To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: córka

środa, 06 marca 2019
Domowo-szkolnie

Zabiegany czas. W pracy dużo pracy, ale na tyle by nie siedzieć po godzinach.

 

A po pracy orka rodzica. Moje dziecko w poniedziałki ma spotkania grupowe ze szkolną pedagog, we wtorki zajęcia grupowe w poradni pedagogicznej ( z czego wnoszę, że jest już „zresocjalizowana”), a w środy tańczy zumbę. Jest o tyle dobrze, że w poniedziałki i środy zawozi i odwozi ją jej ojciec. Jednak nie to jest najtrudniejsze. Młoda nie potrafi jeszcze sama odrabiać lekcji, ani się uczyć. Czyli w okolicach 19:00 (po powrocie z pracy i wszystkich zajęć) wchodzę ja – cała na biało – i pomagam jej w lekcjach, powtarzaniu do sprawdzianów, klasówek. Na szczęście, część nauczycieli wpisuje terminy klasówek w Librusie, bo Młoda nic nie zapamięta. Mamy za sobą powtarzanie układów ciała człowieka na przyrodę. Teraz siedzimy w języku angielskim, bo w piątek jest klasówka z całego pierwszego semestru. W kolejny piątek będzie cało semestralny z matematyki, więc nie odpocznę. Cała ta akcja nie po to, by moje dziecko dostało piątki, ale żeby w jej głowie zostały strzępy na jakąś dwójkę, trójkę. Robimy program minimum. Nie wnikam, co jest zadane z innych przedmiotów, jeśli nie ma tego zanotowane w zeszycie. Wtedy siedziałybyśmy przy zeszytach do 22:00. To będziemy robić za jakieś dwa, trzy lata.

Po tym wszystkim, nie tylko dziecko powita wakacje z radością.

Nie pamiętam, żeby ktoś mnie pomagał w odrabianiu lekcji. Choć zapewne tak było w pierwszych klasach. Tak od III/IV to już sama notowałam, co jest zadane, sama wszystko powtarzałam. Miałam to szczęście, że w szkole podstawowej 80% informacji zapamiętywałam z przekazanych rzeczy na lekcji i pamiętałam to jeszcze długo. Powtarzanie materiału przed klasówką, to było po prostu powtarzanie, a nie nauka i zrozumienie od nowa. Czy to inne pokolenie, czy moje dziecko jest inne?

 

 

17:23, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 20 lutego 2019
Zimna herbata

To historia o tym, jak całymi latami nie mogłam wziąć do ust zimnej herbaty.

 

Pamiętam czas w dzieciństwie, gdy wracałam sama do pustego domu. W kuchni, w dzbanku stała, przygotowana rano, herbata do picia. Nie mogłam jej podgrzać, bo nie było wtedy elektrycznych czajników. Kiepsko wychodziło mi rozpalanie w piecu. Zimno w domu, do picia coś zimnego. Jednak najbardziej istotne było to, że nie było moich rodziców. Od razu po pracy jechali na działkę, na budowę domu (większość rzeczy robili tam sami). Wracali dopiero późnym wieczorem. Tuż przed moim snem. Wydaje mi się, że bardziej doskwierało mi to zimno wynikające z braku rodziców. To zimno pamiętam dziś po ponad trzydziestu latach. Co najdziwniejsze, przecież był mój młodszy brat, obok w pokojach mieszkali dziadkowie, ciotki. A ja pamiętam to jako wielką, zimną pustkę.

Te doznania zespawały się ze sobą tak mocno, że przez wiele, wiele lat nie mogłam pić zimnej herbaty. Należę do ludzi, którzy nawet w największy upał piją gorący napój i nie przeszkadza im to. Przełamałam się dopiero przed czterdziestką. Ale nawet teraz wypijam herbatę zanim wystygnie.

Ma to też wpływ na moje inne zachowania.

Nostalgicznie wzięło mnie na to, co mnie omija. W poniedziałek można było pójść na wykład psychologiczny o eksperymencie Zimbardo. Wczoraj była druga część wykładu o prostytucji w Warszawie. Albo dziś jest spotkanie o planie Warszawy z 1955 roku, jak wtedy wyglądało miasto. Nie dam rady tam iść, a bardzo bym chciała. Dziecka ze sobą nie wezmę, bo ona po pierwsze z całego serca tego nienawidzi, po drugie ma o tej porze zajęcia z pedagogami, zumbę, po trzecie powinna odrobić lekcje, po czwarte powinna być wypoczęta następnego dnia. Jeszcze jakiś czas minie zanim będę mogła jej zaufać i zostawić w domu. Uda mi się wyrwać w czwartek na takie cotygodniowe spotkanie ze znajomymi, a Młoda zostanie z ojcem.

Młodej też nie zostawię na długie godziny w domu. By wróciła do pustego domu po szkole i czekała na mnie do 21:00. Nie dlatego, że jest za malutka i nie da sobie rady. Ona sama namawia mnie by sobie gdzieś poszła, a ona sobie posiedzi. Nie chcę by za jakiś czas miała wspomnienie pustego, opuszczonego domu. Zimnego.

 

Tagi: córka życie
17:29, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 lutego 2019
Leniwy weekend

Leniwy, domowy weekend.

 

W naszej tradycji – katolickiej, co piszę świadomie – jest wdrukowane w głowie, że w sobotę jeździsz na szmacie, pucujesz, a w niedzielę leżysz. Moje ciało nie jest ostatnio przystosowane do tego schematu. W sobotę coś ogarnę, pójdę na zakupy, ugotuję obiad. Zjem i koło 15:00 ścina mnie z nóg na dwugodzinną drzemkę. Dopiero w niedzielę czuję się na tyle wypoczęta, że mogę zrobić coś więcej.

Pogoda była piękna, ale planów żadnych nie robiłam. Czasami trzeba. Trochę musiałam posiedzieć z dzieckiem przy lekcjach, przygotowaniu do klasówki. Niestety, Młoda nie potrafi sama się zdyscyplinować. Albo wykorzystuje to jako okazję do pobycia z mamą.

Za to potem przeczytałam list w Librusie, nowe oceny i poczułam, że cała ta praca idzie na marne. Zaliczyłam zjazd jako matka czwartoklasistki. Popłakałam się. Bez sensu to wszystko. Czuję się jakby moje dziecko nadawało się tylko do szkoły specjalnej.

I tak plecie się spokojnie życie.

 

21:11, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 13 lutego 2019
Dziecko w sieci

Na początku urlopu starłam się także z problemem „dziecko w sieci” oraz pierwszym uświadomieniem sobie, że moje dziecko może coś przede mną ukrywać. Ukrywać pomimo tego, że chce mojej pomocy.

 

Zaczęło się od tego, że w piątkowe popołudnie rozpoczęłam urlop i stwierdziłam, że moja córka jest tak bardzo stęskniona kontaktu ze mną, że aż odłożyła telefon komórkowy. Jednak już to, że telefon jest wyłączony wzbudziło moją ciekawość. Oczywiście, Młoda twierdziła, że wszystko jest ok. Całą sobotę nie wzięła telefonu do ręki. Korzystała z tabletu. Trochę z tego żartowałam i dopytywałam kilka razy, czy aby nic się nie stało. Nie stało się nic. Aż w niedzielę dostałam smsa od mamy jej koleżanki z klasy, która przy okazji jakiejś wymiany informacji spytała mnie, co z tą płatną włączoną usługą za 89,00 zł... Noooooo… Wtedy dopiero moje dziecko opowiedziało mi, że chciała zainstalować darmowego Messengera i wtedy przyszedł sms z rachunkiem na 89,00 zł.

- Pokaż tego sms.

- Wykasowałam go.

- Ale dlaczego?! – byłam już poirytowana.

- Bo myślałam, że jak skasuję go, to nie doliczą do rachunku.

Dlatego też nie włączała przez cały czas telefonu…

Usiadłyśmy, pogadałam z nią, że nie powinna ukrywać niczego przede mną, może mi zaufać, porozmawiać o wszystkich. Jednak nadal pozostawała kwestia, co ona takiego uruchomiła i co mam z tym zrobić. Wydzwaniałam na infolinię, ale był weekend i głównie wędrowałam siecią automatycznych wskazówek. W końcu wpadłam w opcję faktury i usłyszała od automatu wysokość najbliższego abonamentu. I coś mnie tknęło. Pokazałam Młodej w moim telefonie sms z informacją i wystawieniu rachunku za abonament.

- Czy taki sam sms dostałaś?

- Taki sam.

Jej numer jest połączony z moim abonamentem i nie wiem dlaczego, ale oba nasze numery dostają informację o wystawieniu rachunku. W ten piątek, pechowo wiadomość od operatora dostała jednocześnie w momencie instalowania Messengera i zlały jej się te dwa wydarzenia.

Zagadka została wyjaśniona.

Nie do końca.

Nadszedł poniedziałek wieczór. Relaksuję się wannie, czytam książkę. Wchodzi córka z płaczem:

- Dostałam maila, że subskrybcja będzie po pierwszym miesiącu teraz płatna.

- Kiedy?

- W piątek.

- Co zrobiłaś z tym mailem?

- Wyrzuciłam do kosza.

No jakże by inaczej. Młoda dodała jeszcze, że zastanawiała się nad tym, by wyjąć z aparatu kartę sim, albo go zepsuć nawet. Wtedy na pewno subskrypcja się zlikwiduje. Wytłumaczyłam jej co to jest sieć, świat wirtualny i że to tak nie działa.

Sprawdziłam jej konto. Na szczęście kosz nie był opróżniony. Przeczytałam, że z subskrypcji można zrezygnować w ciągu 12 dni, przeszłam krok po kroku procedurę na formularzu i dostałam następnego dnia informację, że usługa została zablokowana. Moje dziecko za to po prostu odpisało na wiadomość systemową z pytaniem, czy można zrezygnować. A, że nie dostałam żadnej odpowiedzi, to się przejęła.

I muszę zablokować możliwość abonowania płatnych usług z jej numeru telefonu.

Jednak nadal pozostał we mnie niepokój. Moje dziecko raz i drugi spróbowało coś przede mną ukryć. Płatne subskrypcje to drobiazg. Kiedyś może ukryć to, że ktoś ją skrzywdził.

 

Tagi: córka
13:22, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 lutego 2019
Urodziny Pragi - 371

Końcówka ferii, weekend upłynął pod hasłem Urodzin Pragi.

 

W piątek przeszłyśmy się z Młodą do niedalekiego Domu Sąsiedzkiego – takie centrum aktywności lokalnej – gdzie świętowano wcześniejsze urodziny naszej dzielnicy. Zebrała się spora grupka osób, choć przyznam, że z moją córką mocno zaniżałyśmy średnią wieku. Zaskoczyła mnie ekipa z pewnej stacji telewizyjnej – dziennikarka i operator kamery. Kurczę, gdybym wiedziała to bym zrobiła loki u fryzjera, pełny makijaż, założyła sylwestrową kieckę i koniecznie obciskające majtki. A tak miałam średnio formalny strój i tylko lekki makijaż. Starałam się nie wchodzić w kadr.

Robiliśmy kartki z życzeniami urodzinowymi dla dzielnicy. Część piekła tort, który na koniec dzieci same dekorowały. Potem było uroczyste zapalenie świeczek ułożonych w 371, zdmuchnięcie i wspólne zjedzenie. I to właśnie w czasie konsumpcji, pani dziennikarka ruszyła w rundkę po obecnych i niestety także dotarła do mnie. Prosiła bym opowiedziała z czego jest zrobiony tort, czego życzę Pradze, co lubię w dzielnicy i takie tam. Starałam się dzielnie i pogodnie wystąpić przed kamerą, choć w ostatnich dniach fizycznie czuję się jak Buka. Jedyne pocieszenie jest w tym, że materiał poszedł w godzinach wczesno porannych. Wtedy nie śpią już matki malutkich dzieci i jeszcze – wracający  z imprezy studenci. Na koniec tego wieczoru, mieliśmy fajny wykład o gwarze warszawskiej.

W sobotę byłyśmy, w tym samym miejscu, na karnawałowej zabawie dla dzieci. Były przekąski, tańce, karaoke, malowanie buziek, konkursy. Grupka nie była liczna, ale trochę osób było. Przy okazji odkryłyśmy Just Dance – taką grę na play station, które można puścić sobie po prostu z youtube. Leci piosenka, postać tańcząca do układu choreograficznego i ty masz to odwzorować. W niedzielę tańczyłyśmy to w Młodą w domu i odkryłam jak mizerną mam wydolność organizmu – po czterech kawałkach padłam. Mogę przetańczyć pół nocy sylwestrowej i czuć się ok, ale taniec do określonej choreografii, szybki, by zmieścić się w czasie jest bardziej intensywny i wyczerpujący.

Plan na niedzielę także był interesujący – cztery spacery miejskie do wyboru, koncert Kapeli Praskiej i tort w Muzeum Warszawskiej Pragi. Moje dziecko, po atrakcjach ostatniego tygodnia, odmówiło kolejnych wyjść z domu. I jakoś byłam w stanie ją zrozumieć. Aż tak bardzo, że ze mnie samej opadła energia. Pomyślałam, że to mój ostatni dzień wolny przed powrotem z  urlopu i powinnam zbierać siły na pracę.

 

piątek, 08 lutego 2019
Feriowo, cz 2

Nie chciałam by dziecko spędziło wolne dni leżąc na kanapie, więc znalazła kilka fajnych, bezpłatnych zajęć w okolicy. Zapełniły cały tydzień, a że ja zawoziłam dziecko, odwoziłam je, spacerowałam, czekałam na nie, to też miałam aktywny tydzień.

I tak Młoda:

W poniedziałek była w Domu Sąsiedzkim na zajęciach dla dzieci z robienia slimów. To typ miejsca, który ma aktywować i łączyć społeczność lokalną. Jest miło, serdecznie choć początkowo czułam się dziwnie z boku, jakby nie pasująca. Potem okazało się, że się jakoś wpasowałam, ale o tym będzie przy okazji innego wpisu.

Od wtorku do czwartku jeździłyśmy do dzielnicowego Domu Kultury na zajęcia dla dzieci. Były kulinarne - z kuchni molekularnej i robienia sushi. Młodej szczególnie spodobała się ta pierwsza, bo można było czarować za pomocą azotu. Chciałaby nawet kupić butlę do domu ;) Ja spróbowałam przyrządzonego przez nią kawioru z soku porzeczkowego i kurczaka z pieprzem wędzonego w azocie. Sushi też się objadłam :) Oprócz zajęć kulinarnych były także z zumby oraz teletechniki (coś z robotami).

Chodziłyśmy też na plac zabaw i pojechałyśmy raz do pewnej galerii handlowej na układanie z klocków lego.

Częściej bywałyśmy poza domem niż w domu :)

Dziś zaczęły się, kilkudniowe obchody Urodzin Pragi, więc także jest sporo wydarzeń. To jednak zmieszczę w oddzielnym wpisie.

Tagi: córka ferie
19:35, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lutego 2019
Feriowo, cz. 1

Zaczęła się druga połowa ferii i mój tydzień urlopu. Wzięty po to, by trochę pobyć z dzieckiem. W tym roku, Młoda nie chciała iść już na żadną Zimę w Mieście organizowaną przez szkołę. Takie spędy dziecięce wydają jej się nudne. Trudny orzech czeka nas przed wakacjami. Jednak może moje dziecko uda się namówić na zorganizowany wypoczynek w placówce, bo teraz tego wolnego, samotnego czasu miała sporo. Dwa dni przed feriami była już w domu, z katarem. Potem cztery dni, bez wtorku, także sama w domu. Widziałam, że zaczyna jej już odbijać od tej samotności, bo gdy wracałam do domu skakała, dużo mówiła, śpiewała, była aktywna aż za bardzo.

Ferie rodzinne odbędą się w Warszawie, w domu. Stać mnie na tylko jeden wyjazd wypoczynkowy w roku. Dobrze, że nie przepadam za łyżwami, nartami i tym podobnymi rozrywkami w śniegu. Rozpoczęłyśmy je w sobotę od wizyty w zoo. Zoo akurat organizowało wydarzenie z okazji 18 tych urodzin słonia Leona. Fajny pomysł, bo zimą frekwencja jest słaba a tak przyciągnęli sporo osób. Nawet jeśli nie przyszły tłumy, to pomieszczenie przy słoniarni było zapełnione do prawie ostatniego metra. W południe odbyło się oficjalne odsłonięcie dowodu osobistego i przekazanie go jubilatowi. Dowód upoważnia do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską, ale o ile się orientuję nie daje praw wyborczych :) Dowiedzieliśmy się, że oprócz podrośniętego Leona, w warszawskim zoo znajduje się jeszcze ponad trzydziestoletnia Ezra, samica przewodniczka stada oraz dwie młodsze samice. To w jednej z nich upatruje się nadzieję, że wraz z Leonem dochowają się pierwszego od czasów dwudziestolecia międzywojennego, potomstwa w tutejszym ogrodzie zoologicznym. Potem wyszedł sam Leon by zjeść tort złożony z siana i warzyw. Widać była niewiele, bo wszystko zasłaniał tłumek gości oraz las aparatów telefonicznych filmujących wydarzenie. Choć trzeba przyznać, że w wyświetlaczach coś można było obejrzeć. Dlatego wróciłyśmy tam w jakiś czas później, gdy ludzie się rozeszli, by sobie spokojnie na Leona popatrzeć.

Oprócz tego zwiedzałyśmy inne pawilony. W pawilonie ptaków wolno fruwających ja rozkoszowałam się bujną, egzotyczną roślinnością, ciepłem i wilgotnym powietrzem, a moja córka chciała zedrzeć z siebie nie tylko kurtkę, ale także bluzkę :) W pomieszczeniu z akwariami siedziałam sobie w ciszy, półmroku przed ogromnymi taflami wody i czułam jak spada mi ciśnienie.

Wbrew pozorom, ludzi było trochę, pustek nie było. Tłumów też, więc można było przyjemnie zwiedzać. Cała wycieczka zajęła nam prawie pięć godzin. Następnego dnia obudziłam się z zakwasami w nogach.

A zakwasy to nie jedyny kłopot. W sobotę obudziłam się z dużym bólem w okolicy krzyżowej. jakby ktoś przywalił mi tam kilkukilogramowym odważnikiem. Mam tak raz na jakiś czas, na szczęście bardzo rzadko. Miałam wrażenie, że rozchodzenie trochę pomogło, ale tylko trochę. I tak z tym bólem spacerowałam po zoo. W niedzielę, miałam jednocześnie i ból w krzyżu, i zakwasy, więc przynajmniej na jedną rzecz wzięłam proszek przeciwbólowy. W poniedziałek jest lepiej, ale wolałabym, żeby już jednak przeszło na dobre.

Na resztę ferii też mamy plany. Choć nigdzie nie wyjeżdżamy, to będzie ciekawie.

18:13, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 30 stycznia 2019
Rodzinne pożegnania

W temacie żałoby, wspomnę jeszcze o pogrzebie. Istotne w tym było to, że było to pierwsze takie wydarzenie, w jakim brała udział Młoda. Zdecydowałam o tym biorąc pod uwagę to, że widywała pradziadka, poznała go – uważam, że dziecko powinno brać udział w pożegnaniach członków rodziny, jeśli ich znało –  i dziewięciolatka jest już dość duża, by tam być. Wcześniej rozmawiałam z nią na ten temat i głównym lękiem mojego dziecka było chowanie trumny do grobu i duchy obecne na cmentarzu. Wytłumaczyłam jej, jak wszystko się odbywa, co jest po kolei. Porozmawiałyśmy o tym, że w trumnach znajdują się tylko ciała, dusze są gdzie indziej (Młoda wierzy w Boga).

 

Przed wyjściem z domu była pewna dyskusja, co do ubrania, bo dla obu z nas znalazłam czarne spodnie i gładkie czarne bluzki. Młoda czuła się smutno w tym kolorze i chciała dorzucić coś z cekinami. Na co ja nie chciałam się zgodzić. Dowiedziała się, że na mój pogrzeb ona przyjdzie ubrana kolorowo. Bo co wtedy będę mogła poradzić J A potem, wszelkie obawy opadły, bo wiertkowatość mojego dziecka ponownie się uruchomiła. Wierciła się w kościele, wierciła się na cmentarzu i w tym całym ruchu zapomniała, że składanie trumny do grobu jest niefajne i gdzieś mogą być duchy.

Potem przeszliśmy się na konsolację, nazwanej przez młodą bankietem, bo to łatwiej zapamiętać, do niedalekiej restauracji. Moje dziecko lokal uznało za wytworny, choć w kategoriach wielkiego miasta i bywalców miejsc z seriali TVN uznane by to było za pewien kicz. A po powrocie do domu, skoczyłyśmy jeszcze na sanki, by złapać ostatni śnieg.

A teraz moje refleksje. Pogrzeb był kameralny. Może też i dlatego, że w środku tygodnia. Jednak, gdy przekroczyłeś już dziewięćdziesiątkę, to krąg znajomych, przyjaciół, bliskich sąsiadów jest już mocno zawężony. Większość odeszła, zostajesz jak samotna nie oderwana karteczka z ogłoszenia. Z drugiego końca kraju przyjechały dwie siostry dziadka, obie po osiemdziesiątce, jego brat, ksiądz na emeryturze (nie widziałam go chyba ponad dziesięć lat i teraz wygląda jak kopia dziadka), który odprawił mszę i ceremonię na cmentarzu. Było kilku kuzynów, których widziałam ostatnio jako dziecko. Dwie kuzynki taty, ale ze strony zmarłej dawno temu babci. Jest to jakiś ciekawy pretekst do spotkania się. Z jedną z nich wracałyśmy pociągiem i moje dziecko przez cały czas z nią gadało, a na propozycję odwiedzin bardzo się zapaliło, bo polubiło ciocię.

A teraz została proza życia. Ogarnianie spraw związanych z moim wujkiem.

 

18:47, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2019
Szkolnie

Jestem po wywiadówce. Te spotkania z rodzicami w IV klasie wyglądają już inaczej niż na wcześniejszym etapie. Dla mnie różnica jest taka, że nie zostaję już po wywiadówce, by wysłuchiwać narzekań na moje dziecko. Być może mogłabym, ale mi się nie chce i wychodzę. W tym celu przychodzę na Dzień otwarty do poszczególnych nauczycieli.

 

Usłyszeliśmy głównie dane statystyczne, ale bez nazwisk uczniów, bo mamy RODO J Zanim nie zostałam matką, zanim moje dziecko nie przeciągnęło mnie przez swoje burzliwe bunty dwu, trzy, cztery i innego latka, nie sądziłam, że średnia półroczna ocen mojego dziecka 3,1 mnie ucieszy. Gdy przyjrzałam się danym, to okazało się, że moja córka znajduje się z połową klasy, która ma średnią w przedziale 3,0-3,99, jedno dziecko ma niższą, a druga połowa ma oceny lepsze. Pocieszyło mnie, że Młoda nie jest najsłabszym uczniem w klasie. Na to, że będzie w najlepszej trójce nadzieję już straciłam.

To pierwsze półrocze to była dla tych dziewięcio-dziesięciolatków burzliwy okres. Widać to po ocenach – są przedmioty, z których nie postawiono ani jednej piątki na półrocze, a średnia dla klasy, to jakieś 3.0. A nie jest to najsłabsza klasa w roczniku. Wychowawczyni twierdzi, że podobno zaczynają już łapać, o co chodzi z tym uczeniem się i będzie już lepiej. No nie wiem…

A potem przyszłam do pracy, słuchałam jak koleżanki opowiadają o swoich dzieciach – w wieku porównywalnym – ich świetnych średnich, poważnych egzaminach z prywatnych lekcji języka obcego. Co ja mogę opowiadać.

 

17:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 stycznia 2019
Grażynkowy weekend

Mój dział został obdarowany premią – po podsumowaniu roku. Nie są to wielkie pieniądze, ale też pensja nie jest minimalna. Mogłabym wydać te pieniądze na coś pożytecznego, mądrego. A postanowiłam je radośnie skonsumować z dzieckiem.

I tak oto, w sobotę, wybrałyśmy się niemal na cały dzień do pewnego centrum handlowego. Najpierw seans w kinie – „Ralf Demolka w Internecie”. Dobrze, że płaciłam z premii, bo cena biletu zwalała z nóg. W kinowym barku kupiłyśmy sobie coś do picia. Jak na bogato, to na bogato. Po filmie przeszłyśmy się, w tym samym budynku, do burgerowni. Obiecałam Młodej obiad w restauracji i miała wybrać z jakiej części świata chce kuchnię. Wybrała Amerykę Północną :) A na koniec, zjadłyśmy jeszcze desery lodowe w Grycanie :) Młoda stwierdziła, że to był najpiękniejszy dzień ;)

Był to rajd typowo konsumencki – wszystko pod jednym dachem. Niczym dwie Grażynki. Ale też wydałam, jak na mnie, na nas dwie, sporo. Gdyby tak poszła czteroosobowa rodzina, to wydaliby – w moich kategoriach – majątek. Jednak, raz na jakiś czas, chciałabym pożyć jak normalny człowiek – obejrzeć film, zjeść coś dobrego, doprawić czymś jeszcze smaczniejszym. A teraz tak się w moim życiu złożyło, że mogę sobie na to pozwolić raz na jakiś czas.

Z premii zostało trochę grosików na jedną wizytę u dentysty :)

Co do filmu, napiszę kilka zdań, żeby rzucić trochę intelektualnym piachem. Bajka animowana, ale zabawna. Na sali widziałam też wczesne nastolatki, taka końcówka podstawówki. Temat na czasie, taki grzeczny matrix dla dzieci. Podróż bohaterów po świecie internetu, zobrazowane najważniejsze punkty w sieci i zjawiska (moje dziecko chwilowo się podekscytowało, że można sobie gdzieś tam założyć konto wrzucać filmiki i zarabiać pieniądze, oby już zapomniała). A na koniec fajny symbol wirusa komputerowego, jako zmaterializowanego lęku, wewnętrznych obaw. Czyli, odwracając, nasze strachy i schizy, to taki toczący nas w środku wirus komputerowy :)

 

19:17, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57
Tagi