To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 01 lipca 2017
Otwarta / Zamknięta Ząbkowska

Jestem fanką Otwartej Ząbkowskiej. Były już tutaj wpisy z moich wizyt w czasie tego wydarzenia kulturalnego. Dla mieszkających w innej części kraju doprecyzuję, że w poprzednich dwóch latach, w sezonie letnim, w weekendy zamykano jedną z pięknięjszych ulic mojej dzielnicy dla ruchu samochodowego. Można było sobie pospacerować, popatrzeć na różne wydarzenia, coś kupić. Zamykano na długości jednej przecznicy. I super.

Na takie miejsce trzeba mieć pomysł i po jakimś czasie zauważyłam, że głównym pomysłem staje się wystawienie stolików i leżaków kawiarni, pubów (jest ich tam sporo), wystawienie food trucków i straganów z książkami, winylami, rękodziełem. Czyli dla mieszkańca z okolicy, zarabiającego gdzieś poniżej średniej krajowej, albo w ogóle nie zarabiającego, to miejsce zaczęło się robić mało interesujące. Bardziej dla turystów.

Nadal jednak byłam zwolenniczką tej inicjatywy. Niech turyści z lewego brzegu przyjeżdżają poznawać Pragę chociażby z pozycji leżaka i piwska. Może kiedyś pójdą dalej.

W tym roku, postanowiono inicjatywę rozszerzyć. Zamknąć ulicę na okres całego lata, we wszystkie dni. Także te robocze. Oczywiście, od razu padły argumenty, że kierowcy mogą sobie protestować, bo zaangażowany społecznie człowiek jeździ autobusem. Aktywistom, umknęło chyba uwadze, że jednocześnie zamknięto - z powodu budowy metra - kawałek, tuż obok, głównej ulicy i puszczono tramwaje objazdami. Plus zamknięcie, z powodu remontu, najbliższego mostu, łączącego Pragę z resztą miasta. Pierwszego dnia Otwartej Ząbkowskiej, okolica się zakorkowała. Ząbkowska pozostała czysta i świeża. Za to ulica równoległa do niej zasnuła się smrodem spalin. I nie, nie tylko kierowców samochodów cierpieli. Cierpieli także zwykli ludzie jeżdżący autobusami i tramwajami. Po protestach, trzeciego dnia ruch na Ząbkowskiej przywrócono.

Toczyły się spory pomiędzy aktywistami społecznymi, a zwyczajnymi mieszkańcami. Bo mam wrażenie, że wszyscy ci orędownicy zamknięcia ulicy, nie mieszkają w okolicy. I odpada tu argument, że nie trzeba było sobie tam wybierać mieszkania, w takiej okolicy turystycznej. Bo okolicą turystyczną to dopiero próbują Pragę uczynić. Ludzie mieszkając tutaj w warunkach, które - w niektórych kamienicach - cofają standard życia o sto lat. Nie wybrali sobie sami tego miejsca, życie i ograniczenia finansowe ich do tego skłoniły. I ktoś mówi im teraz, że nie są zaangażowani lokalnie.

Jest także inny argument. Sens Otwartej Ząbkowskiej widzę właśnie w inicjatywach kulturalnych, które angażują także okolicznych mieszkańców - koncerty, spektakle, a nawet zwyczajny basenik dla dzieci z kupą piasku. Co się może dziać w tym miejscu, w dniu roboczym w południe, gdy większość ludzi jest w pracy? Skorzystają tylko właściciele pubów. Czy właściciele pubów podzielą się zyskiem z okolicą - chociażby w donacji na jakieś wydarzenia? Jeszcze widziałabym tam realizację pomysłów wciągającą nudzące się w czasie wakacji dzieci i młodzież.

Wysuwając propozycję Otwartej Ząbkowskiej przez całe lato, nikt nie przedstawił żadnego planu - co się będzie dziać, co może człowieka tam spotkać w środku dnia. Po prostu zamknijmy, a docelowo odetnijmy ten kawałek ulicy na dobre.

A ci mieszkańcy to tacy niewdzięczni, nie zaangażowani społecznie, tylko w samochodach się rozbijają.

Czasami warto posłuchać ludzi, którzy muszą tam po prostu żyć. 

czwartek, 29 czerwca 2017
Dzień zakichanego świstaka

Miałam opisać lokalne spory związane z pewnym deptakiem - ulicą. Jednak wszystkich zaskoczę - przeziębiłam się :) Poprzedni katar ciągnął się ponad tydzień. Dwa, trzy dni przerwy i dziś ponownie kichanie, smarkanie, rozbicie.

Sporo w tym zapewne mojej winy. Moje parasolki się popsuły, nie kupiłam nowej. Tamtych prawie nie używałam. I wczoraj, w drodze do pracy przemokłam. Zapobiegawczo, wzięłam bluzkę na zmianę. Ta, w której przyszłam była mokra. Wiertka na szczęście ma kurtkę przeciwdeszczową.

Nie mądrzeje, bo nadal nie wybrałam się do sklepu po parasolkę.

Idę do łóżka. Zbliża się weekend bez dziecka, a ja być może spędzę go w łóżku.

18:41, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 28 czerwca 2017
Nasz budżet partycypacyjny

Jak i w poprzednim roku (choć nie pamiętam, czy tak było też wcześniej), razem z Wiertką zagłosowałyśmy w wyborze projektów zgłoszonych w ramach budżetu partycypacyjnego. I nie wyglądało to tak, że wykorzystałam pesel dziecka. Mała przeczytała listę propozycji i sama zdecydowała na co odda swój głos.

Praga Północ jest trochę w ogonie, jeśli chodzi o frekwencję głosujących. Smutne to trochę i niektórym potwierdza niemiłe stereotypy o tej dzielnicy. A ja myślę, że jeśli efekt twojego głosowania nie jest widoczny szybko, od razu, po kilku, kilkunastu tygodniach, to jest grupa ludzi, dla których jest to obojętne.

Sama nie pamiętam, na co głosowałam w poprzednich latach i czy te pomysły naprawdę wcielono w życie.

A o trudnych losach społecznych inicjatyw będzie w kolejnym wpisie.

W każdym razie, zagłosować można jeszcze przez dwa dni.

poniedziałek, 26 czerwca 2017
Nie świadectwo, lecz chęć szczera

W piątek odbywały się w szkołach zakończenia roku szkolnego, rozdania świadectw. I zaraz, w mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo wpisów rodziców, którzy pokazywali świadectwa swoich dzieci. Oczywiście, te z czerwonym paskiem, super ocenami. Z tego co mi wiadomo, dzieci nie podjęły tej akcji :)

Jednocześnie z falą radości z sukcesów własnego dziecka, poszła druga fala wpisów pod hasłem "nie świadectwo, lecz chęć szczera". Generalny wydźwięk był taki, że te czerwone paski, wyróżnienia dla najlepszych uczniów, to niesprawiedliwe, to chwalenie się, to jakieś takie nieładne. Bo przecież wszyscy uczniowie ciężko cały rok szkolny pracowali, bo trzeba doceniać każdego. Dziecko kocha się za to, że doczołgało się do rozdania świadectw bez rozstroju nerwowego i bólu tyłka rodzica. A tak w ogóle, to ludzie sukces w życiu osiągnęli i bez "czerwonych pasków".

Ja patrzyłam na to inaczej. Czy to takie złe i straszne, że rodzic, członek rodziny jest dumny z osiągnięć własnego dziecka? Kto ma je chwalić, doceniać, szczycić się owocami jego pracy jak nie rodzina? To ludzkie, ta radość. Mam wrażenie, że to trochę takie polskie - osiągnąłeś sukces, włożyłeś w coś sporo pracy, nakręcało cię, by zrobić coś lepiej. A gdy wreszcie dostajesz dowód uznania, masz to schować za plecami i powiedzieć, że tak naprawdę to nic się nie stało, to przypadek był. Bo innym, którzy po prostu się prześlizgnęli, może być przykro.

Nikt nie napisze kobiecie, która chwali się powrotem do dawnej figury - kosztem diet, ćwiczeń, treningów - że nie powinna się tym szczycić, bo przecież są koleżanki z rozstrojoną gospodarką hormonalną i one nigdy tego wyniku nie osiągną. Nagrodę Nobla przekazuje się uroczyście, z rąk króla, z fetą i kolacją, a nie w baraku, ukradkiem. Bo inni uczeni będą sfrustrowani.

I piszę to z pozycji matki dziecka, które szkolnego dyplomu i medalu nie dostało. I pewnie nie dostanie nigdy.

Bo to nie cała idea "czerwonych pasków" jest zła, nie jest niczym złym wyróżnianie wybijających się uczniów. Mówić trzeba o ważnej roli rodzica, który tak potrafi przygotować dziecko na atmosferę szkolną, że będzie się czuło bezpieczne, kochane i bez takich wyróżnień. Czerwonego paska nie dostanie może, ale za to otrzyma gdzieś indziej medal - w sporcie, konkursach, warsztatach. Będzie wyjątkowe.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, mając dziecko, dla którego z natury stopnie i ocena z zachowania nie jest aż tak istotna. Ostatnio natknęłam się na wpis o dziewczynce, która rozpłakała się, gdy nie dostała wzorowego świadectwa. A w domu rodzinnym nigdy nie kładziono nacisk na takie osiągnięcia, doceniano ją za to jaka jest.

Mimo to - dajcie rodziców, dziadkom, ciotkom, przyszywanym przyjaciołom rodziny publicznie cieszyć się z osiągnięć dzieci.

A o moich świadectwach i szkolnych refleksjach napisze w innym wpisie.

Tagi: córka
18:51, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
sobota, 24 czerwca 2017
Nasz wiankowy najdłuższy dzień w roku

To był bardzo długi, ten jeden z trzech najdłuższych dni w roku.

Przed południem, przeszłyśmy się z Wiertką do lokalnej grupy animującej społeczność lokalną. Organizowali tam rodzinne warsztaty kulinarne. To tam też, mała chodzi co piątek na warsztaty kulinarne dla dzieci. Tym razem hasłem była kuchnia ukraińska. Przewodziła jedna z mieszkanek pochodząca z Ukrainy. Najpierw ugniataliśmy i smażyliśmy chlebek. Potem była sałatka warzywno śledziowa w ogromną ilością majonezu. Anna Lewandowska nie objęłaby patronatem tego spotkania :) Ale było miło, smacznie i pożywnie. Co okazało się ważne dla dalszej części dnia.

Potem poszłyśmy sobie na plac zabaw. Wiertka bawiła się z dzieciakami, a ja czytałam książkę.

Mała usłyszała od któregoś z dzieci, że będzie jechało na Wianki nad Wisłą. Też chciała ta iść. Wydawało mi się, że to głównie wieczorny koncert, ale sprawdziłam w internecie i okazało się, że wydarzenia są już od południa. Tak więc, od razu z placu zabaw, pojechałyśmy nad Wisłę. Ukraińska strawa zapełniała nam żołądki, nie miałam więc obaw.

Tak jak trochę się obawiałam, o tej porze, w strefie Wianków były głównie stragany z wiankami, jedzeniem i rzemiosłem. Czyli samotna matka, której w portfelu zostało 25 złotych do wypłaty musiała być bardzo czujna. Gdy przebiłyśmy się przez jarmark, dalej była scena z fajnymi koncertami, różne animacje. Oraz gwóźdź programu, czyli mała fontanna. Składała się ona z kilkunastu mini dysz, wystających z posadzki, wypluwających co jakiś czas wodę. Pomiędzy była bardzo długa chwila, gdy woda nie leciała. Ja w końcu usiadłam na ławce, a Wiertka z innymi dziećmi bawiła się przy wodzie. I jak można się domyśleć, po kilkunastu minutach, nie uskoczyła i nadziała się na strumień wody. I tak miała szczęście, bo godzinę wcześniej, jakiś maluch, w momencie wytryśnięcia z dysz, znalazł dokładnie w środku pomiędzy nimi wszystkimi.

Wiertce bardzo zależało, żeby jeszcze pobyć na Wiankach, ale była cała przemoknięta. Zabrałam ją do domu. Ona brała gorący prysznic, przebierała się, a ja szybko podgrzewałam kotlety z wczorajszego obiadu i robiłam sobie kawę. Po pół godzinie, najedzone, wracałyśmy nad Wisłę. Czyli ponownie, nie musiałam się stresować straganami.

Tym razem trafiłyśmy na wrzucanie wianków do wody. Wrzucano jeden zbiorczy, taki ogromny i każdy chętny dorzucał swój mniejszy. Po wodzie płynęła ich spora ilość. Można było sobie postać przy rzeki, obok śpiewał zespół ludowy :) Zbliżała się też godzina głównego koncertu. I Wiertka mnie zaskoczyła - ona chce zostać na koncert. Koncert jest ważny. Bez koncertu, Wianki nad Wisłą są nie zaliczone. Była tak zdeterminowana, że czekałam z nią godzinę na trawie. A potem podekscytowana i zachwycona słuchała muzyki. I musiałam zanotować nazwę zespołu, by mogła sobie w domu wyszukać sama ich piosenki. Czasem tańczyła. Pomyślałam, że to już taki mój wiek - to ja idę na koncert do towarzystwa dziecku. Wreszcie, po 21:00 udało mi się ją wyciągnąć do domu.

Wróciłyśmy przed 22:00.

To był najdłuższy dzień w roku :)

środa, 21 czerwca 2017
Zwierzęta

Nie mam weny do błyskotliwych tytułów wpisów. Trudno.

Będzie o mojej refleksji w czasie lektury "Kuny za kaloryferem" Adama Wajraka. Zbiór historyjek-reportaży bardzo lubię i czytam już któryś raz. Jednak dopiero teraz zauważyłam pewną rzecz. Dla tych, którzy nie w temacie - są to artykuły pisane przez Wajraka do Gazety Wyborczej, w których opowiadał o swojej opiece nad różnymi, poszkodowanymi przez los zwierzakami. A to bocianie pisklaki, malutkie kuny, potomstwo wydr, czy kruk, sowa, a nawet nietoperz. Opisane z dowcipem, pasją do zwierząt i przyrody. Plus Puszcza Białowieska - wtedy jeszcze po prosu puszcza.

Okazuje się, że nawet w takim temacie zachodzą przez lata pewne zmiany. Książka wyszła w 2003 roku, materiały pisane były na przełomie XX i XXI wieku, czyli prawie dwie dekady temu. W jednym z pierwszych rozdziałów, Wajrak opowiada jak zajmują się kalekimi bocianami. Pewnym kłopotem było dokarmianie, ale tutaj trafił się łut szczęścia - z pobliskiej farmy kurzej dostawali... worki jednodniowych kurczaków. Wajrak pociesza, że martwych. Myślę, co by się dziś działo, gdyby jakiś dziennikarz tak spokojnie, bez wzruszenia, refleksji napisał, że z jakiejś fermy wychodzą martwe kurczaki. I to w ilościach workowych. Wiemy, że takie miejsca są, jest to krytykowane, ta kurczęcia rzeź jest jednym z argumentów wegan, by nie jadać jajek. Dziś żaden obrońca zwierząt nie przyznałby się do kontaktów z miejscami, gdzie tak maszynowo podchodzi się do hodowli. Wajrak także. 

W innym rozdziale, pisze jak dotarły do niego malutkie wydry (czy kuny). Jego przyjaciel jechał samochodem przez puszczę i w coś uderzył. Ujechał kawałek i zdecydował się zawrócić, by sprawdzić, czy zwierze jeszcze żyje. W pierwszym odruchu oburzyłam się - przecież kierowca powinien zawrócić, nie po to by sprawdzić, czy żyje. Powinien po prostu zawrócić i sprawdzić sytuację - czy na miejscu są zwłoki, ranne stworzenie, czy zwierzak po prostu już uciekł. Teraz jak o tym myślę, to chyba Wajrak po prostu użył niefortunnego określenia, na to co zrobił przyjaciel. I właśnie - dziś by już tak nie napisał. Kończą wątek - zwierzę było już martwe, ale po oględzinach okazało się, że była to samica karmiąca młode, spróbowano więc - z sukcesem - je odnaleźć.

Takie dwie uwagi jak na sporą książkę, kilka fajnych historii, to i tak niewiele. Jednak pokazuje, że bycie obrońcą przyrody pod koniec XX wieku, to było nic w porównaniu z zaangażowanie dziś :)

niedziela, 18 czerwca 2017
Długi weekend

Człowiek żyje od długiego weekendu, do długiego weekendu. Najbliższy będzie w sierpniu, a niektórzy będą mieli jeszcze po drodze jakiś urlop.

Na dwa dni wysłałam Wiertkę do jej ojca, ale jeden z nich (piątek) spędziłam w pracy. A potem, to wygląda na jakiś absurd, ale przeziębiłam się. Kolejny raz. Niby nic, lekki katar, jedna noc z zapchanym nosem, w wyniku czego czułam się jakby oddychała z torebką foliową na głowie. W dzień walczyłam z sennością, skutkami niedotlenienia i rozbiciem fizycznym, bo zaczął mi się nowy cykl. Być może to przez to dostałam kataru - na chwilę spadła mi odporność. Jedne kobiety pierwszego dnia cyklu zwijają się z bólu i skurczy. Ja czuję się jak w lekkiej grypie, albo na średnim kacu. A w ciągu dnia musiałam jeszcze iść z dzieckiem na gimnastykę korekcyjną oraz zaliczyć przyjęcie urodzinowe mojej bratanicy. Efekt był taki, że wieczorem byłam empatyczna i wrażliwa niczym posłanka Pawłowicz.

Dziś jest w miarę lepiej. Jednak - mnie upałolubną - temperatura za oknem i słońce męczy.

Już późną jesienią byłam u laryngologa, miałam skierowanie do poradni w szpitalu by ustalić szczegóły związane z operacją nosa. Jakoś to odsunęłam, pomyślałam, że może ostatni rok był szczególny z powodów stresów w pracy, życia generalnie. Jednak być może, muszę sobie wyprostować tę przegrodę nosową, bo katary, infekcje, złe oddychanie przez nos w nocy będą mi komplikować coraz bardziej życie.

O jutra, nos powinien się udrożnić, hormony ustabilizować i będą pogodniejsze wpisy.

Tagi: życie
18:00, bezcielesna
Link Komentarze (9) »
czwartek, 15 czerwca 2017
Jak stracić kontrolę w kuchni

Jako osoba nie przepadająca za gotowaniem, lubiąca przyrządzać potrawy raczej tylko dla siebie, lubiąca jedzenie, nie sądziłam, że tak przywiążę się do swojego przywództwa w kuchni.

Otóż przedwczoraj Wiertka odrzekła, że chce ugotować obiad, przyrządzić i podać jak w restauracji. Wspomniała też o jakiejś opłacie.

- Chcesz żebym ci zapłaciła za to, że ugotujesz?

- Kucharz też musi mieć interes.

A potem było coś, że choćby toaleta może być za 2 zł. Chyba moje dziecko odczuwa silną potrzebę zarobienia własnych pieniędzy. Gdybyśmy żyły w innej rzeczywistości prawnej i moja córka dostała wybór albo chodzić do szkoły, albo do pracy i mieć własne pieniądze, to obawiam się, że wybrałaby zarabianie.

W końcu, Wiertka odrzekła, że bardzo by chciała po prostu coś sama ugotować.

Uważam, że takie inicjatywy dziecka trzeba wspierać. Moja matka nigdy by się na coś takiego nie zgodziła. Nawet gdybym była nastolatką.

Bo i ja poczułam się nieswojo. Przez te lata gdy mieszkałam sama, gotowałam dla siebie, pod siebie, zżyłam się ze swoją kuchnią. Lubię obudzić się rano, zaplanować co fajnego dziś zjem i tak sobie czekać ten czas, do momentu aż to przygotuję i zjem. Już byłoby mi ciężko przystosować się do menu innej osoby. I przecież to dziecko zrobi sobie w kuchni krzywdę! Bo oczywiście, odrzekła, że zrobi wszystko kompletnie sama, bez żadnej mojej pomocy. Przepis - co za problem, weźmie z internetu. Bo udało mi się przekonać dziecko, że muszę zjeść tortellini w duszonych pomidorach. Miałam taką ogromną ochotę na sos pomidorowy. Magnezu i potasu! Tortellini z paczki - nie przesadzajmy.

Poszłyśmy na kompromis. Sparzyłam i obrałam dziecku pomidory. Podrzuciłam pomysł, że jednak warto by do całych pomidorów wrzuconych do garnka dodać odrobinę oleju i jednak jakoś te pomidory podzielić na cząstki w czasie podgrzewania. A na koniec odlałam tortellini. Mieszanie sosu, pilnowanie, dodawanie przypraw, podgrzanie wody w garnku, wrzucenie tortellini, nałożenie wszystkiego na talerze należało już do mojego dziecka.

Potem cały chaos w kuchni sprzątnęłam już ja :)

Tagi: córka
18:46, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 14 czerwca 2017
Weekendowy cmentarz

Jak wspominałam, w piątek była rocznica śmierci mojej mamy, a w sobotę wybrałam się do niej na cmentarz. Zabrałam Wiertkę ze sobą, nie miałam jej z kim zostawić i uznałam, że raz na 2-3 lata może się jednak wybrać. Obiecałam jej też jedną rzecz, ale o tym później. Mała zabrała ze sobą hulajnogę, więc droga szła w miarę sprawnie. Pogoda dopisała aż za bardzo. Lubię lekkie upały - dla mnie okolice 25-27 stopni, to lekkie upały - ale nawet mnie zaczynały pokonywać. Obok budują obwodnicę, widać było nasyp powstającej jezdni, więc - jak kiedyś królowały komary, tak teraz pełno było pyłu. Na samym cmentarzu ciekawiej. Jest usytuowany na skraju lasu. Niestety, na jego terenie wszystkie drzewa zostały wycięte. Wycięte na tym terenie, oraz w kilkadziesiąt metrów dookoła (miejsce na nowe nagrobki). To plus marmur grobów, kostka pomiędzy nimi i słońce nad głową, sprawiało, że czułam się niczym krewetka w woku. Nawet ja nie przedłużałam pobytu i chciałam zaraz wracać. Wiertka tym bardziej, bo ona lubi jak jest ciemno i chłodno. Za to pokazała mi jaki nagrobek jej się bardzo podoba. Co do zniczy:

- Taki ci kupię, jak będziesz umarnięta - wskazywała mi ze dwa, według niej bardzo ładne.

Co do preferencji nagrobka, to staram się tym nie przejmować. Jeszcze w liceum, na integracji klasowej, nauczycielka zrobiła nam psychozabawę - każdy miał narysować swój przyszły nagrobek. To trochę mówi o człowieku i jego osobowości :) Grupy grobów były trzy - takie zwyczajne, mauzolea pomniki (jeden miał żołnierza na warcie) oraz groby typu głaz pod drzewem (m. in. mój).

W drodze powrotnej, skręciłyśmy do mijanego kompleksu handlowego, bo obiecałam Wiertce plac zabaw w Ikei. Ona poszła się bawić, a ja zległam na jednej z kanap na parterze. Nie lubię chodzić po sklepach tylko po to by sobie pooglądać. Jak po muzeum. Co dopiero, spacerować bez celu i nagle jednak coś kupić. Takie świętokradztwo mnie się nie trzyma :) Idę, gdy chce wydać pieniądze i to wcześniej, przeglądam w internecie by zminimalizować czas pobytu. Teraz myślę, że jednak istnieje wyjątek - księgarnie. Czyli dziecko się bawiło, ja czytałam książkę. 

Żeby nie było, że jestem sto procent kutwa, to nie wyobrażam sobie wizyty w Ikei bez zjedzenia podwójnej porcji klopsików z żurawiną :) To poszłyśmy potem zjeść.

W niedzielę, tylko leżałam i czytałam, Po obiedzie poszłyśmy sobie do parku i na plac zabaw.

18:55, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Dlaczego takie pytanie

Wyjaśnię, dlaczego w poprzednim wpisie zadałam takie głupie pytanie. Bo weekend był ciekawy, ale nie rewolucyjny.

Zaczęłam ostatnio zaglądać na swojego bloga i widziałam, że ostatniego wpisu nikt nie komentuje. Kolejnego - nikt. Następnego - nikt. I jeszcze następnego nikt. Zera. Poczułam się, jak restauracja, do której wchodzisz i widzisz puste stoliki na sali. Wiesz, że tu dobrze nie zjesz. Albo jak osoba, która ma przed sobą kilkanaście osób, opowiada im coś i gdy kończy widzi ich puste oczy, bez emocji, które po sekundzie się odwracają. 

I nie chodzi tu o lawinę komentarzy. Czasem jeden, dwa wystarczy. Niby widzę statystyki, przecież ktoś czyta. I zdania nie może wydusić, albo nie wraca. Bo zapewne nie ma po co. Nie ukrywam, jakbym chciała pisać tylko dla siebie, to bym to robiła na kartce. Jak robiłam od dwudziestu lat.

Zdaję też sobie sprawę, że komentowanie wymaga założenie konta. Nikt, specjalnie w tym celu nie będzie tego robił.

W kapryśny, dziecinny sposób chciałam zwrócić na siebie uwagę :/ Zobaczyć, czy ktoś naprawdę mnie czyta.

Tagi: smutek życie
18:39, bezcielesna
Link Komentarze (20) »
Tagi