To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

piątek, 06 października 2017
Dziecko, a ortodonta

Będzie wpis z całej serii pod hasłem „Z dzieckiem u lekarza”. Ten sponsoruje ortodonta. A tak naprawdę, to pieczę finansową trzyma Narodowy Fundusz Zdrowia oraz moje ubezpieczenie medyczne, bo wydeptałam ścieżkę do państwowego specjalisty. Mimo moich obaw, terminy nie były mordercze – w marcu dostałam dla dziecka termin na koniec czerwca. Wiertka była wtedy u pani doktor ze swoim tatą. Miała obejrzane uzębienie i zapisany aparat – terminy zdjęcia miary, przymiarek na wrzesień i teraz odbiór aparatu na początku października. Na dwóch ostatnich wizytach byłam z córką ja.

 

Bałam się, że będą kłopoty z noszeniem aparatu. Wiertka na wspomnienie o nim od razu robiła się smutna i zaczynała się bać, że dzieci będą się z niej śmiać. A ja się obawiałam, że jak uprze się, że nie będzie go nosić, to nic jej nie zmusi. Bo jak – wcisnę jej na siłę i zaceruję usta? Strzeliłam jej nawet pouczającą mowę o tym, jak to ja bym z chęcią nosiła aparat, bo krzywe zęby niszczą mi zdrowie, ale nie mamy tyle pieniędzy.

- Chcę żebyś miała lepsze życie niż ja, żebyś była zdrowsza i ładniejsza.

- Ty jesteś ładna, mamo.

Miło słyszeć takie rzeczy :)

Obawy okazały się na wyrost. Wiertka już schodząc z fotela dentystycznego była podekscytowana, co chwila przymierzała aparat, kupiłyśmy po drodze pudełeczko do jego przechowywania. Od razu chciała iść w nim do szkoły, ale i wychowawczyni, i ja odwiodłyśmy ją od tego pomysłu. W szatni skupiła na sobie uwagę innych dzieci i robiła zamieszanie.

I to był dobry pomysł. Zamierzenie jest takie, że Mała ma poprzymierzać sobie aparat, trochę pochodzić w domu, potem wydłużyć to na czas snu. Aparat wkłada z entuzjazmem i cieszy się z niego. Tylko, że jest dziwnie. Na razie mówi w nim tak niewyraźnie, że z trudem lub w ogóle jej nie rozumiem. Tak nie można jej wypuścić do szkoły, bo będzie z tego tylko przedstawienie i znowu nauczyciele się zapienią. Ciężko jej przełykać ślinę, próbowała z nim pić wodę. Liczę, że z biegiem dni, będzie nosić go coraz dłużej i coraz sprawniej. Wczoraj Wiertka była z tatą i on jest zaniepokojony, że ten aparat jest tak jakby za luźny w szczęce – nie wygląda to, jak z tymi dla dorosłych, gdzie mocno oplata szczękę. Za kilka tygodni mamy wizytę kontrolną, więc dopytam o kilka rzeczy.

 

Tagi: córka lekarz
15:13, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 września 2017
Wychowawczo, cz. 2

Nie chciałam robić poprzedniego wpisu zbyt rozwlekłego. A teraz mogę napisać, co konkretnie czasami wydarza się w szkole i co moje dziecko ma do wyjaśnienia na dany temat. Zdarza się, że Wiertka mówi po prostu „nie wiem”. Dlaczego to zrobiła, dlaczego tak się zachowała? Nie wiem. Po prostu to zrobiła.

 

Chodziła pod ławkami – bo koleżanka ją zawołała, więc poszła do niej. Czy koleżanka dostała uwagę? Jasne, że nie. Tłumaczę, że to pani decyduje, co się na lekcji robi, nie koleżanka.

Rozbiera się na lekcji – bo było jej gorąco. Znowu tłumaczę, że takie rzeczy robi się w łazience, na przerwie. Dla niej przerwa będzie za wieki czasów.

Dzieci miały narysować deszczową pogodę, a ona narysowała kolorowy obrazek. To była deszczowa pogoda, tyle że kolorowa. Jej deszcz był kolorowy. Przypominam sobie, że wychodząc tego dnia do szkoły, wiedząc, że będą mieli plastykę, Wiertka powiedziała, że chce malować kolorowe obrazy.

Na lekcji, robi z ćwiczeń zadania do przodu, tak że potem nie można się połapać, co było na lekcji, co jest zadane. A czasem nie robi nic. Bo chce mieć ćwiczenia z głowy i móc zająć się rysowaniem komiksu. Albo gazetki. Albo kroniki szkolnej. Pokazywała mi swoje prace w domu.

Rozśmiesza dzieci, popisuje się, skupia na sobie uwagę. Na przykład ma przenieść coś ze stoliczka pod oknem do swojej ławki i niesie to w zębach. Pani tłumaczy coś dzieciom, stojąc przy drugiej ławce, a siedząca za nią Wiertka też wstaje i imituje jej ruchy, słowa. Bo ona lubi rozśmieszać ludzi, chciałaby być klaunem, jak dorośnie. A pani nie przedrzeźniała, tylko chciała być taka jak ona.

I tak bez końca. Wygląda to tak, jakby – jeśli chodzi o zachowanie i dobre maniery – moje dziecko było pozbawione pamięci długotrwałej. Niczym rybka Dori. Jest pomysł – jest natychmiastowe wykonanie. Wychowawczyni oczekuje, że po dwóch latach szkolnej socjalizacji, dziecku wreszcie te normy utrwali. A tu nic.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 27 września 2017
Wychowawczo

Wrócę wreszcie do spraw szkolnych. Mam za sobą wywiadówkę szkolną dwa tygodnie temu i krótką rozmowę z wychowawczynią tydzień temu, i rozmowę telefoniczną z pedagogiem szkolnym, i kilka rozmów z dziećmi z klasy. Z dzieciakami to stąd, że gdy przychodzę po Wiertkę, zazwyczaj jakieś dziecko podchodzi do mnie i opowiada, co moja córka dziś nawywijała.

 

Od wychowawczyni usłyszałam cała listę skarg. To już trzecia klasa, a zachowanie się nie poprawia, a nawet pogarsza. Już nawet nie mam ochoty rozpisywać się. Chodzenie po klasie, rozbieranie, gadanie, śmianie, skupianie na sobie uwagi dzieci, rozśmieszanie ich, popisywanie się, nie wykonywanie poleceń, okazywanie złych humorów wobec nauczyciela (zmuszona do czegoś, zamiast położyć na stoliku pani swój zeszyt, prawie go rzuciła). Trzeba dawać dziecku leki na wyciszenie. Pedagog tłumaczyła mi, że Wiertka jest cała rozedrgana w większej grupce dzieci, rozkręcona, nabuzowana od nadmiaru bodźców.

Starałam się być rozumiejąca, współpracująca ze szkołą, ale w którymś momencie poczułam się gdzieś przy ścianie. I, że jakaś granica się przesuwa, bo już nie tylko dziecko jest łajane, ale także ja. Bo to ja dopuszczam do takiego zachowania dziecka. Słyszę, że mam stawiać granice, zabraniać, nie pozwalać na wszystko. Słyszę po raz tysięczny. A przecież stawiam granice i nie pozwalam na wszystko. W dodatku, wychowawczyni, zarzuciła mi, że mam zbyt partnerskie relacje z dzieckiem. Może rzeczywiście nie jestem typową Matką. Często zdarza mi się być przy dziecku żartobliwą i sarkastyczną. Może nie powinnam? Bo dziecko strzeli sarkazmem w szkole i nauczyciele nie wyczują. I Wiertka sama z siebie jest typem dziecka, które nie wyczuwa granic pomiędzy sobą, a dorosłym. Dorosły może uznać, że nie jest odpowiednio poważnie przez moje dziecko traktowany. Inny może stwierdzić, że to bardzo śmiała i kontaktowa dziewczynka.

Cały wpis byłby zbyt obszerny, więc może jutro podam kilka przykładów zachowań mojego dziecka i tego, jak sama Wiertka wytłumaczyła mi swoje zachowanie.

Pomyślałam też jedno. Starsza siostra Wiertki też miała ADHD. Tyle, że policzyłam szybko. Gdy jej brakowało trzech miesięcy do ósmych urodzin (dziecko majowe), kończyła dopiero pierwszy semestr I klasy. Nauczycielka dopiero sygnalizowała, że dziecko jest nadpobudliwe i dopiero zaczynały się wizyty u psychologa. A moja córka, na tym samym etapie, zaczyna III klasę, ma za sobą cztery semestry bycia krytykowaną przez wychowawczynię. I oczekuje się od niej, że wreszcie będzie grzeczna. Przecież gdyby Wiertka urodziła się trzy tygodnie później (w styczniu 2010), teraz zaczynałaby dopiero I klasę! Czy oni tego nie widzą?!

Efekt jest taki, że jestem zła na szkołę. Na dziecko też, ale na szkołę trochę bardziej. Potrafią tylko robić listy zarzutów. Każde spotkanie kończy się wysłuchiwaniem,  jaka to moja córka jest zła i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Oraz komentarzem, że za kilka lat nie poradzę sobie z dzieckiem. Autentycznie nie mam ochoty pojawiać się już na wywiadówkach. Niech chodzi na nie jej ojciec i robi mi notatki. Zaczęłam rozważać zmianę szkoły po III klasie. Nie dlatego, że w nowej moje dziecko magicznie zrobi się grzeczne. Do tego miejsca straciłam serce. Wiem, że za Wiertką będzie się ciągnęła opinia dziecka trudnego, krnąbrnego, z problemami. Na starcie będzie tak odbierana. Sama pamiętam to z dzieciństwa. Byłam małym kujonem i gdy koło VI klasy przestałam się uczyć, nadal dostawałam dobre stopnie. Moje koleżanki, ciężej pracujące ode mnie, wiedzące równie wiele, dostawały stopnie gorsze, bo na wcześniejszym etapie nauki miały słabsze oceny. Już wtedy, jako nastolatka, widziałam tę zależność i z premedytacją czerpałam z tego korzyść.

A najsmutniejsze, że wie to też już moje dziecko. Z naszej rozmowy w tym tygodniu:

- I dostaniesz wtedy uwagę od pani. – coś skomentowałam.

- Przecież i tak dostanę uwagę. – odpowiedziała Wiertka.

Moja córka wie, że cokolwiek w szkole nie zrobi i tak zostanie to negatywnie odebrane.

 

15:33, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
piątek, 22 września 2017
Na każdego czeka książka, która go uwiedzie

Czasami widzę światełko w tunelu, jakim jest moje dziecko J

Wypożyczyłam nową partię książek do czytania. Wśród nich jest jedna opisująca Japonię – historia, kultura, obyczaje. Dużo graficznych ilustracji, duża czcionka. Myślałam, że takie jest zamierzenia – estetyka, te sprawy. Po powrocie do domu, zorientowałam się, że to książka dla dzieci J Prostsza składnia zdań, zwracanie się do czytelnika w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nie przejęłam się tym, bo fajnie opisane, ciekawe, piękne ilustracje. Pochwaliłam się tą książką dziecku. I wzięła ją przejrzeć w drodze do toalety. Tak, ma dziecko z gatunku tych, które lubi sobie dłużej tam posiedzieć i coś poprzeglądać. I okazało się, że ją to zainteresowało. Przeglądała, bo obrazki. A obrazki mają odnośniki do opisów. Nie czytała od pierwszego rozdziału, tylko kartkowała i jak zobaczyła ciekawy temat, to czytała – na przykład rozdział o kuchni japońskiej, przepisy, albo część o ubiorze tradycyjnym. W każdym razie, super, że sama z siebie coś czytała i była tym zainteresowana. Jak widać, nie ma dziecka nie lubiącego czytać, tylko nie każde trafiło na tematykę, która je wciągnie.  Tak idealistycznie pisząc.

Z moim bratem było podobnie. Jako dziecko nic nie czytał. Rodzice płacili mu od przeczytanej strony, bo martwili się o jego rozwój intelektualny J Aż, jako wczesny nastolatek, trafił na książki popularnonaukowe – fizyka, chemia, technika. I okazało się, że lubi czytać.

Tak pomyślałam, że może nie każdemu do szczęścia potrzebna jest proza, fabuła, historie. A na to kładzie się wielki nacisk na lekcjach języka polskiego i generalnie w samej idei propagowania czytelnictwa. Z własnego doświadczenia wiem, że to co czytasz mocno wpływa na twój język wypowiedzi, pisania. Uwielbiam reportaże i gdy pisałam tę swoją powieść, to gdzieś tam zdania były tym stylem nasiąknięte. A jak zabierałam się za prozę, to też inaczej już formułowałam zdania. Może więc to zmuszanie do czytania powieści jest po to, by potem obywatel mógł się ładnie i składnie wypowiadać. Jednak jak wypowiada się jak technik, to też przecież świat się nie zawala :)

Nadal mam nadzieję, że na każdego nie czytającego czeka jego książka, która go porwie :)

 

 

czwartek, 14 września 2017
Ciemna jaskinia / dom otwarty

Ballada o moim dziecku nabiera nowych, ciekawych zwrotek, ale część zostawię na oddzielny wpis. Wczoraj Wiertka dała mi nowy temat do przemyśleń. Jak na matkę stanowczo za dużo myślę i to mnie zgubi.

Okazało się, że napisała i już rozdała koleżankom, zaproszenia na pidżamówkę, która ma się u nas odbyć w noc z piątku na wieczór. Koleżanek będzie sześć, ale jedna ma przyjść z bratem. Dziewczyny już się strasznie cieszą, ustaliły gdzie która będzie spać, co będą jeść i że będą oglądać horrory J Mojemu dziecku jakoś wydaje się realne, że na łóżku dziecięcym zmieszczą się dwie dziewczynki i na niemowlęcym materacyku na podłodze (został nam jeszcze ze starych czasów) ta sama liczba osób takoż. Nie pytałam się już, gdzie ja mam niby spać, bo zaraz usłyszę, że reszta przyjdzie ze śpiworami. Mam nadzieję, że rodzice nie wezmą poważnie tych zaproszeń bez mojego numeru kontaktowego J Większość i tak go ma, albo pisze ze mną na FB.

Wytłumaczyłam małej spokojnie, że nie może jeszcze urządzić nocnego przyjęcia, ja wytłumaczę to rodzicom.

- Co ja teraz powiem koleżankom. – popłakiwała.

Przypomniałam jej, że na weekend jedzie do taty, więc ma wytłumaczenie dla koleżanek i żadna nie będzie miała żalu. To się przy okazji dowiedziałam, że ta pidżamówka do niedzieli wieczorem była przewidziana J J J  Popłakiwania, było jej żal, marudziła, że nigdy nie będzie mieć takiego przyjęcia, potem zapomni, a ona tak o tym marzy. Przemyśliwała przez chwilę, by przenieść imprezę do domu taty. Życzę powodzenia J Obiecałam jej, że w najbliższy wolny dla nas weekend pozwolę jej zrobić składkowe przyjęcia dla koleżanek. Będzie to dopiero w październiku, czyli dla niej ogromny szmat czasu. Dała się jednak przekonać.

Pomyślałam wtedy, a jak wspominałam, myślenie mi szkodzi jako matce. Bo ja i Wiertka mamy dwie odmienne strategie towarzyskie. Ja jestem fanką „domu zamkniętego” – jaskini, gawry ściśle strzeżonej, do której wpuszcza się z rzadka, zaufanych ludzi. Tak mam, trudno. Widzę, że Wiertka chyba kieruje się w kierunku „domu otwartego”, gdzie wolny wstęp ma każdy uznany za miłą i fajną osobę. Pamiętam z lat nastoletnich takie koleżanki – jakie by nie były plany na wieczór i weekend, to i tak cała ekipa kończyła siedząc w ich pokoju. Czasami ta wataha młodzieży okupowała dom od 14:00 do 22:00. Już wtedy podziwiałam rodziców moich koleżanek J Dziś mam też koleżanki, które lubią zapraszać znajomych, organizować przyjęcia, spotkania. Podziwiam je, bo też chciałabym taka być. Ale dla mnie wizyta w moim mieszkaniu, to jak we wnętrzu mojego ciała J

Jak wynika, w naszym mieszkanku będą zaraz żyły dwie kobiety mające inne potrzeby i inny zakres intymności. I teraz, co zrobić? Znam sytuacje, gdzie nie ma dyskusji, rodzic decyduje jak będzie wyglądać dom i dziecko ma się podporządkować. Kupi sobie własne mieszkanie, to będzie sobie organizować w nim swoje własne życie. A jak tak nie do końca potrafię. Bo za dużo myślę i rozumiem pragnienie mojego dziecka. I grozi mi, że za kilka lat będę miała w mieszkaniu sforę dojrzewających dzieciaków. Z drugiej strony – będę miała wtedy dziecko na oku. Nie będę się martwić, czy poszła naprawdę do tej koleżanki, do której miała iść, czy wróci bezpiecznie, czy nie włóczy się po bramach. I tak źle, i tak niedobrze J

A co do rodzinnych strategii, to odziedziczyłam borsuczenie po tacie. Moja mama była bardziej w typie Wiertki. Urządzała w domu huczne imprezy, imieniny, gdzie puszczało się na full disco-polo i tańczyło. Wtedy, gdy byłam nastolatką, nazi-muzyczną (tylko rock i grunge) te zabawy doprowadzały mnie do białej gorączki. W ich terminie chodziłam spać do koleżanek. Aż jedna z nich powiedziała mi, że zazdrości mi takich rodziców, bo potrafią się bawić, a jej matka ma kij w tyłku :) 

 

 

Tagi: córka
15:03, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 września 2017
Szkolna Odyseja, edycja 2017/2018

Rozpoczął się nowy rok szkolny i nowa wędrówka mojego dziecka poprzez meandry systemu edukacji. O ile jednak w baśniach, legendach, fantasy to bohatera spotykają przedziwne przygody, smoki i inne stworzenia, tak w tym przypadku, to owa kraina szkolna jest tratowana przez moje dziecko.

 

Piąty dzień nauki szkolnej i już pierwsza uwaga w dzienniczku (w sumie druga, bo pierwsza była już w czwartek, ale o włożonych podręcznikach do szafki, zamiast zabranych do domu, więc łagodnie). Wiertka na lekcji języka angielskiego chodzi po klasie, rozmawia, szczeka i nie słucha się poleceń. Szczególnie, to szczekanie mnie zadziwiło. Wytłumaczyłam, że pani ma za zadanie przekazać wiedzę dzieciom i jeśli ona jej przeszkadza, to te inne dzieci w klasie niewiele się nauczą przez Wiertkę. Pytam się raz, dlaczego tak się zachowywała. Milczenie. Pytam się drugi raz, spokojnie, z cierpliwością. Milczenie i spuszczona głowa, jak u psiaka, który narobił na dywan pod nieobecność właściciela. Pytam się trzeci raz:

- Nie wiem. – wydusiła cicho.

Ona nie wie. A ja mam wiedzieć i dodatkowo jeszcze mieć pomysł, jak ją przekonać do tego, by była grzeczna. Jak mam, u licha, sprawić żeby moje dziecko było grzeczne na lekcji, gdy ono samo nie wie, dlaczego tak się zachowuje?!

Bezsilna, zaczęłam mówić, że zaraz szkoła uzna, że nie jestem kompetentną matką, nie umiem wychować dziecka i trzeba przekazać to dziecko innej rodzinie. Czy Wiertka chce iść do innej rodziny, która wreszcie będzie potrafiła ją wychować? Pokręciła smutno głową. Nie podnosiłam głosu, nie krzyczałam, tylko spokojnie mówiła. Ja nie wiem jakich argumentów użyć. Ona wszystko natychmiast zapomina. Jaki argument może do niej dotrzeć? Wiem, że rozstanie z matką jest argumentem. Choć to okropne. Nie powinnam mówić dziecku takich rzeczy :( Wiem, wiem :(

 

Tagi: córka
15:13, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 września 2017
Z frontu zadań domowych

Będzie kilka historii z odrabiania przez moje dziecko prac domowych. W tym roku, na szczęście, pamięta co jest zadane i zabiera się do tego. Może jeszcze i nie ma co chwalić J

 

W tamtym tygodniu miała ćwiczenie polegające na uporządkowaniu i przepisaniu wyrazów w kolejności alfabetycznej. Takie przypomnienie alfabetu. Ja rzuciłam się szukać wydrukowanej i zalaminowanej kartki z literkami alfabetu (sama ją zrobiłam), z jakiej korzystałyśmy wcześniej. By dziecko nie musiało już w sieci szukać. Podejrzewałam, że bez tej pomocy zadania nie zrobi. Chodzę po pokoju, komentuję głośno, jak szukam, gdzie szukam, że zaraz będzie mogła ruszyć z pracą. Po kilku minutach podchodzę do niej i widzę, że ma już połowę ćwiczenia zrobioną. Razem z opisem był wypisany alfabet J

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Ja tu szukałam po pokoju. – zwracam jej uwagę z lekkim wyrzutem.

- Bo to było takie śmieszne. – odrzekło dziecko.

Taaaaak ;)

 

Tagi: córka
15:11, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 06 września 2017
Szkolnie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Znowu trzeba będzie prasować białą bluzkę na dzień mundurkowy co poniedziałek. Kupiłyśmy nowy krawat szkolny, bo poprzedni został zgubiony. Dostałam go w wersji "wyprostowanej", co oznaczało, że trzeba go było zawiązać.

Zawsze byłam "anty stepfordzkim" typem kobiety, która nie widziała nic intymnego w zawiązywaniu krawatu mężczyźnie. Wszyscy z którymi miałam przyjemność potrafili zrobić to sami. Nie potrafię tego zrobić. Jednak człowieka to czasem dopada. Od czego są jednak tutoriale w internecie. Niestety, nawet filmik nie za dużo mi pomógł. Dopiero przy trzecim ledwo załapałam, o co chodzi. Ja wiązałam krawat na swojej szyi, bohater filmiku na swojej i widziałam akcję w lustrzanym odbiciu. Mój mózg tego nie ogarniał. Na szczęście, Wiertka mi pomogła. Zabijcie mnie, ale nie powtórzę tego ponownie bez filmiku i pomocy dziecka.

Na szczęście, w tym roku szkolnym też wszystkie zajęcia są na pierwszą zmianę. A obawiałam się, że tak nie będzie. Niektóre klasy mają na czwartą, czy piątą lekcję. A jeszcze VII klasy zostały.

Właśnie. Szukając pani pedagog, zapukałam przez pomyłkę do sali VII klasy i zobaczyłam, z zaskoczeniem, w środku kilkoro rodziców. Ja tu się zastanawiam, od której klasy nie przychodzić już z dzieckiem na rozpoczęcie roku szkolnego, a tutaj taka sytuacja. Zaraz jednak pomyślałam, że są zaniepokojeni reformą edukacji i chcą dowiedzieć się szczegółów związanych z programem nauczania, podręcznikami. Pewnie sama bym przyszła na takie spotkanie. Od razu, pierwszego dnia, nie czekała do zebrania rodziców.

Tagi: córka
19:20, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 września 2017
Urlopowo

Coś z innej tematyki.

Na koniec wakacji wzięłam kilka dni urlopu, by Wiertka pobyła trochę w domu, nie tylko na Lecie w Mieście. Wyjazdy gdziekolwiek, nawet na agroturystykę pięć kilometrów za nasze miasto, w tym roku sobie darujemy. W to lato, moja córka poza miastem, na wsi, była tylko trzy dni. A tak to tylko Warszawa. Ojciec też ją nigdzie nie zabrał, co okazało się dobrym pomysłem, bo zwiedzali by szpitale w obcych miastach. Ja nie mogłam wziąć większego urlopu. Taki rok, taki czas po prostu się zdarza. Mam nadzieję, że kolejne wakacje będą wyglądały inaczej.

Pogoda była ładna, jeździłyśmy więc na fajne place zabaw w innych dzielnicach. W naszej okolicy nie ma dużo miejsc, gdzie ośmiolatka mogłaby się fajnie bawić na świeżym powietrzu. Przy okazji różnych wizyt, Wiertka, zobaczyła place na Żoliborzu i na Ursynowie. Są tam ogromne pająki do wspinania, instalacje do zjeżdżania. Każdego dnia byłyśmy w innym miejscu. Jednego pojechałyśmy do Ikea, gdzie mała szalała na placu zabaw, a potem poszłyśmy na szwedzkie klopsiki. Raz na pół roku robimy sobie tam taki wypad.

To też czas zakupów szkolnych. Wiertka zgodziła się bez przeszkód żeby III klasę uczcić noszeniem jednego ze starych plecaków, który cały czas jest w świetnym stanie. Trzeba było jednak kupić trochę zeszytów, nowych kredek, obiecałam jej nowy piórnik. Wybrała sobie dwa piórniki - jeden w kształcie banana, drugi kredki, temperówkę w kształcie nosa (temperuje się w dziurce od nosa) i gumki ścierające w kształcie szminek :) Zaopatrzona w ładne rzeczy chętniej pójdzie na lekcje.

Gorzej poszło z zakupem kapci szkolnych, bo we wszystkich sklepach, w jakich byłyśmy numeracja dziecięca kończyła się na rozmiarze 35. Powyżej albo wszystko było wykupione, albo nie przewidzieli takiej stopy u dziecka. A Wiertka ma już stopę 36. Od cioci panirolki noszącej ten sam rozmiar, usłyszała, że może przymierzyć jej szpilki i jest podekscytowana tym, że produkują już szpilki w jej rozmiarze :) Jestem nieufna wobec zakupów w internecie, ale po powrocie do domu usiadłam przy komputerze i zamówiłam w sieciowej wersji pewnego sklepu dla dzieci i kapcie, i buty jesienne w odpowiednim rozmiarze. Są już odebrane ze sklepu, przymierzone, dziecko zadowolone.

Wolne miałam od wtorku i codziennie gdzieś jeździłyśmy, gdzieś chodziłyśmy. Dziś, Wiertka na pytanie, czy idziemy na jakieś wydarzenia kulturalne, czy chce się borsuczyć na kanapie, wybrała opcję drugą. Ja miałam fazę "stepfordzkiej żony" i wybitną przyjemność sprawiło mi dziś gotowanie przez pół dnia ogromnego gara leczo. Rzadko tak mi się chce celebrować przygotowywanie przetworu na późniejsze dni. Bo część dziś i jutro zjemy, a reszta pójdzie w słoikach do zamrażarki. Wekowania nie ogarniam :) I przy okazji przyszedł mi pomysł na wiersz :)

niedziela, 27 sierpnia 2017
Niedzielnie - prasko

Dziś, w ramach Otwartej Ząbkowskiej, wybrałyśmy się z Wiertką na Paradę Kundelków. Pomysł świetny i bardzo w praskim klimacie. Na miejscu zbiórki fajnie było popatrzeć na te wszystkie psiaki. Zebrało się sporo osób. Samych kundelków było grubo ponad trzydzieści sztuk. Najpierw wszyscy przemaszerowali Ząbkowską, aż do terenu Konesera, gdzie była fajna łączka na drugą część imprezy. Tam odbywały się konkursy dla chętnych psiaków. Wśród jurorów był między innymi Szymon Majewski i autorka rysunków Psie Sucharki.

Dla mnie to była okazja do spotkania się z koleżanką (jedną z czytelniczek bloga) i jej suczką. Była z nami też jej kuzynka ze swoim psem. My dwie siedziałyśmy sobie na trawie i gadałyśmy, dookoła trochę osób też tak spędzało czas. A niedaleko tłumek otaczał miejsce, gdzie odbywały się pokazy. Wiertka tam pobiegła i co jakiś czas relacjonowała nam, jak wyglądają zawody. W jednej z konkurencji drugie miejsce zajęła kuzynka mojej koleżanki ze swoją suczką.

Potem miałyśmy iść na długi spacer, by odprowadzić moją koleżankę w stronę jej domu, ale zahaczyłyśmy też o "Flaki, pyzy gorące!" na Brzeskiej. Moja koleżanka była tak miła, że zaprosiła nas na obiad. Miejsce jest świetne, tuż przy samym bazarze, korzystające z dawnych klimatów praskich - w memu flaki, pyzy, knedle, kopytka. Oraz tłumy. Ani jednego wolnego stolika, a co niektórzy stali przed wejściem. Jak w bardzo dobrej, modnej restauracji - czeka się na stolik :) My zamówiłyśmy po porcji i poszłyśmy sobie zjeść na drugiej stronie ulicy, siedząc na chodniku. Jedzenie podawane jest w słoikach, owiniętych serwetką by się nie poparzyć, a je się drewnianym widelcem :) Klimat praski był. Pogoda też dopisywała, bo choć chwilę kropiło, to zaraz wyszło słońce. Ja wzięłam pyzy z mięsem, a Wiertka knedle ze śliwkami. Jak to zwykle bywa, po kilku gryzach, moja córka uznała, że jednak woli moje pyzy i zamieniłyśmy się :) Knedle były super, bo miały w środku przekrojone na pół śliwki, żadne tam marmolady, czy dżemy. Zalane były jogurtem owocowym i to sprawiało, że jednak były bardzo słodkie. Pyzy też były zacne, choć omastę z przysmażonego boczku Wiertka oddała psu :)

Poszłyśmy na ten spacer, ale dość szybko - najpierw moje dziecko, potem suczka koleżanki okazały zmęczenie i trzeba było iść do autobusu :)

A od jutra wraca lans intelektualny :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
Tagi