To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Miron Białoszewski

niedziela, 10 maja 2015
Czy adresy są złe lub dobre?

Byłam wczoraj na fajnym spotkaniu, organizowanym przez Warszawa Czyta. W tym roku książką bohaterem jest "Chamowo" Mirona Białoszewskiego - opis jego pierwszego roku w nowym, jedenastopiętrowym bloku na Kępie Gocławskiej. Przeniósł się tam z Placu Dąbrowskiego, czyli z ze Śródmieścia miasta. Blokowisko określane było "chamowem" i to też przez okolicznych mieszkańców. W tamtych czasach były tam jeszcze chaszcze, drzewa i łąki. Książki nie czytałam, choć wybiorę się do biblioteki, ale domyślam się, że motywem przewodnim było to uczucie masowości wokół, anonimowej masy ludzi w budynku.

Rozmowa dotyczyła zaś tego, czy dziś możemy mówić o dobrych i złych adresach w Warszawie. Paneliści wykazali się taktem, dyplomacją i żadne nie stwierdziło, że coś takiego może istnieć. Choć jasne, że istnieje. Spytajcie się pierwszego lepszego agenta nieruchomości ;) Nikt też nie chciał powiedzieć, czy jest dziś w mieście jakieś "chamowo". Nie w sensie gorszej kategorii ludzi, ale takiego nowo zasiedlanego miejsca, które kipi od anonimowości. Ja bym powiedziała, że to Zielona Białołęka. Wiadomo jednak, że tkanka miasta jest żywa, zmienia się, coś narasta, coś się starzeje. Już tu pisałam kiedyś, że trzy dekady temu "chamowem" był Ursynów, dziś adres gorący. Za trzy dekady Zielona Białołęka też może być pożądanym miejscem zamieszkania, nie tylko ze względu na najniższe ceny mieszkań.

Za to padło kilka innych ciekawych stwierdzeń z zakresu socjologii miasta. A socjologię miasta lubię :) Zwrócono uwagę na rozdźwięk pomiędzy niskimi, małymi mieszkankami budowanymi w PRLu, a przestrzenią pomiędzy blokami. W przeciwieństwie do starego budownictwa, gdzie kamienice stały ciasno przy sobie, za to mieszkania były stumetrowe. Myślę, że to inne podejście do sfery prywatne / publiczne. Mieszczaństwo przykładało dużą wagę do domu i tego by wzorem pani Dulskiej "prać w nim wszystko". Z domy wychodziło się w sprawach wielkiej wagi. Komuna, wręcz odwrotnie, chciała wypchnąć obywateli z domów. Tam mieli spać, chwilę odpocząć, a prawdziwe życie miało toczyć się w przestrzeni publicznej. Albo to efekt wspomnień robotniczych. Bo o ile mieszczaństwo żyło rzeczywiście na wielu pokojach, to niższe klasy miały i ciasne mieszkania, i ciasny świat poza nim, w którym nie da się odnaleźć.

Przyznam, że ja lubię tę przestrzeń, którą widzę stojąc na balkonie. Lubię wyjść z dzieckiem na spacer, plac zabaw, górkę i wchodzić w przelotne kontakty z innymi użytkownikami tej przestrzeni.

O zgrozo, ja wychowana przez ponad dwadzieścia lat w domach z ogrodem - lubię mieszkać w bloku :) Jestem za leniwa na to krzątanie się, remontowanie, grabienie, sadzenie, koszenie. I mam traumę termiczną z okresów jesienno-zimowych. W domach jest mi zawsze za chłodno. I wbrew pozorom, w zabudowie jednorodzinnej nie jest cicho, sielsko, ani spokojnie. 

Budownictwo ostatnich lat wprowadziło nowy trend - małe mieszkania, mała przestrzeń wokół bloków. Ale ludzie kupują i twierdzą, że wielka płyta jest straszna...

Inny, krótki ciekawy wątek, to filmy i seriale z okresu PRLu, gdzie jeśli ktoś był czarnym charakterem, lub złym człowiekiem, to na pewno mieszkał w kamienicy, albo przedwojennym domku :) W blokach mieszkali ludzie dobrzy :)

Ciekawostka socjologiczna. Jeszcze w latach 50tych, czy 60tych mieszkanie w bloku było nobilitacją, awansem społecznym, ludzie marzyli by tam mieszkać. Dziś marzą o małych, białych domkach na przedmieściach. 

Coś jeszcze o anonimowości. Chciałam zawsze mieszkać w bloku, ale jednak te dziesięciopiętrowce mnie przerażały. Może właśnie przez tę masę ludzką. Jest jeszcze kwestia mojej słuchowej nadwrażliwości i wiem, że jak w jajecznicę z 10 pysznych jaj może zepsuć jedno zgniłe, tak w klatce wystarczy jeden fan niemieckiego techno słuchanego na ful, by mieć ochotę się powiesić. A im więcej pięter, tym ryzyko wzrasta. Traf chciał, że jednak mieszkam w dziesięciopiętrowcu i mam dookoła siebie fajnych ludzi. Najgłośniejszym mieszkańcem w klatce jest, obawiam się, moja córka. Od dnia zasiedlenia, od trzech dekad, skład jest w miarę ten sam. Średnia wieku to pokolenie moich rodziców. Wszyscy się znają, pozdrawiają w windzie, wymieniają uwagi, plotki.

Rozpisałam się, ale po dyskusji był jeszcze spacer, prowadzony przez Sylwię Chutnik. Trochę pokropił majowy deszcz. Przespacerowaliśmy się pod blok, w którym mieszkał Białoszewski, pod jego klatkę. Wyszła z niej jakaś starsza pani, popatrzyła na ten tłumek zdziwiona. Powiedzieliśmy się jej, że chcemy zobaczyć, gdzie mieszkał pisarz.

- Białoszewski? Przecież on nie żyje. - pokręciła zirytowana głową :)

W planach było jeszcze czytanie tekstów, ale ja odbiłam w bok. Musiałam pożyczyć kostium mamy misia, bo w poniedziałek szykuje się już próba kostiumowa. A potem pojechałam na dyskusję nad literaturą niemiecką.

Tagi