 7 x 20 + 7 x 5 = 140 + 35 = 175 :) Nie jest z nami tak źle.

A tak po cichu to zastanawiam się, czy te dzieciaki, które odrabiają w domu same, w pokoju, bez nadzoru rodzica, nie używają po prostu kalkulatora. Ja ciągle o to walczę z Wiertką. Bo po co uczyć się matematyki, gdy są kalkulatory :(  Ja sama przecież głównie korzystam z kalkulatora, ale gdy odrabiam z dzieckiem, ambitnie obliczam wszystko w pamięci lub na kartce. Ciekawe, czy kolejne pokolenia totalnie pozbawią się umiejętności samodzielnego liczenia, zdając wszystko na maszyny.

 

17:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 września 2018
Głupio zgubić, szczęśliwie znaleźć

Z cyklu – głupio zgubić, przez przypadek odnaleźć ;)

 

W związku z pojawieniem się w mojej okolicy jednego ze sklepów tej sieci, dałam się namówić dziecku na wyścig po kupno Słodziaka. Bo żeby tak zbierać, by mieć go za darmo, to nie mam siły. To ciułałam, ciułałam te naklejki, trochę jej ojca naciągnęłam, miałam swoje myki jak zebrać je szybciej (ale legalnie). Raz nawet jedna miła pani przekazała Wiertce swoje dwie naklejki – moja córka stojąc w kolejce cały czas nadawała o Słodziakach, pani była przed nami i jak usłyszała od kasjerki pytanie o naklejki, to poprosiła i dała mojemu dziecku :)

I jesteśmy na finiszu, już był w ogródku, już witał się z gąską. W sobotę zrobiłam większe zakupy, zgarnęłam cztery naklejki (te ostatnie do zdobycia) i wrzuciłam bezpośrednio do torby wypchanej zakupami. Żeby już szybciej odejść od kasy. W domu wypakowuję wszystko, już chowam torbę, ale nagle mnie tknęło. Przecież tych naklejek nie wydłubałam. I dawaj szukać. W torbach wybebeszonych na drugą stronę. Obejrzałam każdą kupioną rzecz, ze wszystkich stron, bo może się przykleiły. Nie ma. Podłogę obejrzałam, bo może upadły. Nie ma.

Pomarudziłam, pojęczałam, bo tak głupio zgubić, niczym madka jakaś :) Aż tu wczoraj, dziecko wysłałam do szkoły z sąsiadką, sama miałam jeszcze godzinę do wyjścia. Traf chciał, że dziecko było  pokąsane przez komary i piło rano wapno. Musiałam wyjąć z szafki nowy kubek, bo chciałam napić się wody. Zazwyczaj używamy dwóch tych samych kubków no stop. Odkręcam kran i po sekundzie w szoku zakręcam. I tak z wody w kubku wyłowiłam sznurek zagubionych naklejek :) Przykleiły się do jednej z paczek i w czasie wkładanie jej do szafki odpadły i zsunęły się do kubka. Mogłam je w przyszłym roku znaleźć ;)

 

Tagi: córka życie
20:01, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 września 2018
Drzewo pamięci

Dzisiejsze popołudnie spędzone rodzinnie, na urodzinach bratanka. Także siedząc w ogrodzie, rozmawiając o planowanych pracach przy drzewach - gałęzie trzeba przyciąć, sprawdzić, czy drzewo nie zawali się za jakiś czas, bo jest już ogromne. Krótkie pytanie gościa o wiek drzewa i wynikł drobny spór. Drzewo jest wysokie, rozłożyste, dominuje nad ogrodem. Ktoś z gałęzi mojej bratowej rzucił, że zapewne ma trzydzieści lat, albo i więcej. Mój brat zaprotestował. My z tatą zaczęliśmy się zastanawiać. Ja pamiętam, jak ta część ziemi wyglądała na początku lat 90tych - hałdy piachu i gdzieniegdzie trochę trawy. Jednak drzewo mogło zostać posadzone w drugiej części dekady.

Mój brat, osoba bardzo uparta i zawsze starająca się dowieść swojej racji, poszedł pogrzebać w swoich zdjęciach, by udowodnić, że drzewo ma kilka lat. Kilka lat - no żarty. Tata wspomniał, że posadziła je mama - posadziła na środku klombu mały kikucik, twierdząc, że duże nie urośnie. Taki tam ozdobny krzew. Moja mama uwielbiała pielęgnować, planować ogród. Co roku wymyślała jakieś aranżacje. Czyli drzewo ma minimum dziesięć lat, bo tyle minęło od jej śmierci.

Brat pokazał nam zdjęcia. Na pierwszym, rzeczywiście widać kikutek może półtorametrowy wystający z ziemi. Nie miał nawet liści, czy gałęzi. Obok stoi pies, czyli zdjęcie musiało zostać zrobione najwcześniej w 2001 roku. Tyle, że mój brat jest człowiekiem praktycznym i jak robi czemuś zdjęcie, to w konkretnym celu - tu prawdopodobnie dokumentował dom i ogród do wyceny. Robiliśmy to w 2007 roku, potem chyba 2008, czy 2009. Kolejne zdjęcie ma już datę - 2010 rok i na nim w tym miejscu rośnie rozłożysty krzew, tak mający może niewiele niż dwa metry.

Minęło siedem lat i drzewo wystrzeliło tak, że różnica jest porażająca. Człowiek mijał je, ale jakoś umknęło, że co roku powiększało się coraz bardziej.

Dla mnie, to prawdopodobnie jedna z ostatnich rzeczy, jakie posadziła moja mama, dotknęła swoją ręką, zostawiła po sobie. To jakby część jej na tej ziemi. Wolność jaką odzyskała.

Poniżej zdjęcie drzewa - od półtorametrowej gałązki, do czegoś takiego w jedenaście lat.

 

19:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2018
Szkolny raporcik

Zaliczyłam pierwszą wywiadówkę w IV klasie. Trochę się stresowałam, ale na razie zostało mi darowane. Panie wychowawczynie powiedziały mi na boku, że chcą się ze mną spotkać niedługo, żeby usiąść i ustalić kilka rzeczy. Na razie są miłe i pomocne. Mam drobną nadzieję, że to orzeczenie, które dostała Młoda, sprawi, że nauczyciele będą na jej reakcje pozytywnie uwrażliwieni.

 

Na razie mamy za sobą pierwsze dni w nowym porządku szkolnym. Bo IV klasa to już wyższy pułap. I piszę w liczbie mnogiej, bo na tym etapie edukacji rodzica też to jeszcze mocno dotyka. Widzę, że dziecko jest lekko przytłumione zmianami nauczycieli co lekcja. Dużo bodźców. Generalny remont budynku szkoły, sprawia, że jeszcze przez ten rok szkolny wszyscy będą w budynku zastępczym. Jest tam za mało sal, dyrekcja szuka pomieszczeń poza szkołą, w sąsiednich instytucjach, nauczyciele z dnia na dzień zwalniają się, bo znajdują pracę w szkołach o lepszym priorytecie (np. w liceum). Dzieci dostają plan lekcji z dnia na dzień. Nie jest on obowiązujący w następnym tygodniu. Jeszcze chwilę to potrwa. Lekcje są jednego dnia w różnych salach, więc dzieci wędrują na przerwie. Mam nadzieję, że jeszcze tydzień maksymalnie, ale sytuacja się unormuje.

Pierwsza praca domowa  z matematyki już była. Odrobiona wśród jęku i płaczu. Jednak koleżanka Młodej, według mnie wzorowe dziecko, powiedziała, że w trakcie tej pracy płakała trzy razy, więc może nie jest tragicznie. A wczoraj miała nawet niezapowiedzianą kartkówkę z matematyki i jest dobrej myśli, co do wyniku.

Wydarzyły się wczoraj także inne rzeczy, które mnie zestresowały, doprowadziły do szlochu moje dziecko. Takie na płaszczyźnie relacji pomiędzy dziećmi, przemocy szkolnej, co pociągnęło za sobą konfrontacje matek. Jesteśmy z Młodą w kiepskiej sytuacji, bo ze względu na jej temperament, zachowanie jest ona z automatu definiowana jako winna. Na szczęście mam świadectwo innych dzieci, innej matki oraz nauczyciela, mówiące, że moja córka miała prawo zachować się tak, jak się zachowała. Boję się jednak trochę, co będzie dalej – czy nie będzie wojny podgryzającej pomiędzy dziewczynkami, dzieci bywają okrutne. I czy nie będą się teraz tworzyć koalicje matek nastawionych antagonistycznie.

Gdy wróciłam do domu, moje dziecko było cichutkie i patrzyło się na mnie smutnymi oczami. Powiedziałam, że jej wierzę i broniłam ją przed koleżanką i jej matką, stoję po jej stronie.

Kiedy chciałam mieć dziecko moja wyobraźnia nie wychodziła poza etap pachnącego niemowlaczka. Może doczołgała się do etapu dwulatka. Kwestie wojen dziewczynek, wojen które nie są już w tych czasach tylko werbalne (a zaraz zaczną dojrzewać!), to już kompletnie nie ogarniałam.

 

17:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 września 2018
Muzyczno-artystyczny weekend

Po pierwszym tygodniu spędzonym w szkole, zasadniczo moje dziecko chciało spędzić weekend leżąc na kanapie i jak najbardziej oddalać się od wyzwań intelektualnych. W sumie mnie też już ogarnia jesienna pierzynka. Jednak mam wyrzuty sumienia trzymając dziecko z dala od świeżego powietrza.

 

W sobotni wieczór wybrałyśmy się na Noc Pragi – Święto ulicy Ząbkowskiej. Zapewne wielu osobom to odpowiada, mnie już jakoś średnio – wydarzenie polegało na zorganizowaniu wielkiego koncertu na skrzyżowaniu i rozstawieniu straganów z zabawkami, ogródków z piwem. Występowały zespoły, powiedzmy, zróżnicowane – od kapeli praskiej, disco polo, disco po gwiazdę wieczoru Wilki na zakończenie. Akurat jak dotarłyśmy śpiewał nie znany mi, choć chyba popularny, zespół żeński, gdzie na scenie trzy dziewczyny w szczycie płodności, ubrane w seksowne cekinowe sukienki śpiewały do bardzo wciągającego rytmu. Moja córka od razu stała się ich zagorzałą fanką. Trochę posłuchałyśmy muzyki, trochę pokręciłyśmy się pomiędzy straganami. Niestety, po godzinie zaczął padać deszcz i zebrałyśmy się do domu. Jakoś, z mojej strony, bez żalu.

W niedzielę pojechałyśmy na wernisaż do zaprzyjaźnionej galerii malarskiej. Zaintrygował mnie tytuł wystawy – „Samotność”. Z rozmów z autorką słusznie wynikało, że nie zawsze jest to stan niepożądany, a moment w życiu, gdy redukuje się do minimum wszystkie rzeczy, emocje, uczucia, akcenty w swoim życiu. I takie też minimalistyczne, dzięki temu piękne, były te obrazy. Samotność bywa monochromatyczna, dzięki temu spokojna i łagodna. Ciężko w słowach opisywać obrazy by nie popaść w kicz. Wszystkie były praktycznie jedno, dwukolorowe, dominowała czerwień i czerń, znajdowały się na nich postacie. Kilka miało niesamowity pomysł – na duży obraz właściwy, naklejony był w roku mniejszy, wypukły. I choć na całości były ludzkie sylwetki, to właśnie inność, obcość tej jednej na wypukłej części była mocniej widoczna. Bo czasami samotność, to smutne poczucie odrębności.

W drugiej części wernisażu, recital miała córka mojej koleżanki, niezwykle utalentowana, nagradzana sopranistka. A na widowni, na kolanach młodej babci, siedziała jej czteromiesięczna córeczka :) Wiertka część dyskusyjną przeleżała znudzona na moich kolanach, albo zabawiała w kuluarach malutką. Przyszła posłuchać muzyki. Jednak po kilku piosenkach chciała  się już zbierać do domu. Jako, że przed wyjściem bolało ją ucho, jutro na rano do szkoły, to nie trzymałam ją. Wracając, zahaczyłyśmy jeszcze o koncert Renaty Przemyk w Praskim Ogródku Sąsiedzkim. Posłuchałyśmy kilku piosenek.

A wieczór, to bolesne, pełne jęków, żali i skarg na los pakowanie plecaka do szkoły.

 

21:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi