To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie

niedziela, 15 października 2017
Weekend

Poprzedni weekend Wiertka została ze mną, została zamieniona ich kolejność. Wolałam wtedy zostać sama. Jednak dobrze się stało. Wiedząc, że czeka mnie w poniedziałek ważna rozmowa w sprawie mojej przyszłości, nie potrafiłabym się oderwać od myśli o pracy, w nieskończoność bym rozważała różne hipotezy, wyjścia z sytuacji. A tak, z Wiertką nawet gdy jest cicho, to jest głośno. Ten harmider zagłuszył moje myśli, oderwał je od pracowniczego tematu.

W ten weekend było inaczej. Już naprawdę potrzebowałam ciszy, samotności, oddechu. Pięć dni w pracy przeżyłam ze ściskiem w klatce piersiowej, subiektywnym uczuciem podwyższonego ciśnienia i tachykardii (nic sobie nie mierzyłam). Może powody były niewspółmierne, ale być może przejmuje się nadmiernie różnymi sytuacjami. 

Dwa dni leżenia, czytania i oglądania powtórek seriali. Dwa dni bez uśmiechu, entuzjazmu i całej tej maski, którą naciąga się na twarz idąc do ludzi, przed własnym dzieckiem.

Ludzie mają różne strategie redukowania poziomu stresu, wynikające z ich temperamentu i charakteru. Jedni biegają, inni rzucają się w jeszcze więcej pracy, kolejni sprzątają. Ja śpię i leżę. I wydaje mi się, że mój sposób jest najmniej społecznie akceptowany. Bo należy coś robić, ogarnąć się, wziąć w garść. A nie takie lenistwo i rozmemłanie.

A przecież, w przypadkach bardzo groźnych wypadków, uszkodzeń głowy, głębokich oparzeń wprowadza się ludzi w śpiączkę farmakologiczną. Podaje leki i pozwala by organizm sam powoli się regenerował. Nie atakuje się go większą ilością bodźców. Redukuje się te bodźce do absolutnego minimum. Dlaczego analogiczna metoda, w ogromnej mikroskali, nie znajduje zrozumienia jeśli chodzi o emocje i psychikę? Czasami życiowe porażki trzeba przespać.

Odetchnęłam, wypoczęłam. Jestem już spokojniejsza, nie muszę palić papierosa, a środek na uspokojenie nie przestaje działać po godzinie, bo nie muszę go brać.

Swoje dokłada pogoda w tym roku. Dla mnie przedwiośnie zamieniło się w późną jesień. Rok bez słońca. Jak rośliny, fotosyntezuję ze światła słonecznego. A jego nie było. Jeszcze skończy się tak, że pójdę na solarium :)

17:03, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 października 2017
Zakręt

Z przyczyn wielorakich – a to jakieś niedopatrzenie na wiosnę, a to restrukturyzacje, a to roszady, a to celowe wprowadzenie mnie w błąd – umowę o pracę mam tylko do końca roku. Miałam być poinformowana o tym już w lipcu, ale osoby którą mogłabym za to skopać już nie ma. Może i tak dobrze, że mam przed sobą dwa i pół miesiąca na ogarnięcie. Ostatni tydzień to silny stres i jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wygląda atak apopleksji, czy wylew.  Ze złości.

Może się okazać, że będę mało pisać. Bo przetrawiam sytuację.

 

Myślę, że gdyby moje życie miało być serialem, to wywalili by scenarzystę za zbytnie nagromadzenie wątków na jednego bohatera. Bo to niemożliwe.

 

Tagi: praca życie
16:16, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 04 października 2017
Imprezy taty

Dorzucę dziś jedną historyjkę o moim niezwykle towarzyskim tacie :)

 

Razu pewnego byłam z dzieckiem na rodzinnym obiedzie u mojego ojca. Zwierzył mi się, że dostał zaproszenie od swojej siostry stryjecznej na rodzinny zjazd. Dodam, że kuzynka choć nie najbliższa rodzina, to z moim tatą przyjaźnili się od młodości, razem chodzili na prywatki, teraz dzwonią do siebie. Nie jest to więc kwestia wody po kisielu.

Dygresja. Przez sekundę przemknęło mi przez głowę, że jeśli to jakiś zjazd rodzinny, to czemu ja nie jadę? Teraz jednak myślę, że nawet jeśli zaproszeni byliśmy wszyscy, to mój brat od razu zaprotestował, a mnie tata nic nie powiedział, z obawy, że będę chciała pojechać.

Tata marudził nad tym zaproszeniem. Bo to będzie na działce, daleko za miastem, tylko samochodem można tam dojechać, PKSy są rzadko. Doradziłam, że ktoś może go z rodziny podwieźć. Bo to nie wiadomo, czy będzie można nocować, tam pewnie miejsca dla wszystkich nie ma. Tak padły jeszcze ze dwie kwestie, na które chciałam coś poradzić. Aż w końcu, chyba po prawie godzinie rozmowy, mnie olśniło:

- Ej, powiedz mi po prostu, że nie masz kompletnie ochoty jechać.

Przyznał mi rację i cała rozmowa od razu była inna. Skoro nie chce, to niech nie jedzie :)

 

15:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2017
Weselnie

W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej.

 

Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie za możliwe małe kwoty. Za to rok temu pieniądze bym miała, ale stres w pracy we wrześniu był taki, że nie byłabym w stanie się na tym przyjęciu bawić. Jest jak jest. Na szczęście, nie mam ciśnienia na bale i szykowanie się jak dama J Rozesłałam wici, spotkałam się z kilkoma dobrymi duszami i sukienka została mi pożyczona. Są na świecie kobiety z podobną budową ciała J Umalowałam się sama. Nie jest to szczyt finezji, ale na zdjęciach jestem ładna J Wizażystka, manikiurzystka, kosmetyczna odpadły. Niestety, musiałam iść do fryzjera, ale nie po to by zrobić sobie loki, czy stelaż z włosów niczym Maria Antonina. Z pewnym przyczyn zdrowotnych mam bardzo zniszczone włosy, które wychodzą garściami. Musiałam je podciąć. Zrobiłam to najtaniej jak można. Było mi przykro, że muszę rozważać, jaką kwotę chciałabym dać na prezent dla młodych (mieszkają ze sobą od lat, więc to najbardziej im się przyda) – wypadkowa pomiędzy tym, ile wypada, a ile na serio mogę dać, by mieć co zjeść w tym miesiącu, a tym by nie okazać się skąpą. Wiem, że takie kwoty można sobie odkładać przez kilka miesięcy, ale najpierw nie miałam pracy, a potem zawsze coś ważnego wypadało. W każdym razie, przetrwam J

Uroczystość była skromna. Zaproszona była najbliższa rodzina i trochę przyjaciół. Część nie mogła się, z różnych przyczyn, pojawić, a nawet najbliższą rodzinę mamy sporą. Moi dziadkowie mają dziesięcioro wnuków i wszyscy mamy ze sobą na tyle bliskie kontakty, że wypada się zaprosić na takie wydarzenie. Inna sprawa, czy ktoś przyjedzie. Gości było około pięćdziesięcioro, więc w kategoriach wesele było kameralnie, w – niektórych rodzinach – w kategoriach chrzciny, czy komunia to standardowa ilość gości J Było kameralnie, ale bardzo fajnie. Zamiast zespołu, był DJ puszczający muzykę i animujący zabawę. Dla mnie super, bo zespołów jakoś nie mogę znieść. Pewnym minusem, przy takiej liczbie bawiących się jest to, że jeśli część wyjdzie wcześniej do domu, to widać te braki na sali. Mój tata, ojciec chrzestny panny młodej, pasjonat spędzania samotnych godzin w swojej ciemnej jaskini, takie imprezy przeżywa traumatycznie. Wytrzymał do 20:00, pierwszych tańców i mój brat odwiózł go do domu.

Bawiła się też piątka dzieciaków – prawnuków mojego dziadka i babci. I to szalały na całego. Wynajęto animatorkę, która w holu, na kanapach miała prowadzić dla nich zajęcia – malowanie, czy coś tam jeszcze. Młodziutka dziewczyna, którą chyba to przerosło. Bo piątka dzieciarni w wieku od ośmiu do trzech lat, jak poczuła atmosferę weselną, to zaczęli odlatywać. Biegali po sali, po parkiecie, potem zaczęli się chować pod stołami. Chyba dopiero koło północy się trochę uspokoili i dali namówić na układanie klocków. Wiertka wreszcie nie zaznała głodu i jadła spore ilości jedzenia, deserów, piła napoje z kieliszka do wina (chciałam jej zabronić, ale jej kuzyn też pił podobnie). Już od rana była podekscytowana, nie mogła się doczekać przyjęcia i powiedziała, że to była najpiękniejsza sobota jej życia J

Jadłam, piłam, tańczyłam. Wszystko na szpilkach, w których chodzę raz do roku. Dlatego miałam też balerinki na zmianę. O dziwo, stopy protestowały tylko przez pierwsze dwie godziny, a potem weszły z butami w coś w stylu syndromu sztokholmskiego. Obuwie zmieniła dopiero po północy. Przed 1:00 nawet Wiertka zaczęła przejawiać objawy zmęczenia. Wróciłyśmy do domu taksówką i padłyśmy od razu po powrocie.

Z mojego bardzo skromnego doświadczenia weselnego (chodzę na uroczystości rodziny i bliskich przyjaciół), im skromniejsze wesele, mniejsze wodotryski, tym lepsza zabawa J

W niedzielę, z Wiertką, pojechałyśmy na obiad z moimi twórczymi pisarsko-malarsko koleżankami. Towarzyskie spotkanko J A wieczorem znowu padłam J

 

 

piątek, 22 września 2017
Na każdego czeka książka, która go uwiedzie

Czasami widzę światełko w tunelu, jakim jest moje dziecko J

Wypożyczyłam nową partię książek do czytania. Wśród nich jest jedna opisująca Japonię – historia, kultura, obyczaje. Dużo graficznych ilustracji, duża czcionka. Myślałam, że takie jest zamierzenia – estetyka, te sprawy. Po powrocie do domu, zorientowałam się, że to książka dla dzieci J Prostsza składnia zdań, zwracanie się do czytelnika w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nie przejęłam się tym, bo fajnie opisane, ciekawe, piękne ilustracje. Pochwaliłam się tą książką dziecku. I wzięła ją przejrzeć w drodze do toalety. Tak, ma dziecko z gatunku tych, które lubi sobie dłużej tam posiedzieć i coś poprzeglądać. I okazało się, że ją to zainteresowało. Przeglądała, bo obrazki. A obrazki mają odnośniki do opisów. Nie czytała od pierwszego rozdziału, tylko kartkowała i jak zobaczyła ciekawy temat, to czytała – na przykład rozdział o kuchni japońskiej, przepisy, albo część o ubiorze tradycyjnym. W każdym razie, super, że sama z siebie coś czytała i była tym zainteresowana. Jak widać, nie ma dziecka nie lubiącego czytać, tylko nie każde trafiło na tematykę, która je wciągnie.  Tak idealistycznie pisząc.

Z moim bratem było podobnie. Jako dziecko nic nie czytał. Rodzice płacili mu od przeczytanej strony, bo martwili się o jego rozwój intelektualny J Aż, jako wczesny nastolatek, trafił na książki popularnonaukowe – fizyka, chemia, technika. I okazało się, że lubi czytać.

Tak pomyślałam, że może nie każdemu do szczęścia potrzebna jest proza, fabuła, historie. A na to kładzie się wielki nacisk na lekcjach języka polskiego i generalnie w samej idei propagowania czytelnictwa. Z własnego doświadczenia wiem, że to co czytasz mocno wpływa na twój język wypowiedzi, pisania. Uwielbiam reportaże i gdy pisałam tę swoją powieść, to gdzieś tam zdania były tym stylem nasiąknięte. A jak zabierałam się za prozę, to też inaczej już formułowałam zdania. Może więc to zmuszanie do czytania powieści jest po to, by potem obywatel mógł się ładnie i składnie wypowiadać. Jednak jak wypowiada się jak technik, to też przecież świat się nie zawala :)

Nadal mam nadzieję, że na każdego nie czytającego czeka jego książka, która go porwie :)

 

 

środa, 20 września 2017
Spacer po dawnym letnisku

Wczoraj miałam apogeum swojego złoszczenia i dziś obudziłam się spokojniejsza. Nadal jednak czuję, że straciłam serce do szkoły. Piszę tak tutaj, bo przecież nie nakrzyczę na dziecko, nie będę chodzić po domu i warczeć. A złość jest. Na szczęście, wiem jaka jest wewnętrzna przyczyna tej emocji, co jest tego źródłem i potrafię mniej więcej sobie wyliczyć, kiedy to minie. A jak wiesz, że zaraz minie, to po prostu starasz się doczekać bez szkód. Kiedyś było inaczej. Miotałam się, odreagowywałam. To jest trochę, jak u niemowlęcia – gdy czuje głód, to myśli, że tak było od zawsze i tak będzie zawsze, więc reaguje adekwatnie.

Żeby odejść na chwilę od tematu dziecka :)

W sobotę byłam na fajnym spacerze miejskim, po warszawskiej Falenicy. Podobał mi się już nie koniecznie ze względu na tematykę, ale przez to, że to przepiękna okolica, najbardziej chyba zielona, zanurzona w lesie dzielnica miasta (Falenica jest jej częścią). Po prostu fajnie było tak chodzić i oglądać różne artefakty :) Na jednej z ulic, ktoś rozpalił jesienne ognisko w ogrodzie i ten zapach w powietrzu, inaczej już padające światło, a pod koniec lekka szarówka, przypomniały mi czasy mojego dzieciństwa. Poczułam zmysłowo tamten czas. Grabiło się ogród, robiło kopczyk z pierwszych liści, patyków, papieru – śmierdzącego plastiku nie było, bo takie opakowania były rzadkie – i rozpalało ognisko. Uwielbiałam tak siedzieć i przyglądać się ogniowi. Robili tak inni sąsiedzi i cała okolica pachniała dymem z ognisk. Tak pachniała jesień. Wczesną wiosną było analogicznie, tyle, że – dla mnie – inaczej pachnie dym w ciepławym jeszcze powietrzu po lecie, inaczej w ledwo odmrożonym po zimie. Inaczej pachniała jesień, inaczej pachniała wczesna wiosna.

Wiem, dziś można za to dostać mandat.

Wracając do spaceru. Tematem była historia przedwojenna, wojenna i powojenna okolicy, a trasa obejmowała tylko jej część. Nie można było tego zrobić chronologicznie, tylko najwygodniej logistycznie, po możliwie krótkiej trasie. Dlatego raz była anegdotka z przełomu XIX i XX wieku, potem historia żydowska i przejście do PRL-owskiego obiektu. Dla mnie najciekawsze były początki. Linia kolejowa, którą dziś sporo ludzi jeździ do pracy, z taką trasą istnieje dopiero od lat 30tych XX wieku. Wcześniej, w Falenicy była stacja, ale najbliższa wcześniejsza to była dopiero… Warszawa Gdańska. Istniała też kolejka z Jabłonny do Karczewa, poprzez Warszawę Most (przy moście Kierbedzia). Dziś tory zostały zasypane, gdzieniegdzie wychodzą spod piachu, a budyneczek dworca jest małym zabytkiem.

Zrobię dygresję związaną z ową kolejką. W czasie II wojny światowej przewożono nią nielegalnie mięso świń – Karczew zwano Świniakowem. Oczywiście, Niemcy robili łapanki – zamykali barykadą okolice którejś ze stacji i przeszukiwali wszystkich. Wtedy, ze stacji wysyłano na rowerze gońca, który miał określony sygnał ustalony z maszynistami. Ci, widząc sygnał, gwizdali trzy razy. Z pasażerów, kto wiedział, ten widział, o co chodzi. Parowóz zwalniał, puszczał spory obłok pary i zainteresowani wyskakiwali.

Jeszcze do lat 80tych XIX wieku, Wawer to były lasy. Dopiero wtedy, w zakolu rzeki Świder (dziś to jest bliska okolica pod Warszawą), została przez Elwiro Andriolliego zakupiona i podzielona na działki ziemia. Dekadę później, było tam 40 letnisk, ale po I wojnie światowej, ich liczba zwiększyła się ponad dziesięciokrotnie. W dwudziestoleciu międzywojennym była to okolica letniskowa. Z rzadka mieszkano tam zimą, zjeżdżano na lato. Stałymi mieszkańcami byli Żydzi – w czasie II wojny światowej, część Falenicy zajęło getto, potem zlikwidowane, a mieszkańcy wywiezieni do obozów. Przewodnik pokazał nam fajny reprint przedwojennego folderu reklamowego. W formie książeczki – reklamy, ogłoszenia pensjonatów, domów wynajmujących pokoje.

Typowe stałe zasiedlenie na stałe, często zamieniając świdermajery na domy komunalne, to czasy powojenne. Świdermajery to temat na oddzielny spacer (były takie), oddzielne opowieści. Strasznie żal, że te budynki niszczeją i płoną :( Spacer trwał trzy godziny, przeszliśmy prawie pięć kilometrów. Wróciłam do domu, mocno zmęczona, ale takim fajnym zmęczeniem. Z uczuciem, że zrobiłam coś ciekawego.

czwartek, 17 sierpnia 2017
Z frontu czasu NieMatki

Może powinnam narzekać na mój system odpornościowy, a może jednak nie.

 

Wolny wtorek postanowiłam poświęcić na uprzątnięcie pokoju Wiertki, bo jest prawie nieużywany, zajmują go klatki ze świnkami morskimi i całe tony zabawek. A chciałabym wreszcie, by moje dziecko się ode powoli odklejało.

Ambitnie umyłam okna, przetarłam podłogę płynem i wtedy zmieszane zapachy dwóch detergentów wywołały u mnie ból migrenowy. Tak mi się wydaje, że tak musi wyglądać ból migrenowy, bo zwalił mnie z nóg i położył do łóżka. Każda zmiana pozycji ciała skutkowała silnym, pulsującym bólem w czaszce. Jak to ja, zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie dostanę zaraz wylewu. I jedyną rzeczą, jaką mnie martwiło, to to, że znajdą mnie najwcześniej w niedzielę, gdy wróci Wiertka, a do tego czasu świnki morskie umrą z głodu i pragnienia. Po kilku godzinach wzięłam jedyny proszek przeciwbólowy, jaki w tym stanie mogłam znaleźć w szafce, czyli Ketonal. Zostało mi opakowanie po wyrywaniu ósemek – na mocno awaryjne sytuacje. Pomogło na tyle, że mogłam się poruszać po mieszkaniu.

W środę pojechałam do pracy z uciskiem w czaszce i osłabieniem. Takie uczucie, że nawet podniesienie ręki to wyzwanie. Chodzenie też. W domu, po powrocie z pracy, zmierzyłam temperaturę i miałam już wyjaśnienie – prawie 39 stopni Celsjusza. Przeziębienie to nie było, bo nie miałam kaszlu ani kataru. Miałam nadzieję, że to nie grypa i w ciągu kilku godzin temperatura nie podskoczy bardziej, a ja nie uwierzę, że heroiny z powieści Balzaka naprawdę umierały ze zgryzoty. Po prostu dopadała je grypa. Miałam grypę chyba jakieś trzy razy w życiu i czułam się wtedy jakbym miała na serio umrzeć. A po wyzdrowieniu jeszcze dwa, trzy tygodnie dochodziłam do siebie.

Łyknęłam przed snem tabletkę na przeziębienie, w nocy wypociłam ze trzy kilogramy i rano obudziłam się zdrowa. Choć raczej nieświeża.

Jedyny pomysł jaki mi przychodzi do głowy, to taki, że z Wiertką złapałyśmy coś w sobotę, na pożegnanie w szpitalu. Ona miała jednodniową gorączkę w poniedziałek. Dobrze, że szybko przeszło.

 

Tagi: życie
16:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Rodzinne "przygaszanie"

 

Tak jak wczoraj pisałam, sytuacja na przyjęciu urodzinowym, zachowanie mojej córki, moja reakcja skojarzyły mi się z jakąś delikatną formą „gaslightingu”. Dotąd nie było polskiego określenia w naszym języku, choć chyba każdy z nas zna choć jedną sytuację z życia,  która pod „gaslighting” podpadała. Zainteresowanych zapraszam do wyguglania bardziej rozbudowanych informacji o zjawisku. A może piszę kiedyś swoje własne doświadczenie. W skrócie, jest rodzaj słownej przemocy psychologicznej, „umniejszanie”, „gaszenie kogoś”. Opisuje się najczęściej w odniesieniu do środowiska pracy i związków.

Oczywiście, nie jestem sprawcą przemocy psychologicznej wobec mojego dziecka. Jednak, w systemie rodzinnym: rodzic-dziecko, dziecko-rodzic, zdarza się czasami układ, gdy jedno z nich jest „zgaszaczem” drugiego. I niekoniecznie musi to być rodzic. Przykładem jest to sobotnie przyjęcie urodzinowe. Uważam, że dzieci mogą być ewentualnie na przyjęciu osób dorosłych, ale powinny być z boku – bawić się, coś oglądać, siedzieć. Rolą dorosłego jest zadbanie by się nie nudziły i miały czymś zająć. Nie powinny włączać się w rozmowy dorosłych, absorbować sobą otoczenia, chyba że zostaną o to poproszone. Przyznam, że jako dziecko sama te zasady łamałam. Wydawało mi się fascynujące dołączać do dyskusji dorosłych i dorzucać własne zdanie. W sytuacji, gdy Wiertka próbowała zabsorbować sobą gości, starałam się trochę ją stonować, zająć. Być może nie było to też wystarczająco stanowcze. Szczególnie, że sama gospodyni i niektóre osoby odnieśli się do pomysłów mojego dziecka z entuzjazmem. Podejrzewam, że nie wszyscy i część przez uprzejmość nic nie mówiła. Mam nadzieję, że było ich mało – w sumie poeci, malarze i tłumacze.

Jednak to ta gospodyni i to przyjęcie. A w innych miejscach oczekiwania wobec dziecka towarzyszącego gościowi będą inne i powinnam Wiertkę na to przygotować. Tyle, że ona jest przekonana, że cały świat nie może się doczekać, aż ona mu „rozkręci imprezę”. I teraz stanę się matką marudzącą, psującą zabawę, podcinającą skrzydła niczym nie skrępowanej radości. Ktoś taki może, po jakimś czasie, stać się jak szklany klosz zamykający się nad ogniem płonącym na czyjejś głowie. Czy aby zawsze warto by ten płomień zgasić? Potem okaże się, że tam nic już nie iskrzy. Jak być mądrym „zgaszaczem”?

Tak jak wspomniałam wcześniej, może się zdarzyć taki układ: stonowany rodzin – narwane dziecko, ale też odwrotnie narwany rodzin – stonowane dziecko. Nawet znam przynajmniej dwie takie pary z drugiej grupy.

niedziela, 06 sierpnia 2017
Weekendowe imprezy

Nie sądziłam, że weekend będzie tak wyglądał.

W piątek, o 17:00, odbierałam Wiertkę z Lata w Mieście, zadzwonił jej ojciec z pytaniem, czy znalazłam opiekę na piątkową noc. No nie znalazłam, więc zostaję w domu z dzieckiem. Na to on odrzekł, że w takim razie mogę zostawić u niego małą i sama przenocować, bylebym wróciła do 23:00 (on idzie wtedy do pracy). 

Zostało mi niewiele czasu, by przyszykować się do przyjęcia. Zaczęłam oczywiście od poinformowania gospodyni. Kłopot był też z Wiertką, której przecież obiecałam wspólne popołudnie i która gwałtownie sprzeciwiała się zmianom planów. Małej najbardziej zależało na wyprawie do McDonalda i na lody rzemieślnicze. Przeszłyśmy się w oba miejsca i gdy wpadłam do domu, miałam godzinę na prysznic, umycie włosów, ubranie się, umalowanie, zapakowanie nam rzeczy na zmianę. Dobrze, że nie mam w zwyczaju drobiazgowego podkreślania swojej urody.

Przyjęcie było fajne, spotkałam znajomych, pogadałam. Niestety, gdy zaczęły się tańce, musiałam już wychodzić. A na serio miałam ochotę poszaleć na parkiecie. Chyba się starzeję. Do Byłego wprowadza się właśnie jego starsza córka, mogłam więc przenocować w jej łóżku. Ona bawiła się na Przystanku Woodstock.

W sobotni wieczór, poszłyśmy na przyjęcie urodzinowe AsiJot. Poszłyśmy, bo przyjęcie było "przyjazne dzieciom" i można było je zabrać. Z powodów lokalowych poprzestano na przekąskach, winie, rozmowie, grze na gitarze i śpiewie. Tańców nie było. Wiertka przez większą część wieczoru oglądała bajkę w sąsiednim pokoju, a pod koniec zrobiła coś, co określiła "rozkręceniem imprezy".

Zaczęło się niewinnie, czyli weszła pod stół, malowała obrazy, których motywem przewodnim były chipsy (świat zbudowany z chipsów) - "artystowała" (cytat z niej). Potem, w korytarzu, urządziła wernisaż i można było zakupywać obrazy płacąc chipsami. Każdy dostał talerzyk z walutą. Niektórzy swoją nieopatrznie zjedli :) Na koniec, gdy zaczął się koncert gospodyni, Wiertka tańczyła na środku pokoju - niedużego raczej - i wymyśliła, że kogo dotknie stopą, ten powinien z nią zatańczyć. I nawet dwoje biedaków musiało to zrobić. Zbliżała się 23:00 i uznałam, że to najlepsza pora, by uwolnić obecnych od mojego dziecka i pozwolić im się bawić, jak normalni, dorośli ludzie. Protestowali, co dawało argumenty do ręki mojemu dziecku, ale wyciągnęłam ją stamtąd. Wiertka lubi skupiać na sobie uwagę. Wystarczy, że jedna osoba, z kurtuazyjnej życzliwości ją poprze i jest to niczym benzyna do ogniska jej temperamentu.

W tramwaju dopytywała mnie, dlaczego musiałyśmy już iść. Tłumaczyłam, że zaczyna się noc, na przyjęciu jest alkohol, dorośli chcą porozmawiać, pośpiewać, to już nie jest miejsce dla dziecka, nawet jeśli dziecko próbuje ich rozbawić.

- Wszystkim się podobało. Tylko tobie nie. - odrzekła.

I wtedy pomyślałam sobie, że staję się dla mojego dziecka jakimś przygaszaczem, ale w jakimś stopniu powinnam być. Opiszę to później.

Zaś niedziela, to spóźnione imieniny mojego taty. Rodzinny obiad i siedzenie w ogrodzie.

Wiertka po 18:00 pojechała na dwa tygodnie wakacji z tatą.

Chwilowo mam dość życia towarzyskiego.

Tagi: córka życie
19:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 sierpnia 2017
Raport z końca tygodnia

Wprowadziłam jakiś kompromis. Wczoraj Wiertka poszła ze mną na pewien wykład, trochę spotkanie towarzyskie. Jako, że takie wydarzenia postrzega jako śmiertelnie nudne – pokażcie mi ośmiolatka, który byłby tym zafascynowany – to osłodziłam jej to wyprawą na lody i dwiema gazetkami z gadżetami. Gazetki były też po to by miała co czytać na miejscu.

 

Spotkanie odbywa się w prywatnym mieszkaniu, na zamkniętym osiedlu, na którego terenie znajduje się plac zabaw dla dzieci mieszkańców. Wiertka błyskawicznie nawiązuje kontakty, więc po kilku minutach siedzenia, mogłam zostawić ją i pojechać na górę. Miała na ręku napisany długopisem numer klatki i mieszkania. Drogę do klatki znała, byłyśmy umówione, że w razie czego dzwoni domofonem, a ja zjadę J Zostawiłam jej wodę i wafle ryżowe. Chwalę Los, że mam takie cygańskie dziecko.

Dzięki temu tragicznie nie było. Mała półtorej godziny bawiła się na placu zabaw. Potem wróciła i siedziała obok mnie grając w gry na tablecie. Nie wiem, czy była idealnie cicho – spotkanie jest transmitowane w internecie, nagrywane i najlepiej gdy by w tle nic się nie wybijało – jednak jak na  nią była idealnie cicho. Zazwyczaj nigdy nie bywa niema – albo mówi (choćby do siebie), albo śpiewa, albo nuci. Kiedy panuje cisza, mówi, że nie wie, co ze sobą zrobić J

Po czterdziestu pięciu minutach doszłam do wniosku, że i tak moje dziecko dużo poświęciło z wieczora na moje przyjemności. Sama wspominała, że jest już zmęczona. I z ostatnich 45 minut spotkania wyszłyśmy.

 

Dziś Wiertka ma obiecane, że robimy to co ona zechce.

Tagi: córka życie
15:42, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Tagi