To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie

poniedziałek, 01 października 2018
Kolory twojej osobowości

Mam za sobą trochę intensywny weekend. A jeszcze, zalegle, chciałam napisać coś o poprzednim.

 

W sobotę ponownie miałam całodniowe szkolenie w pracy. Oczywiście, będę potem mogła odebrać sobie za to dzień wolnego. Tym razem, szkolenie było super, sama na takie chodziłam i płaciłam z własnej kieszeni. Świetnie, że tym razem mogłam skorzystać z uprzejmości pracodawcy. Szkolenie było z rejonów samorozwoju, samopoznania, ale jego wyniki mają także ogromny wpływ na wzajemną komunikację i relacje w grupie. I taki był cel mojego szefa – żebyśmy łatwiej się mogli pomiędzy sobą dogadywać i rozumieli, dlaczego z jakąś osobą trudno nam złapać dobrą energię. On sam także uczestniczył aktywnie w spotkaniu, mogliśmy poznać jego profil i wymienić się uwagami.

Tematem szkolenia były typy osobowości – kolory. Spróbuję tak wyważyć wpis, by napisać fajne rzeczy, ale też nie wyjawić za dużo szczegółów – w końcu firma szkoleniowa zarabia na tym J Typy osobowości opierają się na kanałach percepcji, jak odbieramy świat, a w związku z tym jak reagujemy na informacje, jak reagujemy w sytuacjach stresowych. Typy znajdują się na kole, które podzielone jest na połowy dwoma liniami – poziomą i pionową. Linia pionowa oddziela dwie części koła – po lewej introwersja, po prawej ekstrawersja. Linie poziomie dzielą na – górną analityczną, dolną emocjonalną, relacyjną. Dodać trzeba, że nie jest to absolutnie oceniające – odbieranie świata danymi jest tak samo ważne, jak uczuciami.

W efekcie na kole mamy cztery kolory i cztery dominujące typy. Górny lewy, niebieski – introwertyk, analityczny, cichy, zamknięty w sobie, bardzo pilnujący swojej przestrzeni, odbierający świat liczbami i danymi (typ informatyka, księgowej). Dolny, lewy, zielony – introwertyk, uczucia, cichy, odbierający świat relacjami (typ nauczyciela, psychologa). Dolny, prawy żółty – ekstrawertyk, uczucia, ekspansywny, rozgadany, wchodzący łatwo w intymną przestrzeń (typ artysty estradowego, szefa, opiekuna klienta).  Górny, prawy czerwony – ekstrawertyk, kierujący się twardymi danymi (typ szefa, lidera).

Ważna uwaga – w nawiasach podałam stereotypowe zawody kojarzące się z danym kolorem, co nie oznacza, że w danej profesji nie odnajdzie się inna osoba. Co najwyżej może się czuć dziwnie.

Istotne jest też to, że człowiek nie jest jednym tylko kolorem, ale zespołem czterech tych kolorów, w różnych ilościach procentowych. Najczęściej dwa dominują, dwa są w – powiedzmy – zaniku. Zdarzają się osoby z tylko jednym kolorem dominującym, ale też takie które mają je rozłożone równomiernie. Napiszę od razu, że jestem zielono-żółta, a niebiesko-czerwony mam w małej ilości J

Najważniejszym celem warsztatu było ustalenie, jak poszczególne typy mogą ze sobą współpracować i dogadywać się. A szczególnie te „antagonistyczne”, czyli działające na kompletnie różnych energiach: niebieski (introwertyk, analityczny) z żółtym (ekstrawertyk, emocjonalny), czy czerwony (zwięzły, ekstrawertyk) z zielonym (emocjonalny introwertyk). Każdy z nas miał swoją własną analizę – jak do niego mówić, jak nie mówić. Omawialiśmy inne typy, robiliśmy grupowe ćwiczenia.

Jako ciekawostkę dodam, że mój dział, Customer Siervice, jest ciekawie spójny kolorystycznie – dominującym jest kolor żółty, jest pierwszym, albo drugim z kolorów. W następnej kolejności występuje zielony lub czerwony. Jest nas szóstka ułożona parami – dwoje żółto-zielonych, dwoje żółto-czerwonych i dwoje zielono-żółtych J

Opisałam to bardzo pobieżnie, bo cały warsztat trwał siedem godzin ( z obiadem w środku), a każde z nas dostało spore podsumowanie swojego typu w zbindowanej książeczce (wcześniej każdy wypełniał test na stronie firmy szkoleniowej). To bardzo ciekawe doświadczenie, bo wiesz już dlaczego z pewnymi osobami od razu chwytasz kontakt, a z innymi idzie jak po grudzie.

Do domu wróciłam zmęczona, ale z poczuciem, że dowiedziałam się fajnych rzeczy. Niestety, taka sobota „pracująca”, po normalnym tygodniu, sprawia, że padałam z nóg. Nie ogarniam, jak kiedyś można było pracować sześć dni w tygodniu, z tylko niedzielą dla odpoczynku. Podziwiam was, pokolenie 60+.

 

Tagi: praca życie
17:39, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 26 września 2018
Jesień się wdarła

Pamiętam, że może nie co roku, ale dość często, z szokiem znoszę to wrześniowe przejście od gorąca lata do chłodu jesieni. W tym roku, wydaje mi się, że było to jakieś mocniejsze. Może dlatego, że lato było takie przepiękne, potem przeciągnęło się na wrześniowe dni i odnosiło się wrażenie, że etap randek w łóżku będzie już zawsze ;)

 

Dygresja. W czasie ostatniej rozmowy, gdy wspomniałam o końcu lata, kolega zwrócił mi uwagę, że przecież astronomiczne i kalendarzowe lato kończy się pod koniec września, a nie z sierpniem. Wiem to, logicznie jest to dla mnie uzasadnione (czas od najdłuższego dnia do zrównania z nocą jako lato). Jednak dla mnie lato zaczyna się z czerwcem i kończy z wakacjami. Nawet gdy wrzesień jest słoneczny i ciepły, to zapach powietrza, kąt padania słońca pokazują, że to nie jest to. Być może z biegiem lat pory roku się poprzesuwały.

Jesień uderzyła mocno, wdarła się w człowieka razem ze swoim astronomicznym wejściem. Niedzielę spędziłam jeszcze w domu. Za to poniedziałek i wtorek to była bolesna aklimatyzacja do nowej aury. Nic to, że miałam ciepłą bluzkę, nic to, że miałam jesienna kurtkę. Drżałam, kości mi się trzęsły, gardło pobolewało, w głowie szumiało, jak wtedy gdy umyje się włosy, nie dosuszy i wyjdzie na chłodny wiatr. Rozbita byłam. Obawiałam się nawet, że za moment się rozchoruję. Miałam już jesienny komin, ale rozważałam też założenie czapki i rękawiczek. Przy tym ta burość i porywisty wiatr, to były tylko dodatki. Całe ciało mi płakało i buntowało się przed taką jesienią.

Wczoraj wieczorem wróciłam do domu, weszłam do wanny z ukropem, wyparzyłam ciało, weszłam do łóżka, zasnęłam i dziś już wszystko mam w sobie z tą jesienią pogodzone :)

 

17:41, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 września 2018
Ognisty tydzień

Myślałam, że poprzedni początek tygodnia był ognisty, ale ten poszedł na przód peletonu.

 

Ognista była atmosfera dookoła, bo przecież nie pogoda. Niby pochmurno, zimno, pada deszcz, ale w powietrzu przepływała drgająca energia. Jadąc tramwajem do pracy mijałam rozbite na drodze auta. W sumie przy takiej plusze to nie dziwne. Dotarłam do biura, a tam wielka awaria systemu technicznego. Dostawca usług internetowych miał problemy i prawdopodobnie więcej firm i osób fizycznych miało nerwowy początek poniedziałku. Nam pewne materiały poutykały w sieciowej drodze, trzeba było wymyślać odpowiedniej rozwiązania.

Jednocześnie, zadzwoniło moje dziecko, popłakując, że nie może zamknąć drzwi do naszego mieszkania, są otworzone. Na moim zegarku 7:55 (lekcje miała od 8:00), więc każę jej zostawić to w cholerę i iść do szkoły. Lekcje ważniejsze. Wiertka nie chce iść, bo „wejdą nam do mieszkania”.

- Idź do szkoły! Niech wejdą nam do mieszkania, co oni mogą nam ukraść? – tłumaczyłam nerwowo dziecku.

Wzbudziło to wesołość u moich koleżanek i było anegdotą do końca dnia. Szczególnie, kiedy im powiedziałam, że bardziej się wstydzę przed złodziejem bałaganu, a nie tego, że ma mnie okraść. Wzbudzałam podziw moim spokojem, co do uchylonych drzwi do domu.

A tu zaczął się w mojej firmie audyt, który miał skutkować nadaniem certyfikatu bezpieczeństwa. Na szczęście, w nieszczęściu, audytor utknął w karambolu po drodze i spóźnił się. Jednak te dwa ostatnie dni, to atmosfera w biurze napięta, bo wszystko musiało działać idealnie. Według procedur, na przykład, w moim dziale nie wolno trzymać na biurku jakichkolwiek napojów. Dlatego więc, by się napić, szliśmy do naszego kącika kuchennego w rogu pokoju, albo stawiało się kubki na parapecie, jeśli ktoś ma biurko przy oknie. Zarządzenie ma sens, ale tylko w określonych momentach, gdy na biurku leżą pewne dokumenty.

Po powrocie do domu, okazało się, moje dziecko drzwi zamknęło, tylko nie mogło przekręcić klucza, nie było więc tak tragicznie. Klucz okazał się być zatkany, więc dałam Wiertce swój, a tamten przetykam. Przekręca się z trudem, ale daję radę.

Dziś nie lepiej. Zerwałam się łóżka, zrobiłam to wszystko, co zazwyczaj robię rano, obudziłam dziecko, by powoli przygotowywało się do szkoły. Na stację kolejową, w pociągu, do autobusu, do budynku, do windy. A w windzie rzuciłam okiem na zegar, na wyświetlaczu. Dziwna jakaś ta godzina. Czas już przestawili? I dotarło do mnie, że… przyjechałam do pracy o godzinę za wcześnie. Mogłam dłużej pospać, mogłam coś porobić w domu… Humor mi siadł, więc zamknęłam się w wolnym pokoiku z kawą, książką i tak spędziłam kawałek poranka. Trudno. Pracę rozpoczynam o 8:00 lub 10:00, więc dziwne, że dopiero teraz pomieszały mi się godziny. I dobrze, że godzinę na wcześniej, nie później. Resztę dnia spędzałam podłączona do kroplówki z kawą. Jesień wdarła się we mnie. Ale o tym będzie jakiś inny wpis.

 

wtorek, 18 września 2018
Głupio zgubić, szczęśliwie znaleźć

Z cyklu – głupio zgubić, przez przypadek odnaleźć ;)

 

W związku z pojawieniem się w mojej okolicy jednego ze sklepów tej sieci, dałam się namówić dziecku na wyścig po kupno Słodziaka. Bo żeby tak zbierać, by mieć go za darmo, to nie mam siły. To ciułałam, ciułałam te naklejki, trochę jej ojca naciągnęłam, miałam swoje myki jak zebrać je szybciej (ale legalnie). Raz nawet jedna miła pani przekazała Wiertce swoje dwie naklejki – moja córka stojąc w kolejce cały czas nadawała o Słodziakach, pani była przed nami i jak usłyszała od kasjerki pytanie o naklejki, to poprosiła i dała mojemu dziecku :)

I jesteśmy na finiszu, już był w ogródku, już witał się z gąską. W sobotę zrobiłam większe zakupy, zgarnęłam cztery naklejki (te ostatnie do zdobycia) i wrzuciłam bezpośrednio do torby wypchanej zakupami. Żeby już szybciej odejść od kasy. W domu wypakowuję wszystko, już chowam torbę, ale nagle mnie tknęło. Przecież tych naklejek nie wydłubałam. I dawaj szukać. W torbach wybebeszonych na drugą stronę. Obejrzałam każdą kupioną rzecz, ze wszystkich stron, bo może się przykleiły. Nie ma. Podłogę obejrzałam, bo może upadły. Nie ma.

Pomarudziłam, pojęczałam, bo tak głupio zgubić, niczym madka jakaś :) Aż tu wczoraj, dziecko wysłałam do szkoły z sąsiadką, sama miałam jeszcze godzinę do wyjścia. Traf chciał, że dziecko było  pokąsane przez komary i piło rano wapno. Musiałam wyjąć z szafki nowy kubek, bo chciałam napić się wody. Zazwyczaj używamy dwóch tych samych kubków no stop. Odkręcam kran i po sekundzie w szoku zakręcam. I tak z wody w kubku wyłowiłam sznurek zagubionych naklejek :) Przykleiły się do jednej z paczek i w czasie wkładanie jej do szafki odpadły i zsunęły się do kubka. Mogłam je w przyszłym roku znaleźć ;)

 

Tagi: córka życie
20:01, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 września 2018
Drzewo pamięci

Dzisiejsze popołudnie spędzone rodzinnie, na urodzinach bratanka. Także siedząc w ogrodzie, rozmawiając o planowanych pracach przy drzewach - gałęzie trzeba przyciąć, sprawdzić, czy drzewo nie zawali się za jakiś czas, bo jest już ogromne. Krótkie pytanie gościa o wiek drzewa i wynikł drobny spór. Drzewo jest wysokie, rozłożyste, dominuje nad ogrodem. Ktoś z gałęzi mojej bratowej rzucił, że zapewne ma trzydzieści lat, albo i więcej. Mój brat zaprotestował. My z tatą zaczęliśmy się zastanawiać. Ja pamiętam, jak ta część ziemi wyglądała na początku lat 90tych - hałdy piachu i gdzieniegdzie trochę trawy. Jednak drzewo mogło zostać posadzone w drugiej części dekady.

Mój brat, osoba bardzo uparta i zawsze starająca się dowieść swojej racji, poszedł pogrzebać w swoich zdjęciach, by udowodnić, że drzewo ma kilka lat. Kilka lat - no żarty. Tata wspomniał, że posadziła je mama - posadziła na środku klombu mały kikucik, twierdząc, że duże nie urośnie. Taki tam ozdobny krzew. Moja mama uwielbiała pielęgnować, planować ogród. Co roku wymyślała jakieś aranżacje. Czyli drzewo ma minimum dziesięć lat, bo tyle minęło od jej śmierci.

Brat pokazał nam zdjęcia. Na pierwszym, rzeczywiście widać kikutek może półtorametrowy wystający z ziemi. Nie miał nawet liści, czy gałęzi. Obok stoi pies, czyli zdjęcie musiało zostać zrobione najwcześniej w 2001 roku. Tyle, że mój brat jest człowiekiem praktycznym i jak robi czemuś zdjęcie, to w konkretnym celu - tu prawdopodobnie dokumentował dom i ogród do wyceny. Robiliśmy to w 2007 roku, potem chyba 2008, czy 2009. Kolejne zdjęcie ma już datę - 2010 rok i na nim w tym miejscu rośnie rozłożysty krzew, tak mający może niewiele niż dwa metry.

Minęło siedem lat i drzewo wystrzeliło tak, że różnica jest porażająca. Człowiek mijał je, ale jakoś umknęło, że co roku powiększało się coraz bardziej.

Dla mnie, to prawdopodobnie jedna z ostatnich rzeczy, jakie posadziła moja mama, dotknęła swoją ręką, zostawiła po sobie. To jakby część jej na tej ziemi. Wolność jaką odzyskała.

Poniżej zdjęcie drzewa - od półtorametrowej gałązki, do czegoś takiego w jedenaście lat.

 

19:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 września 2018
Praskie widoczki

Dziś wybrałam się, do towarzystwa dziecku, na plac zabaw. Ona dotarła tam zaraz po lekcjach, razem z koleżankami, ja doniosłam nowe butelki wody do picia :)

Koło placu, na obramowaniu fontanny, siedziała nietypowa osoba - młoda kobieta miała na sobie gruby sweter, staromodną spódnicę, chustkę na głowie i kosz w ręku. Jako, że jakiś chłopak robił jej zdjęcia, pomyślałam, że to sesja zdjęciowa. Potem jednak chłopak znikł, kobieta została. Podeszła do niej grupka czterech osób, wymienili rozbawieni kilka zdań, potem chyba się nawet wrócili do niej jeszcze raz z jakąś karteczką. Po pewnym czasie pojawiła się kolejna czwórka osób i rozmawiała z kobietą. Ona wzięła od nich jakieś małe karteczki. Już zaczynałam się domyślać, o co chodzi. Grupka minęła mnie i dobiegło do mnie, jak jedna z kobiet mówi coś w tym stylu (nie jest to dokładny cytat, sens podobny):

- No to zostało nam jeszcze 10 dukatów.

Na 99% była to gra miejska.

Na ławeczce obok siedziała grupka starszych pań. Na oko tak 70 plus, na bank emerytki spotykające się na swoim "fejsbuczku". I dosłyszałam jak one zastanawiają się, co tam się dzieje :) Martwiły się, że pani przyjechała spod miasta, szła ulicami i się zgubiła, teraz nie wie gdzie iść. I do tego jacyś Jechowi ją nagabują. Jednak nie potrafię siedzieć cicho, tylko podeszłam do pań i z uśmiechem wytłumaczyłam im, że to prawdopodobnie gra miejska. Ulżyło im, że pani jest bezpieczna i były zadowolone, że zobaczyły nowinkę. Choć niektóre dziwiło się, po co ludziom tak chodzić po mieście :) A potem słyszałam, jak wymieniały się informacjami, co tam im wnukowie próbują na telefonach pokazać :)

wtorek, 28 sierpnia 2018
Już nie zapomnisz mnie, piosenka ci nie da zapomnieć

Ostatnio zalewają mnie fale sentymentalne.

 

A zacznę od muzyki w pracy. W obecny miejscu, najczęściej radio bywa wyłączone. Pracy jest sporo, często to wyjaśnianie reklamacji, ogarnianie bałaganu, głowa puchnie i muzyka w tle tylko potęguje. Koleżanki, koledzy wolą jak jest cisza i mnie też to nie przeszkadza. Czasem jednak radio gra i od jakiegoś czasu są to stare przeboje. Stare. Pierwsza refleksja jest taka, że jakie one stare, skoro się przy nich bawiłam :)

Lecą piosenki z lat 80 tych, 90 tych. Dziś razem z koleżanką, miałyśmy co chwila napady wspomnień, opowiadałyśmy sobie różne historyjki z dzieciństwa. A to ze szkoły, z podwórka.

Potrzebna jest tu dygresja. Muzyka była przez lata dla mnie ważna jako zmysł, którym bardzo mocno zapisywałam wspomnienia. I to nieistotne, czy były to piosenki ambitne, czy kicz. Melodia, to melodia. Do dziś wiele piosenek jestem w stanie umieścić na linii czasu, bo są podpięte pod wtedy aktualne wydarzenia. I gdy słucham którąś od razu nie tylko pojawiają się obrazy tamtego czasu, ale czasem zapachy, a także doznania fizyczne, emocjonalne. Czuję lepiący upał, albo przejmujący mróz. Takim przykładem jest „Voyage, Voyage” Desireless. Ta piosenka leciała w tle, gdy miałam jakieś dwanaście lat, pojechałam z rodzicami na zakupy do Warszawy i od tej podróży po mieście, strasznie rozbolała mnie głowa. Gdy dziś słyszę tę piosenkę, wraca tamten ból głowy. Nie dosłownie, ale gdzieś moje zmysły mówią mi, że boli mnie głowa. Piosenka leciała w tle – napisałam to w tym sensie, że musiałam ją usłyszeć tuż przed wyjściem na miasto i przez całe te zakupy i jazdę autobusami kołatała mi się po głowie. Razem z tym bólem.

Ta nitka łącząca muzykę ze zmysłami została przerwana jakoś kilkanaście lat temu. Od 2003-2005 muzyka dla mnie, to jednolita papka. Nie wiem, czy to wina moja, czy dokonań muzycznych :)

Teraz lecą te stare przeboje w radio, a ja co chwila mam takie emocjonalne flesze. Z okresu późnej podstawówki, liceum. I czuję czasem tamte emocje. Głównie pozytywne. Taka radość z życia i poczucie bezpieczeństwa, że wszystko jest przewidywalne i pod kontrolą. Bo piosenki są radosne i energetyczne. I tak się zapewne czułam, skacząc w ich rytm. By nie idealizować – mam w pamiętnikach zapiski z tamtych lat, bywałam też mocno zdołowana i zestresowana. To, że tak mocno mnie to uderza, to chyba fakt, że zapomniałam już jak to jest czuć się tak beztrosko i bezpiecznie. A te piosenki przypominają mi, że tak kiedyś się czułam. Sabrina i Sandra na przykład :D :D :D

 

Tagi: życie
19:57, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 sierpnia 2018
Powrót dziecka

Bardziej dla raportu napiszę, że wraz z ochłodzeniem i deszczami, wróciło moje dziecko. Choć nie przywiązywałabym się do tego porównania :)

Jej ojciec chciał ją przywieźć już w sobotę. I nawet gdybym chciała przesunąć ten termin to się nie dało. Wiertka zadzwoniła w sobotę w południe, by chwilę pogadać i widziała, że zobaczymy się za kilka godzin. Jednak już p 15:00 zadzwoniła znowu i spytała się, czy nie może przyjechać już zaraz :)

Kilka dni wcześniej mówiła mi przez telefon, że u taty jest fajnie, lubi u niego być (w końcu smażył naleśniki z pysznym sosikiem malinowym i racuchy z jabłkiem), ale za mną też tęskni i też chciałaby u mnie być. Rozdarte, biedne dziecko.

I tak powoli wsuwamy się w jesień.

Tagi: córka życie
16:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 sierpnia 2018
Nietechniczna

Ostatnie dni upłynęły pod hasłem walki z nowymi mediami, a nawet chyba starymi. Napisałam walki, bo to co dla ludzi z mojego pokolenia jest naturalne, a dla tych z pokolenia wyżej do ogarnięcia jest dla mnie niczym szydełkowanie z odmrożonymi palcami. A techniki będzie przybywać, więc muszę nadganiać. Wiertka jechała do ojca na dwa tygodnie i zabierała swój tablet, na którym zazwyczaj oglądam filmy z pewnej platformy filmowej. Mam wykupiony abonament, na piractwo jestem za głupia.

Ten tablet to najbardziej nowoczesne medium w moim domu – opcją jest piętnastoletni telewizor (w starych odcinkach seriali TVN występował nawet jako szczyt smaku), dziewięcioletni komputer oraz smartfon, który starzeje się w momencie, gdy nieopatrznie klikniesz zgodę na aktualizację aplikacji (nie róbcie tego).Teraz jednak mam smartfon od czerwca, nowy aparat i zestarzał się tylko troszeczkę. Pomyślałam, że na nim sobie będę oglądać filmy. Ekranik malutki, ale bez przesady.

I tu zaczęła się wędrówka przez chaszcze. Zaczęło się od tego, że przecież nie pamiętałam hasła do platformy z filmami. Kliknęłam w link zmiany hasła poprzez mój adres mailowy. Próbuję zalogować się z telefonu do konta mailowego i hasło nie działa. Co do cholery? Usiadłam przy komputerze i od razu przypomniałam sobie, że zmieniłam niedawno hasło na bardziej ulepszone i doskonałe. Przypomniały je sobie palce stukające w klawiaturę, ale te klikające w ekran nie. Zmienione hasło już nie działało. Musiałam stworzyć nowe poprzez linki pomocnicze – dobrze, że na początku roku ustawiłam sobie takie rzeczy na każdym koncie. Tyle, że nie mogłam nic wysłać na pomocnicze konto mailowe, bo nie istniało w systemie. Mogłam zmienić sms-em. Za 9 złotych, proszę bardzo. Zalogowałam się na koncie, by zobaczyć, że konto pomocnicze jak najbardziej istnieje w systemie. Próbuję zmienić hasło, ale nie reaguje klocek  „Zmień hasło”. Próbowałam to zrobić dwa razy, dwa razy po 9 złotych. W międzyczasie, po kilku minutach link do zmiany hasła na platformie filmowej stał się nieaktywny. Nieaktywna stała się też na komputerze sama strona. Trochę poklęłam pod nosem, ale odkąd moja córka weszła w wiek jęczenia, wpadania w złość z powodu pierduł, staram się dawać jej przykład godnego przyjmowania niedogodności mediów.

Następnego dnia w pracy, na firmowym laptopie, wyprostowanie sprawy zajęło mi ze trzy minuty. Ustawiłam nowe hasło do konta – klocek już działał, ustawiłam nowe hasło na platformie filmowej. Nie ma to jak sprzęt, który ma mniej niż kilkanaście lat (dowiedziałam się, że to, że mój komputer mam dziewięć lat, nie oznacza wcale, że trafił do mnie jako osesek, już miał kilka lat…). Przy okazji zobaczyłam też, że na konto mailowe zaciągnął mi się nowy widok. Jestem wzrokowcem, uparcie zawsze klikam na stare ustawienia. Teraz też przeklikałam. Pokazał mi się jeszcze inny widok. Okazało się, że uniknęłam już dwóch aktualizacji wyglądu poczty. Niestety, do widoku z roku 2002, kiedy to zakładałam konto, nie da się już wrócić. Za kilka lat będą go pewnie sprzedawać sentymentalnych ludziom w opcji VIP.

Wczoraj wieczorkiem weszłam pełna ufności na prostą drogę do spokojnego oglądania filmów. Nie tak szybko. Okazało się, że według systemu, na moim koncie zalogowanych jest już więcej niż 5 dopuszczalnych urządzeń. Zawsze oglądałam tylko na jednym. W ustawieniach, po datach widziałam, że to ostatnie daty korzystania z niego. Jakby system uznał to za dołączenie nowego urządzenia. Z poziomu telefonu nie mogłam usunąć tych urządzeń, na chat do pogadania z konsultantem też nie mogłam wejść. Z poziomu domowego komputera też nie, bo nie odczytywał strony. Tu z pomocą przyszedł tata Wiertki, który ze swojego domu po ustalał co trzeba z pomocą techniczną, coś pogrzebał w tablecie i już mogłam oglądać, co zechcę.

Nie tak szybko. Odpaliłam pewien serial i poszła wersja oryginalna. Zawsze od razu odpalały się polskie napisy. Trochę pogmerałam, sprawdziłam na innych filmach, już widziałam co kliknąć. Okazało się, że serial miał tylko wersję oryginalną, albo wersję z polskim lektorem. Lektor nie chciał się uruchomić, bo mam za mało pamięci w telefonie. Biedactwo, mam go aż dwa miesiące i od razu nieopatrznie zgodziłam się na aktualizacje aplikacji. Nie róbcie nigdy tego. Na wszelki wypadek, włączyłam jakiś zagraniczny film – napisy polskie na telefonie się wyświetlają. Byłam zbyt zmęczona, by cieszyć się projekcją. Spróbuję dziś wieczorem.

Tak wiem, należałoby kupić nowy laptop i taki fajny telewizor, co można też internet na nim przeglądać. Może będzie jeszcze o tym wpis, że są to ostatnie pozycje na mojej liście zakupowej powyżej kilku stów, która ma więcej niż dziesięć pozycji.

Tagi: życie
19:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Wykurzyć Stefana

Na zakończenie tygodnia anegdotka.

Wiertka boi się pająków i ostatnio to się pogłębiło. Efekt był taki, że gdy na wyjeździe zobaczyła w łazience, nad muszlą klozetową pająka, to chciała iść zrobić siku do jakiegoś baru. Pająk był pod sufitem, ale na wysokości toalety. Malutki, ale grubiutki i czarny. Młoda wykorzystała w końcu prysznic, który ja umyłam  i wypłukałam.

Gdy ona wróciła do pokoju, ja wzięłam szczotkę na długim kiju. Nazwałam pająka Stefanem i mówiąc do niego po imieniu trąciłam delikatnie ze dwa razy. Tak powiedziałam kilka zdań dla zapoznania się wstępnego. A Wiertka śmiała się z pokoju. Krzywdy mu nie chciałam robić, bo szkoda mi takich stworzeń. Wierzę, że ludzie i pająki mogą wspólnie egzystować, jeśli tylko jednego i drugiego nie jest za dużo ;)

Następnego ranka Stefana już nie było. A Wiertka opowiadała, że zanudziłam Stefana tak, że aż musiał się wynieść.

19:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Tagi