To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 14 sierpnia 2018
Nietechniczna

Ostatnie dni upłynęły pod hasłem walki z nowymi mediami, a nawet chyba starymi. Napisałam walki, bo to co dla ludzi z mojego pokolenia jest naturalne, a dla tych z pokolenia wyżej do ogarnięcia jest dla mnie niczym szydełkowanie z odmrożonymi palcami. A techniki będzie przybywać, więc muszę nadganiać. Wiertka jechała do ojca na dwa tygodnie i zabierała swój tablet, na którym zazwyczaj oglądam filmy z pewnej platformy filmowej. Mam wykupiony abonament, na piractwo jestem za głupia.

Ten tablet to najbardziej nowoczesne medium w moim domu – opcją jest piętnastoletni telewizor (w starych odcinkach seriali TVN występował nawet jako szczyt smaku), dziewięcioletni komputer oraz smartfon, który starzeje się w momencie, gdy nieopatrznie klikniesz zgodę na aktualizację aplikacji (nie róbcie tego).Teraz jednak mam smartfon od czerwca, nowy aparat i zestarzał się tylko troszeczkę. Pomyślałam, że na nim sobie będę oglądać filmy. Ekranik malutki, ale bez przesady.

I tu zaczęła się wędrówka przez chaszcze. Zaczęło się od tego, że przecież nie pamiętałam hasła do platformy z filmami. Kliknęłam w link zmiany hasła poprzez mój adres mailowy. Próbuję zalogować się z telefonu do konta mailowego i hasło nie działa. Co do cholery? Usiadłam przy komputerze i od razu przypomniałam sobie, że zmieniłam niedawno hasło na bardziej ulepszone i doskonałe. Przypomniały je sobie palce stukające w klawiaturę, ale te klikające w ekran nie. Zmienione hasło już nie działało. Musiałam stworzyć nowe poprzez linki pomocnicze – dobrze, że na początku roku ustawiłam sobie takie rzeczy na każdym koncie. Tyle, że nie mogłam nic wysłać na pomocnicze konto mailowe, bo nie istniało w systemie. Mogłam zmienić sms-em. Za 9 złotych, proszę bardzo. Zalogowałam się na koncie, by zobaczyć, że konto pomocnicze jak najbardziej istnieje w systemie. Próbuję zmienić hasło, ale nie reaguje klocek  „Zmień hasło”. Próbowałam to zrobić dwa razy, dwa razy po 9 złotych. W międzyczasie, po kilku minutach link do zmiany hasła na platformie filmowej stał się nieaktywny. Nieaktywna stała się też na komputerze sama strona. Trochę poklęłam pod nosem, ale odkąd moja córka weszła w wiek jęczenia, wpadania w złość z powodu pierduł, staram się dawać jej przykład godnego przyjmowania niedogodności mediów.

Następnego dnia w pracy, na firmowym laptopie, wyprostowanie sprawy zajęło mi ze trzy minuty. Ustawiłam nowe hasło do konta – klocek już działał, ustawiłam nowe hasło na platformie filmowej. Nie ma to jak sprzęt, który ma mniej niż kilkanaście lat (dowiedziałam się, że to, że mój komputer mam dziewięć lat, nie oznacza wcale, że trafił do mnie jako osesek, już miał kilka lat…). Przy okazji zobaczyłam też, że na konto mailowe zaciągnął mi się nowy widok. Jestem wzrokowcem, uparcie zawsze klikam na stare ustawienia. Teraz też przeklikałam. Pokazał mi się jeszcze inny widok. Okazało się, że uniknęłam już dwóch aktualizacji wyglądu poczty. Niestety, do widoku z roku 2002, kiedy to zakładałam konto, nie da się już wrócić. Za kilka lat będą go pewnie sprzedawać sentymentalnych ludziom w opcji VIP.

Wczoraj wieczorkiem weszłam pełna ufności na prostą drogę do spokojnego oglądania filmów. Nie tak szybko. Okazało się, że według systemu, na moim koncie zalogowanych jest już więcej niż 5 dopuszczalnych urządzeń. Zawsze oglądałam tylko na jednym. W ustawieniach, po datach widziałam, że to ostatnie daty korzystania z niego. Jakby system uznał to za dołączenie nowego urządzenia. Z poziomu telefonu nie mogłam usunąć tych urządzeń, na chat do pogadania z konsultantem też nie mogłam wejść. Z poziomu domowego komputera też nie, bo nie odczytywał strony. Tu z pomocą przyszedł tata Wiertki, który ze swojego domu po ustalał co trzeba z pomocą techniczną, coś pogrzebał w tablecie i już mogłam oglądać, co zechcę.

Nie tak szybko. Odpaliłam pewien serial i poszła wersja oryginalna. Zawsze od razu odpalały się polskie napisy. Trochę pogmerałam, sprawdziłam na innych filmach, już widziałam co kliknąć. Okazało się, że serial miał tylko wersję oryginalną, albo wersję z polskim lektorem. Lektor nie chciał się uruchomić, bo mam za mało pamięci w telefonie. Biedactwo, mam go aż dwa miesiące i od razu nieopatrznie zgodziłam się na aktualizacje aplikacji. Nie róbcie nigdy tego. Na wszelki wypadek, włączyłam jakiś zagraniczny film – napisy polskie na telefonie się wyświetlają. Byłam zbyt zmęczona, by cieszyć się projekcją. Spróbuję dziś wieczorem.

Tak wiem, należałoby kupić nowy laptop i taki fajny telewizor, co można też internet na nim przeglądać. Może będzie jeszcze o tym wpis, że są to ostatnie pozycje na mojej liście zakupowej powyżej kilku stów, która ma więcej niż dziesięć pozycji.

Tagi: życie
19:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018
Gdy gwiazdy spadają innym

Dziś późnym popołudniem udało się wreszcie wysłać Wiertkę do ojca. Tylko do sąsiedniej dzielnicy, ale myślę, że to wystarczy :) Przed 18:00 pojechała, a po 21:00 już dzwoniła :)

Ja za to wdrażam w życie plan robienia tych rzeczy, których nie mogę bez dziecka - na przykład chodzenia do kina na filmy dla ludzi powyżej 16 roku życia ;)

Dziś umówiłyśmy się z koleżanką w Centrum nauki Kopernik. Udało nam się zająć przed 20:00 jeszcze wolne leżaki i trochę pogadać. A od 21:00 gdy pogasły światła, mogłyśmy wpatrywać się w niebo. Dookoła było sporo ludzi, czy to na leżakach, czy kocach. Prowadzący fajnie opowiadali o widocznych planetach i najjaśniejszych gwiazdach, czy satelitach. Dopiero teraz uświadomiono mi, że satelity są na niebie doskonale widoczne i łatwo pomylić je z samolotami - jak coś wolno sunie po niebie, miga na biało, to satelita, jak miga dodatkowym światełkiem, to samolot.

Koleżanka zobaczyła trzy Perseidy. Mnie umykały, bo się głównie gapiłam jak zahipnotyzowana w satelity. Co chwila jakiś przelatywał. Jak nad lotniskiem. Może i widziałam ze dwie Perseidy, tak mignęły w kącie oka, jak draśnięcie. Coś jak wspomnienie z dzieciństwa, historyjkę, którą opowiedzieli rodzice, ty sobie wyobraziłeś szczegóły i w końcu uwierzyłeś, że tak dokładnie to wydarzenie wyglądało. Tak było z tymi moimi Perseidami - im dalej w czasie, tym bardziej bym chciała wierzyć, że coś tam widziałam.

Koleżanka nasycona wrażeniami, wróciła do domu, a ja jeszcze chwilę posiedziałam. Jednak tłum dookoła mnie, głośna muzyka jednak zaczęły mi przeszkadzać. I to wpatrywanie się w niebo. Im bardziej myślisz, że jakaś gwiazda spadnie, tym bardziej spada ona innym. Nie mam cierpliwości i wytrwałości. Ja nawet na autobus nie czekam dłużej niż 10 minut, gdy można jechać z przesiadką (nawet dłużej), albo iść piechotą.

Żeby wykorzystać piękno nocy, wróciłam sobie spacerkiem przez most na praską stronę. Tam musiałam czekać ponad dwadzieścia minut na autobus, bo nie dało się bezpiecznie iść dalej piechotą, ani przesiadki nie było :)

A jutro kolejny dzień urlopu matki :) 

środa, 08 sierpnia 2018
Matko-córkowy wieczór w restauracji

Niedawno, któregoś ciepłego, przytulnego wieczoru, wracałyśmy z Wiertką z placu zabaw. A że jeszcze nie chciało nam się wracać do domu, impulsywnie wpadłyśmy na pomysł, że pójdziemy do niedalekiej restauracji. Często obok niej przechodzimy i zawsze rozważamy wizytę, bo prawie codziennie lokal ma jakąś promocję typu jedno danie X + drugie X za 50%. Nie jest to może aż tak niezwykle elegancka restauracja, ale trochę inny kaliber niż taki Sphinx (w którym także zdarza mi się jadać). To w czasie ostatniego pobytu nad morzem, Wiertka zapytała mnie, dlaczego w Warszawie też nie chodzimy do restauracji. Nie za bardzo takie posiłki mieszczą się w naszym budżecie, ale teraz akurat mam taki finansowy czas, że czasem mogę.

To poszłyśmy, choć pora była późna, bo grubo po 20:00. Moje dziecko rozsmakowało się w atmosferze - ucieszyła ją idea czekadełka, czyli kawałków pieczywa z oliwą z ziołami do maczania. Zjadła całość, nawet próbując oliwę. Jakbym jej zaproponowała coś takiego w domu, to by do ust nie wzięła. A teraz chce chodzić po restauracjach, próbować różne czekadełka i wystawiać im oceny :)

Zamówiłyśmy sobie pasty, w domu zwane po prostu makaronami :) Co zaoszczędziłam na jedzeniu, to dopłaciłam w napoju. Generalnie, czuję, że to trochę obciach zamawiać jedzenie, ale bez czegoś do picia. Ja spokojnie mogę zjeść bez popijania i jeszcze wytrzymać potem jakiś czas. Piję dużo wody, ale pomiędzy posiłkami. Nie mogę tego jednak wymagać od dziecka. Dlatego zamówiłam dla niej karafkę wody. I marżę za tę wodę wzięli chyba trzycyfrową. Bo tak bywa - w restauracji jedzenie może być trochę tańsze, za to napoje windują rachunek mocno w górę. Trochę jak zamawianie ryby nad morzem - najcięższe dary morza świata.

Wiertka mocno weszła w klimat bycia w wyrafinowanym miejscu, bo zamiast zachowywać się jak najeźdźca, prowadziła elegancką konwersację dopytując mnie o moją pierwszą przyjaciółkę, drugą, kiedy się pierwszy raz pocałowałam (tu odmówiłam wyznań). Trzymała też szklankę z wodą w wygiętej dłoni i nonszalancko ją popijała. Za czasów mojej młodości, powiedziano by, że ćwiczy rolę społeczną, która kiedyś jej się przyda, gdy zostanie kobietą. Większość dziewczynek kopiuje mamy lub podpatrzone inne kobiety. Za to, w dzisiejszych czasach, gdy na to patrzę, boję się zbytniej seksualizacji dziecka, że za bardzo przypomina małą-dorosłą i to jest niestosowne, bo przecież za każdym drzewem, krzakiem, rogiem czyha pedofil z aparatem telefonicznym. Takie czasy.

W idei posiłku w restauracji wpisane jest to, że czas się tam snuje jak kino europejskie, nikt nie biega z zamówieniem, głównie siedzi się i gada. Efekt był taki, że do domu wróciłyśmy przed 22:00. Na prysznic i sen.

niedziela, 05 sierpnia 2018
Oblepieni słońcem

Przyznam, że jak idziesz do pracy gdy jest upalnie w stopniu do zniesienia (jak dla mnie), dzień spędzasz w klimatyzowanym biurze, lub z wyłączoną klimą, bo okna są na północ i dziedziniec biurowca, a wracasz gdy upał lżeje (jak dla mnie), to łatwiej znosić lato w mieście.

W sobotę byłam już bliska pomyśleniu, że mózg może się zagotować. Przed południem trochę posprzątałam - jeszcze inna cecha upału, wracasz po pracy do domu i tylko spływasz z kanapy. Wzięłam prysznic, zmieniłam ubranie. Wybrałyśmy się z Wiertką na zakupy i obiad, bo nie miałam ochoty gotować. A jeść, owszem. Po powrocie padłam i gdy się ocknęłam, to z trudem próbowałam znaleźć jakiś tlen w mieszkaniu. Nie mam wiatraka. Takie natężenie wysokiej temperatury w pomieszczeniu zdarza się, jak dla mnie, zbyt rzadko. 

Dopiero o 19:00 wyszłyśmy z domu. Najpierw na plac zabaw na Podzamczu, a potem do Parku Fontann na pokaz multimedialny. Ciepły, przyjemny wieczór. Wróciłyśmy do domu przed 23:00 i jeszcze przez prawie dwie godziny nie próbowałyśmy zasnąć. Śródziemnomorsko.

W Parku Fontann Wiertka o mało co mi nie zaginęła :( Tłumy były ogromne, stanęłyśmy blisko fontanny, bo ciężko było już w mroku znaleźć dobre miejsce dalej. Wiertka ruszyła do przodu, pomiędzy ludźmi, by znaleźć lepsze miejsce, a ja nie dałam, jej tempem, przeciskać się z hulajnogą. I po chwili zniknęła w tłumie. Pokaz się zaczął i nie wiedziałam, co zrobić. Krzyczeć jej imię? Stałam, rozglądałam się, klękałam i próbowałam wypatrzyć ją wśród plątaniny nóg. Bałam się, że ja będę chodzić i jej szukać, ona będzie chodzić i mnie szukać, i będziemy się mijać. A takie bezczynne stanie w miejscu, nie przystoi rodzicowi. Pomyślałam, że jak skończy się pokaz, będę jej szukać w tym wycofującym się tłumie i wołać. Zaraz jednak pojawiła się jakaś kobieta, a z nią Wiertka - pani pomogła jej mnie odszukać. Nawet jej za to nie podziękowałam. Dobrze, że się odnalazłyśmy, bo mała miała plan, by po pokazie wyjść z tym tłumem ludzi.

W niedzielę spałyśmy do 11:30. Po południu przeszłyśmy się na Otwarta Ząbkowską, gdzie był teatrzyk dla dzieci, różne warsztaty plastyczne.

W grudniu to lato będę wspominać z nostalgią :)

piątek, 03 sierpnia 2018
Raport z Centrum Zdrowia Dziecka

Raport z Centrum Zdrowia Dziecka piszę z opóźnieniem, bo Wiertka była tam w zeszłym tygodniu. Dość późno zorientowałam się, że to będzie kontrolne powtórzenie badań z marca, więc dziecko zostanie na noc. Tym razem na całodniowych badaniach był z nią ojciec, ja przyjechałam po pracy na noc i wzięłam dzień urlopu na dzień następny.

Upał, pot, zmęczenie, słabo to widziałam. Szczególnie, że oddziały dziecięce mają zabezpieczone okna przed szerokim otwarciem - zapewne by nikt nie wypadł. Ale też przez to było duszno. Na szczęście, były prysznice i można się było odświeżyć.

Obawiałam się, jak uda się przeprowadzić badanie Wiertki w głębokim śnie, w innej sali. Szczególnie, że już od 20:30 zaczęła popłakiwać, marudzić, jęczeć, że ona chce mieć to badanie za sobą, niech dadzą jej coś na sen. Musiałam wyprowadzić ją z sali, bo inne dzieci zasnęły. Snułam się z nią po korytarzu i próbowałam uspokoić. Potem układałyśmy puzzle w stołówce. Jako duże dziecko, była gdzieś na końcu kolejki badanych dzieci i przyszli po nią dopiero koło północy. Zasnęła na kozetce, gdy dostała środek na sen. Ja też prawie przysypiałam na krzesełku obok. Po badaniu było zabawnie, bo Wiertka nie chciała zejść z łóżka, była tak zaspana. Wyrwała mi się i wróciła na kozetkę. Ściągnęłam ją znowu i ponownie się wyrwała i prawie nie uderzyła w okno. W końcu musiałam przez dwa, trzy metry unieść ją i przenieść.

Obawiałam się też, jak będziemy spać, bo w sali obok był chłopak - na oko jakieś 1,60 cm, wyglądał niemal na dorosłego. Rano dowiedziałam się, że ma 14 lat. Chłopak bez przerwy chodził i coś energicznie, głośno mówił. Dyskutował sam ze sobą, może z kimś wyobrażonym. Z sali, po korytarzu, z jednego jego krańca na drugi. I słychać go było wszędzie. Ale ludzie obok mu nie przeszkadzali. Trochę bałam się, że będzie tak też robił w nocy. Na szczęście, punkt 21:00, pościelił łóżko, położył się i zasnął. Pomyślałam tylko, że życie jego rodzica musi być trudne.

Rano wypisali nas wcześnie. Badania wykazały, że Wiertka ma zdrowe uszy, słuch fizjologicznie prawidłowy. Jej niedosłuchy wynikają okresowo z problemów zdrowotnych i teraz czeka nas wędrówka do laryngologa. Z jednej strony dobrze, bo nie obawy, że to trwałe, wymaga aparatu słuchowego, czy jakiś operacji. Z drugiej strony, wędrówka się nie skończyła.

Dobrze, że miałam dzień wolnego po powrocie padłam. Kilka godzin snu na twardej leżance, to żaden sen.

Tagi: córka lekarz
20:44, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 31 lipca 2018
Ku samodzielności, cz. 2

Nowy miesiąc wakacji - kalendarzowo od jutra - w Lecie w Mieście od wczoraj. Wiertka przez dwa tygodnie będzie jeszcze uczęszczać na zajęcia w innej placówce. Tu wynikła pewna komplikacja, bo ta szkoła jest w innej części dzielnicy i o ile kończąc o 16:00 byłabym w stanie odebrać dziecko, to po 18:00 już nie. Moja córka nadal chce wychodzić do domu wcześniej i wracać sama. Nowe miejsce jej nie zniechęciło. Byłyśmy na spacerze w tamtych okolicach, zobaczyła gdzie to jest. Procentuje, że dużo spacerujemy, wędrujemy w różne miejsca w dzielnicy. Wiertka ma orientację w terenie i pamięć do topografii okolicy.

Bałam się, że zrzucam na jej barki zbyt wiele, ale sama wielokrotnie podkreślała, że chce wrócić sama, da sobie radę. I tak wczoraj wyszła z zajęć, poszła na przystanek autobusowy, miała na karteczce listę numerów autobusów oraz listę przystanków - do przejechania trzy, a potem z przystanku do domu.

Wracając po 16:00 do domu, zadzwoniłam do niej. Była jednak zaniepokojona. A jeśli ktoś ją będzie zaczepiał? To nie jest tak do końca bezpieczna ulica. Jak ktoś ją porwał? Jeśli coś jej się pomyliło, wpadła w panikę, uznała, że jednak to za dużo. Odebrała telefon, była już w domu, ale głos jej drgał. Powiedziała, że opowie mi jak wrócę. Szłam szybko do domu, zastanawiając się, co się takiego mogło w czasie powrotu zdarzyć. Okazało się, że... zapomniała loginu w pewnej grze sieciowej i dlatego chciało jej się płakać. A powrót był ok :)

Muszę się pilnować, by nie przekroczyć granicy, za którą więcej samodzielności, to puszczenie dziecka w samotność. Teraz grzecznie czeka na mnie w domu, kiedyś wpadnie na pomysł, by iść gdzieś łazić.

19:37, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 lipca 2018
Zaćmienie Księżyca

W piątek spróbowałyśmy z Wiertką obejrzeć zjawisko, które ponownie pojawi się na niebie za jakieś ponad 400 lat. Nie udało się od razu. Zaczęłyśmy spacer o 21:00, kiedy to pierwsze zakrycie tarczy powinno było być już jakoś widoczne. Ale niewidoczny był sam Księżyc. Bałam się, że to problem zasnutego chmurami nieba. Albo po prostu był jeszcze za nisko i zasłaniały go okoliczne bloki. Za to natknęłyśmy się na chodniku na inną mamę z pięcioletnią córeczką i razem spacerowałyśmy gadając przez pół godziny, próbując coś na niebie wypatrzeć.

Wróciłyśmy się do domu i poczekałyśmy godzinę. Koło 22:30 miał odbywać się kulminacyjny punkt zaćmienia. I Księżyc był widoczny od razu po wyjściu z bloku. Kleił się do nieba nad sąsiednim, trzypiętrowym budynkiem. Taki szary. Czy czerwony - jakoś nie mogłam zauważyć. Połaziłyśmy trochę, żeby mu się poprzyglądać. Marsa, który miał być tuż pod nim, nie mogłam, wypatrzeć. Ale i tak był to fajny widok. Przy okazji spotkałyśmy jakiegoś pana, który zagaił mnie i opowiedział o kosmitach, kręgach w zbożu, a potem płynnie przeszedł do uchodźców w Niemczech. Każda epoka ma swoich gości, którzy wzbudzają lęk. 

Weekend był powolnym przedzieraniem się przez upał. Ja znoszę go jeszcze w miarę, ale Wiertka nie może już znaleźć wystarczając skąpego ubrania. Wszystkie mają "za gorący materiał". Od kwietnia, a raczej pierwszych w miarę ciepłych weekendów przymierzałam się do umycia okien, które zszarzały na dobre. Teraz znowu mi się przypomniały i nie znalazłam żadnej wymówki. Samo mycie okna to chwila, ale ta otoczka - odsuwanie/przysuwanie kwiatów, przetarcie futryn, parapetów od strony zewnętrznej, umycie podłogi, ta otoczka zabiera dwa razy więcej czasu. A potem lunął deszcz, co podobno powinno piękno takiego okna zniszczyć. Jako, że 2/3 okien w moim mieszkaniu wychodzi na balkon loggię, to tylko cieszyłam się zapachem mokrej ziemi.

Wieczór sobotni na urodzinach koleżanki, na babskim spotkaniu, niedziela to rodziny obiad u cioci i tak w tym upale dopływamy do nowego tygodnia.

Tagi: weekend
18:55, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 lipca 2018
Klaun z Koszalina w natarciu

Od jakiegoś czasu moje dziecko napomykało o istnieniu Klauna z Koszalina. Moje pokolenie miała Czarną Wołgę, dziś dzieci mają Klauna z Koszalina. Taki byt, który może się pojawić i zrobić ci krzywdę. Albo i nie, bo przecież jest w Koszalinie, a to nawet może i inne Państwo.

Do wczoraj. Wiertka wróciła z Lata w Mieście i wyznała mi, że kolega dał jej numer telefonu do Klauna z Koszalina i ona tam zadzwoniła. Zmartwiałam, a może nawet włosy stanęły mi na głowie. Dziecko jeszcze, idą za ciosem, szybko zadzwoniło przy mnie jeszcze raz i dało odsłuchać nagranie. Było ta jakiś głos, to się śmiejący, to grożący.

Od razu sprawdziłam numer w sieci i rzeczywiście jest definiowany jako numer powiązany z historią o klaunie - pojawił się w jakimś wiralowym filmiku. Nie ma informacji o tym, że jest jakoś diabelsko płatny. Jest szansa, że nie przyjdzie rachunek za połączenia telefoniczne, na którego widok zrobię z moim dzieckiem rzeczy gorsze niż Klaun z Koszalina. I być może jest to jakaś jego mordercza sprawka.

Przy okazji odbyłam z moją córką rozmowę a temat dzwonienia na jakiekolwiek obce numery i odbierania połączeń z obcych numerów. Oby zapamiętała.

Tagi: córka
20:22, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2018
Koncertowy weekend

Na tę sobotę moja córka czekała od ponad tygodnia. Podekscytowana i w emocjach. Jej idolki, trzy nastolatki prowadzące program dla dzieci i śpiewające piosenki dla tej grupy wiekowej, miały swój mały koncert w pewnym centrum handlowym. Działo się to przy okazji działań promocyjnych związanych z premierą "Mamma Mia. Here we go again". Wydarzenie było pomiędzy 12:00, a 16:00, ale nie podano kolejności występowania gości, dlatego byłyśmy już tam w południe. Podsłuchałam, że dziewczyny będą śpiewać po 13:00, poszłyśmy więc z Wiertką na mały spacer.

I tu małe spostrzeżenie. Centrum handlowe jest w centrum betonu, nie ma sensu więc wychodzić na zewnątrz. Spacerowałyśmy alejkami, a jest to czas, gdy nie mogę wydać niepotrzebnie ani grosza i jest to dosłowna dyrektywa, ani grosza. Wzięłam wodę do picia, bułki dla dziecka. Jednak zazwyczaj tak jest, że kiedy wiesz, że nie możesz nic kupić, to akurat myśl o kupowaniu trzyma się ciebie uporczywie. A to kawa, a to lody, a to napój. Weszłyśmy w końcu do księgarni i tam pooglądałyśmy rzeczy. Nie jestem typem człowieka, który spaceruje po sklepach by sobie popatrzeć. Jestem zadaniowa - wchodzę by kupić. Bez tego zadania czuję się jak debil.

Straszna godzina wreszcie minęła i zaczął się koncert. Oraz jeszcze gorsza godzina. Bo zjawiło się trochę dzieci, głównie dziewczynek z rodzicami. I każda chciała mieć autograf oraz zdjęcie z idolkami. A rodzice byli, dobra nie będę ściemniać, byliśmy mocno zdeterminowani by naszym słoneczkom w tym pomóc. A mam wrażenie, że centrum handlowe, jego ochrona, nie pomyślała, że taki nieznany zespolik może wzbudzić jakiekolwiek emocje. Bo jak nie masz dziecka w wieku 5-9 lat, to nie wiesz kto to jest. Dlatego ochrona nie była przygotowana na taki kocioł.

Pomiędzy dwoma występami i przed nim - do dziewczyn ustawiała się kolejka. A raczej najpierw kłębowisko dziecięco-rodzicielskie, potem ze trzy alternatywne kolejki i dopiero po całym występie, gdy dziewczyny ustawiły się na dobre, ochrona zaczęła burdel ogarniać wpuszczając po kolei po dziecku z każdej alternatywnej kolejki. Na pomysł by zrobić jedną, oficjalną, kontrolowaną, panowie nie wpadli. Dla mnie było to stresujące, bo stałam z dzieckiem, dookoła mnie inne dzieci, ich rodzice. Starasz się być uprzejma i nie stratować, to zaraz jakaś baba wciska przed twoje ukochane dziecko, swoje dwie różyczki. Zazwyczaj jestem wycofana, nie idę w starcie, ale tu widziałam smutną minę mojego dziecka, które zapewniałam co chwila, że teraz ona będzie mogła wejść. I wyszła ze mnie madka. Zwróciłam uprzejmie, ale stanowczo tamtej kobiecie uwagę. Ona napadła na mnie, że robię problem, bo dostaną się wszyscy. To niech cofnie swoje gówniary do tyłu, jak taka mądra. Na szczęście byłyśmy madkami, nie Madkami, więc po kilku zdaniach raczej dość cicho cedzonych, każda się zamknęła. Szkoda było wystraszonych twarzy naszych dzieci. Potem w tym kłębowisku, pozwoliłam jeszcze by przed moje dziecko wepchnął się mały czterolatek, bo jego mama miała dziecko w nosidełku i nie mogła go wspierać tak jak inni rodzice. Ale gdy obok wsuwała się mała dziewczynka wspomagana przez nastoletniego brata z uśmiechem przeprosiłam go, że teraz będę nieuprzejma i jednak to moje dziecko wejdzie. Opisuję to tak, bo sama się nie spodziewałam, że potrafię być taka wojownicza, niefajna i niemalże chamska. A to wszystko, bo nie chciałam zawieźć mojego dziecka.

Dobra, autograf zdobyty, zdjęcia zrobione. Można było wracać do domu. Byłam psychicznie wykończona :)

A żeby było sprawiedliwie, to wieczorem poszłyśmy na koncert w Muzeum Warszawskiej Pragi - grały Same Suki. Muzyka folkowa, wśród wykorzystywanych instrumentów suka biłgorajska, bęben, czy wiolonczela, a wokalistka także świetnie operowała głosem. Suki, bo też teksty były, choć stylizowane na ludowe, to mocno zaangażowane społecznie. Bardzo fajny koncert. Wiertce też muzyka się podobała, choć czasami mówiła, że jest straszna (to ta suka biłgorajska).

Za to niedziela leniwa. Południe spędziłyśmy, leżąc w piżamach w łóżku, oglądając sobie razem "Mamma Mia". Pamiętam jak byłam na tym dziesięć lat temu w kinie i żałowałam, że nie mogłam zabrać na to mamy, która zmarła kilkanaście tygodni wcześniej. Mama lubiła piosenki Abby. A teraz mogę obejrzeć to z własną córką :) Spodobały jej się piosenki i chce iść do kina na część drugą :)

20:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Wykurzyć Stefana

Na zakończenie tygodnia anegdotka.

Wiertka boi się pająków i ostatnio to się pogłębiło. Efekt był taki, że gdy na wyjeździe zobaczyła w łazience, nad muszlą klozetową pająka, to chciała iść zrobić siku do jakiegoś baru. Pająk był pod sufitem, ale na wysokości toalety. Malutki, ale grubiutki i czarny. Młoda wykorzystała w końcu prysznic, który ja umyłam  i wypłukałam.

Gdy ona wróciła do pokoju, ja wzięłam szczotkę na długim kiju. Nazwałam pająka Stefanem i mówiąc do niego po imieniu trąciłam delikatnie ze dwa razy. Tak powiedziałam kilka zdań dla zapoznania się wstępnego. A Wiertka śmiała się z pokoju. Krzywdy mu nie chciałam robić, bo szkoda mi takich stworzeń. Wierzę, że ludzie i pająki mogą wspólnie egzystować, jeśli tylko jednego i drugiego nie jest za dużo ;)

Następnego ranka Stefana już nie było. A Wiertka opowiadała, że zanudziłam Stefana tak, że aż musiał się wynieść.

19:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi