To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: choroba

niedziela, 13 sierpnia 2017
Szpitalnie

Nie pisałam od jakiegoś czasu, bo krążyłam na linii dom-praca-szpital.

W czwartek rano Były zabrał Wiertkę na kontrolę do pediatry. Małą ciągle bolał brzuch, wybudzała się w nocy z bólu. Lekarz nie wiedziała, co to może być i doradziła ponowną wizytę w szpitalu. Tam zdecydowano się zostawić dziecko na obserwację. Zrobili jej badania krwi, moczu, lewatywę, usg. Nic nie znaleźli, nic nie pomogło. Ja po pracy pojechałam z nią posiedzieć, a Były wrócił do domu trochę odetchnąć i zabrać rzeczy potrzebne do nocowania z dzieckiem. Na moją propozycję, że wezmę w piątek dzień wolnego i to ja pobędę z dzieckiem, stwierdził, że nie muszę, bo on i tak ma wolne.

Wróciłam do domu, w piątek pracowałam i ponownie po pracy pojechałam do dziecka. Sytuacja się już zmieniła. Były był poirytowany tym, że za każdym razem do sali na obchód przychodził inny lekarz, że zadali dokładnie te same pytania, choć odpowiedzi były w karcie i że te lekarki jakieś za młode były. No, widziałam je, rzeczywiście takie góra trzydzieści lat, ale kiedyś muszą zacząć pracować :) A już - słusznie - zdenerwował się, jak usłyszał, że idzie długi weekend i w szpitalu będzie tylko lekarz dyżurny, a nie prowadzący.

Ja też byłam zestresowana, bo martwiłam się, że dziecko boli, cierpi i nic nie można na to poradzić. W nocy z czwartku na piątek bolało ją tak, że nie mogła zasnąć. Dostała środek przeciwbólowy w syropie, ale go zwymiotowała, więc dali jej w kroplówce. Miała apetyt, ale jedzenie kończyło się bólem. Mówiła mi, że jak je, to uderza w to miejsce, które boli, a potem brzuch boli bardziej. Przypomniała mi się choroba mojej mamy, jej bóle brzucha i śmierć.

Były chyba w końcu nagadał lekarce (one tam wszyscy były kobietami), bo zrobili któreś kolejne usg i wreszcie dokopali się do wyraźnego obrazu. Co doktor oświadczyła z dumą. Okazało się, że pomimo codziennego korzystania z toalety - na co mocno zwracam uwagę, bo w wieku Wiertki miałam podobne problemy i została mi trauma - dziecko miało jakieś pozostałości w jelitach. Tylko, że nie objawiało się to zaparciami. Wiertka zaczęła dostawać środki na przeczyszczenie, biegać do toalety i jak przyjechałam w piątek po pracy jej energia życiowa i temperament był już na poziomie mojej zdrowej córki. Czyli roznosiło ją.

Jej ojciec wolał zostać na kolejna noc w szpitalu, więc ja wróciłam po 20:00 do domu. Byłam tak strasznie zmęczona, może też psychicznie spływał ze mnie stres, że wzięłam prysznic i o 20:30 już spałam.

Rano w sobotę pojechałam do szpitala by zostać z dzieckiem na dłużej, a jej ojciec wrócił do siebie. Wiertka była już Wiertką, bo głośno gadała, biegała po korytarzu , chciała iść na frytki i czekoladę, na plac zabaw. Wypisali ją o 11:00, dając jeszcze pewne leki do brania i zalecenia diety.

Zabrałam ją do siebie, spędziłyśmy razem dzień i dopiero wieczorem zawiozłam do taty na kolejny tydzień. Oby był zdrowy. Wiertka dopytywała się, czy będę ją odwiedzać. Dotąd raczej wyjeżdżała z tatą, ale teraz skoro jest w tym samy mieście, to chciałaby bym do niej co chwila przyjeżdżała. W ogóle, mam wrażenie, że weszła teraz w jakiś etap mocniejszego sklejenia ze mną. Ale ja jest ze mną w domu, to co chwila pyskuje i kwestionuje wszystkie moje polecenia :)

A ja mam wyrzuty sumienia, że doprowadziłam dziecko do takiego stanu. Bo to przecież ja jej gotuję i ja decyduję, co kupować. Wydawało mi się, że jadamy rozważnie, do fast foodów chodzimy rzadko (choć chodzimy), żadnych wód smakowych, mało cukru, dużo wody mineralnej do picia. Obawiam się, że Wiertka jadała za dużo słodyczy Bo ja też jadam, a nie będę kupować za jej plecami i zjadać w ukryciu o północy. Trzeba będzie teraz to mocno ograniczyć.

Może ten trzeci tydzień nieobecności mojego dziecka, odbędzie się wreszcie bez przygód :) Taki rok :)

11:50, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
środa, 09 sierpnia 2017
Choroba i tęsknota

Wiertka w niedzielę wieczorem pojechała do taty, a dzień później miałam od niego wiadomość, że mała wymiotuje, boli ją brzuch, ale gorączki nie ma. Dopytywał się o Nocną Pomoc Lekarską, z której korzystamy. Tak na wszelki wypadek.

A we wtorek dostałam od mojej córeczki maila :)

Dygresja. Kilka tygodni temu, zobaczyłam, że mała chce komentować filmiki swoich ulubionych "jutuberek". Okazało się, że idzie to pod moim nazwiskiem, bo z moim kontem jest skonfigurowany tablet i trochę mi się słabo zrobiło. Dlatego założyłam Wiertce konto z fikcyjnymi danymi - tak by nie można było wywnioskować jej imienia i nazwiska. Opowiedziałam o anonimowości w sieci i ochronie danych. Powysyłałyśmy sobie kilka maili, siedząc obok siebie, tak dla zabawy i tyle.

I teraz dostałam tego maila i wzruszyłam się. Bo był pierwszy wysłany "z daleka". Dość prosty w przekazie - "Bali mnie cały czas brzuch 5 wymiotować bezgoraczki". Zapewne myślała, że może nic nie wiem :)

We wtorek wieczorem siedziałam sobie w centrum miasta i słuchałam występów kabaretowych na żywo, gdy zadzwonił Były.

- Ścisz telewizor. - rozpoczął.

Cały czas był zaniepokojony stanem małej (wymioty, ból brzucha) i chciał jechać do szpitala. Uważałam, że będą czekać godzinami, jako zbyt mało poważny przypadek i lekarze proszą by z takimi rzeczami nie przyjeżdżać, ale ok. Może zaliczyłam z moim dzieckiem dużą liczbę chorób i jestem bardziej odporna. Ja bym jej dawała pić, przytulała i próbowała nakarmić czymś lekkostrawnym. To zapewne grypa żołądkowa, albo lekkie zatrucie. Jednak może lepszy jest taki weekendowy ojciec nadwrażliwy niż olewający.

Pojechali. Jak mówiłam, były kolejki. Chciałam nawet jechać i posiedzieć z nimi. Bałam się tylko, że gdy Wiertka mnie zobaczy, to się rozklei i będzie chciała wracać do domu. Była już prawie 22:00, więc jej ojciec doradził mi bym jechała się wyspać. Mała miała usg jamy brzusznej, badanie oczu i krwi. Wyniki ok. Dali jej, po kolei, dwie kroplówki. Wyszli ze szpitala o... 7:00 rano.

I dziś dostałam wiadomość, że Wiertka chciałaby się ze mną zobaczyć. Tak podejrzewałam. Jest chora, źle się czuje i tęskni za mamą. Pojechałam tam po pracy. Rzeczywiście była apatyczna, bez życia, zabiedzona, z wypiekami i przytulała się do mnie prawie płacząc. Chciała wracać do domu, a na uwagę, że chodzę do pracy, stwierdziła, że będzie na Lecie w Mieście. A kilka dni temu nie cierpiała LwM. Potem trochę poprawił jej się humor. Jako przysmak kupiłam jej chrupki kukurydziane i chrupaki kukurydziano-ryżowe. Miałam nadzieję, że to potrawa lekkostrawna i nie ma jakiejś chemii. Okazało się, że nabrała na to apetytu i wreszcie zaczęła jeść. Bo znowu nic nie jadła, ale może to wpływ tych kroplówek. Za to cały czas pobolewa ją brzuch. Jutro Były zabiera ją do pediatry.

Była smutna, że wychodzę, ale obiecałam, że w weekend znowu zajrzę na trochę.

20:04, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 maja 2017
Majówka, część przechorowana

Jak się okazało, w poniedziałek na placu zabaw to ja powinnam była siedzieć w czapce. A także w rękawiczkach, grubym szaliku i kozakach ocieplanych. Już wieczorem nie mogłam zasnąć, było mi gorąco, wszystko mnie irytowało. Gdy telewizor grał, to eksplodowała mi czaszka, a gdy próbowałam zasnąć w ciszy, to myśli gnały mi po czaszce niczym plemniki po jajowodzie.

Dygresja. Wiertka miała trzy dni majówki spędzić z koleżanką u jej babci. Byłam zaskoczona, że do propozycji odniosła się z entuzjazmem i cieszyła się. Dotąd na sugestię o koloniach mówiła, że owszem, ale z mamą. Dla mnie super, bo we wtorek miałam pracować. I oto w piątek, po 20:00, dowiedziałam się, że wyjazd jest odwołany z powodu choroby zakaźnej w domu owej babci. Brałam to pod uwagę, ale nie w momencie, gdy nie jestem już w stanie nic zrobić – ani ze świetlicą, ani z pracą. Na szczęście, ojciec Wiertki zgodził się z nią posiedzieć. Jednak wiązało to się z tym, że pracował – jak zwykle w nocy – a o 6:00 przyjechał, by pospać w moim łóżku. Trudno.

Wracając do zmarznięcia. Początkowo wydawało mi się, że mam tylko lekki katar i chrypkę. Dobrze, że we wtorek w biurze byłam sama w pokoju. Kichała, smarkałam i piłam gorącą herbatę na przemian. Czas zadziwiająco szybko zleciał. Podejrzewam, że to dlatego, że miałam luźny związek z rzeczywistością. Gdy zobaczyłam swoje oczy w lustrze, plus ten obtarty już nos, to wyglądałam jakbym albo wciągała wyjątkowo zanieczyszczony towar, albo szlochała za biurkiem. O 15:30 wymknęłam się z pracy tak, by za bardzo nie rzucać się w oczy.

Po powrocie do domu, do łóżka. A w środę katar zelżał. Za to ja leżałam bez sił i drzemałam. Naiwnie sądziłam, że nie będę się już więcej przeziębiać, że to stres tak mnie osłabia fizycznie. Widocznie niekoniecznie. Oby to było już ostatni raz w tym roku.

Okazało się, że w moim przypadku najlepszym lekarstwem jest sen i lenistwo. Dziś mam jeszcze resztki kataru, ale generalnie funkcjonuję normalnie. Głupio by mi było brać zwolnienie lekarskie w trzecim tygodniu pracy. Wytrzymać dziś, jutro, a w weekend postaram się dalej leczyć snem i lenistwem.

Na szczęście, Wiertka zdrowa i mówi, że też trzeba było biegać po placu zabaw.

środa, 14 grudnia 2016
Znowu

Znowu przeziębiona. Próbowałam dziś funkcjonować w pracy, bo to tylko katar. Nawet ja zorientowałam się, że kogo ja tu oszukuję. Silny katar i rozbicie. Który to już raz w tym roku. Czwarty. To nadal liczba jednocyfrowa, ale nigdy w życiu chyba moja odporność tak się nie sypała. 

Jutro odbieram nadgodziny i próbuję wyleżeć to, kiedy dziecko będzie w szkole.

czwartek, 10 listopada 2016
Głucho wszędzie

Wygrzebałam się dziś z domu i poszłam do mojej przychodni. Dziś akurat przyjmował laryngolog. Od razu, na wstępie dowiedziałam się, muszę mieć skierowanie w trybie pilnym. Internista, pracujący kilka gabinetów dalej kazał mi iść do laryngologa w trybie pilnym, ale nie pomyślał o skierowaniu. Dodatkowo usłyszałam - usłyszeć, to w moim przypadku, stwierdzenie trochę na wyrost - że doktor ma zapisane więcej pacjentów niż trwa dyżur i jak ma mnie przyjąć.

W recepcji okazało się, że mój internista będzie za półtorej godziny. Numerków nie ma, do nikogo nie ma. Do laryngologa karty mi nie dadzą, chyba, że za zgodą dyrekcji przychodni. W innych przychodniach też są laryngolodzy. Mam sobie poszukać. Albo jechać na ostry dyżur.

Już widzę te zachwyty na ostrym dyżurze, gdy przyjmują pacjentów spychanych przez przepełnione przychodnie. 

I dziś dopiero pomyślałam, że co mnie niby w tej przychodni trzyma? Kiedyś pediatra, z którym miałam częsty i intensywny kontakt. Wiertka rośnie i do lekarza chodzę z nią raz na kilkanaście miesięcy. Z internistami i lekarzami innych specjalności związana nie jestem. Przychodnia musi przyjąć chyba każdą liczbę pacjentów, którzy ją wybiorą. Nie może zacząć odmawiać. Co najwyżej, gdy zrobią się długie kolejki oczekiwania, może przyjąć więcej specjalistów. Jednak po co? To koszty. Najlepszy jest pacjent, za którym idą pieniądze z NFZ, ale się nie pojawia. Prawie taki jak ja.

Na szczęście, mam planową wizytę u laryngologa za dwa tygodnie. Koleżanka z pracy podrzuciła mi adres przychodni, gdzie termin oczekiwania na wizytę był miesięczny, nie kwartalny. Jakoś się doczołgam te kilkanaście dni z moim niedosłuchem. Cud człowieczego ciała i mózgu polega na tym, że adaptuje się do okoliczności i po pewnym czasie przestajesz zauważać, że nie dosłyszysz. No, chyba, że rozmawiasz ze sprzedawczynią, albo koleżanką z pracy.

poniedziałek, 07 listopada 2016
Zwolnienie lekarskie

Co zaskakujące, w piątek lekarz nie miał żadnych wątpliwości, że jestem przeziębiona i wymagam zwolnienia lekarskiego. Wypoczywam w domu do końca tego tygodnia. Dostałam antybiotyk, choć zapewne to sprawa sporna, czy potrzebuję. Gorzej, że według lekarza mój słuch się nie poprawi i mam w "trybie pilnym" próbować dostać się do laryngologa bez kolejki. Laryngolog przyjmuje jutro. Spróbuję.

W weekend wysłałam dziecko do ojca i całe dwa dni przeleżałam w łóżku. Energii starczało mi na oglądanie seriali i przeglądanie internetu w telefonie, bo słowo pisane kompletnie nie wchodziło.

Dziś część dnia spędzam, w szlafroku, przed komputerem i staram się zrobić w pracy to, co można szybko załatwić mailem. Zaraz jednak chyba wracam do łóżka. Katar prawie przechodzi. Bardzo się z tego cieszę, bo straciłam przez niego smak. Niby kubki smakowe na języku działają. Czuje się słodki, słony. Jednak w oderwaniu od zmysłu węchu, to nie ma kompletnie sensu. Jest masa słonych produktów, ale dopiero węch pozwala zróżnicować, który to "słony". Jestem głodna, a nie mam apetytu.

Plan jest by z domu wyjść rano by zaprowadzić dziecko do szkoły i po południu by je odebrać. Zakupy spożywcze zamówiłam przez internet i zaraz dojadą.

czwartek, 03 listopada 2016
Listopadowo zarazkowo

Listopad nie udaje kogoś, kim nie jest. Listopad jest listopadowy :)

Długi weekend był mi naprawdę potrzebny. Niewiele robiłam. Stopa odpoczywała, stłuczony palec odpoczywał. Trzeciego dnia, nawet z lekką przyjemnością pomyślałam o pracy. Wiertka też potrzebowała wytchnienia, bo w piątek miała ponad 38 stopni gorączki. Dzień poleżała i już od soboty czuła się zdrowa. Jednak codziennie budziła się koło 11:00 :)

I trzeciego dnia zrobiłam ten błąd. Poprosiłam Byłego by mnie i Wiertkę zawiózł samochodem na cmentarz. Nie chciałam ciągle forsować stopy. Szybka wycieczka, może z kwadrans byłam pomiędzy grobami. Zauważyłam, że tłumów nie ma, nie ma fali ludzi, korka samochodów. Przynajmniej na podmiejskim cmentarzu. Albo wszystko rozłożyło się na cztery dni, albo rzeczywiście całość poszła we wtorek.

Wróciłam do domu i szybko zaczęłam kichać. Wtorek był już przeleżany, przesmarkany i szło to w kilometry rzeczy higienicznych. Noce nieprzespane, bo nos zatkany, wybudzam się co chwila.

Jednak do pracy w środę poszłam. Okropne - iść na urlop i zaraz z niego na zwolnienie lekarskie. I zwalić pracę na innych. Czekało na mnie 130 maili - po dwóch dniach nieobecności, z czego jeden to piątek przed długim weekendem, drugi to poniedziałek pomiędzy wolnymi dniami. Fakt, że połowa maili nadawała się do kosza. 

Moje koleżanki traktowały mnie jak broń biologiczną, wbijając w poczucie winy. Słusznie zresztą. Miałam nadzieję, choć praktyka tyle razy pokazała mi, że to nie działa, na wyleżenie choroby po pracy. W czwartek poszłam do pracy ponownie, może czując się lepiej, ale wydaje mi się, co potwierdzało otoczenie, że chyba mam gorączkę. Jednak udało mi się zrobić wszystko, co potrzebne, nic nie wisi i teraz co najwyżej coś wpadnie na bieżąco.

O tym, że chodzą fale chorób widzę po autorespondentach od klientów, telefonów od podwykonawców. Anginy, zapalenia krtani, grypy, przeziębienia.

Jutro chcę iść do lekarza po zwolnienie lekarskie. Nawet jeśli nie wyleżę tego cholerstwa, to przynajmniej otoczenie nie będzie - niby to żartobliwie - syczeć na mnie. Wiem, mają 100% racji.

Najgorsze jest, że przez to przeziębienie... ogłuchłam. Już wcześniej zatkało mi trochę uszy. Pod koniec listopada mam wizytę i mam nadzieję, że zwyczajne płukanie pomoże. Teraz słyszę niewiele. W pracy nie ma mnie także dlatego, że gdy ktoś mówi przyciszonym głosem albo jest dalej niż metr - nie słyszę go. Mówię wszystkim otwarcie, że przez chorobę ogłuchłam, ale jest to kłopotliwe. W sklepach też. Czasami zapewne sprawiam wrażenie przygłupiej, bo przytakuję niczym Azjatka, nie wiedząc po co. Mam nadzieję, że to przejdzie. Za lekkie by dostać rentę, za ciężkie by zwyczajnie żyć :)

Nie mam pojęcia i nie wiem, który to już o tym wpis, że dopóki stoję na dwóch nogach i kontaktuję z otoczeniem, to wydaje mi się, że jestem jako tako zdrowa i mogę pracować, żaden lekarz nie da mi zwolnienia. Dziwne jak na kogoś, kto ze stresu, problemów życiowych, bólów istnienia, tudzież bólu dupy potrafi czuć się tak zmęczony, że chce się położyć na chodniku. Jak widać, to nie ciało pośle mnie do grobu.

wtorek, 25 października 2011
Jak bardzo trzeba być chorym?

Jednak w weekend nie wygrzebałam się z gówna, które sprzedało mi dziecko, które to kupiło je w żłobku. Ciągle mam ataki kaszlu, które sprawiają, że współpracownicy traktują mnie jak chodzącą broń biologiczną. Zaczęli mi sugerować, żebym wzięła zwolnienie i wyleczyła się w domu.

Ok. Poszłam do szefa ustalić jakoś plan działania, bo nie jestem typem "pracownika miesiąca", który przesyła pocztą zwolnienie lekarskie i zostawia robotę rozgrzebaną. W gabinecie usłyszałam, że nie jestem wystarczająco chora, mogę przecież być w biurze, on też źle się czuje - jest przeziębiony i ma kaca

Dygresja - zaskoczyło mnie, że tak się przede mną otworzył, ale prawdopodobnie pomyliły mu się słowa i chodziło o to, że "ma katar"

- pracownik, który ciągle choruje nie jest potrzebny firmie. Od marca, odkąd tam pracuję brałam tylko raz tydzień zwolnienia lekarskiego, ale dodatkowo kilka pojedynczych gdy dziecko chorowało. Pewnie uzbierało się tego do kupy trochę i przesunęło mnie do grupy pracowników ryzykownych.

No dobra, trzymam się na nogach, ja mogę z tym kaszlem siedzieć w biurze i robić swoje, ale inni współpracownicy mają o to do mnie pretensje. On w takim razie z nimi porozmawia. Jeszcze tylko tego mi brakowało. Znalazłam się pomiędzy młotem, a kowadłem. Co nie zrobię i tak ktoś utnie mi głowę.

Coś we mnie pękło i rozpłakałam się. Od dzieciństwa wszelkie emocje wypłukiwałam płaczem, co doprowadzało do wkurwu moją matkę. Męczący typ dziecka. Zazwyczaj potrafię zacisnąć zęby, wepchnąć te łzy do środka i upakować na potem. Zazwyczaj potem nie nadchodzi i łzy sobie siedzą w środku zmienione już w sopelki. Ale w okresach obniżonej odporności na cokolwiek, zazwyczaj łzy po prostu się leją.

Wstyd przeogromny, ale pociekły akurat w gabinecie szefa. Szef przeprosił, zrobiło mu się głupio, wytłumaczył, że ciągle się boi, że ktoś go oszuka, wykorzysta. Stanęło na tym, że wezmę kilka dni urlopu.

Tak oto dostaję rykoszetem za pracownice w typie mojej koleżanki, która bierze w lato trzy tygodnie urlopu, a potem dosyła jeszcze dwa tygodnie lewego zwolnienia lekarskiego, bo nie chce nikomu płacić za opiekę nad dziećmi do końca wakacji. Budżetówka, więc jedyni z pretensjami to petenci. A potem mnie się pyta zdziwiona dlaczego ja tak po prostu nie biorę lewych zwolnień na dzieci kiedy tylko chcę.

Staram się pracować dobrze (co akurat szef zauważa), żeby fakt posiadania chorującego często dziecka nie obniżał mojej wydolności w firmie. Ale wydolność zaraz zamieni się w wydalność. Zaczynam czuć się jak chomik na karuzeli.

Miałam zamiar wziąć pracę do domu i porobić kilka rzeczy, ale skoro to ma być urlop, to ograniczę się do zamknięcia najbliższego projektu i odbierania maili.

Tydzień temu nawrzeszczałam na żłobkową pielęgniarkę, teraz popłakałam się przed szefem. Znowu zaczynam nie radzić sobie ze swoimi emocjami. Oby to tylko było zmęczenie, a nie kolejny nawrót depresji.

Tak bym chciała uciec do jakiegoś motelu, wynająć pokój na 2-3 dni, zaszyć się w łóżku i nie wychodzić z tego pokoju.

Tagi: choroba praca
15:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2011
Mój test na matkę

Jeden więcej zdałam.

Bo ten z krostami też był niezły.

Zanim nie urodziłam dziecka, takie sytuacje podbramkowe mnie wstępnie paraliżowały.

Wiertek wczoraj, w trakcie gotowania przez mnie obiadu (pomagała wrzucać makaron, przyprawiać sos) dostała ataku histerii. Trochę czasu minęło, zanim zorientowałam się, że jest po prostu okropnie zmęczona po dniu w żłobku. Zasnęła po 18.00. Przed 20.00 obudziła się i lulałam ją do 22.00 prawie. Nic szczególnego z moją cholernicą :) Tylko problemy na odcinku komunikacji. Gdy tak strasznie płakała miała 37,2, ale to może ze zmęczenia.

Dziś byłam przygotowana na jej zmęczenie. Przeciągnęłam ja prawie do 19.00, ale nie chciałam ponownie doprowadzać do ataku płaczu. Przebudziła się po godzinie. Marudziła, popłakiwała, nie mogła zasnąć. Zmierzyłam temperaturę - cholera chora, 38,3. Żaden problem już dla mnie, ale lek na zbicie gorączki zostawiłam nad morzem, miała go przekazać koleżanka. Nowego nie kupowałam, bo skąd przeziębienie w sierpniu? Jasne, sama jestem od kilku dni podziębiona.

Już po 21.00. Dziecko z gorączką i wiem, że jak nic nie podam, to nie umrze, ale zarwie mi noc, będzie się męczyć. Skąd mam wziąć lek o tej porze? Nie ma samochodu, do nocnej apteki jest 30 minut piechotą. Ojciec małej bawi się w górach. Przez chwilę próbowałam okładów z ściereczki zmoczonej w zimnej wodzie, ale moja córka nie znalazła tej metody jako ciekawą.

Przypomniałam sobie o "windowej sąsiadce", czyli mamie o pół roku starszego dziecka, mieszkającej kilka pięter wyżej. Czasem gadamy w windzie, spotykamy się w drodze z przystanku autobusowego, pod blokiem. Kiedyś wymieniłyśmy się telefonami (planuę zacieśnić więzy, by dziecko miało towarzystwo w tej samej klatce). Trudno, zadzwonię. Zwiozła lek. Dobra kobieta. Mała szybko zasnęła.

Jutro raczej dzień wolny od pracy. Nie będę jej pchała do żłobka. Jeden projekt prawie skończony, "ścinki" zrobią za mnie. Do końca tygodnia spokojnie mogłabym siedzieć w domu.

22:54, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 maja 2011
moja choroba - dla odmiany

Wykrakałam.

Powaliło mnie w nocy z piątku na sobotę. Gorączka, ból głowy, silne ataki kaszlu, katar. I to najgorsze - całkowity, totalny brak energii, siły na cokolwiek. W życiu przed 9.12.9 mi to nie przeszkadzało - jeszcze jedna okazja do poleniuchowania. Po 9.12.9 mam małe dziecko, które jeszcze przez parę lat za cholerę nie będzie chciało złapać sensu zdania "Mama jest chora, nie ma siły się podnieść".

W sobotę przyjechał tata Wierka i zajmował się ją. Ja leżałam i patrzyłam się tępo przed sobie, albo drzemałam. Zażartował, że teraz to wierzy w moją chorobę, gdy na obiad skubnęłam trochę ryżu i sałaty. Tylko ciężki stan może odebrać mi apetyt.

W niedzielę zostałyśmy same, bo on też się wyłożył i pojechał gorączkować do siebie. Może to i dobrze, że nie jesteśmy razem - tak miałabym na głowie jeszcze chorego faceta. To ja podwójne dziecko. Czułam się trochę lepiej, ale nie na tyle, żeby normalnie egzystować. Człapałam po domu jak osoba czekająca na przeszczep serca. Żałowałam, że małą kompletnie nie interesują bajki, bo z chęcią bym ją posadziła przed tv na cały dzień. Ratował mnie balkon - Wiertek lubi poprzyglądać się światu. I trochę popiszczeć dla sprawdzenia akustyki osiedla.

Upał chyba i doskwierał mojemu dziecku - choć zza zasłoniętymi oknami - bo raz drzemała 2 godziny, potem 3 godziny. Ja też wtedy mogłam spać, bo w którymś momencie coraz trudniej mi było walczyć z sennością. Najgorsze, że z tego braku energii moje dziecko tak mnie irytowało, drażniło, że na hasło Rodzicielstwo Bliskości dostawałam piany. Cytując pewną znajomą - mogłam sobiem je zwinąć w rulonik i rozważyć znaczenie słowa czopek.

Dziś jest o wiele, wiele lepiej. Udało mi się dostać do lekarza. Dostałam tydzien zwolnienia i receptę na antybiotyk. Choroba za słaba na antybiotyk i teraz mam dylemat - siedzieć w domu tydzień i ryzykować fochy szefa, czy walnąć z armaty do muchy i iść do biura już np. w środę.

Zobaczę co dziś powie pediatra w sprawie choroby Wiertka.

13:23, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi