To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 16 marca 2017
O Multisporcie i owocowych środach

Będąc, niestety, notorycznym poszukiwaczem pracy, co jakiś czas, mam okazję przeglądać portale rekrutacyjne, ogłoszenia. I patrzeć jak wszystko się w czasie zmienia. O ironio, nie zmieniają się niektóre firmy, które pomimo upływu lat, ciągle szukają pracownika, ciągle na to samo stanowisko. Czasami pod przykrywką agencji rekrutacyjnej. Przestałam więc aplikować na ogłoszenia agencji, jeśli nie ma podanej nazwy pracodawcy.

Z biegiem lat zmienia się treść ogłoszeń. Już nie szuka się do "młodego, dynamicznego zespołu". Jednak, czy aby na pewno? Hitem teraz jest karta Multisport oraz "owocowe środy / wtorki / inny dzień tygodnia". Ileż fajnych rzeczy, oprócz pensji, może wydarzyć się w takim miejscu pracy. I mam wrażenie, że mam to przyciągnąć, skusić ludzi młodych. Może jeszcze oni cieszą cię z różnych upominków. Ludzie urodzeni jeszcze za czasów wyrobów czekoladopodobnych uważają, że wystarczy pensja, dzięki której - po płaceniu rachunków, jedzenia, ubrań, wakacji - zostanie jeszcze kasa na owoce i karnet do wybranej przez siebie (nie narzuconej) siłowni. Naprawdę, nie trzeba tego dorzucać w gratisie. A może ludzie kochają gratisy i nawet wtedy, uważaliby, że dobry pracodawca dorzuca coś jeszcze, a oni po prostu bardzo dobrze zarabiają? Przyznam szczerze, że mnie zmiękłyby kolana przy pakiecie "Opieka dentystyczna" :D

W taki razie, dlaczego ci pracodawcy tak podniecają się tym Multisport? Dlaczego nie Multikultura - bony książkowe do wykorzystania w księgarni, bilety do teatru, kina, opery (to pojechałam). Już nawet wyczułam niszę rynkową, ale podobno takie pakiety są. Tyle, że pracodawcy się nimi nie chwalą, nie kuszą nimi w ogłoszeniach.

Bo to czym się kusi w ogłoszeniu, pokazuje kogo chce się skusić. Nie od dziś wiadomo, że na rozmowie rekrutacyjnej na hasło hobby dobrze błysnąć - bieganiem, jazdą na rowerze (ale nie po prostu jazdą, tak na poważnie - Jazdą na Rowerze). Zaś jeśli się lubi spędzać wolny czas pod kocem czytając książkę, albo na retrospektywie kina irańskiego, lepiej sobie odgryźć język. Aktywność fizyczna kojarzy się z osobą otwartą, energiczną, podejmującą wyzwania. Jakie wyzwanie może podjąć osoba, która ostatni wieczór spędziła w wannie czytając "Armadale" Wilkie Collinsa? Przecież przez ponad pół godziny nie mogła z tej wody wyjść, bo jeszcze tylko trzy strony do końca rozdziału. 

Tagi: praca życie
15:30, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 marca 2017
O zdrowiu

Korzystając z wolnego czasu i jeszcze ważnego ubezpieczenia medycznego, powtórzyłam to nieszczęsne badanie cukru we krwi. Tym razem z obciążeniem. Najpierw pobrali mi krew na czczo, potem - za radą pani doktor (żaden tam chleb żytni)  zjadłam obfite śniadanie, okraszone drożdżówką z lukrem, poczytała dwie godziny książkę i dałam sobie ponownie pobrać krew. I okazało się, że wynik badania na czczo był mocno poniżej tej granicy, za którą zaczyna się strefa zagrożenia, a po posiłku cukier nie skoczył za wiele - z 80 na 97. Okazało się, że cukrzycy nie mam.

Miałam wynik jeszcze jednego badania. Odkąd wyszłam w grudniu z przeziębienia, męczył mnie suchy kaszel. Po herbacie - kaszel, po zimnej wodzie - kaszel, po ciepłym posiłku - kaszel, po słodkim - kaszel, weszłam do ciepłego pomieszczenia - kaszel, wyszłam w chłodne - kaszel. Generalnie, nigdy nie wiedziałam, kiedy dostanę ataku. A tego cholerstwa nie dało się wykasłać na dobre. Podejrzewam, że to co się snuło w powietrzu, także nie pomagało. Miałam zawsze pod ręką jakieś tabletki nawilżające, ale one pomagały doraźnie. Po godzinie problem mógł wrócić.

Tak jak chciałam, pani doktor skierowała mnie na prześwietlenie klatki piersiowej. Oczywiście, wtedy kasłanie zaczęło już słabnąć - zapewne od ocieplającego powietrza. Jednak człowiek powinien raz na 2-3 lata prześwietlić sobie klatkę piersiową. Ostatnio zrobiłam to sześć lat temu. Trzeba korzystać z okazji. Przy okazji, nie byłabym sobą, gdybym się przez chwilę nie bała, że mam raka płuc. Prześwietlenie nic nie wykazało, prócz krzywego kręgosłupa, co zaskoczeniem nie było.

Nie mam pracy, pieniędzy, alimentów, kochającego faceta, zwyczajnego dziecka. Przynajmniej jestem zdrowa. Czytam relacje moich koleżanek, którym posypało się zdrowie - leżenie, szpital, konsultacje, rehabilitacje, ból, zniechęcenie. Dopóki ciało trzyma się w kupie, nic nie boli, coś można jeszcze z życiem zrobić. Na przykład zacząć biegać i zacząć ćwiczyć, bo to nie musi wiecznie trwać :)

11:00, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 marca 2017
Seksualność niczym damska torebka, cz. 2

Jeszcze tylko jedna ciekawa rzecz związana ogólnie z seksualnością i preferencjami, jaką wyniosłam z wykładu doktor Długołęckiej.

W Polsce mamy przyjęte trzy orientacje seksualne - hetero, homo i bi. Okazuje się, że w latach 60tych, Kinsley - pół wieku temu (sic!) - wyróżnił ich kilka poziomów. My jeszcze do tego nie dotarliśmy. I tak była: orientacja ekskluzywna hetero (osoba absolutnie nie miała nigdy i unikała kontaktów homoseksualnych), przypadkowy epizod homoseksualny (osoba dała się skusić, czy też ponieść chwili, okazji), nieprzypadkowy epizod homoseksualny (osoba świadomie spróbowała kilka razy seksu z osobą tej samej płci), biseksualizm, homoseksualizm. Jak widać, od jednego numerku, nikt homoseksualny się nie staje. W sumie dość intuicyjne.

Jak wspomniałam, to było już pół wieku temu. Bo oto, w latach 90tych - dwie dekady temu, w zachowaniach seksualnych wprowadzono rozróżnienie na komponent instrumentalny (zachowania) i emocjonalny (zaangażowanie). Idąc tym tropem - by być osobą homoseksualną lub biseksualną, nie wystarczy uprawiać seks z osobami tej samej płci, ale trzeba także wchodzić lub być gotowym na związek emocjonalny z osobą tej samej płci. Czyli mężczyzna, przebywający w miejscu odosobnienia na koszt podatnika, sypiający z kolegą z celi, bo obaj są samotni i wygłodniali - nie jest homoseksualny. Kobieta chodząca do sobotę na imprezy LGTB i wychodząca z nich z nową koleżanką na jedną noc, nie musi być ani lesbijką, ani biseksualistką, jeśli nigdy nie zaangażowała się relację emocjonalną z kobietą, ani nigdy o tym nie pomyślała.

Okazuje się, że bycie bi nie jest wcale takie proste ;)

Ciekawa jestem, co w takim razie można powiedzieć o osobie uprawiającej seks, ekskluzywnie, z osobami tej samej płci - komponent instrumentalny, ale która nigdy nie zaangażowała się emocjonalnie? Czy istnieje możliwość istnienia osoby, która jest aktywna seksualnie, ale na pytanie z jakiej płci osobą weszłaby w związek, odpowie, że nie ma pojęcia i nie obchodzi ją to?

I na wykładzie doktor, oraz w opracowaniach, podawanych badaniach, nie podano jeszcze jednej orientacji seksualnej, która zaczęła od niedawna dochodzić do głosu - aseksualnych. Bo jeśli popęd seksualny jest charakterystyczny dla wszystkich ssaków, jest składową ludzkiego temperamentu i na skali może co najniżej być gdzieś koło zera, może nie być wyznacznikiem zachowań seksualnych? Teraz zapewne wydaje się to dziwne. Zobaczymy, co powiedzą naukowcy za kilka lat.

A przypominam, że Polska ciągle jest na etapie hetero, homo, bi, gdzie możesz zostać gejem, bo przytuliłeś się do kolegi i twierdzić, że jesteś biseksualna, bo raz dałaś się chłopakowi namówić na trójkącik z koleżanką.

piątek, 10 marca 2017
Seksualność niczym damska torebka, cz. 1

Czasami różne ciekawe rzeczy zbiegają się w czasie. Dzień Kobiet uczciłam wizytą w kinie na "Sztuce kochania" - ekscentrycznie, bo wybrałam się z kolegą gejem, który w dodatku zapłacił za oba bilety i przyniósł ciasteczka czekoladowe.

Film mi się strasznie spodobał, a że jestem łatwo wzruszająca się, to nawet w niektórych momentach trochę łzawiłam ;) Polecam każdemu, kto jeszcze nie oglądał, a jeszcze będzie miał okazję. Fakt, że reżyserowany przez kobietę w czasach Marszów Kobiet, bardzo mocno podkreśla właśnie kobiecą siłę i solidarność. Walkę o prawa kobiet do przeżywania seksu równie radośnie, co mężczyźni. Pakt i wsparcie żon członków partii uznałabym za wątek wymyślony, gdyby nie to, że Wisłocka sama o tym opowiadała. Miała Zespół Aspergera - Aspi nie wymyślają, nie konfabulują :) Magdalena Boczarska, znana dotąd z obrzeży dobrego kina (w rolach teatralnych jej nie widziałam) stworzyła wspaniałą postać. Szczególnie sceny na samym końcu, wywiad z Wisłocką - to totalne przeobrażenie w inną osobę. Ona stała się Wisłocką.

Na marginesie dodam tylko, że na Marsz Kobiet nie poszłam - byłam na niedzielnej Manifie. Trudno. Spędziłam resztę dnia z dzieckiem.

Za to w czwartek byłam na wykładzie Kawiarni Naukowej, doktor Alicja Długołęcka opowiadała o "Współczesnym spojrzeniu na seksualność kobiet". Chyba nie uda mi się poruszyć wszystkich ciekawych wątków w tym wpisie. Wykład był w większości opowieścią o badaniach nad seksualnością kobiet od wieku XIX. Dużo rzeczy mi znajomych, ale fajnie posłuchać. Wychodzi na to, że do pewnego momentu każda z kultur - chrześcijaństwo, islam, hinduizm postrzegała popęd kobiety jako większy, ale też trudniejszy do okiełznania. Jako, że to co męskie było punktem odniesienia dla normy, konsekwencje tego były różne - od posądzeń o czary, przez wędrującą w histerii macicę, po wycinanie łechtaczek dla uspokojenia. Dopiero XIX wiek uznał, że kobieta jest aseksualna i nie odczuwa pożądania. Ciekawe jak wyglądał ten proces, który do tego doprowadził? W końcu jeszcze w XVIII wieku panie dość swobodnie sobie poczynały.

Wiek XX to badania nad seksualnością - Masters, Johnson, Kinsley. Jednak to dopiero przełom wieku XX i XXI to czas, gdy badania przejęły kobiety. I wreszcie sprawa ruszyła do przodu.

Bo dotąd seksualność człowieka, to była seksualność mężczyzny. Jak szachownica. Prosta. Akcja, reakcja. Jeden, zero. Podniecenie, plateau, orgazm, odprężenie. Pudełeczka, szufladeczki. A okazało się, że seksualność kobiety jest jak dywan turecki, jak damska torebka. Elastyczna, wszechstronna, płynna, podlegająca w czasie zmianom natężenia pożądania. Podniecenie, plateau, orgazm... i czasami większe podniecenie. Żadne tam odprężenie. W najlepszym wypadku powolne opadanie pożądania. Nic dziwnego, że kobiety były uważane za nienasycone. Już w "Młocie na czarownice" o tym pisali ;)

A o innych przemyśleniach z wykładu, będzie w innym wpisie :)

wtorek, 07 marca 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - drugie, cz. 2

Kończę już ten cykl rozkminiania i dzielenia włosów Beksińskich na czworo, tudzież zastanawiania się, ilu Beksińskich zmieści się na główce szpilki?

Pisałam w którymś z poprzednich wpisów, że Tomasz Beksiński potrzebował porządnego leczenia. I to z biografii Grzebałkowskiej dowiedziałam się, że jednak przechodził leczenie i to nie raz. Psycholodzy, psychiatrzy, lekarstwa. To nie tak, że jego depresje, dystymie, problemy były ignorowane. Tyle, że nic z tego nie pomogło. O takich ludziach mówi się, że są "chorzy na śmierć".

Pewne rzeczy u Grzebałkowskiej są rzucone jednym zdaniem, pięknym zdaniem, takim poetyckim, reportażowym, że aż chce się w tekst wgryzać. Jednak rzucone tylko jednym zdaniem i tak zostawione. A ono, pozostawione bez choć akapitu komentarza, jest niesprawiedliwe. Jak to, że Zdzisław nigdy nie przytulił syna. Napisała i tyle. Bo ktoś, coś, kiedyś. I mamy rozwiązanie zagadki - zimny ojciec, skrzywił psychikę swojego dziecka chłodnym traktowaniem i dziwnymi obrazami. A u Weissa za to mamy zaprzeczenie tego - rodzina Beksińskich może była specyficzna, ale była zwyczajna, taka jak wszystkie dookoła: kochali się, kłócili, godzili. Starszy Beksiński był wystarczająco dobrym ojcem jak na czasy, w których się urodził, w których założył rodzinę. Zarabiał na dom, starał się syna wychować, będąc czasami surowy. Tacy byli wtedy wszyscy mężczyźni. Fakt, że nigdy nie chciał mieć dziecka i zdecydował się na nie, by wszyscy przestali mu truć nad głową. Fakt, że niemowlęta go trochę brzydziły. Jednak jak na rodzica zmuszonego do rodzicielstwa, wywiązywał się z tego zadania lepiej od tych, którzy dzieci mieć chcieli.

Zofia Beksińska to matka być może kochająca za bardzo. Może rozpuściła syna, za bardzo się na nim skupiła. Przykład kobiety, która nie stworzyła własnego życia i żyła życiem bliskich. Nie dała swojemu synowi dorosnąć. Tomasz zachowywał się jak piętnastolatek przez całe życie? Bo rodzice nigdy nie pozwolili mu być starszym. Zatrzymali go na pewnym etapie, jak komara w bursztynie. Nigdy nie powinni mu byli kupować mieszkania w sąsiedztwie. Najlepiej na drugim końcu miasta lub w kompletnie innym mieście. Łatwo powiedzieć komuś, kto nie pamięta polityki mieszkaniowej schyłkowego PRL-u. Wtedy mieszkanie kupowało się tam, gdzie się udało, a nie gdzie się chciało.

Z drugiej strony, po pierwszej samobójczej próbie dziecka, strasznie ciężko jest puścić je w świat. Szczególnie, że próby samobójcze młodego Beksińskiego były histeryczne. Taki typ - samobójca histeryczny. Mówi bez przerwy co zrobi, czasami nawet obietnice spełnia. Trzyma bliskich w niskim, ale ciągłym stresie. Po jakimś czasie, stres staje się tak dojmujący, że bliscy już sami pragną, by się wreszcie zrealizowało. I tak się dokładnie stało. Po śmierci Tomka Beksińskiego, jego ojciec odetchnął z ulgą. Skończył się dwudziestoletni stres.

Na koniec, odniosłam pewne wrażenie, które zapewne można łatwo obalić, że obaj Beksińscy mieli jakieś zaburzenia w spektrum autyzmu. Dziś nie ma już twardego rozróżnienia - autystyk, Zespół Aspergera, osoba zdrowa. Dziś umieszcza się ludzi na kontinuum od jednego krańca do drugiego. Można mieć ZA, ale w takim stopniu, że doskonale się funkcjonuje w społeczeństwie, odnosi sukcesy w pracy, zakłada rodzinę. Tylko jest się "ekscentrycznym", "dziwnym". Perfekcjonizm w wybranej dziedzinie, sztywne nawyki, nerwice natręctw, trudności w wyczuciem granic u innych ludzi (choćby Zdzisław Beksiński wysyłający listy rzeczy, jakie znajomi mają mu kupić, jak zapakować), silna potrzeba samotności, połączona jednocześnie z silną potrzebą bycia kochanym i akceptowanym (skoro jednak nie wyczuwa się granic, to jest się odrzucanym). Jest tylko jeden drobny kłopot z tą teorią - humor abstrakcyjny. Bodajże ludzie z ZA go nie rozumieją, a Tomasz Beksiński podarował Polakom mistrzów humoru abstrakcyjnego - Monthy Pythona.

Powinnam jeszcze dobić się obejrzeniem "Ostatniej rodziny". Zeszła z ekranów i zapewne poczekam te 2-3 lata, aż puści go jakaś stacja telewizyjna.

poniedziałek, 06 marca 2017
Manifa 2017

W weekend pogoda była idealna do protestowania. A może tak należy sprawdzać oddanie jakiejś sprawie - maszerujesz, nawet gdy leje zimny, marcowy deszcz ;)

Było pięknie, ciepło, słonecznie. Wreszcie można wyjść z dzieckiem i puścić je by pobiegało, pobawiło się na świeżym powietrzu. I tak przeleciała nam sobota. Plus przymusowe zakupy. Rozpadły się buty zimowe Wiertki. Nie ma sensu kupować nowych na niecały miesiąc chodzenia. Podejrzewam, że za kilka miesięcy jej noga urośnie. Nie miałyśmy żadnych butów wiosennych, trzeba było więc skoczyć na szybkie zakupy.

W tym roku chciałam się wreszcie wybrać na Manifę. Może trochę podskoczył mi poziom energii społecznej. Już nie tylko popieram spod koca, ledwo żywa. Wiertka nie była do pomysłu entuzjastycznie nastawiona. Matka znowu coś wymyśla, każe robić nudne rzeczy, a co gorsza - stać, albo chodzić. Próbowałam jej wyjaśnić ideę Manif, ale stwierdziła, że ona przecież jest szczęśliwa. Dodałam, że bycie zadowolonym ze swojej sytuacji, nie zwalnia z popierania tych, którzy są krzywdzeni. Jednak ostatecznym argumentem była platforma dla rodziców z dziećmi. Mała była zachwycona, gdy tam się znalazła. Przejechała marsz tańcząc w rytm muzyki i machając do ludzi. Oraz czytając na głos hasła z patyczaków. Niektóre musiałam jej na bieżąco, delikatnie, wyjaśniać. Uznała, że za rok też chce zrobić taki transparent. A najbardziej spodobało jej się hasło: "Urodzę wam feministkę".

A potem pośpieszyłyśmy do domu, bo miałyśmy wizytę rodzinną.

11:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 marca 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - drugie, cz. 1

Udało mi się dostać z biblioteki "Beksińskich. Portret podwójny" Grzebałkowskiej i zasiadłam uradowana do czytania. Rzeczywiście, dobrze napisane, zebrany ogromny materiał, potężna praca reporterska. Tyle, że to głównie biografia Zdzisława Beksińskiego. Syna, Tomasza, tam stosunkowo niewiele - w proporcjach może z 5:1. I widać, że pisząc o ojcu autorka jest obiektywna (choć był to człowiek wielu wad), pracuje na materiałach, a gdy przechodzi do rozdziału o synu - mamy taki reportaż na granicy "Super Ekspresu", ze zdaniami nacechowanymi pejoratywnie, na zasadzie "znajomy powiedział". Odnoszę wrażenie, że autorka podziwiała Beksińskiego ojca, ceniła jego twórczość, była nią zainteresowana, a postać syna potraktowała po łebkach, na zasadzie, że skoro był syn, coś tam osiągnął, to wypada wspomnieć. O samych relacjach pomiędzy panami, panującymi w tej rodzinie, jest niewiele. Dla mnie to nie jest portret podwójny.

Nie dziwię się, że bliscy przyjaciele Tomka Beksińskiego mogli być wkurzeni. Dopiero czytając biografię Weissa, widać, że to co Grzebałkowskiej zajęło dwie strony rozdziału, on potrafił opisać w kilkunastu. Ona dotarła do kilku osób, on do kilkudziesięciu. Związki Beksińskiego u niej opisane są mocno pobieżnie, u niego jest sporo dodatkowych informacji, które pokazują jakieś drugie, trzecie dno sytuacji. Każdy z nas ma jakieś dwie, trzy osoby, które są w stanie opowiedzieć o nim w trochę podłym klimacie i całą rzeszę tych, którzy będą mówić ciepło. Grzebałkowska znalazła "te dwie" i może ze dwie osoby z tej drugiej grupy. Niewykluczone, że z Grzebałkowską po prostu nikt ze znajomych Tomka Beksińskiego nie chciał rozmawiać. I w jednym miejscu sama się do tego przyznaje - każda z partnerek odmówiła. Weiss, przebywając w towarzystwie Beksy, znając jego znajomych, ploteczki, rozmówki, mając czasem dostęp do listów - mógł te związki opisać i bez konsultacji z paniami. Choć to też nie musiało być prawdziwe spojrzenie.

Jednak dla osób ceniących Zdzisława Beksińskiego ta książka będzie ciekawa do przeczytania i tym ją polecam. Sam malarz przedstawiony jest tam w bardzo pobłażliwym klimacie. 

W innym wpisie, moje wrażenia z relacji ojciec-syn, matka-syn. I tym, że jednak jakiś nowych rzeczy się o Tomaszu Beksińskim dowiedziałam.

wtorek, 28 lutego 2017
Takie tam pożegnanie

Dziś byłam ostatni dzień w pracy. O tym, że ten dzień będzie ostatnim, wiedziałam od kilku tygodni. Musiałam przekazać obowiązki, pomóc we wdrożeniu się, wykorzystać kilkanaście dni urlopu. Przeszłam też wszystkie etapy żałoby po jakimś kolejnym "odrzuceniu" w moim życiu.

O tym, w jakim stresie tkwiłam, zobaczyłam, gdy nie musiałam już się przejmować i po prostu przychodziłam sobie do biura.

Od jutra jakieś tam życie. Luty był stalowoszary. Jak blaszana klapa, która zamyka się nad głową.

piątek, 24 lutego 2017
Tajemnica szafek kuchennych

Wczoraj wieczorem, ja wyszłam na spotkanie ze znajomymi, a Były został u mnie w domu z Wiertką. Gdy wróciłam, opowiedziałam mu, w ramach anegdotki, historię źle wymierzonej szafki kuchennej.

Wszedł do kuchni i po sekundzie zauważył, że... zlew się przesunął, naszedł na sąsiednią szafkę. W drugiej sekundzie docisnął go w stronę przeciwną, do lodówki. W trzeciej sekundzie miałam szafkę o szerokości 80 cm, nie 77 cm...

A potem powiedział, że w sumie to chciałby zobaczyć, jak rozmawiam z siecią meblową na temat sprzedanych szafek w źle podanym wymiarze :)

Nowy blat już leży. Kuchnia wygląda, tak jak powinna.

Jestem niepraktyczna, ale żeby aż tak...

czwartek, 23 lutego 2017
Kuchnia prawie gotowa

Biję rekordy prokrastynacji i mam za swoje.

Ja zapewne nikt już nie pamięta - pod koniec sierpnia kupiłam nowe szafki do kuchni. I przez niemal dwa miesiące były składane, wstawiane.

A co tam - zostały nowe blaty. Po prostu położyłam stary, sporo węższy. Z boku kuchenki wyzierała dziura, a ja zawartość szafki przykryłam ściereczkami, by nic tam nie kapało i leciało. Było miejsce na przygotowywanie posiłków, to w czym problem. W wąskiej szafeczce po prostu blatu nie było.

Pod koniec stycznia, wreszcie mój tata uznał, że ktoś musi dać mi impuls i podarował mi te blaty, jako upominek. Poszedł, zamówił i zapłacił. Tyle, że gdy mówił o kolorze, cały czas napomykał o białym, gdy ja zwracałam mu uwagę, że szafki nie są białe. To taki trochę ecru, kremowe. Przyszedł z formularzem opłaconego zamówienia - jak byk widniało tam... białe. Dobrze, że zakład jest niedaleko, szybko pobiegłam i wybrałam inny kolor blatów. Mój biedny tata jest daltonistą i ma na to nawet papiery ze szkoły. Przypomina mi się też komentarz sokramki do sytuacji: "kremowy, to taki zjebany biały" :D

To jednak nie koniec slapsticu. Uparłam się, że sama te blaty do domu przyniosę. Co to za problem - do przejścia jest może 100 metrów. Blaty dwa: 40 x 60 i 40 x 80. Drobiazg. O tym, że nie drobiazg zorientowałam się dwa kroki dalej, ale głupio mi już było wracać się do zakładu i prosić o pomoc. Do domu je doniosłam, ale zajęło to pół godziny, zatrzymywałam się co chwila i generalnie wyglądałam zabawnie. Cud, że się nie poślizgnęłam na oblodzonym chodniku. Było to przed moim rozbiciem głowy, więc lód nie wydawał mi się złowrogi.

To jednak nie koniec slapsticu. Blaty dotaszczyłam do domu i położyłam w kącie. Przez kilka dni nie mogłam na nie patrzeć. Wczoraj wreszcie postanowiłam nałożyć na szafki. I tu szczęka mi opadła. Blat jest... za szeroki. Nachodzi na kuchenkę. Chwyciłam za miarkę. Pieprzona firma, której nazwy nie wymienię, sprzedała mi szafkę "osiemdziesiątkę" w szerokości... 77 centymetrów! Poczułam się jak w filmie Barei. Gdyby nie to, że tyle czasu minęło od zakupu, skontaktowałaby się z nimi.

Trudno. Niedługo przyjedzie mój tata i dotnie mi ten blat. Inną opcją jest zataszczyć go ponownie do zakładu, by oni to zrobili :)

Jakiś pozytyw - lepszy blat za szeroki, niż za wąski :)

11:29, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi