To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 10 stycznia 2018
Życie

Piszę bardziej po to, by we wpisach nie pojawiały się zbyt długie przerwy. Bo życie na razie spokojnie się snuje - wysypiamy się z dzieckiem, bo lekcje zaczyna od 10:40 lub 9:45. Szukam pracy, coś zrobię w domu, odbieram dziecko prawie zaraz po lekcjach (po 14:30-15:30). Niech ma coś fajnego z tego mojego bezrobocia. Efektem ubocznym wysypiania się jest to, że trudno Wiertkę wieczorem uspać. Pada dopiero po 23:00. Niech ma coś z tego mojego bezrobocia.

Zbieram dobre rzeczy, które nam się przydarzają. Na przykład wczoraj pojechałyśmy do domu kultury na teatrzyk dla dzieci. Na miejscu okazało się, że biletów już nie ma. Dość szybko są wykupywane, już w poprzednie dni (cena to symboliczne 5 złotych). Jednak panie sprawdziły, czy zostały odebrane dwa bilety dla czytelników jakiegoś lokalnego pisma. Jako, że nikt się po nie zgłosił, a do spektaklu pozostało dwadzieścia minut, mogłam je kupić :) 

Próbuję zaczarować rzeczywistość, myśląc, że jeśli w ciągu dnia wydarzy się jakiś miły drobiazg lub sam dzień popłynie leniwie zwyczajnie, to ta aura przejdzie na resztę roku :)

Już dziesięć miłych dni 2018 roku za mną :)

Tagi: życie
19:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018
Jak zwiedzać muzea :)

Za nami matczyno-córkowy weekend. W sobotę Wiertka odmówiła atrakcji, oglądania orszaków, dworaków, dekoracji świątecznych i na cały dzień zaszyła się przy serialach dla wczesnych nastolatek. Ja wyszłam na krótki spacer, bo pogoda była przepiękna.

Za to w niedzielę pojechałyśmy do Zamku Królewskiego. I to na wyraźne życzenie mojej córki. Potem się okazało, że jej się chyba z Muzeum Narodowym pomyliło, ale nic straconego :) Wiertka odrzekła, że woli zwiedzać ze mną, bo jak idzie z klasą, to jest tłum, popędzają ich, nie może oglądać jak chce.

Zobaczyłam, że nasze pokolenia czego innego oczekują od muzeum. Trasę zamkową przeszła raczej szybkim krokiem, nie zatrzymywała się na dłużej, nie wpatrywała w obrazy, elementy wystroju. Na chwilę przystanęła w sypialni królewskiej i była ciekawa, gdzie spała królowa.

- Nasz ostatni król, Stanisław Poniatowski nie miał żony, był kawalerem. - powiedziałam.

- Czyli był singlem? - doprecyzowała moja córka

No tak.

Już myślałam, że nasza wizyta w Zamku będzie trwała pół godziny. Aż trafiłyśmy do sal, gdzie były prezentacje multimedialne związane z historią budynku. I tu, z zaskoczeniem, zauważyłam, że moja córka jest zainteresowana i spędza najwięcej czasu. Dlatego, że ta część była multimedialna właśnie. W pierwszej sali - projekcja filmu o historii zamku od XIV wieku do 1939 roku. Druga sala poświęcona była II wojnie światowej - informacja filmowa wyświetlana była na trzech ścianach, światło było przyciemnione, słychać było dudniące wybuchy bomb, a na środek sali był podświetlaną na czerwono kratą symbolizującą wojenne pożary. W ostatniej sali zamieszczono informacje o odbudowie zamku - film wyświetlany ścianie, tablice interaktywne i kilka budek ze słuchawkami, gdzie można było wysłuchać wywiadów i fragmentów kronik.

Moje dziecko obejrzało w skupieniu film w każdej z sal, wysłuchało audycji w każdej z budek.

Zobaczyłam, że czego innego oczekujemy od przeszłości. Jak chcę zobaczyć, dotknąć, doznać okruchów autentycznego dawnego czasu. Patrzę na meble i czuję oddech tej epoki, idę przez salę i wyobrażam sobie tamte czasy. Dla mojego dziecka, nie jest ciekawe, że coś jest autentyczne i dotykał tego jakiś człowiek przed setkami lat. Dla niej istotna jest informacja podana w interesującej formie. Może się okazać, że nigdy nie poczuje potrzeby np. pojechania do Luwru - usatysfakcjonuje ją wirtualna podróż po tym muzeum.

Zajrzałyśmy jeszcze do Pałacu Pod Blachą, gdzie moje dziecko się wynudziło i chciało mnie jak najszybciej wyciągnąć. Na parterze można było zobaczyć wystawę wschodnich kobierców, a na górze przepięknie urządzone meblami z epoki pokoje księcia Józefa. A szkoda, bo szczególnie te pokoje chciałam w spokoju sobie obejrzeć :)

Zachęcam. W niedzielę do Zamku Królewskiego wstęp jest wolny :)

piątek, 05 stycznia 2018
Okruchy roku

Czasami zwracam uwagę na to, jakie wydarzenia towarzyszą pierwszym godzinom, czy pierwszym dniom danego roku. Jakby to miała być prognoza na resztę dwunastu miesięcy.

Tamten rok zaczął się pechowo. Już pierwszego dnia w pracy, po powrocie z urlopu, znalazłam w skrzynce służbowej mail, w którym ktoś mnie obmówił. Potem okazało się, że po prostu próbował się od czegoś wykręcić, ale niesmak pozostał. A po tygodniu dostałam wypowiedzenie. I nawet to, że z drukarni przyjechał mój tomik wierszy, nie potrafiło zakryć tego uczucia porażki.

W tym roku zastanawiałam się, czy w ogóle wychodzić z domu przez pierwsze dwanaście dni :D

A życie sobie. We wtorek pojechałam do dawnej pracy by odebrać świadectwo pracy. Chciałam je mieć jak najszybciej. Przy okazji zobaczyłam, że moje biurko jest już zajęte. Ktoś czekał na to miejsce. Takie życie. Od razu pojechałam do Urzędu Pracy, bo honor honorem, ale jedzenia za to nie kupię. Za zasiłek jak najbardziej. Okazało się, że 2-go cały urząd ma dzień wolny. Pojechałam tam we środę. Półtorej godziny czekania, bo to pierwszy dzień miesiąca, początek roku. Fala szczęśliwców pozwalnianych. Miałam gdzie siedzieć, miałam co czytać, czas szybko zleciał. Przy okienku, okazało się, że mam tylko jedno świadectwo pracy, a poprzedni pracodawca wystawił mi dwa (za okres próbny, potem z umowy na zastępstwo). Nie można mnie było zarejestrować. Jednak miła pani, powiedziała, żebym następnego dnia po prostu podeszła do jej okienka i nie czekała już tyle czasu. Bylebym wróciła szybko. Życzliwy gest.

A potem, w dodatku, bardzo szybko udało mi się odnaleźć ten papier. A to nie jest wcale dla mnie charakterystyczne :) W czwartek, trzeci dzień jeżdżenia. Pod urzędem zaskoczenie, bo stoją tłumy. Okazało się, że wszyscy muszą opuścić budynek... Nieźle. Miałam załatwić szybko, a cholera wie ile będę czekać. Zapewne ktoś wykonał głupi telefon o bombie, albo znaleźli jakiś pakunek. Straż Pożarna przyjechała szybko i o dziwo panowie byli w środku krótko. Po dziesięciu minutach można było wejść z powrotem. Miło.

Swoje sprawy, przy okienku załatwiłam. Okazało się nawet, że coś tam, coś tam, czego nie łapię, ale być może należą mi się jakieś zaległe pieniądze. Pani konsultowała to z innymi osobami i w końcu nie wiem. Być może nie, ale to też jakiś miły okruch. W każdym razie, na jedzenie wystarczy.

To nie koniec. Wracając do domu, wstąpiłam do takiego małego punktu, gdzie można kupić czasopisma ze zwrotów. Na kolorową gazetę za pół ceny mnie stać. Wygrzebywałam drobne z portfela aż wypadły mi karty ze środka (głównie lojalnościowe, z których nigdy nie korzystam, bo mnie nie stać na lojalność). Przed wejściem do domu, jeszcze weszłam na drobne zakupy do sklepu. Sklep jest drogi, zastanawiałam się, czy kupować akurat tam. Okazało się, że rozrzutność miała swój plus - zobaczyłam, że nie mam w portfelu karty bankomatowej... A tak, zapewne zakupy bym odłożyła, poszła na nie wieczorem. Karta musiała zostać w sklepie z gazetami. Wróciłam się tam biegiem. W przenośni, bo wymagało to przejechania trzech przystanków, ale poganiałam w myślach autobus. Miałam szczęście, karta cały czas leżała na swoim miejscu, pomiędzy słupkami czasopism, zlewając się kolorystycznie z okładkami (taki traf). Wszystko powypadało mi z portfela układając się w równą harmonijkę, tylko ta jedna poleciała na bok. Harmonijkę zebrałam i myślałam, że to wszystko. Pani sprzedawczyni nie miała nawet przez sekundę wątpliwości, że to moja karta, bo pamiętała moje zakupy sprzed kilkunastu minut. 

Jak widać, na razie dotyka mnie sam dobry traf. I nie chodzi o to, czy jakieś tam wróżby się sprawdzają, ale o robienie sobie nastawienia :)

środa, 03 stycznia 2018
Gdy życie przyśpiesza

Tuż przed świętami i Nowym Rokiem odwiedziło mnie kilka moich koleżanek. Takie krótkie spotkania na kawie i pogaduchach. 

I to właśnie jedna z nich opowiedziała mi historię swojej koleżanki. Bardzo lubię zbierać takie opowieści, zachowywać je w głowie, na papierze. Mam nadzieję, że podzielenie się tutaj, nie będzie nadużyciem. Bo to ciekawe, jak w ciągu roku losy człowieka mogą się zmienić. Jak zbliżając się do kolejnego roku, nie wyobrażasz sobie, że może on się zakończyć zaskoczeniem.

Koleżanka, samotna od pewnego czasu, umówiła się przed świętami Bożego Narodzenia z facetem poznanym na portalu randkowym. Pierwsza randka w kawiarni, ale gdy zaproponował drugą, zaprosił ją do siebie. Obawiała się, czy to nie jest jakiś zboczeniec, ale okazał się gentelmenem i nawet zamówił jej taksówkę, gdy wracała do domu. Na tyle dobrze im szło, że w pół roku później wprowadziła się do niego. Potem szło jeszcze lepiej, na tyle, że w kilka tygodni później oświadczył się jej. Jednocześnie, dowiedziała się, że jej matka jest chora na chorobę, która jest ciężka, poważna i rzadko uleczalna. Dlatego przyśpieszyli przygotowania do skromnego ślubu. Chciała by matka była obecna. Ta zmarła kilkanaście dni przed uroczystością.

I tak przyroda zatoczyła koło. Kobieta na początku grudnia rok temu, nie spodziewała się nawet, że za rok będzie mężatką, a jej matki nie będzie już na tym świecie. Życie potrafi się tak gwałtownie i przewrotnie zmienić. Sama tego doświadczałam.

Podziwiam. Nie wiem, czy kiedykolwiek mogłaby tak gwałtownie się zakochać, żeby wyjść za mąż przed upływem roku. Z drugiej strony, takie historie wzruszają i kuszą.

Tagi: życie
18:01, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 stycznia 2018
2017/2018

Nie planowałam szczególnych szaleństw w tegorocznego Sylwestra.

Tak się jednak zgadałyśmy i zaprosiłam na wspólną zabawę koleżankę Wiertki z sanatorium. Koleżanka przyjechała oczywiście z mamą :) Czytelnicy bloga pamiętają ją z tego, że owa mama spotykała się z ojcem Wiertki. Nie mam pojęcia, czy nadal są ze sobą, ale podejrzewam, że chyba nie. Tematem na jakiś inny wpis jest to, że moja córka o tym nie wie i cały czas napomyka, że ciocia mogłaby przecież nocować u taty. Uznałam, że lepsza będzie strategia milczenia i sprawa się jakoś ułoży.

Dziewczyny przyjechały w Sylwestra, wczesny popołudniem, na obiad. Dzieciaki trochę się pobawiły, my wypiłyśmy kawę, herbatę. Gdy się ściemniło, wybrałyśmy się na Stare Miasto pooglądać świąteczne dekoracje (goście przyjechali z innego miasta). Spacerowałyśmy po Mariensztacie, Starym Mieście, Nowym Mieście, Krakowskim Przedmieściem. Nie tylko my. Dookoła były tłumy.

Weszłyśmy też do niektórych kościołów, by sobie szopki świąteczne pooglądać. Będąc w Archikatedrze Warszawskiej zauważyłyśmy, że jest jeszcze możliwość zwiedzania tamtejszych krypt. Gdy byłyśmy tam rok temu, było już po godzinach zwiedzania. Skorzystałyśmy z okazji. Trochę jednak we mnie zostało z dawnej fascynacji śmierci, cmentarzami, bo w piwnicach archikatedry czułam się dobrze. Książka dla dzieci "Szwedzi w Warszawie" mi się przypomniała - tam też akcja działa się w tunelach pod Starym Miastem. Na moment cofnęłam się w czasie obcując z trumnami i szczątkami zmarłych przed stuleciami. Oprócz trumien anonimowych, leżą tam także ciała książąt mazowieckich - z XV wieku! Spoczywają także Henryk Sienkiewicz, Gabriel Narutowicz. Na tablicach interaktywnych można poczytać o zwyczajach i obrzędach pogrzebowych w dawnej Polsce.

Wszystko ok, ja byłam zainteresowana, koleżanka była zainteresowana, jej siedmioletnia córka była obojętna. Wiertka była bardzo przestraszona. Na nią atmosfera podziemi, trumien, zmarłych, półmroku działała przerażająco. W końcu była wtulona we mnie i powtarzała tylko z popłakiwaniem, żebyśmy jak najszybciej stamtąd wyszły. Jest teraz na etapie strachu przed ciemnością, demonami, duchami oraz bajką "Koralina". Zwiedzaniem musiałyśmy przyśpieszyć.

Wróciłyśmy do domu przed 20:00. Wyłożyłam przekąski, włączyłyśmy jakiś koncert Sylwestrowy w telewizji. Trochę się pogadało, trochę potańczyło. O północy wyszłyśmy na krótki spacer po okolicy - popatrzeć na sztuczne ognie, zaczerpnąć świeżego powietrza. Same miałyśmy zimne ognie - takie jakie wbija się dzieciom do tortu. Z okazji Nowego Roku kupiłam największy rozmiar :) W domu same otworzyłyśmy szampany - jeden dla dziewczynek, drugi dla kobiet :)

A potem chwila na zabawę i już kąpiel, ścielenie łóżek. I po 3:00 padłyśmy.

W Nowy Rok spałyśmy wszystkie do 11:00 z hakiem :) A poranek, a tak na prawdę południk, ciągnął się leniwie, spędzony na grach. Potem odprowadziłyśmy gości na pociąg.

Zapomniałam pożegnać 2017 rok. Zawsze tak robię, że tuż przed północą żegnam rok, który odchodzi. Nawet te kiepski. To nie jego wina. 2016 był trudny, byłam pewna, że w 2017 musi się coś zmienić, pokierować moje życie na nowe tory. Zastanów się, czego chcesz. 2017 miał ładny jasny kolor. Lubię liczby nieparzyste, choć to wbrew symetrii i doskonałości. 

I teraz nadszedł 2018, który nie dość, że jest parzysty, to ma dla mnie ciemny kolor, taki w granat wpadający. Nie mam pojęcia, skąd mi się wzięła ta synestezja, ale ta liczba pojawia mi się w takim kolorze. Granat - kolor szkolnego mundurka, zasad, reguł, schematu, przewidywalności. Oby to wszystko działało dla mnie i ze mną.

Czego także Wam życzę - by 2018 działał z Wami i dla Was :)

piątek, 29 grudnia 2017
Nietypowe Święta, czyli magia istnieje

Uzupełnię jeszcze wspomnienia ostatnich świąt. Bo pod pewnym względem były nietypowe.

Gdy już w październiku wiedziałam, że stracę pracę, miałam też przed sobą perspektywę trudnego grudnia - Mikołajki, urodziny dziecka, prezent gwiazdkowy. Jak to urządzić, by dziecko było zadowolone i spiąć budżet.

Od razu dodam, że nie chodzi o to, że moje dziecko musi mieć drogie i wystrzelone prezenty. Przez cały rok nie kupuje jej nic szczególnego, dostaje czasem jakieś drobiazgi. Uważam, że są dwie, trzy okazje w roku, gdy dziecko ma prawo dostać piękny, wymarzony prezent. Nawet drogi. Urodziny, gwiazdka, Dzień Dziecka. Choć dla mnie drogi, to maksymalnie do 100-150 zł, nie kilkuset.

Jednak, w tym roku, nawet te 100 zł razy dwa, to trochę za dużo.

Jestem też w pewnej sieciowej grupie kobiet, znamy się od prawie dziesięciu lat - czasami uda się spotkać osobiście, rozmowy są głównie w sieci. W ramach anegdotki, opowiedziałam, jaką miałam ostatnio jesień i że mam trochę życiowo w plecy. I tak okazało się, że przejęły się moją sytuacją. Jedna z nich upiekła tort urodzinowy Wiertki za sporą tańszą cenę, inna przesłała odrobinę ubrań dla małej. Myślałam, że ubrania mają być po jej dziecku, ale okazało się, że po prostu kupiła nowe. Część po prostu pytała mnie w prywatnych wiadomościach. I właśnie jedna z nich zaproponowała, że prześle mi mały zestaw lego, bo jej córka ma zdublowany. Pomyślałam, że przynajmniej problem prezentu gwiazdkowego będę miała rozwiązany.

I tak, na Mikołajki Wiertka dostała kalendarz adwentowy, bo akurat bardzo chciała mieć, a w sklepach można je było znaleźć za niewielkie pieniądze. Na urodziny kupiłam jej album do stikersów, które zbierała. W porównaniu z poprzednimi latami, to był drobny kwotowo prezent. Pod choinkę miałam ten zestaw lego (koleżanka przysłała jeszcze jedną paczuszkę, która okazała się być zestawem naklejek świątecznych), miałam też maskotkę, którą dostałam w pracy na Mikołajki. W czasie zakupów zobaczyłam opakowanie czekoladek, które moja córka bardzo chciałaby spróbować, ale cena nigdy nie zachęcała do kupna bez okazji. A teraz kosztowały tanio, w świątecznej promocji. I tak okazało się, że gwiazdkowo trochę tych paczuszek będzie. Tuż przed świętami spacerowałyśmy jeszcze po lokalnej księgarni. Niebezpiecznie :) I Wiertka zauważyła box z czterema książkami - "Zniszcz ten dziennik" i trzy inne z tej samej serii. Od wielu miesięcy marzyła o tej książce. Zachwyciła się tym. I jednocześnie:

- Widziałam cenę mamo, nie stać nas na to. - powiedziała ze smutkiem.

Zestaw na pudełku miał cenę 69,00 zł i naklejkę z nową - 58,00 zł. Jednak moja córka nie zauważyła, że była ona przekreślona, a pod spodem widniało 19,90 zł. Uznałam, że nie potrafię tak strasznie oszczędzać, gdy mogę zobaczyć szczęście na twarzy mojego dziecka. Wróciłam tam sama następnego dnia. 

Wiertka pod choinką znalazła kilka paczuszek z prezentami. Plus cztery dla mnie. O czym za chwilę.

Ale dziwna magia świąteczna dotknęła także mnie. Najpierw jedna z koleżanek zamówiła moje tomiki wierszy jako prezenty świąteczne, ale na konto przelała kwotę jakby ich autorka była co najmniej nominowana do Nike, albo Paszportów Polityki. Potem okazało się, że na moim koncie ponownie pojawiła się dodatkowa kwota - koleżanki zrobiły dla mnie zbiórkę. I na tym nie koniec. Ta która przysłała lego i naklejki, dorzuciła paczuszkę dla mnie. To pewnie dlatego, że kiedyś marudziłam, że od lat nie dostaję już gwiazdkowych prezentów i to trochę smutne. I na tym nie koniec.

W sobotni poranek, ten przed Wigilią, usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeszcze spałam (z Wiertką prowadzimy nocny tryb życia, więc śpimy do późna). Za drzwiami nikogo nie było, a ja boję się w takich sytuacjach otwierać. Poszłam do łazienki, a wtedy znowu ktoś zadzwonił. Nikogo nie było. Zadzwonił domofon, więc wpuściłam. Jednocześnie dostałam sms-a, ale tkwiłam przy wizjerze by złapać tego żartownisia. Wróciłam do łóżka i przeczytałam wiadomość - koleżanka pisała, że na przed drzwiami czeka na mnie niespodzianka.

Na korytarzu zobaczyłam siatkę z kilkoma rzeczami z chemii gospodarczej, herbatą, kawą. Dostałam kolejną praktyczną pomoc. Była tam też ładnie opakowana paczka z adnotacją, że do otwarcia dopiero w święta. Tak więc, nawet ja - w te święta - odczuwałam dreszczyk emocji i zaciekawienia, co przyniósł mi Mikołaj.

Bo sama też siebie obdarowałam dwiema paczuszkami. Jedno z wydawnictw zorganizowało świąteczną promocję. Na spółkę z koleżanką zamówiłyśmy kilka tytułów, dzięki czemu każdy z nich kosztował kilkanaście złotych. To na prawdę niewiele. Dzięki temu mogę teraz cieszyć się czytaniem "Nie hańbi" Olgi Gitkiewicz oraz "Wszystkie dzieci Luisa" Kamila Bałuka.

W grudniu spłynęło do mnie mnóstwo dobra i życzliwości. Jestem za to wdzięczna, komu tylko mogłam wysłałam moje wiersze z dedykacją. Jednocześnie czuję się z tym dziwnie. Jako ktoś, komu trzeba pomagać, współczuć, kto nie potrafi poradzić sobie w życiu. Bo ta pomoc jest piękna, ale przecież nie przyjdzie ponownie za miesiąc, dwa. Nawet tego nie oczekuję. Z trudem potrafię przyjmować ryby, szukam wędki.

Nie wiem, czy uda mi się kiedyś za to wszystko odwdzięczyć.

wtorek, 26 grudnia 2017
Święta wędrowne

Święta były w tym roku trochę zabiegane. Tak jakoś wyszło.

Tradycyjnie, tata zaprosił mnie na kolację Wigilijną do mojego dziadka i wujka (jego ojca i brata). Dziadek skończył latem 90 lat i od dłuższego czasu nigdzie nie podróżuje, nie jeździ komunikacją publiczną. Samochodem też chyba nie miałby już ochoty nigdzie pojechać. W kilka dni później zadzwoniła do mnie matka rodzeństwa przyrodniego Wiertki. Także zapraszała na Wigilię. Podziękowałam i odmówiłam. Nieopatrznie powiedziałam o tym Wiertce. I zaczął się wieczór szlochów i rozpaczy, zarzucanie mi, że chcę jej zepsuć święta. Nie kryła, że kompletnie nie ma ochoty na jechanie do pradziadka i podała kilka różnych argumentów. I każdy z tych argumentów rozumiałam. Dom dwojga starszych panów, kolacja z trzema, to nie jest super miejsce dla ośmiolatki. W jej wieku, miałabym takie samo podejście. Jednak ze swojej strony, uważam, że pielęgnowanie kontaktów - nawet raz do roku, co nie jest jakimś ogromnym poświęceniem - jest istotne. W wieku mojego dziadka, każda taka Wigilia jest być może ostatnią.

Wyrzuty sumienia miałam, więc skontaktowałam się z - zawiły język nie ma określenia na to powiązanie rodzinne, bo rodził się w czasach, gdy poprzednia żona była uprzejma umierać, kolejna także, zanim pojawiła się nowa - by dopytać o godzinę rozpoczęcia kolacji, bo może uda nam się na chwilę zajrzeć. Okazało się, że uda. Następnie pobiegłam do centrum handlowego, by kupić jakieś drobne upominki.

Efekt był taki, że pierwszą kolację Wigilijną miałyśmy o 16:00 pod Warszawą. Mój tata chciał wracać do domu taksówką - pierwszy raz w życiu, pamiętam z dzieciństwa jak odległość pomiędzy naszym, a domem dziadków, lasem, kilka kilometrów, pokonywaliśmy na piechotę. Opłacił też taksówkę, by zawiozła nas na miejsce kolejnej kolacji. A, że byliśmy tam godzinę przed czasem, to zadzwoniłam do Byłego, który też zapraszał. Zapraszał nadal. Wieczór spędzał ze swoimi dziećmi. Tam też coś podjadłam - wegańską rybę po grecku, czyli selera w marchewce :) Młoda, siostra Wiertki, jest weganką. I o 19:00 przeszliśmy się, ja z dziećmi, kilka bloków dalej na ostatnią kolację. Nie wiem, jak moja wątroba to wszystko wytrzymała :)

Od lata nastąpiły pewne zmiany - Młoda przeprowadziła się do ojca, a Młody został z matką. Nie dziwię się. Dwoje nastolatków, płci przeciwnej w pokoiku około 10 m kw, to prosi się o kłopoty. Pokój Młodej już kilka razy widziałam. Teraz Młody pokazał mi jak się urządził po swojemu. Teraz lepiej się w nim rozmawia. Nie mam kompletnie pojęcia o zabawach i świecie małych chłopców. Prawie pełnoletni chłopak opowiadający o swojej kolekcji książek filozoficznych i politycznych, to coś innego.

Wyszłyśmy stamtąd po 22:00, w domu byłyśmy koło 23:00.

Pierwszego dnia świąt odwiedziłam ciocię i mojego drugiego dziadka, który niedawno skończył 97 lat. Wiosną, przed Wielkanocą jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Myśleliśmy, że umiera. Przeżył, ale jest coraz gorzej :( Leży bez sił, nie może wstawać, ma zmieniane pampersy, materac przeciwodleżynowy. Kiedy ostatni raz go widziałam, jeszcze można było trochę z nim porozmawiać, kontaktował. Teraz nie jestem tego taka pewna. Słyszy, mówi, ale przyznaje, że miesza mu się w głowie. Ciocia powiedziała mi, że potrafi cześć dnia po prostu krzyczeć, przeklinać. Może traci rozum, może to z bezsilności.

Wiertka dostała o pradziadka prezent pieniężny, a że ma teraz fazę na układanie klocków lego, to chciała kupić sobie zestaw. Ja przypomniałam sobie, że przecież jest wystawa budowli z lego, całkiem niedaleko nas. Wykorzystałyśmy na zwiedzanie dzisiejszy dzień. Wystawa jest piękna, bajkowa, aż nie chciało mi się wychodzić. Można się przyglądać i zachwycać detalami. Bilet nie ogranicza czasowo. Jedna, jeśli ktoś chce obejrzeć i nie ma małego dziecka, to spokojnie zmieści się w godzinę. Piszę to, bo są o wiele, wiele tańsze bilety wieczorne - ważne od 19:00 do 20:30. Żałuję, że nie skorzystałam z tej opcji, bo obie z Wiertką jesteśmy nietoperzyce i godzina nam nie straszna. Obawiałam się, że półtorej godziny to będzie dla niej za mało. Ktoś inny może jednak skorzystać z dobrej rady :) Na wystawie jest część, gdzie można samemu budować coś z klocków, dlatego napisałam, że osoby z młodszymi dziećmi mogą utknąć na długo.

Święta za moment można uznać za te, które przeminęły. Oddzielnie napiszę, że Mikołaj jednak potrafi się pojawić.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
Tropem Mikołaja

Nad moją córką świeci szczęśliwa gwiazda, która kieruje ją tam, gdzie powinna być :)

O upominkach gwiazdkowych jeszcze będzie. Teraz stanęłam przed zadaniem, jak je ukryć. Część się udało, część dotarła później. Schowałam paczuszki w miejscu, do którego Wiertka nigdy nie zaglądała. Do czasu. Postanowiła wysprzątać kuchnię. Wyszorowała blaty, fronty szafek, zmywak kuchenny, pozmywała. Do przecierania potrzebne jej były pieluchy tetrowe, które są w specjalnej szufladzie na ściereczki kuchenne. To tam nigdy nie zagląda. Od razu podzieliła się ze mną tą nowiną i kazała mi paczuszki schować gdzieś indziej.

W kilka godzin później, oglądam coś w telewizji, a Wiertka była w łazience. Nagle słyszę głośny śmiech mojego dziecka. Przyszła i opowiedziała, że siedziała sobie na toalecie, wpatrywała się w wiszącą szafkę w łazience i przyszło jej do głowy, że jakoś nigdy do niej nie zaglądała. No i znalazła paczuszki.

Dziś rano, znowu chciała mi pokazać coś, co uważała, że leży w pudłach pomiędzy lodówką a ścianą. Zdążyłam ją odesłać. Paczuszki są tam, tyle że owinięte w płócienną torbę :)

Chyba każę jej poszukać moich zaginionych dokumentów :)

środa, 20 grudnia 2017
Święty Mikołaj powraca

Kiedy prawda i micie św. Mikołaja wyszła na jaw, nie sądziłam, że Wiertka tak szybko wyciągnie kolejne wnioski.

Pierwszy wniosek z tego, że prezenty przynoszę ja, to taki, że te prezenty są może już gdzieś w domu, jest szansa, że dam je szybciej, już teraz. I muszę odpierać lawiny próśb ;)

Drugi wniosek to taki, że ona także może mi podarować prezent. I oto Wiertka wczoraj tworzyła dla mnie upominki gwiazdkowe. Ja miałam czytać książkę i nie patrzeć się. Do opakowania wykorzystała stare pudełka, podarty papier prezentowy oraz całą taśmę klejącą, jaka nam w domu została. Następnie, ułożyła te paczki pod choinką. Teraz ja też miałam cierpliwie czekać aż do niedzieli. Co bez problemu obiecałam ;)

Tu rozpoczęły się negocjacje - ona pozwoli mi rozpakować moje prezenty, a ja mogę jej podarować jej już teraz :) Oświadczyłam, że potrafię czekać na niespodziankę.

W końcu, po godzinie, Wiertka nie wytrzymała i powiedziała, że mogę obejrzeć. Sama nie mogła się doczekać mojej reakcji :) W paczkach były rysunki i laurki dla mamy :)

Przypominam sobie, jaka ja byłam w dzieciństwie. Nigdy nie szukałam prezentów, nawet nie zastanawiałam się, gdzie mogą być (albo wyparłam to z pamięci). Lubiłam to uczucie oczekiwania, nawet tak długiego i dreszcz emocji, gdy rozpakowywałam prezent. Podglądanie przed czasem, cały ten wir uczuć by zniszczył. Nie ma tego smakowania atmosfery. Moja córka lubi odwrotnie :) 

19:33, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
Tagi