To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie

poniedziałek, 18 czerwca 2018
Szary poniedziałek

Najpierw poniedziałek był szary od doświadczeń. Potem zasnuł je szary pył upały. Aż przyszły szare deszczowe chmury. Jeden kolor, a tyle odcieni. Każdy daje inną emocję.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od soboty. Weekend był urodzinowy. Sobota pod Warszawą na przyjęciu urodzinowym bratanicy. W niedzielę pojechałyśmy daleko za miasto na podobne przyjęcie przyjaciółki Wiertki - na działkę jej rodziny. Tam już spędziłyśmy dokładnie cały dzień. Ona bawiła się z dziećmi, ja kultywowałam stosunki towarzyskie z przybyłymi gośćmi w dorosłej kategorii wiekowej. Niby nic, siedzisz, zajadasz grilla, pijesz soki, coś tam pogadasz. A mimo wszystko, dla introwertyka jest to wyczerpujące. Szczególnie jeśli trwa cały dzień. Przeszliśmy się na spacer, nad rzekę i tam dzieciaki skoczyły do wody. Na szczęście, są jeszcze w tym wieku, kiedy zrzucenie ubrania nie powoduje posądzenia o sodomę i gomorę. W pięknych okolicznościach przyrody, czyli roztapiającym upale, brodziłam po rzecze i patrzyłam, czy się nie potopią. Potem dzieciaki pognały do domu, z szczątkowym ubraniach pożyczonych przez gospodynię. Zażartowałam, że to nic złego, że na 9 tych urodzinach biegają bez majtek, gorzej jak będą tak biegać na 19 tych :) Ogólnie, przyjęcie było fajne - dzieci robiły sobie tatuaże, rysunki, bransoletki. Ciocia jubilatki świetnie się nimi zajęła.

Do domu wróciłyśmy przed 22:00.

W efekcie, w poniedziałek ciężko mi było mówić o byciu wypoczętą fizycznie.

Odprowadziłam dziecko do szkoły i zaczęłam biegać z dokumentami rejestracyjnymi do Lata w Mieście. I tu wykazałam się niefrasobliwością, którą to ściągnęłam na siebie kłopoty. Myślałam, że zostawię formularz, wezmę numer konta i w najbliższym czasie puszczę przelew. Bo chwilowo mam trudności z płynnością finansową. Tak robiłam w poprzednich latach. A w tym roku wszystko załatwia się przez system. A system jest święty. Nie wykluczone, że najsłabszym ogniwem tego doskonałego systemu będą wypoczywające dzieci. Bez potwierdzenia opłaty za posiłki nie chcieli mi przyjąć karty i potwierdzić w Systemie, że dziecko uczestniczy w wypoczynku. A ostateczny termin zaksięgowania wpłat upływał dziś o 15:00. Z pierwszej szkoły wybiegłam, dopadłam bankomatu i zapłaciłam gotówką. W drugiej szkole, naburmuszony pan odrzekł, że przyjmuje tylko przelewy, a numeru konta mi nie poda, bo nie pamięta. A ja już nie miałam absolutnie nic na koncie, z czego mogłabym zrobić przelew. Ale miałam gotówkę w portfelu. Wpadłam jeszcze do poradni, gdzie okazało się, że pani doktor napisała opinię o moim dziecku, ale nie przystawiła pieczątki, więc będę musiała wracać tam jeszcze. Nie wiem kiedy, bo czynni są wtedy gdy ja pracuję. W ogóle w tym tygodniu, co chwila muszę gdzieś biegać w sprawach dziecka. Poczułam się jakbym odbijała się od ściany, a potem zaraz od kolejnej ściany. Jakby tego wszystkiego było już za dużo, zwaliło się na głowę.

W pracy też zobaczyłam awarię, którą musiałam jakoś posprzątać. I coś we mnie pękło. Puściły mi emocje. I tutaj, muszę przyznać, że moi towarzysze z działu wykazali się taktem, współczuciem i pomocą. Jedna koleżanka puściła mi przelew za Lato w Mieście, druga pomogła naprawić awarię. Trochę chodzili obok mnie jak koło jajka.

Do wieczora ochłonęłam. A z bankiem załatwiłam wsparcie finansowe do najbliższego dużego przelewu. I przyznam, że to poprawiło mi nastrój o 100%. Gdy kolebię się finansowo, wtedy jestem w fatalnym nastroju.

Tagi: życie
21:08, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 czerwca 2018
Literacko

Zrobiłam w tym tygodniu spory krok. Choć jakiś czas temu zarzekałam się, że nigdy nie wezmę długopisu do ręki, nigdy nic nie napiszę, zasypię popiołem, zakopię w kupie gnoju, by nikt sobie nie przypomniał. Niestety, to jakaś nerwica natręctw, bo i tak wraca. Człowiek chce pisać, choć nie jest to idealne, nie jest takie jak piszą inni. I znowu to robi.

Tym razem poszłam dalej i - jak tu nawet chyba wspominałam - wiosną założyłam bloga i FP na facebooku. I tak sobie cicho trzymałam te dwa miejsca. A to zdjęcie wybrałam, a to opis, a to coś wrzuciłam. Specjalnie, by miejsce jakoś już wyglądało, gdy zdecyduję się zaprosić do niego ludzi. A potem wybierałam odpowiedni moment - dzień, godzinę. Miesiąc to zajęło, bo zawsze dwa dni później łąka była bardziej zielona.

I wreszcie zaprosiłam moich wszystkich znajomych na FP, a kto chce to sobie stamtąd wchodzi na bloga literackiego (nie tego). Polubiło więcej osób niż się spodziewałam. Jestem wdzięczna tym, którzy lajkują wpisy z linkami do treści literackich, bo wtedy idzie to dalej. Już nawet dwie zupełnie nowe osoby zobaczyłam.

Oczywiście, następnego dnia zaczęłam żałować, bo jak się samemu patrzy w czterech ścianach na własną twórczość, to wydaje się głęboka. A jak się zaczyna patrzeć oczyma innych, to wstyd ogarnia. Są twórcy którzy się tym nie przejmują jakoś. Albo przejmują. Pisałam tu kiedyś, że byłam na spotkaniu autorskim pewnej autorki kryminałów i ona wyznała, że ciągle żyje w strachu, że ktoś jej powie, że to co pisze, jest beznadziejne i nie ma prawa mienić się pisarką.

Są i trudności. Nie rozgryzłam jeszcze, jak zapraszać na FP osoby, których w znajomych nie mam. Jak zapraszać do plubienia FP osobę, która polubiła post - dostaję od facebooka info, że powinnam to zrobić, ale nie wiem w co klikać. Bo w co nie kliknę, to mam info, za ile $ mogę sobie popromować FP. Muszę dopytać znajomych, którzy takie strony sami prowadzą.

Na razie mam zapas tekstów do wrzucenia - tych, które kiedyś się ukazały i z założenia nie zamierzam już w nie ingerować i inną część takich, które mogę jeszcze wycyzelować, podredagować.

Na FB można mnie znaleźć pod "Ballada o zakręcie życiowym, który zamienił się w rondo".

czwartek, 24 maja 2018
Dzień szaleństwa

Wczorajszy dzień mam siłę opisywać dopiero teraz. Był, że skorzystam z cytatu koleżanki, jak oddzielny krąg piekła :)

W pracy dużo pracy, taka fala przed wprowadzeniem RODO - mówiłam sobie, że pójdę do toalety, jak tylko skończę, to co robię, a zaraz wpadało następne z priorytetem na już :) Ale taką sobie pracę wybrałam. 

Przy okazji kurier przywiózł mi prezent nie-komunijno-imieninowo-dzień dzieckowy dla córki. Wielkie pudło - pół metra x pół metra x 30 cm. Wracam sobie już rozluźniona do domu - na tyle, na ile pozwala trzymania w ramionach wielkiego pudła, po 18:00 (bo tego dnia zmiana do 18:00), dziecko czeka na mnie w domu, bo ma już pozwolenie na powrót o 17:00, i tak na razie przyprowadza ją sąsiadka. Smsuję z kolegą z pracy o nawale obowiązków i że następny dzień nie będzie lepszy. Nie będzie lepszy, bo mam badania medycyny pracy rano, dotrę do biura w południe i on będzie musiał załatwiać moje rzeczy. A tak - mam przedłużenie umowy o pracę :) I nagle dociera do mnie - nie wzięłam z pracy skierowania na badania! Przeszukuję torebkę. Nie ma tam. Musiałam zostawić w korytku, na biurku. A jestem już w swojej dzielnicy, przejechałam pół miasta, za mną prawie godzina podróży.

Moją wadą jest to, że myślę za szybko, nie potrafię czekać i muszę natychmiast działać. A jak życie pokazuje, czasem trzeba spokojnie pomyśleć. Wszystkie siły związane z logicznym myśleniem wykorzystuję w pracy, a po pracy zachowuję się jak blondynka. Wysiadłam z autobusu i wsiadłam w powrotny. Na szczęście, w mojej pracy jest dział pracujący do 20:00. Biuro było jeszcze otwarte. Przetrząsnęłam biurko. Nie ma... Gdzie ja to zostawiłam??? Dodam tylko, że cały czas dźwigałam wielkie pudło z drogim prezentem.

Dopiero, jadąc ponownie do domu, poszłam po rozum do głowy. Zadzwoniłam na infolinię centrum medycznego. Ustaliłam, że rano wystawią mi w pracy nowe skierowanie, ktoś mi je zeskanuje i wyśle do nich mailem. Potrzebowałam ponad godziny jazdy autobusami by wpaść na na tak banalne rozwiązanie...

Skierowanie leżało w kuchni na blacie... Wyjęłam je razem z pismem z administracji...

Nie koniec. Musiałam kupić Wiertce kilka rzeczy na plastykę, na lekcje. Następnego dnia miała rysować autoportret i jeszcze potrzebowała lusterka. Nie chciałam, by kolejny raz była tym dzieckiem, które nic nie ma. Wpadła szybko do supermarketu i zrobiłam zakupy. Oczywiście, wszystko z wielki, drogim pudłem w rękach.

Do domu dotarłam o 20:40... Spocona, zmęczona, pełna przeprosin. Wiertka ma wiele wad, ale nie myśli za dużo, ogląda bajki i tylko spytała się, gdzie ja się tyle czasu podziewałam.

Zobaczyła jednak prezent i wpadła w zachwyt. O prezencie będzie oddzielny wpis.

Zjadłam coś szybko, wzięłam prysznic i dołączyłam do dziecka układającego zabawkę. Nie miałam serca ją gonić do łóżka. Układałyśmy do 23:00.

Tagi: praca życie
19:46, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 maja 2018
To ja jestem drogą, cz. 2

Odnalazłam drugie zdjęcie z motywem drogi. Autorstwa Erica Johanssona. Równie ciekawe :)

I wszystkie jego zdjęcia są przepiękne :)

 

Tagi: życie
18:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 02 maja 2018
To ja jestem drogą

Ostatnio przypomniał mi się te obrazek. Autorem jest Eric Johansson. Idealnie oddaje kliamt tego bloga :) Aż żałuję, że nie mogę go wykorzystać :)

 

 

Tagi: życie
19:19, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Pitowo

Coroczny cierń w tyłku, czyli wypełnianie PITu. I to na moje własne życzenie.

Nie wiem, nie mam pojęcia, nie ogarniam dlaczego tak mam. Nie lubię wypełniania deklaracji podatkowej, zazwyczaj mam z tym jakieś trudności, to żaba, której nie chce mi się połknąć.

W tym roku miało być inaczej :) Siadam od razu, jak tylko skompletuję oba pity i wypełniam. Fundację, dla której chciałam przeznaczyć 1% szybko wybrałam. I tak jakoś, niepostrzeżenie, na zasadzie "jutro nad tym zasiądę", nie wiedzieć jak, a zrobił się ostatni tydzień kwietnia. A żaba do połknięcia zaczęła przebierać udkami.

To usiadłam. Bardzo dobrze, że tydzień wcześniej. Bo okazało się, że nie mogę wejść na stronę do wypełniania PITów on-line. Akurat na stronie fundacji był bezpośredni przycisk. Strona nie chciała się załadować. Podejrzewałam, że to kwestia sprawności mojego komputera. Tym bardziej, nie dałoby się zainstalować programu na dysku. Ani z sieci, ani z płytki, bo wejście na nie od lat już nie działa. Moja kochana maszyna do pisania, z możliwością wolnego przeglądania internetu :)

Były osoby, które zaofiarowały, że wypełnią mi ten PIT u siebie, za co im dziękuję. Jednak deklaracje o dochodach, to jak dokumentacja z gabinetu ginekologicznego, gdy masz już za sobą grzybice i chlamydie. Nie chcę by ktoś wiedział, ile zarabiałam. I to nie dlatego, że to taka wielka kasa. Wręcz przeciwnie. Wstydzę się, że jestem taka uboga :)

Skorzystałam w końcu z laptopa u Byłego. Było jak z wizytą u dentysty. Niby może boleć, będzie ci to urządzenie bzykać nad uchem, a okazuje się, że cała wizyta trwała kilka minut. Nie mogłam wysłać deklaracji on-line, bo chcieli ode mnie sum za 2016 rok. Nie miałam ich przy sobie i wkurzało mnie, że muszę się uwiarygadniać jakimiś kolejnymi danymi. Wydrukowałam to dziś rano i wysłałam pocztą do urzędu. Czyli, jak zwykle, w ostatniej prawie chwili :)

Ale zwrot będzie zacny :)

Tagi: życie
23:09, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2018
O małżeństwie jako sposobie na życie

Wczoraj, po wywiadowce, trochę żartobliwym tonem poprosiłam moje dziecko by zastanowiło się nad sobą, szkołą i jak ma wyglądać jej przyszłość w takim razie.

- Ja będę miała męża. - usłyszałam.

- Postanowiłaś wyjść za mąż i być w domu?

- Tak, wyjadę do Japonii i będę miała męża.

Moje kontrargumenty, że zamiast mnie, to może mąż będzie jej dyktował co ma robić, zignorowała. Jest chyba przekonana, że każdy chłopiec będzie się jej słuchał i robił, co ona mu każe. I nie wykluczone, że tak właśnie będzie.

Już wcześniej zastanawiałam się, jaki przykład jej daję. Doszłam do wniosku, że fatalny. Wstaję świtem (wszystko przed 9-10:00, to dla mojej córki świt), pracuję do nocy (bo przecież kończenie o 16:00, to nie jest normalne), nie mam ciągle pieniędzy, mamy dom wypełniony starymi meblami i sprzętami, nie wyjeżdżamy na wakacje w piękne miejsca,  jestem zmęczona, poddenerwowana.  Bycie dzielną i niezależną, to żaden fajny model. Moja córka chce żyć wygodnie i spokojnie. A wygodnie i spokojnie żyją dla niej te mamy, które mają mężów i wianuszek rodziny do pomocy.

Nie widziała nigdy - na szczęście - rodziny nieszczęśliwej i tragicznej. Tam gdzie jest przemoc, kłótnie, awantury. Dla niej rodzina to miły obrazek, jaki widzi w domach koleżanek. Dla niej ideał kobiety, to żona i matka.

piątek, 20 kwietnia 2018
Raport blogowy

Piszę tak bardziej informacyjnie, co się zmienia.

Wolny, do niedawna czas, wykorzystałam na przeczytanie wszystkich moich wpisów i otagowanie ich. Lektura była fajna, bo wracałam do niektórych wydarzeń, spraw. Z tagami, niestety, nie posłuchałam "brzytwy Okhama" - "nie mnożyć bytów nad potrzebę" - i jest ich mnóstwo. Mam nadzieję, że jest to czytelne.

Jest to jeszcze plan w powijakach, ale powstaje blog literacki i profil na facebooku. Przeglądam moje teksty. Oczywiście, kiedy planowałam założenie takiego bloga, wydawały mi się znośne. Teraz są okropne :) Nie teraz, ale w dość bliskiej przyszłości pochwalę się.

Tagi: blog życie
20:35, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 marca 2018
Dziwna mama

Dziś krótka anegdotka z rejonów rodzicielstwa.

Odbierałam wczoraj Wiertkę ze świetlicy i usłyszałam od niej:

- A X (koleżanka z klasy) powiedziała, że jesteś dziwna.

Cóż, podejrzewałam, że taki dzień może nadejść i trochę się obawiałam. Nie czuję się taka zupełnie normalna jako rodzic, mamy nietypową rodzinę. Mogło się w końcu zdarzyć, że dzieci będą nas oceniać. Albo zrobią to rodzice, a dzieci słuchając, powtórzą. Nie jest to miłe, ale trzeba się na to przygotować. 

A moja córka dokończyła:

- Bo ona mówi, że ty jesteś taka miła i się uśmiechasz.

Teraz to całkowicie zrobiło mi się dziwnie :) Pomyślałam, że jakich dorosłych spotyka to dziecko :) Skomentowałam tylko, że szkoda, że tak odbiera wyraz bycia uprzejmym i dobrze wychowanym :)

18:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 marca 2018
Na przedwiosennym haju

Pean okolicznościowy, ze względu na wejście w strefę wiosny i dnia dłuższego niż noc.

Bardzo mi się ten 2018 podoba. Na razie wszystko idzie gładko, pieniądze się przyciągają, wszystko jest normalne. Pamiętam moje wpisy z lat 2016-2017 i uważam, że nawet jeśli teraz to co wpisuję jest cukierkowe, to warto wspominać także to, że bywało ze mną dobrze :) Patrząc za siebie, wiem też, że to nie wypłynięcie na szerokie i nieskończone wody sukcesu życiowego, tylko remisja pecha :) Podobno remisja może trwać do końca życia :)

Wpływ na to też trochę ma to, że w pracy jest na razie faza "miodowego miesiąca". Ludzie dookoła mnie mają dużo pracy, ale zamieniają to w żart, próbują sarkazmem rozładować napięcie, nie narzekają, nie wkurzają się na swoją sytuację. Wiem, że z czasem wychodzą różne rzeczy, uwagi, wypływają konflikty. Na razie tego nie ma. Obok mnie są ludzie zadowoleni z życia. Ciekawe, kiedy to odszczekam ;)

A często bywa tak, że jeśli tylko przyznam sama przed sobą, że jestem szczęśliwa, coś zaraz się okropnie posypie. Podjęłam to ryzyko i napisałam.

Powinnam jakoś wykorzystać ten mały haj. Na przykład znaleźć męża, bo jak będę przygnębiona, to się nie uda :D Najlepiej będzie, jak przyłożę się do obowiązków w pracy i tam nic nie będę zawalać. I może dom wysprzątam ;)

Tagi: życie
19:45, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi