To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Festiwal nauki

niedziela, 28 września 2014
Od Wandy do Anny Pauliny

Mój drugi dzień Festiwalu Nauki, ale samego dziesięciodniowego festiwalu dzień ostatni. Takie życie :)

W planach było pięć wykładów, ale pocięłam go :) I tak, żeby zdążyć na nr 3 musiałabym się wymknąć przed końcem nr 2 i żeby być na nr 5 musiałabym wyjść z połowy nr 4. Bez sensu.

Rozpoczęłam od "Wanda i jej smok. Genderowe czytanie polskich kronik". Dotąd legendę o Smoku Wawelskim i Wandzie co Niemca nie chciała, znałam jako dwie oddzielne opowieści i to raczej w bajkowej oprawie. Wstyd przyznać się, ale dopiero teraz czytałam to jako część kroniki Wincentego Kadłubka. W dodatku, to jedna historia - król Krak, zły smok, królewscy synowie zabijający podstępem gadzinę. Potem brat zabija brata by zgarnąć sławę, ale wszystko się wydaje i zostaje wygnany. Czy nie brzmi to znajomo? Pierwsze z brzegu, to Kain i Abel, albo Romus i Remulus. Tron obejmuje Wanda. Kraj najeżdża król aremański, ale jego wojska są porażone urodą i siłą Wandy. Król przebija się mieczem. Wanda rzuca się do rzeki. Romansu tam ani skrawka, gwałtu także, rzut do rzeki nie do końca zrozumiały.

Czytaliśmy tę legendę jako mit założycielski rodzącego się państwa - bratobójcza ofiara złożona Bogowi, bogom. Sam smok został zinterpretowany jako dawne kulty pogańskie, które ciągle jeszcze tliły się w kraju (do XIV wieku!). Smok - wąż jako symbol sił Szatana w kulturze europejskiej. W kulturze Azji i Ameryki Południowej wręcz przeciwnie - to siła dobra, ale także jeden z ważnych elementów powstania świata.

Sama Wanda, to przetworzone echo dawnego kultu boginicznego. Wielka Bogini. W tym świetle zanurzenie w rzece ma swój sens, jako oczyszczenie, odrodzenie.

Była tylko godzina na ten temat, więc dostaliśmy ksera z Kadłubka, Długosza i Kroniki Wielkopolskiej, by porównać jak legenda zmieniała się w czasie.

Tak więc, moje koleżanki, co Niemców zechciałyście - to najzupełniej ok :) Przed Wielką Boginią każdy pada do stóp :)

Kolejny wykład to "Wanna i Klosz. Pisarstwo Sylvi Plath". O ile czuję, że ze "Szklanego klosza" już wyrosłam, bo chyba przeszłam proces poszukiwania i kształtowania się siebie samej, to poezja jest ciągle żywa. Słuchaliśmy nagrania "Lady Łazarz", wiersza czytanego przez samą autorkę. Napisała go na kilka miesięcy przed samobójczą śmiercią, jesienią. Wyzwanie rzucone śmierci - zanurzam się w ciebie, ale zawsze wstaję z popiołów. Ryzykowne wyzwanie, bo śmierć w odpowiedzi przysłała najsroższą zimę w Anglii od 1813 roku, gdy rury pękały i światło wyłączano. W lutym Sylvia nie wytrzymała. Ja akurat doskonale rozumiem, że zimno - połączone z innymi problemami - może doprowadzić do samobójstwa.

Pociesza mnie też, że nie trzeba być super płodnym artystą. Wystarczyła jedna powieść i trochę wierszy, by Plath stała się nieśmiertelna.

Przerwa w domu na obiad, kawę i po południu pojechałam na Wydział Prawa na ostatni wykład. "Czy staropolska Temida była kobietą?". O prawnej sytuacji kobiet w Polsce pomiędzy XVI a XIX wiekiem. Bo, o ironio, w średniowieczu była ona całkiem dobra i dopiero potem ich prawa zostały stopniowo coraz bardziej ograniczane. Ta sama pomyłka, co z procesami czarownic. To nie symbol średniowiecza, tylko czasów późniejszych.

Ja z ciekawości dopytałam się o to, kiedy kobiety trafiły w ogóle do zawodu prawniczego, by kiedyś nie walnąć jakiejś pomyłki w tekście ;) Otóż w 1893 roku pierwsze studentki na Sorbonie zaczęły studiować prawo. Nie zostały jednak dopuszczone do uprawiania zawodu przez palestrę. Stało to się dopiero, także w Polsce, po I wojnie światowej. Mieliśmy w dwudziestoleciu międzywojennym około 200 adwokatek, kilkadziesiąt sędzi i najlepszą policję kobiecą, stawianą za wzór, w Europie.

A Anna Paulina? Anna Paulina z Sapiehów Jabłonowska, pod koniec XVIII wieku napisała dla swoich zarządców "Ustawy..." (pełnej nazwy nie zdążyłam napisać), czyli zbiór zasad jakimi mieli się kierować. Kobiety były wykluczone ze świata sądów, ale mogły orzekać w sądach polubownych. Takich ówczesnych mediacjach :)

sobota, 27 września 2014
Od Fridy do Wokulskiego

Skromny plan na weekend był taki. W piątkowy wieczór dwa wykłady w Polskim Towarzystwie Astrologicznym. Prawie cała sobota na Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach. W niedzielę zaś tak z pięć wykładów Festiwalu Nauki.

I to nie życie stawiło opór, ale moja równie skromna osoba. W piątek, po 17:)) poczułam się cholernie zmęczona. Świadomość, że następnego dnia mam wstać rankiem - nawet późnym - podróżować - raptem 1,5 h pociągiem, ale w jedną stronę - sprawiała, że miałam ochotę położyć się tam, gdzie stałam. Gdybym była wszędzie tam, gdzie planowałam, to w poniedziałek do biura dotarła bym ledwo żywa.

Odwołałam mój wyjazd do Siedlec. Bo byłam tam umówiona z koleżanką, na plotki i nawet na wino mnie zapraszała. Od razu poczułam się bardziej ożywiona :)

Dwa wykłady były fajne. Wyciągnęłam na nie moją przyjaciółkę, która pasjonuje się astrologią, ale siedzi w domu niczym muzułmańska żona. Chciałaby by świat ją odwiedzał, ale tak nie zawsze się da. Posłuchałyśmy sobie, m.in. fajnej historii i życiu Fridy Kahlo.

Do domu wróciłam po 22:00. Padłam spać koło północy. W sobotę obudziłam się... o 11:00. Chyba jednak taki wolny dzień był mi potrzebny. Zrezygnowałam z festiwalu literatury, ale mogłam się wybrać na dwa krótkie wykłady Festiwalu Nauki. Były dość blisko, tuż za rzeką.

Pierwszy to "Wokulski i bohaterowie kultury współczesnej (seriali i gier)". Główną tezą było przyrównanie klasycznej powieści XIX wiecznej do dzisiejszych seriali. I nie ma tu mowy o telenoweli, typu "M jak miłość", ale serialu. Serial to pewna całość (sezon) zamknięta w określonej z góry liczbie odcinków. Jednym z przykładów podanych na wykładzie była "Rodzina Soprano" i "Breaking Bad". I coś jest na rzeczy. Przecież polskie powieści były drukowane w odcinkach, pisane z numeru na numer. Te powieści w dodatku zostały potem zekranizowane jako seriale ("Lalka", "Noce i dnie").

A sam Wokulski, gdyby się dokładnie przyjrzeć nie był kryształowy. Zaczął od walki w powstaniu, zsyłki. Potem jednak po drodze był utrzymankiem bogatej żony i handlował bronią, wikłając się w średnio legalne układy. Poznajemy go, gdy stać już go na bycie bogatym romantykiem. Zupełnie jak polscy bogaci przedsiębiorcy ;) Zaczynali od szczęk na bazarze i nie do końca jasnych układów, a dziś brylują na salonach :)

Mnie za to zastanowiło, że skoro seriale zastąpiły klasyczną powieść, to jaka teraz będzie rola literatury? Opowiadania, eksperymenty formalne? A może trzeba się doszkolić i pracować jako scenarzysta :)

Drugie spotkanie przebiegło pod hasłem "Wiek XIX i anachronizmy we współczesnej kulturze popularnej". Chodziło o to, jak z dzisiejszego spojrzenia interpretowane są pewne elementy z życia XIX wieku i jakie wynikają z tego pomyłki. Na przykład pomyłki w tłumaczeniu z obcego języka, gdy ktoś słowo "grandfather clock", czyli zegar stojący, przetłumaczył jako zegar po pradziadku :) Lub w grze słów w rozmowie pomiędzy bohaterami, rzecz dzieje się w 1818 roku, padają słowa semafor i Serafin, gdy semafor został wynaleziony trzy dekady później.

To te drobne pułapki, w które może wpaść pisarz porywający się na tekst umiejscowiony w odległych czasach. Gdy trzeba sprawdzić czasem najdrobniejsze detale - od budynków, po ubiór, przedmioty życia codziennego, poprzez zwroty jakie wtedy były w użyciu, czy reguły życia towarzyskiego. Kolejny przykład z pewnej powieści - "stangret wprowadził go do salonu". Dlatego jak nigdy nie ryzykowałam napisania, nawet krótkiego, tekstu osadzonego w innej epoce, bo cały czas bym roztrząsała, czy tak to powinno wyglądać, czy tak wolno się było odezwać :)

Przy okazji dowiedziałam się, że w XIX wiecznej Anglii mężczyzna nie mógł zerwać zaręczyn :) Mógł zostać przez opuszczoną pannę pozwany o niedotrzymanie obietnicy, która skutkowała jej zmarnowaną młodością i straconymi złudzeniami :) Tak, czasy zmuszały wtedy mężczyzn, do bycia mężczyznami :) Okazało się, że w zapiskach Prusa jest wzmianka o pewnym młodzieńcu, który pozwał byłą narzeczoną o zerwanie przez nią zaręczyn i wygrał proces :) Wygrał odszkodowanie w wysokości jednego szylinga. Nie było równouprawnienia nawet wtedy :)

Miły dzień. Wyszłam z domu na trzy godziny. Potem zrobiłam szybkie zakupu i resztę dnia przeleniouchowałam.

niedziela, 29 września 2013
Festiwal Nauki - po weekendzie kolejnym

To był mój weekend z dzieckiem, ale znalazłam sposób wyrodny by wyrwać się na jakieś wykłady Festiwalu Nauki. Podnajęłam nastoletnią córkę przyjaciółki do opieki nad Wiertką :)

Ostatnie wykłady w biegu. Najpierw w Instytucie Badań Literackich spóźniłam się na wykład "Czego nie wiemy o utworach literackich, które czytamy". Byłam zła za to spóźnienie, bo - by wyrobić się na kolejne spotkanie - musiałam wyjść po niecałej godzinie. Okazało się, że to wydarzenie trwało tylko godzinę i nie popełniłam nietaktu. Krótki czas, tylko trzy przykłady. Wszystkim się zazwyczaj wydaje, że dramat, powieść, którą się czyta zostały wydane jako wersje ostateczne i nieodwołalne. A niekoniecznie. Pierwszym przykładem była "Moralność Pani Dulskiej", gdzie na deskach teatru krakowskiego Dulski spacerował na Kopiec Kościuszki, a lwowskiego - na Zamek. I tak w dwóch wersjach wydawana jest sztuka. Nie wiadomo, która jest pierwotna. Inne przykłady podsuwają czasy cenzury, która cięła i zmieniała teksty. Gdy wiatry historii zmieniały kierunek, wydawano wersje pierwotne, czasem nie poddane redakcji, więc także niekoniecznie w takiej formie, w jakiej mogły się na prawdę ukazać. Przeglądaliśmy jeden z tekstów Konwickiego, z naznaczonymi wyciętymi zdaniami. W jednym momencie był to wycięty cały ogromny fragment o... starszym bracie ;) O tym, że Konwicki rodzeństwa nie miał, ale ma refleksję na temat posiadania starszego brata, jako tego który rządzi, dyryguje, wymusza siłą. A zmienia się to, kiedy pojawia się drugi starszy brat, broniący młodszego. Fajnie jest mieć dwóch starszych braci. Ciekawe dlaczego wycięli ;D

Na koniec jeszcze trochę o "Kartotece" Różewicza, w której to autor wprowadzał zmiany - drobne lub większe - niemal w każdym nowym wydaniu. Nie ma jednej "Kartoteki". I to nasunęło mi refleksję - skoro nawet Różewicz nie oparł się pokusie, by nie ruszać dzieła napisanego, zamkniętego, wydanego, to może i ja. Wydałam jedną rzecz, ale dziś wiem, że jest jak obcisłe lycry z początku lat 90tych - nosiło się, ale dziś człowiek stara się o tym zapomnieć. Rzecz wymaga lekkiego przeredagowania, drobnych poprawek. Ale wydane, puszczone w obieg, więc trudno. Inaczej co chwila by człowiek chciał to zmieniać. Nie ma ostatecznej, idealnej, zaakceptowanej wewnętrznie wersji tekstu. Jest tylko dotarcie do ściany, gdzie wiesz, że trzeba jeszcze poprawiać, ale nie wiesz co, albo nie masz sił.

Tego dnia posłuchałam jeszcze opowieści o dynastii rodu z zamku Zollorn, czyli o Hohenzollernach.

Dziś kusił mnie wykład "Przez żołądek do Polaka, wzory kulinarne a tożsamość" - miało potencjał. Na niedzielny wieczór nastolatki ciągać nie chciałam, poprosiłam o pomoc Byłego. Niestety, za późno połapałam się, że on ma przecież problemy z pamięcią krótkotrwałą. Zadzwoniłam, że już muszę wychodzić i okazało się, że zapomniał. Gorzej, że Wiertka od rana pytała o tatę i powiedziałam jej, że ten przyjedzie. Chwilę wcześniej wybudziłam ją z miłej drzemki mówiąc, że tata zaraz będzie. I miałam płaczące dziecko. Nawrzeszczałam na Byłego - zgodnie z jego radą. Cóż z tego, że ową radę dał mi kilka lat temu, mówiąc bym nie tłumiła gniewu tylko krzyczała jak on. To proszę bardzo. Nie tłumię gniewu.

A dziś wchodząc na bloga by napisać ten tekst przeżyłam chwilę grozy. Zobaczyłam licznik ostatnich wejść tutaj z jakiejś forumowej dyskusji. Przestraszyłam się, że ktoś wrzucił linka z komentarzem typu "ale głupia", "co za wstyd", "to straszne". Ale nie, to tylko jedna z czytelniczek znana mi z innego forum zarekomendowała jeden z wpisów :) Wizja "hejtu" została oddalona :)

O weekendzie od strony Wiertki będzie innym razem.

poniedziałek, 23 września 2013
Życie zamknięte w 80 zeszytach

Można pójść na 10 takich sobie spotkań Festiwalu Nauki, ale warto by nie przegapić takiego jednego. "Co kryją w sobie dzienniki intymne i czy na prawdę są intymne" w Instytucie Kultury Polskiej.

O dziennikach, wspomnieniach można dyskutować na różne sposoby. W taki sposób, jak teraz, nie patrzyłam. Każdy tekst zapewne powstaje inaczej, ale omawiane było powstanie dwóch podobnych - dzienników Anne Frank i Marii Dąbrowskiej. Dlaczego podobnych? Bo obie pisały jednocześnie dwa dzienniki, a wydano jeden paczwork z dwóch pisanych reklamując jako "jedyny, prawdziwy" :)

Anna zapisywała swój intymny zeszyt rozważaniami dojrzewającej dziewczyny, gdy - jako odpowiedź na odezwę usłyszaną w radiu, by dać świadectwo złu wojny - zaczęła go przepisywać, ale kładąc akcent już na kwestie tożsamości, lęku, strachu. Maria pisała swój dziennik przez kilkadziesiąt lat i gdzieś w połowie tego okresu także zaczęła go przepisywać. Przepisywany tekst różnił się od pierwotnego, bo pewne rzeczy usuwała jako burzące kompozycję literacką lub burzące jej poczucie osoby przyzwoitej. Te drugie fragmenty starannie zaczerniła, by nigdy to na jaw już nie wyszło (prowadzący wysnuł przypuszczenie, że prędzej czy później w świecie po "plotku", ktoś spróbuje te fragmenty odczytać).

I takim sposobem obie panie zapisywały dzień aktualny i opracowywały jakieś dni, które już były. Masa pracy.

I w obu przypadkach wydano kompilację tego co "przepisane" i wygładzone, a tym, co zostało jako "żywe", nie utemperowane.

To nie jest jedyny sposób na pisanie powtórnie dziennika i jeden z dowodów na to, że to co czytamy w druku, to tylko lukier na torcie. Być może tort byłby smaczniejszy.

Uświadomiłam sobie, że po części robię coś podobnego - blog to dziennik publiczny, gdzie mam "twarz". W domu, ręcznie robię zapiski intymne, gdzie mam "mięso". Przez kilka miesięcy, tak jak one, tylko, że równolegle czasowo pisałam "twarzą" i "mięsem". Dziś bloga kopiuję do domowego archiwum i tylko uzupełniam. Za dużo mam życia w życiu. Co Anne zostało brutalnie odebrane, a od czego Maria sama się odcięła.

Przypadek Dąbrowskiej dał mi jeszcze jedną refleksję. Miała podobno poczucie klęski jako pisarka. Autorka "Nocy i dni"! Nie była w stanie napisać już nic więcej tak dobrego. Praktycznie nic nie dała rady stworzyć. Jedynie dziennik. Jasne. Pisząc na gorąco i przepisując, to co było - jak mogła znaleźć czas i energię na kreację bytu nierzeczywistego? Tak jak to teraz ja robię. Pisanie dziennika to czarna dziura wciągająca energię literacką.

Tyle, że Dąbrowska wyrobiła sobie pisarską pozycję i może być znana ze swoich spisanych 51 lat życia w 80 zeszytach. Kto przeczyta moje ponad 20 zeszytów? Bo jakoś tyle ich teraz jest. Za pół roku będzie moich 25 lat zamkniętych na kartkach.

A moim wstydliwą rozrywką jest, co jakiś czas, lektura któregoś z zeszytów. A jeszcze bardziej wstydliwe jest to, że uważam to za wciągającą lekturę :D

Smaczków dziennikowych było jeszcze kilka na tym wykładzie, ale to sobie pozostawię w notatkach :)

Uwieńczeniem były zapiski Janiny Turek. Ale jej chyba poświęcę kiedyś oddzielny wpis, jak kiedyś Mariusz Szczygieł poświęcił oddzielny reportaż, a jedna ze studentek pracę magisterską. Niby zwyczajna kobieta, a spisała drobiazgowo 57 lat swojego życia.

niedziela, 22 września 2013
Festiwal Nauki - po weekendzie

Chodzę na wykłady Festiwalu Nauki od kilkunastu lat i siłą rzeczy część wykładów już mnie nie interesuje. W dodatku ta jesień spadła na mnie jakoś tak nagle, bez aklimatyzacji. Plany były większe, ale byłam w ten weekend na dwóch wykładach.

Wczoraj "Współczesne media w Polsce" - brzmiało bardzo ciekawie, bardzo interesująco. Okazało się, że był to jeden z punktów dnia otwartego tej uczelni, nie wiedzieć czemu podpięty pod FN. Byłam najstarszą osobą na sali, reszta mogłaby być moimi dziećmi. Dziwne uczucie. Wystąpienia były w klimacie - jaki mamy świat mediów, jacy dziennikarze teraz się rodzą. A goście byli ciekawi - red. Bogusław Chrabota, red. Jarosław Kuźniar, red. Jarosław Gugała oraz profesorowie uczelni. Dyskusja pomiędzy panami była ciekawa, ale najlepiej zapamiętałam idealistyczne myśli Gugały, który wierzy w stałe wartości dziennikarskie i te błahe, czyli zmieniające się nośniki. Nie zauważa, że właśnie te nośniki - twitter, FB, krótkie newsy zmieniają same wiadomości, selekcjonują je, kastrują. Chrabota zwrócił uwagę, że twitter zabija dziennikarstwo, bo dziennikarze, politycy podają ważne informacje na prywatnych kontach zanim te trafią do ogólnych mediów. Po co więc gazety? Po co portale informacyjne?

Na koniec panowie zainteresowali się, czy sala miałaby jakieś pytania. Rzucili prowokująco, że przyszły dziennikarz musi mieć odwagę zadania pytania osobie, która go onieśmiela swoim stanowiskiem i doświadczeniem. Przyszłe tuzy dziennikarstwa nie podjęły wyzwania. Ja także. Na szczęście, dziennikarką chciałam być 18 lat temu i po nie zdanym egzaminie predyspozycyjnym przeszło mi. Co ciekawe, w kilka lat później, ów predyspozycyjny zdałabym z palcem w tyłku - lata doświadczeń życiowych. To nasunęło mi refleksję, że może wiek maturalny, to za wcześnie na wchodzenie na studia dziennikarskie i te powinny być podparte bazą licencjacką na jakimś innym kierunku. Refleksja przyszła już po wyjściu z sali.

Moje inne spostrzeżenie. Panowie redaktorzy mieli za sobą doświadczenie pracy w radiu, przed kamerą, zajęcia na uczelni aktorskiej - pracę z głosem, dobrze ustawionym głosem. Za takim niskim głosem poszłabym niczym szczur za fletem szczurołapa z Hameln. Panowie, zamiast na jakieś warsztaty NLP, idźcie po prostu na ćwiczenia w emisji głosu ;)

Dziś przed południem miałam do wyboru: "Motyw sakiewki w literaturze angielskiej" albo "Przesłuchanie, to nie takie proste" (o procedurach sądowych). Oba wykłady o podobnej godzinie, w dwóch różnych miejscach. Zwyciężyła jednak chęć spokojnego zjedzenia śniadania w łóżku, rozkoszowania się lekturą "Historii brudu" (dziękuję sokramce za pożyczenie). Za to po obiedzie podjechałam na wykład, którego nie miałam w planach, ale pomyślałam, że czemu nie. Historia dynastii Wettinów z Saksonii, znanej u nas dzięki dwóm przedstawicielom na polskim tronie - Augustowi II Mocnemu i Augustowi III. Dzieje rodu były zawiłe i roiło tam się od mężczyzn o imieniu Fryderyk i zmiennej liczbie porządkowej. W podziale dzielnicowym (czyli dziedziczy każdy syn, nie tylko najstarszy) poszli dalej niż my, bo w XVIII wieku terytorium składało się z 350 bytów politycznych, a mapka wyglądała kolorystycznie jak sałatka warzywna.

Po wykładzie pojechałam po Wiertkę do jej ojca. Gdzie nie zastałam nikogo. Telefonów także nie odbierał. Już zaczęłam się bać, że mieli wypadek, mała leży w jakimś szpitalu i nikt nie wiem, że ma się ze mną skontaktować. Albo ją porwał. Nie wiem po co. W końcu Były zadzwonił, zdziwiony, bo przecież mówił, że wyjeżdżają. Zdanie wypowiedziane w sobotni ranek: "Wezmę jej czapkę, bo wieczór spędzi na świeżym powietrzu" miałam zapewne drogą wielu skrótów myślowych zinterpretować jako "Jedziemy do sąsiedniego województwa". Na Peruna, znam kilkanaście miejsc w Mieście, gdzie w sobotni wieczór można być na świeżym powietrzu.

Dobra. Byle teraz bezpiecznie wrócili.

niedziela, 23 września 2012
Moj Festiwal Nauki, dzień 1

Zaczyna się najfajniejsze wydarzenie jesieni, na które czekam rok, od pierwszegto dnia jak tylko zakończy się aktualna edycja :) Festiwal Nauki. Choć lata lecą i coraz rzadziej słyszę coś nowego, to czekam i chodzę na wykłady :) Od ponad dziesięciu lat. Gdy się jeszcze dało, Wiertkę też zabierałam i raczkowała gaworząc po sali, gdy prowadzący opowiadał o oględzinach miejsca zbrodni i zwłok :D

Wczoraj kuzynka miała zająć się małą. Kuzynka jak zwykle zaspała, jak zwykle mocno się spóźniła i biedna zobaczyła mnie w fazie mojej furii, czyli z papierosem w zębach i wściekłym spojrzeniem. Wystawiła mnie tak już chyba trzeci, czy czwarty raz.

Najpierw "Goerge Sand w oczach polskiej chopinologii" prowadzone przez panią Nadanę. Dla mnie zbyt pobieżne i zbyt skrótowe, ale podała sporo fajnych cytatów z biografii, monografii dotyczących Chopina, gdzie on jest wrażliwym, delikatnym, umierającym artystą, a ona lubieżną  (to bardzo ważne), wyrachowaną, wybuchową kobietą :) To początek planowanej większej pracy, która ma zostać wydana jako książka, więc zapowiada się ciekawie. Życie genialnego pianisty, ale z perspektywy kobiety, która poświęciła mu kilka lat życia.

Potem na Zamku Królewskim "Paryż wart jest mszy: Burbonowie na tronie Francji" prowadzone przez p. Szczuckiego (program nie podaje imion, ani ewentualnych tytułów naukowych). Spotkanie nie dla pasjonatów tej dynastii, ale bardziej dla ludzi, których historia interesuje, historia od strony relacji dynastycznych i chciałby sobie po latach jakieś informacje odświeżyć. Wbrew tytułowi było o wielu gałęziach Burbonów - francuskiej, hiszpańskiej, orleańskiej, sycylijskiej, neapolitańskiej (ta miała chyba inne określenie).

Wróciłam do domu i wyciągnęłam dziecko jeszcze na święto niedalekiej ulicy organizowane przez organizacje pozarządowe. Rok temu też się tam bawiłyśmy.

Dziś rano kuzynka napisała SMSa, że jest przeziębiona. Trudno, choć bym się nie zdziwiła, gdyby znowu zaspała i po prostu bała się pokazać mi na oczy :) Szkoda, bo liczyłam się z tym i najwyżej jedną rzecz bym opuściła :) Muszę odżałować dwa wykłady w SWPS na temat pięknych twarzy i autystyków w filmach fabularnych oraz opowieść o Romanowach na Zamku Królewskim i opcjonalnie - o różnych nawykach zachowania przy stole, różnicach kulturowych i historycznych (na macierzystej uczelni). Trudno, to miał być mój weekend z dzieckiem, więc i tak pewnie bym się na te spotkania nie wybrała. Za tydzień będę miała okazję, choć akurat wtedy jest mało fajnych wykładów.

Za to zostałam postawiona przed perspektywą długiej niedzieli z dzieckiem. Nastawiłam się na aktywność, dłuższe wyjście z domu. Aż przypomniałam sobie drobiazg - przecież mamy pod bokiem ZOO, ostatni raz byłyśmy tam na początku lata, a to zapewne ostatnia szansa by tam zajrzeć przed końcem sezonu. Jestem zmarźluchem, mającym sobie jakieś przypadkowe mutacje śródziemnomorskie i od października nie dam się namówić na spacery dłuższe niż godzina.

W najbliższej przyszłości zapowiadam wpis "wózkowy", czyli o tym jakie to moim dziecko jest fajne oraz - absolutna premiera - trochę o moim miejscu pracy. Mojemu szefowi i jego sposobowi prowadzenia firmy można by nawet i powieść poświęcić, ale chyba nie byłby tym zachwycony.

środa, 21 września 2011
Festiwal Nauki cz. 2 i 3

Wczoraj była na dwóch wykładach.

Pierwszy, "Kobiece rytuały przejścia" był pomyłką. Nie tego oczekiwałam, nie tego się spodziewałam. Prowadząca skupiła się na współczesnych rytuałach przejścia - balach debiutantek, Bat Micwie, bractwach studenckich. W związku ze zbliżającym się wydarzeniem, które przygotowuję potrzebuję informacji o starszych inicjacjach.

Za to drugi wykład, "Błędy w zeznaniach naocznych świadków", był niesamowity, choć sam temat mógł zapowiadać nudne sprawozdania. Tego wieczoru, o tej samej porze, nakładały się trzy bardzo fajne wykłady i miałam znowu problem z wyborem. Tym razem wybrałam super.

Zrobiłam fajne notatki, by kiedyś do tego wrócić, ale tu streszczać ich nie zamierzam. Ważne jest, jaką informacją prowadząca (dr Katarzyna Hamer) rozpoczęła wykład - w USA 85% skazanych na podstawie zeznań świadków okazało się, po badaniach DNA, niewinnymi. W Polsce te statystyki nie są lepsze, a być może są bardziej pesymistyczne. W 1980 roku przeprowadzono w jednej z nowojorskich stacji telewizyjnych eksperyment - pokazano w wiadomościach krótki film, na którym mężczyzna wyrywa kobiecie torebkę, a potem zdjęcia sześciu podejrzanych. Widzowie mieli za pomocą audiotele wytypować właściwego podejrzanego. Zaledwie 14% z nich wskazało właściwą osobę. Wynik niższy, niż gdyby typowali losowo (16,7%)...

Potem sami na własnej skórze doświadczaliśmy, że "bycie świadkiem" nie jest proste. Patrzyliśmy przez 15 sekund na pewne zdjęcie. Potem staraliśmy się przypomnieć szczegóły. Okazało się, że je zapamiętałam mężczyznę z doniczką w ramionach, dwie kobiety i kogoś z aparatem fotograficznym, gdy tak na prawdę na zdjęciu to ten mężczyzna miał aparat, a doniczkę jedna z dwóch kobiet. Na drugim planie obrazka kieszonkowiec wyciągał mężczyźnie portfel z kieszeni. Zaraz zobaczyliśmy zdjęcie z szóstką mężczyzn i mieliśmy wytypować złodzieja. Trafnie udało się... może z 1/5 sali. A przecież - w przeciwieństwie do prawdziwego świadka - od "wydarzenia" do "okazania winnego" minęła minuta, wiedzieliśmy, że musimy uważnie oglądać zdjęcie, nie znajdowaliśmy się w stanie stresu, itp.

Jeszcze inne ciekawe ćwiczenie - popatrzyliśmy na zdjęcie miłego mężczyzny, a potem mieliśmy spróbować odtworzyć jego portret pamięciowy. Patrząc na rozsypane różne "oczy", "nosy", "uszy", człowiek nagle gubi się i już nie wie, co jest prawdą, co mu się wydawało.

Było sporo o czynnikach sprawiających, że świadkowi trudno jest dobrze coś zapamiętać, co wpływa na to, że jednak jego zeznanie staje się bardziej wiarygodne, o sprawie Steve'a Titusa (długo by pisać) Taki wykład powinni zaliczyć policjanci i pracownicy wymiaru sprawiedliwości.

Fascynujące półtorej godziny.

Przypomniała mi się polska słynna sprawa, gdzie nie wiadomo kto mówi prawdę, kto co zapamiętał - sprawę butiku Ultimo.

Pamiętam jak trzech chłopaczków napadło mnie i wyrwało torebkę - ani dziś, ani chwilę po napadzie nie byłam w stanie opisać jak wyglądali, jakie mieli twarze. Ściana. Pewnie czasem mijają mnie na ulicy.

I to koniec mojej przygody z Festiwalem Nauki w tym roku. Po pierwsze tata Wiertka gna w inny koniec kraju i nie będzie go tydzień. Po drugie, teraz pobędę trochę z dzieckiem, które przez trzy dni z rzędu widywało mnie tylko o poranku po przebudzeniu.

wtorek, 20 września 2011
Festiwal Nauki, cz.1

Uwielbiam Festiwal Nauki. Co roku czekam z niecierpliwością na nowy program i układam sobie grafik wykładów ;)

Rok temu udało mi się chodzić z Wiertkiem. Jedno spotkanie przespała, w czasie dwóch innych raczkowała zawzięcie po sali. W tym roku odpada, została z ojcem.

Szybko o wczorajszym wykładzie, który zapewne miał rekordowo długi tytuł ;) - "Co kryje twarz? Emocje, kłamstwo i inne rzeczy, które chcemy ukryć, ale widać je na twarzy".

Podejrzewałam, że usłyszę rzeczy w sumie mi znane i prawie się nie zawiodłam :) Część tych rzeczy czujemy, wiemy intuicyjnie albo gdzieś się o tym czytało.

Jednak po raz pierwszy usłyszałam o "efekcie Kuleszowa" - jak kontekst sytuacji wpływa na interpretację wyrazu twarzy. Kuleszow zmontował trzy filmiki (lata 20-te albo 30-te XX wieku) - scena z wyrazem twarzy + scena z talerzem smacznej zupy, scena z wyrazem twarzy + scena z trumienką z dzieckiem, scena wyrazu twarzy + scena skąpą odzianej pani. Wyraz twarzy był uradowany, zasmucony lub podniecony. Tylko, że... za każdym razem była to ta sama twarz, ta sama scena. To kontekst kolejnej sceny sprawiał, że inaczej interpretowano jej wyraz. Po latach powtórzył to Hitchcock.

Było też o mikroekspresji, czyli o tym, że przez ułamek sekundy nasza twarz pokazuje prawdziwą emocję, a dopiero potem wchodzi autokontrola. Fajnie to było widać, na filmikach pokazywanych w zwolnionym tempie - ludzi na ulicy pytano o szczęście, smutek, a ich twarze przez krótki moment wyrażały prawdę ;)

Jest taka scena, a propos mikroekspresji, w "Przeminęło z wiatrem", gdy Scarlett widzi Rhetta - przez jej twarz przemyka cień radości, ale szybko przykrywa go obojętnością i nadąsaniem  :)

I tak dalej, i tak dalej :) Mnóstwo sztuczek, jak grać szczęśliwą pomimo ;)

Tym bywa intuicja - gdy nasz mózg widzi te mikroekspresje, ekspresje tłumione, zbyt symetryczne, błędne przebiegi we czasie, ale pozornie słyszymy, że wszystko jest ok, co nam się u licha nie podoba ;) Tak bywa, gdy osoba w depresji, nie widzi, że rozpada się jej związek, bo nic nie widzi, tylko swoje nieszczęście.

Tagi