To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

wtorek, 15 stycznia 2019
Weekend zimowo-piecowy

W sobotę, chwytając ostatnie podrygi śniegu, wyszłam z dzieckiem na sanki. Długo jednak nie pobawiłyśmy się. Górka była trochę oblodzona, ja obawiałam się wdrapać na samą górę, bo moje buty się ślizgały. A dziecko koniecznie chciało, bym tam razem z nią była.

 

- Zimą jesteś powolna. – skomentowało moje dziecko. – Latem jesteś taka szybka, a zimą powolna.

Odnoszę wrażenie, że chyba wolałaby odwrotnie. I to prawda, zimą jak wyjdę z domu, zsunę się z kanapy, to można strzelać na wiwat. Latem mam plany na całe dwa dni weekendu. A może ja po prostu się starzeję i mało, co już mnie ekscytuje. Jak taki stary kot, który śpi dwadzieścia godzin na dobę ;) Choć wolę wierzyć, że zimą jestem jak drzewo, które spuszcza soki i zamiera, by wiosną ponownie zakwitnąć.

W niedzielny wieczór wymknęłam się na finisaż wystawy. Miałam swoje własne motywy, bo oprócz tego, że obrazy były przepiękne – hasłem przewodnim był dźwięk i zapach – to w ramach wydarzenia można było przeczytać swój wiersz inspirowany którymś z obrazów. Poprosiłam o przesłanie mi pdf z nimi. Napisałam wiersz. Wychodzić z domu mi się już za bardzo nie chciało, ale wykopałam się za drzwi. Siedząc w czterech ścianach i pisząc do szuflady daleko nie zajdę. Trzeba iść na podobne wydarzenia, czytać swoją twórczość, pokazywać się ludziom. Emily Dickinson była tylko jedna. Emanuel Kant także. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że czytanie odbędzie się w formie Konkursu Jednego Wiersza. Trudno :) Wyszłam, przeczytałam, przeżyłam. Nagrody żadnej nie wygrałam, ale trzeba próbować dalej :)

 

poniedziałek, 07 stycznia 2019
Weekend kulturalny

Weekend był częściowo kulturalny, częściowo śnieżny.

 

W sobotę wybrałyśmy się z Młodą na wernisaż wystawy obrazów mojej koleżanki. Motywem przewodnim były psy i koty. Techniki różne – akryl, oleje, pastele. Mnie się podobały te z akrylu, mojej córce w oleju J Długo nie pobyłyśmy, bo moje dziecko nie ma cierpliwości do takich spędów. Obrazy obejrzała, zdjęcia porobiła, podjadła przekąski, wypiła wodę i już nie miała co robić. Ze starszymi, czyli każdym powyżej trzynastego roku życia, rozmawiać nie będzie J Po niecałej godzinie zabrałyśmy się do domu. Jeszcze tylko moje dziecko, gdy usłyszało moją rozmowę ze znajomą, która jest morsem i dziś akurat raczyła się kąpielą w jeziorze, bardzo się podekscytowało tą ideą i też chce się kąpać w lodowatej wodzie. Już jutro J

Niedziela była leniwa. Wyszłyśmy tylko przed obiadem na okoliczny plac zabaw. Jest tam górka do zjeżdżania, spora przestrzeń do ganiania się ze śnieżkami. Trzeba wykorzystywać, że jest śnieg.

 

czwartek, 20 grudnia 2018
Urodziny Młodej

Weekend nie był spokojniejszy.

 

W sobotę musiałam pojechać po dziecko, zrobić zakupy, wysprzątać do końca mieszkanie, tak by można było wpuścić gości. Uznałam to za świąteczne porządki i prawdopodobnie do kolejnego roku już nie ruszę palcem. Nie prowadzę domu otwartego, raczej zamkniętą jaskinię i perspektywa wpuszczenia kogoś spoza wąskiego 2-3 osobowego grona osób zawsze mnie stresuje.

W niedzielę było łączone przyjęcie urodzinowe Młodej. Wcześniej odwołałam sobotnie dziecięce i niedzielne rodzinne. Teraz postanowiłam nie zawalać sobie czasu i wszyscy mieli przyjść w jeden dzień. Okres chorobowy sprawił, że część gości nie mogła się pojawić, więc tłumów nie było. Przyszły dwie koleżanki z klasy, był mój brat z bratową i dziećmi, rodzeństwo przyrodnie Młodej. W jednym pokoju bawiły się dzieciaki i zajęły się sobą tak, że nie potrzebowały animacji. Obawiałam się o mojego bratanka, który miał być jedynym chłopcem w tym gronie, ale świetnie się odnalazł.

Ja w dużym pokoju zabawiałam rozmową dorosłych. Na etapie zapraszania, zapytałam się córki, czy zaprosić jej siostrę razem z jej chłopakiem. Miałam rozterki, spotykają się od długiego czasu, dwoje studentów. Chyba wypada także go uwzględnić. Młoda jednak chciała, by siostra przyszła sama. Potem sama zaproszona spytała się, czy może przyjść z chłopakiem. Pogadałam z dzieckiem, niechętnym gościowi spoza listy i okazało się, że ona miała obawy, że to nie jest członek rodziny i dziadek z wujkiem nie będą zadowoleni. A potem i tak nie zwracała uwagi na dorosłych.

Rodzina pojechała po jakiś dwóch godzinach, a zostały tylko dziewczynki z klasy i mój pasierb. Chłopak zdaje w tym roku maturę i będzie chciał studiować filozofię. Przez półtorej godziny opowiadał mi o swoich zainteresowaniach, konwentach na które jeździ, koordynuje, tej społeczności, ich starciach, spotkaniach. Jest trochę jak bohater „Teorii wielkiego podrywu” tylko bardziej ogarnięty – szczególnie jak opowiedział, że ostatniego sylwestra spędził z trzema kolegami: grali w planszówki i pili szampana Piccolo J Bardzo się rozgadał J

I wreszcie, przed 19:00, miałam za sobą i porządki, i wizyty. Mogłam się odprężać J I na to konto przez następne trzy dni bolała mnie głowa. Napięcie odpuściło.

 

17:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 grudnia 2018
Moja córka o miłości

To wpis sprzed kilku miesięcy, który się trochę przeleżał. Co chwila wypadał jakiś inny ciekawy temat. Teraz do niego wracam, bo zapewne nic się w tym temacie nie zmieniło :)

Temat idei miłości nie jest mojej córce obcy. Choć czasami wyraża to na swój sposób. Niedawno, wracając do domu minęłyśmy pod blokiem dwóch chłopaków, a z windy wyszły dwie młodziutkie sąsiadki, unosząc za sobą woń wód toaletowych. Skomentowałam już w windzie, że wyglądały na tak wystrojone, że zapewne szły na randkę z tymi chłopcami przed domem. Na to moje dziecko:

- Mówisz tak, bo w twoich czasach nie było miłości.

I tak oto awansowałam na zgryźliwą babę, która zapomniała, co to prawdziwe uczucie :D

Na tym nie koniec, moje dziecko poinformowało mnie, że nie trzeba było zostawiać taty i tata to ma już trzecią żonę. Fakt rotacji na pozycji partnerki życiowej, moja córka uznaje chyba za wyraz dobrego radzenia sobie w życiu :) I czy ja mam jej tłumaczyć, że to jej ojcie mnie zostawił :) A w innej rozmowie padło, też z ust Wiertki:

- Ty sobie nawet chłopaka nie potrafisz znaleźć.

Tu już zwróciłam jej uwagę, że to niemiłe tak mówić i sprawiła mi przykrość. Wytłumaczyłam, argumentem z dupy wziętym, że nie mam czasu na randki, bo ciągle z nią spędzam czas. Co zripostowała logicznie, że mogę iść, kiedy ona jest u taty. I teraz pomyślałam sobie, że mogłabym to wykorzystać, jak ten staruszek naukowiec z dowcipu. Miał żonę i kochankę. Żona myślała, że poszedł do kochanki, kochanka myślała, że jest u żony, a on sobie spokojnie tup tup do biblioteki. Będę mówić mojej córce, że wychodzę na randkę, a pójdę sobie spokojnie na jakiś wykład, wieczór autorski. Ona się odczepi, ja miło spędzę czas ;)

21:12, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 28 listopada 2018
Szkolnie polonistycznie

W jeden z poniedziałków miałam Dzień Otwarty w szkole. Nie było zebrań klasowych, ale można się było spotkać z nauczycielami. Wiedziałam, że zapewne będą kolejki do każdego, więc wybrałam się tylko do wychowawczyni i nauczycielki od języka polskiego. Niestety, Młoda ma największe kłopoty z tym przedmiotem i zapewne grozi jej ocena niedostateczna na półrocze. Niestety, bo jak na dziecko matki, która pisze opowiadania, wiersze, próbowała pisać powieści, taka dysfunkcja to zgroza J Kłopot w tym, że polonistka znalazła się „na liście mojego dziecka”, że nawiążę do różnego rodzaju seriali komediowych. Młoda uznała, że pani się na nią uwzięła, nie lubi jej i cokolwiek zrobi, cokolwiek napisze, to będzie źle. Cytuję moją córkę: „ona jest wcielonym złem”.

 

Wpływa to na jakość robienia prac, choć siedzę obok, proszę ją by zrobiła to lepiej. Po co? Pani i tak ją skrytykuje. Jest jednak gorzej, bo potem moje dziecko nawet nie daje pani tej pracy domowej, ukrywa ją w plecaku. I ląduje z jedynkami. Rozmawiam, tłumaczę, próbuję przebić się przez te „wiem lepiej, kto mnie lubi, kto nie”.

Porozmawiałam z panią od polskiego, nie widać, by była taka straszna. Może jest stanowcza i asertywna, czyli dla mojego dziecka jest potworem J Ustaliłyśmy, że pewne prace moje dziecko napisze jeszcze raz i poprawi jedną z klasówek. Co do klasówki – dostała wersję uproszczoną, bo ma mieć specjalny tok nauczania, napisała ją w dziesięć minut, a resztę lekcji spędziła na własnych rozrywkach. Nie napisała genialnie, tylko na 2+, bo spiesząc się zrobiła wszystko niedbale, z błędami. Młoda jest niemile zaskoczona, że musi 2+ poprawiać, bo to mieści się w granicach jej ambicji życiowych. Poprawione wypracowanie pani kazała jeszcze raz przerobić i tu już nawet ja uznałam, że jak na pierwsze tego typu prace dziewięcio-dziesięciolatków, to jest dość surowa.

Niestety, w czasach, gdy dziecko woli grać w gry, składać filmiki, oglądać filmy, sprawne i logiczne składanie zdań staje się umiejętnością gasnącą. Gdy czytasz, twój mózg nasiąka słownictwem, składnią, melodyka języka. Próbuję córce argumentować jej językiem – musi umieć ładnie napisać tekst, bo kiedyś skomentuje coś w publicznym miejscu, w sieci i jakaś osoba ją za to skrytykuje albo zrobi bohaterką głupiego mema. Sama byłam świadkiem jak na publicznej grupie, na fb, jakiś wczesny nastolatek zrobi wpis z pewnym pomysłem i w jednym z komentarzy został mocno skrytykowany za swoją składnię. Stanęłam wtedy w jego obronie.

17:58, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2018
Jak znalazł mnie Mikołaj

Niedawno, będąc w pracy, miałam dziwny telefon od dziecka - pytała się mnie, jak szybko może zgnić czekolada, czy widać po niej, że jest zepsuta. Nie chciała powiedzieć, co się stało i dlaczego o to pyta. Już widziałam, jak znalazła - jakimś cudem - zapomniany batonik za szafką (przestawiam jej meble w pokoju). W domu czekała na mnie niespodzianka, bo Mila nie mogła wytrzymać z tajemnicą. Za zaoszczędzone z tygodniówek pieniądze kupiła mi już prezent mikołajkowy. Czekoladowy. I bała się, że się zepsuje. Pokazała mi go nawet, a potem ponownie schowała :) Pomyślałam jednak, że w naszym domu słodycze przeżywają tak krótko, że moje dziecko myśli, że w kilka dni mogą zgnić.

W chowaniu na razie jest konsekwentna. Czyli upominku jeszcze nie dostałam. Leżał najpierw na jej szafie, takiej średniej wysokości. Teraz położyła go na szafie w dużym pokoju. Widać go, gdy lezę na łóżku, ale dziecko poprosiło mnie, by tam nie patrzyła :) To nie patrzę :)

Tagi: córka
18:55, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 listopada 2018
Jak uratowałam św. Mikołaja

O tym jak przywróciłam św. Mikołaja do życia.

Wspominałam już chyba kiedyś, że rok temu, na zajęciach w muzeum, Młoda dowiedziała się, że św. Mikołaj to była postać historyczna. Tak naprawdę więc nie istniał. Bardzo to przeżyła, aż mnie to zaskoczyło. Płakała, że odebrano jej magię świąt, czuje się ośmieszona, że tak stawiała pod choinką kubek mleka i kawałek ciasta dla Mikołaja.

W tym roku temat powrócił, a z nim smutek i poczucie bycia ośmieszoną, okradzioną z marzenia. Zrobiło mi się żal dziecka i na szybko wymyśliłam sposób:

- Myślisz, że Bóg istnieje? – spytałam się ją

- Tak.

- Jednak są ludzie, którzy mówią, że nie istnieje. A inni wierzą, że jest. Nikt nie zna prawdy.

- Myślisz, że z Mikołajem jest podobnie?

- Może tak jest też z Mikołajem.

- Ale mówili w muzeum, że był jakiś kilkanaście lat remu.

- Jak kilkanaście lat temu, to bym go znała osobiście. – zażartowałam.

- To był jakiś kilka tysięcy lat temu.

- Po prostu też miał na imię Mikołaj. W naszym bloku na czwartym piętrze też mieszka chłopiec o imieniu Mikołaj. I to dowód na to, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Moje dziecko wydaje się wstępnie przekonane i jakby weselsze.

Zostałam też za to, przez los, wynagrodzona, ale o tym jutro ;)

19:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 listopada 2018
Kieszonkowe historie, cz. 2

Przy okazji kieszonkowego, zobaczyłam, że moje dziecko ma także żyłkę handlową. Za każdym razem, gdy słyszy ode mnie proponowaną kwotę – kieszonkowego, podwyżki kieszonkowego, od razu wychodzi z wyższą kontrkwotą. 7 złotych co tydzień – a może jednak 10 złotych? I tak jest za każdym razem :) Nigdy się nie uginam, ale mam nadzieję, że moje dziecko nie straci swojego zapału – taki tupet przydaje się w negocjacjach z potencjalnym pracodawcą ;)

 

Swego czasu, dostała od dziadka 100 złotych w ramach prezentu i zdecydowałam, że nie dostanie takiej sumy do ręki na dowolne wydanie, tylko wybierzemy jakiś jeden, czy dwa większe prezenty. Kilka dni próbowała mnie przekonać do przekazania jej całości tej sumy i sięgnęła nawet po dość ciekawy argument:

- Dam ci mamo 10 złotych z tych 100 złotych. Pomyśl, będziesz miała 10 złotych dla siebie.

Sprytne, nieprawdaż?

Niedawno, w ramach programu motywacyjnego, który zapewne napawa niektórych zgrozą, zaproponowałam Wiertce, że za każdą zapamiętaną pracę domową dostanie ode mnie 50 groszy. Moja decyzja, moje kłopoty, trudno. Moje dziecko nie pamięta żadnej pracy domowej. Teraz zanotuje co którąś. Wracając jednak do mojej propozycji. Usłyszałam od mojej córki:

- To nie jest korzystna oferta.

- Ale jedyna jaką dostaniesz, więc albo się zgodzisz, albo nie ma nic. – ja na to.

Być może jest w tym domu choć jedna osoba, która będzie potrafiła robić interesy :)

 

Tagi: córka
17:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2018
Kieszonkowe historie cz. 1

Ponad rok temu dołączyłam do grupy rodziców dających swojemu dziecku kieszonkowe. Wiem, że zdania są podzielone i decyzje różne. Jedni uważają, że przecież dziecko za każdym razem może zasygnalizować, że czegoś potrzebuje i będzie mu to kupowane. A tak nie wydaje pieniędzy na głupoty. Moja mama wyznawała taką zasadę i bardzo mnie to frustrowało. Dla mnie kwestia „proszenia”, sygnalizowania, że coś potrzebuję była okropna. Bo według mnie posiadanie nawet drobnej kwoty, daje wolność i niezależność.

 

W rozmowach z rodzicami, którzy rozważali dawanie kieszonkowego także padały zaskakujące dla mnie stwierdzenia. Ja zdecydowałam się startowo na 7 zł tygodniowo, uznając, że dla ośmiolatki to wystarczające. A tu jedna z matek, twierdziła, że sens jest dawać jakieś 20 złotych co tydzień. Dla mnie to jednak zbyt duża kwota dla takiego malucha, jak na samodzielne dysponowanie. Inni rodzice opowiadali, że dawali córce też 20 złotych tygodniowo, z zaleceniem, że ma wydawać pieniądze rozsądnie. Wydała na jakieś pierdułki i kieszonkowe zostało na zawsze zabrane. Ciekawa jestem, czy uznali by za normalne, gdyby ich pracodawca wypłacał im pensje, z zaznaczeniem na co wolno, lub nie wolno jej wydawać. Oraz cofał pobory, w przypadku – jego zdaniem – lekkomyślnych zakupów.

Dziecko jest tylko dzieckiem. Dlatego wysokość kieszonkowego powinna być na tyle niska, by nie było szkoda, gdyby wydało je na głupoty. A moja własna córka, udowodniła mi, że nawet dziecko potrafi dojrzewać finansowo.

Bo rzeczywiście, pierwsze kieszonkowe były wydawane tego samego dnia, po otrzymaniu, w ciągu najbliższych minut :) Na słodycze, albo w sklepie typu „Wszystko za 1 zł” (pewnego razu kupiła trzy opaski do włosów i dwie spinki). I tak było przez wiele miesięcy. Po jakimś czasie podwyższyłam kieszonkowe do 8 złotych, bo uznałam, że ta kwota może rzeczywiście jest za niska. Wiertka weszła w etap, gdy komasowała dwa kieszonkowe, by na przykład kupić sobie gazetkę. Wtedy wykorzystywała to aktualne i awansem to, które miała otrzymać za tydzień. Taki trochę kredyt 0% ;) A ostatnio zaskoczyła mnie. Zbiera pieniądze na coś większego. Jeszcze dokładnie tego nie wie, ale chce by suma była spora. I od kilku tygodni nie wydaje kieszonkowego. Pieniądze są „zamrożone” u mnie. I zebrała się tego już spora kwota. Dla mnie ciekawe było to, że moje dziecko potrafi się już powstrzymać, ma jakiś cel, mglisty, ale ma. Odkłada gratyfikację na później. I to jest dojrzewanie do podejmowania decyzji finansowych. Jestem z niej dumna.

A w kolejnej części będzie o biznesowej żyłce mojego dziecka.

 

Tagi: córka
19:39, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 października 2018
Alternatywny Wszechświat Rzeczy Zagubionych

W poprzednich dwóch tygodniach i ja, i moje dziecko byłyśmy autorkami głupich rzeczy, ale skromnie przyznam mojemu dziecku pierwsze miejsce.

 

Zrobiło się chłodniej, więc rano przed wyjściem do pracy i odprowadzeniem dziecka do szkoły, rozejrzałam się za jej nową kurtką zimową. Rozglądałam się i rozglądałam się, no i nie znalazłam. Potem jeszcze przeszłam się po mieszkaniu, rozglądałam się ponownie. Może nawet z intelektualnym zacięciem się rozglądałam. I kurtki nigdzie nie było. Zadzwoniłam nawet do ojca Wiertki, czy kurtka nie została u niego. Przeszłam się następnego dnia, późnym popołudniem do szkoły, by sprawdzić, czy w szatni nie wisi. Nigdzie.

Jedynym wyjaśnieniem jest niestety to, że zaraz po zakupie, w chłodny dzień październikowy, moje dziecko założyło kurtkę (sama pamiętam jak szłam razem z nią do szkoły, gdy była tak ubrana). A potem, po lekcjach, pobiegła jak zawsze z koleżankami na plac zabaw. Tam było jej ciepło, rozebrała się – często tak robi. I wróciła bez kurtki do domu. Tego dnia wróciłam z pracy o 19:00 (skoro zaprowadziłam ją rano na lekcje) i ze zmęczenia nie zwróciłam uwagi na to, gdzie jest kurtka. Następnego dnia zrobiła się piękna pogoda i Wiertka założyła  lżejszą. Ja zaganiana, cały czas miałam wrażenie, że zimowa kurtka musi przecież wisieć gdzieś.

To była kurtka dopiero co kupiona. Moje dziecko miało ją na sobie jeden raz. Ponad 100 złotych zakopane w piachu.

Chyba ze trzy dni trawiłam tę zgubę. Zła byłam jak osa. Nie mogłam sobie tego darować.

No niestety, takie są wady budującej się samodzielności dziecka.

Wyciągnęłam jej kurtki zeszłoroczne, których jeszcze nikomu nie oddałam. Pasują na styk, co do milimetra. Trudno przechodzi w nich jeszcze jedną zimę. Mam do kupienia buty dla mnie, dziecka. Zbliżają się jej urodziny. I tak będzie sporo wydatków.

 

Tagi: córka życie
18:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56
Tagi