To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

środa, 21 lutego 2018
Lekarsko życiowo

Wczorajszy dzień spędziłyśmy z Wiertką w gabinetach. Wypadła trzecia wizyta u psychiatry dziecięcego. Szkoła już oczekuje jakiejś diagnozy, decyzji. Wychowawczyni, na prośbę pani doktor, ponownie napisała opinię, i - już za moją sugestią - podała przykłady zachowań, które uważa za naganne. Optymistycznie mnie to nie nastroiło, szczególnie, że w ostatnim akapicie była prośba szkoły o diagnozę dziecka  w kierunku zaburzeń rozwoju. To przykre, jakbym urodziła uszkodzone dziecko, albo przyszłą kobiecą wersję Teda Bundy.

Jako krótka dygresja. Jedna z uwag w opinii mnie rozwaliła. I wiem, że to niepedagogiczne, nie powiem o tym dziecku, ale jak to przeczytałam, to... parsknęłam śmiechem. "Została przyprowadzona do pedagoga, bo śpiewała na lekcji, kiedy inne dzieci wykonywały pracę. Jak się okazało w czasie rozmowy, przeszkadzała, bo otrzymała niską ocenę ze sprawdzianu z matematyki. Po wyjaśnieniu jej całej sytuacji, miała wrócić do klasy i przeprosić za śpiewanie. Kiedy już tam weszła, nie zrobiła tego, bo czekała na to, że nauczyciel przeprosi ją za oceny ze sprawdzianu". Próbowałam to sobie wyobrazić...

Na temat charakteru moje córki będę jeszcze pisać. Nawet ja widzę, że będzie jej ciężko w życiu z takim podejściem do otoczenia. Chyba, że zostanie dyktatorem lub małżonką dyktatora. Pani doktor zadała mi trochę pytań o konkretne zachowania, potem trochę porozmawiała z Wiertką. Potem okazało się, że skoro szkoła chce diagnozy w kierunku zaburzeń rozwoju, to robi to inny specjalista. Mamy terminy kolejnych wizyt w tej placówce. Przynajmniej wiem, że to zachowanie nie kwalifikuje się do przepisywania leków. Szkoła będzie zła, bo chcieli mieć już teraz jakieś informacje, papier. 

Wróciłyśmy do domu, zostawiłam Wiertkę i wyszłam na krótki czas. W przychodni, kilka ulic dalej, miałam wizytę u ginekologa. Doroczny przegląd techniczny. Wiąże się w tym pewien zabawny stres. Przez ostatnie lata chodziłam do lekarza kobiety, kiedyś do mężczyzn. Zawsze byli to panowie grubo po 50tce. Tak pod 60tkę. Łatwo przychodziło mi traktowanie ich bezosobowo, bezcieleśnie, jako stricte lekarzy, bo to nie mój wiek. Teraz okazało się, że rejestracja przepisała mnie do jakiegoś nowego. A ja niedawno przechodziłam koło tego gabinetu i widziałam w drzwiach młodego, przystojnego mężczyznę. I zestresowałam się, że będę mieć ginekologa z mojej półki wiekowej, albo młodszego :) Nie chcę by przystojny facet wgapiał się w moje krocze bez wcześniejszej wizyty w kinie i kolacji. 

Przed gabinetem siedziały dwie panie, do specjalisty obok. I mimochodem stałam się słuchaczem ich opowieści. "Plecy go tylko bolały, a jak go zbadali to był rak. Ziarnisty, nawet nie było czego leczyć, bo on jak ziarna wszędzie. Diagnozę dostał 27 kwietnia, 6 sierpnia już umarł". Okropne te historie. Szczególnie jak przypomnę sobie moje ostatnie bóle pleców. Jedna z pań weszła do gabinetu, a druga wzięła się za mnie. Dopytała się do kogo czekam, czy dobry ten doktor. A potem wyznała, że też się wybierze, bo jej się macica opuszcza. Tylko w poczekalni, w przychodni można dopiero co poznanej osobie wyznać, że ci się macica opuszcza :) Już chciałam jej kulki gejszy doradzić ;) 

Pan doktor, na szczęście, okazał się wiekowo sporo starszy, co wzbudziło moją ulgę. Był miły i serdeczny, żaden służbista. Miałam też usg i jak podejrzewałam w weekend, wyhodowałam sobie 2,5 centymetrowy pęcherzyk. Ze względu na swoje gabaryty będzie zapewne sztuką dla sztuki. A ja pomyślałam, że tak się zaczyna przekwitanie.

17:12, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 lutego 2018
Kinowo-muzealnie

Niedzielę także spędziłyśmy poza domem. 

W krótkim konkursiku w pewnym miejscu na facebooku wygrałam dwuosobowe zaproszenie na dowolny seans w kinie. Kino akurat znajduje się w mojej okolicy. Znowu zapomniałam o sobie i wybrałam film dla dzieci :) Poszłyśmy z Wiertka na "Gnomy rozrabiają". Moim zdaniem, film dla kategorii wiekowej 6-10 lat, choć bohaterowie mają trochę więcej - takie wczesne nastolatki. Ale wiadomo, że dzieciaki lubią historie aspirujące, czyli o starszych ;) Fabuła niby prosta, przewidywalna, z morałem, ale to w końcu rzecz dla młodych ludzi.  Mamy dziewczynę wrzuconą w nowe środowisko, próby zdobycia sympatii "popularnych dziewczyn", kolegę nerda. Jednak to tło, bo główną scenerią jest stare, dziwne domiszcze i banda krasnali w nim żyjąca. Można by pokusić się o grzebanie w symbolice - krasnale jako świat analogowy, przyrodę, to co wynika z nas, a dziwne stwory, z którymi walczą, to głęboko ukryty, pozbawiony namacalnych kształtów świat, który wciąga. Jak sieć internetowa. Nie będę się kłócić, jeśli to naciągane. Co się rzuca w oczy, to genialne sportretowanie młodych ludzi, którzy poruszają się mając non stop pochylone głowy, wgapione w ekran komórki. Nie widzą tego, co się dookoła nich dzieje, bo świat realny jest na ekranie, nie obok. Obawiam się, że akurat tego, moja córka nie wychwyciła :)

Kino było dla mojej córki, tak jak obiad w Macu potem. Dla mnie była wizyta w Muzeum Warszawskiej Pragi. Była o tym krótka dyskusja z Wiertką, która chciała się od tego wymigać i marudziła. Tłumaczyłam jej, że ja coś daję od siebie, ona coś daje od siebie. Będę jeszcze o tym pisać kiedyś, ale głównym argumentem mojego dziecka jest "Ale ty jesteś matką", czyli mam się poświęcać i rezygnować ze swoich zainteresowań.

Udało nam się zahaczyć o okres świętowania Urodzin Pragi, bo wejście do muzeum było bezpłatne. Nie można było nie wykorzystać takiej okazji. Okazało się, jak już to było widać przy okazji wizyt w innych muzeach, Wiertka dorwała audioprzewodnik i zatopiła się w słuchaniu różnych historii, eksponaty, zdjęcia kompletnie ją nie interesowały. Cieszyłam się, że cokolwiek ją w muzeum zainteresowało.

Opiszę ekspozycje tak jak są usytuowane, nie tak jak oglądałyśmy :) Zacznę tylko, że w sali konferencyjnej była wystawa okolicznościowa, która kończyła się w tę niedzielę - "Przetrwam?", zdjęcia miejsc na Pradze, które już zostały zburzone (budynków, wnętrz kamienic), albo właśnie zostają likwidowane.

Na parterze jest o Pradze historycznej. Na środku sali stoi wspaniała makieta pokazująca, jak osada wyglądała jeszcze przed nadaniem praw miejskich lub zaraz po. Widać chatki, pola, łąki, kościół i ryneczek w miejscu dzisiejszej ulicy Ratuszowej. Na ścianach są grafiki, reprodukcje, potem zdjęcia - pokazujące dokumenty, miejsca na Pradze od wczesnych wieków, aż po wiek XX. 

Pierwsze piętro, to - na razie rzecz najważniejsza: gablota z oryginalnym aktem nadającym Pradze prawa miejskie. Uważam, że dokument powinien już w Muzeum Pragi zostać na zawsze, skoro dzielnica ma swoje miejsce dokumentujące jej historię. Oprócz tego jest tam ekspozycja pokazująca historyczną Pragę, ale od strony ludzi. Na środku jest miejsce, gdzie złożone są pamiątki, artefakty przyniesione na prośbę muzeum przez mieszkańców. Może nie zawsze są to rzeczy tylko związane z dzielnicą, ale mają swoją sentymentalną wartość - medale, kieliszki, buty, przyrządy. Tam są także instalacje multimedialne, gdzie można wysłuchać historii opowiedzianych przez starych mieszkańców Pragi - o Wedlu, fabryce FSO, fryzjerze, szewcu. Przewodniki są bardzo fajne pomyślane - nie trzeba czekać w kolejce do słuchawek, tylko ma się swoje indywidualne z takim czytnikiem, którym dotyka się czujnika pod opisem. 

Drugie piętro, to wystawa czasowa - "Co słychać na Pradze". Tutaj praktycznie się słucha. Jest mapa dzielnicy z punkcikami, gdzie po przytknięciu czytnika można posłuchać odgłosów związanych z dzielnicą - lwy w zoo, chorały w katedrze, pszczoły żyjące na dachu centrum handlowego, zgiełk dworca kolejowego. Są tam tez inne stanowiska, gdzie można posłuchać opowieści o tym, jak produkuje się czekoladę w Wedlu, jak rodzą się dzieci w Szpitalu Praskim, jak odbywają się teatrzyki w Baju (oraz można pobawić się lalką). Omówione są tak najważniejsze punkty na Pradze. Dla mnie zaskoczeniem była Katedra Świętego Floriana, bo audycja zaczyna się długim chorałem śpiewanym przez młodych księży. Nie sądziłam, że będzie to takie odprężające :) Można się w tych strzelistych dźwiękach zanurzyć i unieść do góry :) W sali są krzesła, można więc sobie usiąść i posłuchać wszystkiego. Jak wspominałam to (i opowieści na pierwszym piętrze) była ulubiona część zwiedzania dla Wiertki. 

W piwnicach zaś jest ekspozycja dotycząca Pragi dziś i jej historii z ostatnich kilkudziesięciu lat. Piwnice są wysokie, jasne, tyle że - dla klimatu - ściany są obłożone cegłą. Moje dziecko piwnic nie lubi, boi się. Zostawiłam ją więc przy szatni, dałam mój telefon i sama poszłam zwiedzać. Byłam już trochę zmęczona, nie chciałam zostawiać dziecka zbyt długo samego i niestety oglądałam szybko i pobieżnie. A można by tam spędzić sporo czasu. Były zdjęcia z mieszkań praskich - nie tylko młodych, przebojowych, ale także z tych biedniejszych kamienic, zwyczajnych ludzi. Były także słuchowiska, ale czas mnie gonił. Muszę tam kiedyś wrócić.

Spędziłyśmy w muzeum półtorej godziny, ale gdyby poświęciłam części w piwnicy tyle, ile bym chciała, to jeszcze z minimum godzinę by to zajęło. Muzeum jest świetne i każdemu polecam.

Do domu wróciłyśmy po południu, bym mogła trochę posiedzieć na kanapie z nogami podwiniętymi do klatki piersiowej. Tak odpoczywał mój kręgosłup. W niedzielę nie bolał, ale miała uczucie jakby ktoś wsadził mi tam kilogramowy odważnik. Na szczęście, z dnia na dzień jest coraz lepiej. 

poniedziałek, 19 lutego 2018
Szczęśliwego Roku Psa :)

W sobotnie południe wybrałyśmy się z Wiertką na świętowanie chińskiego Nowego Roku - Roku Psa. Spotkanie odbywało się w Centrum Wielokulturowym w mojej dzielnicy i przeznaczone było głównie dla dzieci. Najpierw miła, chińska para opowiedziała nam, jak wymawiać nazwy poszczególnych zwierząt patronującym chińskim latom, jak w ich języku brzmią poszczególne rodzaje psów w zależności od ich przeznaczenia (domowy, przewodnik, ratownik). Pokazali slajdy ze słynnymi osobami urodzonymi w Roku Psa. 

A potem było to, co dzieci lubią najbardziej, czyli warsztaty. Do zebrania były cztery stempelki, za cztery różne umiejętności. Jedną z nich było zrobienie maski psa, takiej w chińskiego teatru, więc słabo prawdziwego psa przypominała, bardziej demona :) Potem ułożenie wizerunku psa z klocków tangramu. Dla Wiertki najfajniejsze było przymierzanie chińskich ubrań - prześlicznych bluzek. Wreszcie ostatnia umiejętność, czyli napisanie pędzelkiem i tuszem ikony symbolizującej Rok Psa. Oczywiście, jedna z pań pokazywała nam jak ułożyć dłoń, jak pociągać kreski. Nawet ja usiadłam i wykaligrafowałam swój znak. Bardzo fajna sprawa. O kaligrafii będzie jeszcze niedługo ciekawy wpis. Dla chętnych, dwie panie kaligrafowały imiona. Po zebraniu wszystkich stempelków i wypowiedzeniu hasła, czyli - po chińsku "Szczęśliwego Nowego Roku", każde dziecko dostawało dyplom oraz czerwoną kopertę. Z okazji nowego roku chińskie dzieci otrzymują takie koperty od swoich rodzin. One dostają w nich pieniądze, Wiertka znalazła w swojej tatuaże z chińskimi ikonami i papierową laleczkę. 

Na zakończenie spotkania był jeszcze poczęstunek - chińskie pierożki z sosem sojowym, wodorosty z sezamem, można się było napić herbaty. Posiedziałyśmy jeszcze trochę.

By pozostać w klimacie, zabrałam Wiertkę do wietnamskiej knajpki, która jest niedaleko naszego domu. Ona tradycyjnie jada tam tylko ryż i surówkę, ja lubię kaczkę lub kurczaka na gorącym półmisku. W knajpce, na ekranie leciała jakaś wietnamska stacja muzyczna i przy okazji zobaczyłam, że u nich jest już wieczór (sześć godzin do przodu). W tle leciały głównie romantyczne ballady o tęsknocie, nieszczęśliwej miłości. Wnoszę to z linii melodycznej i smutnych min osób występujących w teledyskach :)

Super dzień, gdyby nie to, że rano obudziłam się z bolącym kręgosłupem. Ceniłam, niezmordowane dotąd, moje ciało, które wbrew prognozom ortopedów trzymało się dzielnie. Teraz akurat postanowiło sobie przypomnieć, że mój kręgosłup jest mocno krzywy. Nigdy jeszcze mnie tak nie bolał. W Centrum Wielokulturowym, w knajpce jeszcze po prostu to znosiłam. Jednak wracając spacerkiem do domu, zobaczyłam, że idę małym kroczkiem, powoli, niczym matka bliźniąt przed porodem. A ból zaczął promieniować na biodra. Staram się, jak tylko mogę unikać brania środków przeciwbólowych, ale wszystko ma swoje granice. Po powrocie do domu, wzięłam Ketonal, położyłam się na boku w pozycji embrionalnej, bo tylko tak bolało najmniej i zasnęłam. Gdy się obudziłam, było lepiej. Jednak własne dziecko komentuje, że jestem stara i leniwa :) Nieważne, że większość dnia spędziłam razem z nią, na atrakcjach. Ważne, że po południu padłam ;)

Poguglowałam trochę po internecie i to mogły być też korzonki lub rwa kulszowa. Super, dolegliwości starszych państwa :) Dotąd mi się to z moimi rodzicami kojarzyło :) Moim znajomym, którzy częściej cierpią na bóle kręgosłupa chciałam wyrazić współczucie i podziw, bo to jednak ciężka przypadłość.

Niedziela także była aktywna, ale o tym w kolejnym wpisie :)

niedziela, 28 stycznia 2018
Przed szkolnie

Jutro zaczyna się drugi semestr, koniec ferii. Paradoksalnie, w naszym domu to ja jestem napięta i zestresowana. Od piątku nie mogę się uwolnić od myśli o tym, że dziecko pójdzie do szkoły i zacznie się nowa fala zarzutów, wyrzutów, obwiniania mnie, sytuacji w domu, gadania, narzekania, połajania, ustawiania do porządku. Niedobrze się, kurwa, robi.

Dobrze, że tylko ja tak mam, a dziecko jest w dobrym nastroju.

18:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018
Jak zwiedzać muzea :)

Za nami matczyno-córkowy weekend. W sobotę Wiertka odmówiła atrakcji, oglądania orszaków, dworaków, dekoracji świątecznych i na cały dzień zaszyła się przy serialach dla wczesnych nastolatek. Ja wyszłam na krótki spacer, bo pogoda była przepiękna.

Za to w niedzielę pojechałyśmy do Zamku Królewskiego. I to na wyraźne życzenie mojej córki. Potem się okazało, że jej się chyba z Muzeum Narodowym pomyliło, ale nic straconego :) Wiertka odrzekła, że woli zwiedzać ze mną, bo jak idzie z klasą, to jest tłum, popędzają ich, nie może oglądać jak chce.

Zobaczyłam, że nasze pokolenia czego innego oczekują od muzeum. Trasę zamkową przeszła raczej szybkim krokiem, nie zatrzymywała się na dłużej, nie wpatrywała w obrazy, elementy wystroju. Na chwilę przystanęła w sypialni królewskiej i była ciekawa, gdzie spała królowa.

- Nasz ostatni król, Stanisław Poniatowski nie miał żony, był kawalerem. - powiedziałam.

- Czyli był singlem? - doprecyzowała moja córka

No tak.

Już myślałam, że nasza wizyta w Zamku będzie trwała pół godziny. Aż trafiłyśmy do sal, gdzie były prezentacje multimedialne związane z historią budynku. I tu, z zaskoczeniem, zauważyłam, że moja córka jest zainteresowana i spędza najwięcej czasu. Dlatego, że ta część była multimedialna właśnie. W pierwszej sali - projekcja filmu o historii zamku od XIV wieku do 1939 roku. Druga sala poświęcona była II wojnie światowej - informacja filmowa wyświetlana była na trzech ścianach, światło było przyciemnione, słychać było dudniące wybuchy bomb, a na środek sali był podświetlaną na czerwono kratą symbolizującą wojenne pożary. W ostatniej sali zamieszczono informacje o odbudowie zamku - film wyświetlany ścianie, tablice interaktywne i kilka budek ze słuchawkami, gdzie można było wysłuchać wywiadów i fragmentów kronik.

Moje dziecko obejrzało w skupieniu film w każdej z sal, wysłuchało audycji w każdej z budek.

Zobaczyłam, że czego innego oczekujemy od przeszłości. Jak chcę zobaczyć, dotknąć, doznać okruchów autentycznego dawnego czasu. Patrzę na meble i czuję oddech tej epoki, idę przez salę i wyobrażam sobie tamte czasy. Dla mojego dziecka, nie jest ciekawe, że coś jest autentyczne i dotykał tego jakiś człowiek przed setkami lat. Dla niej istotna jest informacja podana w interesującej formie. Może się okazać, że nigdy nie poczuje potrzeby np. pojechania do Luwru - usatysfakcjonuje ją wirtualna podróż po tym muzeum.

Zajrzałyśmy jeszcze do Pałacu Pod Blachą, gdzie moje dziecko się wynudziło i chciało mnie jak najszybciej wyciągnąć. Na parterze można było zobaczyć wystawę wschodnich kobierców, a na górze przepięknie urządzone meblami z epoki pokoje księcia Józefa. A szkoda, bo szczególnie te pokoje chciałam w spokoju sobie obejrzeć :)

Zachęcam. W niedzielę do Zamku Królewskiego wstęp jest wolny :)

piątek, 29 grudnia 2017
Nietypowe Święta, czyli magia istnieje

Uzupełnię jeszcze wspomnienia ostatnich świąt. Bo pod pewnym względem były nietypowe.

Gdy już w październiku wiedziałam, że stracę pracę, miałam też przed sobą perspektywę trudnego grudnia - Mikołajki, urodziny dziecka, prezent gwiazdkowy. Jak to urządzić, by dziecko było zadowolone i spiąć budżet.

Od razu dodam, że nie chodzi o to, że moje dziecko musi mieć drogie i wystrzelone prezenty. Przez cały rok nie kupuje jej nic szczególnego, dostaje czasem jakieś drobiazgi. Uważam, że są dwie, trzy okazje w roku, gdy dziecko ma prawo dostać piękny, wymarzony prezent. Nawet drogi. Urodziny, gwiazdka, Dzień Dziecka. Choć dla mnie drogi, to maksymalnie do 100-150 zł, nie kilkuset.

Jednak, w tym roku, nawet te 100 zł razy dwa, to trochę za dużo.

Jestem też w pewnej sieciowej grupie kobiet, znamy się od prawie dziesięciu lat - czasami uda się spotkać osobiście, rozmowy są głównie w sieci. W ramach anegdotki, opowiedziałam, jaką miałam ostatnio jesień i że mam trochę życiowo w plecy. I tak okazało się, że przejęły się moją sytuacją. Jedna z nich upiekła tort urodzinowy Wiertki za sporą tańszą cenę, inna przesłała odrobinę ubrań dla małej. Myślałam, że ubrania mają być po jej dziecku, ale okazało się, że po prostu kupiła nowe. Część po prostu pytała mnie w prywatnych wiadomościach. I właśnie jedna z nich zaproponowała, że prześle mi mały zestaw lego, bo jej córka ma zdublowany. Pomyślałam, że przynajmniej problem prezentu gwiazdkowego będę miała rozwiązany.

I tak, na Mikołajki Wiertka dostała kalendarz adwentowy, bo akurat bardzo chciała mieć, a w sklepach można je było znaleźć za niewielkie pieniądze. Na urodziny kupiłam jej album do stikersów, które zbierała. W porównaniu z poprzednimi latami, to był drobny kwotowo prezent. Pod choinkę miałam ten zestaw lego (koleżanka przysłała jeszcze jedną paczuszkę, która okazała się być zestawem naklejek świątecznych), miałam też maskotkę, którą dostałam w pracy na Mikołajki. W czasie zakupów zobaczyłam opakowanie czekoladek, które moja córka bardzo chciałaby spróbować, ale cena nigdy nie zachęcała do kupna bez okazji. A teraz kosztowały tanio, w świątecznej promocji. I tak okazało się, że gwiazdkowo trochę tych paczuszek będzie. Tuż przed świętami spacerowałyśmy jeszcze po lokalnej księgarni. Niebezpiecznie :) I Wiertka zauważyła box z czterema książkami - "Zniszcz ten dziennik" i trzy inne z tej samej serii. Od wielu miesięcy marzyła o tej książce. Zachwyciła się tym. I jednocześnie:

- Widziałam cenę mamo, nie stać nas na to. - powiedziała ze smutkiem.

Zestaw na pudełku miał cenę 69,00 zł i naklejkę z nową - 58,00 zł. Jednak moja córka nie zauważyła, że była ona przekreślona, a pod spodem widniało 19,90 zł. Uznałam, że nie potrafię tak strasznie oszczędzać, gdy mogę zobaczyć szczęście na twarzy mojego dziecka. Wróciłam tam sama następnego dnia. 

Wiertka pod choinką znalazła kilka paczuszek z prezentami. Plus cztery dla mnie. O czym za chwilę.

Ale dziwna magia świąteczna dotknęła także mnie. Najpierw jedna z koleżanek zamówiła moje tomiki wierszy jako prezenty świąteczne, ale na konto przelała kwotę jakby ich autorka była co najmniej nominowana do Nike, albo Paszportów Polityki. Potem okazało się, że na moim koncie ponownie pojawiła się dodatkowa kwota - koleżanki zrobiły dla mnie zbiórkę. I na tym nie koniec. Ta która przysłała lego i naklejki, dorzuciła paczuszkę dla mnie. To pewnie dlatego, że kiedyś marudziłam, że od lat nie dostaję już gwiazdkowych prezentów i to trochę smutne. I na tym nie koniec.

W sobotni poranek, ten przed Wigilią, usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeszcze spałam (z Wiertką prowadzimy nocny tryb życia, więc śpimy do późna). Za drzwiami nikogo nie było, a ja boję się w takich sytuacjach otwierać. Poszłam do łazienki, a wtedy znowu ktoś zadzwonił. Nikogo nie było. Zadzwonił domofon, więc wpuściłam. Jednocześnie dostałam sms-a, ale tkwiłam przy wizjerze by złapać tego żartownisia. Wróciłam do łóżka i przeczytałam wiadomość - koleżanka pisała, że na przed drzwiami czeka na mnie niespodzianka.

Na korytarzu zobaczyłam siatkę z kilkoma rzeczami z chemii gospodarczej, herbatą, kawą. Dostałam kolejną praktyczną pomoc. Była tam też ładnie opakowana paczka z adnotacją, że do otwarcia dopiero w święta. Tak więc, nawet ja - w te święta - odczuwałam dreszczyk emocji i zaciekawienia, co przyniósł mi Mikołaj.

Bo sama też siebie obdarowałam dwiema paczuszkami. Jedno z wydawnictw zorganizowało świąteczną promocję. Na spółkę z koleżanką zamówiłyśmy kilka tytułów, dzięki czemu każdy z nich kosztował kilkanaście złotych. To na prawdę niewiele. Dzięki temu mogę teraz cieszyć się czytaniem "Nie hańbi" Olgi Gitkiewicz oraz "Wszystkie dzieci Luisa" Kamila Bałuka.

W grudniu spłynęło do mnie mnóstwo dobra i życzliwości. Jestem za to wdzięczna, komu tylko mogłam wysłałam moje wiersze z dedykacją. Jednocześnie czuję się z tym dziwnie. Jako ktoś, komu trzeba pomagać, współczuć, kto nie potrafi poradzić sobie w życiu. Bo ta pomoc jest piękna, ale przecież nie przyjdzie ponownie za miesiąc, dwa. Nawet tego nie oczekuję. Z trudem potrafię przyjmować ryby, szukam wędki.

Nie wiem, czy uda mi się kiedyś za to wszystko odwdzięczyć.

wtorek, 26 grudnia 2017
Święta wędrowne

Święta były w tym roku trochę zabiegane. Tak jakoś wyszło.

Tradycyjnie, tata zaprosił mnie na kolację Wigilijną do mojego dziadka i wujka (jego ojca i brata). Dziadek skończył latem 90 lat i od dłuższego czasu nigdzie nie podróżuje, nie jeździ komunikacją publiczną. Samochodem też chyba nie miałby już ochoty nigdzie pojechać. W kilka dni później zadzwoniła do mnie matka rodzeństwa przyrodniego Wiertki. Także zapraszała na Wigilię. Podziękowałam i odmówiłam. Nieopatrznie powiedziałam o tym Wiertce. I zaczął się wieczór szlochów i rozpaczy, zarzucanie mi, że chcę jej zepsuć święta. Nie kryła, że kompletnie nie ma ochoty na jechanie do pradziadka i podała kilka różnych argumentów. I każdy z tych argumentów rozumiałam. Dom dwojga starszych panów, kolacja z trzema, to nie jest super miejsce dla ośmiolatki. W jej wieku, miałabym takie samo podejście. Jednak ze swojej strony, uważam, że pielęgnowanie kontaktów - nawet raz do roku, co nie jest jakimś ogromnym poświęceniem - jest istotne. W wieku mojego dziadka, każda taka Wigilia jest być może ostatnią.

Wyrzuty sumienia miałam, więc skontaktowałam się z - zawiły język nie ma określenia na to powiązanie rodzinne, bo rodził się w czasach, gdy poprzednia żona była uprzejma umierać, kolejna także, zanim pojawiła się nowa - by dopytać o godzinę rozpoczęcia kolacji, bo może uda nam się na chwilę zajrzeć. Okazało się, że uda. Następnie pobiegłam do centrum handlowego, by kupić jakieś drobne upominki.

Efekt był taki, że pierwszą kolację Wigilijną miałyśmy o 16:00 pod Warszawą. Mój tata chciał wracać do domu taksówką - pierwszy raz w życiu, pamiętam z dzieciństwa jak odległość pomiędzy naszym, a domem dziadków, lasem, kilka kilometrów, pokonywaliśmy na piechotę. Opłacił też taksówkę, by zawiozła nas na miejsce kolejnej kolacji. A, że byliśmy tam godzinę przed czasem, to zadzwoniłam do Byłego, który też zapraszał. Zapraszał nadal. Wieczór spędzał ze swoimi dziećmi. Tam też coś podjadłam - wegańską rybę po grecku, czyli selera w marchewce :) Młoda, siostra Wiertki, jest weganką. I o 19:00 przeszliśmy się, ja z dziećmi, kilka bloków dalej na ostatnią kolację. Nie wiem, jak moja wątroba to wszystko wytrzymała :)

Od lata nastąpiły pewne zmiany - Młoda przeprowadziła się do ojca, a Młody został z matką. Nie dziwię się. Dwoje nastolatków, płci przeciwnej w pokoiku około 10 m kw, to prosi się o kłopoty. Pokój Młodej już kilka razy widziałam. Teraz Młody pokazał mi jak się urządził po swojemu. Teraz lepiej się w nim rozmawia. Nie mam kompletnie pojęcia o zabawach i świecie małych chłopców. Prawie pełnoletni chłopak opowiadający o swojej kolekcji książek filozoficznych i politycznych, to coś innego.

Wyszłyśmy stamtąd po 22:00, w domu byłyśmy koło 23:00.

Pierwszego dnia świąt odwiedziłam ciocię i mojego drugiego dziadka, który niedawno skończył 97 lat. Wiosną, przed Wielkanocą jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Myśleliśmy, że umiera. Przeżył, ale jest coraz gorzej :( Leży bez sił, nie może wstawać, ma zmieniane pampersy, materac przeciwodleżynowy. Kiedy ostatni raz go widziałam, jeszcze można było trochę z nim porozmawiać, kontaktował. Teraz nie jestem tego taka pewna. Słyszy, mówi, ale przyznaje, że miesza mu się w głowie. Ciocia powiedziała mi, że potrafi cześć dnia po prostu krzyczeć, przeklinać. Może traci rozum, może to z bezsilności.

Wiertka dostała o pradziadka prezent pieniężny, a że ma teraz fazę na układanie klocków lego, to chciała kupić sobie zestaw. Ja przypomniałam sobie, że przecież jest wystawa budowli z lego, całkiem niedaleko nas. Wykorzystałyśmy na zwiedzanie dzisiejszy dzień. Wystawa jest piękna, bajkowa, aż nie chciało mi się wychodzić. Można się przyglądać i zachwycać detalami. Bilet nie ogranicza czasowo. Jedna, jeśli ktoś chce obejrzeć i nie ma małego dziecka, to spokojnie zmieści się w godzinę. Piszę to, bo są o wiele, wiele tańsze bilety wieczorne - ważne od 19:00 do 20:30. Żałuję, że nie skorzystałam z tej opcji, bo obie z Wiertką jesteśmy nietoperzyce i godzina nam nie straszna. Obawiałam się, że półtorej godziny to będzie dla niej za mało. Ktoś inny może jednak skorzystać z dobrej rady :) Na wystawie jest część, gdzie można samemu budować coś z klocków, dlatego napisałam, że osoby z młodszymi dziećmi mogą utknąć na długo.

Święta za moment można uznać za te, które przeminęły. Oddzielnie napiszę, że Mikołaj jednak potrafi się pojawić.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50
Tagi