To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 18 sierpnia 2017
Miejskie wędrówki

Chciałam się jeszcze podzielić zaległymi refleksjami nad dwoma spacerami miejskimi. O zwiedzaniu Placu za Żelazną Bramą, czyli Warszawy, której już nie ma pisałam. Spacer zakończył się opowieścią o osiedlu Za Żelazną Bramą – jego genezie, budowie. I ironii losu – w 1972 roku wysadzono w Stanach Zjednoczonych skupisko bloków inspirowane marzeniami Corbusiera. Od tego momentu datowano zakończenie modernizmu w architekturze. Traf chciał, że w Polsce modernizm akurat zaczął się rozpędzać – Targówek, Bródno, osiedle za Żelazną Bramą, potem Ursynów. Taki los.

 

Architektonicznie los zatacza koło. Corbusier planował swoje jednostki mieszkaniowe patrząc na dynamicznie rozwijający się przemysł motoryzacyjny i zwiększającą się ilość samochodów. Miasta po których jeździły karety, bryczki, to nie były dobrze przygotowane miejsca na ruch samochodowy. Trzeba było je odpowiednio zaprojektować od nowa. Czyli stworzyć siatkę ulic, gdzie spotykały się one pod kątem prostym. Żadnych zakrętów, zawijasów. Mija jeden wiek z drobnym hakiem i okazuje się, że ponownie przemysł motoryzacyjny zaczyna wpływać na rozwój miasta. Tym razem od drugiej strony. Miasta są zakorkowane, zasmrodzone. Rozpoczęto projektować je tak, by zniechęcić kierowców do poruszania się po centrach – płatne parkingi, ale także by zachęcić ich do korzystania z komunikacji miejskiej – parkingi pod miastem typu Park & Ride. Czas będzie płynąć, a miasto za sto lat ponownie nie będzie już przypominało tego, które znamy.

A w ostatnią niedzielę byłam na spacerze miejskim po Utopijnym Ursynowie. Miałam do tego zdystansowany stosunek. Bo dla mnie ta dzielnica ciągle kojarzy się z blokowiskiem z cytatów z Balcerkowej. Pomyślałam nawet żartobliwie, czy za trzydzieści lat ktoś nie będzie oprowadzał ludzi po osiedlach Zielonej Białołęki, bo staną się dowodem na szlachetne idee architektury.

Przewodnik okazał się być pasjonatem Ursynowa, zakochanym w nim i potrafił pokazać go jak piękną, choć w młodości nieznośną kobietę. I rzeczywiście, spacerując pomiędzy blokami, widzę tę zieleń, spokój i sielankę. Czas zdecydowanie działał na korzyść Ursynowa, który stał się taką Monicą Belluci wśród dzielnic J Interesujące jest to – i utopijne już wtedy – że na etapie planowania osiedla zaproszono do konsultacji nie tylko architektów, ale także innych specjalistów z dziedzin związanych z życiem społecznym. Nie chodziło tylko o zgarnięcie kasy za grunt – miasto, i mieszkania – deweloper, ale stworzenie miejsca do dobrego życia. Kto dziś się tym przejmuje? Przypomniało mi się też, że architektom zależało, aby nie była to dzielnica „stempelkowa”, jak np. Bródno, gdzie ulice przecinają się pod kątem prostym i ma się takie prostokąty z koloniami bloków w środku. Na Ursynowie uliczki miały się snuć. Każdy kto próbował choć raz znaleźć jakiś adres na Ursynowie, zapewne ciepło wspomina pomysł architektów :)

 

czwartek, 17 sierpnia 2017
Z frontu czasu NieMatki

Może powinnam narzekać na mój system odpornościowy, a może jednak nie.

 

Wolny wtorek postanowiłam poświęcić na uprzątnięcie pokoju Wiertki, bo jest prawie nieużywany, zajmują go klatki ze świnkami morskimi i całe tony zabawek. A chciałabym wreszcie, by moje dziecko się ode powoli odklejało.

Ambitnie umyłam okna, przetarłam podłogę płynem i wtedy zmieszane zapachy dwóch detergentów wywołały u mnie ból migrenowy. Tak mi się wydaje, że tak musi wyglądać ból migrenowy, bo zwalił mnie z nóg i położył do łóżka. Każda zmiana pozycji ciała skutkowała silnym, pulsującym bólem w czaszce. Jak to ja, zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie dostanę zaraz wylewu. I jedyną rzeczą, jaką mnie martwiło, to to, że znajdą mnie najwcześniej w niedzielę, gdy wróci Wiertka, a do tego czasu świnki morskie umrą z głodu i pragnienia. Po kilku godzinach wzięłam jedyny proszek przeciwbólowy, jaki w tym stanie mogłam znaleźć w szafce, czyli Ketonal. Zostało mi opakowanie po wyrywaniu ósemek – na mocno awaryjne sytuacje. Pomogło na tyle, że mogłam się poruszać po mieszkaniu.

W środę pojechałam do pracy z uciskiem w czaszce i osłabieniem. Takie uczucie, że nawet podniesienie ręki to wyzwanie. Chodzenie też. W domu, po powrocie z pracy, zmierzyłam temperaturę i miałam już wyjaśnienie – prawie 39 stopni Celsjusza. Przeziębienie to nie było, bo nie miałam kaszlu ani kataru. Miałam nadzieję, że to nie grypa i w ciągu kilku godzin temperatura nie podskoczy bardziej, a ja nie uwierzę, że heroiny z powieści Balzaka naprawdę umierały ze zgryzoty. Po prostu dopadała je grypa. Miałam grypę chyba jakieś trzy razy w życiu i czułam się wtedy jakbym miała na serio umrzeć. A po wyzdrowieniu jeszcze dwa, trzy tygodnie dochodziłam do siebie.

Łyknęłam przed snem tabletkę na przeziębienie, w nocy wypociłam ze trzy kilogramy i rano obudziłam się zdrowa. Choć raczej nieświeża.

Jedyny pomysł jaki mi przychodzi do głowy, to taki, że z Wiertką złapałyśmy coś w sobotę, na pożegnanie w szpitalu. Ona miała jednodniową gorączkę w poniedziałek. Dobrze, że szybko przeszło.

 

Tagi: życie
16:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 sierpnia 2017
Szpitalnie

Nie pisałam od jakiegoś czasu, bo krążyłam na linii dom-praca-szpital.

W czwartek rano Były zabrał Wiertkę na kontrolę do pediatry. Małą ciągle bolał brzuch, wybudzała się w nocy z bólu. Lekarz nie wiedziała, co to może być i doradziła ponowną wizytę w szpitalu. Tam zdecydowano się zostawić dziecko na obserwację. Zrobili jej badania krwi, moczu, lewatywę, usg. Nic nie znaleźli, nic nie pomogło. Ja po pracy pojechałam z nią posiedzieć, a Były wrócił do domu trochę odetchnąć i zabrać rzeczy potrzebne do nocowania z dzieckiem. Na moją propozycję, że wezmę w piątek dzień wolnego i to ja pobędę z dzieckiem, stwierdził, że nie muszę, bo on i tak ma wolne.

Wróciłam do domu, w piątek pracowałam i ponownie po pracy pojechałam do dziecka. Sytuacja się już zmieniła. Były był poirytowany tym, że za każdym razem do sali na obchód przychodził inny lekarz, że zadali dokładnie te same pytania, choć odpowiedzi były w karcie i że te lekarki jakieś za młode były. No, widziałam je, rzeczywiście takie góra trzydzieści lat, ale kiedyś muszą zacząć pracować :) A już - słusznie - zdenerwował się, jak usłyszał, że idzie długi weekend i w szpitalu będzie tylko lekarz dyżurny, a nie prowadzący.

Ja też byłam zestresowana, bo martwiłam się, że dziecko boli, cierpi i nic nie można na to poradzić. W nocy z czwartku na piątek bolało ją tak, że nie mogła zasnąć. Dostała środek przeciwbólowy w syropie, ale go zwymiotowała, więc dali jej w kroplówce. Miała apetyt, ale jedzenie kończyło się bólem. Mówiła mi, że jak je, to uderza w to miejsce, które boli, a potem brzuch boli bardziej. Przypomniała mi się choroba mojej mamy, jej bóle brzucha i śmierć.

Były chyba w końcu nagadał lekarce (one tam wszyscy były kobietami), bo zrobili któreś kolejne usg i wreszcie dokopali się do wyraźnego obrazu. Co doktor oświadczyła z dumą. Okazało się, że pomimo codziennego korzystania z toalety - na co mocno zwracam uwagę, bo w wieku Wiertki miałam podobne problemy i została mi trauma - dziecko miało jakieś pozostałości w jelitach. Tylko, że nie objawiało się to zaparciami. Wiertka zaczęła dostawać środki na przeczyszczenie, biegać do toalety i jak przyjechałam w piątek po pracy jej energia życiowa i temperament był już na poziomie mojej zdrowej córki. Czyli roznosiło ją.

Jej ojciec wolał zostać na kolejna noc w szpitalu, więc ja wróciłam po 20:00 do domu. Byłam tak strasznie zmęczona, może też psychicznie spływał ze mnie stres, że wzięłam prysznic i o 20:30 już spałam.

Rano w sobotę pojechałam do szpitala by zostać z dzieckiem na dłużej, a jej ojciec wrócił do siebie. Wiertka była już Wiertką, bo głośno gadała, biegała po korytarzu , chciała iść na frytki i czekoladę, na plac zabaw. Wypisali ją o 11:00, dając jeszcze pewne leki do brania i zalecenia diety.

Zabrałam ją do siebie, spędziłyśmy razem dzień i dopiero wieczorem zawiozłam do taty na kolejny tydzień. Oby był zdrowy. Wiertka dopytywała się, czy będę ją odwiedzać. Dotąd raczej wyjeżdżała z tatą, ale teraz skoro jest w tym samy mieście, to chciałaby bym do niej co chwila przyjeżdżała. W ogóle, mam wrażenie, że weszła teraz w jakiś etap mocniejszego sklejenia ze mną. Ale ja jest ze mną w domu, to co chwila pyskuje i kwestionuje wszystkie moje polecenia :)

A ja mam wyrzuty sumienia, że doprowadziłam dziecko do takiego stanu. Bo to przecież ja jej gotuję i ja decyduję, co kupować. Wydawało mi się, że jadamy rozważnie, do fast foodów chodzimy rzadko (choć chodzimy), żadnych wód smakowych, mało cukru, dużo wody mineralnej do picia. Obawiam się, że Wiertka jadała za dużo słodyczy Bo ja też jadam, a nie będę kupować za jej plecami i zjadać w ukryciu o północy. Trzeba będzie teraz to mocno ograniczyć.

Może ten trzeci tydzień nieobecności mojego dziecka, odbędzie się wreszcie bez przygód :) Taki rok :)

11:50, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
środa, 09 sierpnia 2017
Choroba i tęsknota

Wiertka w niedzielę wieczorem pojechała do taty, a dzień później miałam od niego wiadomość, że mała wymiotuje, boli ją brzuch, ale gorączki nie ma. Dopytywał się o Nocną Pomoc Lekarską, z której korzystamy. Tak na wszelki wypadek.

A we wtorek dostałam od mojej córeczki maila :)

Dygresja. Kilka tygodni temu, zobaczyłam, że mała chce komentować filmiki swoich ulubionych "jutuberek". Okazało się, że idzie to pod moim nazwiskiem, bo z moim kontem jest skonfigurowany tablet i trochę mi się słabo zrobiło. Dlatego założyłam Wiertce konto z fikcyjnymi danymi - tak by nie można było wywnioskować jej imienia i nazwiska. Opowiedziałam o anonimowości w sieci i ochronie danych. Powysyłałyśmy sobie kilka maili, siedząc obok siebie, tak dla zabawy i tyle.

I teraz dostałam tego maila i wzruszyłam się. Bo był pierwszy wysłany "z daleka". Dość prosty w przekazie - "Bali mnie cały czas brzuch 5 wymiotować bezgoraczki". Zapewne myślała, że może nic nie wiem :)

We wtorek wieczorem siedziałam sobie w centrum miasta i słuchałam występów kabaretowych na żywo, gdy zadzwonił Były.

- Ścisz telewizor. - rozpoczął.

Cały czas był zaniepokojony stanem małej (wymioty, ból brzucha) i chciał jechać do szpitala. Uważałam, że będą czekać godzinami, jako zbyt mało poważny przypadek i lekarze proszą by z takimi rzeczami nie przyjeżdżać, ale ok. Może zaliczyłam z moim dzieckiem dużą liczbę chorób i jestem bardziej odporna. Ja bym jej dawała pić, przytulała i próbowała nakarmić czymś lekkostrawnym. To zapewne grypa żołądkowa, albo lekkie zatrucie. Jednak może lepszy jest taki weekendowy ojciec nadwrażliwy niż olewający.

Pojechali. Jak mówiłam, były kolejki. Chciałam nawet jechać i posiedzieć z nimi. Bałam się tylko, że gdy Wiertka mnie zobaczy, to się rozklei i będzie chciała wracać do domu. Była już prawie 22:00, więc jej ojciec doradził mi bym jechała się wyspać. Mała miała usg jamy brzusznej, badanie oczu i krwi. Wyniki ok. Dali jej, po kolei, dwie kroplówki. Wyszli ze szpitala o... 7:00 rano.

I dziś dostałam wiadomość, że Wiertka chciałaby się ze mną zobaczyć. Tak podejrzewałam. Jest chora, źle się czuje i tęskni za mamą. Pojechałam tam po pracy. Rzeczywiście była apatyczna, bez życia, zabiedzona, z wypiekami i przytulała się do mnie prawie płacząc. Chciała wracać do domu, a na uwagę, że chodzę do pracy, stwierdziła, że będzie na Lecie w Mieście. A kilka dni temu nie cierpiała LwM. Potem trochę poprawił jej się humor. Jako przysmak kupiłam jej chrupki kukurydziane i chrupaki kukurydziano-ryżowe. Miałam nadzieję, że to potrawa lekkostrawna i nie ma jakiejś chemii. Okazało się, że nabrała na to apetytu i wreszcie zaczęła jeść. Bo znowu nic nie jadła, ale może to wpływ tych kroplówek. Za to cały czas pobolewa ją brzuch. Jutro Były zabiera ją do pediatry.

Była smutna, że wychodzę, ale obiecałam, że w weekend znowu zajrzę na trochę.

20:04, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Rodzinne "przygaszanie"

 

Tak jak wczoraj pisałam, sytuacja na przyjęciu urodzinowym, zachowanie mojej córki, moja reakcja skojarzyły mi się z jakąś delikatną formą „gaslightingu”. Dotąd nie było polskiego określenia w naszym języku, choć chyba każdy z nas zna choć jedną sytuację z życia,  która pod „gaslighting” podpadała. Zainteresowanych zapraszam do wyguglania bardziej rozbudowanych informacji o zjawisku. A może piszę kiedyś swoje własne doświadczenie. W skrócie, jest rodzaj słownej przemocy psychologicznej, „umniejszanie”, „gaszenie kogoś”. Opisuje się najczęściej w odniesieniu do środowiska pracy i związków.

Oczywiście, nie jestem sprawcą przemocy psychologicznej wobec mojego dziecka. Jednak, w systemie rodzinnym: rodzic-dziecko, dziecko-rodzic, zdarza się czasami układ, gdy jedno z nich jest „zgaszaczem” drugiego. I niekoniecznie musi to być rodzic. Przykładem jest to sobotnie przyjęcie urodzinowe. Uważam, że dzieci mogą być ewentualnie na przyjęciu osób dorosłych, ale powinny być z boku – bawić się, coś oglądać, siedzieć. Rolą dorosłego jest zadbanie by się nie nudziły i miały czymś zająć. Nie powinny włączać się w rozmowy dorosłych, absorbować sobą otoczenia, chyba że zostaną o to poproszone. Przyznam, że jako dziecko sama te zasady łamałam. Wydawało mi się fascynujące dołączać do dyskusji dorosłych i dorzucać własne zdanie. W sytuacji, gdy Wiertka próbowała zabsorbować sobą gości, starałam się trochę ją stonować, zająć. Być może nie było to też wystarczająco stanowcze. Szczególnie, że sama gospodyni i niektóre osoby odnieśli się do pomysłów mojego dziecka z entuzjazmem. Podejrzewam, że nie wszyscy i część przez uprzejmość nic nie mówiła. Mam nadzieję, że było ich mało – w sumie poeci, malarze i tłumacze.

Jednak to ta gospodyni i to przyjęcie. A w innych miejscach oczekiwania wobec dziecka towarzyszącego gościowi będą inne i powinnam Wiertkę na to przygotować. Tyle, że ona jest przekonana, że cały świat nie może się doczekać, aż ona mu „rozkręci imprezę”. I teraz stanę się matką marudzącą, psującą zabawę, podcinającą skrzydła niczym nie skrępowanej radości. Ktoś taki może, po jakimś czasie, stać się jak szklany klosz zamykający się nad ogniem płonącym na czyjejś głowie. Czy aby zawsze warto by ten płomień zgasić? Potem okaże się, że tam nic już nie iskrzy. Jak być mądrym „zgaszaczem”?

Tak jak wspomniałam wcześniej, może się zdarzyć taki układ: stonowany rodzin – narwane dziecko, ale też odwrotnie narwany rodzin – stonowane dziecko. Nawet znam przynajmniej dwie takie pary z drugiej grupy.

niedziela, 06 sierpnia 2017
Weekendowe imprezy

Nie sądziłam, że weekend będzie tak wyglądał.

W piątek, o 17:00, odbierałam Wiertkę z Lata w Mieście, zadzwonił jej ojciec z pytaniem, czy znalazłam opiekę na piątkową noc. No nie znalazłam, więc zostaję w domu z dzieckiem. Na to on odrzekł, że w takim razie mogę zostawić u niego małą i sama przenocować, bylebym wróciła do 23:00 (on idzie wtedy do pracy). 

Zostało mi niewiele czasu, by przyszykować się do przyjęcia. Zaczęłam oczywiście od poinformowania gospodyni. Kłopot był też z Wiertką, której przecież obiecałam wspólne popołudnie i która gwałtownie sprzeciwiała się zmianom planów. Małej najbardziej zależało na wyprawie do McDonalda i na lody rzemieślnicze. Przeszłyśmy się w oba miejsca i gdy wpadłam do domu, miałam godzinę na prysznic, umycie włosów, ubranie się, umalowanie, zapakowanie nam rzeczy na zmianę. Dobrze, że nie mam w zwyczaju drobiazgowego podkreślania swojej urody.

Przyjęcie było fajne, spotkałam znajomych, pogadałam. Niestety, gdy zaczęły się tańce, musiałam już wychodzić. A na serio miałam ochotę poszaleć na parkiecie. Chyba się starzeję. Do Byłego wprowadza się właśnie jego starsza córka, mogłam więc przenocować w jej łóżku. Ona bawiła się na Przystanku Woodstock.

W sobotni wieczór, poszłyśmy na przyjęcie urodzinowe AsiJot. Poszłyśmy, bo przyjęcie było "przyjazne dzieciom" i można było je zabrać. Z powodów lokalowych poprzestano na przekąskach, winie, rozmowie, grze na gitarze i śpiewie. Tańców nie było. Wiertka przez większą część wieczoru oglądała bajkę w sąsiednim pokoju, a pod koniec zrobiła coś, co określiła "rozkręceniem imprezy".

Zaczęło się niewinnie, czyli weszła pod stół, malowała obrazy, których motywem przewodnim były chipsy (świat zbudowany z chipsów) - "artystowała" (cytat z niej). Potem, w korytarzu, urządziła wernisaż i można było zakupywać obrazy płacąc chipsami. Każdy dostał talerzyk z walutą. Niektórzy swoją nieopatrznie zjedli :) Na koniec, gdy zaczął się koncert gospodyni, Wiertka tańczyła na środku pokoju - niedużego raczej - i wymyśliła, że kogo dotknie stopą, ten powinien z nią zatańczyć. I nawet dwoje biedaków musiało to zrobić. Zbliżała się 23:00 i uznałam, że to najlepsza pora, by uwolnić obecnych od mojego dziecka i pozwolić im się bawić, jak normalni, dorośli ludzie. Protestowali, co dawało argumenty do ręki mojemu dziecku, ale wyciągnęłam ją stamtąd. Wiertka lubi skupiać na sobie uwagę. Wystarczy, że jedna osoba, z kurtuazyjnej życzliwości ją poprze i jest to niczym benzyna do ogniska jej temperamentu.

W tramwaju dopytywała mnie, dlaczego musiałyśmy już iść. Tłumaczyłam, że zaczyna się noc, na przyjęciu jest alkohol, dorośli chcą porozmawiać, pośpiewać, to już nie jest miejsce dla dziecka, nawet jeśli dziecko próbuje ich rozbawić.

- Wszystkim się podobało. Tylko tobie nie. - odrzekła.

I wtedy pomyślałam sobie, że staję się dla mojego dziecka jakimś przygaszaczem, ale w jakimś stopniu powinnam być. Opiszę to później.

Zaś niedziela, to spóźnione imieniny mojego taty. Rodzinny obiad i siedzenie w ogrodzie.

Wiertka po 18:00 pojechała na dwa tygodnie wakacji z tatą.

Chwilowo mam dość życia towarzyskiego.

Tagi: córka życie
19:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 sierpnia 2017
Raport z końca tygodnia

Wprowadziłam jakiś kompromis. Wczoraj Wiertka poszła ze mną na pewien wykład, trochę spotkanie towarzyskie. Jako, że takie wydarzenia postrzega jako śmiertelnie nudne – pokażcie mi ośmiolatka, który byłby tym zafascynowany – to osłodziłam jej to wyprawą na lody i dwiema gazetkami z gadżetami. Gazetki były też po to by miała co czytać na miejscu.

 

Spotkanie odbywa się w prywatnym mieszkaniu, na zamkniętym osiedlu, na którego terenie znajduje się plac zabaw dla dzieci mieszkańców. Wiertka błyskawicznie nawiązuje kontakty, więc po kilku minutach siedzenia, mogłam zostawić ją i pojechać na górę. Miała na ręku napisany długopisem numer klatki i mieszkania. Drogę do klatki znała, byłyśmy umówione, że w razie czego dzwoni domofonem, a ja zjadę J Zostawiłam jej wodę i wafle ryżowe. Chwalę Los, że mam takie cygańskie dziecko.

Dzięki temu tragicznie nie było. Mała półtorej godziny bawiła się na placu zabaw. Potem wróciła i siedziała obok mnie grając w gry na tablecie. Nie wiem, czy była idealnie cicho – spotkanie jest transmitowane w internecie, nagrywane i najlepiej gdy by w tle nic się nie wybijało – jednak jak na  nią była idealnie cicho. Zazwyczaj nigdy nie bywa niema – albo mówi (choćby do siebie), albo śpiewa, albo nuci. Kiedy panuje cisza, mówi, że nie wie, co ze sobą zrobić J

Po czterdziestu pięciu minutach doszłam do wniosku, że i tak moje dziecko dużo poświęciło z wieczora na moje przyjemności. Sama wspominała, że jest już zmęczona. I z ostatnich 45 minut spotkania wyszłyśmy.

 

Dziś Wiertka ma obiecane, że robimy to co ona zechce.

Tagi: córka życie
15:42, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 02 sierpnia 2017
Przerwa w odpoczynku

Dzwoniłam do Wiertki w poniedziałek, w południe, bo czytałam, że w pierwszej części dnia dzieci mniej tęsknią, a telefony od rodziców wieczorem przypominają o domu. Posłuchała mnie chwilę, powiedziała "pa pa" i pobiegła się bawić.

Dziś zadzwoniłam ponownie i natknęłam się na problem. Babcia opiekująca się dziewczynkami miała sama się ze mną skontaktować. Problemem nie okazało się to, że moje dziecko nie chce samo spać, bo jej koleżanka ma podobnie. Problemem okazało się to, że Wiertka ma ADHD nawet przez sen. Ja już przestałam zwracać na to uwagę. Czasem wybudzę się w nocy i przerzucę dziecko o kilkanaście centymetrów. Wiertka skopuje kołdrę, wymachuje nogami, rozrzuca ręce i nogi, spycha drugą osobę z łóżka i to bardzo skutecznie, co mogę sobą zaświadczyć. Koleżanka nie wytrzymała tego ostatniego, bo chyba spadała z łóżka. Trzeciej nocy, babcia postanowiła spać z małą, ale oświadczyła, że także nie zmrużyła oka. Zapewne upały też dowaliły swoje. W końcu to obce dziecko obok siebie w łóżku.

Wiertka nie chciała spać sama w łóżku. Przypominam sobie, że spała już tak na wyjazdach, więc było coś pewnie dodatkowego w jej motywacjach.

Wzięłam ją do telefonu i wytłumaczyłam, że albo będzie spała osobno, albo będzie musiała wracać do domu. Na to moja córka od razu oświadczyła, że chce wracać. Być może powinnam była ją namawiać na spanie i nie wspominać o domu. Jednak po południu, Wiertka sama mi powiedziała, że tęskniła. W dyskusjach pada stwierdzenie, że siedmiolatek, prawie ośmiolatek spokojnie może już wyjeżdżać na kolonie, nocować przez kilka dni w obcym miejscu. Okazało się, że moja córka do takich dzieci nie należy i te trzy, cztery dni to dla niej wystarczający czas. Nie jest gotowa emocjonalnie na więcej. Trudno.

Ja w jej wieku byłam totalnie nie gotowa na separację od rodziny, wyjeżdżałam na kolonie od 10-go roku życia i ryczałam. Dopiero mając 12 lat nabrałam twardszej skóry. Mój brat nigdy nie pojechał na kolonie. Od razu zaprotestował, jemu kolonie jawiły się jako katorga. On na separację od rodziny był gotowy dopiero jako nastolatek, wyjeżdżając z kolegami i ich rodzicami.

Ok, udało się namówić ojca Wiertki i od razu po nią pojechał. Ja wyszłam wcześniej z pracy i zabrałam ją od niego. Lato w Mieście w kolejnej szkole miała zarezerwowane, więc zadzwoniłam by na te dwa dni odwołać jej anulację.

Tyle, że o ile ostatnie dni to było leniwe leżenie na kanapie, to czwartek i piątek miałam mieć towarzysko zajęte. Jutro idę na pewne spotkanie z ludźmi i mam nadzieję, że Wiertka nie będzie przeszkadzać. Wolałabym być tam sama i mieć wolną głowę. W piątek moja bardzo dobra koleżanka urządza całonocne przyjęcie urodzinowe w lokalu. Nie dam rady tam być. A nastawiłam się na fajną zabawę. Przelałam na wspólny prezent urodzinowy kasę, która w tej chwili jest dla mnie ogromną pozycją w budżecie, ale staram się to sobie zracjonalizować. 

Na razie od nowa układam sobie w głowie plany na najbliższe dni. Trochę żal.

Tagi: córka życie
20:16, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 sierpnia 2017
Od Placu Żelaznej Bramy do pogromu alfonsów

Będzie teraz o niedzielnym spacerze miejskim. Dziecko wyjechało, a ja chciałam wykorzystać piękną pogodę. Tak, upały jeszcze mnie nie zniechęciły. Po ostatnich tygodniach, grilluję się niczym fiński drwal na urlopie zdrowotnym (podobno, w niektórych krajach skandynawskich urlop w słonecznym miejscu, to zalecenie lekarskie, może nawet na receptę i refundowane).

 

Odpadł spacer do parku, by posiedzieć na ławeczce i poczytać książkę. Kiedyś często to robiłam w sezonie wiosenno-letnim,. Odkąd po kilka godzin kibluję na placach zabaw, na myśl o tej formie wypoczynku trochę mną wstrząsa. Nie o czytanie chodzi, raczej o tkwienie bez ruchu w pięknych okolicznościach przyrody.

Dlatego wybrałam się na spacer miejski po okolicach Placu za Żelazną Bramą. Przewodnik oprowadzał nas w kwartale pomiędzy Marszałkowską, Grzybowską, Aleją Jana Pawła II, a Elektoralną. Trudny był to spacer, bo chodziliśmy po mieście, którego od dawna już nie ma – mieście przełomu XIX i XX wieku. Przewodnik pokazywał nam stare mapy, zdjęcia, rysunki. Można było przymknąć oczy i wyobrażać sobie. Nawiązując do upału – na szczęście niemal wszystkie przystanki były w cieniu.

Wstyd przyznać, ale mieszkam w Warszawie, tyle słyszałam o osiedlu za Żelazną Bramą, ale nigdy nie miałam pojęcia skąd właśnie taka nazwa. A brała się od autentycznej Żelaznej Bramy. Kiedyś Ogród Saski był o wiele bardziej rozleglejszy – wychodził kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód . Ulica Marszałkowska kończyła się właśnie na tym ogrodzie, a po drugiej stronie był Plac Bankowy. Od zachodniej strony do ogrodu wchodziło się prze żelazną bramę, a przed nią na placu były punkty handlowe. Na początku XX wieku bramę cofnięto do, mniej więcej, punktu pomiędzy dwiema jezdniami dzisiejszej Marszałkowskiej. Zaś, na tym odcinku, tranzyt północ – południe odbywał się ulicą Graniczną, wtedy dość szeroką, pełną samochodów, zabudowaną budynkami. A dziś to wąska wewnętrzna uliczka pomiędzy blokami, przypominająca parking. Mocno się to wszystko zmieniło.

Nie będę opowiadać o wszystkim punktach wycieczki. Zainteresowało mnie zatrzymanie się na nie istniejącym dziś już odcinku ul. Krochmalnej. W tej chwili jest tam Park Mirowski – uroczy zakątek z trawnikami, drzewami, ławkami. Zaś sto lat temu były w tym miejscu biedne, żydowskie kamienice z wychodkami w podwórzu, gdzie można było zaznać kontaktu ze szczurami przemykającymi się pomiędzy nogami i ponad głową. Gdzie nie trudzono się wywalać śmieci do specjalnie stworzonych miejsc, tylko czasem po prostu na schody. Gdzie działała spora ilość domów publicznych. Takich zapewne nisko budżetowych. Oraz, gdzie w 1905 roku odbył się… pogrom alfonsów :) Otóż lewicowi żydowscy działacze z Bundu byli oburzeni tym, że prostytucję łączy się ze środowiskiem żydowskim. Postanowili oczyścić szeregi z osób działających na szkodę reputacji. Bójki na Krochmalnej nazwano „pogromem alfonsów” – kilka osób zostało zabitych, sto było rannych. Obawiam się, że prostytucji nie zwalczono.

Wycieczka rozpoczęła się w miejscu, gdzie stała żelazna brama i po dwóch i pół godziny wróciła do tego samego punktu, by przewodnik mógł opowiedzieć krótko o Osiedlu za Żelazną Bramą. Ale o tym będzie w innym wpisie :)

 

niedziela, 30 lipca 2017
Jak mi dziecko wyjechało

Dziś rano Wiertka wyjechała na tygodniowe wakacje z koleżanką z klasy do jej babci. 

Mała była tym bardzo podekscytowana. Wczorajszy dzień, by odreagować nawał atrakcji Lata w Mieście postanowiła spędzić w domu i nigdzie nie wychodzić. Po południu pakowałyśmy się razem, bo miałam nadzieję, że dzięki temu istnieje choć cień nadziei, że zapamięta co gdzie leży w torbie. Na koniec poupychała we wszystkich dostępnych jeszcze zakamarkach zabawki, więc o nadziei mogę raczej zapomnieć.

Wieczorem nie mogła zasnąć. Po dwóch godzinach wybudziła się i spytała, która jest godzina. Ocknęła się koło 6:00 rano i chciała wiedzieć, czy to już wstajemy. Kazałam jej jeszcze pospać. Coś zaczęła opowiadać o grach, które ma zapisane na tablecie i nie wiem, która z nas zasnęła pierwsza ponownie :)

Niedawno spytała się mnie:

- Będziesz za mną tęsknić?

I dodała:

- Bo to znaczy, że mnie kochasz.

Mam nadzieję, że nie będzie tam płakać i prosić o powrót do domu. Chciałabym by dobrze się bawiła. I nic się złego nie wydarzyło. 

A przed wyjazdem, gdy życzyłam jej miłej zabawy, ona:

- A tobie życzę miłej samotności, mamo.

Bo wie, że lubię gdy jest pusto i cicho.

:)

Tagi: córka
21:17, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
Tagi