To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie

poniedziałek, 14 stycznia 2019
***

Jakoś tak po koniec tamtego tygodnia, atmosfera była podminowana, trochę stresująca. Jednak nie z powodu warunków obiektywnych, ale tak jakiś prąd w pokoju biurowym leciał w powietrzu. Nie tak, żeby ludzie się znielubili, ale czuli, że powietrze jest naładowane.

- W taki dzień Gawrilo Princip postanowił zastrzelić arcyksięcia. - zażartowałam.

A teraz myślę ze smutkiem, że może stała się prawda. Jakiś Gawriło zdecydował ostatecznie, że zabije. 

Smutna passa dla kraju.

Tagi: życie
17:45, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 stycznia 2019
Bezpieczna starość

Wpis refleksyjny, jeszcze rozważania sprzed przesilenia zimowego. Wtedy na kablówce trafiłam na serial „Noce i dnie”. Pamiętam z dzieciństwa, że wstrząsające wrażenie zrobił na mnie ostatni odcinek. Barbara, w wieku starczym (bo wtedy tak postrzegałam bycie po 50tce) ucieka z płonącego miasta, traci dom, tuła się i miota po drogach, błaga przypadkowych ludzi o pomoc, oderwana od rodziny, samotna, opuszczona na pustkowiu. Wiem, że nie na takim pustkowiu i wiem, że nie taka znowu samotna. Wtedy jednak, jako dziecko, bardzo boleśnie odbierałam takie podsumowanie schyłku życia. Czułam, że wiek starszy powinien być czasem bezpieczeństwa, odpoczynku, spokoju. Ucieczka i strach przed żołnierzami to domena dla ludzi młodych, pełnych energii. Człowiek powinien spędzać schyłek swojego żywota bezpiecznie.

 

Dziś, patrząc na to z perspektywy osoby w wieku średnim, wiem, że sytuacja Barbary nie była taka straszna. Prawdopodobnie, gdy przetoczyły się wojska, wróciła do swojego Kalińca. Nawet może jej mieszkanie ocalało. Czekały na nią gdzieś tam dzieci, gotowe zaopiekować się matką. Jednak nadal jest we mnie taki lęk, że ta starość powinna być łagodna jak koc z wełny merynosa. A być może dotknie człowieka samotność, wyrwanie korzeni, strach, niepewność, ukrywanie się po zimnych miejscach, zagrożenie życia.

Bo jakby się czasem człowiek nie starał, nie zawsze dobre życie oznacza dobrą starość.

 

Tagi: życie
17:07, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 grudnia 2018
Ostatni sen

Sen ostatni w tym roku. Nie w moim życiu. W co wierzę :) Ale, jak się potem okazało, mózg świetnie podsumował moje ostatnie lęki i próbował je rozwiązać.

Akcja snu polegała na tym, że wybierałam się do innego kraju. Wybierałam się dziwnym sposobem, bo miałam tam dotrzeć na jakieś cienkiej tratwie, przykrytej kocem. W dodatku morzem, małym, ale to zawsze morze. Przecież ja panicznie boję się wody. Sny nie muszą być logiczne, więc nic mnie z nich nigdy nie dziwi. Dlatego nie zaskakuje mnie dlaczego uważałam za naturalne dostać się gdzieś, pokonując na wątłym kawałku drewna dość rozległy zbiornik wodny.

Idę dalej, bo generalnie akcja snu polegała na przygotowywaniach się do tej przeprawy i jej wizualizacji. Na koniec znalazłam się z moją mamą i bratem w jakimś mieszkanku. Moja mama leżała sobie na łóżku, coś tam robiła. Brat też. Mama miała też jechać w to samo miejsce, ale pociągiem - szybko, wygodnie, jak normalny człowiek. Wiedziałam o tym środku lokomocji, ale z jakiś względów, na początku snu był dla mnie nieosiągalny. Brat wybierał się w to samo miejsce, ale chciał się przemycić w jakiejś ciężarówce. Też mocno kłopotliwy sposób podróży, ale w ogóle mnie nie zdziwił. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że mama ma do pociągu niecałą godzinę, musi się więc zbierać. Zaczęłam ją poganiać. I pomyślałam, że teraz nie widzę przeszkód, żeby też z nią jechać pociągiem. Byłam w piżamie. Zaczęłam się ubierać. I tu wynikł problem. Spodnie założyłam, ale bluzki były za ciasne (zakładałam ten sam zestaw, który chce dziś założyć na Sylwestra). Tak, tak, ważyłam się u cioci :/ Szukałam pośpiesznie czegoś dobrego, czas biegł. Widziałam już, że nie zdążę. Jak w każdym moim śnie. Coś mi ucieka, a ja nie mogę się spakować do końca.

Obudziłam się.

W pierwszej chwili, pomyślałam, że jak zwykle śni mi się zmarła mama, a ja zamiast wykorzystać to na jakąś rozmowę z nią, ignoruję ją, poganiam. W drugiej chwili pomyślałam ze zgrozą, że śni się zmarły i ciągnie mnie, brata w to samo miejsce. Jakby sen miał zapowiadać naszą śmierć. Pomyślałam jednak dalej. Mama pojechała pociągiem - szybko, bez problemu. Ja i brat mieliśmy absurdalne, skomplikowane, czasochłonne sposoby na przedostanie się, które miały sporą szanse się nie udać. Ja w dodatku utknęłam tam, gdzie jestem, bo jak zwykle jestem nieogarnięta i nie mam nic poukładane.

Pomyślałam, że to znak od mojego mózgu, że umierać nie będę, bo mam za dużo jeszcze spraw do załatwienia. Lub skoro nie ogarniam mojego życia, to śmierci też nie ogarnę. To nagroda dla tych, którzy wszystko planują, mają poukładane i działają od punktu do punktu. W kwestii umierania też.

Mój umysł poinformował mnie, że mam żyć i nie przejmować się.

Tagi: sny życie
15:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 grudnia 2018
Jak liście z drzew

Miałam wczoraj zaległe odwiedziny u cioci i dziadka. Z rzeczy pozytywnych, oprócz oczywiście wymiany upominków świątecznych. Moja ciocia wyładniała. I to nie tylko z powodu kilku zrzuconych kilogramów. Tuż przed 60tymi urodzinami zmieniła wreszcie fryzurę. Dotąd hołdowała dostojnej koafiurze, gdzie ma się włosy krótkie, przystrzyżone na karku, ugarniorowane lekką trwałą. Trwała, ale taka bardziej prostująca włosy. Bo moja ciocia, jako jedyna w rodzinie (plus jej syn, który już łysieje) ma kręcone włosy. Tylko, nie wiedzieć ku jakiej to rozpaczy, przez ostatnie kilka dekad obcinała je. A teraz ma skręcone w loczki blond włosy do ramion. I gdyby ktoś upierał się, że ma czterdzieści kilka lat, to można by w to uwierzyć. Gdy latem skończy sześćdziesiąt lat. Jak fryzura może diametralnie zmienić kobietę. I fryzura pasuje do jej charakteru - takiego rodzinnego i nadopiekuńczego.

Taki charakter czasami się przydaje. Ciocia opiekuje się dziadkiem, który skończył właśnie 98 lat. od wielu miesięcy już tylko leży bezwładnie, nie może chodzić, nawet usiąść, czy wyciągnąć rąk. Tylko leży, patrzy w okno, mówi z trudem i czasami krzyczy :( Ciocia zmienia mu pampersy, obmywa, karmi zmiksowanymi papkami, daje pić i uspokaja mówiąc do niego zdrobniałym imieniem (dla przykładu - Boluś, Antoś, Teoś). To w dobrych miesiącach. Gorzej, gdy dziadek dostał rotawirusa, albo rozległej choroby grzybiczej na całym ciele :( Ogromnie ją podziwiam, za to co robi. To nie jest takie oczywiste, nawet da członka rodziny. Pomyślałam o swojej starości. Trudno mi sobie wyobrazić, że moja córka będzie się mną opiekować z takim oddaniem i brakiem niesmaku. A w placówce opiekuńczej, nawet najbardziej miłe pielęgniarki, nie zrobią połowy tego. To okropne. Nasze cywilizacja wymyśliła wiele rzeczy, ale z udaną starością jeszcze sobie nie poradziła.

A w temacie śmierci. Od cioci dowiedziałam się, że przed świętami zmarła moja bardzo daleka kuzynka. Daleka, miałyśmy może wspólnego pradziadka. Jednak pamiętam ją, widziałyśmy się może ze dwa razy, w czasie rodzinnych odwiedzin. Pamiętam, jak siedziałyśmy jako młode studentki, gadałyśmy. Była moją rówieśnicą. W grudniu skończyła 42 lata. Na początku roku zaczęło boleć ją gardło. Jedne pastylki, drugie. W końcu poszła do lekarza. Jeden antybiotyk, drugi. Gardło boli od kilkunastu tygodni. Jej wujek zajrzał jej z ciekawości do gardła i zobaczył dziwną kulkę. Powrót do lekarza, wycinek. Wynik - rak, trzecie stadium. Chemia jedna, druga, trzecia, utrata włosów, zębów. Paradoksalnie, zmarła na trzy dni przed Wigilią, na śpiączkę cukrzycową, której się nikt nie spodziewał. Przestała pracować trzustka i cukier skoczył do śmiertelnego poziomu. Wróciła ze spaceru do domu, położyła się zdrzemnąć i już się nie wybudziła.

Mam znajomych, którzy odeszli na raka. Dotąd byli to jednak ludzie trochę ode mnie starsi. Teraz widzę, że rak zabiera ludzi z mojej gałęzi. To z mojej gałęzi zaczynają spadać liście. Może ja jestem następna i tak jak kuzynka, która w zeszłoroczną Wigilię nie podejrzewała, że kolejnej nie dożyje, u mnie jest podobnie. I najgorsza jest ta bezsilność, że on gdzieś tam we mnie rośnie - w najbardziej absurdalnym miejscu - i ujawni się dopiero, gdy będzie można powiedzieć, rak trzecie stadium.

Takie lęki na nowy rok.

16:48, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 grudnia 2018
Poświątecznie

Tegoroczne święta były szlafrokowe. A, że nie jestem tradycjonalistką, to nie napawało mnie to smutkiem. Wręcz przeciwnie. Prawie pięć dni spędzonych na kanapie, w piżamie, wreszcie sprawiło, że znikł wlokący się za mną suchy kaszel i poszedł sobie siąpiący, kichający nos. Przestałam się też czuć, jakbym miała łeb w kadzi z budyniem (przez niedoleczone przeziębienie).

Jedyne wyjście z domu, to było to na kolację wigilijną organizowaną przez mojego tatę i dziadka. A prawie byśmy tam nie dotarły. W sobotnią noc Młodą dopadł rotawirus. Do 2:00 wymiotowała (dobrze, że przedtem miała silne mdłości i zdążyłam przygotować miskę), a rano miała jednorazowy wypadek w drodze do toalety. Potem czuła się już dobrze - zero gorączki, mdłości, kupy wzorowe, apetyt też. Takie tam tsunami. Zastanawiałam się, czy powinnam z nią jechać do rodziny, ale Wigilia była drugim dniem, gdy czuła się ok. I jednak perspektywa spędzenia Wigilii w dwie, jedząc makaron z lodówki, to jednak była dla mnie smutna perspektywa. Jestem fanką wigilijnego żarcia - objadłam się pierogami i barszczem. Wzięłam nawet do domu trochę.

Wizytę u cioci i drugiego dziadka jednak odwołałam. Dziadek skończył właśnie 98 lat, leży bezwładnie, nie może nawet usiąść. Ciocia prosiła by przyjeżdżać jedynie będąc idealnie zdrowym, bo łatwo go już czymś zarazić.

Urlop mam jeszcze do nowego roku, ale dziś pojechałam na pół dnia do pracy. Szef zarządził zebranie dwóch działów, podsumowujące rok i rozpoczynające rok nowy. Zebranie było obowiązkowe, więc by nie jechać bez sensu na godzinę, wzięłam już sobie pół dnia pracy. Pierwsze pół dnia miałam w poprzedni piątek, kiedy to pomagałam zorganizować klasową Wigilię u Młodej.

17:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 grudnia 2018
Przedświąteczne niespodzianki

Z przyjęciem urodzinowym wiązała się też jeszcze jedna zabawna historyjka. Motywem przewodnim miały być Pokemony. Z obrazkiem Pikachu był tort. Z podobnymi obrazkami miały być talerzyki, kubki, chusteczki, wiszące ozdoby. Znalazłam jedyny sklep internetowy, który miał takie motywy. Przy potwierdzaniu zamówienia okazało się, że sklep jest w Niemczech, ale stronę i – jak się później okaże – obsługę klienta miał polskojęzyczną. Przesyłka dotarła, gdy byłam chora. Przekierowałam ją do odbioru z punktu. Przed urodzinami odebrałam i uznałam od razu, że pudło jest spore jak na papierowe akcesoria i dość ciężkie. 5 kilogramów. W domu otworzyłam je i wyjęłam spod warstw papieru pierwszą rzecz. Jakiś wieszak do tych ozdób? Dalej są jakieś pudełka, dziwne opakowania. I okazuje się, że nie dotarły do mnie ozdoby urodzinowe, tylko… No sama nie wiem. Jakieś części? Części zamienne? Do motocykli, czy rowerów? Na niektórych opakowaniach było zdjęcie motocyklisty. A przedmioty były dla mnie tak nieokreślone, że nie miałam pojęcia, co to może być. Równie dobrze mogły to być zawory do instalacji hydraulicznej, albo ta konstrukcja, z którą chodził bohater jednego z filmów Stanisława Barei.

 

Zamawiałam w życiu kilka razy w internecie i to jest pierwszy taki przypadek. Pudło miało jak najbardziej nalepkę z moim adresem. Ktoś w firmie kurierskiej się rąbnął i nakleił naklejki w innej kolejności. Ja to pół biedy. Ten kto dostał papierowe talerzyki i figurki Pokomenów, gdy chciał części zamienne, to się może wkurzyć.

Zbadałam dokładniej pudło i miało pierwotną białą naklejkę z adresem nadawcy i adresem odbiorcy w Polsce. Niestety, ten drugi punkt to magazyn Amazona. Ktoś zapewne zamawiał przez ich platformę. Pomyłka nastąpiła chyba dopiero na etapie firmy kurierskiej, która nalepiała żółte naklejki.

Mój sklep miło rozwiązał sytuację. Poprosili o dokładne zdjęcia paczki – zawartości, naklejek z adresami. I następnego dnia zwrócili mi pieniądze na konto.

Nowe akcesoria urodzinowe kupiłam już w sklepie stacjonarnym. Z Minionkami. Dziecko też lubi. Zostałam z pudłem części zamiennych. Jak nikt się po nie zgłosi przez najbliższe trzy, cztery miesiące, to zainteresuję się bliżej, co to jest u licha. W końcu ktoś, gdzieś tam ma pudełko z moim adresem.

 

Tagi: życie
17:23, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 grudnia 2018
Chorowanie

W połowie zeszłego tygodnia z nóg zwaliła mnie jakaś infekcja wirusowa i popsuła mi statystykę zdrowia w tym roku. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że ta sama infekcja dopadła prawie połowę mojej firmy. Pierwszy raz widziałam jak ludzie odpadają, jak kostki domina. W środę z godziny na godzinę czułam się gorzej i po południu już wiedziałam, że to nie kłopoty z ciśnieniem atmosferycznym. Dlatego w czwartek pracowałam zdalnie, a tak naprawdę robiłam rzeczy najbardziej potrzebne i zaciskałam zęby, by dotrwać do 16:00 i zasnąć. Miałam też jednodniowy, ale za to monstrualny katar. W piątek nie miałam już siły wstać z łóżka, oddychać. Nie poszłam do lekarza, bo bym się nie doczłapała. Spałam lub leżałam w letargu prawie ciągiem do soboty. Oczywiście, brałam jakieś leki na infekcję, syrop na zaczynający się kaszel. Jak cudownie, że dziecko potrafi samo pójść do szkoły, wrócić i ma tam obiady.

 

Piątek wzięłam sobie wcześniej wolny, bo miałam przygotowywać dom na dwa przyjęcia urodzinowe Młodej – w sobotę dla koleżanek, w niedzielę dla rodziny. A od rana wysyłałam wiadomości o przeniesieniu zabawy na kolejny weekend. Na szczęście, udało się odwołać przygotowanie dwóch tortów. W lokalnej cukierni, cudowni, nie zrobili mi z tym problemu i zmienili datę pieczenia.

W nocy z piątku a sobotę najgorsze minęło i weekend spędziłam w łóżku nabierając sił i walcząc z kaszlem.

Powinnam jeszcze trochę zostać w domu, ale jako, że w biurze trwał pomór,  wróciłam w poniedziałek do pracy.

W tym wszystkim tylko Młoda jest zawiedziona – rodzice chorują, dzieci w klasie chorują. Tylko ona jest ciągle zdrowa. Nie może się niczym zarazić. Zwierzyła mi się, że raz nawet szła do szkoły w rozpiętej kurtce, a to nie pomogło.

 

17:21, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 grudnia 2018
Raport

Będzie na razie bardzo skrótowo.

Przedurodzinowe porządki. Stop. Większy bałagan. Stop. Infekcja wirusowa. Stop. W pracy pogrom wirusowy. Stop. Czasu brak.

Ciąg dalszy nastąpi :)

Tagi: życie
20:52, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2018
Listopadowe śnienie

Ciekawe doświadczenie, jak śniona historia może wpływać emocjonalnie na dzień.

W niedzielę miałam w planach wyjść gdzieś z dzieckiem. Jednak obudziłam się i wychodząc ze snu czułam się tak przygnębiona, że jedyne czego chciałam, to zostać w czterech ścianach. Sam sen nie był jakiś szczególnie straszny. W porównaniu do tych, jakie potrafię mieć. Pamiętam, jak to najczęściej bywa, tylko strzępki. Przenoszę się z dwiema koleżankami do równoległego świata, tam oglądamy zwłoki kobiety, ten punkt na jej ciele, który krwawił. Jednak nie mogę powrócić do swojego świata prawdziwego, muszę jeszcze zostać, nie działa ten punkt przez który mogę przejść. Nie czuję się z tym pewnie. Teraz sceny wcześniejsze, albo późniejsze – w jakimś mieszkaniu, umeblowanym jak zwyczajne miejsce do zamieszkania, kiszę się z wieloma osobami jak w biurze. Z kimś się sprzeczam, zmieniam pokój.

 

Dla kogoś czytającego z boku, nie jest ani kawałek interesujące, ale ja spisuję to by zapamiętać. Bo najistotniejszy jest klimat, stalowa szarość za oknem. Obudziłam się po takim śnie i byłam w jakimś smutku. Nie takim dystymicznym, ale bardziej melancholijnym. Nie chodziło o to by leżeć w łóżku i nic nie robić. Poczułam głęboką niechęć wobec wychodzenia z domu. W jakimkolwiek celu. Tak jakby za drzwiami wyjściowymi był szary, rozmazany świat. Albo jakby poza domem było rozciągnięte aż po horyzont białe urwisko. Wreszcie rozumiem, jak to jest, gdy ktoś pisze, że tak bardzo nie ma ochoty opuszczać domu, że się zmusza, albo nigdzie nie wychodzi.

Biorąc pod uwagę, że na zewnątrz szalał smog, to był nawet dobry pomysł.

 

Tagi: sny życie
18:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2018
Gdy nauczyciel jest oceniany

Dziś będzie o nowym, ciekawym zjawisku. I mam nadzieję, że koleżanka, która jest autorką tej burzy, nie będzie miała do mnie żalu, że wykorzystałam historię, jako przykład.

 

Przy okazji rozmów o dzieciach, pracach domowych, koleżanka opowiadała, że jakby jej dziecko się nie starało, ile by wysiłku nie włożyło w napisanie wypracowania, to nie dostaje nie więcej niż trójkę. Kiedyś, w ramach eksperymentu, matka napisała pracę za dziecko. Też dostało trójkę. Pamiętam, takie wydarzenia z dzieciństwa – choć to przecież była szkoła z lat 80tych. Dostawało się pewną etykietkę w pierwszych latach edukacji – piątkowego, trójkowego, „z tego to nic już nie będzie” i jakby się nie starało, albo nie próbowało schrzanić, był się albo równanym w dół, albo wyciąganym w górę. Myślałam, że współczesna szkoła już od tego odchodzi. Może niekoniecznie.

I oto niedawno, koleżanka wrzuciła na pewien portal społecznościowy skan wypracowania dziecka, razem z oceną – tradycyjnie trójkową - i uwagami nauczycielki. Bez zbędnego opisu – „tak tylko zostawiła”. Praca była anonimowa – bez danych dziecka, nauczyciela, szkoły. Dyskusja rozwinęła się w komentarzach. Czy ocena jest zaniżona, czy jakość pracy jej rzeczywiście odpowiada. Tego rozwijać tutaj nie będę.

Bo istotniejsze jest to, że wkrótce, na Librusie, do koleżanki napisała wychowawczyni jej dziecka. Nawiązała do wpisu na portalu, skomentowała, że jest zażenowana tym czynem i zaprosiła na rozmowę. To jest właśnie ten nowy trend, na który nauczyciele nie są przygotowani – bycie publicznie ocenionym. Czasami widuje się w sieci, jak rodzice lub osoby związane z dzieckiem wrzucają skany wypracowań, prac domowych – czasem by się trochę pośmiać, czasami dla wywołania burzy. Jednak, pierwszy raz teraz się spotkałam z reakcją szkoły na to. Ciekawa jestem, czy w niedługim czasie pojawią się stosowne obostrzenia w Regulaminach szkolnych. Czy nauczyciel ma prawo do zastrzeżenia tego by prace dziecka, z pedagoga adnotacjami, nie pojawiały się w publicznych miejscach?

Co ciekawe, i może smutne, wychowawczyni nie jest w „znajomych” koleżanki. Informacja o dyskusji musiała jej zostać przekazana przez osobę, która może swobodnie przeglądać profil. Pozostał lekki niesmak.

Spotkanie dopiero przed koleżanką.

 

17:39, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
Tagi