To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie

środa, 14 lutego 2018
Walentynkowo

Zmiękłam w tym roku i Walentynki nie wzbudzają już aż takiej irytacji. Ale żeby nie było tak strasznie cukierkowo, to chropowaty wiersz o miłości znaleziony kiedyś na murze na Pradze :)

wtorek, 06 lutego 2018
Po stronie minusów

Jest jedna na razie rzecz, która mi w tym roku raczej nie wyszła. A ciągnie się od poprzedniego. Mam kilka kont mailowych i pomimo pamiętaniu o "brzytwie Okhama" nadal je trzymałam. Każde z nich miało swoją rolę - jedno dla znajomych, prywatne, drugie dla urzędów i szukania pracy, trzecie do spamów. Oraz jeszcze trzy konta na gazeta.pl, ale to też miał swój pewien cel. Na co dzień używam bezcielesnej, tamte dwa są już uśpione.

Pod koniec poprzedniego roku, chciałam się zalogować na koncie spamowym. To takie konto, które podaje tam, gdzie proszą o adres mailowy, przy różnych portalach sprzedażowych. A od jakiegoś czasu, używałam go jako schowka - wrzucałam tam najważniejsze pliki z dysku, na wypadek, gdyby padł mi komputer. I okazało się, że nie mogę się zalogować. Nie działa hasło. Nie ma absolutnie mowy o tym, aby było zmieniane. Niestety, do odzyskania hasła miałam ustawione tylko pytanie pomocnicze. Odpowiedź była błędna. Ale ja te pytania starałam się ustalić jak najsprytniejsze, by nikt nie złamał ich kodu, więc prawdopodobnie sama stałam się ofiarą swojego sprytu.

Napisałam do BOK-u, ale odpowiedziano mi, że w tym przypadku muszę sprawę rozwiązywać jedynie telefonicznie. Infolinia była pod numerem, który wszędzie jest zastrzeżony i musiałam na swoim telefonie, w BOK operatora blokadę zdejmować. Obłęd. Niestety, to nie koniec kłopotów. Na linię nie można się dodzwonić. Czekasz oczywiście na połączenie z konsultantem, słyszysz, że jesteś trzecia, potem druga. A potem rozłącza połączenie... Po kilku minutach. A każda taka próba to kilka złotych do rachunku w plecy. Po kilku próbach dałam za wygraną. Nawet może zacisnęłabym zęby, odczekała te miliony minut na konsultanta. Ale oni zrywają połączenie. A z moich bardzo starych doświadczeń, z pracy na infolinii, widzę, że w tym dziale telefonicznym BOK pracuje tylko jedna osoba zapewne. Albo telefon jest połączony z działem, który odbiera maile i obsługuje go ktoś, kto akurat ma chwilę wolną, Czyli nikt.

Na szczęście, jak pisałam, to głównie skrzynka do spamu. Próbuję sobie przypomnieć, jakie mogą być na niej jeszcze materiały, których już w żaden sposób nie odzyskam (a są ważne), ale przypomina sobie tylko jedne zdjęcia.

Nauczkę miałam taką, że do wszystkich innych kont ustawiłam teraz opcję odzyskiwania hasła za pomocą konta pomocniczego i sms-a.

I zaczęłam się zastanawiać nad założeniem konta w chmurze, by tam przenieść rzeczy z dysku. Jednak znam, używałam w pracy tylko dropboxa. Nie wiem, czy coś nowego pojawiło się od tamtego czasu.

Tagi: mail życie
10:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 31 stycznia 2018
Krwawo-niebieska

Mieliśmy dziś za sobą ciekawe zjawisko na niebie - druga styczniowa pełnia Księżyca, połączona z jego częściowym zaćmieniem, w momencie, gdy jest on najbliżej Ziemi. Podobno ostatnia taka sytuacja była 152 lata temu. Czyli tuż po Powstaniu Styczniowym :)

Bardzo lubię takie momenty w kosmosie - gdy zbiegają się różne czynniki. Z racjonalnego punktu widzenia nie ma to wpływu na życie człowieka. Jednak jakaś magia w człowieku jest. A teraz podsycają ją jeszcze media pisząc i mówiąc o tej pełni :) Oprócz tego, musi to zapewne przepięknie wyglądać. Musi, bo jedyny Księżyc jaki dziś zobaczyłam, był tak szczelnie zakryty chmurami, że stanowi rozmytą jasną plamę na niebie. Taka krwawo-niebieska pełnia impresjonistów :)

Mnie nastroiło to poetycko. Pomyślałam, że Słońce jest takie jednoznaczne - nieruchome, żółte, buzujące ogniem, w ciągu roku podróży można obejrzeć je w całości. Za to Księżyc bywa w pełni, nowiu, skrawek po skrawku od wielkiego do cienkiego, bywa bardzo daleko, bardzo blisko i tak jakby w sam raz, bywa krwawy, bywa błękitny, ale jednej jego strony nigdy nie poznasz. 

Lubię być Księżycem :)

środa, 10 stycznia 2018
Życie

Piszę bardziej po to, by we wpisach nie pojawiały się zbyt długie przerwy. Bo życie na razie spokojnie się snuje - wysypiamy się z dzieckiem, bo lekcje zaczyna od 10:40 lub 9:45. Szukam pracy, coś zrobię w domu, odbieram dziecko prawie zaraz po lekcjach (po 14:30-15:30). Niech ma coś fajnego z tego mojego bezrobocia. Efektem ubocznym wysypiania się jest to, że trudno Wiertkę wieczorem uspać. Pada dopiero po 23:00. Niech ma coś z tego mojego bezrobocia.

Zbieram dobre rzeczy, które nam się przydarzają. Na przykład wczoraj pojechałyśmy do domu kultury na teatrzyk dla dzieci. Na miejscu okazało się, że biletów już nie ma. Dość szybko są wykupywane, już w poprzednie dni (cena to symboliczne 5 złotych). Jednak panie sprawdziły, czy zostały odebrane dwa bilety dla czytelników jakiegoś lokalnego pisma. Jako, że nikt się po nie zgłosił, a do spektaklu pozostało dwadzieścia minut, mogłam je kupić :) 

Próbuję zaczarować rzeczywistość, myśląc, że jeśli w ciągu dnia wydarzy się jakiś miły drobiazg lub sam dzień popłynie leniwie zwyczajnie, to ta aura przejdzie na resztę roku :)

Już dziesięć miłych dni 2018 roku za mną :)

Tagi: życie
19:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 stycznia 2018
Okruchy roku

Czasami zwracam uwagę na to, jakie wydarzenia towarzyszą pierwszym godzinom, czy pierwszym dniom danego roku. Jakby to miała być prognoza na resztę dwunastu miesięcy.

Tamten rok zaczął się pechowo. Już pierwszego dnia w pracy, po powrocie z urlopu, znalazłam w skrzynce służbowej mail, w którym ktoś mnie obmówił. Potem okazało się, że po prostu próbował się od czegoś wykręcić, ale niesmak pozostał. A po tygodniu dostałam wypowiedzenie. I nawet to, że z drukarni przyjechał mój tomik wierszy, nie potrafiło zakryć tego uczucia porażki.

W tym roku zastanawiałam się, czy w ogóle wychodzić z domu przez pierwsze dwanaście dni :D

A życie sobie. We wtorek pojechałam do dawnej pracy by odebrać świadectwo pracy. Chciałam je mieć jak najszybciej. Przy okazji zobaczyłam, że moje biurko jest już zajęte. Ktoś czekał na to miejsce. Takie życie. Od razu pojechałam do Urzędu Pracy, bo honor honorem, ale jedzenia za to nie kupię. Za zasiłek jak najbardziej. Okazało się, że 2-go cały urząd ma dzień wolny. Pojechałam tam we środę. Półtorej godziny czekania, bo to pierwszy dzień miesiąca, początek roku. Fala szczęśliwców pozwalnianych. Miałam gdzie siedzieć, miałam co czytać, czas szybko zleciał. Przy okienku, okazało się, że mam tylko jedno świadectwo pracy, a poprzedni pracodawca wystawił mi dwa (za okres próbny, potem z umowy na zastępstwo). Nie można mnie było zarejestrować. Jednak miła pani, powiedziała, żebym następnego dnia po prostu podeszła do jej okienka i nie czekała już tyle czasu. Bylebym wróciła szybko. Życzliwy gest.

A potem, w dodatku, bardzo szybko udało mi się odnaleźć ten papier. A to nie jest wcale dla mnie charakterystyczne :) W czwartek, trzeci dzień jeżdżenia. Pod urzędem zaskoczenie, bo stoją tłumy. Okazało się, że wszyscy muszą opuścić budynek... Nieźle. Miałam załatwić szybko, a cholera wie ile będę czekać. Zapewne ktoś wykonał głupi telefon o bombie, albo znaleźli jakiś pakunek. Straż Pożarna przyjechała szybko i o dziwo panowie byli w środku krótko. Po dziesięciu minutach można było wejść z powrotem. Miło.

Swoje sprawy, przy okienku załatwiłam. Okazało się nawet, że coś tam, coś tam, czego nie łapię, ale być może należą mi się jakieś zaległe pieniądze. Pani konsultowała to z innymi osobami i w końcu nie wiem. Być może nie, ale to też jakiś miły okruch. W każdym razie, na jedzenie wystarczy.

To nie koniec. Wracając do domu, wstąpiłam do takiego małego punktu, gdzie można kupić czasopisma ze zwrotów. Na kolorową gazetę za pół ceny mnie stać. Wygrzebywałam drobne z portfela aż wypadły mi karty ze środka (głównie lojalnościowe, z których nigdy nie korzystam, bo mnie nie stać na lojalność). Przed wejściem do domu, jeszcze weszłam na drobne zakupy do sklepu. Sklep jest drogi, zastanawiałam się, czy kupować akurat tam. Okazało się, że rozrzutność miała swój plus - zobaczyłam, że nie mam w portfelu karty bankomatowej... A tak, zapewne zakupy bym odłożyła, poszła na nie wieczorem. Karta musiała zostać w sklepie z gazetami. Wróciłam się tam biegiem. W przenośni, bo wymagało to przejechania trzech przystanków, ale poganiałam w myślach autobus. Miałam szczęście, karta cały czas leżała na swoim miejscu, pomiędzy słupkami czasopism, zlewając się kolorystycznie z okładkami (taki traf). Wszystko powypadało mi z portfela układając się w równą harmonijkę, tylko ta jedna poleciała na bok. Harmonijkę zebrałam i myślałam, że to wszystko. Pani sprzedawczyni nie miała nawet przez sekundę wątpliwości, że to moja karta, bo pamiętała moje zakupy sprzed kilkunastu minut. 

Jak widać, na razie dotyka mnie sam dobry traf. I nie chodzi o to, czy jakieś tam wróżby się sprawdzają, ale o robienie sobie nastawienia :)

środa, 03 stycznia 2018
Gdy życie przyśpiesza

Tuż przed świętami i Nowym Rokiem odwiedziło mnie kilka moich koleżanek. Takie krótkie spotkania na kawie i pogaduchach. 

I to właśnie jedna z nich opowiedziała mi historię swojej koleżanki. Bardzo lubię zbierać takie opowieści, zachowywać je w głowie, na papierze. Mam nadzieję, że podzielenie się tutaj, nie będzie nadużyciem. Bo to ciekawe, jak w ciągu roku losy człowieka mogą się zmienić. Jak zbliżając się do kolejnego roku, nie wyobrażasz sobie, że może on się zakończyć zaskoczeniem.

Koleżanka, samotna od pewnego czasu, umówiła się przed świętami Bożego Narodzenia z facetem poznanym na portalu randkowym. Pierwsza randka w kawiarni, ale gdy zaproponował drugą, zaprosił ją do siebie. Obawiała się, czy to nie jest jakiś zboczeniec, ale okazał się gentelmenem i nawet zamówił jej taksówkę, gdy wracała do domu. Na tyle dobrze im szło, że w pół roku później wprowadziła się do niego. Potem szło jeszcze lepiej, na tyle, że w kilka tygodni później oświadczył się jej. Jednocześnie, dowiedziała się, że jej matka jest chora na chorobę, która jest ciężka, poważna i rzadko uleczalna. Dlatego przyśpieszyli przygotowania do skromnego ślubu. Chciała by matka była obecna. Ta zmarła kilkanaście dni przed uroczystością.

I tak przyroda zatoczyła koło. Kobieta na początku grudnia rok temu, nie spodziewała się nawet, że za rok będzie mężatką, a jej matki nie będzie już na tym świecie. Życie potrafi się tak gwałtownie i przewrotnie zmienić. Sama tego doświadczałam.

Podziwiam. Nie wiem, czy kiedykolwiek mogłaby tak gwałtownie się zakochać, żeby wyjść za mąż przed upływem roku. Z drugiej strony, takie historie wzruszają i kuszą.

Tagi: życie
18:01, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 stycznia 2018
2017/2018

Nie planowałam szczególnych szaleństw w tegorocznego Sylwestra.

Tak się jednak zgadałyśmy i zaprosiłam na wspólną zabawę koleżankę Wiertki z sanatorium. Koleżanka przyjechała oczywiście z mamą :) Czytelnicy bloga pamiętają ją z tego, że owa mama spotykała się z ojcem Wiertki. Nie mam pojęcia, czy nadal są ze sobą, ale podejrzewam, że chyba nie. Tematem na jakiś inny wpis jest to, że moja córka o tym nie wie i cały czas napomyka, że ciocia mogłaby przecież nocować u taty. Uznałam, że lepsza będzie strategia milczenia i sprawa się jakoś ułoży.

Dziewczyny przyjechały w Sylwestra, wczesny popołudniem, na obiad. Dzieciaki trochę się pobawiły, my wypiłyśmy kawę, herbatę. Gdy się ściemniło, wybrałyśmy się na Stare Miasto pooglądać świąteczne dekoracje (goście przyjechali z innego miasta). Spacerowałyśmy po Mariensztacie, Starym Mieście, Nowym Mieście, Krakowskim Przedmieściem. Nie tylko my. Dookoła były tłumy.

Weszłyśmy też do niektórych kościołów, by sobie szopki świąteczne pooglądać. Będąc w Archikatedrze Warszawskiej zauważyłyśmy, że jest jeszcze możliwość zwiedzania tamtejszych krypt. Gdy byłyśmy tam rok temu, było już po godzinach zwiedzania. Skorzystałyśmy z okazji. Trochę jednak we mnie zostało z dawnej fascynacji śmierci, cmentarzami, bo w piwnicach archikatedry czułam się dobrze. Książka dla dzieci "Szwedzi w Warszawie" mi się przypomniała - tam też akcja działa się w tunelach pod Starym Miastem. Na moment cofnęłam się w czasie obcując z trumnami i szczątkami zmarłych przed stuleciami. Oprócz trumien anonimowych, leżą tam także ciała książąt mazowieckich - z XV wieku! Spoczywają także Henryk Sienkiewicz, Gabriel Narutowicz. Na tablicach interaktywnych można poczytać o zwyczajach i obrzędach pogrzebowych w dawnej Polsce.

Wszystko ok, ja byłam zainteresowana, koleżanka była zainteresowana, jej siedmioletnia córka była obojętna. Wiertka była bardzo przestraszona. Na nią atmosfera podziemi, trumien, zmarłych, półmroku działała przerażająco. W końcu była wtulona we mnie i powtarzała tylko z popłakiwaniem, żebyśmy jak najszybciej stamtąd wyszły. Jest teraz na etapie strachu przed ciemnością, demonami, duchami oraz bajką "Koralina". Zwiedzaniem musiałyśmy przyśpieszyć.

Wróciłyśmy do domu przed 20:00. Wyłożyłam przekąski, włączyłyśmy jakiś koncert Sylwestrowy w telewizji. Trochę się pogadało, trochę potańczyło. O północy wyszłyśmy na krótki spacer po okolicy - popatrzeć na sztuczne ognie, zaczerpnąć świeżego powietrza. Same miałyśmy zimne ognie - takie jakie wbija się dzieciom do tortu. Z okazji Nowego Roku kupiłam największy rozmiar :) W domu same otworzyłyśmy szampany - jeden dla dziewczynek, drugi dla kobiet :)

A potem chwila na zabawę i już kąpiel, ścielenie łóżek. I po 3:00 padłyśmy.

W Nowy Rok spałyśmy wszystkie do 11:00 z hakiem :) A poranek, a tak na prawdę południk, ciągnął się leniwie, spędzony na grach. Potem odprowadziłyśmy gości na pociąg.

Zapomniałam pożegnać 2017 rok. Zawsze tak robię, że tuż przed północą żegnam rok, który odchodzi. Nawet te kiepski. To nie jego wina. 2016 był trudny, byłam pewna, że w 2017 musi się coś zmienić, pokierować moje życie na nowe tory. Zastanów się, czego chcesz. 2017 miał ładny jasny kolor. Lubię liczby nieparzyste, choć to wbrew symetrii i doskonałości. 

I teraz nadszedł 2018, który nie dość, że jest parzysty, to ma dla mnie ciemny kolor, taki w granat wpadający. Nie mam pojęcia, skąd mi się wzięła ta synestezja, ale ta liczba pojawia mi się w takim kolorze. Granat - kolor szkolnego mundurka, zasad, reguł, schematu, przewidywalności. Oby to wszystko działało dla mnie i ze mną.

Czego także Wam życzę - by 2018 działał z Wami i dla Was :)

piątek, 15 grudnia 2017
Sałatka życiowa

Tym razem o mnie.

Wczoraj zabiegany dzień. Wizyta na oddziale laryngologii, by poprawili źle wystawione skierowanie dla Wiertki. Potem przeskok w głąb miasta by napisać jakieś testy rekrutacyjne. Następnie do centrum, po stempel w karcie obiegowej z pracy. Karta jest długa, ma 29 punktów i zbierając pieczątki na niej czuję się jak harcerze zbierający sprawności. Bo program lojalnościowy to nie jest. Na końcu, do pracy by tam też trochę rzeczy podstemplować.

I chyba ten ostatni punt podróży najbardziej mnie stresował. Tak stresował, że poprzedniego dnia nie mogłam zasnąć i udało mi się to dopiero przed 4:00. Najbardziej chyba chodzi o to, że nie lubię pytań, czym mam już nową pracę, gdzie się przenoszę. Często to zwyczajne zainteresowanie, czasami podszyte jest to współczuciem (u jednej osoby, zgrozą, że nic jeszcze nie znalazłam, też oczywiście z obawy o mnie) i to najbardziej wkurwia. Bo przypomina, że od stycznia będę bezrobotna.

Nie wiem, jak inne osoby szukające pracy, ale być może większość ma podobnie. Nie pytajcie ich jak tam z szukaniem pracy. Przecież szukają. Nie pytajcie, czy znalazły już nowa pracę. Przecież jak znajdzie, to się pochwali.

Ale dzień już za mną.

Tagi: praca życie
13:33, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
sobota, 09 grudnia 2017
Dawni rzemieślnicy

Gdzieś tak na początku roku 2014 (wtedy też miałam dość trudny okres w życiu), pisałam, że zniszczyłam buty. Z mojej winy, skórzane powinny były być dobrze impregnowane, a zaniedbałam to. W jednym, przy palcach rozdarła się skóra, tak na jakieś dwa centymetry. Widać było, nie chroniły przed śniegiem i wilgocią i prawdopodobnie, rozdarcie mogłoby się powiększać. Zaniosłam je do szewca, do takiego punktu w centrum handlowym. On stwierdził, że tego nie da się już naprawić. Buty są do wyrzucenia.

Na szczęście, dostałam wtedy od kogoś awaryjne buty, a po jakiś dwóch tygodniach zdobyłam pieniądze i mogłam kupić sobie nowe zimowe.

I właśnie teraz, po przedeptaniu trzech zim, czyli nie aż tak szybko, te buty także zakończyły żywot. Nadal mam tamte awaryjne. Stanęłam ponownie w obliczu kupowania sobie nowych butów, choć lepiej żebym pieniądze przeznaczyła na inne ważne wydatki. Jedzenie na przykład. Jednak, przypomniałam sobie o tych rozdartych. Cały czas leżały w szafie. Ja nie wyrzucam rzeczy tak szybko. Raz na jakiś czas je zakładałam. Przez ostatnie miesiące bywałam na lokalnej internetowej grupie, a tam często padają pytania "gdzie dobry szewc?", "gdzie hydraulik?". Dzięki temu sprawdziłam, że kilka ulic ode mnie, pod drodze do szkoły dziecka jest zakład szewski.

Zakład jest na parterze starej, komunalnej kamienicy. Wygląda jakby nawet właściciel o nim zapomniał. Czynny 10-17:00, więc jak się pracuje, to nie da rady tam zajrzeć. Ja jestem na urlopie. Szewc to pan już po siedemdziesiątce. Obejrzał buty - skóra do zaszycia, pokryje to łatką. 20 złotych (słownie: dwadzieścia złotych). Do odebrania następnego dnia. Odebrałam i zatkało mnie, bo nie widać, że buty są naprawiane. Oczywiście, jeśli ktoś wie, że tam jest łatka, albo jest fanem ludzkiego wyglądu i studiuje za ile i skąd te buty, to dostrzeże ją. Za dwie dychy mam naprawione buty. A podobno nie dało się ich uratować.

Najsmutniejsze, że ten świat rzemieślników, fachowców, a nie wymieniaczy fleków już odchodzi :(

Tagi: szewc życie
21:11, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
sobota, 02 grudnia 2017
Świąteczne przedstawienie

Tydzień zakończył się mocno nerwowo, ale ostatni punkt piątku był bardzo fajny.

Niedawno znajoma wyszukała informację o przedstawieniu świątecznym i zamówiła bezpłatne wejściówki także dla nie i Wiertki. Byłam zmęczona, nerwy miałam zszarpane i marzyłam by położyć się po prostu do łóżka, ale przemogłam się i nie odwołałam swojego przybycia. I nie żałowałam.

Trochę niepokoiłam się, czy to przedstawienie to nie jakaś przykrywka by zaproponować produkty, albo werbować do sekty. Organizowane to było wszystko przez wolontariuszy pewnej koreańskiej organizacji o podłożu chrześcijańskim. Młodzi ludzie pracują w Afryce, pomagają tamtejszej ludności, a w kresie świątecznym podróżują i dają przedstawienia. 

Przedstawienie miało dwie części. Pierwsza składała się występów - tańce koreańskie, pieśni afrykańskie, czy takie typowo bożonarodzeniowe z krajów kultury zachodniej. Mnie najbardziej podobała się część koreańska i jak dla mnie mogliby pokazywać tylko własną kulturę. Azja jest piękna. Druga część to było przedstawienie świąteczne - akcja działa się w noc przed Wigilią. Pomiędzy występami zapowiedzi były po angielsku, tłumaczone na polski. Przedstawienie było po angielsku, ale na telebimie widniał tłumaczony tekst. Cieszyłam się, że Wiertka płynnie czyta. I pomimo tego, z kontekstu, tembru głosów aktorów można by rozszyfrować akcję. 

Odprężyłam się, weszłam w świąteczny nastrój, Wiertka przytuliła się do mnie.

Po dwóch godzinach przedstawienia, wyszliśmy z budynku. Ja z koleżanką pogadałyśmy jeszcze, a nasze dzieciaki - jej syn i moja córka, biegały i rzucały w siebie śnieżkami.

Fajnie zakończony dzień. W sobotę, Wiertka pojechała to taty, a ja planuję - co już wprowadzam w czyn - spędzić dwa dni pod kocem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Tagi