<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?>
<rss version="2.0">
  <channel>
    <title>ballada o zakręcie życiowym, który zamienił się w rondo</title>
    <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/html</link>
    <description>To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem.&#xD;
To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia.&#xD;
To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego.&#xD;
To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna.&#xD;
Czyli zwyczajnie.</description>
    <lastBuildDate>Tue, 15 May 2012 23:27:43 +0200</lastBuildDate>
    <item>
      <title>Dzień małych katastrof</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Dzien-malych-katastrof.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wiem, czekacie na info jak mi się pracuje.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Katastrofa pierwsza: rankiem upychałam swetry zimowe, grube, obszerne, w półce na ubrania, gdy ta część regału przewróciła się na bok i w tył, czyli w róg pokoju ("wróg" pisane razem). Nic to, jak mawiał Mały Rycerz. Jednocześnie telewizor spadł z dolnej części półki niczym pekińczyk na podłogę. Twarzą w dół. Taki stary był, dziewięcioletni, z wielką dupą z tyłu. Jak ja. Chwytałam wrażenia jedno za drugim i zanim dotarło do mnie, to co już przeczytaliście, to mózg zanotował - telewizor działa. Telewizja śniadaniowa dalej gada. Wielka dupa nie zawsze znaczy, krucha natura. Wyłączyłam. Po południu przybył z odsieczą jedyny mężczyzna na jakiego na razie mogę liczyć, czyli tatinek - regał ustawił, telewizor postawił. Tiwi działa.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Po pracy odebrałam wreszcie z lokalnego zakładu fotograficznego zdjęcia do nowego dowodu osobistego. Wspieram drobne okoliczne firmy, kiedy się da. Tą da się w godz. 10:30-16:30, czyli nie celują w mieszkańców pracujących, czyli posiadających pieniądze. Stałam się posiadaczką trzech zdjęć mojej twarzy z dorodną opryszczką w kąciku ust. Przed dokonaniem zdjęcia specjalnie się dopytałam, czy retusz jest możliwy. Był. Teraz okazało się, że zakład fotograficzny zatrzymał się na roku 1992. Nie wiem, co jeszcze zrobię. W ostateczności wymaluję im pentagram kurza krwią na drzwiach. Obok są dwa całodobowe monopolowe - podejrzanych będzie wielu.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ze skrzynki wyjęłam świadectwo pracy, gdzie Kadrowy Roku odnotował, że w 2012 roku wykorzystałam wszystkie przysługujące mi 9 dni urlopu. Wykorzystałam 0. Na 100% wiedziałam, że to zrobią i jak debil nie dopilnowałam. Będę się dowiadywać, czy jest szansa oprotestowania tego świadectwa. Sprawę komplikuje fakt, że...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dziecko u ojca chwalić Los, bo miałam pierwszy dzień cyklu z wszelkimi darami z wyjątkiem bólu (rzadkie u mnie, a od porodu nigdy). Żeńskie czytelniczki wiedzą o co chodzi. Męskiemu analogię podrzucę - wyobraź sobie, że masz średniego kaca, tylko nie śmierdzi ci z ust. Dopiero koło 21.00 zwlokłam się z łóżka i odpaliłam komputer.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;A jak mi się pracuje? Dziwnie. Odnaleźć się na razie nie mogę. Domyślam się, że na 90% umowy stałej mi nie zaproponują, bo cała firma składa się ze studentek, czyli zatrudnionych na umowy o dzieło. Są jeszcze inne sprawy. Nie wiem, co jest ze mną nie tak.  Może to średni rzut PMS. Prawdopodobnie, gdybym to była umowa o pracę, to bym się zakorzeniła w obowiązkach solidnie. A tak czuję się na 15 lat młodszą. W tym aspekcie akurat nie chcę się czuć.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Sprawę komplikuje fakt, że... wczoraj zadzwonił były szef, Amerykańcem przez niektórych czytelników zwanym i... zaproponował mi, on wie, ze to dziwnie brzmi, żebym wróciła już od czerwca. Może nawet wcześniej. Powiedziałam mu, że kończę pewien projekt - żeby desperacji nie poczuł, ale wstępnie ok.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Katastrof małych dopełni fakt, że w Lotto dziś nie wygrałam. Kuponu jeszcze nie sprawdziłam. W sumie, uważny czytelnik bloga odnotuje subtelne różnice we wpisach gdybym, dostała cztery miliony PLN.&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Dzien-malych-katastrof.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Dzien-malych-katastrof.html</guid>
      <pubDate>Tue, 15 May 2012 23:27:43 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Targi Książki</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Targi-Ksiazki.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ostatnie dni jako niepracująca, czyli posiadająca trochę więcej czasu dla siebie, spędziłam na Targach Książki. Konkretnie na różnych panelach dyskusyjnych. Dyskusyjnych nich wszystkich najbardziej ciekawy był &amp;#8222;Wstyd i pieniądze &amp;#8211; najsłynniejsze procesy w branży wydawniczej&amp;#8221;. Nie będę opisywać tu wszystkich podanych przez panie przykładów (Joannę Hetman-Krajewską i Joannę Lassotę, prawniczki). Najciekawszy był spór pomiędzy Wydawnictwem PWN a Wydawnictwem Kurpisz o &amp;#8222;Praktyczny Słownik Współczesnej Polszczyzny&amp;#8221;. Drugi z wydawców został oskarżony o przeklejanie połowy haseł. Po 10 latach różnych rozpraw, powód w końcu wygrał. I tak oto hasło w encyklopedii stało się utworem chronionym prawem autorskim. Z jednej strony, jak to? Na ile sposobów można wyjaśnić hasło &amp;#8222;ambiwalentny&amp;#8221; albo &amp;#8222;kompilacja&amp;#8221;? Kurpisz protestował, że teraz PWN ma &amp;#8222;monopol na hasła&amp;#8221;, gorzej &amp;#8211; na wszystkie inne rodzaje słowników. Z drugiej strony &amp;#8211; stworzenie siatki haseł, napisanie ich to ciężka, wieloletnia praca. Szczególnie, że to PWN, a nie Kurpisz posiada w swojej siedzibie &amp;#8222;korpus&amp;#8221; słownika. Nie dopytywałam się, czym jest ów &amp;#8222;korpus&amp;#8221;, ale zapewne jest to baza, w oparciu o którą powstawały hasła.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dalej, w klimacie prawa autorskiego &amp;#8211; nie mogą być nim objęte słowa pospolite, nazwy własne. I to rozumiem. Mniej rozumiem, że neologizmy też zostały uznane za wyrazy pozbawione cech twórczości własnej autora. Biedny Leśmian, cała uroda jego wierszy, jego języka, to nie cecha twórczości własnej.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Co za tym idzie, fora, internet, blogi to nowe pole do nadużywania praw autorskim w dziedzinie tak niby zwyczajnej jak&amp;#8230; nicki. Wiadomo, że nie da się chronić swojej nazwy, jeśli samemu ja się pożyczyło ze słownika, od jakiejś postaci. Sama mam taki od dziewięciu lat na gazecie. Bezsenną też trudno uznać za wytwór własny. Są jednak nicki, które mają znamiona oryginalności i wiadomo, że drugiego takiego nie ma w przestrzeni wirtualnej. Czy można zastrzec go sobie jako znak towarowy? Mam &amp;#8222;pseudonim&amp;#8221;, przydomek nadany mi dwie dekady temu przez przyjaciółkę i ma on jak najbardziej znamiona oryginalnej twórczości. Korzystałam z niego, na pewnym forum, jako nicka i tak pojawił się w przestrzeni publicznej. Potem zaczęłam się bać, że ktoś będzie go wykorzystywał w innych miejscach sieci i śmiał mi się w twarz. Z chęcią ochroniłabym go prawem autorskim. Wyjście jest &amp;#8211; w jednym ze zbiorów naszym opowiadań użyłam go zamiast imienia, więc jakby stał się indywidualną częścią moje osoby. Raz byłam świadkiem takiej sytuacji. Do koleżanki napisał kolega, z pytaniem, czy w jej małżeństwie źle się dzieje, bo jest na pewnym portalu randkowym. Okazało się, że jej znajoma pożyczyła sobie jej nicka (ze znamionami oryginalności i niepowtarzalności, choć neologizm od nazwy własnej). Historia skończyła się dobrze, bo po burzliwej wymianie zdań, profil został przez pożyczającą usunięty. Dla wielu osób, to żaden problem. Są jednak przypadki, gdy żyje się w sieci kilka lat, stwarza spójną, określona postać, jakby swoje drugie ja. Im dłużej będzie trwała historia działania i tworzenia w sieci, tym więcej będzie takich dylematów.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Było jeszcze o problemach związanych z rozszerzeniem okresu, kiedy twórczość autora wpada do domeny publicznej (nie chronionej prawem autorskim) z 50 na 70 lat po śmierci autora. W momencie wejścia przepisu w życie znalazły się na rynku utwory, które miały już za sobą te 50 lat, ale jeszcze nie dobiegły 70 lat. Problemy z ich &amp;#8222;odżyciem&amp;#8221;. To mógłby być temat na oddzielny wpis.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Tego dnia byłam jeszcze na fajnym, kameralnym panelu na temat &amp;#8222;Między literaturą a grafomanią&amp;#8221;, czyli bardzo mnie interesujący J Panel organizowany był przy współudziale &amp;#8222;Wyspy &amp;#8211; Kwartalnika Literackiego&amp;#8221;. Padła ciekawa definicja grafomanii psychologicznej &amp;#8211; artysta interesuje się światem, obserwuje go, próbuje poznać, gdy grafoman jest tylko skupiony na tym by napisać i pokazać światu. Czy można napisać coś ciekawego nie opierając się na tym, co dookoła, nie mając w sobie bazy zdarzeń, słów, postaci? To się udało chyba tylko Tolkienowi J On swój świat stworzył od podstaw, w sobie. Michał Jagiełło rzucił jeszcze mądra rzecz, że to właśnie takie lekko grafomańskie powieści pokazują autentyczne oblicze czasów, w jakich powstają i to na nich trzeba się opierać, jeśli chcesz dokładnie poznać koloryt epoki.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Było jeszcze o grafomanii poezji Młodej Polski, co mnie oburzyło, bo ja akurat tę epokę kochałam młodą i chmurną będąc. Miejsca mało, więc chyba będzie o tym, kiedy indziej.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wreszcie świetna dyskusja &amp;#8222;Potęga i niemoc &amp;#8211; tłumacz wobec tekstu i rynku&amp;#8221;. O potyczkach, cieniach i blaskach życia tłumacza, walce ze słowem oraz redakcją opowiadały tłumaczki tegorocznych reportaży nominowanych do Nagrody Ryszarda Kapuścińskiego &amp;#8211; Agnieszka Nowakowska, Agnieszka Pokojska, Marta Bręgiel &amp;#8211; Benedykt, Dorota Konińska, a ciekawie moderowała Justyna Czchowska. Dowiedziałam się różnych rzeczy związanych z tegorocznymi nominacjami i nagrodami, które zapewne zostaną tylko w środowisku tłumaczy, a dla mnie ciekawe jest to, co bywa pod spodem na rynku wydawniczym. Agnieszka Pokojska dostała tylko połowiczną nagrodę za przetłumaczenie wywiadów Liao Yiwu &amp;#8222;Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych&amp;#8221;, bo zrobiła to z angielskiej ich wersji. Taki był zarzut przewodniczącego jury, Andersa Bodegärda, że przekład robimy tylko z języka pierwszego, w jakim została napisana książka. Zarzut jak najbardziej słuszny, jeśli chodzi o rynek tłumaczeń. Nie potrzeba nam drugiej Biblii, która stała się &amp;#8222;głuchym telefonem&amp;#8221; ;) Tylko, że nie było możliwości dotarcia do tekstu Liao Yiwu w wersji oryginalnej. Była na ten temat długa dyskusja &amp;#8211; tłumaczyć tylko z oryginału, etyka i jej brak, co jeśli ciężko do pierwotnego tekstu dotrzeć.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Jeszcze jednak z tłumaczek, nie napiszę jednak, która i o jaki zbiór reportaży chodzi &amp;#8211; niech to zostanie dla tych, którzy tam byli &amp;#8211; opowiadała o swoich dyskusjach z redakcją, sporach, w końcu bezsilna znalazła się w takim punkcie, że tłumaczenie książki nie było już jej, język autora nie był już jego językiem, a tylko brak odwagi i tupetu nie sprawił, że nie oddała zaliczki i nie wycofała swojego nazwiska.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Przeszłam się też po stosikach targowych i byłam bardzo dzielna. Tak bardzo dzielna. Zakupiłam stare wydanie &amp;#8222;Nocy i dni&amp;#8221;, pięć tomów za 50 zł (jednak okazja) oraz rarytas dla Wiertki (czy doceni?) &amp;#8211; &amp;#8222;Akademię Pana Kleksa&amp;#8221; z 1956 roku z rysunkami Szancera (ach ta podróż sentymentalna do czasów dzieciństwa). Drugiego dnia także byłam twarda. Poradniki i książki historyczne omijałam spokojnie, przy książce dziecięcej trochę się łamałam. Natykając się na powieści i biografie, chwilę stałam. Z beletrystyką problem jest taki, że trafisz wśród dwudziestu na jedną ciekawą, a pod drodze kupisz pięć durnych. Nie stać mnie teraz na nie trafione zakupy.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Aż nagle zobaczyłam go. Leżał taki czysty, biały, szlachetny, wołający do mnie &amp;#8222;dotknij mnie&amp;#8221;. Philippe Aries &amp;#8222;Historia dzieciństwa&amp;#8221;. Jeszcze głupio dopytałam się, czy nie mają jego &amp;#8222;Człowieka i śmierci&amp;#8221;. Jasne, że mieli. Łamałam się tylko chwilę i wydałam majątek minus targowy rabat, ale nadal dużą forsę. Na stoisku było jeszcze sporo kuszącej literatury popularnonaukowej, ale wzięłam po prostu ich listę tytułów na ulotce i będę odwiedzać biblioteki. Ariesa jednak muszę posiadać, mieć, dotykać kiedy chcę, wracać do niego, siadać z herbatą na kanapie i odbywać najciekawszą randkę roku.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;&amp;#65279;&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Targi-Ksiazki.html</guid>
      <pubDate>Sun, 13 May 2012 11:34:19 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Boskie Matki kontra Ludzkie</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Boskie-Matki-kontra-Ludzkie.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dziś w kinach premiera filmu o Agacie Mróz i jej trudnym wyborze. Do kina nie idę, bo film zaraz zostanie puszczony w stacji telewizyjnej powiązanej z producentem. Widać, w której bo ona promuje produkcję J Pytanie tylko, czy zostanie ona puszczona w święta Bożego Narodzenia, czy w Zaduszki J&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Chciałam krótko napisać coś refleksyjnie ogólnie o dylematach około ciąży i śmiertelnej choroby.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Nie zaprzeczam, że decyzja Agaty Mróz była heroiczna, odważna. Sama pewnie podjęłabym taką samą w pierwszej ciąży. Gorzej, nawet zastanawiałam się, co bym zrobiła w takiej sytuacji i poświęcenie własnego życia dla życia dziecka wydawało mi się, czymś najlepszym, co mogę z siebie dać. Nie mam jednak tyle tupetu i pychy w sobie by odmawiać człowieczeństwa kobiecie, która bardzo chce żyć. Wokół podobnych emocji kręci się kampania promocyjna filmu &amp;#8211; ryzykowanie własnym życiem, by podarować życie nienarodzonemu dziecku: &amp;#8222;czasem wielkość człowieka objawia się w jednym momencie&amp;#8221;, &amp;#8222;na pierwszym miejscu stawiała nie siebie, lecz drugiego człowieka&amp;#8221;, &amp;#8222;ludzie na ogół mają instynkt zachowawczy, a Agata wzniosła się ponad to&amp;#8221; (cytaty z Pani 5/2012). I rozumiem, że w promocji filmu nie ma miejsca na inne spojrzenia. Takie są prawa promocji.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Jednak, kto wykazuje się większym heroizmem &amp;#8211; ten, kto poświęca życie i już go nie ma, czy ten, kto wybiera życie swoje, a potem musi z tymi myślami żyć i zrobić coś ze swoim losem, by nadać tamtej decyzji sens? Czy zawsze lepsza jest matka, która umiera dając życie dziecku? Może wielka jest też ta, która wybiera swoje życie, którym coś robi dla otoczenia i rodzi nowe dzieci, które też coś dla świata mogą zrobić?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Schody się zaczynają, gdy decyzja spada na kobietę, która ma już dziecko/dzieci. Dziś nie wiem jak bym postąpiła. Zapewne zdecydowałabym się na zakończenie ciąży. Mam dziecko, które potrzebuje ciepła i miłości matki. Dając życie drugiemu, poświęciłabym psychikę pierwszego. Czy na pewno rachunek zysków i strat dla wszechświata byłby równy? Mam nadzieję, że nigdy nie stanę przed takim wyborem.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Patrząc od innej strony mamy też kampanię Fundacji Rak&amp;amp;Roll &amp;#8222;Boskie Matki&amp;#8221; &amp;#8211; historie kobiet, które zwyciężyły raka i urodziły zdrowe dziecko. Te, które miały więcej szczęścia niż Agata. Dobrze, że jest taka kampania. Kobieta powinna wiedzieć, że rak+ciąża nie oznacza od razu zero-jedynkowego wyboru, że jest szansa, jest światełko dla życia. Kobieta powinna mieć wybór, na ile chce ryzykować. Mam tylko mieszane uczucia, co do nazwy kampanii. Boskie Matki. Uwznioślone, heroiczne, równe niebu. A reszta, jaka jest &amp;#8211; pospolita, zwyczajna, nie-boska, zwierzęca, czy aż człowiecza? Czy aby mieć miano Boskiej Matki, muszę koniecznie zaryzykować swoje życie dla dziecka?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Na koniec aspekt socjologiczny takich kampanii, filmów. Trochę się obawiam, że przy takim dyskursie społecznym za jakiś czas, ktoś wysunie pomysł by z ustawy antyaborcyjnej usunąć zapis dający możliwość zakończenia ciąży w przypadku zagrożenia życia matki. Przecież to oczywiste i nie poddawane już dyskusji, że w takim przypadku matka poświęca swoje życie. Potem się o niej nakręci film, albo da ładny wiersz na nagrobku. Wiem, pojechałam Środą i Szczuką, przesadzam. Przesadzam? Proszę sprawdzić jak na przestrzeni ostatnich dwóch dekad zmieniło się słownictwo w mediach na określenie tego, co nosi kobieta w brzuchu, przepraszam pod sercem (mini dygresja: pod jakim sercem? mój Skrzacik siedział pomiędzy pęcherzem a kiszką stolcową, do serca było tam daleko) &amp;#8211; z blatocysty, zarodka, płodu, mamy życie nienarodzone, dziecko, człowiek. Ktoś pamięta z Orwella jak słowa, które czytamy zmieniają nasze konstrukty myślowe?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Nie potrzeba było historii Agatu Mróz, by jakiś czas temu młodej dziewczynie w trzecim miesiącu ciąży odmówiono badania, tłumacząc to tym, że daje ono ryzyko poronienia, a matka powinna się teraz skupić na dziecku. Problem w tym, że matka cierpiała z bólu, była bardzo poważnie chora. W kilka dni potem poroniła, a następnie sama zmarła. W porę wykonane badanie i interwencja lekarska uratowałyby jej życie. O niej nikt filmu nie nakręci. Ona nie była Boską Matką.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;&amp;#65279;&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Boskie-Matki-kontra-Ludzkie.html</guid>
      <pubDate>Fri, 11 May 2012 10:10:30 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Pod różowym kasztanem, czyli kiedyś jabole były smaczniejsze</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Pod-rozowym-kasztanem-czyli-kiedys-jabole-byly.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Raportuję o wczorajszym wieczorze promocyjnym, który prowadziłam. Koleżanka ze stowarzyszenia - przykład, że można w późnym wieku zacząć pisać, przetwarzać swoją wyobraźnię i wydać książkę. Żałuję tylko, że książka wyszła dopiero teraz. Będzie się wydawać w klimacie "Rancza", gdy teksty powstały jeszcze przed jakąkolwiek emisją serialu. To koleżanka mogłaby pisać scenariusz.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ponad tydzień temu była już burza mózgów, gdzie ustalałyśmy szczegóły wieczoru. Pomyślałam, że do klimatu wiejskich opowiadań mogłoby pasować ciemny chleb, smalec i kiszone ogórki. Chyba już ograne, bo z dziesięć lat temu, takie menu "robiło" imprezę, ale nie mogłam się temu oprzeć. Ja myślałam jeszcze o jakiś haftowanych obrusach, ale tu dziewczyny wpadły na lepszy pomysł - wyłożyły stoły gazetami.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Bohaterami większości tekstów są panowie dzień spędzający pod tytułowym kasztanem i spożywający napoje alkoholowe. Wpadło mi do głowy przewrotnie, że po co serwować gustowne wina, gdy aż się prosi podać takie bardzo tanie. Istniało jednak ryzyko, że nikt ich nie spróbuje.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dzień przed wieczorem spotkałam się z autorką, ustaliłyśmy szczegóły, urywki do czytania, pytania. Rano, po odstawieniu dziecka do żłobka, ruszyłam w rajd po okolicznych sklepach. Celem było zakupienie pięciu sztuk jaboli. W pierwszym, nie mieli. Pani bardzo chciała pomóc.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;- Ale mam szampana rosyjskiego za 4,50 zł.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Pomyślała, że muszę się koniecznie porządnie nawalić o 8:30 rano i mam tylko 5 zł w portfelu. W drugim sklepie znowu zadałam konspiracyjne pytanie, bo nigdzie takich win nie było widać. Okazało się, że owszem są - na zapleczach I tak - w sklepie nr dwa kupiłam dwie "Wisienki", w nr 3 dwa "Bizony", a w nr 4 jedną "Maryś". Z "Maryś" było ciekawie:&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;- Białe czy czerwone? - usłyszałam.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ledwo powstrzymałam parsknięcie. Wzięłam czerwone.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Miało być różnorodnie. Zasada była taka, że w sklepie przychodziła partia jednej marki i dopiero chyba gdy zeszła docierała inna. Za to w sklepie nr 3 stały skrzynki z pustymi butelkami - jabole mają butelki zwrotne! I w skrzynkach była dodatkowa różnorodność. Dokupiłam puste butelki po: "Węgrzynku", "Nadwiślańskim" oraz "Pokusie" (z pięknym rysunkiem nagiej kobiety w rozmiarze 38, z biodrami, biustem, takiej jak każda z nas). Zastanawiałyśmy się na telefonicznej linii, czy brać pięć win na spodziewane prawie 100 osób, czy więcej. Stanęło na moich 5 sztukach, bo obawiałam się, że i tak zostaną nie tknięte.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dygresja. Teraz znam już topografię mojej okolicy, ale kiedy tu zamieszkałam, to miałam wrażenie, że sklepów monopolowych jest więcej niż spożywczych. Pierwszego, czy drugiego dnia wyszłam do pracy, lodówka pusta, chcę kupić drożdżówkę, żołądek ciężarną ssie, a gdzie nie wchodzę - tam tylko alkohol...&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wracając do wieczoru. Prawie aż do jego rozpoczęcia na sali fachowiec stroił fortepian, musiałyśmy więc wszystko rozkładać w absolutnej ciszy, na palcach. Może  i dobrze, nie zdążyłam się porządnie zestresować. Znowu większość sukcesu za wieczór ponosi autorka, bo fajnie i długo opowiadała, sypała anegdotami, "faktami autentycznymi". Bałam się, że może za mało pytań przygotowałam, za mało komentuję, ale to w końcu ona miała być bohaterką.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Na koniec był bankiecik. Wina stały na gazetach pod kartką z napisem: "Mózgotrzepy. Każden jeden pije na własne ryzyko". Wypite zostały wszystkie :) Spróbowałam łyka, ale jakoś nie mogłam się w tym odnaleźć. Jak kompot zmieszany z "czymś". Jak to jest, że te 20 lat temu one smakowały jakoś fajnie?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Czuje się jak dresiarz po przypakowaniu na siłowni - tyle, że w wersji intelektualnej. Taka przyjemnie wypracowana :)&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Szybko musiałam wracać do domu. Z Wiertką miał być jej tata, ale dwa dni wcześniej zadzwonił z informacją, że wraca do Miasta później. Wszyscy mieli już pozajmowane terminy. Na szczęście firma, w której pracuje mój tata ma przestój i został z wnuczką (tak pracuje do 19.00).&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Tylko krótko o pracy - jednak przyjęłam tę robotę i zaczynam od poniedziałku. Zadzwonił mój poprzedni szef, klucząc pytaniami czy pracuję, jak tam szukanie, bo może by coś miał, ale może coś tam, może od września. Mamy być w kontakcie. Nie chciałam wydać mu się desperacka. To on ma myśleć, że ja się zgadzam, a nie on przyjmuje z powrotem. Szczególnie, że do września koncepcja zmieni mu się kilkunastokrotnie. Lubią ci mężczyźni do mnie wracać.&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Pod-rozowym-kasztanem-czyli-kiedys-jabole-byly.html</guid>
      <pubDate>Wed, 9 May 2012 15:09:52 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Rekrutacyjnie-życiowo</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Rekrutacyjnie-zyciowo.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wczoraj miałam dzień próbny w firmie, która była mną zainteresowana. Okazało się to inną częścią rekrutacji. Miałam napisać dwie ulotki reklamujące targi - dla wystawców i dla uczestników. Potem dostałam zadanie wyszukania 15 klientów na te targi i zadzwonienia do kilku. Banalne i zastanawiam się, czy rynek pracy jest już w takiej zapaści, że trzeba się upewnić, czy potencjalny pracownik, mający 14 lat doświadczenia w cv, na prawdę to potrafi. Na koniec jeszcze dostałam kilka pytań, sprawdzających czy orientuję się klimacie i generalnie zostałam przyjęta.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Przekazano mi warunki finansowe i zatrudnienia na początek i nie jest to wielkie wow, niestety. Za to potem miałby być całkiem dobrze, gdyby projekt dobrze szedł, a obietnice okazały się prawdziwe. Poprosiłam o 24 godziny na zastanowienie.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Coś jest nie tak i nie wiem co. Czy to intuicja podpowiada, że coś jest nie tak, czy mi się po prostu nie chce wracać do pracy. Zaczęłam się zastanawiać, czy takie targi wypalą. Ma być to coś w stylu Dni Kariery, gdzie wystawiać się będą firmy z branży IT lub szukające pracowników IT, a przychodzić mają specjaliści myślący o zmianie pracy. I teraz - czy w tej branży, najbardziej teraz dochodowej, popularnej, tak się szuka nowych ludzi, nowej pracy? Może najzwyczajniej w świecie pobyt i podaż tak się równoważą, że dobrzy fachowcy są wyrywani i tak, a firmy zalewane dobrymi cv.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Potrzebuję z kimś o tym pogadać, kto siedzi w branży, ale z kim nie dyskutuję, to jednoznacznej odpowiedzi nie dostaję. Może dlatego, że żadna z tych osób, nie jest ani pracownikiem, ani pracodawcą w IT.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;W tamtej firmie pracują same młode dziewczyny - tak 20-23 lata na oko. Poczułam się jak wykopalisko. Z drugiej strony, to możliwość może nie odejścia zupełnego od sprzedaży, ale robienia czegoś nowego, tych obowiązków byłoby jak dla 2-3 pracowników, (za zarobki 1-2 osób) bo robiłam całość od A do Z. I blisko domu, żłobka, przedszkola.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Normalny człowiek posikałby się ze szczęścia.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Może szukam pretekstu, by sobie jeszcze w domu posiedzieć? Tak mi się nie chce wracać do tego kieratu, a cyfra na moim koncie nie motywuje do szybkiego brania nowego zajęcia.&amp;#65279;  Jestem od miesiąca w domu, a dopiero teraz w całości słynął ze mnie stres i napięcie.  Gdyby tak jeszcze ze 3-4 tygodnie... Przyzwyczaiłam się już, że co jakiś czas w mojej pracy zawodowej jestem zmuszona do kilkutygodniowego urlopu od pracy. I jeśli wiesz, kiedy upływa jego koniec, a zazwyczaj nie wiesz, to jest to piękny czas oddechu, który wspomina się  z  nostalgią. Są zawody, firmy, gdzie można oficjalnie wziąć nawet roczny wolny czas, by się zregenerować i fajnie byłoby gdyby rynek pracy dotarł do tego momentu, że stać by go było na zaoferowanie każdemu czegoś takiego raz na jakiś czas. Jak znam zaradnych Polaków, to wykorzystaliby go na pracę na czarno gdzie indziej.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Pogadałam przez telefon z moją byłą redaktor, by się skonsultować i okazało się, że w firmie zmiany. Osoba przyjęta na moje miejsce zajmuje się teraz czymś innym, a szef pytał się, czy redaktor nie ma do mnie kontaktu. Ciekawe. Uśmiałam się. &lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Rekrutacyjnie-zyciowo.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Rekrutacyjnie-zyciowo.html</guid>
      <pubDate>Tue, 8 May 2012 10:50:18 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Jak Królicza Nora wciągnęła mój dowód, albo Piknik Nad Wiszącą Podłogą</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Jak-Krolicza-Nora-wciagnela-moj-dowod-albo-Piknik.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Będą jeszcze wpisy o majówce w Kazimierzu :)&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Trzeciego dnia pobytu byłam po próbie namówienia dziecko na drzemkę, która była jednocześnie sposobem dla mnie by ułożyć me zespacerowane ciało i dać mu regenerację do kolejnych spacerów. Dziecko już marudziło przy drzwiach, żeby wychodzić. Trąciłam mały okrągły stolik stojący tuż przy ścianie. Leżał na nim m.in. mój dowód osobisty.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dygresja. Dowód wożę ze sobą chyba jeszcze z jakiegoś "peerelowskiego" przyzwyczajenia mówiącego, że obywatelka musi mieć się czym wylegitymować. A tak na prawdę to chodzi o to, by w razie wypadku można była szybko zidentyfikować moje zwłoki. Nie jestem pesymistyczna, ani makabryczna, tylko praktyczna. I teraz myślę, że wystarczyłoby wywieźć ze sobą Kartę Miejską - dane podstawowe są, zdjęcie jest.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dygresja kolejna. Dowód leżał na stoliczku, po wyjęciu go z plecaczka dziecięcego, w którym robiła się dziura. Opróżniłam go z wszelkiej drobnicy cennej, która mogła się zgubić. Plecaczek jest Wiertki, ale to ja korzystam z niego na spacerach jako z bagażu podręcznego. Ona ma od niedawna wrzosową torebeczkę na ramię, którą zajumała - przy akceptacji właścicielki - w czasie niedawnej wizyty u mojej forumowej koleżanki i jej córki :) Torebeczkę zabiera wszędzie ze sobą, nawet w wąwozy i zakupiła nawet okulary przeciwsłoneczne pod kolor. Chyba wiem, kto mnie będzie za 15 lat uczył robić makijaż. Wtedy będzie mi bardzo potrzebny.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ad rem. Trąciłam stoliczek, dowód leżący na brzegu zsunął się, spadł, stuknął. Zajrzałam pod stolik. Nie ma go. Dziecko marudzi. Zajrzałam pod fotel obok. Nie ma go. Dziecko marudzi głośniej. Zajrzałam pod drugi fotel. Nie ma go. Uciszyłam dziecko nie w duchu rodzicielstwa bliskości chyba. Co jest? Zdjęłam obrus ze stolika i obejrzałam z obu stron. Nie ma dowodu. Dziecko marudzi dosadnie. Odchyliłam dywan, jeszcze raz zlustrowałam podłogę. Nie ma go. Dobra, wychodzę z Wiertką, przecież musi gdzieś być, nie zapadł się pod ziemię. Przecież nie wymyśliłam sobie, że spada. Aż tak źle ze mną nie jest.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Po powrocie ponownie. Wysunęłam stoliczek, fotele na środek pokoiku. Po dowodzie ani śladu. Obejrzałam obrus. Śladów dalej brak. Ułożyłam z powrotem meble. Przeszukałam plecaczek, bo może sobie jednak wymyśliłam, że spada ze stołu. Śladów dowodu brak. Z lękiem w sercu zrzuciłam ze stolika Kartę Miejską. Leżała na podłodze. Zrzuciłam wizytówkę w kolejnej próbie. Też leżała pod stolikiem. Żadna nie była na tyle ciężka by szybować rykoszetem metrami.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;On musi gdzieś być! Zaczęłam studiować podłogę. Deski wieloletnie, zwarte, lakierowane, bez szpar. Przy ścianie krótka listwa przypodłogowa na 2-3 mm odchylona od ściany. Wsunęłam w szparę wizytówkę. Weszła do połowy, cała, zniknęła. Kurwa mać... Wsadziłam tam nożyk i też prawie zaginął. Dziura miała z 10 cm głębokości.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Zawołałam właścicielkę pensjonatu, ta męża. Ten odgiął listwę. Dla odmiany pojawiła się 4-5 mm przerwa pomiędzy deską podłogową, a ścianą. Zaglądanie latarką nie pomogło, wsuwanie jakiegoś lusterka też. Pan powątpiewał, czy cokolwiek mogło tam wpaść i w sumie mu wierzę. Gdyby mi ktoś próbował wmówić, że dowód osobisty spadł mu ze stolika przy ścianie i trafił dokładnie w wąską szparkę wpadając głębiej, to uznałabym to za kiepski żart rodem z głupiej komedii. W takim razie gdzie jest ten cholerny dowód???&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Kto układa deski tak wysoko nad poziomem podłogi??? Trzymają tam zwłoki gości, którzy nie zapłacili?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Siedziałam cicho i sama czekałam, aż właściciel rzuci pomysł zerwania deski. Jednak to był dzień świąteczny, w taki się nie pracuje. Pewnie grał na zwłokę, bo widać było, że ta deska zerwania nie przeżyje, potrzebna będzie nowa.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Musiałam się komuś wyżalić i poradzić, więc zadzwoniłam do ojca. Innym czymś takim nie będę zawracać głowę. Tata poradził mi, żebym olała temat i wyrobiła nowy dowód. Koszty zrywania deski przewyższą te związane z wyrobieniem. Niestety, nie doliczając straconego czasu na łażenie na policję, do fotografia, urzędu,  a potem zmieniania danych w instytucjach.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;To nie jest najgorsze. To będzie już mój piąty dowód osobisty w życiu :( Pierwszy ukradziono mi z portfelem. Leżał w takiej kieszeni plecaka, że mój brat uznał, że powinnam być posądzona o współudział w kradzieży. Drugi także mi ukradziono (wyrwana na ulicy torebka). Trzeci leży jako jedyny pamiątkowo w szafce, bo został wymieniony przy przemeldowaniu. Czwarty właśnie coś wessało. Zaraz znajdę się na jakieś liście podejrzanych obywateli, zmieniających co chwila dowody. Już nawet nie pamiętam, gdzie mam podany jaki numer dowodu, bo rotacja jest ostra jak w sercu mojego Byłego.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Odpuściłam. Nawet nie jestem na 100% pewna, że ten dowód tam jest. Zdematerializował się na moich oczach. Wciągnęła go jakaś Królicza Nora. Jeśli na prawdę trafił w te 2-3 mm przy ścianie, to chyba powinnam kupić jakiś los na loterii.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ciekawe, co policja na to, gdy powiem, że mój dowód osobisty na prawdę zapadł się pod ziemię?&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Jak-Krolicza-Nora-wciagnela-moj-dowod-albo-Piknik.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Jak-Krolicza-Nora-wciagnela-moj-dowod-albo-Piknik.html</guid>
      <pubDate>Sat, 5 May 2012 22:09:34 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Babska majówka w Kazimierzu, albo chyba nie nadaję się na matkę</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Babska-majowka-w-Kazimierzu-albo-chyba-nie-nadaje.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Będzie i tak długo, okraszone dygresjami, więc może kiedy indziej dlaczego na miejsce wypoczynku z córką wybrałam miasto, w którym już kilka razy byłam. Fakt, że ostatni raz złaziłam je porządnie 11 lat temu.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Prawili, że załamanie pogody będzie, burze, chłodniej, więc zabrałam dla nas obu zmiany ubrań na upał i na zimniejsze dni. W efekcie, walizka ważyła tyle co nowo narodzony hipopotam. Dobrze, że na dworzec blisko - jedną ręką pchałam spacerówkę, drugą ciągnęłam bagaż na kółkach. Jeszcze tylko pół godziny stania w upale po bilet, jeszcze tylko bieganie dookoła dworca szukając wejścia na peron. Zbliża się Euro, remont przyśpieszono, w efekcie czego drogi dostępne dnia jednego, są już następnego zabarykadowane. Jeszcze tylko wcisnąć się w Inter Regio, gdzie początkowo stałyśmy ściśnięte w mini korytarzyku razem z innymi podróżnymi. Pociąg miał dwa wagony otwarte i bar. Zauważyłam w jednym z wagonów miejsce na spacerówkę i wcisnęłam tam dziecko, walizę kazałam wrzucić na górę. Okazało się, że są pojedyńcze wolne miejsca, ktoś się przesiadł i mogłam siedzieć obok dziecka. Półtorej godziny podróży zleciało całkiem ok, z tylko jednym spacerem po pociągu. Bawiłyśmy się w Wiertką  na rozkładanym stoliczku w gotowanie zup, makaronów, kotletów.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Potem tylko autobus do Kazimierza Dolnego, godzina z upale i korkach. Dotrzeć pod adres pensjonatu, pchając wózek po kocich łbach (gdzie się podział ich urok?), ciągnąć walizę po kocich łbach (na psa urok). Pot zalewał mi twarz. Patrzyłam na tłum ludzi dookoła i myślałam: "ludzie, jest 13.00, szczyt upału, minimum 30 stopni, bez wiatru, dlaczego nie siedzicie w pokojach????".&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dygresja. W krajach, gdzie upał jest rzeczą pospolitą, każde żywe stworzenie, wie, że pomiędzy 11.00 a 15.00 nie wychodzi się na zewnątrz. W tej krainie jednak dni upalne to raptem kilkanaście sztuk w roku, więc jej mieszkańcy wylegają na ulice niczym bohaterowie jakiegoś serialu Spielberga wierzący, że to ostatni słoneczny dzień świata. Do tego turyści. Turysta nie przyjechał by nie wypoczywać. Turysta nie po to płaci za urlop, by większość dnia spędzać w pokoju.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Nie zawsze udawało mi się przeczekać z Wiertką najgorszy upał w czterech chłodnych ścianach, bo okazała się wielką spacerowiczką nie chciała siedzieć w pokoju. Jednego dnia się zdrzemnęłyśmy, drugiego zatrzymałam ją na maks czytając książeczkę.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;A tak, oprócz spacerów po mieście, nad Wisłę, zaliczyłyśmy jeszcze cztery wielkie atrakcje. Wszystkie zaliczone w 30 stopniowym upale, bez wiatru, bo zapowiadane załamanie pogody okazało się załamaniem z 31 Celcjusza na 30 C.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Rejs statkiem po Wiśle. Wiertka zignorowała piękne okoliczności przyrody wiślanej oraz drogę na Ostrołękę. Za to biegała po całym statku - z pokładu górnego na dolny, jeszcze niżej do baru, na pokład zerowy, górny, do baru, dolny, dolny, górny, zerowy. I tak przez godzinę. Wtedy znowu dopadła mnie ta myśl, która będę sobie jeszcze powtarzać przez najbliższe pół wieku - czy to moja nieudolność wychowawcza i można sprawić, że będzie grzecznie siedzieć, czy ona tak po prostu ma? O, ten chłopczyk, ma tyle co ona, a cały rejs przesiedział obok rodziców. Zachowuję się jak Matka "wszystkie dzieci są grzeczne, tylko nie ty". Zatrzymała się tylko raz, na wypicie soku w barze. Ja wychłeptałam zimne piwo bezalkoholowe, które trzy lata wcześniej pite w tym samym mieście, w drugim miesiącu ciąży smakowało jak siki, dziś całkiem całkiem.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Spacer po Wąwozie Norowy Dół (+ droga do niego, oraz powrotna). Oczywiście prawie zawsze zabierałam ze sobą spacerówkę. Dała radę niemal całej trasie, brukowi, kostce, kamieniom - najlepsza rzecz jaka została mi podarowana, najlepsza jaką Włosi wyprodukowali. Wiertka, chyba prawdziwy mieszczuch, została przytłumiona surowym pięknem przyrody reprezentowanym przez wypłukiwany less oraz leśne korzenie. Po raz pierwszy od dawna nie chciała zejść z wózka, a gdy trzeba było go składać i iść na nogach, trzymała się mnie za rękę. Albo ktoś już jej czytał "Jasia i Małgosię".&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Spacer na Górę Trzech Krzyży. Spacerówka wylądowała pod moją pachą, a mała sama, o własnych nogach, wdrapała się stopień po stopniu. A niektóre były na wysokości jej kolan. Na szczycie musiałam ją pilnować, bo chciała wrócić do miasta krzakami prosto w dół. Potem przeszłyśmy się jeszcze pod basztę.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Przejażdżka meleksem po Kazimierzu i krótkie zwiedzanie kawałka Wąwozu Korzeniowy Dół.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wiertka jeździła też kucykiem, ale miałam przy tym minę niegodną Amazonki. Po zejściu zwierzyła mi się, że "tap tap ała" pokazując na uda (tap tap - koń, dla ścisłości) .Cóż mogłam jej powiedzieć? Mamusia też tak kiedyś miała. Słuchała grajków grającym bluesa i to były rzadkie momenty, gdy zastygła. Już byłam gotowa zaproponować im by z nami zamieszkali. Zabrałam ją do klasztoru ojców franciszkanów na recital pieśni maryjnych i gospel, by zdywersyfikować jej gust muzyczny. Początkowo była zasłuchana, potem zatańczyła, trochę pobiegała, na końcu zaprosiła mnie do tańca i jakoś nie zostałyśmy ze świątyni wydalone za zachowanie niegodne.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Dygresja. Wychodząc wypełniłam i wrzuciłam do puszki kartkę dla proszących o wsparcie i modlitwę. Moja koleżanka, z gatunku "i see dead people", przekazała mi, że dusza mojej mamy nie zaznała jeszcze spokoju. Kazałam mamie uściślić żądania, a ze swojej strony poprosiłam ojców franciszkanów o modlitwę za jej duszę. Mama lubiła takie klimaty.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Były jeszcze obiady na mieście, gdzie prawie udawało mi się utrzymać  Wiertkę w porządku. Tylko w czasie ostatniego stłukła szklankę, biegała po knajpie i wylatywała na ulicę. Zauważyłam, że z dnia na dzień pobytu tam stawała się coraz bardziej żywa, coraz bardziej rozkręcona i za miesiąc przywiozłabym do Miasta Tarzana.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Prawie cztery dni non stop spacerów, chodzenia od 8.00 do 19.00, pilnowania ruchliwego dziecka w tłumie, towarzyszeniu jej na placu zabaw. Lub przebywania w pokoju o wielkości 6 m kw. O 20.00 po prysznicu, bajce, czytaniu książeczki padałam.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wreszcie powrót do domu, o którym już zaczęłam marzyć, bo czułam się jak posiadaczka słoja z pszczołami, które zaraz go rozsadzą. Tylko Wiertka biegała po dworcu autobusowym w Kazimierzu i goniłam ją w ostatniej chwili, a potem zmachana dopadłam autobusu z dzieckiem pod pachą, wózkiem w jednej ręce, wracając po walizkę. Tylko godzinę czekałyśmy na pociąg w Puławach i mała biegała po tamtejszym dworcu. Tylko dwie godziny w pociągu, gdzie Wiertka czytaniem książeczki zainteresowała się tylko na kilka minut, a potem biegała po dwóch wagonach. W stronę lokomotywy, w stronę przeciwną, w stronę lokomotywy, w stronę przeciwną, w stronę lokomotywy. A ja za nią. Dodam, że załamanie pogody nie nadeszło. Moje było bliskie. W końcu, zaklinowałam ją na naszych fotelach, gdzie wiła się, kopała i płakała. Na jakiś czas dawała za wygraną, a potem znowu próbowała wyjść. Dotarliśmy już do przedmieść miasta i czekałam, kiedy wreszcie zajedziemy na dworzec. To były najdłuższe minuty mojego życia i przysięgam, że pomiędzy przedmieściami Miasta a dworcem umieszczono jakoś jeszcze jedno województwo.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Z dworca już tylko spacer. Zgarbiona, spocona, czerwona, z włosami lepiącymi się do twarzy, pchając wózek, ciągnąc walizkę wyglądałam jak repatriantka ze Wschodu. Weszłam do piekarni kupić coś do jedzenia. Ogarnęło mnie coś, co potem scharakteryzowałam jako syndrom powakacyjny rodzica - w kilkusekundowych interwałach czasowych musiałam nagle  gwałtownie sprawdzić, czy dziecko siedzi w wózku, nie biegnie po chodniku w stronę zachodzącego słońca, nie rzuca się na ulicę, co otoczenie musiało zinterpretować jako nerwowe tiki, bo dziecko grzecznie w wózku tkwiło i nawet palcem nie ruszało. Już nie tylko padłam fizycznie, ale nawet umysłowo.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Weszłyśmy do domu. Łyknęłam proszek na łupiący ból głowy, włączyłam małej "Świat Elmo" i położyłam się umęczona. Wiertka jest hiper ruchliwa, ale w domu przewidywalna i nie ma obaw, że zrobi z nim to co pijani Johny Deep i Kate Moss z pewnym pokojem hotelowym w latach 90tych. Ja chyba jestem już za stara na bycie matką. Moje koleżanki z podstawówki co najwyżej zabraniają teraz córkom narkotyków i seksu bez prezerwatyw, a nie wchodzenia na ulice pod samochody. Medycyna umożliwia już ciążę i macierzyństwo kobietom po 50tce (przykład Annie Leibovitz). Te kobiety, nie wiedzą co czynią. Ja w tym wieku planuję wysłać dziecko na studia. Za Ocean. Może otworzą jakieś dobre uczelnie na Marsie?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Nie wiem, kiedy znowu odważę się na wyjazd z Wiertką. Chyba dopiero za 2-3 lata.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Nie wykluczone, że z upływem czasu będę pamiętać to jako miły, romantyczny wyjazd matki z córką.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ilość dygresji skróciłam, bo strasznie się rozpisałam. Może będą osobne wpisy. Za to w kolejnym, pewnie jutro, o tym jak Królicza Nora wciągnęła mój dowód osobisty.&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Babska-majowka-w-Kazimierzu-albo-chyba-nie-nadaje.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/05/Babska-majowka-w-Kazimierzu-albo-chyba-nie-nadaje.html</guid>
      <pubDate>Fri, 4 May 2012 23:06:28 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Śpiewaj Alleluja, czyli o chrzcie</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/Spiewaj-Alleluja-czyli-o-chrzcie.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Pojechałyśmy dziś na uroczystość chrztu. Nie Wiertki, tylko synka mojej siostry ciotecznej. Chciałam się spotkać z dawną nie widzianą rodziną, dziecko pokazać.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wiertka była dotąd dwa razy w kościele, na mszy za duszę babci i były to msze krótkie, nie oblegane przez ludzi. Teraz to co innego. Nie wiedziałam, czego się spodziewać i jakie są aktualnie trendy jeśli chodzi o akceptowane zachowania maluchów w takim miejscu. Zaczęło się ok. Spodobało jej się, że grają organy, śpiewają. Klaskała i wołała brawo. Nawet tańczyła. Dotarłyśmy do kazania i tu zaczęła konkurencyjne pogaduszki w swoim języku. Zabrałam ją przed świątynię. Tu wyszły moje braki, jeśli chodzi o bywanie w takich miejscach, bo trzeba się było wrócić, a to po wózek, a to po picie. Starsze panie spoglądały na nas tak, że wiedziałam, że to suma, nie msza dla dzieci, więc akceptowalne formy zachowania, to te sprzed Soboru Trydenckiego. Któregokolwiek. Zrobiłam z dzieckiem kilka rundek w wózku dookoła kościoła, jak ta dusza pokutna. Do tego ten upał wysmażył mi mózg.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;To nie koniec. Potem był rodzinny obiad w pobliskiej restauracji, gdzie dziecko zrobiło awanturę przy stole bo nie chciałam jej pozwolić na samodzielne rozlewanie rosołu. Na szczęście zupa przestygła i zjadła ją samodzielnie, na moich kolanach. Potem nałożyłam jej porcję frytek, uznając, że nadwyrężony żołądek i podwyższony cholesterol wart jest chwili spokoju i mojego szybkiego posiłku. Jedna z ciotek spytała się, czy ona zawsze jest taka niegrzeczna. To mnie często intryguje. Czy moje pokolenie nie miało buntu dwulatka? Dzieci nie krzyczały, nie psociły? Czy upływ czasu tak wygładza macierzyńskie osiągnięcia? Wiem, że te trzy dekady temu system wychowania opierał się na zasadzie "1 + K", czyli jedno ostrzeżenie i klaps, gdy dziś mamy system "1000 + BBB", czyli tysiąc ostrzeżeń, a potem Błagam, Błagam, Błagam. Do tego mózg wysmażony upałem.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wiertka zaczęła biegać po sali, a kelnerzy ostrzegać mnie, że chodzą z gorącymi potrawami. Udało mi się ją spacyfikować obietnicą deseru. Wypiłam szybką kawę i pożegnałam się ze wszystkimi. Nie udało mi się za bardzo z nikim porozmawiać, dzieckiem też się średnio pochwaliłam, raczej moją nieudolnością wychowawczą. Konkurencją był półroczny bohater dnia, który płakał i marudził, zmęczony upałem i nadmiarem wrażeń. Tak, było upalnie, nawet jak dla mnie.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;W czasie drogi powrotnej miałyśmy wpadkę. Od jakiegoś czasu Wiertka odmawia skorzystania z cudzych toalet. Wchodzi, rzuca okiem i po ostrym "NIE", wychodzi. To sztuka sikać tylko w domu, nie nosić pieluchy i dać sobie radę. Dotąd dawała, nawet po 3-5 godzin czekała. W tym upale, dużo piła. Zasnęła. I w czasie czekania na windę w metrze, chlusnęło spod spacerówki. Dobrze, że mała miała sukienkę, wózek ma cienki materiał, było bardzo ciepło. Nawet się nie obudziła. Cieszyłam się, że nie stało się to chwilę przed w wagonie metra, ani chwilę potem w autobusie.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Zanim dotarłyśmy do domu, już się zbudziła. Byłam padnięta, z wysmażonym mózgiem. Chwyciłam się desperackiego, matczynego czynu - włączyłam bajki na komputerze i poszła się położyć obok. Wiertka bywa nieznośna na zewnątrz, ale w domu raczej przewidywalna. A od oglądania Elmo i Teletubisiów nic jej nie odciągnie. Tylko wstawałam co kwadrans by włączyć jej nowy program, więc nie odleciałam na dobre. Odpoczywałam tak godzinę.&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/Spiewaj-Alleluja-czyli-o-chrzcie.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/Spiewaj-Alleluja-czyli-o-chrzcie.html</guid>
      <pubDate>Sun, 29 Apr 2012 23:43:53 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>O zdjęciu prasowym</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/O-zdjeciu-prasowym.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Byłam wczoraj na wystawie zdjęć prasowych "Chodząc po ziemi - 50 lat fotografii prasowej Aleksandra Jałosińskiego". Lubię takie zdjęcia właśnie, gdzieś uchwycone jak mucha w bursztynie scenki sprzed 20, 30, czasem 50 lat. Każde takie zdjęcie może być historią, początkiem do wymyślenia jakiejś nowej - kim była ta osoba, co czuła, co myślała, co się dalej w jej życiu wydarzyło? Jak w ćwiczeniu literackim. Przy niektórych zdjęciach były krótkie historyjki na temat ich powstanie i to też są pomysły na jakieś formy literackie. Na przykład - kieleckie, rok 1961, cała malutka wieś jedzie na mszę, pod ich nieobecność wybucha pożar, spłonęły doszczętnie wszystkie zabudowania, gdy wrócili nie mieli już nic. I ten moment uchwycił fotograf. Czy okolice Cieszyna, rok 1958, codziennie pas graniczny jest grabiony by wychwycić, czy nikt się nie przekrada do bratniego kraju. Nagle pewnego dnia zobaczono tam odcisk stopy! Nie wiem, jak ustalili, że to damska stopa, ale sprowadzono z okolicy kobiety i niczym w Kopciuszku przykładano nogę każdej do śladu. Okazało się, że jednej krowa uciekła i musiała nastąpić, przyciągnąć zwierzę do ojczyzny. Czy to nie tematy? Z innej strony, czasem dobre zdjęcie, to łut szczęścia, znalezienie się w odpowiednim miasteczku, w odpowiednim miejscu, dobrej chwili.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Potem została jeszcze na projekcję filmów - trzy króciutkie, pokazujące życie ówczesne miast San Francisco z 1906 r, Zandvoort z 1905 i Moskwa z 1908 roku. Był jeszcze film dokumentalny "Zdjęcie czy symbol" Hanns Pool i Maaik Krijgsman&amp;#65279;, o czterech zdjęciach prasowych, które wstrząsnęły opinią publiczną. Tak się uroczo składa, że wszystkie dotyczą jakiejś wojny albo przewrotu. Jednak z prawie każdym łączy się jakaś historia.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Pierwsze Eddiego Adamsa, z Wietnamu, z 1968 roku - generał celujący z pistoletu w głowę jeńca, zabicie jeńca. Dla kogoś, kto się wychował na "Hair" wstrząsające. Okazało się, że Adams sympatyzował z generałem, wierzył mu, że jeniec jest winny śmierci wielu żołnierzy. Jak na ironię zdjęcie zrujnowało życie generałowi i na zawsze określiło go jako oprawcę.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Drugie, Davida Turnlaya, z wojny w Iraku, z 1991 roku. Dla mnie bez emocji i nie dociera do mnie kompletnie. Widzimy wnętrze śmigłowca, który właśnie odlatuje. W środku m.in. worek z ciałem żołnierza, ranny żołnierz z zabandażowaną twarzą i trzeci ze zmęczenie i bólem na twarzy. Co w tym mocnego? Chcieli jechać na wojnę, to mają swoją wojnę. Dopiero głębsza opowieść Turnleya - uchwycił moment gdy jeden z żołnierzy wyciąga z worka z ciałem dokument identyfikacyjny, a ten wspomniany trzeci właśnie dowiaduje się, że obok leży ciało jego przyjaciela. To nie ból, czy zmęczenie, na tej twarzy jest płacz i rozpacz. Dopiero teraz widzę coś w tym zdjęciu.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Kolejne to zdjęcie anonimowego autora, z 11 września 1973 roku prawdopodobnie ostatnie zrobione prezydentowi Salvadore Allende, już w trakcie przewrotu. I wreszcie na koniec klasyk - zdjęcie Charliego Cola, z czerwca 1989 roku, z placu Tiananmen, studenta zatrzymującego czołgi.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Moje najbardziej wstrząsające zdjęcie prasowe świata, to zrobione przez Kevina Cartera - umierające z głodu afrykańskie dziecko i sęp czekający tuż obok. Zdjęcie, które nigdy nie powinno powstać, przekroczenie wszelkich granic człowieczeństwa jako fotograf. Gdy dowiedziałam się, że Carter popełnił samobójstwo, nie potrafiłam wzbudzić w sobie współczucia do niego.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Na koniec jeszcze tylko projekcja "Przelotu nad zdobytym miastem".&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;A wieczorem wino z dziewczynami ze stowarzyszenia i ustalanie niektórych szczegółów najbliższego wieczoru autorskiego. Fajna burza mózgów.&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/O-zdjeciu-prasowym.html</guid>
      <pubDate>Sun, 29 Apr 2012 10:33:33 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Życiowo-rekrutacyjnie</title>
      <link>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/Zyciowo-rekrutacyjnie.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Ostatnio spotkanie z koleżanką i jej córką. Nie wiem, czy powinnam linkować tu jej bloga, ale mam w ulubionych o życiu w dżungli :) Streszczać naszych rozmów nie będę. Pamiętam tylko kiedy się poznałyśmy mieszkała na 24 m kw z synem panieńskim, niemężem, wspólną ich córką, a często koczowali u niej jeszcze trzej pasierbowie, których uwielbiała. Ciasno, ale ciepło i blisko. Dziś mieszka w domku z ogrodem (należącym do już męża), ma więcej miejsca, ale relacje z chłopakami są już bardziej ostre. Ciągły tor przeszkód. Coś za coś. Przypomina mi to trochę moja przeszłość, gdy mieszkałam z byłym w ciasnej kawalerce i to były najpiękniejsze chwile razem, a potem przenieśliśmy się to tańszego, większego mieszkania (jego miejsca) i to była równia pochyła. Może problem jest w tym, że para może być autentycznie szczęśliwa w miejscu, gdzie oboje są na równych prawach. A patrylokacja nie wychodzi, co by tam o tym pisał sobie Hellinger.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Wczoraj rozmowa w sprawie pracy. Dziwna. Oczywiście, firma znowu na moim brzegu Miasta, więc dojazd szybki. Mój rozmówca nie miał czasu przejrzeć cv, więc fascynująco mu je streściłam. Mówił ogólnikami, mało konkretów, ale będzie jeszcze coś w stylu drugiego etapu. Zobaczymy. Minusem jest to, że pracują 9-17 i usłyszałam, że to "tylko kwestia klucza do biura"  (to wynajęte mieszkanie) i mogę pracować 8-16. Kiepsko to widzę, bo kto daje klucz do biura, miejsca z komputerami, urządzeniami biurowymi, świeżo zatrudnionej osobie.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;A liczyłam, że ta rozmowa będzie jakoś owocna, bo przez to spotkanie zgubiłam przepiękna kurteczkę wiosenną Wiertki :( Jechałam po dziecko do żłobka, zaprowadziłam ją w ciepłej kurtce, a w międzyczasie zrobiło się bardzo ciepło. Miałam na kolanach torbę, na niej kurteczkę, na kurteczce książkę. Zadzwonili by zaprosić mnie na spotkanie w sprawie pracy. By odebrać przełożyłam kurteczkę pod torbę. A potem zapomniałam o niej. A potem wróciłam do czytania książki. A potem wyszłam z autobusu. W taki sposób zgubiłam niezliczoną liczbę rękawiczek i parasoli. Potem jeszcze tkwiłam z małą na przystanku czekając na autobus powrotny licząc, że to ten sam. Niestety, kurtka już się nie odnalazła. Mamy jeszcze jedną. Obie mała dostała od innych mam. Pomimo tego, tak mi żal. Musiałam ją "po coś" zgubić. Chyba jednak zgubiłam ją tak po prostu.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;W nocy dopadł mnie jakiś katar. Albo się przeziębiłam (przy ostatnich ciepłych dniach, przechodzeniu z ubrań zimowych na wiosenne, niełatwo o złapanie choroby), albo jednak zaatakowała mnie pyląca brzoza. Miała przypuścić szturm tak na przełomie kwietnia i maja. Zajrzałam do apteki i okazało się, że alergolog na recepcie zamiast 3.04.2012 wpisała 4.03.2012 i ta jest przeterminowana... Kupiła nierefundowane opakowanie 10 sztuk, by zobaczyć czy mi pomoże. Aż tak tragicznie się nie czuję, na upartego mogłabym funkcjonować bez leków. Tylko irytuje mnie, że co jakiś czas muszę smarkać.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Korzystając z nieobecności dziecka powyciągałam letnie ubrania i posortowałam je na: te które będę nosić, te które może założę, ale tylko wtedy gdy nikt nie będzie mnie widział, oraz te które kiedyś nosiłam, a teraz nie mam pomysłu, gdzie by w nich pójść, bo jestem stara i poważna. Grupę trzecią wrzuciłam na półki, gdzie leżą już ciuchy wcześniej do niej zaliczone. Wiem, że powinnam to oddać biednym, albo bardziej odważnym stylowo, albo pasjonatom przeróbek krawieckich. Nie wiem dlaczego roi się w mojej głowie, że moda wraca i kiedyś jeszcze albo ja je założę, albo moje dziecko jeśli odziedziczy po mnie w wieku nastoletnim tendencję do dziwacznego zestawiania ubrań. Ja nakładałam na siebie rzeczy sprzed dwóch dekad mojej matki albo koszule i garnitury ojca (też sprzed dwóch dekad). Nie dziwne, że mam długie doświadczenie bycia singielką...&lt;/p&gt;</description>
      <author>bezcielesna@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/Zyciowo-rekrutacyjnie.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/04/Zyciowo-rekrutacyjnie.html</guid>
      <pubDate>Sat, 28 Apr 2012 14:24:31 +0200</pubDate>
    </item>
  </channel>
</rss>


