To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: mama

piątek, 09 czerwca 2017
Zbyt dużo rocznic

Dziś mija dziewiąta rocznica śmierci mojej mamy.

Dziś Wiertka kończy 7,5 roku.

Dziś jest pełnia.

Dziś moja córka pojechała na całodniową wycieczkę autokarową do dalekiego miasta. Od 7:00 rano, aż do 21:00.

Te wszystkie zbieżności sprawiają, że od dawna jestem poddenerwowana. Od momentu, gdy poznałam datę wyjazdu. W mojej rodzinie, daty zgonów są zbieżne. Ale miesiące są różne.

W dodatku, nie święciłam tego dnia, tak jakby chciała moja matka, bo na cmentarz pojadę jutro, na rodzinną mszę nie pojechałam. Spotkałam się z koleżanką, którą widuję raz na rok i która na chwilę przyleciała z drugiej półkuli. Zapewne była zdziwiona, że ciągle sprawdzam messengera, by zobaczyć czy jest już informacja, że autokar wyruszył w drogę powrotną. Do tego momentu nie ma takiej informacji.

Po powrocie do domu, wyciągałam coś z szafki i wymsknął się z niej słoik. Rozbił się na podłodze. Była 19:34. Dziewięć lat temu, także coś wyleciało mi z rąk o 19:40. Pomyślałam wtedy, że to chyba zły znak. W dwadzieścia minut później zadzwonił tata z informacją, że mama zmarła. Chyba tak koło 19:20.

Pocieszające, że dzikie korki tworzą się teraz na wylotówkach z Warszawy, nie drogach wlotowych.

niedziela, 09 czerwca 2013
Rocznica

Dziś rocznica śmierci mojej mamy. Miałam w planach wybrać się z Wiertką na cmentarz by zapalić znicz. O 18.00 była msza w jej intencji - nie chodzę do kościoła, ale pamięć zmarłego święci się tak jak on by tego chciał.

Rano miał być jeszcze fajny spacer miejski po okolicy, tematyczny - związany z PRLem, w ramach akcji "Wyłącz system". Zastanawiałam się nad tym, żeby rano iść na taki spacer z małą, wrócić do domu, odpocząć, zjeść coś i po popołudniu jechać na cmentarz, potem do kościoła. Z tym, że ta druga wyprawa, to także długi dystans do pokonania. Czy małe dziecko tyle wytrzyma jednego dnia? Okazało się, że nawet ja bym nie wytrzymała.

Uznałam, że rocznica ważniejsza i lepiej pojechać do mamy rano. Coś mnie oświeciło. Poszłyśmy powoli, bardzo powoli, tempem mojego dziecka. Było w miarę ok, to ostatniego etapu wycieczki, który prowadził lasem. Zbierało się na burzę. Bałam się, że zaraz nas zaleje. Albo gorzej - trafi mnie piorun. Zostać trafioną piorunem, w rocznicę śmierci matki, idąc na jej grób - to jakiś idiotyczny pomysł. Gorsze okazały się komary, które przeczuwały deszcz i atakowały nas niczym Luftwaffe Wyspy Brytyjskie. Odganiałam co chwila nowe, a Wiertka co chwila zatrzymywała się by się podrapać. Nie przyśpieszało to tempa naszego spaceru.

Wreszcie dotarłyśmy do bramy cmentarza i zobaczyłam piękny widok. Ogromna łąka w środku lasu, na niej jeszcze mały cmentarz. Dookoła las. A na niebie cmentarz z trzech stron okalały czarne burzowe chmury, z grzmiącymi piorunami i gdzieniegdzie strugami deszczu. Tylko nad tym miejscem było w miarę pogodne niebo :) Kolejny raz chyba mama załatwiła by wizytę ;)

Długo nie posiedziałyśmy, bo Wiertka chciała zaraz wracać. Cmentarz nie przypadł jej do gustu. Chyba nie za bardzo rozumie ideę nagrobków, skoro jej powtarzam, że babcia jest na chmurce w niebie. Powiedziałam jej, że idziemy odwiedzić babcię i widząc jakąś starszą panią przy jednym z grobów spytała się, czy to ta babcia? Mam jakieś obawy przed tłumaczeniem jej o śmierci i cmentarzu. Powiedziałam wczoraj, że leżą tam ludzie, którzy umarli.

- Dzieci też?

- Dzieci też.

Bałam się, że teraz będzie roztrząsać kwestie śmierci, jej, moją. A ona nie drążyła tematu. Mam mało filozoficzne dziecko.

Powrót był masakrą, bo mała już była zmęczona. Uparła się, że mam jej kupić babeczkę i po kilku krokach rozpłakała się. Następne 45 minut spaceru spędziłam w falach jej wycia i płaczu. Nie wiem jak miałam jej kupić babeczkę, skoro najbliższy sklep był jakieś dwa kilometry dalej. Starałam się zrozumieć, że to tylko symbol jej zmęczenia. Jednak nawet ja już miałam chwilami dość.

Deszcz rozpadał się dopiero, gdy byłyśmy w drodze z przystanku autobusowego do domu. Biegłyśmy śmiejąc się, a wielkie krople deszczu waliły nas po plecach i głowach. Miałyśmy szczęście - gdybym zdecydowała się iść na cmentarz po południu, to nic by z tego nie wyszło. Zalało by nas.

Resztę dnia przedrzemałyśmy. To przyjemne - za oknem siecze ulewa, a ja leżę sobie pod kocykiem i odpoczywam. Żadna z nas nie miała już siły nigdzie wychodzić tego dnia.

Tagi: mama śmierć
20:34, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 grudnia 2011
Mama, brzmi dziwnie

Dwa lata temu, tak o tej porze, moje dziecko przyszło na świat.

Myślałam o sobie Mama i za cholerę nie mogłam przypasować do siebie tego terminu. Mama. Matka. Jestem matką. Jestem mamą. Brzmi dziwnie. To niby ja? To ja jestem czyjąś mamą? To ja jestem ten ktoś dojrzały, odpowiedzialny, zrównoważony, który wiele - niewykluczone, że wszystko - wie, wiele - niewykluczone, że wszystko - potrafi. Także to ja jestem ten ktoś marudny, wymagający, trujący tyłek. To ja jestem ktoś Dorosły.

Ja, wiatrem podszyta, drgająca życiowo, nie do końca pozbierana, dwie "lewe ręki", wątpiąca, Dziecko. "Nie daj mi Boże, broń boże, skosztować / Tak zwanej życiowej mądrości".

Nie od razu poczułam się matką. To był długi, wielotygodniowy proces. Na dobre weszłam w rolę z każdym "nie rób tego", "zostaw to", "nie dotykaj", "chodź tu" oraz "cierpliwość jest cnotą bogów, a twoja matka jest tylko człowiekiem", "jestem twoją matką i czasem muszę ci czegoś zabronić" (żartobliwie, ubiegam zarzuty fanów Rodzicielstwa Bliskości). Teraz mam w sobie wystarczający potencjał do trucia tyłka oraz całkiem zgrabny zestaw "życiowych mądrości' ;)

Czułam się też, coraz bardziej mamą, z każdym "mama", które słyszałam. Mam nawet gdzieś zapisane, którego dnia, o której godzinie Wiertka pierwszy raz to powiedziała. To było magiczne. Do końca życia będę pamiętać, gdzie to było, w jakich okolicznościach, jaka to była scena.

Czasami wydaje mi się, że Dorosłymi stajemy się w dwóch momentach życia - gdy umiera rodzic, zostaje wyrwany jakiś korzeń z człowieka, nie ma już nikogo, kto by się zamartwiał, że nie założyło się czapki w mróz, choć ma się już pod czterdziestkę. I gdy rodzi się dziecko - pojawia się ktoś bardziej kruchy i bezbronny życiowo od nas.

Za moment 15:20. Na świecie jest moja córka.

15:17, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 września 2011
Narodziny mojej mamy

Miałaby dziś 57-me urodziny. A z jej przyjściem na świat wiąże się ciekawa rodzinna opowieść.

Moi dziadkowie przez kilka lat po ślubie żyli razem bezdzietnie. W tamtych czasach, we wschodnich wiejskich krańcach kraju nikt się badaniami nie zastanawiał. Nie mieli dzieci, to nie mieli. W testamentach ich nie uwzględniano, bo komu oni to zostawią. Babcia chyba była dwa razy w ciąży i poroniła. Tak podejrzewa, bo nie miała długo okresu, a potem przyszło bolesne krwawienie. Poszła nawet na pielgrzymkę na Jasną Górę, w intencji zajścia w ciążę.

Jak widać, w końcu zaszła w ciążę. Rodziła w domu, z akuszerką. A prąd do wsi dotarł dopiero za 3-4 lata. Rodziła, rodziła, rodziła. I nie mogła urodzić. Choć prawie dzień minął. W końcu, akuszerka zamiast główki zobaczyła rączkę i stwierdziła, że ona nie da rady przyjąć tego dziecka. Dziadek pobiegł na pocztę by zadzwonić po pogotowie, a telefon był kilka kilometrów dalej. Pogotowie musiało przyjechać z miasta oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, zabrało babcię do szpitala. W ponad pół wieku później widziałam tę trasę, którą wtedy jechała. Tam lekarz zrobił to, czego bała się zrobić akuszerka - pougniatał brzuch, ponaciskał i wycisnął dziecko. Mama urodziła się zdrowa.

Co najciekawsze, w trzy miesiące później babcia była znowu w ciąży. W ciągu następnych dziesięciu lat urodziła jeszcze trójkę dzieci. Niezła musiała być ta pielgrzymka :)

08:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2011
pożegnanie z mamą

Trzy lata temu ostatni raz widziałam moją mamę żywą. Była niedziela, wizyta na OIMIe.

Kilka dni wcześniej, zamiast po raz trzeci odesłać mamę z IP do domu, tym razem dali się przekonać, że należy ją przyjąć. Zadecydował neurolog zwracając uwagę, że pacjentka nie może już chodzić...

Ładowali w nią leki, ale z jej psychiką coś złego się stało - nie chciała jeść, ani pić. Woziłam jej kompoty z domu, wodę. Nie i nie, bo ona całe życie piła jedna kawę rano, jedną herbatę wieczorem i nie będzie tego zmieniać. Nie będzie w siebie wmuszać. Nie chciała pić nawet, gdy nerki zaczęły szwankować i pielęgniarka pokazała mi jej dzienny worek z moczem - kilka milimetrów ciemnej cieczy. Koleżanka, też cierpiąca na nadczynność tarczycy, tłumaczyła mi potem, że gdy ta się sypie, to emocje człowieka są rozstrojone, rozedrgane, czasem działa irracjonalnie, ma wszystkich dość. Moja mama zachowywała się, jakby miała nas wszystkich dość, jakby chciała żebyśmy wszyscy poszli do diabła. Może przy pulsie 150 i ciśnieniu 50, to nie jest takie dziwne.

Zaczęło się kilka tygodni wcześniej od bólów żołądka, na które nie pomagały żadne leki przepisywane przez kolejnych gastrologów. Mama powoli zaczęła tracić na wadze, jej mięśnie rąk i nóg przestawały pracować. Zwracałam jej uwagę, że to być może wina tarczycy, którą od dawna nie kontrolowała, ale machała ręką, że najpierw wyleczy żołądek. Dostała w końcu na nią leki, ale wzięła tylko jeden dzień, bo nadal bolał ją żołądek.

Cieszyłam się, że jest w szpitalu bo ładowali jej ogromnymi strzykawami jakieś leki, wprost do wenflonu. Tak omijali ten nieszczęsny bolący żołądek, z którym wg gastroskopii było wszystko ok.

Tej niedzieli odwiedziłam ją z tatą, bratem, byłym. Leżała sobie taka pod kroplówkami, z cienkimi kończynami, ciemnymi wybroczynami na skórze. Przed wyjściem pocałowałam ją. Umówiłam się z tatą, że on przyjdzie do niej następnego dnia, ja pojutrze. Czułam się taka zmęczona jak Alicja od tygodni biegnąca z Królową, gdy świat dookoła ciągle stał w miejscu (kto czytał, ten wie, że trzeba biec jeszcze szybciej, by ruszyć do przodu). Te zdania powyżej to wycinek tego co się wtedy działo.

W poniedziałek zmarła, jakieś pół godziny po wyjściu męża, mojego taty. Czułam, że coś się stało, bo puszka z herbatą wyleciała mi z rąk (nie, nie, nie - nie w momencie jej śmierci, w niecała godzinę później).

Byłam wstrząśnięta, bo przecież leżała już w szpitalu i te wszystkie leki w strzykawach. Wreszcie ktoś miał jej pomóc.

To jeszcze jedno z tych wydarzeń, które dzieją się innym, w książkach, filmach, ale nie realnie nam.

Tagi: mama życie
09:20, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
Tagi