To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 16 lutego 2018
Ku prostej drodze

Pisałam o spotkaniach w sprawie pracy, jakie odbyłam w poprzedni piątek. Jedno od razu zaowocowało drugim etapem we wtorek. Tak jak się spodziewałam, chodziło o chemię. Trwało niecałe dziesięć minut. Szefowa działu zadała mi kilka pytań i sama przyznała, że chodziło o to, że chciała mnie zobaczyć, poznać, sprawdzić czy pasuję. Dowiedziałam się także, że mój wiek był atutem bo reszta także jest w średnim wieku. Dziś miałam mieć spotkanie ustalające warunki współpracy. Na szczęście, nie byłam taka absolutnie przekonana, że mam robotę w garści. Tym razem spotkał się ze mną chyba sam prezes, szef wszystkich szefów w każdym razie i prawie godzinę maglował zadając "łatwe pytania". Chyba chciał sprawdzić, czy potrafię zachować zimną krew i mam refleks. A na koniec - ustalił ze mną typ umowy, zarobki. Od razu zaakceptował sumę, którą zaproponowałam (no, jeszcze w umowie zobaczę) i żałowałam, że nie podałam wyższej. Najwyżej by powiedział, że proponuje mniej. Jeśli nic się nie zmieni, nie posypie, to od 1-go marca powinnam zaczynać nową pracę. Teraz czekam mailem na formularze do wypełnienia i skierowanie do lekarza medycyny pracy.

Kłopotem jest to, że na marzec skomasowały się wizyty Wiertki u specjalistów - ortodonta, dwa razy pedagog, badania słuchu w szpitalu (z noclegiem), ortopeda. Takie były terminy, jak ją zapisywałam na przełomie roku. Muszę poprosić o pomoc jej ojca.

Tak jakby znowu na prostej.

Tagi: praca
15:55, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
środa, 14 lutego 2018
Walentynkowo

Zmiękłam w tym roku i Walentynki nie wzbudzają już aż takiej irytacji. Ale żeby nie było tak strasznie cukierkowo, to chropowaty wiersz o miłości znaleziony kiedyś na murze na Pradze :)

poniedziałek, 12 lutego 2018
Urodziny Pragi - 370

Warszawska Praga obchodziła właśnie swoje 370 urodziny jako miasto :) 10-go lutego 1648 roku, król Władysław IV Waza, na prośbę biskupów kamienieckich ustanowił tu miasto na prawie magdenburskim :)

Od kilku lat, w okolicach tej daty, dzielnica świętuje przez kilka dni. A w tym roku nawet ponad tydzień. Na większość wydarzeń się nie wybrałam, bo wieczory spędzam z dzieckiem w domu. Plan był bardzo fajny i rozległy, każdy mógł znaleźć coś dla siebie fajnego. Akurat spacery miejskie po dzielnicy już zaliczyłam, na potańcówki i koncerty głupio mi było wybierać się samej. Trochę żałowałam, że nie wybrałam się w sobotę na rekord jedzenia pyz :) Zjadło je jednocześnie ponad 370 osób :)

Za to wykłady uwielbiam i to jest mój typ energii :) Udało mi się dotrzeć na dwa. Oba miały miejsce bardzo blisko mojego domu, w pewnej klimatycznej kwiaciarni prowadzonej także przez pasjonatów historii dzielnicy. Jedno spotkanie poświęcone było ciekawostkom i przy okazji prowadzący opowiedział o dwóch, nieistniejących już kolejkach - jabłonowsko-karczewskiej i mareckiej. Obie linie należały do kolejek wąskotorowych, w dodatku (do czasów PRL) należących do prywatnych towarzystw. obie zostały zlikwidowane na rzecz poszerzania arterii, ulic. Istotnym argumentem za ich zniknięciem było także zagrożenie wypadkami (ludzie jeździli nimi "na winogronka" wisząc ze schodków) oraz kwestia ekologiczna (ogromne zadymienie). Zobaczyłam kawałek materiału filmowego z jazdy kolejką marecką i z nostalgią popatrzyłam na trasę, którą tyle razy pokonywałam autobusem, okolice gdzie mieszkałam z rodzicami. 

Na drugim wykładzie, w fajny sposób, przystępnie, przedstawił historię dzielnicy. Zaczął od ciekawej hipotezy, że to Praga jest starsza od Warszawy :) To tu najpierw osiedlali się przybysze. Z prawej strony rzeki ciągnęły się pola, lasy z dogodnym dostępem do wody i żeglugi, wyładowania towarów z łodzi. Gdy na lewym brzegu nad wodą widniała wysoka skarpa. Dobra ochronnie, co historia potem pokaże. I pierwsze osadnictwo na tych terenach, to gród na miejscu dzisiejszego Bródna. By zbudować chaty trzeba było usunąć drzewa. Ciężko było je wyrąbywać. Szybciej można to było zrobić wypalając las. Prażąc go. Stąd nazwa - Praga.

Gdyby Zygmunt II August doczekał się męskiego potomka, może Praga wyglądała by dziś inaczej. Jednak nastąpiły czasy wolnej elekcji i to na tutejszych terenach. Szlachta, duchowieństwo zaczęli wykupywać tutaj ziemie, by stawiać domy, w których można by się na czas wyborów zatrzymać. I to na prośbę duchowieństwa, król ustanowił w praskiej osadzie miasto. W XVIII wieku zaczęli ściągać także Żydzi, bo - ciekawostka - nie mieli wstępu do Warszawy bez opłacenia biletu za pobyt. A Praga przyjęła ich bez pytania. Dodam tylko, że osiedlali się nie w granicach miasta, bo to było długie wąskie, ciągnące się wzdłuż rzeki, ale tuż za rogatkami (dzisiejsza ul. Marecka). Potem te tereny - dziś Szmulki - także dołączyły do Pragi.

Z Warszawą Praga była połączona trzy razy mostami. Najpierw w XVII wieku, most drewniany (na wysokości ul. Ratuszowej), rozpinany przy brzegu (na łodziach), by przepuszczać statki. Most był niski - 2-3 metry nad wodą, więc po kilkunastu latach wczesnowiosenne kry lodowe zniszczyły go na dobre. W XVIII wieku zbudowano most na łodziach. Do dziś stoi budynek komory wodnej, gdzie pobierano opłaty za przejazd - jest tam praski Urząd Stanu Cywilnego. Przejście osoby kosztowało 2 grosze, zwierzęcia - 4 grosze, przejazd karety - 2 złote, wozu z towarem sporo drożej, a rozpięcie mostu by przepłynął statek jeszcze sporo drożej. Z opłat zwolnieni byli żebracy i żołnierze :) Na zimę most rozpinano i holowano do brzegu. Zimy były wtedy, jak zimy i po Wiśle można był bez problemu przejechać ;) I w końcu trzeci most, zbudowany w połowie XIX wieku - Most Aleksandryjski oficjalnie, ale zawsze nazywany Mostem Kierbedzia (od budowniczego), dziś na jego oryginalnych przęsłach stoi most Śląsko-Dąbrowski.

Oraz super ciekawostka - to na Pradze powstała pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa. Najpierw były to tramwaje konne, potem elektryczne. Jeszcze dziś, na budynku, na ul. Inżynierskiej, można zobaczyć oryginalne sztukaterie, obok kawałek torów, a w bramie (jeśli mieszkańcy pozwolą) ławeczkę dla motorniczych oraz tablicę na ogłoszenia. Potem zajezdnię przeniesiono na ul. Kawęczyńską.

Praga nigdy nie była spokojnym miejscem. Coś ma w sobie, co generuje napięcia. Najpierw najechały ją wojska szwedzkie, w czasie Potopu Szwedzkiego. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, Suworow dokonał rzezi Pragi, mordując większość mieszkańców. Miało to za zadanie złamanie oporu Warszawy - skutecznie. W roku 1868 (o ile nie pomyliłam roku, plus minus 3 lata), miasto strawił pożar. O ironio, Powstanie Warszawskie, które zrównało stolicę z ziemią, dla Pragi okazało się litościwe. Jedyną raną w obrazie dzielnicy było wysadzenie w powietrze Katedry św. Floriana. Wieść niesie, że katedra ocaliła sąsiedni Szpital Praski. Niemcy wysadzić chcieli oba budynki, jednak świątynia okazała się na tyle mocna, że dynamitu zużyto jak na dwie budowle. Za to potem, polityka lokalowa, wobec mieszkańców, sprawiła, że dzielnica stała się jedną z tych mrocznych, niebezpiecznych, zaniedbanych.

XXI staje się dla Pragi czasem, kiedy wreszcie nikt nie najeżdża, PR się poprawia. Tylko, czasami, niestety, w starych kamienicach wybuchają pożary... Niby jest spokojnie, ale dzielnica ma ochotę na kolejną awanturę.

Na wykładzie padło jeszcze sporo fajnych informacji, ale wpis byłby strasznie zagracony. Wybrałam to, co było dla mnie najciekawsze :)

sobota, 10 lutego 2018
Ku pracy

Nie chcę pisać o poszukiwaniu pracy, bo to ciągłe powroty do tego samego tematu od lat. Jednak czasami jest ciekawie, więc chcę :)

Piątek był zabieganym dniem. Zaczął się cykl, który po stronie plusów jest totalnie bezbolesny, ale jako minus mam rozbicie fizyczne - senność, zmęczenie, zawroty głowy oraz kłopoty z bystrością intelektualną.

A bystrość intelektualna była mi potrzebna, bo miałam dwie rozmowy w sprawie pracy :) Dwa spotkania, w dwóch różnych miejscach miasta, w dwóch przeciwnych kierunkach od mojego domu.

Pierwsze prowadził - moim zdaniem - przystojny mężczyzna, więc moje kłopoty z zachowanie bystrości od razu zniknęły. Szczególnie, że przepływ energii był fajny. Ma się tak czasami z niektórymi ludźmi. Plusem początku cyklu jest też to, że po dwóch tygodniach bycia subiektywnie kluchą, czuję się kobieco. Spotkanie było na tyle udane, że od razu ustalił ze mną datę kolejne rozmowy, w kolejnym etapie. I tu sukces może się skończyć, bo tę rozmowę będzie przeprowadzać bezpośrednia dyrektor działu, do którego aplikuję. Wiem, że będzie mnie zapewne wnikliwie przepytywać z konkretnych rozwiązań, jakie będą się wydarzań na tym stanowisku, będzie badań moje słabe strony. I to z tą osobą powinnam mieć doskonały przepływ energii, bo będziemy razem pracować osiem godzin dziennie i będzie mnie oceniać. Zobaczymy we wtorek.

Potem podróż przez prawie całe miasto, ponad godzinę. Na szczęście, na miejscu siedzącym. Miałam jeszcze siłę czytać książkę. Z drugą firmą było ciekawie. Byłam już u nich, prawie miesiąc temu, na rozmowie. Dostałam wtedy maila z podziękowaniem, znaleźli kogoś innego. Standardowa formułka, że zachowają cv, bla, bla. Okazuje się, że nie standardowa tym razem, bo zwalnia się miejsce w innym dziale. Zadzwonili wczoraj i zapytali, czy bym nie chciała tam aplikować. Trochę doświadczenia w cv mam. Nie na tyle, by piastować samodzielne stanowisko, ale wystarczająco by być asystentem. Na miejscu okazało się, że rekrutacja dopiero się zaczyna. Byłam pierwsza, z którą rozmawiali. Z jednej strony źle, bo zapewne zaraz pojawi się na kolejnej rozmowie ktoś z lepszym cv, bardziej dopasowanym do tej branży. Z drugiej strony, jeśli wypadłam dobrze, to jest za mną "efekt pierwszeństwa" - najlepiej zapamiętuje się pierwsze i ostatnie wystąpienia. Rozmowa poszła w miarę dobrze, starałam się dopasować energetycznie do mojej rozmówczyni, która dla odmiany była stonowaną, spokojną osobą.

Minęło kilka godzin od wyjścia z domu i dotarłam do niego wypluta. Miałam jeszcze zamiar podjechać na dwa wykłady, ale nie miałam już siły. Oddaliłam się do symbolicznego, termin wzięty z kultury matriarchalnej, "czerwonego namiotu", który u mnie występuje pod postacią łóżka oraz pilota do kablówki.

Tagi: praca
12:53, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 lutego 2018
Po stronie minusów

Jest jedna na razie rzecz, która mi w tym roku raczej nie wyszła. A ciągnie się od poprzedniego. Mam kilka kont mailowych i pomimo pamiętaniu o "brzytwie Okhama" nadal je trzymałam. Każde z nich miało swoją rolę - jedno dla znajomych, prywatne, drugie dla urzędów i szukania pracy, trzecie do spamów. Oraz jeszcze trzy konta na gazeta.pl, ale to też miał swój pewien cel. Na co dzień używam bezcielesnej, tamte dwa są już uśpione.

Pod koniec poprzedniego roku, chciałam się zalogować na koncie spamowym. To takie konto, które podaje tam, gdzie proszą o adres mailowy, przy różnych portalach sprzedażowych. A od jakiegoś czasu, używałam go jako schowka - wrzucałam tam najważniejsze pliki z dysku, na wypadek, gdyby padł mi komputer. I okazało się, że nie mogę się zalogować. Nie działa hasło. Nie ma absolutnie mowy o tym, aby było zmieniane. Niestety, do odzyskania hasła miałam ustawione tylko pytanie pomocnicze. Odpowiedź była błędna. Ale ja te pytania starałam się ustalić jak najsprytniejsze, by nikt nie złamał ich kodu, więc prawdopodobnie sama stałam się ofiarą swojego sprytu.

Napisałam do BOK-u, ale odpowiedziano mi, że w tym przypadku muszę sprawę rozwiązywać jedynie telefonicznie. Infolinia była pod numerem, który wszędzie jest zastrzeżony i musiałam na swoim telefonie, w BOK operatora blokadę zdejmować. Obłęd. Niestety, to nie koniec kłopotów. Na linię nie można się dodzwonić. Czekasz oczywiście na połączenie z konsultantem, słyszysz, że jesteś trzecia, potem druga. A potem rozłącza połączenie... Po kilku minutach. A każda taka próba to kilka złotych do rachunku w plecy. Po kilku próbach dałam za wygraną. Nawet może zacisnęłabym zęby, odczekała te miliony minut na konsultanta. Ale oni zrywają połączenie. A z moich bardzo starych doświadczeń, z pracy na infolinii, widzę, że w tym dziale telefonicznym BOK pracuje tylko jedna osoba zapewne. Albo telefon jest połączony z działem, który odbiera maile i obsługuje go ktoś, kto akurat ma chwilę wolną, Czyli nikt.

Na szczęście, jak pisałam, to głównie skrzynka do spamu. Próbuję sobie przypomnieć, jakie mogą być na niej jeszcze materiały, których już w żaden sposób nie odzyskam (a są ważne), ale przypomina sobie tylko jedne zdjęcia.

Nauczkę miałam taką, że do wszystkich innych kont ustawiłam teraz opcję odzyskiwania hasła za pomocą konta pomocniczego i sms-a.

I zaczęłam się zastanawiać nad założeniem konta w chmurze, by tam przenieść rzeczy z dysku. Jednak znam, używałam w pracy tylko dropboxa. Nie wiem, czy coś nowego pojawiło się od tamtego czasu.

Tagi: mail życie
10:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 lutego 2018
Rekrutacyjnie

Po piątkowej rozmowie w sprawie pracy naszła mnie pewna refleksja. Myśl była dodatkowo wywołana pytaniami właściciela firmy. Mam za dobre cv, jak na stanowiska jakie aplikuję. Uprzedzam kolejne pytania - nie aplikuję na stanowiska poniżej moich wybitnych zdolności :) Pozwólcie mi przeżyć życie tak jak lubię, a nie tak jak sobie fantazjują stażyści z Gazety Wyborczej i scenarzyści seriali ;) Po prostu, rozpisuję zakres wypełnianych obowiązków zbyt obszernie, co daje wrażenie, że cholernie dużo potrafię. A nie tędy droga.

Swoją drogą, pytanie padło ze strony właściciela firmy, który osoby na stanowisko "back office" (choć przyznał, że może zakres obowiązków jest poważniejszy) szuka poprzez trzy stopniowy stopień rekrutacji. I nie liczę tu przeglądania przesłanych cv. Najpierw musiałam w domu wypełnić opisowy test, który badał moją osobowość i to, czy wpasuję się w zespół. Potem, na piątkowym spotkaniu, musiałam wypełnić godzinny test, gdzie rozwiązywałam konkretne problemy z klientami. A potem, po sprawdzeniu rozwiązań - w czasie którego wypełniałam kolejny test, z logiki (serio, nie robię sobie jaj) - odbyto ze mną godzinną rozmowę rekrutacyjną, przepytując wzdłuż i wszerz. 

Nie, to nie była korporacja :) To była kilkuosobowa firma rodzinna :)

Na tej rozmowie, ze strony współwłaścicielki firmy, oraz małżonki w jednym, padło też pytanie o mój wiek. Tak po prostu, była ciekawa, bo nie wpisałam w cv daty urodzenia. Na co, współwłaściciel, oraz małżonek w jednym, ofuknął ją, stwierdzając słusznie, że nie wypada pytać. Jasne, że nie wpisuję daty, bo boję się, że większość rekruterów odstraszy. Ci bystrzy wyliczą sobie patrząc na rok ukończenia studiów. Na co zwróciłam uwagę, omijając kawałek o byciu bystrym.

Owocne spotkanie, choć raczej nie w stanowisko pracy :)

Tagi: praca
19:15, bezcielesna
Link Komentarze (9) »
środa, 31 stycznia 2018
Krwawo-niebieska

Mieliśmy dziś za sobą ciekawe zjawisko na niebie - druga styczniowa pełnia Księżyca, połączona z jego częściowym zaćmieniem, w momencie, gdy jest on najbliżej Ziemi. Podobno ostatnia taka sytuacja była 152 lata temu. Czyli tuż po Powstaniu Styczniowym :)

Bardzo lubię takie momenty w kosmosie - gdy zbiegają się różne czynniki. Z racjonalnego punktu widzenia nie ma to wpływu na życie człowieka. Jednak jakaś magia w człowieku jest. A teraz podsycają ją jeszcze media pisząc i mówiąc o tej pełni :) Oprócz tego, musi to zapewne przepięknie wyglądać. Musi, bo jedyny Księżyc jaki dziś zobaczyłam, był tak szczelnie zakryty chmurami, że stanowi rozmytą jasną plamę na niebie. Taka krwawo-niebieska pełnia impresjonistów :)

Mnie nastroiło to poetycko. Pomyślałam, że Słońce jest takie jednoznaczne - nieruchome, żółte, buzujące ogniem, w ciągu roku podróży można obejrzeć je w całości. Za to Księżyc bywa w pełni, nowiu, skrawek po skrawku od wielkiego do cienkiego, bywa bardzo daleko, bardzo blisko i tak jakby w sam raz, bywa krwawy, bywa błękitny, ale jednej jego strony nigdy nie poznasz. 

Lubię być Księżycem :)

wtorek, 30 stycznia 2018
Magiczna psychologia

Niedziela nie była tylko poświęcona roztrząsaniom :) Przeszłam się także do SWPS na fajny wykład, spotkanie pod hasłem "Dlaczego psychologia bywa magiczna?".

Pomysł by połączyć w jednym pokazie opowieści o psychologii i sztuczki magiczne był strzałem w dziesiątkę. Bo wiodącym tematem spotkania było, jak nie dać się zwieść fake newsom w internecie i krytycznie podchodzić do wszelki informacji. Powinni jeździć z tym po szkołach :) Może młodzież, zainteresowana sztuczkami karcianymi, także nabierze trochę dystansu do tego, co czyta. A może młodzież - wychowana od zawsze w zalewie wiadomości - już ten rys ma. Tylko nasze pokolenia ciągle jeszcze mają złudną nadzieję, że wolne media, to szczere media. Dwaj bardzo młodzi pracownicy naukowi, pasjonaci sztuczek magicznych na zmianę opowiadali o jakimś wycinku związanym z badaniem informacji, to pokazywali - z udziałem publiczności - sztuczki karciane.

Dla mnie to była także sentymentalna podróż w świat dwie dekady wcześniejszy, gdy chodziłam na wykłady z metodologii badań socjologicznych. Bo większość informacji merytorycznych była mi znana.

Z ciekawszych rzeczy, które zapamiętałam, oparte na wynikach badań:

* jeśli jakaś teoria jest nam bliska, to poświęcamy o wiele mniej czasu, by wyszukać materiały naukowe do jej potwierdzenia, ale szybko je przyswajamy jako swoje; za to gdy nie zgadzamy się z pewnym twierdzeniem, spędzamy dużo czasu na odnalezienie tekstów, które miałyby ją uwiarygodnić, a i tak ledwo przyjmujemy ich prawdę

* im większa wizualizacja, im bardziej odbiegająca od aktualnego stanu wizja celu do którego dążymy, tym... mniejszy efekt :)

* okazało się, że jeśli chodzi o kłamstwo, to - zaskoczenie ;) - wszyscy kłamią; nie ma większej różnicy pomiędzy płciami; różnica jest w motywach - kobiety częściej kłamią altruistycznie ("dobrze wyglądasz"), a mężczyźni by się usprawiedliwić ("musiałem dłużej zostać w pracy"); dla mnie osobistym zaskoczeniem, była informacja, że wykonywany zawód nie ma wpływu na lepsze wykrywanie bycia okłamywanym; policjanci, nauczyciele mieli te same wyniki, co inne zawody;

W związku z ostatnią opowieścią, jeden z prowadzących przeprowadził sztuczkę. Osoba z sali miała wybrać kartę i zapamiętać, a on pytał ją wymieniając po kolei różne z nich. Jednak najpierw poprosił by powiedziała szczerze jak ma na imię, a potem skłamała. W kolejnej sztuczce, drugi z prowadzących robił to samo, ale korzystając dla odmiany nie z mimikry twarzy, ale z tembru głosu. Choć nie wykluczone, że o tak sztuczka była ustawiona.

Początkowo myślałam, że może na sali są ukryci asystenci prowadzących. Jednak sztuczek było tyle, że wykorzystano prawie połowę sali. W dodatku, w jednej z nich, wziął udział kolega, z którym przyszłam. Miał z listy w notatniku wybrać napój. Wybrał Mirindę. Okazało się, że napój stoi w torebce na ławce. Z drobna pomyłką - w torebce znalazła się puszka Pepsi. Jednak po otwarciu, ze środka wylała się do kubka Mirinda. Widziałam puszkę, była kilkanaście centymetrów od mojej głowy - była fabrycznie zamknięta, otwierając słychać było charakterystyczny dźwięk. Napój spróbowała osoba obok - był pomarańczowy. Na pewno sztuczka ma swoje logiczne wyjaśnienie, ale ja jestem typem człowieka, który lubi przyjmować takie rzeczy, nie odczuwam potrzeby dokopywania się do tego, jak zostały zrobione. Magia, to magia :)

niedziela, 28 stycznia 2018
Przed szkolnie

Jutro zaczyna się drugi semestr, koniec ferii. Paradoksalnie, w naszym domu to ja jestem napięta i zestresowana. Od piątku nie mogę się uwolnić od myśli o tym, że dziecko pójdzie do szkoły i zacznie się nowa fala zarzutów, wyrzutów, obwiniania mnie, sytuacji w domu, gadania, narzekania, połajania, ustawiania do porządku. Niedobrze się, kurwa, robi.

Dobrze, że tylko ja tak mam, a dziecko jest w dobrym nastroju.

18:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

Tagi