To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 09 kwietnia 2017
Utracona cześć Katarzyny Blum - dyskusja

Po szczegóły historii o tym, jak media mogą sprawnie, w kilka dni zniszczyć życie człowieka, odsyłam do poprzedniego wpisu. Po projekcji filmu, nastąpiła cześć dyskusyjna. Niestety, miała jedną wadę - mogła trwać maksymalnie godzinę, ze względu na kolejną projekcję, a temat zasługuje na więcej czasu.

Panelistów było czworo - Roman Kurkiewicz z Collegium Civitas jako moderator, Magdalena Chrzczonowicz, sekretarz redakcji OKO.press, Joanna Grabarczyk, z organizacji HejtStop, Jan Świerszcz, z Fundacji na rzecz Różnorodności Społecznej.

Dla mnie poruszone zostały trzy ciekawe kwestie. Pierwsza podniosła mi lekko ciśnienie. Bo oto Pani Magdalena Chrzczonowicz odrzekła, że dzisiejszy czytelnicy mediów doskonale wiedzą, że news może okazać się fałszywy, potrafią to wytropić i wykazać. A tak w ogóle, to do każdej wiadomości podchodzą od razu, jako do fałszywej i to bardzo fajnie, że mamy takich wyrobionych odbiorców. A ja się pytam w duchu - przepraszam za język - jeśli każdy news ma być na wstępie kłamstwem, a ja mam go weryfikować, to na chuj mi takie media? Jestem kobietą, przepraszam - na pizdę mi takie media? Może w takim razie je zlikwidować? Zostawić tylko część komentującą, felietonistyczną. Dziś ludzie puszczają, nawet poważne opiniotwórcze portale, jakąś informację bez sprawdzenia jej w źródle. Od tego stają włosy na głowie. Autentyczność sprawdzają blogerzy. Włosy stają ponownie. Po co nam dziennikarze? Napiszę o tym kiedyś inny wpis.

Na szczęście, pan Kurkiewicz trochę zripostował w moim duchu, ale i tak zbyt delikatnie. Za to wspomniał, że ze swoimi studentami robi pewne ćwiczenie warsztatowe. Każdy ma na zajęcia napisać dwa teksty na ten sam temat - jeden prawdziwy, drugi fałszywy. Potem, w grupie ustalają, który jest który. I o ile, studentom nie sprawia żadnej trudności napisanie obu wersji, to nie potrafią wyłapać u kogoś, kiedy sporządził coś kłamliwego. Nadzieja jest, że może niektórych nauczy się warsztatu weryfikacyjnego. Jednak nie wiadomo, czy akurat ci zdecydują się na bezpłatne staże z wpisem do CV, w mediach, które czytamy.

Bardzo ciekawie opowiadała też Joanna Grabarczyk o młodych ludziach, hejcie w sieci, tym, że to od nas rodziców powinni się nauczyć bezpiecznego korzystania z sieci, podchodzenia do informacji z dystansem, chronienia ich. Trudno mi uwierzyć, jak powiedziała, że aktualnie najpopularniejszym wyzwiskiem w niektórych szkołach jest "ty uchodźco".

Czasu było zbyt mało na pytania z sali, a szkoda.

Utracona cześć Katarzyny Blum

Jak wspomniałam wcześniej, zabiegany czwartek nie skończył się szybko, bo na 18:00 poszłam do Kina Praha na jeden z filmów wyświetlanym w ramach Wiosny Filmów. Nie wybrałabym go, gdybym nie wiedziała, że po projekcji będzie jeszcze dyskusja z panelistami.

O powieści "Utracona cześć Katarzyny Blum" Heinricha Böll'a już kiedyś pisałam, trochę streszczałam. Zrobię to jeszcze raz, bo choć od jej wydania minęły cztery dekady, choć krytykowała ówczesną, niemiecką prasę tabloidową, to najgorsze jest to, że cała ta machina jest nadal aktualna i nadal sprawnie działa. Gdy czytałam ją po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, jeszcze była dla mnie ciekawostką. Potem ze zgrozą zobaczyłam, że ta historia się aktualizuje.

Katarzyna jest zamkniętą w sobie kobietą w okolicach trzydziestki, nazywaną przez koleżanki "mniszką". Trafia jej się coś, co łatwo można by przerobić w łzawą, wzruszającą historyjkę miłosną. Na zabawie karnawałowej u ciotki (w miejscu absolutnie zaufanym) poznaje nieznajomego mężczyznę, który przypadkiem (jak się okaże, nie do końca) został tam ściągnięty z jakiejś restauracji. Ot, gość idąc na przyjęcie, zabiera nowo poznaną osobę ze sobą. Dwoje ludzi rozmawia ze sobą, czuje nić porozumienia i Katarzyna decyduje się spędzić z tym mężczyzną noc w swoim mieszkaniu. 

Rankiem, gdy budzi się sama, do jej mieszkania włamuje się brygada antyterrorystyczna, z policją, prokuratorem. A pod blokiem czekają przedstawiciele prasy i telewizji z kamerami aparatami fotograficznymi. Okazuje się, że tajemniczy mężczyzna jest anarchistą. Przypomnę, że powieść powstała w 1974 roku, więc świeżo po atakach Frakcji Czerwonej Armii. To tak, jakby dziewczyna poznała dziś śniadego, uroczego chłopaka, który rano okazuje się islamskim terrorystą świeżo po ataku bombowym.

Cała powieść o jest o tym, jak traktowana jest osoba - przypadkowo wplątana w sytuację, a uznana za zaangażowanego członka wydarzeń - przez policję, media. Prokurator i śledczy traktują ją jak puszczalską, tabloid dociera do członków jej rodziny, znajomych i puszcza na pierwszej stronie artykuły z kompletnie wymyślonymi słowami tych osób. Katarzyna odbiera obelżywe telefony, dostaje mnóstwo obscenicznych listów. Jest narażona na chamskie komentarze w miejscach publicznych. Wie, że media kłamią, ale też wie, że ludzie wierzą mediom. To jest prawda. Böll krok po kroku, kartka po kartce - a reżyserzy Volker Schlöndorff i Margarethe von Trotta scena po scenie - pokazują, jak kobieta traci twarz, godność, prawo do swojego ciała. Aż do momentu, gdy bezsilna robi coś tragicznego.

Ogląda się to i czuje, że taka sytuacja mogłaby się wydarzyć dzisiaj. Wystarczy poczytać komentarze w mediach społecznościowych. Obraźliwe wyzwiska o "rozkładaniu nóg", "puszczaniu się z ciapatym" oraz oczywiście tradycyjne życzenie "rytualnego gwałtu zbiorowego przez muzułmanów". Dygresja - ktoś mi poda jakiś element sacrum, który mówi, że jakikolwiek gwałt zbiorowy ma cechy rytuału? Wiem, autorzy tego powiedzenia nie są zbyt lotni. Z jednej strony, zjawisko oblewania jakiejś osoby kubłem pomyj ma dziś jeszcze większy zasięg. Z drugiej strony - jest jakiś okruch szansy na obronę.

Jednak nie zawsze. Na koniec pokażę przykład, na jaki się niedawno natknęłam. Jakaś dziewczyna napisała na FB na stronie sieci kawiarń wpis o tym, że barista zrobił jej nie taki szlaczek z mleka na kawie i zniszczył jej całą koncepcję. Podobno, to kolega zrobił jej głupi żart, pisząc z jej konta. I jej wpis, jako screen (więc usunięcie go nic nie pomoże), zaczął krążyć po FB, a wiele instytucji (ha, ha, ha, to takie zabawne), nie zadało sobie trudu by zamalować dane osobowe. Wpis był posyłany dalej przez setki ludzi i setki ludzi. Z komentarzami - obraźliwymi, wulgarnymi. Jej zdjęcie, imię, nazwisko wycierano po internecie przez kilka dni. Tego szaleństwa nie można było zatrzymać. I to może spotkać każdego z nas - nawet jeśli napisał coś rozsądnego, inteligentnego. To coś może zostać zniszczone przez internetowych kretynów.

Jeśli wydaje ci się, że strzeżesz swoich danych osobowych, zdjęć jak oka w głowie i jesteś niewinny niczym lilijka, to tylko ci się wydaje. W momencie, w którym media postanowią ustanowić cię bohaterem serii newsów, nie masz szans. A mogą to zrobić z błahego powodu. I nikt nie będzie dociekał, czy jest prawdziwy. Przecież skoro napisał to jego ulubiony portal, to jest to prawdą.

O dyskusji napiszę w innym wpisie, bo tu już powoli brakuje miejsca :)

 

PS: Książkę mam, mogę pożyczyć ;)

piątek, 07 kwietnia 2017
Czwartek w biegu

Wczorajszy dzień miałam zabiegany. Odprowadzić dziecko do szkoły. Zanieść spodnie do poprawek krawieckich, bo trzeba wszyć nowy suwak, a ja nie jestem biegła w tej sztuce. I komuś pracę dać trzeba :) Potem przejażdżka do Urzędu Pracy, by podpisać listę. Czasu miałam trochę, więc by dotrzeć w kolejne miejsce, na drugim końcu miasta, wybrałam połączenie bez przesiadek, ale za to długą trasą. Miałam książkę do czytania. Szkoda, że do picia wzięłam wodę, a nie termos z gorącą herbatą :) Zapobiegawczo założyłam ciepły płaszcz i szal, ale brakowało mi rękawiczek :)

Pojechałam na badania medycyny pracy, do nowej pracy. Dużo jeszcze nie piszę, bo boję się zapeszyć i cieszyć przedwcześnie. Jak to ja :) Instytucja chroniona, więc ktoś musiał po mnie wyjść, by mnie do lekarza zaprowadzić. Firma jest na rozległym terenie, więc owa osoba przyjechała po mnie samochodem. Zapobiegawczo byłam wcześniej, bo zakładałam, że dostanie się do budynku przychodni zajmie trochę czasu. Pan, który po mnie przyjechał - a zostało jeszcze trochę czasu - powiedział, że zanim mnie podwiezie, załatwi coś w innym budynku, a ja poczekam w aucie. Fajnie jest mieć zawsze przy sobie książkę. Tylko, że czas mijał i mijał. W końcu okazało się, że jest już pora mojej wizyty. Weszłam więc do budynku i kulturalnie wygarnęłam pana do samochodu.

W tamtym miejscu czas kieruje się swoimi własnymi prawami, bo gdy dotarła do poczekalni, gabinet był zamknięty. Jakaś przerwa. Byłam przygotowana logistycznie - miałam kanapki. I książkę oczywiście. Choć mój charakter, który chce wszystko szybko i od razu - cierpiał. Po 40 minutach, wreszcie lekarz zaczął ponownie przyjmować. To był ten pan, który po mnie wyjechał. Znalazłam się chyba po drugiej stronie lustra :) Ze względu na opóźnienia, wizyta trwała jedno mgnienie oka.

Załatwiłam jeszcze pewne sprawy w kadrach, przywitałam się z osobami, z którymi będę pracować i wyruszyłam dalej. Kompleks jest rozległy, można jeździć po nim samochodem, ale na piechotę także się da. Ćwiczę moją orientację przestrzenną i udało mi się wydostać bez kompasu, czy też finki.

To nie koniec, bo pojechałam do mojej byłej pracy, gdzie czekały na mnie jeszcze jakieś drobne pieniądze. Tam też chwilę pogadałam z byłymi współpracownicami.

Jednocześnie, starłam się z praktycznym zastosowaniem przysłowia "kwiecień plecień poprzeplata", próbując wbić się pomiędzy fale deszczu z gradem. Nie zawsze się udawało. Do domu dotarłam przemoczona. Zrobiłam sobie coś do jedzenia, poleżałam na kanapie i trzeba było iść po dziecko.

A po południu także wychodziłam na miasto, ale wpis o tym będzie następnym razem.

wtorek, 04 kwietnia 2017
Poniedziałek zaległy

Wczorajszy poniedziałek do południa się snuł, ale potem czekał mnie maraton - wyjście z klasą mojego dziecka na basen, trochę siedzenia na placu zabaw, klasowa wywiadówka, zebranie Rady Rodziców. I wreszcie z Wiertką, dotarłyśmy do domu koło 20:00 (ona część zebrań spędziła na warsztatach plastycznych).

Nie łudziłam się, że na zebraniu usłyszę same pochwały na temat mojego dziecka, ale o dziwo - były. Okazało się, że jako jedyna w klasie podała prawidłowe rozwiązanie zadania geometrycznego. Cała klasa podniosła ręce za jedną odpowiedzią, ona jako jedyna - za drugą. I ona miała rację. Jestem dumna z jej asertywności - bo jak sama pamiętam z dzieciństwa - prawdopodobnie część dzieci miała prawidłowy wynik, ale z obawy przed "wychyleniem się" wolała schylić się ku większości. Nie moje dziecko :) Jednak zachowanie bez zmian.

Za to potem, zaskoczona, dowiedziałam się, że zebranie trójek klasowych i zebranie Rady Rodziców, to są całkiem dwie różne sprawy. Do RR należy po jednym rodzicu z każdej trójki klasowej i każdy oddział ma swojego jednego przedstawiciela. Wychodzi na to, że - zgłaszając dziś moją kolej na wybranie się na zebranie - weszłam do szkolnej Rady Rodziców. Na razie były dyskusje głównie nad statutem, kworum i jakimiś wstępnymi pomysłami. Jak już kiedyś pisałam, skoro dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, to przynajmniej matka zabłyśnie w szkole.

Dziś leżałam wypluta na kanapie, by wczesnym popołudniem wreszcie ze wstydem - zabrać się za porządkowanie zabawek dziecka.

poniedziałek, 03 kwietnia 2017
Eksperymenty kulinarne

W związku ze spokojnym i leniwym sączeniem się moich ostatnich dni, skutkujących nie włączaniem nawet komputera, wykorzystam potencjał na wpisy, tkwiący w moim dziecku :)

Wiertka ma ogromną ochotę coś gotować, składać różne rzeczy do kupy, przygotowywać posiłki. Miałabym ogromną ochotę powiedzieć jej, żeby dała sobie spokój, bo przecież jadłam kolację i ma pełny żołądek, ale wiem przecież jak ważne jest by nie blokować inicjatywy dziecka. Wczoraj, przyniosła mi do wanny dwie bułki - jedną wypchaną pokrojoną marchewką, drugą płatkami śniadaniowymi. Plus kubek rumianku i jakiś napój powstały z połączenia kakao, kawy zbożowej, chyba też kawy kofeinowej i cukru.

W sobotę dostałam paczkę daktyli. Jako przekąska jakoś średnio nam wchodzą, ale pomyślałam, że można by z nich zrobić ciasto, daktylowca. Mała była bardzo zawiedziona, że nie może od razu iść do sklepu po brakujące składniki i zabrać się do pieczenia. Było już po 20:00. Będziemy piec w najbliższym czasie. W ogóle, marzeniem mojego dziecka jest podanie mi listy składników do kupienia i zrobienie obiadu od podstaw, samodzielnie.

Moje wspieranie dziecka w kulinarnych zapędach jest mocno testowane, bo potem trzeba było ogarnąć kuchnię. A gdy otworzyłam szafkę, zaatakował mnie litrowy słój w płatkami śniadaniowymi - dziecko niedokładnie powstawiało z powrotem opakowania i część się wysypała :)

Tagi: córka
11:30, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 marca 2017
Urodzinowy weekend

Mam za sobą intensywny urodzinowy weekend. Spędziłam go na pewnej konferencji, gdzie większość ludzi się zna, ma wspólny temat. W kuluarach można pogadać, poznać nowych ludzi. W sobotni wieczór byłam na piwie z tymi znajomymi, dostawałam od wszystkich życzenia i dziwnie się czułam będąc w centrum uwagi :) Podobnie, niedzielne wykłady także zakończyliśmy wyjście do knajpki.

W międzyczasie nastał czas letni :)

A dziś odpoczywam po tym zalewie bodźców. Zanim zabiorę się za wiosenne sprzątanie życia :)

10:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 marca 2017
O oszczędzaniu

Kolejne życiowe okazje do wprowadzania oszczędności i zaciskania pasa pokazują mi nowe rzeczy.

Kiedy mieszka się samemu lub z bardzo małym dzieckiem, to ograniczanie się jest banalnie proste. Jak ma się do tego trochę ikry, a ja niestety mam. Niestety, bo czasem mogę się zsunąć w skąpstwo. I nie chodzi mi tu tylko o to nieśmiertelne "kup mi to", gdy "nie" okraszone jest zalewem argumentów i żali. Nie wiem, jak inne, ale moje dziecko nie przyjmuje pierwszej odmowy.

Kiedy jestem sama, mogę zmniejszyć wielkość posiłku, zużycie wody w czasie kąpieli, a nawet - nie śmiać się - zrywać mniej listków papieru toaletowego :D Dziecko charakteryzuje się zdrowym apetytem. Po obiedzie w szkolnej stołówce wraca do domu i jest zawiedziona, że w domu nie będzie kolejnego obiadu. A jak na kolację zje kanapki, to jest ich od trzech do nawet pięciu. Suto okraszone. Kiedyś poszłam się kąpać, a ona w międzyczasie zrobiła sobie piętrową kanapkę z trzech kromek chleba, poprzekładanych kilkoma plastrami żółtego sera i szynki. Cóż poradzić - rośnie :) I mam jej gadać nad uchem, żeby tyle nie jadła? Mam wchodzić do łazienki i zakręcać kurek z wodą? Sama wiem, że dorastanie w takiej atmosferze może doprowadzić do nerwicy i wkurwu. Co do wody, to używam argumentów ekologicznych. Moje dziecko ma głęboko gdzieś kwestie finansowe - przecież pieniądze pobiera się z bankomatu lub banku, a jak trzeba je zarobić, to się idzie do pracy, najlepiej do banku. Jednak, gdy się jej opowiada o planecie, zasobach naturalnych, to zaczyna się przejmować. Drugim argumentem jest zdrowie - moje dziecko jest lekko hipochondryczne. By być zdrową, potrafi się ograniczać.

Inna kwestia, to opłaty dodatkowe. Opłata za zdjęcia z balu karnawałowego. Trzeba kupić nowe buty wiosenne. Oby jedna para dotrwała do lata. Urodziny koleżanki numer jeden - prezent. Urodziny koleżanki numer dwa - prezent. Wiem, że w maju będą kolejne. Wycieczka klasowa - voila, kolejne pieniądze. I jak by nie oszczędzać, schodzi raz po raz po kilkadziesiąt złotych.

I tak wykazałam się, jako taką, poradnością życiową. Dziecku rozkleiły się, na przedwiośniu, buty zimowe i wiedziałam, że nie ma sensu wydawać kolejnej stówy na nową parę, która będzie używana niecały miesiąc. Nie zaniosłam ich do szewca, do sklejenia. Nabyłam, za 2,50 zł klej typu "Kropelka" i sama je skleiłam. O dziwo, cały czas trzymają się kupy.

Tagi: córka życie
10:23, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 22 marca 2017
O dziecku

Nadzieje, że zamknęłam rozdział z kłopotami wychowawczymi z dzieckiem były dość płonne. Mniej więcej wtedy, gdy dostawałam wypowiedzenie w pracy, zaczęła się też fala uwag w dzienniczku, prośby od wychowawczyni o kontakt, informacje, że chce też ze mną rozmawiać pani od angielskiego, pani od religii, pedagog szkolny. W skrócie, po ponad pół roku bycia karnym, szkolnym dzieckiem, Wiertka ponownie się znarowiła.

Sytuacje bywały różne. Część niestety, także z mojej winy, bo to ja - zaganiana i zawalona pracą - myślałam, że podręczniki od angielskiego, religii dziecko ma w szkolnej szafce, a one leżały przywalone rzeczami w domu. Efekt był taki, że Mała, nie mając co robić na angielskim stawała za plecami nauczycielki i mówiła do niej w swoim "angielskim". Moje dziecko, niestety, czy stety, zamiast uczyć się języka obcego, wymyśliło własny i to jej wystarcza.

Innego dnia, zachowywała się dziwnie na lekcji, aż w końcu wybiegła z klasy. Mnie nie chciała nic powiedzieć, więc delikatnie poprosiłam mamę jej koleżanki z klasy, by wypytała córkę, co się działo. Wiertka ukrywała się pod ławkami, a potem wybiegła z klasy, gdy pani zwróciła jej uwagę, biegała po korytarzu. Zaczęłam o tym rozmawiać z dzieckiem. Okazało się, że chciało jej się bardzo siku, a uznała, że pani na pewno nie pozwoli jej wyjść z lekcji. Dlatego spróbowała się wymknąć... pod ławkami, a potem pobiegła do ubikacji... Z boku wyglądało to, jakby zwariowała.

Bardziej zaniepokoiła mnie uwaga od pani, że Wiertka uderzyła bez powodu dziewczynkę. Ponownie, moje dziecko nie wiedziało, o jaką sytuację chodzi. Dopytałam się, która to była dziewczynka. I wtedy, Wiertka, powiedziała, że uderzyła A, bo ta patrzyła się na nią jak mądrala. I tu mi się dzwonek włączył. Dziewczynki są dobrymi koleżankami, tamta pewnie patrzyła się zwyczajnie, a to w mojej córce zrodziło się wrażenie, że ktoś się nad nią wywyższa. Czyli sama poczuła się gorsza. Porozmawiałam z nią na ten temat.

Padła nawet, ze strony wychowawczyni rada, że może powinna dawać dziecku jakieś leki :(

W domu jest w miarę ok, o wiele lepiej niż kiedyś. Tylko dobija mnie impulsywność i łatwopalność emocjonalna mojego dziecka. Nigdy nie wiem, czy drobny problem nie skończy się histerią.

W tym wszystkim, Wiertka jest lubiana przez dzieci z klasy, sprawdziany pisze na dobre stopnie, brała (sama chciała) udział w konkursie matematycznym i przyrodniczo-logicznym.

Na razie chodzimy, ja i Mała, na spotkania do pedagoga szkolnego. Jesteśmy zapisane na wizytę w poradni psychologicznej. Pedagog zabiera ją czasem z lekcji, czasem przyprowadza ją wychowawczyni. Widać, że moje dziecko ma trudności z koncentracją i skupieniem. Ostatnio przyszła na piątej lekcji układać puzzle do pedagog, bo była już przeciążona i tam się wyciszyła. Prawdopodobnie ma dysleksję i dostałam poradę, by powoli już teraz wyrobić jej papiery, by zaczęła IV klasę z ich wsparciem.

Wychowawczyni przyznaje, że ona sobie z Wiertką daje radę, ma na nią sposoby. Jednak, prawdziwe kłopoty zaczną się od IV klasy, gdzie będzie inny nauczyciel, od każdego przedmiotu i nikt nie będzie się pochylał z cierpliwością nad moim dzieckiem. Już teraz trzeba wyrabiać ścieżki u psychologa.

Jedyna dobra rzecz, w tym bezrobociu, jest taka, że teraz później zaprowadzam dziecko na lekcje, wcześniej ją odbieram, mam głowę do jej spraw.

Tagi: córka
10:57, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 marca 2017
Raport życiowy

Pomimo braku pracy, nie leżę cały czas plackiem. Jeżdżę z dzieckiem na zajęcia korekcyjne (bezpłatne), więc trzymam się trochę mojego zapewnienia z dzieciństwa, że zadbam bardziej o kręgosłup dziecka niż moi rodzice. Zrobiłam, jak już opisałam, zaległe badania. Znalazłam dziecku ortodontę na NFZ z względnie szybkim terminem wizyty (czerwiec 2017), więc trzymam się trochę zapewnienia z dzieciństwa, że zadbam bardziej o mój zgryz niż moi rodzice. A wymagało to osobistego jeżdżenia, bo telefonów nie odbierają. Towarzyszę klasie mojego dziecka na basen. Teraz mogę, potem kompletnie nie będę mogła włączyć się w sprawy klasy i bez wyrzutów sumienia sceduję to na inne matki. Miałam nawet trzy spotkania w sprawie pracy.

Szału w kwestii porządków wiosennych nie ma, ale uporządkowałam trochę szafę.

To przedwiośnie jest szare, chłodne i wilgotne. I jeśli jest okazja, zwijam się pod kocem. Ja naprawdę działam na baterie słoneczne.

18:16, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 marca 2017
Wsuwanie się w życie

Już od pewnego czas, moje dziecko wyrywa się do samodzielności. Mogę wyskoczyć na kilka, czy kilkanaście minut do sklepu i zostanie spokojnie sama. Gdy wracamy ze szkoły, już od połowy drogi, a czasem wcześniej, bierze ode mnie klucze i biegnie sama do domu, wbija kod domofonu, otwiera kluczem drzwi (początkowo miała trudności z wyjęciem kluczy) i czeka na mnie. Przez pasy przechodzi ostrożnie, rozglądając się - widzę to z daleka.

Jednak chce więcej. Ostatnio zaczęła mówić o tym, że chciałaby spróbować sama wychodzić na plac zabaw. Tak mnie tym męczyła, że robimy próby - a to sama przejdzie się dookoła bloku, albo raz wyszła na rolkach i mogłam popatrzeć w balkonu jak jeździ. Miała przy sobie trochę drobniaków, więc jeszcze uradowana pojechała do sklepu obok, kupić sobie coś słodkiego. Na razie nie ma zegarka, dopiero rozgryzamy tajemnicę upływu czasu, więc umawiałam się z nią, że po pięciu minutach sama po nią wyjdę.

Wspomniałam o tym sąsiadce - ma dziecko starsze o pół roku - a ona uraczyła mnie listą dzieci zgwałconych i porwanych, przypadki z ostatnich kilku lat prawie. Sama nie wiem, czy ja jestem lekkomyślną matką, czy moje dziecko - jak sama uważam - ma naturalną potrzebę poszerzania samodzielności i nie należy tego blokować, bo się cofnie i zablokuje. Sama pamiętam z dzieciństwa, że my dzieciaki biegaliśmy po okolicy całą watahą. Rozpiętość wiekowa od 4 lat do kilkunastu, ale starsi trzymali się oddzielnie. Teraz tego nie ma. Dzieci wyprowadzane są jak pieski. Widzę, tak mniej więcej 12-13 latki chodzące razem, ale dzieci pomiędzy 9 a 12 rokiem życia nie istnieją w przestrzeni publicznej. 

Z drugiej strony, w przypadku Wiertki, z jej temperamentem, nie boję się porwań, gwałtów - choć to problem poważny i realny - ale tego, że będzie zwiedzać okoliczne bramy kamienic, zawierać dziwne znajomości, aż w końcu zniknie z domu na dobre.

W domu też chce robić różne rzeczy sama. Pokazałam jej jak podpala się gaz w kuchence, bo chciała sama zagotować w czajniku wodę na herbatę. Ze względów technicznych, kuchenka jest odłączona od prądu, ale mamy taką zapalarkę do zniczy :) Bywa z tym różnie, bo raz gdy się kąpałam, miała ochotę na czekoladę do picia, a że nie chciała na mnie poczekać, sama postawiła garnek na gazie, wlała mleko, podgrzała i wymieszała sobie z kakao. Biedne dziecko samotnej matki :) Podejrzewam, że po 2-3 dniach zapomniała już jak się odkręca gaz, bo mamy kurki z gatunku tych, które są zabezpieczone przed przypadkowym odkręceniem i zostawieniem ulatniającego się gazu.

Tagi: córka
11:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi