To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Tomasz Beksiński

wtorek, 07 marca 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - drugie, cz. 2

Kończę już ten cykl rozkminiania i dzielenia włosów Beksińskich na czworo, tudzież zastanawiania się, ilu Beksińskich zmieści się na główce szpilki?

Pisałam w którymś z poprzednich wpisów, że Tomasz Beksiński potrzebował porządnego leczenia. I to z biografii Grzebałkowskiej dowiedziałam się, że jednak przechodził leczenie i to nie raz. Psycholodzy, psychiatrzy, lekarstwa. To nie tak, że jego depresje, dystymie, problemy były ignorowane. Tyle, że nic z tego nie pomogło. O takich ludziach mówi się, że są "chorzy na śmierć".

Pewne rzeczy u Grzebałkowskiej są rzucone jednym zdaniem, pięknym zdaniem, takim poetyckim, reportażowym, że aż chce się w tekst wgryzać. Jednak rzucone tylko jednym zdaniem i tak zostawione. A ono, pozostawione bez choć akapitu komentarza, jest niesprawiedliwe. Jak to, że Zdzisław nigdy nie przytulił syna. Napisała i tyle. Bo ktoś, coś, kiedyś. I mamy rozwiązanie zagadki - zimny ojciec, skrzywił psychikę swojego dziecka chłodnym traktowaniem i dziwnymi obrazami. A u Weissa za to mamy zaprzeczenie tego - rodzina Beksińskich może była specyficzna, ale była zwyczajna, taka jak wszystkie dookoła: kochali się, kłócili, godzili. Starszy Beksiński był wystarczająco dobrym ojcem jak na czasy, w których się urodził, w których założył rodzinę. Zarabiał na dom, starał się syna wychować, będąc czasami surowy. Tacy byli wtedy wszyscy mężczyźni. Fakt, że nigdy nie chciał mieć dziecka i zdecydował się na nie, by wszyscy przestali mu truć nad głową. Fakt, że niemowlęta go trochę brzydziły. Jednak jak na rodzica zmuszonego do rodzicielstwa, wywiązywał się z tego zadania lepiej od tych, którzy dzieci mieć chcieli.

Zofia Beksińska to matka być może kochająca za bardzo. Może rozpuściła syna, za bardzo się na nim skupiła. Przykład kobiety, która nie stworzyła własnego życia i żyła życiem bliskich. Nie dała swojemu synowi dorosnąć. Tomasz zachowywał się jak piętnastolatek przez całe życie? Bo rodzice nigdy nie pozwolili mu być starszym. Zatrzymali go na pewnym etapie, jak komara w bursztynie. Nigdy nie powinni mu byli kupować mieszkania w sąsiedztwie. Najlepiej na drugim końcu miasta lub w kompletnie innym mieście. Łatwo powiedzieć komuś, kto nie pamięta polityki mieszkaniowej schyłkowego PRL-u. Wtedy mieszkanie kupowało się tam, gdzie się udało, a nie gdzie się chciało.

Z drugiej strony, po pierwszej samobójczej próbie dziecka, strasznie ciężko jest puścić je w świat. Szczególnie, że próby samobójcze młodego Beksińskiego były histeryczne. Taki typ - samobójca histeryczny. Mówi bez przerwy co zrobi, czasami nawet obietnice spełnia. Trzyma bliskich w niskim, ale ciągłym stresie. Po jakimś czasie, stres staje się tak dojmujący, że bliscy już sami pragną, by się wreszcie zrealizowało. I tak się dokładnie stało. Po śmierci Tomka Beksińskiego, jego ojciec odetchnął z ulgą. Skończył się dwudziestoletni stres.

Na koniec, odniosłam pewne wrażenie, które zapewne można łatwo obalić, że obaj Beksińscy mieli jakieś zaburzenia w spektrum autyzmu. Dziś nie ma już twardego rozróżnienia - autystyk, Zespół Aspergera, osoba zdrowa. Dziś umieszcza się ludzi na kontinuum od jednego krańca do drugiego. Można mieć ZA, ale w takim stopniu, że doskonale się funkcjonuje w społeczeństwie, odnosi sukcesy w pracy, zakłada rodzinę. Tylko jest się "ekscentrycznym", "dziwnym". Perfekcjonizm w wybranej dziedzinie, sztywne nawyki, nerwice natręctw, trudności w wyczuciem granic u innych ludzi (choćby Zdzisław Beksiński wysyłający listy rzeczy, jakie znajomi mają mu kupić, jak zapakować), silna potrzeba samotności, połączona jednocześnie z silną potrzebą bycia kochanym i akceptowanym (skoro jednak nie wyczuwa się granic, to jest się odrzucanym). Jest tylko jeden drobny kłopot z tą teorią - humor abstrakcyjny. Bodajże ludzie z ZA go nie rozumieją, a Tomasz Beksiński podarował Polakom mistrzów humoru abstrakcyjnego - Monthy Pythona.

Powinnam jeszcze dobić się obejrzeniem "Ostatniej rodziny". Zeszła z ekranów i zapewne poczekam te 2-3 lata, aż puści go jakaś stacja telewizyjna.

czwartek, 02 marca 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - drugie, cz. 1

Udało mi się dostać z biblioteki "Beksińskich. Portret podwójny" Grzebałkowskiej i zasiadłam uradowana do czytania. Rzeczywiście, dobrze napisane, zebrany ogromny materiał, potężna praca reporterska. Tyle, że to głównie biografia Zdzisława Beksińskiego. Syna, Tomasza, tam stosunkowo niewiele - w proporcjach może z 5:1. I widać, że pisząc o ojcu autorka jest obiektywna (choć był to człowiek wielu wad), pracuje na materiałach, a gdy przechodzi do rozdziału o synu - mamy taki reportaż na granicy "Super Ekspresu", ze zdaniami nacechowanymi pejoratywnie, na zasadzie "znajomy powiedział". Odnoszę wrażenie, że autorka podziwiała Beksińskiego ojca, ceniła jego twórczość, była nią zainteresowana, a postać syna potraktowała po łebkach, na zasadzie, że skoro był syn, coś tam osiągnął, to wypada wspomnieć. O samych relacjach pomiędzy panami, panującymi w tej rodzinie, jest niewiele. Dla mnie to nie jest portret podwójny.

Nie dziwię się, że bliscy przyjaciele Tomka Beksińskiego mogli być wkurzeni. Dopiero czytając biografię Weissa, widać, że to co Grzebałkowskiej zajęło dwie strony rozdziału, on potrafił opisać w kilkunastu. Ona dotarła do kilku osób, on do kilkudziesięciu. Związki Beksińskiego u niej opisane są mocno pobieżnie, u niego jest sporo dodatkowych informacji, które pokazują jakieś drugie, trzecie dno sytuacji. Każdy z nas ma jakieś dwie, trzy osoby, które są w stanie opowiedzieć o nim w trochę podłym klimacie i całą rzeszę tych, którzy będą mówić ciepło. Grzebałkowska znalazła "te dwie" i może ze dwie osoby z tej drugiej grupy. Niewykluczone, że z Grzebałkowską po prostu nikt ze znajomych Tomka Beksińskiego nie chciał rozmawiać. I w jednym miejscu sama się do tego przyznaje - każda z partnerek odmówiła. Weiss, przebywając w towarzystwie Beksy, znając jego znajomych, ploteczki, rozmówki, mając czasem dostęp do listów - mógł te związki opisać i bez konsultacji z paniami. Choć to też nie musiało być prawdziwe spojrzenie.

Jednak dla osób ceniących Zdzisława Beksińskiego ta książka będzie ciekawa do przeczytania i tym ją polecam. Sam malarz przedstawiony jest tam w bardzo pobłażliwym klimacie. 

W innym wpisie, moje wrażenia z relacji ojciec-syn, matka-syn. I tym, że jednak jakiś nowych rzeczy się o Tomaszu Beksińskim dowiedziałam.

poniedziałek, 13 lutego 2017
Śmierć, Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 3

Mój ostatni wpis, ostatnia refleksja dotycząca książki.

Nie ulega wątpliwości, że Tomasz Beksiński był dystymiczny, że miewał załamania nerwowe, cierpiał na depresję. Pomoc psychologiczną, terapię powinien był otrzymać już po swojej pierwszej próbie samobójczej, na pewno po drugiej. Gdy pomyślano o tym na poważnie, tuż przed jego śmiercią, było już o dwadzieścia lat za późno. Przypominam sobie jednak, że po próbie w latach osiemdziesiątych był hospitalizowany. Teoretycznie powinien się wtedy zająć nim jakiś specjalista. Kto ich tam wie. Po tym względem, Beksiński urodził się stanowczo za wcześnie. W latach 70tych, 80tych terapia nie była jeszcze tak znana, nie mówiło się tyle o depresji, ludzie nie przyznawali się do tego otwarcie. Gdyby dziś był człowiekiem wchodzącym w życie, być może poszukałby pomocy fachowej.

Był człowiekiem, który budował swoje marzenie. Ono waliło się w gruzy. Nabierał nadziei, budował od nowa. Waliło się w gruzy. Nabierał nadziei, budował. Waliło się w gruzy. Po każdej katastrofie bolało. I w końcu, w okolicach 41 urodzin uświadomił sobie, że tak będzie zawsze. Zawsze będzie budował i się zawali. I będzie boleć. I to nie raz. Będzie tak raz po raz, aż do śmierci. Dookoła wszystko zbudowali. Stoi mocne i stabilne. Być może on już nigdy nie zbuduje. Co jest jeszcze bardziej bolesne. Wyjściem jest zaniechanie budowania. Tylko, że wtedy boli jeszcze bardziej. Doskonale to znam. Sama dobiegam tych urodzin.

Do tego ta samotność. Rodzice starzeją się, dochodzą. Z resztą rodziny kontakt jest luźny. Przyjaciele mają własne gniazda. A dookoła niego cisza i pustka. Łatwo mi wzruszać ramionami na miłość, jak moje dziecko doprowadza mnie do stanu permanentnego ogłuszenia. Mnie samotność wydaje się kusząca.

piątek, 10 lutego 2017
Miłość, Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 2

Chciałam teraz napisać trochę własnych refleksji na temat Tomka Beksińskiego. Coś, co mi przyszło do głowy po lekturze.

Jego przyjaciele wspominali, że był z całkiem innej epoki. Za szlachetny, za idealistyczny, za nadwrażliwy na te czasy. Odszedł razem z wiekiem XX, bo nawet jak na ten wiek był już dziwny. Sama z trudnością wyobrażam go sobie w wieku XXI. Jednak nadwrażliwcy - z autopsji to piszę - na każde czasy się nie nadają. Czy to byłby wiek XIX, XVI, czy epoka lodowcowa. Wystarczy sobie przypomnieć historię (wiem, że wymyśloną) Wokulskiego i Łęckiej, by wiedzieć, że tak by kończył Beksiński. Każda epoka uprawia z nadwrażliwcem seks analny, gdy ten wolałby wino i pieśni.

Bardziej odpowiada mi metafora - moja własna - kliszy fotograficznej. Nasz świat, wydarzenia, emocje, my sami, nasz charakter, to obraz zapisany na kliszy filmu. Jest się tej kliszy integralną częścią, by człowieka usunąć trzeba go z niej zdrapać, a to naruszy sam fundament kliszy. Dlatego człowiek jest ze swoją rzeczywistością nienaruszalnie zespolony. Są jednak ludzie z kliszy obcej, doczepieni, doklejeni, doklejeni mniej lub bardziej ściśle. Zawsze jednak odstają, odginają się, zaginają się, zadzierają. A w drastycznych momentach po prostu ześlizgują w nicość. Tomasz Beksiński był z innej kliszy. Tragedia polega na tym, że nie można do swojego filmu wrócić. Nawet nie wiadomo, gdzie on jest. A jeśli nawet, to w tej dziurze po mnie samej, ledwo się doczepię. Nawet tam będę już odstawać. Beksiński był tak luźno zespolony, że wystarczyło wstrząsnąć, a spadł. Mnie do tej rzeczywistości przytrzymuje szpilka z mojej córki.

Beksiński wybierał zawsze złe kobiety. Choć nie można oczekiwać sukcesu, gdy ciągnie człowieka do nastolatek - niezależnie ile sam już ma lat. Jeśli są tylko emocjonalnie nieukształtowane - zostają przyjaciółkami, jeśli są emocjonalnie nieukształtowane i zwichnięte - wciągają w toksyczny związek. A Beksiński jak kochał, to kochał według przyjaciół całkowicie, oddanie, romantycznie. A według mnie ocierało się to delikatnie o stalking. Nie czynny, gdy się kogoś dręczy z miłości różnymi pomysłami, ale taki wewnętrzny, gdy myśl o tej drugiej osobie, odrzuconej miłości, jest uporczywa, nie można jej się pozbyć, niszczy życie. Widać to po listach, które pisał do kobiety, po rozstaniu. Była już z kimś innym, była już szczęśliwa. Jednak pisał do niej, zaznaczając, że wie, że nic nie wskóra, ale musiał coś jeszcze wyjaśnić, coś powiedzieć o rozstaniu, coś rozwinąć. Jakby podświadomie miał nadzieję, że któryś z tych listów sprawi, że ona powróci.

I z taką wrażliwością, fatalnie lokowanymi uczuciami, Beksiński dotrwa do 41 urodzin. Ja za chwilę dojdę do moich 41. On popełnił samobójstwo w miesiąc potem. A o depresji, samobójstwach, poczuciu seryjnej, nieuchronnej, klęski będzie w kolejnym wpisie.

czwartek, 09 lutego 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 1

Z rodziny Beksińskich kochałam Zdzisława Beksińskiego - jego malarstwo, grozę, niepokojącą melancholię przenikającą z obrazów. Byłam za młoda by stać się fanką audycji Tomasza Beksińskiego - pozostałam w drużynie Marka Niedźwieckiego.

Jednak zastanawiałam się, czy nie iść na "Ostatnią rodzinę" do kina i recenzje mnie zniechęciły. Szkoda mi pieniędzy na bilet, by wyjść z seansu wkurwiona. Właśnie czytając te recenzje trafiłam na linki do różnych wywiadów, historii. A potem, czekając na swoją kolej w bibliotece, już z książkami do wypożyczenia w ręce, zobaczyłam na półce "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" Wiesława Weissa. Pod wpływem impulsu, odniosłam jedną z poprzednio wybranych książek i wypożyczyłam tę. Z wywiadów wiedziałam, że autor był oburzony "Portretem podwójnym" Grzebałkowskiej, a po filmie wprost wściekły tym jak pokazany był jego przyjaciel.

Wróciłam do domu i wsiąkłam. Niby 670 stron, bez przypisów i zdjęć, a czyta się jednym tchem. Nie mogłam wyjść z wanny, bo jeszcze tylko jedna strona. Nie mogłam iść sprzątać, bo jeszcze tylko do końca rozdziału. Tomiszcze grube, więc do czytania na stojąco w komunikacji miejskiej wymagany jest perfekcyjny błędnik oraz doświadczeniem w ćwiczeniu jogi.

Sama biografia? Zdaję sobie sprawę, że to odpowiedź na dwa poprzednie tytuły medialne. I wyszła z tego laurka. Bo może i miał wady, ale kto nie ma. Może i krzyczał, ale kto nie krzyczy. Może był niepraktyczny życiowo, ale to się zdarza. Z drugiej strony, to piękne, gdy twój przyjaciel, po twojej śmierci potrafi zebrać od tylu osób, tyle pochlebnych historii i wypowiedzi. Są tam relacje znajomych i przyjaciół ze szkoły podstawowej, średniej, studiów, pracy. Nie ma tylko bezpośrednich wypowiedzi od byłych partnerek Beksińskiego. Może dlatego, że większość z nich przedstawiona jest mało pochlebnie. A ostatnia jest niemal wprost oskarżona o doprowadzenie bohatera do śmierci. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie będzie oburzona tą lekturą. No cóż, okazało się, że zmarła niedawno. Ładnie się złożyło. Nie ma szansy się obronić. A o tym, co ja sądzę o jego miłościach i związkach jeszcze będzie.

Gdy skończyłam tę biografię, nabrałam ochoty na poznanie "Beksińskich. Portretu podwójnego", by teraz zobaczyć Tomka Beksińskiego z drugiej strony. Sprawdziłam i okazało się, że jest dostępna, nawet w dwóch bibliotekach. Jednak, gdy przyszłam wczoraj, ktoś mi obie pozycje zwinął sprzed nosa. Spóźniłam się o kilka godzin. Mogłam zarezerwować, ale jak zwykle nie chciało mi się przypominać loginu i hasła do konta. Teraz zarezerwowała mi pani z biblioteki. Będę może z miesiąc czekać. A chciałam opisać na blogu moje refleksje najpierw po lekturze jednej, potem drugiej z biografii.

A to nie koniec moich wrażeń  z lektury "Tomka Beksińskiego. Portretu Prawdziwego". Będzie ciąg dalszy. Mam nadzieję, że jutro.

Tagi