To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

sobota, 13 października 2018
Ciężkie wydarzenie w szkole

Opisuję tę historię dopiero po pewnym czasie i sama się zastanawiam, czy powinnam. Jednak jest to przykład pewnego ogólnego zjawiska, które niestety może się coraz częściej pojawiać. Byłam tak wściekła, że chciałam krzyczeć, trzęsło mną i aż musiałam zapalić papierosa. Nie mam nawet energii, by wymyślić błyskotliwy tytuł wpisu.

 

Wracałam z pracy, w domu czekała już na mnie dziecko. Zadzwoniła do mnie sąsiadka, która usłyszała to od własnej córki, przyjaciółki Wiertki. Obie opowiedziały mi to przez telefon. Otóż w czasie przebierania przed lekcją wychowania fizycznego, jedna z dziewczynek zrobiła telefonem – lub udała, co wielkiej różnicy nie czyni – zdjęcie mojej półnagiej córce. Zaś chwilę później, na boisku, druga dziewczynka powiedziała Wiertce, że ma się przebiec, inaczej zdjęcie zostanie wrzucone do sieci, na pewien portal (nazwę już daruję).

Moja córka się przebiegła, a potem poszła pod drzewo popłakać. Kolejne informacje brałam już od dziecka, bo wpadłam do domu i zaczęłam z nią rozmawiać, i od sąsiadki. Koleżanka od telefonu od razu podeszła do mojej córki i dała jej kilka czekoladek na przeprosiny. Córka sąsiadki wykazała się odwagą i poszła od razu do nauczyciela, powiedziała mu, co się dzieje, ten zawołał drugą dziewczynę i powiedział jej coś.

Byłam wściekła, jak można tak potraktować dziecko – nie dość, że pogwałcono jej intymność, to dokonano czegoś tak obrzydliwego jak szantaż.

Resztę wieczoru spędziłam na telefonie, sms-ie i messengerze. Najpierw zadzwoniłam do matki dziewczynki, która szantażowała moje dziecko. Ona chłodno i stanowczo uznała, że to nie jest sprawa jej dziecka, bo przecież telefonu do szkoły nie brała i poszła z koleżanką w inną stronę. Druga matka, była bardziej przystępna – może dlatego, ze znamy się bardziej prywatnie – i przyznała, że jej dziecko mogło coś zrobić głupiego. Ale pierwsza z dziewczynek utrzymywała, że to ta druga zabrała jej telefon, zrobiła zdjęcie (potem skasowała) i zaszantażowała. Każda z dziewczynek się wybielała.

Wiertka siedziała cicho i pytała się, czy „nie możemy po prostu zapomnieć i żeby życie toczyło się dalej”. Chyba wszystkie dziewczynki były przestraszone sytuacją i reakcją matek. Rozmawiałam z Wiertka i tłumaczyłam jej, że nie mogę zostawić tego spokojnie, bo jeśli zrobię to teraz, za kilka miesięcy dzieci zrobią zdjęcie i od razu wrzucą do internetu, albo wpadną na jakiś gorszy pomysł. Teraz dziesięciolatka się jeszcze zawstydzi, dwunastolatka już niekoniecznie.

Następnego dnia zadzwoniłam od razu po 8:00 do pani dyrektor. Wiele osób radziło mi od razu zawiadomić policję, prokuraturę, media. Ja jednak, może jestem za miękka, pomyślałam, że nawet jak na 9-10 latki ten pomysł był obrzydliwy, to jest jeszcze chyba wiek, gdy można dzieciom wytłumaczyć wagę wydarzenia i dotrzeć do ich empatii. Przekazałam dyrektor obraz sytuacji, ale bez nazwisk (te miał i tak pan do wychowania fizycznego). Pani dyrektor się przejęła, powiedziała, że wdroży procedury, porozmawia z wychowawcą. Ja tylko chciałam by przeprowadzić z klasą rozmowę i jeszcze raz wytłumaczyć skutki i konsekwencje takich zachowań dla psychiki rówieśnika.

Reakcja wychowawczyni była słaba. Wpadła na pierwszą lekcje do klasy i nawrzeszczała na dzieci. Nawrzeszczała – to określenie Wiertki i jej koleżanki. Na pewno podniosła głos. Co sobie dzieci wyobrażają, co im takiego wpadło do głowy! Pogadała chwilę i wyszła. Niestety, tak się nie powinno tej sprawy załatwiać. Klasa ma dwie wychowawczynie i ta jest młodsza, uczy się dopiero wychowawstwa i jak widać sporo jej brakuje.

Plus jest taki, że obie dziewczynki przeprosiły moją córkę.

 

12:16, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 08 października 2018
Weekendowy wiatr we włosach

Dalej w temacie poza domowym.

 

Człowiek planuje, że w weekend będzie odpoczywał, posprząta może nawet. Mojemu dziecku wychodzi (część pierwsza), mnie nie bardzo.

W sobotę miałam spotkanie urodzinowe mojej artystycznej koleżanki, wiernej czytelniczki tego bloga (za co dziękuję). Zebrałyśmy się w kilka kobiet, niektóre z dziećmi, przy pysznej zupie dyniowej i szarlotce. Jesień przybrała cieplejsze tony, więc trochę posiedziałyśmy w ogrodzie. Były pogaduchy, wymiana plotek, co tam się u której dzieje. Ani się obejrzałam, a minęła prawie cała sobota. Wiertkę wzięłam ze sobą, choć marudziła, stawała w poprzek („zawsze coś wymyślisz, zawsze coś zaplanujesz, nie możemy po prostu zostać w domu”). Zgodziłam się nawet już by wzięła ze sobą tablet. Na szczęście, zajęła się rozbijaniem orzechów dla pieska, potem skakaniem na dużej piłce.

Na niedzielę także miałam pomysły. Mogłam zabrać Wiertkę na festiwal kultury japońskiej. Ale idealny weekend według mojego dziecka, to leżenie na kanapie i nic nie robienie. Jakimś wytłumaczeniem jest to, że początek IV klasy, to dużo bodźców – co lekcja inny temat, inna sala, inny nauczyciel, codziennie do odrobienia zadania z matematyki, przy których mózg mojego dziecka zgrzyta i trzeszczy. Niby wraca po lekcjach od razu domu, zahaczając z koleżanką o plac zabaw, gdzie szaleje dwie, trzy godziny. Jednak rozumiem, że po tych pięciu dniach, w weekend Mała chce po prostu odpocząć i nic nie musieć. I ona jest bardziej człowiekiem zagrodowym, mówi, że jak jest w domu, to czuje się jak w azylu. Sobotę nabijał jej wydarzeniami. Skoro chce w niedzielę odpoczywać, to jej prawo.

Ja także, obudziłam się w niedzielę i uznałam, że chyba wolę po prostu pobyć w domu. Poczytałam, coś tam ogarnęłam, zaczęłam przygotowywać obiad. Rzuciłam okiem za okno, na to słońce, migoczące kolorem liście i poczułam, że jednak coś bym zrobiła. Jeden ciekawy wykład o historii ubioru już mi przepadł, ale jakbym się sprężyła z gotowaniem i jedzeniem, to bym zdążyła na spacer miejski. Oczywiście, bez córki, bo ta gorąco kibicowała mi, żeby się wyrobiła, poszła sobie i zostawiła ją samą :)

A o niedzielnym spacerze już w kolejnym wpisie.

 

wtorek, 02 października 2018
Niedziela w Koneserze

Na niedzielę także miałam wielkie plany. Trwał właśnie mój ukochany Festiwal Nauki, na którego wykłady chodzę od dwudziestu lat. Najbardziej mnie ciekawiące były akurat w sobotę, w trakcie szkolenia firmowego. Jednak w niedzielę także znalazłam trzy fajne wydarzenia.

 

Niewykluczone, że już się zestarzałam. Lata temu po sobocie całej na zajęciach, w niedzielę poszalałabym jeszcze gdzieś indziej. W poniedziałek byłabym umęczona, ale zadowolona. Teraz energia mi opadła. Bez żalu stwierdziłam, że wychodzić na poranne wykłady nie będę. Może gdyby były później, ale 10-12:00 to było dla mnie za wcześnie. Inną sprawą było to też to, że Wiertka całą sobotę spędziła sama w domu beze mnie. Twierdziła, że było fajnie, ale nie chciałam zostawiać dziecka na kolejny dzień samego. W dodatku wisiało nad nami odrabianie lekcji – matematyka bieżąca i zaległa, oraz język polski bieżący i zaległy.

Za to po odrobieniu lekcji i obiedzie pomyślałam, że możemy się obie gdzieś wybrać. Akurat pod bokiem, przez cały weekend odbywał się Festiwal Konesera – uroczyste otwarcie tego kompleksu. Co do samego miejsca mam uczucia mieszane. Pomysł by zrewitalizować zabudowania po fabryce alkoholi uważałam za świetny. W praktyce za to widziałam, że polegało to głównie na zburzeniu wszystkiego do gruntu i postawieniu nowych budynków stylizowanych na tamte. Zaiste zajebiste. Chyba tylko jeden budynek ocalał w historycznym zarysie.

W Koneserze na dużej scenie odbywały się koncerty, występy kabaretów, otworzony był ciąg handlowy, z miejscami gdzie eksponowano różne zdjęcia, wystawy (choćby polskiego designu). Był także Targ Rzeczy Ładnych, ale za wstępem 10 zł – aż tak nie pragnęłam kontaktu z rzeczami ładnymi. Jest tam także Pijalnia Czekolady Wedla oraz centrum medyczne. A na placu pomiędzy budynkami stały – żelazny punkt programu, no nie może ich przecież być – food trucki. Zapewne nigdy nie będę miała porządnie urządzonego życia, bo jednak lubimy z Wiertką tak sobie pochodzić, kupić z trucka gofra, dla mnie kawę, dla niej lemoniadę, usiąść sobie (ławek, w fajnym designie, było trochę) i pocieszyć życiem. Dodam tylko, że w ten dzień Muzeum Polskiej Wódki, znajdujące się na tym terenie, miało bilety za pół ceny (normalnie za 40 zł). Pomyślałam przez chwilę, ale moje dziecko nie chciało iść – co mnie nawet cieszy J  Trafiłyśmy, na obrzeżach kompleksu, na trawnik, gdzie przedstawienie dawali aktorzy z Teatru Baj. I wcale dla dzieci, moim zdaniem, to nie było. Był to zbiór scenek, historyjek opartych na wspomnieniach, rozmowach, dialogach mieszkańców Pragi. W warstwie wierzchniej zabawne i Wiertka świetnie się ubawiła, ale gdy odbierać dialogi, monologi bardziej dogłębnie, to te historie były smutne i gorzkie. Ale oglądało się to pięknie.

Generalnie, popołudnie spędzone fajnie. Można było zapoznać się z nowym punktem na mapie dzielnicy. Wygląda to wszystko niezwykle nobliwie, elegancko, z gustem, jak dla kogoś kto wydał zapewne ponad 10 tys za m kw mieszkania. I to, że na parterze umieszczono Żabkę i Biedronkę tego wrażenia nie zatrze :) 

 

piątek, 21 września 2018
Matematyczny bieg przez płotki

Jak można się było domyśleć – IV klasa, całkiem inne podejście nauczycieli do kwestii prac domowych. Większość na razie, nie szaleje. Wyjątkiem jest pani od matematyki. Po każdej lekcji do zrobienia jest od czterech do ośmiu zadań. Z pozoru są nawet łatwe, szybkie do zrobienia. Pierwszą przeszkodą jest ogarnięcie mojego dziecka. Z zasady niczego nie zadali, według niej. Może raz coś zapamiętała. Robię więc obdzwonkę po innych matkach.

 

Drugą przeszkodą są moje godziny pracy. Gdy kończę o 18:00, dojeżdżam do domu koło 19:00 i nawet jak natychmiast siadam z dzieckiem do lekcji, to dla Wiertki jest już za późno. Może na inne przedmioty jest jeszcze w miarę, to na matematykę jest stanowczo nie ta pora. I jest nerwowo, czasami głośno. Ja chciałabym, żeby zrobiła choć ze trzy przykłady, tak dla załapania, o co chodzi. Idzie z trudem.

Wczoraj już w ogóle było ciężko, bo dowiedziałam się, że z matematyki nie ma nic zadane i pozwoliłam się długo bawić dziecku na placu zabaw. A przed 19:00 dostałam alert (ktoś tam do kogoś jeszcze zadzwonił), że jednak są trzy zadania. To była masakra, bo dziecko było tak zmęczone, że nie potrafiło mi podać ile jest 5 x 10, czy 10-1. A już wynik działania 42:7=?, czyli przez ile możemy pomnożyć 7, to już był kosmos.

Przyznam, że nie byłam oazą spokoju i cierpliwości. Szczególnie, że miałam dziecko rozpłakane, leżące na łóżku, uciekające do łazienki i wracające z niej na czworakach. Obawiam się, że ta moja złość wynikała też z bezsilności, bo wiedziałam, że tej pracy domowej nie da się odrobić i nie mam totalnie wpływu na to, by moje dziecko zatrybiło. Muszę odrobić lekcję za nią. A to ślepa uliczka.

A co lekcja zadawane są nowe rzeczy. Czyli z dnia na dzień robi się nowa warstwa zaległości. Bo mogę podać dziecku prawidłowe wyniki do wpisania. Tylko na sprawdzianie, czy klasówce, ona nic nie napisze sama. Mam żal do nauczycielki, że tak goni do przodu. Moim zdaniem, powinna na każde zagadnienie poświęcić 3-4 lekcje. Może to program nauczania jest tak przeładowany. A może to materiał z III klasy, tylko my tego nie zauważamy.

Dziś rano, przed wyjściem do pracy, przepytałam trochę Wiertkę z tabliczki mnożenia – wyspana i wypoczęta podawała dobre wyniki. Czyli nie jest głupia, tylko popołudniami bardzo zmęczona.

Na razie muszę to wszystko jakoś ogarnąć. Chyba jednak zrobić dziecko codzienne odpytywanki z tabliczki mnożenia i w weekend powtórkę przykładów, by zrozumiała schemat rozwiązywania równania. Będzie zabawniej. Ostatnio koleżanka z pracy opowiadała, że zanim usiadła z synem do odrobienia pracy domowej z matematyki (VII klasa), to zamknęła się z podręcznikiem w łazience i sama ponownie się go nauczyła :) Głupio jej było pokazać dziecku, że zapomniała.

Inna anegdotka. Rozmawiam na placu zabaw z jedną z matek, która była zaskoczona zadaniem domowym dziecka – działania w typie 7 x 25, czy 5 x 44. Bo skąd jej dziecko ma umieć mnożyć przez tak wielkie sumy. Kazała dziecku użyć kalkulatora. Następnego dnia sama spojrzałam w to zadanie – na początku ćwiczenia był wzór, według którego można rozwiązać takie równanie: 7 x (20+5) = 7 x 20 + 7 x 5 = 140 + 35 = 175 :) Nie jest z nami tak źle.

A tak po cichu to zastanawiam się, czy te dzieciaki, które odrabiają w domu same, w pokoju, bez nadzoru rodzica, nie używają po prostu kalkulatora. Ja ciągle o to walczę z Wiertką. Bo po co uczyć się matematyki, gdy są kalkulatory :(  Ja sama przecież głównie korzystam z kalkulatora, ale gdy odrabiam z dzieckiem, ambitnie obliczam wszystko w pamięci lub na kartce. Ciekawe, czy kolejne pokolenia totalnie pozbawią się umiejętności samodzielnego liczenia, zdając wszystko na maszyny.

 

17:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 września 2018
Głupio zgubić, szczęśliwie znaleźć

Z cyklu – głupio zgubić, przez przypadek odnaleźć ;)

 

W związku z pojawieniem się w mojej okolicy jednego ze sklepów tej sieci, dałam się namówić dziecku na wyścig po kupno Słodziaka. Bo żeby tak zbierać, by mieć go za darmo, to nie mam siły. To ciułałam, ciułałam te naklejki, trochę jej ojca naciągnęłam, miałam swoje myki jak zebrać je szybciej (ale legalnie). Raz nawet jedna miła pani przekazała Wiertce swoje dwie naklejki – moja córka stojąc w kolejce cały czas nadawała o Słodziakach, pani była przed nami i jak usłyszała od kasjerki pytanie o naklejki, to poprosiła i dała mojemu dziecku :)

I jesteśmy na finiszu, już był w ogródku, już witał się z gąską. W sobotę zrobiłam większe zakupy, zgarnęłam cztery naklejki (te ostatnie do zdobycia) i wrzuciłam bezpośrednio do torby wypchanej zakupami. Żeby już szybciej odejść od kasy. W domu wypakowuję wszystko, już chowam torbę, ale nagle mnie tknęło. Przecież tych naklejek nie wydłubałam. I dawaj szukać. W torbach wybebeszonych na drugą stronę. Obejrzałam każdą kupioną rzecz, ze wszystkich stron, bo może się przykleiły. Nie ma. Podłogę obejrzałam, bo może upadły. Nie ma.

Pomarudziłam, pojęczałam, bo tak głupio zgubić, niczym madka jakaś :) Aż tu wczoraj, dziecko wysłałam do szkoły z sąsiadką, sama miałam jeszcze godzinę do wyjścia. Traf chciał, że dziecko było  pokąsane przez komary i piło rano wapno. Musiałam wyjąć z szafki nowy kubek, bo chciałam napić się wody. Zazwyczaj używamy dwóch tych samych kubków no stop. Odkręcam kran i po sekundzie w szoku zakręcam. I tak z wody w kubku wyłowiłam sznurek zagubionych naklejek :) Przykleiły się do jednej z paczek i w czasie wkładanie jej do szafki odpadły i zsunęły się do kubka. Mogłam je w przyszłym roku znaleźć ;)

 

Tagi: córka życie
20:01, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 września 2018
Szkolny raporcik

Zaliczyłam pierwszą wywiadówkę w IV klasie. Trochę się stresowałam, ale na razie zostało mi darowane. Panie wychowawczynie powiedziały mi na boku, że chcą się ze mną spotkać niedługo, żeby usiąść i ustalić kilka rzeczy. Na razie są miłe i pomocne. Mam drobną nadzieję, że to orzeczenie, które dostała Młoda, sprawi, że nauczyciele będą na jej reakcje pozytywnie uwrażliwieni.

 

Na razie mamy za sobą pierwsze dni w nowym porządku szkolnym. Bo IV klasa to już wyższy pułap. I piszę w liczbie mnogiej, bo na tym etapie edukacji rodzica też to jeszcze mocno dotyka. Widzę, że dziecko jest lekko przytłumione zmianami nauczycieli co lekcja. Dużo bodźców. Generalny remont budynku szkoły, sprawia, że jeszcze przez ten rok szkolny wszyscy będą w budynku zastępczym. Jest tam za mało sal, dyrekcja szuka pomieszczeń poza szkołą, w sąsiednich instytucjach, nauczyciele z dnia na dzień zwalniają się, bo znajdują pracę w szkołach o lepszym priorytecie (np. w liceum). Dzieci dostają plan lekcji z dnia na dzień. Nie jest on obowiązujący w następnym tygodniu. Jeszcze chwilę to potrwa. Lekcje są jednego dnia w różnych salach, więc dzieci wędrują na przerwie. Mam nadzieję, że jeszcze tydzień maksymalnie, ale sytuacja się unormuje.

Pierwsza praca domowa  z matematyki już była. Odrobiona wśród jęku i płaczu. Jednak koleżanka Młodej, według mnie wzorowe dziecko, powiedziała, że w trakcie tej pracy płakała trzy razy, więc może nie jest tragicznie. A wczoraj miała nawet niezapowiedzianą kartkówkę z matematyki i jest dobrej myśli, co do wyniku.

Wydarzyły się wczoraj także inne rzeczy, które mnie zestresowały, doprowadziły do szlochu moje dziecko. Takie na płaszczyźnie relacji pomiędzy dziećmi, przemocy szkolnej, co pociągnęło za sobą konfrontacje matek. Jesteśmy z Młodą w kiepskiej sytuacji, bo ze względu na jej temperament, zachowanie jest ona z automatu definiowana jako winna. Na szczęście mam świadectwo innych dzieci, innej matki oraz nauczyciela, mówiące, że moja córka miała prawo zachować się tak, jak się zachowała. Boję się jednak trochę, co będzie dalej – czy nie będzie wojny podgryzającej pomiędzy dziewczynkami, dzieci bywają okrutne. I czy nie będą się teraz tworzyć koalicje matek nastawionych antagonistycznie.

Gdy wróciłam do domu, moje dziecko było cichutkie i patrzyło się na mnie smutnymi oczami. Powiedziałam, że jej wierzę i broniłam ją przed koleżanką i jej matką, stoję po jej stronie.

Kiedy chciałam mieć dziecko moja wyobraźnia nie wychodziła poza etap pachnącego niemowlaczka. Może doczołgała się do etapu dwulatka. Kwestie wojen dziewczynek, wojen które nie są już w tych czasach tylko werbalne (a zaraz zaczną dojrzewać!), to już kompletnie nie ogarniałam.

 

17:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 września 2018
Muzyczno-artystyczny weekend

Po pierwszym tygodniu spędzonym w szkole, zasadniczo moje dziecko chciało spędzić weekend leżąc na kanapie i jak najbardziej oddalać się od wyzwań intelektualnych. W sumie mnie też już ogarnia jesienna pierzynka. Jednak mam wyrzuty sumienia trzymając dziecko z dala od świeżego powietrza.

 

W sobotni wieczór wybrałyśmy się na Noc Pragi – Święto ulicy Ząbkowskiej. Zapewne wielu osobom to odpowiada, mnie już jakoś średnio – wydarzenie polegało na zorganizowaniu wielkiego koncertu na skrzyżowaniu i rozstawieniu straganów z zabawkami, ogródków z piwem. Występowały zespoły, powiedzmy, zróżnicowane – od kapeli praskiej, disco polo, disco po gwiazdę wieczoru Wilki na zakończenie. Akurat jak dotarłyśmy śpiewał nie znany mi, choć chyba popularny, zespół żeński, gdzie na scenie trzy dziewczyny w szczycie płodności, ubrane w seksowne cekinowe sukienki śpiewały do bardzo wciągającego rytmu. Moja córka od razu stała się ich zagorzałą fanką. Trochę posłuchałyśmy muzyki, trochę pokręciłyśmy się pomiędzy straganami. Niestety, po godzinie zaczął padać deszcz i zebrałyśmy się do domu. Jakoś, z mojej strony, bez żalu.

W niedzielę pojechałyśmy na wernisaż do zaprzyjaźnionej galerii malarskiej. Zaintrygował mnie tytuł wystawy – „Samotność”. Z rozmów z autorką słusznie wynikało, że nie zawsze jest to stan niepożądany, a moment w życiu, gdy redukuje się do minimum wszystkie rzeczy, emocje, uczucia, akcenty w swoim życiu. I takie też minimalistyczne, dzięki temu piękne, były te obrazy. Samotność bywa monochromatyczna, dzięki temu spokojna i łagodna. Ciężko w słowach opisywać obrazy by nie popaść w kicz. Wszystkie były praktycznie jedno, dwukolorowe, dominowała czerwień i czerń, znajdowały się na nich postacie. Kilka miało niesamowity pomysł – na duży obraz właściwy, naklejony był w roku mniejszy, wypukły. I choć na całości były ludzkie sylwetki, to właśnie inność, obcość tej jednej na wypukłej części była mocniej widoczna. Bo czasami samotność, to smutne poczucie odrębności.

W drugiej części wernisażu, recital miała córka mojej koleżanki, niezwykle utalentowana, nagradzana sopranistka. A na widowni, na kolanach młodej babci, siedziała jej czteromiesięczna córeczka :) Wiertka część dyskusyjną przeleżała znudzona na moich kolanach, albo zabawiała w kuluarach malutką. Przyszła posłuchać muzyki. Jednak po kilku piosenkach chciała  się już zbierać do domu. Jako, że przed wyjściem bolało ją ucho, jutro na rano do szkoły, to nie trzymałam ją. Wracając, zahaczyłyśmy jeszcze o koncert Renaty Przemyk w Praskim Ogródku Sąsiedzkim. Posłuchałyśmy kilku piosenek.

A wieczór, to bolesne, pełne jęków, żali i skarg na los pakowanie plecaka do szkoły.

 

21:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 września 2018
Kolejny schodek w górę gdzieś tam

Od pewnego czasu, 1-go września, nie było dla mnie wejściem w jakiś kolejny nowy etap, który mogłabym z rodzicielskim pianiem ogłosić. Jednak start w IV klasie, to jest coś.

Z dzieciństwa pamiętam, że ja byłam tym podekscytowana. Było to dla mnie wejście na wyższy poziom. Nawet dosłownie, bo klasy I-III były na parterze, a IV-VIII na 1 piętrze. Czułam, że jestem kimś starszym, poważniejszym. Na biologię mówiłam biola, na geografię gegra, a na matematykę matma, co wzbudzało śmiech u mojej jedenaście lat starszej cioci.

U Wiertki tego nie widzę, rok szkolny, jak rok szkolny. Cieszyła się, że zobaczy koleżanki, nie mogła się tego doczekać. To ja jestem bardziej zestresowana. Boję się, jak będzie się zachowywać. Boję się, że zamiast z jednym nauczycielem, pójdzie na wojnę z kilkoma. Jej wychowawczynią jest nauczycielka, z którą miała zajęcia już w poprzednich latach. Co powinno rodziców cieszyć. I słusznie. Tyle, że z nią moja córka też miała swoje spięcia. Nie zaczyna z czystą kartą. Klasa ma też drugiego wychowawcę, panią od plastyki. 

Okazuje się, że plan lekcji będzie jeszcze ciągle ulegał zmianie, więc na razie będzie podawany z dnia na dzień. Z tego co widzę jutro każda lekcja będzie w innej sali. Ciężki drugi rok remontu budynku szkoły.

Po spotkaniu z wychowawcami, na korytarzu zaskoczenie, bo kierowniczka świetlicy chciała się u mnie upewnić, że Wiertka ma nauczanie indywidualne. Ależ nie. Zaczynały się kolejne rozpoczęcia roku, dla innych klas i nie mogłam skonsultować tego z panią dyrektor. Wkrótce sama do mnie zadzwoniła. Przeprosiła, że coś im umknęło, źle odczytali orzeczenie i wpisali moją córkę do nauczania indywidualnego, już zmieniają grafiki nauczycieli. Ale mają dla mnie propozycję, by Wiertka przeszła do klasy integracyjnej. Z klasy 23 uczniów do takiej z 15 dzieci, nauczycielem wspomagającym stale przebywającym w sali. Tylko, że to tak z dnia a dzień. Gdy rozmawiałam o tym z Wiertką, wybuchnęła szlochem. Już w czerwcu poruszałam z nią ten temat. Ona jednak jest tak zżyta z tymi trzema koleżankami, że ryczała na myśl o zmianie. I ja miałabym ją jutro ciągnąć do obcej klasy. Wiem, że są rodzice, dla których dobro dziecka stoi wyżej niż jego dobrostan psychiczny. Może to też moje projekcje, dla mnie separacja od osoby, z którą jestem związana przyjaźnią też byłaby doświadczeniem rozdzierającym. Może gdyby te pomysł padł dwa miesiące temu. Niestety, nie jestem osobą spontaniczną. Wszystko muszę przetrawiać, adaptować się. Gdyby dziecko był na tak, to bym w to weszła. A tu dziecko rozpacza.

Jednak miałam uczucie, że być może zaprzepaszczam szansę dziecka na dobry rozwój :(

Potem część dnia spędzona na placu zabaw, ale towarzyszyłam dziecku tylko przez część czasu. To inny plac, tam przychodzą jej koleżanki z klasy, które mieszkają tuż obok. Żaden z ich rodziców już ławki nie wygrzewa. Wiertka już raz dzisiaj tam sama poszła i raz wróciła (spotkałyśmy się w połowie drogi). Z tego, co słyszałam, to większość dzieci będzie teraz po lekcjach wracać już sama do domu. Dziewczyny umawiają się już, że jutro wyjdą ze szkoły razem i od razu pójdą całą grupką na plac zabaw. Dorastają :)

19:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 września 2018
Dzień Kultury Wietnamskiej

Sobotę miałyśmy jeszcze leniwą. Największym, dla mnie, krokiem w relacjach matko-córkowych było to, że Wiertka na jakieś trzy godziny poszła do swojego pokoju. Dla nas to wielka zmiana, bo dotąd przebywała ciągle tuż obok mnie - we dnie, i w nocy. Czasem także, gdy się kąpałam :) A teraz, odrzekła, że to fajnie jest pobyć samemu. Może to efekt tego, że ostatni tydzień wakacji, gdy ja byłam w pracy, ona była sama w domu. Poczuła, że to dobrze być panią samej siebie. Zobaczymy, kiedy znowu się powtórzy :)

A w niedzielę, pojechałyśmy do parku Sowińskiego na Dzień Kultury Wietnamu. To wspieranie mojego dziecka, w jej zainteresowaniu Azją ;) Wydarzenie trochę przypominało typowy piknik rodzinny. Początkowo czułam się źle, bo dookoła były tłumy ludzi, trzeba się było przedzierać. Źle znoszę takie miejsca. Były stoiska z jedzeniem wietnamskim (Wiertka dostała paczuszkę ze słodyczami), pamiątkami, namiot buddyjski, jakiś organizacji z Wietnamu. Na środku rozstawiono dmuchańce dla dzieci i scenę, na której tańczono różne układy. Przeszłyśmy się do amfiteatru, gdzie widowisko zaczęło się od tradycyjnych układów z Azji - taniec smoka, taniec z wachlarzami, aż po jakimś czasie wietnamskie zespoły śpiewały polskie przeboje :) Wystąpiła nawet jakaś piosenkarka, która wydała mi się wietnamską wersją Beaty Kozidrak :)

Dookoła było sporo Azjatów, może nie tylko Wietnamczyków. Niektóre kobiety miały na sobie tradycyjną wietnamską suknię, pięknie to wyglądało. 

Zrobiłyśmy sobie z Wiertką zdjęcia w fotobudce - mamy już chyba piąty, czy szósty zestaw do kolekcji. Obejrzałyśmy wystawę zdjęć z Wietnamu - tamtejszych krajobrazów. Moja córka chciałaby w przyszłym roku pojechać na wakacje do Wietnamu :) W ogóle, to mówi, że chciałaby studiować w Japonii i tam już zostać na stałe :)

18:31, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 sierpnia 2018
Historie z placu zabaw

Nie zachowuję się na placu zabaw jak tradycyjna matka. Zauważyłam to ostatnio. O tym, że chciałabym ten czas wykorzystać na czytanie książek, czy napisanie czegoś, to już wiedziałam. A tu widzisz matki koleżanek córki i wypadałoby podejść, porozmawiać. I tak czasami jest to czas miły, a czasami jest to pańszczyzna towarzyska. Oprócz tego, ja już się czuję na tym placu zabaw głupio, bo uważam, że dziewięciolatki nie trzeba eskortować, nadzorować i bezustannie pilnować. A ona chodzi tam nie by się bawić, ale gadać z koleżankami. Mamy jednak czasy, gdy smycz się usztywniła. I to niekoniecznie smycz na dziecko.

 

Ostatnio poobserwowałam sąsiadkę i jednocześnie mamę koleżanki Wiertki i zauważyłam, że ona ma kompletnie inną strategię. Ona tym placem zabaw żyje. Zna z widzenia, lub pogaduszek większość rodziców. Zawsze kogoś zaczepi, postoi, przeprowadza rozmowy. Zna też z widzenia zestaw dzieci. Jak się pokaże jakieś nowe, to czujnie to wychwytuje.  Muszę przyznać, że sama wyciągnęłam z tego korzyści, bo – przed laty – to ona pierwsza się do mnie odezwała, towarzyszyła na tym placu. Nasze dzieci to rówieśnicy, ale ona przychodzi teraz z drugim maluchem i uważa też, że z dziecka oka się nie spuszcza, bo wszędzie czyhają gwałciciele i zboczeńcy.

Trochę wygląda to tak, jakby dla mnie plac zabaw był etapem rodzicielstwa, który chciałabym mieć już za sobą, wymiksować się z tego, a dla sąsiadki był to ważne centrum towarzyskie. Tak bywa.

W tym tygodniu, na tym placu zabaw wydarzyło się coś nietypowego. Pojawiła się nowa dziewczynka, tak na oko 6-7 letnia. Bardzo ruchliwa i jakaś taka niegrzeczna. Kobieta, która z nią była kompletnie nie dawała sobie z nią rady. Dziewczynka uciekała jej, coś wołała, a ta tylko szła za nią i łagodnym omdlewającym głosem mówiła w stylu (imię zmienione) – Dorotko nie biegaj. Dorotko bądź grzeczna. Nawet ja bym na to nie zareagowała. Zastanawiałam się, czy to matka tego dziecka, ale na 90% jestem pewna, że raczej nie. Dziewczyna robiła się coraz bardziej nieznośna, obsypała piaskiem jakieś dziecko („Dorotko nie syp piaskiem. Dorotko nie syp piaskiem” zaszumiała niczym brzoza opiekunka), zaczepnie coś zawołała do innego. Widać było, że coś z tym dzieckiem jest nienormatywnego, pisząc dyplomatycznie – może to Zespół Aspergera. Bawiła się biegając na tym placu sama, ale ciągnęło ją do dzieci, bo próbowała podejść, tylko robiła to bardzo niedyplomatycznie, one ją odrzucały, ona się denerwowała. Od samego patrzenia człowiek robił się zmęczony. Szczególnie, że ta kobieta, która z nią była, kompletnie nad nią nie panowała. Na placu zabaw była spora grupka dzieciaków w wieku tak 9-12 lat, bardzo mocno do niej zdystansowana, a wręcz trochę złośliwa. Zetknęli się z innością, w dodatku napastliwą.

I w tym wszystkim, moja sąsiadka poszła na chwilę z młodszym dzieckiem do domu, towarzyszyła jej inna matka z placu. Ja rzucałam okiem na dzieci. Po kilku minutach sąsiadka zadzwoniła i poprosiła by popatrzyła, co z dziećmi (jakbym tego nie robiła), bo ta dziewczynka na placu może komuś zrobić krzywdę. Akurat dziewczyna bujała się z dwójką innych na karuzeli i jedno z  nich tak rozkręciło mechanizm, że ta wypadła ryjąc głowa w piach. Tamto dziecko zrobiło to świadomie, bo minutę wcześniej miało sprzeczkę o dostęp do tej karuzelki. Opiekunka siedziała bez reakcji na ławce i tylko się już na to patrzyła. Wymieniłam z sąsiadką jeszcze jakieś zdanie na ten temat, bo trzeba pilnować przed dziewczynką nie tylko naszych dzieci, ale też dziecka jej koleżanki (kila lat starszego i kilkanaście kilogramów cięższego). Podsumowałam w końcu żartobliwie:

- To chodź tu z widłami i pochodnią.

Sąsiadka się żachnęła. Wróciła i byłyśmy dla siebie uprzejme niczym z serialu o matkach helikopterach.

Wiem, że nie powinnam być sarkastyczna i ironiczna przy osobach, które nie znam zbyt dobrze, albo które mają dość mocno poważne podejście do życia. Przez 99% czasu udaje mi się trzymać język za zębami i być nie wybijającą się matką w tle. Wtedy jednak nie wytrzymałam, złe we mnie wstąpiło. Widziałam, że dziewczynka nie zachowuje się odpowiednio, jest męczącym elementem. Jednak dzieciaki na tym placu nie były takie bezbronne i niewinne – zwartą grupą odrzuciły ją, złośliwie komentując, prowokując. Ciężko mi je winić. Dziewczynkę na serio trudno było polubić.

W końcu po dziewczynę i jej opiekunkę przyszedł dziadek. Tak mi się wydaje. Dlatego też jestem prawie pewna, że ta mała była tu na wakacjach u rodziny, ale bez rodziców. Ta kobieta traktowała ją tak, jakby nigdy nie miała do czynienia z dziećmi, mogła też bać się gwałtownej reakcji dziecka, ataku histerii, albo zarzutów ze strony rodzica, że jest niedobra dla dziewczynki.

A ja jednak mam wyrzuty sumienia, że zrobiłam komuś przykrość.

 

Tagi: córka
17:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55
Tagi