To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

sobota, 16 czerwca 2018
Menagerka ;)

Jakiś czasem temu pomyślałam, że czasami, a może nawet z rzadka ciągoty artystyczne idą w parze z tupetem. Trzeba by wyłączyć myślenie, pisać wszędzie, że jest się dobrym, wybitnym, świetnym, wysyłać linki do twórczości, gdzie się da i firmować swoją twarzą jako twórcy, co tylko się da. Zapomnieć o wstydzie.

I artyści nie zawsze są na tyle odporni by to robić, ale za to mają od tego menagerów, agentów. Ci wchodzą ze swoimi stopami w zamykające się drzwi. 

Ja niestety potrzebowałabym kogoś takiego, bo zanim wyjdę z tym, co tworzę do ludzi, tysiąc razy pomyślę, z jakim grymasem niechęci się spotkam.

Prawie rośnie mi pod bokiem ktoś taki. Moja córka jest zdegustowana, że wydałam wiersze, ale ich nie sprzedaję. Za to często rozdaję, jako dodatek do prezentów. Jak tak można - rozdawać. Przez to nie jesteśmy bogate. Kiedyś wyszperałam w necie linka do powieści, którą swego czasu mi wydano. Chciałam się pochwalić przed dzieckiem, że nie jestem taka pospolita. Bo Wiertka cierpi czasem, że ma zwyczajnych rodziców, a nie są znani. Cytuję:

- Ty jesteś tylko mądra.

Nie, w jej ustach, to nie komplement :D No i moje dziecko, poszperało bardziej i gdzieś tam, w jakimś zapadłym sklepie internetowym znalazło egzemplarz (nawet nie wiadomo, czy dostępny). 

- Mamo! Ten pan sprzedaje twoją książkę! - zakrzyknęła.

Jednak nie było to okrzyk w sensie "Mamo, ktoś sprzedaje twoją książkę! Wow!", tylko raczej "Mamo, ktoś sprzedaje twoją książkę! Dlaczego nic z tego nie mamy" :)

W takim razie, powiedziałam jej, że jak dorośnie, to będzie mogła zostać moją agentką i prowadzić moje interesy. Ona lubi ubijać interesy i jest dobra w negocjacjach. Jak spora część osób, którym patronuje m.in Merkury - bożek złodziei ;) Cóż usłyszałam:

- Będziesz za stara.

Dla niej osoba po 50tce, to zgrzybiała starość :)

 

O tym, jak moje dziecko próbuje negocjować, będzie jeszcze kiedyś wpis.

Tagi: córka
12:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2018
Którędy do chóru kościelnego?

Wiertka wróciła w środę, tuż przed długim weekend z elektryzującą informacją. Będzie śpiewać. W chórze kościelnym. Katechetka już się zgodziła i dała jej kartkę z tekstem pieśni. Moja córka była podekscytowana i zadowolona. No i ok. Jednak już po dwóch dniach, gdy dopytałam, stwierdziła, że ona nie idzie. Zdziwiło mnie to, bo jednak pamiętam jej radość i wiem, że lubi śpiewać. Okazało się, że wstydzi się innych dzieci. Dwa dni rozmawiałyśmy o tym i nie dawała się przekonać. Bo inne dzieci będą na nią patrzeć i wiedzieć, że ona nie była u pierwszej Komunii. Bo w kościele będzie mnóstwo dzieci, które ją znają. Akurat. Bo te dzieci na pewno będą o niej mówić.

- Bo ty nie wiesz, jakie teraz okropne są dzieci. - tłumaczyła mi - Za twoich czasów takie nie były.

I generalnie, że dzieci jej nie lubią, jest jej smutno. W niedzielny poranek zadzwoniłam do sąsiadki, bo z jej córką Wiertka miała iść. I ta uświadomiła mi, że do śpiewu wytypowane zostały trzy dziewczynki i jak mojej córki nie będzie, może być kłopot. Wytłumaczyłam to Wiertce, a ta uznała, że jeśli na próbie mają być tylko jej dwie koleżanki to super. Poszła na próbę, śpiewała, a potem została zgarnięta na mszę. Tak z zaskoczenia, więc nie zdążyła się przestraszyć i myśleć za dużo. Tłumów na mszy nie było, bo jest już po komuniach, pogoda piękna, więc po co. Ja także siedziałam w ławce, by ją wspierać z oddali. Wyszła z koleżankami przed wiernych, zaśpiewała, wróciła z nimi do ławki. Msza poszła dalej. Zapytałam ją tylko potem, jak przetrwała mszę. Odrzekła, że gadała z koleżanką i tylko tak dała radę. A tak w ogóle, to mogłaby mieć opaskę na oczy ze zdjęciem jej otwartych oczu, bo wtedy mogłaby drzemać. I zaczyna się problem z pragnieniem bycia zaakceptowanym przez grupę, dziecięcym konformizmem, wtapianiem się w tło. To nie wiek na bunt.

Dziś dowiedziałam się, że takie śpiewy są jednorazowe - co tydzień inna klasa typuje dzieci. Tak więc, jak na razie, kariera w chórze kościelnym została przymknięta.

20:43, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 czerwca 2018
Bardzo długi Dzień Dziecka

Za mną długi weekend czerwcowy, który upłynął pod hasłem Dnia Dziecka. 

Czwartek był jeszcze spokojny, bo pojechałyśmy z Wiertką w odwiedziny do mojego taty i brata. Siedzieliśmy w ogrodzie.

Weekend rozpędził się w piątek. Najpierw, rano byłam z klasą mojej córki w kinie - jako opiekun ze strony rodziców. Po kinie, odprowadzeniu dzieci do szkoły, zabrałam Wiertkę i jej koleżankę kilka ulic dalej, gdzie zaczynał się właśnie festyn dla dzieci. Organizowała go dzielnica, moja spółdzielnia, ale także pokaźna lista drobnych sponsorów odczytanych w pewnym momencie. I nie ma nic przeciwko temu. Dowiedziałam się, że trochę grosza wysupłała na przykład pani prowadząca kiosk, w którym czasem kupuję gazety, miła starsza pani. I to bardzo miłe, wiedzieć, że wspiera rzeczy dziejące się w okolicy.

A było co wspierać, bo do dyspozycji dzieci były dmuchańce, trampoliny, kucyki, quady, frytki, kiełbaski, wata cukrowa, woda w woreczkach, przekąski, stoiska z pracami plastycznymi do zrobienia, scena z występami. A wszystko to za darmo. Byłyśmy tam od południa, więc kolejki były jeszcze małe. Ze wszystkiego dało się skorzystać. Pogoda była taka, jaką pamiętamy - nawet ja, fanka słońca, uznałam, że czuję się zgrillowana. Zapomniałam dlaczego mieszkańcy południa Europy nie wychodzą z domów, jeśli nie muszą. Na tym pikniku spędziłyśmy ponad cztery godziny. Wróciłyśmy do domu, ja bardziej pełzając niż idąc. W domu położyłam się na chwilę, przymknęłam oczy, a potem okazało się, że spałam dwie godziny, a dziecko oglądało filmy. Tego dnia wybrałyśmy się jeszcze na zakupy, bo Wiertka chciała kupić prezent za pieniądze podarowane przez dziadka. Wybrała zestawy jakiejś nowej serii do składania - Mixies, coś co przypomina trochę lego, trochę kubiki, trochę Minecrafta. W każdym razie super i będzie pierwsza w klasie. Przy okazji ogromna porcja lodów w Grycanie, bo w dzień dziecka kulka była po złotówce. A potem jeszcze plac zabaw.

W sobotę, generalnie Wiertka chciała leżeć i odpoczywać i pogoda temu sprzyjała. Ja ogarnęłam trochę dom, co skończyło się zmianą ubrania i prysznicem. Jednak młoda zobaczyła wiadomość w sieci i wybrałyśmy się na krótki spacer do niedalekiej galerii handlowej. Oni także organizowali wydarzenie z okazji Dnia Dziecka - panie smażyły naleśniki, a dziecko mogło sobie swojego dowolnie przyozdobić i zjeść. Były owoce, nutella, posypki.

Niedziela, zaczęła się niewinnie, do wizyty w kościele - będzie o tym wpis. A po mszy, przed bazyliką, piknik z okazji Dnia Dziecka. Tym razem organizowany przez wolontariuszy z parafii. Były konkursy, zbieranie pieczątek za sprawności fizyczne. A potem dzieci zostały poczęstowane lodami tajskimi. Pan z firmy gastronomicznej całkiem charytatywnie poświęcił składniki, czas oraz siły, bo to nie była lekka praca.

Już wcześniej o tym gadałyśmy - Wiertka chciała wybrać się na układanie lego. Tym razem takie wydarzenie, z okazji - a jakże by inaczej - Dnia Dziecka, organizowała galeria handlowa po drugiej stronie miasta. Spytałam się młodą, czy zdaje sobie sprawę, że to czterdzieści minut autobusem. Dla nie ok. A tam układanie lego, Wiertka wzięła udział w konkursie i dostała małą paczuszkę z laleczką i akcesoriami. Wieczorem plac zabaw.

Jutro idę do pracy odpocząć.

czwartek, 31 maja 2018
O prezentach

Taka refleksja na temat prezentów dla dziecka i jego zabawek. Kilka miesięcy temu, Wiertka zobaczyła w sieci zestaw lego. Nie będę w tym wpisie operować szczegółami. W każdym razie, zestaw był drogi, bardzo drogi. Może nie najdroższy z tych, jakie lego wymyśli, ale w górnym pułapie. Cena absolutnie nie mieszcząca się w granicach finansowych prezentu. Przynajmniej dla mnie, bo zapewne są dobrze sytuowane rodziny, które tyle wydają na zabawki dla dzieci. Bo jeśli tyle wydam na coś dla dziewięciolatki, to nastolatka zażyczy sobie czegoś o wartości połowy moich miesięcznych zarobków.

Jednak Wiertka żyła tym tematem tygodniami. Planowała sprzedanie części swoich zabawek na jakiejś wyprzedaży. Kłopot w tym, że wybrała te najdrobniejsze - w typie dodatków do zestawów dziecięcych w fast foodzie i planowała sprzedawać je po 10-25 zł :) Wyliczyła nawet, że zbierze połowę kwoty :)

Minęło kilka miesięcy, a moja córka nadal marzyła o tym zestawie i ciągle go wspominała. Niestety, nie jestem oszczędną matką, bo zaczęłam myśleć, jak mogłabym sama przed sobą usprawiedliwić taki zakup. Pomyślałam, że brak komunii jest takim pretekstem - obiecałam przecież dziecku, że będzie mogła mieć w zamian przyjęcie, podróż, albo prezent właśnie. A ona jeszcze musiała słuchać wyliczeń koleżanek i kolegów, co każdy dostał. A ja organizując komunię i tak wydałabym więcej pieniędzy.

I tu wynikł problem. Okazało się, że zapewne w związku z sezonem komunijnym i zbliżającym się Dniem Dziecka cena tego zestawu jeszcze skoczyła. Do poziomu, który mnie wkurzył. Tyle to na serio nie wydam. W dodatku, zostały jakieś pojedyncze egzemplarze. W sklepach zestaw był wyprzedany, nawet na zagranicznych portalach.

Wtedy pomyślałam, że mogę znaleźć zestaw analogiczny, podobny. I okazało się, że było coś bardzo dużego, mocno rozbudowanego, z podobnej serii, a nawet tańsze. Dokupiłam więc jeszcze jeden, malutki zestaw w promocji.

Wiertka była zachwycona. Powiedziała, że ten zestaw jest nawet fajniejszy. Układała to dwa dni, a teraz bawi się tym ciągle. Zabiera laleczki lego firends do szkoły i z koleżankami wymieniają się włosami, ubraniami, akcesoriami.

Teraz moja córka dostała od dziadka kolejne pieniądze na Dzień Dziecka i mamy dyskusję, jakie są granice rodzica w dyktowaniu dziecku, na co wolno wydawać mu jego pieniądze. Nie wyraziłam zgody na rozpuszczenie tych pieniędzy na słodycze, gazetki i pierdułki ze sklepu "wszystko po 1 zł". Ale już zabranianie dziecku kupienia czterdziestej piątej lalki jest być może przesadą. 

Tagi: córka
19:24, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 maja 2018
Weekend kinowo-leśny

Sobota burzowa, deszczowa, senna, leniwa jak koc. Tak jak ostatni dzień mojego cyklu.

Wybrałyśmy się z Wiertką do fryzjerki, w bloku obok, na podcięcie włosów. U jednej, i u drugiej. Na prośbę mojego dziecka, ustawiam weekend tak, by jeden dzień był domowy, z nic nierobieniem. Ona tak odpoczywa i regeneruje siły po szkole. Wspomniałam jednak, że na Pradze będzie w sobotnie noce kino plenerowe i Wiertka strasznie się zapaliła do tego pomysłu. Oglądanie filmów pod gołym niebem! Do momentu wyjścia z domu, po 21:00 dopytywałam się, czy aby na pewno chce wyjść. Jasne, że chce.

Okazało się, że ciągle pada mały deszcz i zastanawiałam się, czy się zaraz z tego seansu nie wrócimy do domu. Dziecko nie traciło nadziei. Było fajnie. Kino plenerowe odbywało się w knajpce, która mieści się na terenie plomby pomiędzy dwoma kamienicami. Organizatorzy rozwiesili brezentowe płachty, więc można było sobie bezpiecznie usiąść na leżaku, lub puchowej kanapie. Ja zapobiegawczo wzięłam kocyk, którym Wiertka się okryła. Trochę poleżała pod kocem, trochę potańczyła przy muzyce i śpiewie Florence Jenkins. Bo leciała "Boska Florence". Co najciekawsze, Wiertka nie miała problemu z oglądaniem filmu z napisami. Nadążała z czytaniem. Pamiętam z dzieciństwa, że dla mnie był to poważny skok w konsumpcji kultury popularnej, którego dokonałam dopiero koło 11-12 roku życia. Ale może to cecha pokolenia wychowywanego na filmach ściąganych z sieci. Inna kwestia, to taka, że mojemu dziecku film się podobał i nie uznała głównej bohaterki za fałszującej, czy ośmieszającej się. Kochała śpiewać, to śpiewała. Chciała śpiewać przed ludźmi, to śpiewała. Myśląc nad tym, zaczęłam się zastanawiać, czy Florence Foster Jenkins nie była prekursorką dzisiejszych bohaterów sieci - gdzie nie musisz idealnie śpiewać, grac, tańczyć, ale jeśli robisz to z pasją i kochasz, to co robisz, to ludzie ci to wybaczą.

W niedzielę, dziecko tradycyjnie nie chciało wyjść z domu, zasłaniając się kinem plenerowym i powrotem do domu przed północą. Nie negocjowałam, tylko kazałam się zbierać z łóżka. Wybierałyśmy się z koleżanką na wernisaż wystawy zdjęć, których bohaterką jest Puszcza Kampinowska. Oczywiście, wystawa odbywała się w puszczy, w skansenie, tuż obok muzeum. Pogoda była przepiękna, okoliczności przyrody były przepiękne, chaty, które przy okazji obejrzałyśmy także były piękne. Fajnie spędzony na świeżym powietrzu dzień.

poniedziałek, 21 maja 2018
Nie-komunijnie

W ostatnią sobotę, dzieci ze szkoły Wiertki miały I Komunię Świętą. Trochę obawiałam się, jak ona będzie to przeżywać. Jakiś czas temu powiedziała, że im zazdrości, bo dziecko w tym dniu jest VIPem, a ona chciałaby być takim najważniejszym człowiekiem. Jednak, gdy okazało się, że koledzy i koleżanki mają do nauczenia mnóstwo modlitw, egzaminy, spowiedzi, oraz długie próby, moje dziecko uznało, że ma fajnie. Na jednej z prób była, jako obserwator, bo sąsiadka odebrała ją ze świetlicy i zabrała tam. Wiertka uznała te próby za śmiertelnie nudne. I tak już postrzegała uroczystość komunii. W dodatku stwierdziła:

- Ja mam korzyść. Pani nic nie zadaje, bo dzieci uczą się do komunii. A ja korzystam.

Obawiałam się, że w szkole będzie licytacja prezentów. Koleżanka opisała już przechwałki kolegi jej syna - autentycznie brzmiało to "od chrzestnego dostanę 1500 zł, od dziadka 500 zł, od rodziców 700 zł, od cioci 500 zł". To jakaś masakra. Wiertka przedkomunijnie dostała od dziadka hulajnogę, teraz ma jeszcze obiecane przekłucie uszu, bo chce. Jeszcze coś ode mnie dostanie. I tak zaoszczędziłam majątek nie organizując uroczystości. Nawet gdybym wybrała wersję, jak najtańszą, to samo ubranie, dodatki, składki kościelne i skromna zupa z chlebem dla gości wyniosłyby mnie kilka stów. Mogę tę pieniądze wydać na prezent dla niej.

Zobaczyłam też inną rzecz. Moje koleżanki z sieci, większość matki 2008-09, żyły ostatnio komuniami dzieci. W co się ubrać? Nowa sukienka? Buty! Co ugotować (wersja bez restauracji)? Jak przygotować stół? Teraz pojawia się seria zdjęć :) Czyli to, czego nienawidzę najbardziej na świecie - przygotowywania przyjęcia. Na szczęście, nie mam już ataków mdłości ze stresu, jak miewałam dziesięć lat temu, ale nadal przeżywam, to tak, że chyba efekt nie jest wart nerwów. Bo czasami te imieniny, urodziny, parapetówki wyprawiałam :) Są tak rzadkie, właśnie dlatego, że tak to przeżywam niewspółmiernie do wydarzenia. Moja mama miała odwrotnie - niczym pani Dalloway, uwielbiała robić przyjęcia. Narobiła się, narzekała, ale widać było, że sprawia jej to satysfakcję.

Tak więc, obie z Wiertką miałyśmy korzyść.

Dziś moja córka wróciła ze szkoły i gdy ją podpytałam, powiedziała, że kiedy dzieci opowiadały o komunii, zatykała uszy. Nie chciała słuchać o prezentach. Zrobiło mi się smutno w jej imieniu. Powinnam była dać jej 2-3 dni wolnego. W środę dzieci jadą na wycieczkę do Częstochowy - w komunijnych albach odprawiać modły. Moje dziecko zostanie w domu.

Tagi: córka
19:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 maja 2018
Matko-córkowa Noc Muzeów

Odkąd Wiertka we wszystkie weekendy jest ze mną, wiedziałam, że Noc Muzeum muszę zaprojektować pod nią. Łatwo nie było, bo w ogóle nie miała ochoty nigdzie wychodzić. W domu jest najfajniej. Bo w domu jest tablet, telewizor, internet. Zarządziłam, że idziemy i dyskusji nie ma. Wcześniej jeszcze byłyśmy na zakupach, ja posortowałam ubrania w trzech szafkach (zostawić, oddać, wyrzucić), ugotowałam obiad w sumie na dwa dni.

Noc rozpoczęłyśmy przed 19:00 wizytą w niedalekim sklepiku kawiarni, gdzie była wystawa lalek z teatru Baj. Były trochę straszne i moja córka długo nie chciała ich oglądać. Potem pojechałyśmy do Muzeum Etnograficznego. Było tam sporo atrakcji dla dzieci - związanych z wystawą peruwiańską. Najpierw degustacja czekolady z wybranymi dodatkami. Potem można było zrobić własny breloczek w kształcie lamy. I tu miły wieczór się zaciął. Pomalowałyśmy obrazek z lamą, panie go zalaminowały, wycięłyśmy zwierzątko. Teraz trzeba było zrobić pompon. Pani pokazywała mi, jak to zrobić, ja jakoś próbowałam, choć szło mi ciężko. Jednak Wiertka była od pewnego momentu płaczliwa, rozedrgana. A to jej się długość pomponu nie podobała. Szybko wybrałam nitki i wtedy wybuchł płacz. Zły kolor, zły kolor, zły kolor. I nie chciała się uspokoić, nie dała sobie wytłumaczyć. Bo ten pompon ma zły kolor nitki, którą jest przewiązany. Ledwo zrobiłam jeden. Nie chciała się uspokoić i zabrałam ją na korytarz. Nie wiedziałam, czy zabrać do domu, ale chciała zostać. Ale nie chciała zwiedzać. Ciągle szlochała. Wyglądało to dziwnie. Ja chodzącą po muzeum z zapłakanym dzieckiem, które nie chce nic oglądać. Byłam już wściekła. Bo pompon ma zły kolor nitki. W końcu, Wiertka wydukała przez łzy, że ona zrobi ten pompon sama. Z dobrym kolorem. To wróciłyśmy i zrobiłyśmy nowy jeszcze raz. Już sama nie wiem, czy moja córka jest rozpuszczoną terrorystką, czy odstawiła "Rain Man'a". Tysiąc rzeczy zaakceptuje takimi jakimi są, a potem przy jednej nie takiej jak trzeba zachowuje się jakby porządek świata runął.

Jednak potem było fajnie. Wiertka ulepiła z gliny medal wojownika, zrobiła naszyjnik z blaszek, według instrukcji, bez pomocy zrobiła kwiatek z krepiny. Pospacerowałyśmy po patio, gdzie był dj, leżaki, napoje. Zastanawiałam się nad powrotem, ale Wiertka powiedziała, że chciałaby tu dłużej posiedzieć, posłuchać muzyki. A, że była już głodna, to kupiłam nam tosty w kawiarni.

Koleżanka napisała mi sms-em o innej atrakcji i moja córka odniosła się do niej z entuzjazmem. Spacerkiem przeszłyśmy się na Plac Defilad, skąd odjeżdżały "ogórki". Opowiadałam o nich Wiertce i była pod wielkim wrażeniem :) Kolejka oczekujących była długa, ale "ogórki" podjeżdżały często i wszystko szło sprawnie. W dzieciństwie miałam silną chorobę lokomocyjną i jazda tym pojazdem kojarzy mi się jedynie z silnymi mdłościami oraz wymiotami :) Co najciekawsze, stanął jeden obok mnie, do mojego nosa doszedł zapach spalin i od razu uczucie wróciło, jak u psa Pawłowa :D Opowiedziałam to Wiertce. Akurat, gdy była nasza kolej podjechał nowszy Jelcz - jak na mój gust taki z lat 70tych, może 80tych (starsza wersja tych, którymi ja jeździłam do szkoły). Wszyscy czekali na "ogórka", więc nikt nie chciał nim jechać :) Za to Wiertka chciała, uznała, że powietrze będzie w nim mniej mdlące :) W czasie jazdy, powiedziała mi, że czuje te spaliny, o jakich mówiłam i miałyśmy dyskusję o tym, jak ludzie mogli wtedy podróżować, skoro w każdym pojeździe tak śmierdziało :) Biedna, nie wiem, że to był jedyny zmotoryzowany znany świat, więc wyglądał naturalnie. A może to tylko ja mam z dzieciństwa i tamtych pojazdów takie skojarzenie, że nie dało się w nich oddychać i śmierdziały spalinami?

Dojechałyśmy do Zajezdni Wola, gdzie w tym roku był Dzień Otwarty. A tam tramwaje z wszystkich epok - od konnych, poprzez pierwsze zmotoryzowane, te sprzed wojny, dawnych czasów. Wszystkie. Wiertka wdrapywała się a miejsce woźnicy, wchodziła do kabiny motorniczego i bawiła się pokrętłami, szalała. Można tez było wejść - w siateczce na włosy i kasku - do kanału pod tramwajem i pooglądać sobie podwozie. Był koncert, obwarzanki, sok z saturatora, gra w trzy karty i łańcuch. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie w fotobudce, w Muzeum Etno też robiłyśmy zdjęcia z fotobudki. W jednym z tramwai stał fortepian i pan grał różne melodie. A w innym przypomniałam sobie stare kasowniki na bilety dziurkowane. O rany, kiedy to było :)

Wybiła 1:00 i trzeba był wracać. Nie widziałam, czy jeździ coś stamtąd o tej porze i co za linie, więc wybrałam bezpieczną linię muzealną - wracałyśmy do centrum "ogórkiem",  a potem już zwyczajnym autobusem na Pragę. Wiertka była zmęczona, podsypiała biedna, potem popłakiwała i marudziła. Miała do tego prawo. Zwiedzanie powinnam była zakończyć godzinę wcześniej. Do domu dotarłyśmy o 2:00.

Wiertka spała dziś do 12:00 :) Miała mieć jeszcze warsztaty, ale odwołałam jej przyjście. Cały dzień leżymy w łóżku i odpoczywamy :)

W kolejnych wpisach będzie jeszcze refleksja komunijna, bo wczoraj klasa Wiertki miał I komunię świętą.

czwartek, 17 maja 2018
O szkole

Wczoraj miałam spotkanie z wychowawczynią i panią dyrektor. Obawiałam się tego. Nie wiedziałam, czy mam oczekiwać wysłuchiwania żalów, czy wsparcia. Okazało się, że to drugie. Wychowawczyni Wiertki odpuściła i sama uznała, że to zaburzenie rozwoju, a nie brak dobrego wychowania i bezczelność. Skupiła się na reszcie klasy, nie tkwi nad moją córką, a ona też zrobiła się przez to spokojniejsza. Pani dyrektor wysłuchała, jak widzi zachowanie mojej córki nauczycielka, jak ja. Stwierdziła, że to może być coś w kierunku Zespołu Aspergera. Najważniejsze, że zwróciła uwagę na to, że od IV klas będzie wiele przetasowań i zmian w klasach. W roczniku są dwie klasy integracyjne i prawdopodobnie od jednej z nich odejdzie dziecko, a wtedy Wiertka mogłaby się tam przenieść. Jeśli zdobędziemy orzeczenie, to będzie miała nauczyciela wspomagającego. Pani dyrektor ma o tym pamiętać i czekać na papier  z poradni. Obie zdecydowanie uznały, że nie ma sensu by mała powtarzała klasę, bo jest inteligentna, bystra, już się czasami nudzi i rozniesie lekcje.

Tylko jak wspomniała Wiertce o przenosinach, to się rozpłakała. Nie chce się rozstawać z koleżankami.

Dziś miałyśmy wizytę w poradni zdrowia psychicznego dzieci (okropnie to brzmi) u doktor zajmującej się diagnostyką zaburzeń rozwoju. Jest szansa, że na początku czerwca będzie diagnoza. Choć słyszałam, że tę i tak trzeba będzie zawieźć do innej poradni szkolnej i dopiero tam wydają oficjalny papier. To jakiś obłęd.

Nie wiem, czy Wiertka ma jakieś zaburzenia, czy nie, ale jeśli orzeczenie ma sprawić, że spokojniej przejdzie czas szkolny (nie oznacza, że leniwiej), ze wsparcie, to już wolę uznać, że ma dziecko zaburzone. I myślę też o innych czasach, innych rodzinach, gdzie takich diagnoz jeszcze nie znano, nie było terapii i dochodziło do rodzinnych tragedii. 

15:40, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 maja 2018
Weekend w parku

Sobota była handlowa. Zrobiłyśmy z Wiertką dużą wycieczkę autobusem za miasto - by w Ikea kupić trochę pudełek do szafy. Okazało się, że ten wyjazd był pierwszym, kiedy moje dziecko nie chciało już iść na tamtejszy plac zabaw. Zazwyczaj wtedy ja siedzę sobie z kawą i książką. I tak wpuszczają ją już chyba przez przeoczenie, bo limit wzrostu to 140 cm, a ona go przekroczyła. Okazuje się też, że przekroczyła także emocjonalną granicę, bo ukochany plac zabaw przestał być interesujący. Ale nadal obie lubimy szwedzkie klopsiki w tamtejszej restauracji.

To nie koniec, bo głównym celem wycieczki był zakup hulajnogi. W ramach prezentu nie-komunijnego, mój tata podarował wnuczce pieniądze na rower. Taki średniej półki, kwota trzycyfrowa. Sporo czasu zastanawiałam się, jaki jej kupić, gdzie jej kupić. Nie jeżdżę, totalnie się nie znam. W dodatku, jak ją nauczyć jeździć, skoro sama nie potrafię. Efektem tych dylematów była rozmowa z Wiertką, która odrzekła, że woli hulajnogę. I tak pojechałyśmy do sklepu sportowego po hulajnogę - taką od 1,45 cm wzwyż, więc będzie służyć (oby) przez kilka lat. Od razu poprosiłam w sklepie o jej rozłożenie, bo przecież nie dałabym rady. Wiertka ze sklepu pomknęła jak strzała na swoim nowym pojeździe. A do przejścia, na pętlę autobusową, był spory kawałek.

Niedziela zaczęła się od badań społecznych. Niedawno, na lokalnej grupie fb, napisała studentka psychologii. Razem z innymi studentami z kilku krajów robi badania ośmiolatków nad procesem nauki sarkazmu i ironii :) Szukała chętnych rodziców. Zgłosiłam się. Nie byłam na tyle gościnna, by zaprosić ją do siebie, ale umówiłyśmy się w centrum handlowym, w niedzielę niehandlową - było więc cicho i spokojnie. Przy jednym stoliku Wiertka miała swoje pytania do scenek, a przy drugim, ja jako rodzic wypełniałam swoje kwestionariusze. Na przykład, też miałam scenki, gdzie trzeba było na końcu napisać, co dana osobie odpowie - wybadanie, jaki typ humoru preferuje rodzic i czy w ogóle go posiada. Badanie ma dobrą dotację, więc w podzięce dostałyśmy upominki - Wiertka naklejki i książkę, ja kupon do Empiku, też na książkę.

Z badań pojechałyśmy do parku. Wiertka wybrała taki w sąsiedniej dzielnicy, gdzie zawsze chodzi z tatą i rodzeństwem. Szalała oczywiście na hulajnodze przez cały dzień. W środku parku jest zbiornik wodny, na na nim wysepka (z małym dojściem). Siedziałyśmy tam na trawie, bawiłyśmy się najpierw w chowanego (po krzewach i krzakach). Potem było "Pytanie, czy wyzwanie". Moja córka miała początkowo dziwne pytania, bo o ile "czy jesteś w kimś zakochana?" jeszcze przeżyję, ale "ile razy się z kimś hajtałaś?" było trudne. Bo okazało się, że mojemu dziecku chodzi o seks. Odrzekłam, że takich tematów nie poruszamy. Podejrzewam, że Wiertka oczekuje, że będę mówić, że zakochana jestem w jej tacie i że tylko z nim się "hajtałam". Stanęło na "jakim drzewem jesteś?" i dalej w tym stylu. Wyzwania były gorsze, bo musiałam biegać dookoła wyspy, robić przysiady. Ja za to kazałam mojemu dziecku, w ramach wyzwania, robić działania matematyczne ;) Na koniec jeszcze robiłyśmy tańce na trawie. I tu już bałam się, że zbyt długo jesteśmy dziwne, bo w okolicy leżało na kocach sporo ludzi. Widocznie moje dziecko miało potrzebę kontaktu ze mną i wolało tak spędzić czas, niż na placu zabaw obok.

Lubię jadać na mieście, więc w drodze powrotnej wstąpiłyśmy do knajpki azjatyckiej, w której Wiertka bywa z tatą i że zacytuję mówi o niej, że "restauracja jest na wypasie". Mała zamówiła normalne danie, chrupiącego kurczaka i myślałam, że będę po niej dojadać. Nic mylnego. Zjadła wszystko co do ziarenka ryżu. Ja jej dużo i mnie takie danie nasyca. Znam dorosłych, którzy by mu nie dali rady. Wiertka wsunęła wszystko.

W drodze powrotnej jechała jeszcze na hulajnodze, a ja miałam ochotę zlegnąć już gdzieś. Nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii.

Okna w domu wyją o mycie i trzeba posadzić kwiatki na balkonie. Następny weekend będzie chyba domowy.

środa, 09 maja 2018
Dziecięco

W poniedziałek miałam spotkanie podsumowujące w poradni pedagogiczno-psychologicznej. I jednak byłam zawiedziona. Pani psycholog powiedziała tylko, że także uważa za zasadne dalsze diagnozowanie w kierunku zaburzeń rozwoju. Potwierdziła część obserwacji wychowawczyni. I tyle. Mam sobie iść dalej, do kolejnych placówek. Akurat wizytę mamy w następnym, tygodniu.

Tym razem padło na podejrzenie zaburzeń w spektrum autyzmu, bo Wiertka ma trudności w relacjach z rówieśnikami. Na szczęście dzieci ją lubią. Ale moje dziecko nie potrafi dobrze odczytywać sygnałów zwrotnych od innych osób, ich emocji. Zauważałam to, jednak kładłam na karb tego, że jest jedynaczką i w domu przebywa z dorosłym skupionym jakoś na niej. Ma niewiele możliwości ćwiczenia ról społecznych. Dlatego Wiertka jest mocno skupiona na sobie, potrafi gadać do kogoś i nie zauważać, że ta osoba nie jest zainteresowana tematem, albo sama chce coś powiedzieć, obrazić się na innych, bo nie chcą jej słuchać. 

Szczerze pisząc, to znam trochę takich dorosłych, ale nikt nie posądza ich zaburzenia. Są postrzegani jako radośni ekstrawertycy.

Z drugiej strony, ostatnio zadzwoniła do mnie sąsiadka, z której córką Wiertka chodzi do klasy. Dziewczynka zauważyła, że moja córka źle zachowuje się przy wychowawczyni. Gdy są lekcje z innymi nauczycielami, czy zastępstwo, to jest grzeczniejsza. To zapewne jakieś sprzężenie zwrotne.

Tagi: córka
19:40, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
Tagi