To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 18 marca 2018
Ostatni weekend zimy

Ostatni weekend zimy - oby nie tylko tej astronomicznej. Bo już rozumiem dlaczego kiedyś, by przywołać wiosnę, ludzie robili kukłę, palili ją i wrzucali do rzeki. A znajdowali się w o wiele gorszej sytuacji, mając pustawe spiżarnie :) Ja, po tych kilku dniach ciepła i śpiewu ptaków, gdy ponownie wrócił mróz i śnieg, miałam już ochotę kopać. Tylko nie wiadomo kogo :)

Także kolejny weekend z Wiertką. Miałam ochotę iść na wykłady Tygodnia Mózgu. Mieli tam także zajęcia dla dzieci. Moja córka jednak mocno protestowała wobec pójścia na coś co jest, o zgrozo, wykładem, nawet jeśli dzieci mogą zająć się czymś innym. Ona by teraz najchętniej odpoczywała leżąc i grając w gry. Mam nadzieję, że wiosną trochę się jej zmieni.

Plan się jednak zmienił i pojechałam na spotkanie z moimi koleżankami ze stowarzyszenia literackiego. Pretekstem było podpisanie różnych papierów związanych z organizacją. Przy okazji można się było spotkać i fajnie pogadać.

Zaś dziś udało mi się namówić dziecko na wyjście na sanki - ostatni rzut śniegu, oby. Pozjeżdżała trochę z górki, pociągałam ją po śniegu. I chyba to ostatni rok, gdy to robię, bo ona na serio ma już wzrost i ciało dziesięciolatki. A potem przespacerowałyśmy się na festiwal wielkanocny, który odbywał się niedaleko. Deweloper, który buduje osiedle na terenie po dawnych fabrykach, próbuje się troszeczkę wkupić w okoliczną ludność, którą nigdy na zakup mieszkania nie będzie u niego stać. W namiocie, przy akompaniamencie kapeli grającej praskie i dawne warszawskie przeboje, można było pooglądać wystawę pisanek świątecznych, zobaczyć kramy z różnymi specjałami. Był też kącik, gdzie chętni mogli robić jajka wielkanocne. Wyklejało się je serwetkami, jak do dekupażu. I ja, i Wiertka, robiłyśmy swoje jajo oddzielnie. I gdy skończyłyśmy, to jej wyglądało, jak zrobione przez dorosłego, a moje jakby je klecił trzylatek :) Nie mam zdolności manualnych :)

Na pożegnanie mogłyśmy zabrać żonkila w doniczce :)

środa, 14 marca 2018
Szpitalnie

Pod koniec listopada, w badaniu laryngologicznym u Wiertki stwierdzono niedosłuch. Kazano mi wtedy zapisać ją na dokładniejsze badania w Centrum Zdrowia Dziecka. Najbliższy termin był w połowie marca, czyli teraz.

Pod koniec roku wiedziałam, że w marcu prawdopodobnie będę już w nowej pracy, ale nie mogłam wiedzieć, czy będę pracować od kilku tygodni, czy od kilku dni. Wypadło tak, że to mój drugi tydzień nowej pracy. Może mam problem z balansem pomiędzy wartością rodziny dla mnie, a myśleniem o miejscu zarobkowym. Uznałam, że to niefajne prosić o dwa dni wolnego. Plus to, że skoro tata Wiertki może pomagać jedynie w formie opieki, to ja zajmę się zarobieniem na dziecko, on wożeniem ją po lekarzach. 

Badania miały trwać cały jeden dzień (wtorek) i jedną noc. Trochę okrutne posyłać dziecko na lekcje po nocy w szpitalu, więc w środę też musiałaby być, po wypisie, w domu. Ja pojechałam do pracy, a wtorkowe badania przeszedł z nią tata. Dużo ich raczej nie było. Ja prosto z pracy, przejechałam całe miasto, by go wymienić. Łatwiej trafić do Narnii, czy Hogwartu niż na Oddział Audiologii i Foniatrii w CZD. Napiszę tylko, że trzeba było iść dziwnym korytarzem, potem dwa piętra w dół, potem korytarzem w piwnicy, potem piętro w górę, potem... Czułam się jak w Królestwie, duńskim szpitalu z serialu Larsa von Triera. Nawet teraz nie przeszłabym tej trasy poprawnie. Z drugiej strony, mijałam oddziały gdzie łatwo jest trafić, ale gdzie leżały dzieci z na prawdę poważnymi chorobami. Może to i lepiej.

Wiertka leżała na sali z trzema innymi dziewczynkami w podobnym wieku, może trochę starsze. Tyle, że one były na jakimś ośmiodniowym turnusie leczniczym. I dwie były same. To już powoli ten wiek, gdy rodzina nie waruje non stop przy dziecku, ale ma z nim kontakt telefoniczny. Teraz widziałam jak moje dziecko wybija się z ponad innych. Nie wiem, czy na plus. Bez przerwy mówiła, nawet bawiąc się, grając na tablecie. Albo śpiewała. Była jak non stop włączony odbiornik. Mówiła głośno, sporo głośniej niż towarzyszące jej dzieci. A w zabawie przejęła kontrolę. 

W nocy miała mieć badanie jakiś sygnałów z pnia mózgu. Jednak w tym celu musiała być w głębokim śnie. Doktor mnie podłamała, bo powiedziała, że dziecko do sali badań zanosi rodzic... Najczęściej badane są młodsze i to kłopotem nie jest. Największym problemem okazało się uspanie Wiertki. Zapewne przez nowe miejsce, natłok wrażeń, nie mogła zasnąć. Dzieci z sali i pokoi obok już spały. Ja leżałam obok na leżaku. Przed 23:00 dostała syrop na sen. Po jego łyknięciu od razu poszłyśmy do sali badań, by tam zasnęła. Akurat. Lek nie podziałał. Ja już ziewałam i podsypiałam. Wróciłyśmy na naszą salę. Ja poszłam się zdrzemnąć. Wiertka leżała. Niby wyglądała na pogrążoną we śnie, a wystarczył drobiazg i siadała na łóżku: "Mama, ja nie śpię. Mama, ja nie śpię".

Po północy zrobiłyśmy kolejne podejście do sali badań. Ja już byłam wyrwana z półsnu. Wiertka jakby także. Tam czekałam. Dziecko wydawało się pogrążone we śnie. Odgarniałam jej włosy, by zobaczyć miejsca do badania - nie ruszała się. Badanie zaczęło się, ale pani doktor, co jakiś czas mówiła, że mała nie śpi. Spała, ale nie spała. Moim zdaniem śniła. Po badaniu nie miałam problemu z odprowadzeniem dziecka, bo Wiertka obudziła się dość szybko, ale po rzuceniu się na łóżku, zasnęła ponownie. Chyba nawet tego nie pamięta. Była 1:00, wreszcie mogłam zasnąć normalnie. 

Ja też spałam jak zając pod miedzą, wybudzałam się co godzinę. A rano, przyjechał tata Wiertki, ja umyłam się, przebrałam i pojechałam do pracy.

Na szczęście, w biurze jest ekspres z mocną kawą i na razie zajmuję się prostymi rzeczami. Koleżanki nie zawalały mnie robotą. Żałowałam, że nie wzięłam tuszy do rzęs, bo przed pierwszą kawą wyglądałam makabrycznie.

Ojciec Wiertki jak to on, odwiózł ją do domu i zostawił razem z kupionym obiadem. Do mojego powrotu bawiła się sama. Farciara, zrobiła sobie drzemkę pomiędzy 12:00 a 15:00. Ja dziś padnę raczej wcześniej. Ciekawe jak ona.

Wypis i wyniki przeglądałam, ale na razie słabo do mnie docierają.

19:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 marca 2018
Po weekendzie

Dwa dni odpoczynku. Ja najpierw byłam przeziębiona, potem dwa dni pracowałam, byłam dwa dni na konferencji weekendowej (dla mojej przyjemności) i potem pięć dni w pracy. I to były pierwsze dni pracy, więc organizm aklimatyzuje się do nowego rytmu dnia. 

Wiertka też chciała kanapować. Dlatego więc, w sobotę trochę posprzątałam (szybko nic z tego widać nie było), zrobiłam drobne zakupy, a potem sobie spokojnie czytałam. A dziecko zajmowało się swoimi sprawami. 

Jednak w niedzielę już trochę bym się ruszyła. Szczególnie, że pogoda była przepiękna. I trochę złamałam moje zasady. Jestem zwolenniczką ostatniego pomysłu "nie handlowej niedzieli". Może dlatego, że nie cierpię zakupów, załatwiam je jak najszybciej i pomysł by wolny dzień spędzać pomiędzy półkami, czy w galerii handlowej uważam za idiotyczny. Jeśli ktoś nie potrafi tak zapełnić szafki i lodówki, że jeden dzień zamkniętego sklepu rujnuje jadłospis, to może powinien dostać asystenta rodziny z MOPSu? ;) Wiem, że są ludzie, którzy w wolne dni pracują - rozumiem jednak, że są pewne rejony, których działanie jest istotne dla ciągłości funkcjonowania, bezpieczeństwa, życia społeczności (komunikacja, policja, służba zdrowia). Dzień przerwy w handlu nie doprowadzi do zrujnowania okolicy - ale wczoraj wiele memów w internecie dobrze się takim pomysłem bawiło. 

Byłyśmy z Wiertką na placu zabaw w parku. I namówiła mnie, byśmy poszły coś zjeść. Pewna sieć dodaje teraz do zestawów dziecięcych składane budynki, pałacyki, domeczki. To fajna zabawa, tak razem jej zestawiać. Sieć w "nie handlową niedzielę" była czynna. Weszłyśmy d lokalnego centrum handlowego. Dziwny widok. Wszystkie sklepy zamknięte, supermarket zamknięty. Ale działały kawiarnie i restauracje. I było trochę ludzi.

Czyli popieram zakaz handlu w niedzielę, ale korzystam z restauracji. Nikt nie jest idealny :/

19:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 marca 2018
O podzielonym narodzie

Temat czekał na opisanie już prawie miesiąc. Będzie o krótkiej przygodzie literackiej, która mnie urzekła. Czasami bierzesz coś w bibliotece z półki, bo intryguje cię okładka. Tytuł coś tam mówi, ale nie do końca. Jednak czarna, imitująca skórę oprawa szepcze, że w środku jest coś dobrego. Tak było z "Północ i Południe" Johna Jakes'a. I w tej chwili większość urodzona przed 1980 rokiem jest w stanie już wygrzebać choć jeden okruch wspomnień z tym związany - w latach 80 tych w telewizji leciał amerykański serial oparty na tej powieści. Ach, która nie kibicowała miłości Orry'ego i Madalaine, oraz nie denerwowała się okropną Ashton ;) Bardzo się wtedy emocjonowałam historią rodzin Mainów i Hazardów, i wojny secesyjnej w tle.

Na szczęście, nie pamiętałam do końca, że to o tym i zaczęłam czytać ze świeżym spojrzeniem. Szczególnie, że początek jest kompletnie inny - jesteśmy w końcówce XVII wieku, kiedy to nastoletni chłopiec, syn angielskiego buntownika religijnego, musi ukrywać się na statku i uciekać z Anglii Stuartów do kolonii za Oceanem. Poznajemy też emigranta z Francji, który w ojczyźnie stał się ofiarą prześladowań hugenotów, po torturach ucieka do innej części świata. To taki rozdział, prolog, bo zaraz w kolejnym, czas przeskakuje półtora wieku do przodu, do roku 1840 i poznajemy ich potomków.

Już teraz widzimy, że naród amerykański został zbudowany, ukształtowany przez uciekinierów (głównie religijnych), którzy szukali tu bezpiecznego schronienia przed śmiercią. Bo, jak się na szczęście okazało, ta powieść to nie tylko jakaś tam historyjka o miłościach, nienawiściach, to nie saga rodzinna. To co zostało zekranizowane, to może z 30% treści, bo reszta to potężny opis historyczny, gospodarczy, społeczny. Kogoś mogłoby to znudzić, mnie bardzo zainteresowało. Okazało się też, że dwa tomy "Północ i Południe" to początek, a dalej są dwa tomy "Miłości i Wojny", oraz dwa tomy "Piekła i nieba". Miałam sporo do przeczytania :) Dobrze, że też sporo wolnego czasu :)

Dygresja. Dotarłam w bibliotece do kolejnych tomów i szczęka mi opadła. Zostały wydane na początku lat 90tych i estetyka okładek była w tonie tamtych czasów. Jak ktoś jest ciekawy, może wyguglać tytuły :) Czyli, okładki są obrzydliwe, ckliwe i cukierkowe. Gdy czytałam te tomy w miejscu publicznym, ukrywałam, co czytam :)

"Północ i Południe", to czas od lat 40tych XIX wieku do wybuchu wojny secesyjnej. Świetnie pokazane powoli narastające antagonizmy pomiędzy stanami, coraz większe utwardzanie się a swoich stanowiskach, okopywanie we własnych argumentach. I to, że kwestia niewolnictwa nie była taka najważniejsza, a może nawet była tylko pretekstem. Ze zdziwieniem czytałam, że na północy wcale nie patrzono z zachwytem na ciemnoskórą część narodu, a nawet planowano by wszystkich niewolników wysłać w cholerę na jakąś wyspę. Niech tam sobie zrobią własny kraj. Ciekawe było też dowiedzieć się, że istniał rewolucyjny odłam abolicjonistów, którzy wyzwolenie niewolników chcieli wprowadzić zbrojnym powstaniem.

"Miłość i wojna", to opis samej wojny. Nie byłam nigdy fanką opisów bitew, ale tu dawałam radę przez to przebrnąć. Szczególnie, że Jakes dobrze poprowadził opis coraz bardziej narastającej fali okrucieństwa. Wojna zaczęła się jako starcie dżentelmeńskich armii. Mamy opis bitwy, gdzie jako widownia ściągnęli mieszkańcy z koszami piknikowymi. Dość szybko musieli się ratować ucieczką. Pod koniec drugiego tomu, wojna to już spiętrzenie okrucieństwa, zbrodni i powolnego zezwierzęcenia żołnierzy. Tak jak i my pamiętamy, jaki optymizm panował tuż przed wrześniem 1939 (kogo my to nie pobijemy), a jaka anomia stosunków społecznych wynikła w 1945 roku. Super były też opisy prób skonstruowania pierwszej łodzi podwodnej, testowania jej, tego jak ludzie czuli się w jej wnętrzu. Z przypisów autora na końcu książki wynika, że tę łódź (wyłowioną z dna) można dziś oglądać w jednym z muzeów na południu Stanów Zjednoczonych (bo to Południe próbowało dzięki niej wygrać wojnę).

"Piekło i niebo" nie zostały nigdy zekranizowane. Czytając je byłam już trochę zmęczona tematem, ale także były wciągające. To czasy po wojnie secesyjnej. Wątki są dwa. Pierwszy to kolonizacja Dzikiego Zachodu, zabieranie Indianom ziemi, walki z nimi. Gdzie okrucieństwo i pastwienie się nad drugim człowiekiem jest po obu stronach. Już widziałam, co czuli młodzi chłopcy czytając powieści o Indianach :) Drugim wątkiem jest odradzanie się Południa, które po wojnie jest spalone, zniszczone, zrujnowane i w dodatku upokarzane przez żołnierzy Północy. Są nagle wyzwoleni niewolnicy - niepiśmienni, nie wykształceni, którzy czasem sami nie wiedzą, co z tą wolnością zrobić, czasem padają ofiarą ludzi, którzy wykorzystują ich naiwność. Jeden zostaje zmuszony przez byłego właściciela do podpisania dożywotniego kontraktu o pracę. Inni mają talony na darmową ziemię, ale oto na rynku pojawiają się talony (oczywiście już płatne) na dodatkowe kawałki ziemi i ci biedni ludzie płacą za nie. A w tle powstaje Ku Klux Klan.

Cała powieść kończy się podsumowującym rozdziałem o latach 70tych XIX wieku, kiedy można już powiedzieć, że kraj się skleił, zaczyna iść do przodu jako jeden organizm, rośnie ekonomicznie w siłę. To czasy z powieści Henry Jamesa i Edith Wharton.

Wpis robi się długi, ale jak pisałam wcześniej - nie sama historie rodzinne są tu najważniejsze, ale ogrom pracy badawczej, jaką Jakes włożył, by opisać stan duchowy, w jakim kraj znalazł się w przededniu wojny, jak okrutnie się wyniszczył walką, a potem jak budował siebie od nowa. Na prawie trzech tysiącach stron. Muszę jeszcze, za jakiś czas wrócić do "Przeminęło z wiatrem" (czytałam to ostatni raz prawie ćwierć wieku temu), bo Jakes chciał temat przedstawić mniej cukierkowo i idyllicznie, jak to zrobiła Margaret Mitchel.

Spędziłam środek zimy w Richmond, Atlancie, Waszyngtonie i to była przyjemna zima :)

czwartek, 08 marca 2018
O niepożytkach ze szczerości

W poniedziałek zaliczyłam wizytę w poradni pedagogiczno-psychologicznej i wywiadówkę szkolną. Ścieżki wydeptuję wielotorowo. Diagnoza w maju w innej poradni, pod kątem zaburzeń rozwoju i diagnoza w tej pod kątem szkolnym.

Rozmawiałam też z wychowawczynią, która miała jakoś tym razem lepszy humor. Według niej Wiertka jest bardzo inteligentna. Istnieje ryzyko - tu już sobie sama dopowiadam i jedna z koleżanek też tak twierdzi - że jeśli będzie powtarzać III klasę, ten sam materiał, te same książki, te same wierszyki, to będzie się śmiertelnie nudzić i jeszcze bardziej da popalić nauczycielowi.

Wychowawczyni podała mi kilka przykładów nagannego zachowania Wiertki i już sama nie wiedziałam, czy kiwać głową, czy się śmiać. Bo rzecz w jej przerywaniu na lekcji, komentarzach, które wzbudzają rzekomo emocje w klasie. W domu omawiałam je z dzieckiem, mam więc pogląd na dwie strony:

- powiedziała, że co czwartek tata kupuje jej frytki, mamie się to nie podoba, ale to ich taka czwartkowa tradycja - chodzi o to, że to była lekcja o zdrowym żywieniu i tak moje dziecko komentowało pojawienie się soli na liście

- mama chodzi z koleżankami na zabawy (tu pani dodała, że nie wnika w moje prywatne życie :D ) - w klasie omawiali wierszyk opowiadający o tym, że dzieci się uśmiechają, a dorośli są poważni, to moje dziecko zaprotestowało, bo mama się bawi,

- robili listę rzeczy smutnych i Wiertka spytała się pani dlaczego przy "choroba" stawia znak smutku, bo powinna być uśmiechnięta buźka - bo jak się jest chorym, nie trzeba chodzić na lekcje

- tego, na szczęście pani, już nie skomentowała, ale moje dziecko pamięta - omawiali na lekcji "Murzynka Bambo" i moja córka powiedziała, że nie należy mówić "murzyn", bo to obraźliwe; sama jej to kilka miesięcy temu tłumaczyłam - chodziła na Lato w Mieście z czarnoskórym chłopcem i przyniosła ze szkoły określenie "murzyn", tłumaczyłam jej dlaczego nie powinna tak o nim mówić;

Zapewne kiedyś łatwość w przyswojeniu sobie rozumienia sarkazmu, używania go samodzielnie, oraz mówienia, co mózg na szybko wyprodukuje, przyniesie mojej córce profity. Na razie się na to nie zapowiada :)

A ja znowu jestem rozdarta - zostawić w III klasie, czy puścić do IV.

19:36, bezcielesna
Link Komentarze (14) »
wtorek, 06 marca 2018
Samodzielność w domu

Wiertka już wczoraj opowiadała, że w szkole bolała ją głowa, miała zaróżowione policzki, ale temperaturę normalną. Gdy zasypiała było widać, że zaczyna się katar. Z emocji z tym związanymi, wybudzałam się kilka razy w nocy, przysłuchiwałam się, jak mi dziecko oddycha, czy się nie dusi od zatkanego nosa. Sama jeszcze tydzień temu, wiedziałam jak może się czuć człowiek pierwszego dnia kataru, po nocy bez tlenu. A ja pracuję dopiero od trzech dni. Mam intensywne szkolenia na trudnych programach SAP, gdzie by coś łapać trzeba umieć powiązać kilka nitek. Nie jestem jedyną nową osobą, więc nikt nie zrobi dla mnie przerwy, będę sama nadganiać. I tak rozmyślałam część nocy nad różnymi opcjami.

Rano Wiertka była niby w miarę dobrym stanie. Widać było, że ma katar. Zaczęłam nas przygotowywać do wyjścia i wtedy moje dziecko zadało rozsądne pytanie:

- Dlaczego wysyłasz mnie do szkoły chorą?

Podzieliłam się z nią moimi nocnymi rozmyśleniami i Wiertka odniosła się do nich z ogromnym entuzjazmem - ależ ona bardzo chce zostać sama w domu i zdrowieć, nie boi się, da sobie radę. Już od wielu miesięcy, jeszcze w wakacje, prosiła mnie, że woli zostać w domu, nie iść na lato w Mieście. Zostawała już w domu sama, gdy jechałam na rozmowę w sprawie pracy, ale zawsze było to góra trzy godziny. Obawiałam się, że prawie cały dzień, to ją przerośnie emocjonalnie. Nie boję się, że wpadnie na głupi pomysł, coś zniszczy, złamie, wpuści złodzieja. Obawiałam się, że coś jej nie wyjdzie, zepsuje się i będzie dwie godziny rozpaczać. Nigdy bym sama z siebie nie pomyślała, gdyby nie to, że Wiertka wcześniej wychodziła z propozycją, że chce spędzić sama dzień w domu. Nie zrobiłabym też tego, gdyby miała gorączkę, poważniejszą chorobę. 

Miała przygotowaną do szkoły kanapkę, obiad w pudełku, serek na przekąskę. Potrafi korzystać z zawartości lodówki i pieczywa. Pojechałam do pracy. Wiertka miała jednak tablet, z założonym, kilka miesięcy temu, kontem internetowym i mój adres w kontaktach zapamiętanych (czasami pisze do mnie, gdy jest u taty). Prosiłam ją by pisała do mnie maile. I tak przez cały dzień odbierałam od dziecka wiadomości na telefonie i odpisywałam ukradkiem Telefon sprawdzałam co kilka minut niemal, jak głupia, a gdy szłam na dłuższe szkolenie w sali konferencyjnej, to napisałam do której godziny nie będzie ze mną kontaktu. Ona ze swojej strony też informowała, że bateria ma tylko 4%, żebym wiedziała, że jak się będzie ładować, to nie będzie kontaktu. Pierwszą wiadomość dostałam zanim dotarłam do pracy - telewizora nie mogła włączyć. Już widziałam moje dziecko, jak ryczy stojąc na środku pokoju i byłam zdenerwowana. Napisałam jej, jak może sobie poradzić, ale potem dostałam maila, że jest już ok. Uff, co za ulga. Następnie pisała mi, co aktualnie ogląda :) W środku dnia dowiedziałam się, że jest bałagan, bo się tortellini z obiadu rozsypały. Napisałam, że to nic strasznego. A gdy wychodziłam do domu, to wysłała mi prośbę, by za jej tygodniówkę kupiła słodyczy. 

Oprócz tego, dzwoniłam do jej ojca i w razie sytuacji alarmowej miał do niej pojechać.

Gdy weszłam do domu, Wiertka zanim wpuściła mnie do pokoju, ostrzegła:

- Ale pamiętaj, że jestem chora.

I tak - rozsypane tortellini to był drobiazg. Do ich towarzystwa zrzuciła miskę z mlekiem i płatkami, jakie zostały ze śniadania, w to wpadły opakowania po serku. A całość ugarnirowana była zasmarkanymi chusteczkami higienicznymi oraz kawałkami ręcznika papierowego, bo moje dziecko próbowało zacząć sprzątać. Jako, że wszystko to leżało na ziemi od kilku godzin, to zdążyło zakrzepnąć. Sama tego chciałam :)

Wiertka jest zadowolona. Nie tęskniła, nie bała się, spędziła fajnie dzień. Zdrowa idealnie nie jest, ale do weekendu jakoś dociągnie.

Mam nadzieję, że nie zostanę za tę szczerość skrytykowana :/

18:58, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 01 marca 2018
Nowe

Trzy dni spędzone w domu (z wyjściami po dziecko do szkoły) pomogły i czuję się już prawie normalnie. Próbuję jeszcze zdusić początki kaszlu. Jak to zwykle bywa przy mrozach, czuję ogromną suchość w gardle. Ciągle bym popijała wodę i słabo pomaga. Jakbym miała tam papier ścierny :) Zdusiłam ochotę napicia się piwa, czy białego musującego wina, które zapewne doskonale by nawilżyły. Nie wiem, jak by było z następnym porankiem :)

Pierwszy dzień w pracy. Starałam się być dzielna, uważna i miła. Mocno starałam, bo - czy to z emocji, czy z powodu dzisiejszej pełni - nie mogłam zasnąć. A jak wreszcie przysnęłam, to wybudziła mnie jakaś imprezka obok w bloku. Na szczęście krótka. Usnęłam na dobre o 3:00, by po 6:00 obudził mnie budzik. Nad ranem miałam jeszcze sen w którym kruki, czy wrony (niczym z literatury) rozdziobywały nagie ciało martwego dziecka. No super :) Efekt był taki, że byłam przez cały dzień straszliwie senna i walczyłam, by tego nie było po mnie widać :) W firmie jest ekspres z dobrą kawą, więc korzystałam.

Dział, w którym pracuję rzeczywiście składa się z osób w moim wieku, a nawet nieco starszych. O pracy rozpisywać się nie będę. Na razie szkolenia, wdrożenia, CRMy i SAPy migają przed oczami. Skończyło się lenistwo :)

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 28 lutego 2018
Aby tradycji stało się zadość

Aby tradycji stało się zadość... przeziębiłam się :)

Lata mijają, rządy upadają, zmieniają się kroje spódnic i fryzury, ale bezcielesna musi zaliczyć przeziębienie pod koniec zimy i zapewne jeszcze jakieś do końca roku. 

Może to przez to przewianie i siedzenie boso w piątek, może to przez te przeciągi w sobotę. A najbardziej prawdopodobne, że przez moją głupotę. W sobotni wieczór postanowiłam napić się piwa. I to jeszcze nie byłoby takie dziwne. Ja włożyłam to piwo do lodówki i wypiłam lodowate. Po dwóch dniach w chłodzie, spacerach na mrozie, ja jeszcze sobie wymroziłam gardło. Musiałam je sobie tym podrażnić i choróbsko weszło.

W niedzielny poranek obie byłyśmy z Wiertką zmęczone. Mnie pobolewało gardło, ale myślałam, że to kwestia wypicia kilku gorących herbat i przejdzie. W niedzielę urodziny miała moja przyjaciółka. Obiecałam, że odwiedzę ją. Ona zrobi obiad, pogadamy sobie. Gdyby to było większe przyjęcie, to bym ją przeprosiła i została w domu. Ale z Wiertką miałyśmy być jedynymi gośćmi i głupio mi było tak odwoływać, gdy ona już stała przy garnkach. Biedna Wiertka się popłakała i doskonale ją rozumiem. Miała prawo być zmęczona. Ja w międzyczasie zaczęłam kichać i smarkać. Pojechałyśmy. Trochę posiedziałam, pogadałam, Wiertka nawet dobrze się bawiła ze zwierzakami. Wróciłyśmy do domu po trzech godzinach wizyty.

Tradycyjnie, jedna noc nie przespana przez zatkany nos. Poniedziałek byłam rozbita, we wtorek czułam się lepiej, ale nie wychodziłam z domu. Bardzo pomogła mi sąsiadka - nasze dzieci chodzą razem do klasy - i w poniedziałek, i we wtorek jej mąż zaprowadził dzieci do szkoły. Ona odebrała we wtorek. W poniedziałek sama poszłam, ale potem zwaliło mnie z nóg na dwie godziny.

W sumie, dziś już całkiem dobrze się czuję. Katar zniknął, został lekki kaszel opanowywany syropem. Jutro do pracy, powinnam więc być na chodzie.

A w tym wszystkim, Wiertka zdrowa i zahartowana. A była w tych samych miejscach co ja i siedziała obok mnie, gdy byłam bombą biologiczną. Powinnam się cieszyć.

wtorek, 27 lutego 2018
Chiński weekend

Za mną i Wiertką dość intensywne dni.

W piątkowe popołudnie byłam umówiona z kilkoma koleżankami. Jedna właśnie przyjechała z dziećmi na ferie z Francji. To była okazja, byśmy wszystkie mogły się spotkać. Zazwyczaj gadamy w sieci, nawet codziennie. Jako, że obecne miały być dzieciaki, które w restauracjach się nudzą, wybór padł na salę zabaw w kącikiem dla rodzica. Dzieciaki szalały, a my gadałyśmy przy kawie i herbacie. Dzieci były spocone od biegania, ja niekoniecznie. Siedziałam bez butów i uchylone było okno.

Zaś sobota to Chiński Targ Noworoczny w Muzeum Etnograficznym. Cały dzień wydarzeń dla dorosłych i dzieci. Zaczęłyśmy od warsztatów kulinarnych - pieczenia chińskich ciasteczek z wróżbą. Zobaczyłam, że jestem trochę kwokowata. Ręce mi się rwały by pomóc dziecku, wyręczyć je w czymś. A Wiertka warczała na mnie, bym siedziała i nic nie robiła, bo ona chce zrobić wszystko sama. Zwinęłam jej tylko karteczki z wróżbami. Tak by nie zobaczyć tekstu, to miała być niespodzianka. Ciasteczek wyszło osiem.

Dla dzieci było jeszcze malowanie buziek, chińskie karaoke (wspólne śpiewanie piosenek), malowanie lampionów, kaligrafia, ubrania dziecięce do przymierzenia. Dorośli mogli przejść się po targu, wystawionym na zadaszonym patio - stoiska z medycyną chińską, książkami, upominkami, grami (można było zagrać w chińskie gry z animatorami), jedzeniem. Wiertka na jednym ze stoisk zobaczyła śliczną bransoletkę w zaporowej cenie 20 złotych. Pani zobaczyła w jej ręce torebkę, usłyszała, że mała piekła ciasteczka z wróżbą i dokonała się wymiana - bransoletka za ciasteczko. Chyba tylko moje dziecko tak działa na ludzi. Przy okazji, w ramach obiadu, Wiertka dostała naleśniki w muzealnej kafejce, a ja kupiłam sobie na targu sajgonki.

W oddzielnej sali odbywały się różne wykłady i pokazy. Udało mi się przejść na jeden - w godzinę, w wielkiej pigułce przedstawione pięć tysięcy lat historii Chin :) Wiertka w tym czasie śpiewała piosenki. Potem znalazła sobie do zabawy dwóch chińskich chłopców (na targu było mnóstwo osób pochodzących z Azji) i miałam ją z głowy przez resztę dnia. Mogłam usiąść i pogadać sobie z moim kolegą, który do nas dołączył.

- Ja chłopcy mają na imię. - spytałam ją w przelocie.

- Nie wiem. Po co? Przecież i tak widzę ich pierwszy i ostatni raz.

Pierwszą zasadę jednorazowej przygody ma już opanowaną.

Późnym popołudniem było jeszcze spotkanie z mopsami i opowieść o ich historii na dworze cesarskim, pokaz Tańca Lwa oraz pokazy ćwiczeń Tai Chi. Wiertka zgłodniała, więc kupiłam jej chińskiego makaronu z sałatką. Sama też podjadłam, bo połowę zostawiła.

Od tego chodzenia z sali do sali, przez korytarz przed wejściem, trochę mnie przewiało. Wiertka szalała, skakała, więc temperatury nie odczuwała.

Byłyśmy tam od 12:00 do 19:00. Do domu wróciłyśmy padnięte. Nie mówiąc o powrocie w tym nieznośnym mrozie. Ubrana jestem jak tułub, byle było ciepło. Niby człowiekowi jest ciepło, ale nie jest ciepło, bo mróz wdziera się w nos, oko, usta, myśli. Nie założę sobie hełmu na głowę. 

Resztę zostawiam na kolejny wpis, bo ten się już zrobił za rozwlekły. Bo dalsza część weekendu spokojna nie była.

środa, 21 lutego 2018
Lekarsko życiowo

Wczorajszy dzień spędziłyśmy z Wiertką w gabinetach. Wypadła trzecia wizyta u psychiatry dziecięcego. Szkoła już oczekuje jakiejś diagnozy, decyzji. Wychowawczyni, na prośbę pani doktor, ponownie napisała opinię, i - już za moją sugestią - podała przykłady zachowań, które uważa za naganne. Optymistycznie mnie to nie nastroiło, szczególnie, że w ostatnim akapicie była prośba szkoły o diagnozę dziecka  w kierunku zaburzeń rozwoju. To przykre, jakbym urodziła uszkodzone dziecko, albo przyszłą kobiecą wersję Teda Bundy.

Jako krótka dygresja. Jedna z uwag w opinii mnie rozwaliła. I wiem, że to niepedagogiczne, nie powiem o tym dziecku, ale jak to przeczytałam, to... parsknęłam śmiechem. "Została przyprowadzona do pedagoga, bo śpiewała na lekcji, kiedy inne dzieci wykonywały pracę. Jak się okazało w czasie rozmowy, przeszkadzała, bo otrzymała niską ocenę ze sprawdzianu z matematyki. Po wyjaśnieniu jej całej sytuacji, miała wrócić do klasy i przeprosić za śpiewanie. Kiedy już tam weszła, nie zrobiła tego, bo czekała na to, że nauczyciel przeprosi ją za oceny ze sprawdzianu". Próbowałam to sobie wyobrazić...

Na temat charakteru moje córki będę jeszcze pisać. Nawet ja widzę, że będzie jej ciężko w życiu z takim podejściem do otoczenia. Chyba, że zostanie dyktatorem lub małżonką dyktatora. Pani doktor zadała mi trochę pytań o konkretne zachowania, potem trochę porozmawiała z Wiertką. Potem okazało się, że skoro szkoła chce diagnozy w kierunku zaburzeń rozwoju, to robi to inny specjalista. Mamy terminy kolejnych wizyt w tej placówce. Przynajmniej wiem, że to zachowanie nie kwalifikuje się do przepisywania leków. Szkoła będzie zła, bo chcieli mieć już teraz jakieś informacje, papier. 

Wróciłyśmy do domu, zostawiłam Wiertkę i wyszłam na krótki czas. W przychodni, kilka ulic dalej, miałam wizytę u ginekologa. Doroczny przegląd techniczny. Wiąże się w tym pewien zabawny stres. Przez ostatnie lata chodziłam do lekarza kobiety, kiedyś do mężczyzn. Zawsze byli to panowie grubo po 50tce. Tak pod 60tkę. Łatwo przychodziło mi traktowanie ich bezosobowo, bezcieleśnie, jako stricte lekarzy, bo to nie mój wiek. Teraz okazało się, że rejestracja przepisała mnie do jakiegoś nowego. A ja niedawno przechodziłam koło tego gabinetu i widziałam w drzwiach młodego, przystojnego mężczyznę. I zestresowałam się, że będę mieć ginekologa z mojej półki wiekowej, albo młodszego :) Nie chcę by przystojny facet wgapiał się w moje krocze bez wcześniejszej wizyty w kinie i kolacji. 

Przed gabinetem siedziały dwie panie, do specjalisty obok. I mimochodem stałam się słuchaczem ich opowieści. "Plecy go tylko bolały, a jak go zbadali to był rak. Ziarnisty, nawet nie było czego leczyć, bo on jak ziarna wszędzie. Diagnozę dostał 27 kwietnia, 6 sierpnia już umarł". Okropne te historie. Szczególnie jak przypomnę sobie moje ostatnie bóle pleców. Jedna z pań weszła do gabinetu, a druga wzięła się za mnie. Dopytała się do kogo czekam, czy dobry ten doktor. A potem wyznała, że też się wybierze, bo jej się macica opuszcza. Tylko w poczekalni, w przychodni można dopiero co poznanej osobie wyznać, że ci się macica opuszcza :) Już chciałam jej kulki gejszy doradzić ;) 

Pan doktor, na szczęście, okazał się wiekowo sporo starszy, co wzbudziło moją ulgę. Był miły i serdeczny, żaden służbista. Miałam też usg i jak podejrzewałam w weekend, wyhodowałam sobie 2,5 centymetrowy pęcherzyk. Ze względu na swoje gabaryty będzie zapewne sztuką dla sztuki. A ja pomyślałam, że tak się zaczyna przekwitanie.

17:12, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
Tagi