To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: warsztaty

niedziela, 12 listopada 2017
Weekendowo - azjatycko

W ten weekend, razem z Wiertką zawitałyśmy na Festiwal Kultury Japońskiej. Widziałam jak zainteresowała ją książka o Japonii i tamtejszej kuchni. Dlatego zapisałam nas na dwa warsztaty kulinarne. W ramach festiwalu były także koncerty i wykłady, ale moja córka uznaje to za nudę i jest zdziwiona, że mnie może coś takiego interesować. Zacytuję ją:

- Jak mogłaś urodzić takie przeciwne dziecko.

Wracając do warsztatów. W piątek wieczorem pojechałyśmy uczyć się robienia temari suchi. Robi się je prosto i szybko. Nawet ja jestem w stanie ogarnąć sprawę. Wiertka tym bardziej. Na folię spożywczą nakłada się dodatek, na to kulkę z ryżu i całość zawija się, formuje dłońmi w zwartą kulkę i odwinięte kładzie na talerzu. Talerz podlewa się odrobiną sosu sojowego, a na każdą kulkę daje odrobinę wasabi. Moje kulki nie były tak idealne i piękne jak innych, ale też dawały radę. Wiertka, z dodatków uznawała tylko ogórka i kawałki omletu. Odmawiała jedzenia tuńczyka, łososia, grzybków mun, czy paluszków krabowych. Jadła sam ryż :) Za to robiła kulki z dodatkami dla mnie. Trzeba przyznać, że się objadłam. 

W sobotę rano, miałyśmy spotkanie związane z robieniem japońskich słodyczy - wagashi. Ten rodzaj akurat składał się z masy zrobionej z pasty z białej fasoli, mąki ryżanej i ogromnej ilości cukru oraz nadzienia z pasty z fasoli adzuki, także z ogromną ilością cukru. Wydawało mi się, że lubię słodycze, ale wzięłam do ust kilkumilimetrową kulkę i jej słodycz powaliła mnie na długo. Te słodycze jada się do ceremonii herbaty, więc może z jej goryczą dobrze współgrają. Robiliśmy dwa wagashi - jedno w kształcie liścia klonu, drugie w kształcie japońskiej chryzantemy. Masę trzeba było uformować dłońmi (przed oboma warsztatami, uczestnicy umyli porządnie ręce), zamknąć w niej kulkę z nadzienia, potem ulepić w odpowiedni kształt, wyrysować nerwy liścia, czy płatki. Wszystko to miało swoją określoną kolejność, odpowiedni ruch dłońmi. Jak to w świecie japońskim - nie liczy się efekt końcowy, ale cała ceremonia, która do niego prowadzi.

Każda z nas zrobiła po dwa wagashi. Ja nie dałabym rady zjeść takiej morderczej ilości cukru, ale dla Wiertki nie było to przeszkodą. Początkowo, chciała zostawić trochę na poniedziałek i pochwalić się dzieciom w klasie, ale w końcu zjadła wszystko. Nie wiem, czy jej któryś składnik nie zaszkodził, bo już drugi dzień często odwiedza toaletę. Brzuch ją nie boli, tylko lekkie rozwolnienie. Mam nadzieję, że jej przejdzie.

środa, 15 lutego 2017
Kuchenne eksperymenty

Jak dotąd, chyba pierwszy fajny dzień w tym roku. Udało mi się zdobyć wejście na warsztaty dla dzieci organizowane przez Crazynauka w Kuchni Spotkań. Specjalnie dla tego wyjścia zmieniłam sobie plan urlopowy.

Zebrało się kilkoro dzieci i ich rodziców. Dwoje super ludzi z Crazynauka (pasjonaci propagowania nauki) prowadziło wspólne pieczenie pizzy. Jednak nie tylko. Przyznam się szczerza, ale kto mnie zna zaskoczony nie jest, że pizzę robiłam pierwszy raz. Chyba pierwszy raz w życiu rozgniatałam ciasto rękoma (to i potem inne). Ciągle mam swoje przygody z sensoryką, więc babranie się dłońmi w lejącej się, lepiącej fakturze wydawało mi się początkowo niemiłe. Mam tak od zawsze. Dłonie mają być idealnie suche :) Zrobienie własnego ciasta było fajne :) Potem ono rosło, a my ugniataliśmy jeszcze wspólnie - już z mąki ziemniaczanej (och, jaka to inna faktura w dotyku) domową plastelinę.

Po zjedzeniu pizz, były jeszcze ciekawe warsztaty z laserem, wybuchający wulkanem, czy ręką Frankensteina - ciekawe zastosowanie sody i octu :) Dzieci bawiły się też w sali zabaw obok, a dorośli posiedzieli trochę przy herbacie i dyskutowali o różnych ciekawostkach naukowych.

Cudownie spędzone cztery godziny!

sobota, 22 sierpnia 2015
Raporcik

Wykorzystywałam ostatnie dni bez dziecka Choć specyficznie. Czyli na wizytach u klinice stomatologicznej. W środę mała plomba i nawet zastanawiałam się, czy nie iść do kina na seans za 5 zł. Zaczynał się o 22:00 i nie miałam ochoty na powrót Pragą przed północą.

W czwartek też miałam dylemat. Nie miałam ochoty na wieczór w domu. Na mieście nie działo się nic ciekawego, bo lato. Mogłam jechać na pewne warsztaty, ale temat był dość znany. Jednak pojechałam. Zwyciężyło pragnienie wymiany energii. Bo jeśli spotykasz się z ludźmi, to wchodzisz w krąg wymienianej energii. Ty dajesz swoją, inni swoją. Wymienia się myśli, uwagi, wspomnienia. Moja czaszka wychodzi z tego niczym ładowarka.

Czytając jak koleżanka uwielbiam zmęczyć się w domu - porządki, praca w ogrodzie, przetwory na zimę, zastanawiałam się, co ze mną nie tak? Aż taka jestem leniwa? Ja w domu lubię leżeć. Doszłam jednak do wniosku, że ja lubię uchetać się poza domem - w pracy. Głupie, ale lubię jak spadają na mnie sprawy do załatwienia, pożary do gaszenia, raporty. Albo te wszystkie wykłady, warsztaty. Do domu wracam by nie mieć już nic na głowie. Tu nie ma żadnej energii. I za to kocham mój dom. Każdy ma swój obszar, w którym uwielbia się realizować.

A we wczorajszy wieczór mój ulubiony, przystojny dentysta usuwał mi ósemkę. Mam dwie do wyrwania. Rosną w bok i w każdej chwili mogą wbić się w siódemki. W dodatku, ta wczorajsza była już zepsuta. Na wstępie okazało się, że ząb w całości niemal siedzi w kości (czy z czego tam wyrasta), wystaje kawałeczkiem, który też jest po części przykryty dziąsłem. Doktor odrzekł uradowany, że do świetne. Ja nie byłam taka przekonana. Nie sądziłam, że wyrywanie zęba polega głównie na borowaniu wiertłem. Wolę nie myśleć, co ten lekarz przez prawie dwadzieścia minut borował. Na prawdę, poród wspominam milej. Wróciłam do domu po 20:00 i zostało mi już tylko leżenie przed snem.

Tym razem następny dzień zniosłam gorzej. O 11:00 miała wpaść do mnie przyjaciółka i miałyśmy sobie pogadać. Odwołałam. Do 14:00 leżałam i drzemałam. I nie ból był tu kłopotem, bo to można olać. Nie miałam absolutnie energii. Dopiero po 14:00 dałam radę usiąść na łóżku. Mówić, też z trudem mówiłam. Sokramka zajrzała na moment, a ja też ledwo to pamiętam. Dziąsło miałam napuchnięte, dzięki czemu uzyskałam "100 kg look" (kwadratowa twarz). Już rozumiem dlaczego ludziom daje się zwolnienia lekarskie po takim zabiegu. 

Po 15:00 zaczęłam się czuć z grubsza normalnie. Tylko niezbyt normalnie wyglądałam. Trudno, ubrałam się i pojechałam odebrać dziecko z autobusu. Już w południe wysyłała mi przez tatę sms-a, że "tęskni pięćdziesiąt milion nieskończoność".

- Tęskniłam dwadzieścia jeden sześćdziesiąt dwa razy nieskończoność, a to więcej niż nieskończoność. - jak powiedziała po wyjściu z autobusu.

I ma to swoją logikę.

Córka wróciła z skolonizowaną skórą głowy. Jeśli ktoś zrozumie eufemizm. Dzwonił do mnie wczoraj w tej sprawie jej ojciec, więc szampon i przeguglany temat już mam.

Tagi