To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

środa, 08 sierpnia 2018
Matko-córkowy wieczór w restauracji

Niedawno, któregoś ciepłego, przytulnego wieczoru, wracałyśmy z Wiertką z placu zabaw. A że jeszcze nie chciało nam się wracać do domu, impulsywnie wpadłyśmy na pomysł, że pójdziemy do niedalekiej restauracji. Często obok niej przechodzimy i zawsze rozważamy wizytę, bo prawie codziennie lokal ma jakąś promocję typu jedno danie X + drugie X za 50%. Nie jest to może aż tak niezwykle elegancka restauracja, ale trochę inny kaliber niż taki Sphinx (w którym także zdarza mi się jadać). To w czasie ostatniego pobytu nad morzem, Wiertka zapytała mnie, dlaczego w Warszawie też nie chodzimy do restauracji. Nie za bardzo takie posiłki mieszczą się w naszym budżecie, ale teraz akurat mam taki finansowy czas, że czasem mogę.

To poszłyśmy, choć pora była późna, bo grubo po 20:00. Moje dziecko rozsmakowało się w atmosferze - ucieszyła ją idea czekadełka, czyli kawałków pieczywa z oliwą z ziołami do maczania. Zjadła całość, nawet próbując oliwę. Jakbym jej zaproponowała coś takiego w domu, to by do ust nie wzięła. A teraz chce chodzić po restauracjach, próbować różne czekadełka i wystawiać im oceny :)

Zamówiłyśmy sobie pasty, w domu zwane po prostu makaronami :) Co zaoszczędziłam na jedzeniu, to dopłaciłam w napoju. Generalnie, czuję, że to trochę obciach zamawiać jedzenie, ale bez czegoś do picia. Ja spokojnie mogę zjeść bez popijania i jeszcze wytrzymać potem jakiś czas. Piję dużo wody, ale pomiędzy posiłkami. Nie mogę tego jednak wymagać od dziecka. Dlatego zamówiłam dla niej karafkę wody. I marżę za tę wodę wzięli chyba trzycyfrową. Bo tak bywa - w restauracji jedzenie może być trochę tańsze, za to napoje windują rachunek mocno w górę. Trochę jak zamawianie ryby nad morzem - najcięższe dary morza świata.

Wiertka mocno weszła w klimat bycia w wyrafinowanym miejscu, bo zamiast zachowywać się jak najeźdźca, prowadziła elegancką konwersację dopytując mnie o moją pierwszą przyjaciółkę, drugą, kiedy się pierwszy raz pocałowałam (tu odmówiłam wyznań). Trzymała też szklankę z wodą w wygiętej dłoni i nonszalancko ją popijała. Za czasów mojej młodości, powiedziano by, że ćwiczy rolę społeczną, która kiedyś jej się przyda, gdy zostanie kobietą. Większość dziewczynek kopiuje mamy lub podpatrzone inne kobiety. Za to, w dzisiejszych czasach, gdy na to patrzę, boję się zbytniej seksualizacji dziecka, że za bardzo przypomina małą-dorosłą i to jest niestosowne, bo przecież za każdym drzewem, krzakiem, rogiem czyha pedofil z aparatem telefonicznym. Takie czasy.

W idei posiłku w restauracji wpisane jest to, że czas się tam snuje jak kino europejskie, nikt nie biega z zamówieniem, głównie siedzi się i gada. Efekt był taki, że do domu wróciłyśmy przed 22:00. Na prysznic i sen.

niedziela, 05 sierpnia 2018
Oblepieni słońcem

Przyznam, że jak idziesz do pracy gdy jest upalnie w stopniu do zniesienia (jak dla mnie), dzień spędzasz w klimatyzowanym biurze, lub z wyłączoną klimą, bo okna są na północ i dziedziniec biurowca, a wracasz gdy upał lżeje (jak dla mnie), to łatwiej znosić lato w mieście.

W sobotę byłam już bliska pomyśleniu, że mózg może się zagotować. Przed południem trochę posprzątałam - jeszcze inna cecha upału, wracasz po pracy do domu i tylko spływasz z kanapy. Wzięłam prysznic, zmieniłam ubranie. Wybrałyśmy się z Wiertką na zakupy i obiad, bo nie miałam ochoty gotować. A jeść, owszem. Po powrocie padłam i gdy się ocknęłam, to z trudem próbowałam znaleźć jakiś tlen w mieszkaniu. Nie mam wiatraka. Takie natężenie wysokiej temperatury w pomieszczeniu zdarza się, jak dla mnie, zbyt rzadko. 

Dopiero o 19:00 wyszłyśmy z domu. Najpierw na plac zabaw na Podzamczu, a potem do Parku Fontann na pokaz multimedialny. Ciepły, przyjemny wieczór. Wróciłyśmy do domu przed 23:00 i jeszcze przez prawie dwie godziny nie próbowałyśmy zasnąć. Śródziemnomorsko.

W Parku Fontann Wiertka o mało co mi nie zaginęła :( Tłumy były ogromne, stanęłyśmy blisko fontanny, bo ciężko było już w mroku znaleźć dobre miejsce dalej. Wiertka ruszyła do przodu, pomiędzy ludźmi, by znaleźć lepsze miejsce, a ja nie dałam, jej tempem, przeciskać się z hulajnogą. I po chwili zniknęła w tłumie. Pokaz się zaczął i nie wiedziałam, co zrobić. Krzyczeć jej imię? Stałam, rozglądałam się, klękałam i próbowałam wypatrzyć ją wśród plątaniny nóg. Bałam się, że ja będę chodzić i jej szukać, ona będzie chodzić i mnie szukać, i będziemy się mijać. A takie bezczynne stanie w miejscu, nie przystoi rodzicowi. Pomyślałam, że jak skończy się pokaz, będę jej szukać w tym wycofującym się tłumie i wołać. Zaraz jednak pojawiła się jakaś kobieta, a z nią Wiertka - pani pomogła jej mnie odszukać. Nawet jej za to nie podziękowałam. Dobrze, że się odnalazłyśmy, bo mała miała plan, by po pokazie wyjść z tym tłumem ludzi.

W niedzielę spałyśmy do 11:30. Po południu przeszłyśmy się na Otwarta Ząbkowską, gdzie był teatrzyk dla dzieci, różne warsztaty plastyczne.

W grudniu to lato będę wspominać z nostalgią :)

piątek, 03 sierpnia 2018
Raport z Centrum Zdrowia Dziecka

Raport z Centrum Zdrowia Dziecka piszę z opóźnieniem, bo Wiertka była tam w zeszłym tygodniu. Dość późno zorientowałam się, że to będzie kontrolne powtórzenie badań z marca, więc dziecko zostanie na noc. Tym razem na całodniowych badaniach był z nią ojciec, ja przyjechałam po pracy na noc i wzięłam dzień urlopu na dzień następny.

Upał, pot, zmęczenie, słabo to widziałam. Szczególnie, że oddziały dziecięce mają zabezpieczone okna przed szerokim otwarciem - zapewne by nikt nie wypadł. Ale też przez to było duszno. Na szczęście, były prysznice i można się było odświeżyć.

Obawiałam się, jak uda się przeprowadzić badanie Wiertki w głębokim śnie, w innej sali. Szczególnie, że już od 20:30 zaczęła popłakiwać, marudzić, jęczeć, że ona chce mieć to badanie za sobą, niech dadzą jej coś na sen. Musiałam wyprowadzić ją z sali, bo inne dzieci zasnęły. Snułam się z nią po korytarzu i próbowałam uspokoić. Potem układałyśmy puzzle w stołówce. Jako duże dziecko, była gdzieś na końcu kolejki badanych dzieci i przyszli po nią dopiero koło północy. Zasnęła na kozetce, gdy dostała środek na sen. Ja też prawie przysypiałam na krzesełku obok. Po badaniu było zabawnie, bo Wiertka nie chciała zejść z łóżka, była tak zaspana. Wyrwała mi się i wróciła na kozetkę. Ściągnęłam ją znowu i ponownie się wyrwała i prawie nie uderzyła w okno. W końcu musiałam przez dwa, trzy metry unieść ją i przenieść.

Obawiałam się też, jak będziemy spać, bo w sali obok był chłopak - na oko jakieś 1,60 cm, wyglądał niemal na dorosłego. Rano dowiedziałam się, że ma 14 lat. Chłopak bez przerwy chodził i coś energicznie, głośno mówił. Dyskutował sam ze sobą, może z kimś wyobrażonym. Z sali, po korytarzu, z jednego jego krańca na drugi. I słychać go było wszędzie. Ale ludzie obok mu nie przeszkadzali. Trochę bałam się, że będzie tak też robił w nocy. Na szczęście, punkt 21:00, pościelił łóżko, położył się i zasnął. Pomyślałam tylko, że życie jego rodzica musi być trudne.

Rano wypisali nas wcześnie. Badania wykazały, że Wiertka ma zdrowe uszy, słuch fizjologicznie prawidłowy. Jej niedosłuchy wynikają okresowo z problemów zdrowotnych i teraz czeka nas wędrówka do laryngologa. Z jednej strony dobrze, bo nie obawy, że to trwałe, wymaga aparatu słuchowego, czy jakiś operacji. Z drugiej strony, wędrówka się nie skończyła.

Dobrze, że miałam dzień wolnego po powrocie padłam. Kilka godzin snu na twardej leżance, to żaden sen.

Tagi: córka lekarz
20:44, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 31 lipca 2018
Ku samodzielności, cz. 2

Nowy miesiąc wakacji - kalendarzowo od jutra - w Lecie w Mieście od wczoraj. Wiertka przez dwa tygodnie będzie jeszcze uczęszczać na zajęcia w innej placówce. Tu wynikła pewna komplikacja, bo ta szkoła jest w innej części dzielnicy i o ile kończąc o 16:00 byłabym w stanie odebrać dziecko, to po 18:00 już nie. Moja córka nadal chce wychodzić do domu wcześniej i wracać sama. Nowe miejsce jej nie zniechęciło. Byłyśmy na spacerze w tamtych okolicach, zobaczyła gdzie to jest. Procentuje, że dużo spacerujemy, wędrujemy w różne miejsca w dzielnicy. Wiertka ma orientację w terenie i pamięć do topografii okolicy.

Bałam się, że zrzucam na jej barki zbyt wiele, ale sama wielokrotnie podkreślała, że chce wrócić sama, da sobie radę. I tak wczoraj wyszła z zajęć, poszła na przystanek autobusowy, miała na karteczce listę numerów autobusów oraz listę przystanków - do przejechania trzy, a potem z przystanku do domu.

Wracając po 16:00 do domu, zadzwoniłam do niej. Była jednak zaniepokojona. A jeśli ktoś ją będzie zaczepiał? To nie jest tak do końca bezpieczna ulica. Jak ktoś ją porwał? Jeśli coś jej się pomyliło, wpadła w panikę, uznała, że jednak to za dużo. Odebrała telefon, była już w domu, ale głos jej drgał. Powiedziała, że opowie mi jak wrócę. Szłam szybko do domu, zastanawiając się, co się takiego mogło w czasie powrotu zdarzyć. Okazało się, że... zapomniała loginu w pewnej grze sieciowej i dlatego chciało jej się płakać. A powrót był ok :)

Muszę się pilnować, by nie przekroczyć granicy, za którą więcej samodzielności, to puszczenie dziecka w samotność. Teraz grzecznie czeka na mnie w domu, kiedyś wpadnie na pomysł, by iść gdzieś łazić.

19:37, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2018
Klaun z Koszalina w natarciu

Od jakiegoś czasu moje dziecko napomykało o istnieniu Klauna z Koszalina. Moje pokolenie miała Czarną Wołgę, dziś dzieci mają Klauna z Koszalina. Taki byt, który może się pojawić i zrobić ci krzywdę. Albo i nie, bo przecież jest w Koszalinie, a to nawet może i inne Państwo.

Do wczoraj. Wiertka wróciła z Lata w Mieście i wyznała mi, że kolega dał jej numer telefonu do Klauna z Koszalina i ona tam zadzwoniła. Zmartwiałam, a może nawet włosy stanęły mi na głowie. Dziecko jeszcze, idą za ciosem, szybko zadzwoniło przy mnie jeszcze raz i dało odsłuchać nagranie. Było ta jakiś głos, to się śmiejący, to grożący.

Od razu sprawdziłam numer w sieci i rzeczywiście jest definiowany jako numer powiązany z historią o klaunie - pojawił się w jakimś wiralowym filmiku. Nie ma informacji o tym, że jest jakoś diabelsko płatny. Jest szansa, że nie przyjdzie rachunek za połączenia telefoniczne, na którego widok zrobię z moim dzieckiem rzeczy gorsze niż Klaun z Koszalina. I być może jest to jakaś jego mordercza sprawka.

Przy okazji odbyłam z moją córką rozmowę a temat dzwonienia na jakiekolwiek obce numery i odbierania połączeń z obcych numerów. Oby zapamiętała.

Tagi: córka
20:22, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2018
Koncertowy weekend

Na tę sobotę moja córka czekała od ponad tygodnia. Podekscytowana i w emocjach. Jej idolki, trzy nastolatki prowadzące program dla dzieci i śpiewające piosenki dla tej grupy wiekowej, miały swój mały koncert w pewnym centrum handlowym. Działo się to przy okazji działań promocyjnych związanych z premierą "Mamma Mia. Here we go again". Wydarzenie było pomiędzy 12:00, a 16:00, ale nie podano kolejności występowania gości, dlatego byłyśmy już tam w południe. Podsłuchałam, że dziewczyny będą śpiewać po 13:00, poszłyśmy więc z Wiertką na mały spacer.

I tu małe spostrzeżenie. Centrum handlowe jest w centrum betonu, nie ma sensu więc wychodzić na zewnątrz. Spacerowałyśmy alejkami, a jest to czas, gdy nie mogę wydać niepotrzebnie ani grosza i jest to dosłowna dyrektywa, ani grosza. Wzięłam wodę do picia, bułki dla dziecka. Jednak zazwyczaj tak jest, że kiedy wiesz, że nie możesz nic kupić, to akurat myśl o kupowaniu trzyma się ciebie uporczywie. A to kawa, a to lody, a to napój. Weszłyśmy w końcu do księgarni i tam pooglądałyśmy rzeczy. Nie jestem typem człowieka, który spaceruje po sklepach by sobie popatrzeć. Jestem zadaniowa - wchodzę by kupić. Bez tego zadania czuję się jak debil.

Straszna godzina wreszcie minęła i zaczął się koncert. Oraz jeszcze gorsza godzina. Bo zjawiło się trochę dzieci, głównie dziewczynek z rodzicami. I każda chciała mieć autograf oraz zdjęcie z idolkami. A rodzice byli, dobra nie będę ściemniać, byliśmy mocno zdeterminowani by naszym słoneczkom w tym pomóc. A mam wrażenie, że centrum handlowe, jego ochrona, nie pomyślała, że taki nieznany zespolik może wzbudzić jakiekolwiek emocje. Bo jak nie masz dziecka w wieku 5-9 lat, to nie wiesz kto to jest. Dlatego ochrona nie była przygotowana na taki kocioł.

Pomiędzy dwoma występami i przed nim - do dziewczyn ustawiała się kolejka. A raczej najpierw kłębowisko dziecięco-rodzicielskie, potem ze trzy alternatywne kolejki i dopiero po całym występie, gdy dziewczyny ustawiły się na dobre, ochrona zaczęła burdel ogarniać wpuszczając po kolei po dziecku z każdej alternatywnej kolejki. Na pomysł by zrobić jedną, oficjalną, kontrolowaną, panowie nie wpadli. Dla mnie było to stresujące, bo stałam z dzieckiem, dookoła mnie inne dzieci, ich rodzice. Starasz się być uprzejma i nie stratować, to zaraz jakaś baba wciska przed twoje ukochane dziecko, swoje dwie różyczki. Zazwyczaj jestem wycofana, nie idę w starcie, ale tu widziałam smutną minę mojego dziecka, które zapewniałam co chwila, że teraz ona będzie mogła wejść. I wyszła ze mnie madka. Zwróciłam uprzejmie, ale stanowczo tamtej kobiecie uwagę. Ona napadła na mnie, że robię problem, bo dostaną się wszyscy. To niech cofnie swoje gówniary do tyłu, jak taka mądra. Na szczęście byłyśmy madkami, nie Madkami, więc po kilku zdaniach raczej dość cicho cedzonych, każda się zamknęła. Szkoda było wystraszonych twarzy naszych dzieci. Potem w tym kłębowisku, pozwoliłam jeszcze by przed moje dziecko wepchnął się mały czterolatek, bo jego mama miała dziecko w nosidełku i nie mogła go wspierać tak jak inni rodzice. Ale gdy obok wsuwała się mała dziewczynka wspomagana przez nastoletniego brata z uśmiechem przeprosiłam go, że teraz będę nieuprzejma i jednak to moje dziecko wejdzie. Opisuję to tak, bo sama się nie spodziewałam, że potrafię być taka wojownicza, niefajna i niemalże chamska. A to wszystko, bo nie chciałam zawieźć mojego dziecka.

Dobra, autograf zdobyty, zdjęcia zrobione. Można było wracać do domu. Byłam psychicznie wykończona :)

A żeby było sprawiedliwie, to wieczorem poszłyśmy na koncert w Muzeum Warszawskiej Pragi - grały Same Suki. Muzyka folkowa, wśród wykorzystywanych instrumentów suka biłgorajska, bęben, czy wiolonczela, a wokalistka także świetnie operowała głosem. Suki, bo też teksty były, choć stylizowane na ludowe, to mocno zaangażowane społecznie. Bardzo fajny koncert. Wiertce też muzyka się podobała, choć czasami mówiła, że jest straszna (to ta suka biłgorajska).

Za to niedziela leniwa. Południe spędziłyśmy, leżąc w piżamach w łóżku, oglądając sobie razem "Mamma Mia". Pamiętam jak byłam na tym dziesięć lat temu w kinie i żałowałam, że nie mogłam zabrać na to mamy, która zmarła kilkanaście tygodni wcześniej. Mama lubiła piosenki Abby. A teraz mogę obejrzeć to z własną córką :) Spodobały jej się piosenki i chce iść do kina na część drugą :)

20:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Wykurzyć Stefana

Na zakończenie tygodnia anegdotka.

Wiertka boi się pająków i ostatnio to się pogłębiło. Efekt był taki, że gdy na wyjeździe zobaczyła w łazience, nad muszlą klozetową pająka, to chciała iść zrobić siku do jakiegoś baru. Pająk był pod sufitem, ale na wysokości toalety. Malutki, ale grubiutki i czarny. Młoda wykorzystała w końcu prysznic, który ja umyłam  i wypłukałam.

Gdy ona wróciła do pokoju, ja wzięłam szczotkę na długim kiju. Nazwałam pająka Stefanem i mówiąc do niego po imieniu trąciłam delikatnie ze dwa razy. Tak powiedziałam kilka zdań dla zapoznania się wstępnego. A Wiertka śmiała się z pokoju. Krzywdy mu nie chciałam robić, bo szkoda mi takich stworzeń. Wierzę, że ludzie i pająki mogą wspólnie egzystować, jeśli tylko jednego i drugiego nie jest za dużo ;)

Następnego ranka Stefana już nie było. A Wiertka opowiadała, że zanudziłam Stefana tak, że aż musiał się wynieść.

19:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2018
Ku samodzielności

Taką mam pracę, że raz pracuję 8-16:00, a raz 10-18:00. Usługowa, a klienci wychodząc do domu zasypują czasami zleceniami i chcą mieć rano do kawy podane rozwiązanie. Na szczęście, udaje się grafiki dopasowywać, zgrać, zmieniać, dogadywać z ludźmi.

To pierwszy moment mojego macierzyńskiego życia, gdy mogę sobie na to pozwolić. Bo zaczęłam wdrażać Wiertkę do samodzielności. Pod koniec roku szkolnego, odbierała ją jeszcze sąsiadka (mama koleżanki, razem ze swoim dzieckiem), która jest mocno wyczulona na problem gwałcicieli, emigrantów oraz wszelakich typów, którymi są ulice wybrukowane dookoła. Wiertka dostała swój klucz, dla ułatwienia nakleiłam jej na nim kawałek taśmy i z jego pomocą szybko załapała, że klucz obkręca się równe 360 stopni. Nie 380, 400, a może 600 stopni. 360 stopni i łatwo wyjdzie, nie trzeba szarpać.

A odkąd rozpoczęło się Lato w Mieście, moja córka codziennie wraca sama do domu. Jest głęboko niezadowolona, że musi tkwić w szkole, więc dostała zgodę na samodzielne wyjście o 16:00. Ona wraca do domu - z ochotą się na to zgodziła, a ja docieram o 17:00 lub 19:00. Młoda w domu zajmuje się rozrywkami rujnującymi umysł, czyli oglądaniem youtuberów. Tak już drugi tydzień.

Początki były średnie. Dostała swój telefon, by był z nią kontakt. Jednak nie słyszy, jak dzwoni, nie reaguje też na smsy. Wiem, że wychodziła ze szkoły i szła na plac zabaw obok naszego bloku, sprawdzać, czy nie ma tam jej koleżanki z klasy z mamą. Jak jej nie było, dopiero wracała do domu. W tamtym tygodniu, przed 17:00 zajrzałam do domu - nie było jej, poszłam poszukać ją na placu zabaw. Nie było jej. Poczułam się nieswojo. To jeszcze nie ten etap, gdy dopadają cię złe myśli. Telefonu nie odbierała. Nie miałam pojęcia, gdzie mogłaby pójść. Na wszelki wypadek zadzwoniłam do mamy koleżanki z klasy. Wiem, że natychmiast by mnie poinformowała, gdyby moje dziecko z nią było. Nic innego nie przyszło mi do głowy. Okazało się, że chwilę wcześniej moja córka wysłała do niej omyłkowo sms-a: "Mama jest 16:53 zapomniałam ide do domu". Okazało się, że panie na Lecie w Mieście nie zwracają dzieciom uwagi, że mogą iść, a Wiertka straciła poczucie czasu. Ja szukałam ją na placu zabaw, ona właśnie wchodziła do domu. Zaraz tam byłam. Jednak powiedziała mi, że jak weszła i zobaczyła, że mnie nie ma, to trochę chciało jej się płakać.

W tym tygodniu, wychodząc dzwoni już nie do mnie i raportuje "Mama, nie słyszę cię, chcę ci tylko powiedzieć, że wyszłam i idę już do domu. Papa". Bo innym problemem jest to, że przez niedosłuch nie słyszy, co się do niej przez telefon mówi.

Mam nadzieję, że pomimo tego wpisu, będzie bezpieczna :)

Tagi: córka
20:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lipca 2018
Wakacyjny zamęt, czyli w sercu turystycznego tornada

Druga część urlopu, to pobyt w pewnej turystycznej miejscowości nad morzem. Jedna z moich koleżanek użyczyła nam swojego mieszkanka (w apartamentowcu, co zachwyciło moją córkę) niemalże tylko za koszty czynszu.

Całkiem inny wymiar świata. Dużo dźwięków - gwar rozmów, brzdąkanie automatów, niosące się falami odgłosy koncertów, a to z domów wczasowych, a to z chodnika. Feria kolorów. Początkowo czułam się tym przytłoczona i przebodźcowana. Z czasem przywykłam. Za to Wiertka szalała.

Trzydniowy pobyt, dni z podróżą nie liczę, miał trzy wiodące, czasem przeplatające się tematy. A pogodę miałyśmy przepiękną. Z domu wychodziłyśmy o 11:00, a wracałyśmy na dobre grubo po 21:00. Wpadałyśmy, a to wziąć prysznic, a to coś zabrać, ale na chwilę.

Plaża. Coś co robię dla szczęścia mojego dziecka. Nie przepadam za grillowaniem się na piasku i taplanie w wodzie. Pierwszego dnia wybrałyśmy się, jak na wyprawę - parawan, koc, torba z przydasiami. Parawan mi się położył na piasku, bo nie potrafiłam go porządnie wbić, a na kocu praktycznie nie usiadłam. Był rozłożony w dalszej części, a ja nie mogłam zostawić dziecka samego w wodzie. I tak przez trzy godziny, skakałam z Wiertką po falach, które waliły mnie czasem aż pod szyję. Niech nikt nie myśli, że to łagodne doznanie. Wieczorem okazało się, że czuję nie tylko mięśnie nóg, ale też karku. Byłam odrobinę połamana :) Następnego dnia miałam plażowstręt. Odwróciłam więc kolejność atrakcji - najpierw wycieczki, plaża po południu. Spora część osób już sobie poszła, ustawiłam sobie krzesełko przy samej wodzie, bo było już miejsce. Mogłam spokojnie popatrzeć na zabawę dziecka. A ostatniego dnia, nad wodę poszłyśmy już wieczorem. Ja siedziałam owinięta w sweter, z kapturem na głowie, trzęsąc się, a moje dziecko, półnagie hasało w wodzie. Na serio, temperatura była zabójcza, a jej to nie przeszkadzało. Twierdzi, że jest zimową dziewczyną, nie boi się zimna.

A druga część wyjść to były wycieczki okoliczne - wdrapanie się na latarnię morską, park linowy, wesołe miasteczko, wycieczka statkiem po Zalewie Wiślanym.

Ostatniego dnia, było coś dla matki! Wycieczka historyczna, hurra. Najpierw statkiem na drugą stronę zalewu, tam busikiem do Fromborka, podziwiać dokonania Mikołaja Kopernika. Zachwycałam się możliwością zobaczenia z bliska "O obrotach ciał niebieskich", podręczników do studiowania medycyny z tamtych czasów, niemalże dotknięcia miejsca, gdzie leżą doczesne szczątki uczonego. Patrzyłam na przyrządy, których używał Kopernik - on za pomocą kilku drewnianych rzeczy zmienił postrzeganie świata, dziś człowiek potrzebuje GPS by dojechać sto kilometrów dalej. Obejrzałyśmy muzeum, katedrę, wieżę zamkową. W tej ostatniej widziałyśmy Wahadło Foucault. Wiertka miała szczęście, bo była akurat obok pani nadzorującej ekspozycję, gdy ktoś dotknął liny z kulą i zaburzył jej jednostajny bieg. Trzeba ją było zatrzymać, unieruchomić, przeczekać drganie liny i ponownie puścić w ruch czas. I moja córka w tym pomagała, mogła dotknąć kuli :) A w drodze powrotnej trafiłyśmy jeszcze na opuszczoną, zamkniętą od dawna stację kolejową, gdzie ja szalałam ze zdjęciami, a Wiertka bała się duchów.

Bardzo aktywny czas. Mogłam wrócić do pracy odpocząć :)

22:20, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
wtorek, 10 lipca 2018
Nad jeziorem, czyli czy czas może być jak mgła

Ten urlop był intensywny - w dziewięć dni zmieściłam pobyt nad jeziorem i nad morzem. I w sumie trzy dni spędziłam na podróżach.

Dwa kompletnie inne momenty wypoczynku.

Nad jezioro pojechałyśmy z Wiertką do domku letniego mojej koleżanki poznanej kiedyś w sieci. Znamy się już dziesięć lat, choć przez ten czas rozmawiałyśmy (wraz z innymi kobietami) w sieci, a widziałyśmy się może kilka razy. Nad jeziorem byłyśmy we cztery - dwie matki i dwie córki w zbliżonym wieku. Czasami dojeżdżało jeszcze dwoje kuzynów.

Jedna strona to taka, że Wiertka miała koleżankę do zabawy, z rzadka mnie potrzebowała. Mogłam sobie poczytać, odprężyć się, posnuć. Drugą stroną było to, że nie byłam tam sama i wypadało nawiązywać codzienne relacje społeczne z koleżanką. A ja mam obawy, że taka obecność drugiego człowieka może być dla mnie, introwertyka, czasem ciężka. Jednak okazało się, co i wcześniej wiedziałam, że koleżanka ma podobny do mnie charakter. Nie zagarniałyśmy sobie przestrzeni, czasu, powietrza. Nawet rytm dobowy mamy wszystkie cztery podobny, czyli pobudka przed 10:00.

Okolica była przepiękna. Trochę domów letniskowych dookoła, ale nikt nie zjechał. Byłyśmy w środku lasu niemal same. Kilka kroków do jeziora i pomostu. Cisza, spokój, wiatr. Rano budził mnie za oknem śpiew trzech różnych rodzajów ptaków. Powietrze co kilka sekund przeszywał odgłos linki rzucanej przez wiatr na maszt łódki przycumowanej niedaleko. Chłodno, prawie zimno, niebiesko szaro na niebie. Nie przeszkadzało. Czas snuł się dookoła mnie jak mgła.

Czasami, po zmroku, przychodziły mi do głowy różne scenariusze historii kryminalnych albo dramatów psychologicznych. Idealna sceneria :)

W środku tygodnia praktycznie cały dzień w pociągach i autobusach, by przejechać z Polski centralnej nad morze. I powolny rytm zamienił się w galop. O czym w następnym wpisie.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54
Tagi