To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie

sobota, 09 grudnia 2017
Dawni rzemieślnicy

Gdzieś tak na początku roku 2014 (wtedy też miałam dość trudny okres w życiu), pisałam, że zniszczyłam buty. Z mojej winy, skórzane powinny były być dobrze impregnowane, a zaniedbałam to. W jednym, przy palcach rozdarła się skóra, tak na jakieś dwa centymetry. Widać było, nie chroniły przed śniegiem i wilgocią i prawdopodobnie, rozdarcie mogłoby się powiększać. Zaniosłam je do szewca, do takiego punktu w centrum handlowym. On stwierdził, że tego nie da się już naprawić. Buty są do wyrzucenia.

Na szczęście, dostałam wtedy od kogoś awaryjne buty, a po jakiś dwóch tygodniach zdobyłam pieniądze i mogłam kupić sobie nowe zimowe.

I właśnie teraz, po przedeptaniu trzech zim, czyli nie aż tak szybko, te buty także zakończyły żywot. Nadal mam tamte awaryjne. Stanęłam ponownie w obliczu kupowania sobie nowych butów, choć lepiej żebym pieniądze przeznaczyła na inne ważne wydatki. Jedzenie na przykład. Jednak, przypomniałam sobie o tych rozdartych. Cały czas leżały w szafie. Ja nie wyrzucam rzeczy tak szybko. Raz na jakiś czas je zakładałam. Przez ostatnie miesiące bywałam na lokalnej internetowej grupie, a tam często padają pytania "gdzie dobry szewc?", "gdzie hydraulik?". Dzięki temu sprawdziłam, że kilka ulic ode mnie, pod drodze do szkoły dziecka jest zakład szewski.

Zakład jest na parterze starej, komunalnej kamienicy. Wygląda jakby nawet właściciel o nim zapomniał. Czynny 10-17:00, więc jak się pracuje, to nie da rady tam zajrzeć. Ja jestem na urlopie. Szewc to pan już po siedemdziesiątce. Obejrzał buty - skóra do zaszycia, pokryje to łatką. 20 złotych (słownie: dwadzieścia złotych). Do odebrania następnego dnia. Odebrałam i zatkało mnie, bo nie widać, że buty są naprawiane. Oczywiście, jeśli ktoś wie, że tam jest łatka, albo jest fanem ludzkiego wyglądu i studiuje za ile i skąd te buty, to dostrzeże ją. Za dwie dychy mam naprawione buty. A podobno nie dało się ich uratować.

Najsmutniejsze, że ten świat rzemieślników, fachowców, a nie wymieniaczy fleków już odchodzi :(

Tagi: szewc życie
21:11, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
sobota, 02 grudnia 2017
Świąteczne przedstawienie

Tydzień zakończył się mocno nerwowo, ale ostatni punkt piątku był bardzo fajny.

Niedawno znajoma wyszukała informację o przedstawieniu świątecznym i zamówiła bezpłatne wejściówki także dla nie i Wiertki. Byłam zmęczona, nerwy miałam zszarpane i marzyłam by położyć się po prostu do łóżka, ale przemogłam się i nie odwołałam swojego przybycia. I nie żałowałam.

Trochę niepokoiłam się, czy to przedstawienie to nie jakaś przykrywka by zaproponować produkty, albo werbować do sekty. Organizowane to było wszystko przez wolontariuszy pewnej koreańskiej organizacji o podłożu chrześcijańskim. Młodzi ludzie pracują w Afryce, pomagają tamtejszej ludności, a w kresie świątecznym podróżują i dają przedstawienia. 

Przedstawienie miało dwie części. Pierwsza składała się występów - tańce koreańskie, pieśni afrykańskie, czy takie typowo bożonarodzeniowe z krajów kultury zachodniej. Mnie najbardziej podobała się część koreańska i jak dla mnie mogliby pokazywać tylko własną kulturę. Azja jest piękna. Druga część to było przedstawienie świąteczne - akcja działa się w noc przed Wigilią. Pomiędzy występami zapowiedzi były po angielsku, tłumaczone na polski. Przedstawienie było po angielsku, ale na telebimie widniał tłumaczony tekst. Cieszyłam się, że Wiertka płynnie czyta. I pomimo tego, z kontekstu, tembru głosów aktorów można by rozszyfrować akcję. 

Odprężyłam się, weszłam w świąteczny nastrój, Wiertka przytuliła się do mnie.

Po dwóch godzinach przedstawienia, wyszliśmy z budynku. Ja z koleżanką pogadałyśmy jeszcze, a nasze dzieciaki - jej syn i moja córka, biegały i rzucały w siebie śnieżkami.

Fajnie zakończony dzień. W sobotę, Wiertka pojechała to taty, a ja planuję - co już wprowadzam w czyn - spędzić dwa dni pod kocem.

niedziela, 26 listopada 2017
Sałatka macierzyńska

Ostatnie dni spędziłam poza pracą, ale i tak były na tyle zajęte, że nie miałam czasu na bloga.

Jeździłam z Wiertką na badania, zaprowadzałam ją na warsztaty teatralne (jedne cykliczne, jedne jednorazowe), czy zajęcia korekcyjne, robiłyśmy zadania ze szkoły. I nawet podjęłam próbę układania chaosu w moim mieszkaniu.

Zacznę od lekarzy. Po badaniu laryngologicznym okazało się, że Wiertka ma 30% niedosłuchu, gdy norma jest do 20%. Dostała skierowanie na badania do Pracowni Audiologicznej w Centrum Zdrowia Dziecka. Czyli będziemy szły dalej łańcuszkiem. Plus taki, że z tego można się wyleczyć. Przynajmniej wiadomo, że jej brak skupienia w klasie, rozkojarzenie i zagubienie wśród bodźców, to wina złego słuchu. Sama mi czasami mówiła, że nie zdąży czegoś zapisać, bo dzieci zaczynają już obok niej szaleć, a wstydzi się powiedzieć pani, że mało słyszy, bo inne dzieci się dowiedzą. W piątek byłyśmy na pobraniu krwi i prześwietleniu nadgarstka, ale opowiem o tym, jak już będą znane wyniki.

Nie pamiętam, czy już pisałam o warsztatach teatralnych. Znalazłam jedne w jednym z ośrodków kulturalnych na terenie dzielnicy. Pomyślałam, że to może skanalizować jakoś ekspresję mojej córki i wypełnić jej pragnienie błyszczenia. Wiertka żaliła mi się, że pani nigdy nie wybiera ją do głównych ról w szkolnych przedstawieniach. Robi zawsze za jakieś tło, chórek. Zaproponowałam, by sama się zgłosiła. Pamiętam z dzieciństwa, że nauczycielki pytały dzieci, kto się zgłasza, ja chciałam, ale się wstydziłam. Marzyłam, że ktoś sam mnie wybierze. No, tak nie bywa. I Wiertka spytała się pani, ale usłyszała od niej, że nie poradzi sobie. Ponownie było jej przykro. Być może chodzi o kwestię nie do końca dobrej dykcji, Wiertka chodzi do logopedy. A może zawsze w klasie są jacyś uczniowie wybierani za każdym razem do akademii. Tacy ulubieni. Sama bywałam takim uczniem.

Sąsiadka, mama koleżanki z klasy Wiertki, podsyłała mi co jakiś czas MMS-ami, co dzieci robiły na lekcjach. Starałam się robić to z dzieckiem na bieżąco. Łatwo nie szło. Wiertka powiedziała, że woli się uczyć w klasie, nie w domu, bo w klasie przepisuje z tablicy, wyniki podają inne dzieci. A tu w domu musiała robić ze mną każdy matematyczny przykład. Sporo tego było i w końcu połapałam się, że jej się mózg od tego gotuje. Mamy fajną grę, która pomoże w szkolnych kwestiach, ale to opiszę w kolejnym wpisie. Wiem w każdym razie jedno - kompletnie, totalnie, absolutnie nie nadaję się do prowadzenia edukacji domowej. Być może chodzi o moje dziecko i jej trudności ze skupieniem (latają jej oczy, chodzą nogi, zsuwa się w krzesła, jęczy), oraz trochę olewczy stosunek do tematu. Zareagowałam w końcu bardzo niepedagogicznie, bardzo nie w nurcie bliskości i od tamtego momentu miałam skupione i poważne dziecko. 

A dziś Wiertka obudziła się o 5:50. To już powinno mnie było zaniepokoić. Ona coś oglądała, ja drzemałam. Aż o 7:00 ocknęłam się widząc, że moje dziecko stoi na środku pokoju i wymiotuje. Zwróciła nietknięty wczorajszy obiad, co nasunęło mi podejrzenie grypy żołądkowej. Przy okazji sprzątania zobaczyłam, że wanna w łazience jest pełna wody. Gdy ja spałam, dziecko zrobiło sobie poranną kąpiel. Mała większość dnia przeleżała, pijąc wodę i rumianek. Pierwszy posiłek zjadła dopiero o 15:00. Energia już jej wróciła.

Tagi: córka życie
16:53, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 listopada 2017
Szkolne potyczki

Ta wywiadówka szkolna była już ponad tydzień wcześniej, ale mogę na spokojnie opisać ją teraz.

W dawnych czasach, rodzic wracający z wywiadówki ze złymi wieściami, ściągał pasek i lał dziecko w tyłek. Ja sobie prawie popłakałam. Bo to się wszystko tak nawarstwia. I jestem z tym sama, gdy w normalnej rodzinie rodziców jest dwoje.

Wśród tradycyjnego narzekania na moje dziecko, pani wychowawczyni stworzyła nawet specjalny zeszyt, w którym, zapisuje wybryki mojej córki. Oświadczyła, że niektórzy rodzice zaczynają się już dopytywać, co się dzieje na lekcjach. Wiertka rozprasza inne dzieci, ma ataki płaczu, trwające czasem lekcję, dwie. Nauczycielka powiedziała, że powoli już nie wie, jak postępować z moim dzieckiem i będzie chciała się spotkać z dyrektorką w tej sprawie.

Najlepszym wyjściem byłoby ustanowienie nauczyciela wspomagającego dla Wiertki (to nie jest klasa integracyjna), albo nauczanie indywidualne (od tego roku może się odbywać tylko w domu). Albo po prostu powtórzenie III klasy w innej szkole, w klasie integracyjnej. I wtedy musiałabym mieć nadzieję, że tam nauczyciel też już po miesiącu nie miałby mojej córki dość. Według wychowawczyni, Wiertka z takim zachowaniem i takim traktowaniem nauczyciela, nie przejdzie IV klasy. I tu się zgodzę.

Co ja mam powiedzieć wychowawczyni, kobiecie po 60tce, pedagogowi z czterema dekadami doświadczenia - że według mnie, wykształcenie pedagogiczne powinno dać jakieś kompetencje, umiejętności do wypracowania autorytetu u dziecka? Z tych wszystkich zarzutów, jedynie ta niestabilność emocjonalna Wiertki jest dla mnie poważnym problemem. Nie wiem, co można by było z tym zrobić? Czasami, z jakiegoś powodu, bo coś się nie uda, ktoś jej coś zrobi, mała wybucha płaczem i nakręca się. Etap wyjącego psa, jęczenia zintensyfikował się. Trudno to zatrzymać. Ja w domu, z kamiennym spokojem to ignoruję, proszę by się uspokoiła. Sama mam czasami tego serdecznie dość. Rozumiem, że prowadzenie lekcji w klasie, gdy jedno dziecko sobie wyje, jest prawie niemożliwe. A w takich chwilach, do Wiertki nic nie dociera. Pod tym względem jest emocjonalnie na etapie przedszkolaka.

Jestem załamana. Jakby nie dość, że moje życie to jakaś wędrówka od porażki do porażki, to nie potrafiłam nawet zwyczajnego dziecka urodzić. Nie mieści w standardach edukacyjnych. Jeśli nie stresuję się pracą, to stresuję się myślami, co będzie z moim dzieckiem.

Rozmowy z Wiertką nie pomagają. Spływa po niej. Idzie następnego dnia do szkoły i robi to samo.

Tagi: córka życie
17:40, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 listopada 2017
Raport macierzyński

Na razie będę miała chwilę na odetchnięcie.

W następny czwartek, Wiertka będzie miała badanie słuchu na oddziale laryngologicznym. Już w tamtym miesiącu byłyśmy na wizycie i miała możliwość bycia przebadaną, ale okazało się, że ma katar. A to dyskwalifikuje. W życiu bym nie powiedziała, że ma katar. Może coś tam furkotało na dnie nosa. Jak widać, nie za bardzo potrafię zdiagnozować własne dziecko. Ona niestety, ma z tym problem non stop. Laryngolog powiedział, że jeśli nie uda jej się z tego wyleczyć, to będzie się zastanawiał skąd u niej chroniczne kłopoty z nosem.

Postanowiłam skorzystać z tego faktu. Poszłam z małą dziś do pediatry. Opowiedziałam jak wygląda sytuacja i nawet nie musiałam prosić. Lekarka od razu odrzekła, że dziecko musi zostać w domu, co najwyżej wychodzić na spacer. Żadnych sklepów, supermarketów, wycieczek, skupisk ludzkich. Dostałam zwolnienie lekarskie do końca następnego tygodnia. Zapłacę za to bawieniem się z moim dzieckiem ;) 

Tagi: córka życie
13:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 08 listopada 2017
Lubię lody

Wpis z gatunku lekkich, ale także refleksyjnych.

 

W ramach akcji unikania przez moje dziecko wgapiania się w media elektroniczne (ta nadpobudliwość), jako kompromis zgodziłam się, by słuchała sobie stacji muzycznych. Nawet nie patrzy w telewizor, ale w tle leci muzyka. Cisza dla mojej córki jest zbyt straszna. Kłopot w tym, że aktualnie ulubionym gatunkiem mojego dziecka jest disco-polo. Dziecko kocha się i akceptuje, takie jakie jest. Wiertka moją muzykę uznaje z góry za kiepską. To już powoli ten etap. Być może skoczność, rytm, ludyczność disco-polo świetnie współgra z temperamentem małej.

Okazał się jednak, że nie przypadły jej do gustu słowa piosenek. Bo to głównie o kobietach, miłości. Nudne to.

Dygresja. Rzucę czasem okiem na ekran i zaskoczył mnie szczególnie jeden przebój, gdzie podmiot liryczny ustami piosenkarza śpiewając „żono moja”, wyznaje owej żonie miłość, oddanie i wszystkie inne dobra, przymioty. Tyle, że wyśpiewuje to wszystko w otoczeniu wijących się młodych, zgrabnych blondynek. Biorąc pod uwagę, że podmiot liryczny zwraca się bezpośrednio do owej żony, żadna z dziewcząt obok nią nie jest. To musi być bardzo wyrozumiała żona.

Wracając do warstwy tekstowej, Wiertka zapytana o ciekawsze tematy przebojów, podała dzieci, słodycze. Lody na przykład. I zaczęła śpiewać piosenkę o lodach – że są cudowne, smaczne, świetne, truskawkowe, czekoladowe to najbardziej. I to wszystko pod melodię ostatnio lecącej piosenki disco-polo. Czyli skocznie, ludycznie, przaśnie. Nie da się ukryć, czyli mocno dwuznacznie. Wyobraziłam sobie, że ma to potencjał na przebój śpiewany na weselach, ale już nad ranem, gdy wszyscy są tak pijani, że nawet obleśny wujo Kazimierz wydaje się zabawny. Wtedy „Cztery razy po dwa razy, osiem razy raz po raz”, to już nie piosenka o działaniach matematycznych.

Wolałabym, żeby moje dziecko nie wyśpiewywało publicznie takich rzeczy. Poprosiłam ją ze śmiechem, by o lodach nie śpiewała. Logicznie zapytała dlaczego. I tu odpowiedzi odpowiedniej do jej wieku nie znalazłam.

Ktoś ma pomysł, jak by to wytłumaczyć?

Czy tylko ja mam zboczone konotacje? ;)

Panowie też mogą komentować, a nie tylko zaglądać i podczytywać ;)

 

Tagi: córka życie
14:50, bezcielesna
Link Komentarze (11) »
czwartek, 02 listopada 2017
Wichrowe pola

Pamiętacie "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë, gdzie atmosferę dzikości bohaterów, namiętności pomiędzy nimi podkreślały nie tylko wrzosowiska, ale także wiatr. Gdzie dusza umęczonej Kathy tłukła się razem z gałęziami do okien - w wyobraźni Heathcliffa. Pamiętacie "Czekoladę" Joanne Harris, gdzie Vianne z córką wędruje z wiatrem z jednego miejsca do drugiego. Gdzie zaczyna mocniej wiać pewien określony wiatr, a w niej rodzi się niepokój, potrzeba ruszenia do przodu. 

To piękne zespolenie ludzkich emocji, pragnień oraz żywiołu przyrody. Takie literackie. Pisarze mają prawo wymyślać takie rzeczy. Czy w takim razie, zdarza się to na prawdę?

Jednak mamy w Polsce coś takiego jak wiatr halny, który także ma wpływ na ludzką psychikę. Nerwowość, napięcie, smutek, przymus redukowania ich alkoholem, czasem fala samobójstw. Zapewne jest dyskusyjne, czy są na to wystarczające dowody naukowe. Coś musi dziać się wtedy z ciśnieniem.

A po sobie doskonale wiem, że ciśnienie może mieć wpływ na ludzkie emocje. Gdy zmieniają się fronty pogody, ciśnienie gwałtownie idzie w górę, odczuwam ucisk w czaszce, niekiedy ból głowy. Kiedy ciśnienie gwałtownie spada w dół, czuję ogromne przygnębienie, smutek, pragnienie zwinięcia się w kłębek. Coś w środku mnie obsuwa się w dół. Oczywiście, musi to też korelować z dniem hormonalnym, czy aktualnymi stresami życiowymi. Wtedy to wszystko razem gra, jak smutna orkiestra.

To już jest na granicy prawdopodobieństwa, ale ja nawet czuję działanie halnego, choć mieszkam w Polsce centralnej.

Wolałam mieszkać na wysokim piętrze, bo szumiące za oknem gałęzie drzew wzbudzały mój niepokój. Nieracjonalnie, bez przyczyny, ale wzbudzały obawę przed czymś. W czasie pełni, czy nowiu księżyca mam bezsenne noce. Zawsze mnie budzi jego widok za oknem, choć od kilku lat śpię twarzą przeciwnie od okna. Wybudzam się, odwracam się i widzę go.

W poniedziałek, po mojej dzielnicy mocno szumiał orkan Grzegorz. Wiatr wył, tłukł się pomiędzy blokami, gałęzie szarpały się. A ja czułam się tak fatalnie, że płakałam. Dobrze, że miałam dzień wolny i zaszyłam się pod kocem. Miałam w planach odwiedzić wszystkie rodzinne cmentarze, ale nie dałam rady. Nie dlatego, że to męczące, ale dlatego, że bliskość miejsca związanego ze śmiercią mnie przerażała. We wtorek przeszło.

Nie wiem, czy to tylko poprzestawiane w głowie mam :) Może są jeszcze osoby, na które wiatr działa podobnie :) Odpukać, do teraz mam ciało nie zdarte, wszystko zdrowe, kręgosłup powykrzywiany, ale nie dający o sobie znać, wyniki badań prawie idealne. Choć obawiam się, że przez te wszystkie stresy życiowe i moje nadmierne ich przeżywanie, hoduje sobie powoli jakiegoś raka - pojawi się za wiele lat, gdy życie się ustabilizuje, uspokoi i uznam, że teraz mogę wreszcie pięknie żyć. Silna skorupa ciała, ale w środku kołacze wiatr. Inni mają zapewne odwrotnie.

Tagi: wiatr życie
11:09, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 26 października 2017
Potyczki z transportem

Zastanawiałam się, czy opisywać, ale po jakimś czasie trochę ochłonęłam. Bo jednak wstyd mi było.

Miesiąc temu, czekałam na wypłatę i liczyłam każdy grosz. Skończyła mi się tydzień wcześniej ważność Karty Miejskiej. Wiedziałam, że jak załaduję ją ponownie, to nie starczy mi na jedzenie. Postanowiłam kasować bilety za pojedyncze przejazdy.

Nie udało mi się jednak spiąć ze wszystkim do końca, bo w dniu, w którym miałam dostać przelew z wypłatą został mi tylko jeden bilet i niecała złotówka w portfelu. Ten bilet wykorzystałam rano, jadąc do pracy. W ciągu dnia dostałam wypłatę na konto. Miałam więc pieniądze.

Kłopot w tym, że ani w okolicy stacji kolejowej, na której wsiadam, ani w okolicy dwóch następnych nie ma ani kiosku, ani automatu z biletami. Pamiętam, że były jakieś w pociągach. Było ciasno, nie można się było ruszyć. Gdy dopchałam się wreszcie do automatu, okazało się, że... działa tylko na monety (stolica kraju, brawo). Miałam pieniądze, ale nie w portfelu. Nie mogłam kupić biletu. I właśnie w tej chwili kontrolerzy zaczęli sprawdzać pasażerów.

Byłam zdenerwowana, wściekła, zła. Cholera, chcę nabić Kartę Miejską, ale nie mogę :( Panowie oczywiście nie chcieli słuchać moich wyjaśnień. Zapewne nie takie dziwne historie słyszeli - o kosmitach porywających bilety wprost z ręki człowieka. Nawet gdybym im dostała ataku padaczki w tym pociągu, to by się nie wzruszyli. Na moje tłumaczenia, że nie było nigdzie możliwości zakupu biletu (na prawdę, nigdzie kiosku?), stwierdzili, że powinnam była wysiąść na pierwszej możliwej stacji, na której taki biletomat może być. A to była stacja, na której oni wsiedli. Brzmiało logicznie. Gdybym próbowała reklamować karę w Biurze Obsługi Klienta, zapewne powiedzieliby to samo widząc nazwę stacji na której wsiedli kontrolerzy.

Na koniec jeszcze:

- Czy chce pani zapłacić karę kartą, od razu? - zapytał się kontroler.

- Pan żartuje!!! Nie mogę zapłacić kartą za Kartę Miejską, ale mogę zapłacić karę?!

Potem przeprosiłam go, bo w końcu wykonuje swoją pracę i żyje z prowizji.

W domu, roztrzęsiona, zapłakana, załamana (bo to dodatkowa kasa w plecy, poczucie wstydu i bezsilność, bo chciałam jechać legalnie, a nie mogłam) zrobiłam przelew - niższy kwotowo, bo zapłacony wcześniej. Zauważyłam jednak, że w tym stresie, w tytule przelewu wpisałam tylko swoje imię i nazwisko, a na paragonie wydrukowanym przez kontrolerów doczytałam się, że ma być też wpisany jego numer. Wysłałam więc mailowo potwierdzenie przelewu.

To nie koniec historii. Po pewnym czasie sprawdziłam skrzynkę pocztową. Dostałam informację, że powinnam była zapłacić 190,60 zł, ale zapłaciłam 190,00. W związku z tym, że w stosownym terminie nie wpłynęła odpowiednia kwota, do zapłaty jest cała kara... Wkurwiłam się. Ze stresu pomyliłam 6 z 0, przelałam im 60 groszy za mało i teraz mam dopłacić resztę? Oczywiście, z mailem poczekali aż minie możliwy termin wcześniejszej dopłaty.

Napisałam do BOKu maila wyjaśniającego, tłumaczyłam się, że to niedopatrzenie, a nie celowa próba oszustwa. Tak, chciałam naciągnąć transport na 60 groszy - taki ze mnie cwaniak. Poprosiłam o kontakt, gdzie mogłabym napisać reklamację, prośbę u uwzględnienie tej wpłaty (złotówkę im zaraz przelałam). W odpowiedzi dostałam maila z szablonu z informacją, że zostają naliczane karne odsetki. Złe się we mnie obudziło.

Jutro spróbuję porozmawiać z żywym człowiekiem w BOK, niż z botem mailowo (przepraszam koleżanki pracujące w BOKach).

Tagi: życie
12:36, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 października 2017
Raport pracowniczy

Chodzę do pracy, choć jest to jak trwanie w związku z kimś, kto ma cię głęboko gdzieś, ale kredyt hipoteczny, czy przekonania religijne nie pozwalają na wyprowadzkę. Albo mam po prostu niezdrowe poczucie obowiązku mówiące, że powinnam pewne rzeczy zakończyć, poskładać, ułożyć. Bo gdyby jutro przejechał mnie samochód, to byłaby jatka – pewne rzeczy tylko ja ogarniam. Mam też nawyk, może frajerski, by w życiu zawodowym nie palić za sobą mostów, ani nie wykonywać dramatycznych gestów. Już osobiście przekonałam się, że dawni przełożeni potrafią się pokazać, gdy aplikujesz do nowego miejsca. I w drugą stronę – ja cierpliwie czekam, by odegrać się na takim, który nie fair się zachował wobec mnie. A pamięć mam jak słoń. Miałam sytuację, gdy mogłam się zrewanżować.

 

Oprócz tego pracuję z miłymi ludźmi i przebywanie w ich towarzystwie nie stanowi źródła stresu. Bo czasami też tak bywa, że musisz trwać w miejscu pracy, na wypowiedzeniu, a otoczenie też jest średnio przychylne.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jeszcze nigdy nie brałam zwolnienia lekarskiego nie będąc chorą, by coś odwlec w pracy, nie pojawiać się w niej. Nie mam pojęcia, jak na taki temat rozmawiać z lekarzem i chyba ciężko by mi to przez gardło przeszło. Z pediatrą mam częstszy kontakt, bardziej luźniejszy i ona zapewne by mi pomogła. Tylko co – ja na zwolnieniu lekarskim, a dziecko w szkole na lekcjach? Mam ją zostawiać w domu? I jaki przykład daję córce, gdy w jej obecności negocjuję z lekarzem lewe zwolnienie.

Na razie pracuję, zbieram informacje. Może jakaś zaprocentuje. Lepiej nie zapeszać.

Ten wpis chyba powinnam do listu motywacyjnego dołączać ;)

 

Tagi: praca życie
15:09, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 października 2017
Weekend

Poprzedni weekend Wiertka została ze mną, została zamieniona ich kolejność. Wolałam wtedy zostać sama. Jednak dobrze się stało. Wiedząc, że czeka mnie w poniedziałek ważna rozmowa w sprawie mojej przyszłości, nie potrafiłabym się oderwać od myśli o pracy, w nieskończoność bym rozważała różne hipotezy, wyjścia z sytuacji. A tak, z Wiertką nawet gdy jest cicho, to jest głośno. Ten harmider zagłuszył moje myśli, oderwał je od pracowniczego tematu.

W ten weekend było inaczej. Już naprawdę potrzebowałam ciszy, samotności, oddechu. Pięć dni w pracy przeżyłam ze ściskiem w klatce piersiowej, subiektywnym uczuciem podwyższonego ciśnienia i tachykardii (nic sobie nie mierzyłam). Może powody były niewspółmierne, ale być może przejmuje się nadmiernie różnymi sytuacjami. 

Dwa dni leżenia, czytania i oglądania powtórek seriali. Dwa dni bez uśmiechu, entuzjazmu i całej tej maski, którą naciąga się na twarz idąc do ludzi, przed własnym dzieckiem.

Ludzie mają różne strategie redukowania poziomu stresu, wynikające z ich temperamentu i charakteru. Jedni biegają, inni rzucają się w jeszcze więcej pracy, kolejni sprzątają. Ja śpię i leżę. I wydaje mi się, że mój sposób jest najmniej społecznie akceptowany. Bo należy coś robić, ogarnąć się, wziąć w garść. A nie takie lenistwo i rozmemłanie.

A przecież, w przypadkach bardzo groźnych wypadków, uszkodzeń głowy, głębokich oparzeń wprowadza się ludzi w śpiączkę farmakologiczną. Podaje leki i pozwala by organizm sam powoli się regenerował. Nie atakuje się go większą ilością bodźców. Redukuje się te bodźce do absolutnego minimum. Dlaczego analogiczna metoda, w ogromnej mikroskali, nie znajduje zrozumienia jeśli chodzi o emocje i psychikę? Czasami życiowe porażki trzeba przespać.

Odetchnęłam, wypoczęłam. Jestem już spokojniejsza, nie muszę palić papierosa, a środek na uspokojenie nie przestaje działać po godzinie, bo nie muszę go brać.

Swoje dokłada pogoda w tym roku. Dla mnie przedwiośnie zamieniło się w późną jesień. Rok bez słońca. Jak rośliny, fotosyntezuję ze światła słonecznego. A jego nie było. Jeszcze skończy się tak, że pójdę na solarium :)

17:03, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
Tagi