To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: choroba

poniedziałek, 18 grudnia 2017
Urodzinowo - część druga

Wczoraj odbyło się spotkanie urodzinowe Wiertki - przeznaczone dla rodziny. Było kameralnie - mój tata, brat z żoną i dziećmi, rodzeństwo i tata Wiertki. Miała być jeszcze siostra cioteczna z synkami, ale rozchorowali się.

Wiertka trochę się obawiała (nazwiska przykładowe i moje przypisy w nawiasach):

- Mamo, ale Kowalscy (mój tata i brat) i Nowakowie (jej tata i rodzeństwo), to dwie różne rodziny. Jak to będzie? Czy oni się znają?

Uspokoiłam ją, że znają się, a jej rodzeństwo kiedyś odwiedzało moich rodziców, a jej dziadków. Przez chwilę wahałam się, bo Młodą zaprosiłam bez chłopaka. Nie wiem, czy w tym wieku, studenckim, zaprasza się już z partnerem, czy nie :) Wiertka go dobrze zna. W końcu nic nie odkręcałam i nie zapraszałam go dodatkowo.

Zanim jednak przyjęcie rozpoczęło się o 16:00, ogarnęłam mieszkanie, odkurzyłam i stanęłam przed koniecznością powstrzymania Wiertki przed brudzeniem (wycinanie, zlepianie, składanie). I jakoś chciałam wyjść z domu.

Dlatego wczesne popołudnie spędziłyśmy na świeżym powietrzu - najpierw poszłyśmy obejrzeć Praską Żywą Szopkę. Zwierzęta, fotobudka, gdzie zrobiłyśmy sobie darmowe zdjęcia ze świątecznymi artefaktami, zdjęcie z Mikołajem, Śnieżynkami, można było spróbować bigosu, pierogów, barszczu świątecznego. Potem przeszłyśmy się spacerkiem na Ząbkowską, gdzie odbywała się warszawska Wigilia. Na scenie śpiewano kolędy. Rozstawione były namioty. I tu odezwała się moja nieinwazyjna osobowość. Wydawało mi się, że w środku nie ma miejsc, rozdaje się tylko posiłki, nie powinnam się narzucać. A potem okazało się, że odbywały się jakieś spotkania artystyczne, warsztaty. Niestety, z zewnątrz ciężko to było ocenić. Może byłyśmy też za wcześnie.

W każdy razie, po powrocie, już tylko czekałyśmy na gości.

A tydzień zaczął się i pechowo, i dobrze zarazem. Dziś rano, Wiertka obudziła się z wysoką gorączką. Ma katar i już w sobotę wspominała, że boli ją ucho. Chora jest rzeczywiście, bo teraz jest po 14:00, a ona od rana zjadła zaledwie dwa kęsy bułki. Jak nie moje dziecko. Poszłyśmy do przychodni, do pediatry dyżurnego, nie naszego stałego. Dostałam zwolnienie lekarskie na dziecko do przyszłej środy łącznie. Nie udało się aż do końca roku. Jednak, w rozmowie z kadrami, wyszło, że skoro jeszcze dziś i jutro mam urlop, to zwolnienie go anuluje i może te dwa dni uda mi się wykorzystać do końca mojego stosunku pracy.

Byle dziecko wyzdrowiało do świąt. Po powrocie do domu ubrałyśmy choinkę i już jest świątecznie :)

niedziela, 13 sierpnia 2017
Szpitalnie

Nie pisałam od jakiegoś czasu, bo krążyłam na linii dom-praca-szpital.

W czwartek rano Były zabrał Wiertkę na kontrolę do pediatry. Małą ciągle bolał brzuch, wybudzała się w nocy z bólu. Lekarz nie wiedziała, co to może być i doradziła ponowną wizytę w szpitalu. Tam zdecydowano się zostawić dziecko na obserwację. Zrobili jej badania krwi, moczu, lewatywę, usg. Nic nie znaleźli, nic nie pomogło. Ja po pracy pojechałam z nią posiedzieć, a Były wrócił do domu trochę odetchnąć i zabrać rzeczy potrzebne do nocowania z dzieckiem. Na moją propozycję, że wezmę w piątek dzień wolnego i to ja pobędę z dzieckiem, stwierdził, że nie muszę, bo on i tak ma wolne.

Wróciłam do domu, w piątek pracowałam i ponownie po pracy pojechałam do dziecka. Sytuacja się już zmieniła. Były był poirytowany tym, że za każdym razem do sali na obchód przychodził inny lekarz, że zadali dokładnie te same pytania, choć odpowiedzi były w karcie i że te lekarki jakieś za młode były. No, widziałam je, rzeczywiście takie góra trzydzieści lat, ale kiedyś muszą zacząć pracować :) A już - słusznie - zdenerwował się, jak usłyszał, że idzie długi weekend i w szpitalu będzie tylko lekarz dyżurny, a nie prowadzący.

Ja też byłam zestresowana, bo martwiłam się, że dziecko boli, cierpi i nic nie można na to poradzić. W nocy z czwartku na piątek bolało ją tak, że nie mogła zasnąć. Dostała środek przeciwbólowy w syropie, ale go zwymiotowała, więc dali jej w kroplówce. Miała apetyt, ale jedzenie kończyło się bólem. Mówiła mi, że jak je, to uderza w to miejsce, które boli, a potem brzuch boli bardziej. Przypomniała mi się choroba mojej mamy, jej bóle brzucha i śmierć.

Były chyba w końcu nagadał lekarce (one tam wszyscy były kobietami), bo zrobili któreś kolejne usg i wreszcie dokopali się do wyraźnego obrazu. Co doktor oświadczyła z dumą. Okazało się, że pomimo codziennego korzystania z toalety - na co mocno zwracam uwagę, bo w wieku Wiertki miałam podobne problemy i została mi trauma - dziecko miało jakieś pozostałości w jelitach. Tylko, że nie objawiało się to zaparciami. Wiertka zaczęła dostawać środki na przeczyszczenie, biegać do toalety i jak przyjechałam w piątek po pracy jej energia życiowa i temperament był już na poziomie mojej zdrowej córki. Czyli roznosiło ją.

Jej ojciec wolał zostać na kolejna noc w szpitalu, więc ja wróciłam po 20:00 do domu. Byłam tak strasznie zmęczona, może też psychicznie spływał ze mnie stres, że wzięłam prysznic i o 20:30 już spałam.

Rano w sobotę pojechałam do szpitala by zostać z dzieckiem na dłużej, a jej ojciec wrócił do siebie. Wiertka była już Wiertką, bo głośno gadała, biegała po korytarzu , chciała iść na frytki i czekoladę, na plac zabaw. Wypisali ją o 11:00, dając jeszcze pewne leki do brania i zalecenia diety.

Zabrałam ją do siebie, spędziłyśmy razem dzień i dopiero wieczorem zawiozłam do taty na kolejny tydzień. Oby był zdrowy. Wiertka dopytywała się, czy będę ją odwiedzać. Dotąd raczej wyjeżdżała z tatą, ale teraz skoro jest w tym samy mieście, to chciałaby bym do niej co chwila przyjeżdżała. W ogóle, mam wrażenie, że weszła teraz w jakiś etap mocniejszego sklejenia ze mną. Ale ja jest ze mną w domu, to co chwila pyskuje i kwestionuje wszystkie moje polecenia :)

A ja mam wyrzuty sumienia, że doprowadziłam dziecko do takiego stanu. Bo to przecież ja jej gotuję i ja decyduję, co kupować. Wydawało mi się, że jadamy rozważnie, do fast foodów chodzimy rzadko (choć chodzimy), żadnych wód smakowych, mało cukru, dużo wody mineralnej do picia. Obawiam się, że Wiertka jadała za dużo słodyczy Bo ja też jadam, a nie będę kupować za jej plecami i zjadać w ukryciu o północy. Trzeba będzie teraz to mocno ograniczyć.

Może ten trzeci tydzień nieobecności mojego dziecka, odbędzie się wreszcie bez przygód :) Taki rok :)

11:50, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
środa, 09 sierpnia 2017
Choroba i tęsknota

Wiertka w niedzielę wieczorem pojechała do taty, a dzień później miałam od niego wiadomość, że mała wymiotuje, boli ją brzuch, ale gorączki nie ma. Dopytywał się o Nocną Pomoc Lekarską, z której korzystamy. Tak na wszelki wypadek.

A we wtorek dostałam od mojej córeczki maila :)

Dygresja. Kilka tygodni temu, zobaczyłam, że mała chce komentować filmiki swoich ulubionych "jutuberek". Okazało się, że idzie to pod moim nazwiskiem, bo z moim kontem jest skonfigurowany tablet i trochę mi się słabo zrobiło. Dlatego założyłam Wiertce konto z fikcyjnymi danymi - tak by nie można było wywnioskować jej imienia i nazwiska. Opowiedziałam o anonimowości w sieci i ochronie danych. Powysyłałyśmy sobie kilka maili, siedząc obok siebie, tak dla zabawy i tyle.

I teraz dostałam tego maila i wzruszyłam się. Bo był pierwszy wysłany "z daleka". Dość prosty w przekazie - "Bali mnie cały czas brzuch 5 wymiotować bezgoraczki". Zapewne myślała, że może nic nie wiem :)

We wtorek wieczorem siedziałam sobie w centrum miasta i słuchałam występów kabaretowych na żywo, gdy zadzwonił Były.

- Ścisz telewizor. - rozpoczął.

Cały czas był zaniepokojony stanem małej (wymioty, ból brzucha) i chciał jechać do szpitala. Uważałam, że będą czekać godzinami, jako zbyt mało poważny przypadek i lekarze proszą by z takimi rzeczami nie przyjeżdżać, ale ok. Może zaliczyłam z moim dzieckiem dużą liczbę chorób i jestem bardziej odporna. Ja bym jej dawała pić, przytulała i próbowała nakarmić czymś lekkostrawnym. To zapewne grypa żołądkowa, albo lekkie zatrucie. Jednak może lepszy jest taki weekendowy ojciec nadwrażliwy niż olewający.

Pojechali. Jak mówiłam, były kolejki. Chciałam nawet jechać i posiedzieć z nimi. Bałam się tylko, że gdy Wiertka mnie zobaczy, to się rozklei i będzie chciała wracać do domu. Była już prawie 22:00, więc jej ojciec doradził mi bym jechała się wyspać. Mała miała usg jamy brzusznej, badanie oczu i krwi. Wyniki ok. Dali jej, po kolei, dwie kroplówki. Wyszli ze szpitala o... 7:00 rano.

I dziś dostałam wiadomość, że Wiertka chciałaby się ze mną zobaczyć. Tak podejrzewałam. Jest chora, źle się czuje i tęskni za mamą. Pojechałam tam po pracy. Rzeczywiście była apatyczna, bez życia, zabiedzona, z wypiekami i przytulała się do mnie prawie płacząc. Chciała wracać do domu, a na uwagę, że chodzę do pracy, stwierdziła, że będzie na Lecie w Mieście. A kilka dni temu nie cierpiała LwM. Potem trochę poprawił jej się humor. Jako przysmak kupiłam jej chrupki kukurydziane i chrupaki kukurydziano-ryżowe. Miałam nadzieję, że to potrawa lekkostrawna i nie ma jakiejś chemii. Okazało się, że nabrała na to apetytu i wreszcie zaczęła jeść. Bo znowu nic nie jadła, ale może to wpływ tych kroplówek. Za to cały czas pobolewa ją brzuch. Jutro Były zabiera ją do pediatry.

Była smutna, że wychodzę, ale obiecałam, że w weekend znowu zajrzę na trochę.

20:04, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 maja 2017
Majówka, część przechorowana

Jak się okazało, w poniedziałek na placu zabaw to ja powinnam była siedzieć w czapce. A także w rękawiczkach, grubym szaliku i kozakach ocieplanych. Już wieczorem nie mogłam zasnąć, było mi gorąco, wszystko mnie irytowało. Gdy telewizor grał, to eksplodowała mi czaszka, a gdy próbowałam zasnąć w ciszy, to myśli gnały mi po czaszce niczym plemniki po jajowodzie.

Dygresja. Wiertka miała trzy dni majówki spędzić z koleżanką u jej babci. Byłam zaskoczona, że do propozycji odniosła się z entuzjazmem i cieszyła się. Dotąd na sugestię o koloniach mówiła, że owszem, ale z mamą. Dla mnie super, bo we wtorek miałam pracować. I oto w piątek, po 20:00, dowiedziałam się, że wyjazd jest odwołany z powodu choroby zakaźnej w domu owej babci. Brałam to pod uwagę, ale nie w momencie, gdy nie jestem już w stanie nic zrobić – ani ze świetlicą, ani z pracą. Na szczęście, ojciec Wiertki zgodził się z nią posiedzieć. Jednak wiązało to się z tym, że pracował – jak zwykle w nocy – a o 6:00 przyjechał, by pospać w moim łóżku. Trudno.

Wracając do zmarznięcia. Początkowo wydawało mi się, że mam tylko lekki katar i chrypkę. Dobrze, że we wtorek w biurze byłam sama w pokoju. Kichała, smarkałam i piłam gorącą herbatę na przemian. Czas zadziwiająco szybko zleciał. Podejrzewam, że to dlatego, że miałam luźny związek z rzeczywistością. Gdy zobaczyłam swoje oczy w lustrze, plus ten obtarty już nos, to wyglądałam jakbym albo wciągała wyjątkowo zanieczyszczony towar, albo szlochała za biurkiem. O 15:30 wymknęłam się z pracy tak, by za bardzo nie rzucać się w oczy.

Po powrocie do domu, do łóżka. A w środę katar zelżał. Za to ja leżałam bez sił i drzemałam. Naiwnie sądziłam, że nie będę się już więcej przeziębiać, że to stres tak mnie osłabia fizycznie. Widocznie niekoniecznie. Oby to było już ostatni raz w tym roku.

Okazało się, że w moim przypadku najlepszym lekarstwem jest sen i lenistwo. Dziś mam jeszcze resztki kataru, ale generalnie funkcjonuję normalnie. Głupio by mi było brać zwolnienie lekarskie w trzecim tygodniu pracy. Wytrzymać dziś, jutro, a w weekend postaram się dalej leczyć snem i lenistwem.

Na szczęście, Wiertka zdrowa i mówi, że też trzeba było biegać po placu zabaw.

środa, 14 grudnia 2016
Znowu

Znowu przeziębiona. Próbowałam dziś funkcjonować w pracy, bo to tylko katar. Nawet ja zorientowałam się, że kogo ja tu oszukuję. Silny katar i rozbicie. Który to już raz w tym roku. Czwarty. To nadal liczba jednocyfrowa, ale nigdy w życiu chyba moja odporność tak się nie sypała. 

Jutro odbieram nadgodziny i próbuję wyleżeć to, kiedy dziecko będzie w szkole.

czwartek, 10 listopada 2016
Głucho wszędzie

Wygrzebałam się dziś z domu i poszłam do mojej przychodni. Dziś akurat przyjmował laryngolog. Od razu, na wstępie dowiedziałam się, muszę mieć skierowanie w trybie pilnym. Internista, pracujący kilka gabinetów dalej kazał mi iść do laryngologa w trybie pilnym, ale nie pomyślał o skierowaniu. Dodatkowo usłyszałam - usłyszeć, to w moim przypadku, stwierdzenie trochę na wyrost - że doktor ma zapisane więcej pacjentów niż trwa dyżur i jak ma mnie przyjąć.

W recepcji okazało się, że mój internista będzie za półtorej godziny. Numerków nie ma, do nikogo nie ma. Do laryngologa karty mi nie dadzą, chyba, że za zgodą dyrekcji przychodni. W innych przychodniach też są laryngolodzy. Mam sobie poszukać. Albo jechać na ostry dyżur.

Już widzę te zachwyty na ostrym dyżurze, gdy przyjmują pacjentów spychanych przez przepełnione przychodnie. 

I dziś dopiero pomyślałam, że co mnie niby w tej przychodni trzyma? Kiedyś pediatra, z którym miałam częsty i intensywny kontakt. Wiertka rośnie i do lekarza chodzę z nią raz na kilkanaście miesięcy. Z internistami i lekarzami innych specjalności związana nie jestem. Przychodnia musi przyjąć chyba każdą liczbę pacjentów, którzy ją wybiorą. Nie może zacząć odmawiać. Co najwyżej, gdy zrobią się długie kolejki oczekiwania, może przyjąć więcej specjalistów. Jednak po co? To koszty. Najlepszy jest pacjent, za którym idą pieniądze z NFZ, ale się nie pojawia. Prawie taki jak ja.

Na szczęście, mam planową wizytę u laryngologa za dwa tygodnie. Koleżanka z pracy podrzuciła mi adres przychodni, gdzie termin oczekiwania na wizytę był miesięczny, nie kwartalny. Jakoś się doczołgam te kilkanaście dni z moim niedosłuchem. Cud człowieczego ciała i mózgu polega na tym, że adaptuje się do okoliczności i po pewnym czasie przestajesz zauważać, że nie dosłyszysz. No, chyba, że rozmawiasz ze sprzedawczynią, albo koleżanką z pracy.

poniedziałek, 07 listopada 2016
Zwolnienie lekarskie

Co zaskakujące, w piątek lekarz nie miał żadnych wątpliwości, że jestem przeziębiona i wymagam zwolnienia lekarskiego. Wypoczywam w domu do końca tego tygodnia. Dostałam antybiotyk, choć zapewne to sprawa sporna, czy potrzebuję. Gorzej, że według lekarza mój słuch się nie poprawi i mam w "trybie pilnym" próbować dostać się do laryngologa bez kolejki. Laryngolog przyjmuje jutro. Spróbuję.

W weekend wysłałam dziecko do ojca i całe dwa dni przeleżałam w łóżku. Energii starczało mi na oglądanie seriali i przeglądanie internetu w telefonie, bo słowo pisane kompletnie nie wchodziło.

Dziś część dnia spędzam, w szlafroku, przed komputerem i staram się zrobić w pracy to, co można szybko załatwić mailem. Zaraz jednak chyba wracam do łóżka. Katar prawie przechodzi. Bardzo się z tego cieszę, bo straciłam przez niego smak. Niby kubki smakowe na języku działają. Czuje się słodki, słony. Jednak w oderwaniu od zmysłu węchu, to nie ma kompletnie sensu. Jest masa słonych produktów, ale dopiero węch pozwala zróżnicować, który to "słony". Jestem głodna, a nie mam apetytu.

Plan jest by z domu wyjść rano by zaprowadzić dziecko do szkoły i po południu by je odebrać. Zakupy spożywcze zamówiłam przez internet i zaraz dojadą.

czwartek, 03 listopada 2016
Listopadowo zarazkowo

Listopad nie udaje kogoś, kim nie jest. Listopad jest listopadowy :)

Długi weekend był mi naprawdę potrzebny. Niewiele robiłam. Stopa odpoczywała, stłuczony palec odpoczywał. Trzeciego dnia, nawet z lekką przyjemnością pomyślałam o pracy. Wiertka też potrzebowała wytchnienia, bo w piątek miała ponad 38 stopni gorączki. Dzień poleżała i już od soboty czuła się zdrowa. Jednak codziennie budziła się koło 11:00 :)

I trzeciego dnia zrobiłam ten błąd. Poprosiłam Byłego by mnie i Wiertkę zawiózł samochodem na cmentarz. Nie chciałam ciągle forsować stopy. Szybka wycieczka, może z kwadrans byłam pomiędzy grobami. Zauważyłam, że tłumów nie ma, nie ma fali ludzi, korka samochodów. Przynajmniej na podmiejskim cmentarzu. Albo wszystko rozłożyło się na cztery dni, albo rzeczywiście całość poszła we wtorek.

Wróciłam do domu i szybko zaczęłam kichać. Wtorek był już przeleżany, przesmarkany i szło to w kilometry rzeczy higienicznych. Noce nieprzespane, bo nos zatkany, wybudzam się co chwila.

Jednak do pracy w środę poszłam. Okropne - iść na urlop i zaraz z niego na zwolnienie lekarskie. I zwalić pracę na innych. Czekało na mnie 130 maili - po dwóch dniach nieobecności, z czego jeden to piątek przed długim weekendem, drugi to poniedziałek pomiędzy wolnymi dniami. Fakt, że połowa maili nadawała się do kosza. 

Moje koleżanki traktowały mnie jak broń biologiczną, wbijając w poczucie winy. Słusznie zresztą. Miałam nadzieję, choć praktyka tyle razy pokazała mi, że to nie działa, na wyleżenie choroby po pracy. W czwartek poszłam do pracy ponownie, może czując się lepiej, ale wydaje mi się, co potwierdzało otoczenie, że chyba mam gorączkę. Jednak udało mi się zrobić wszystko, co potrzebne, nic nie wisi i teraz co najwyżej coś wpadnie na bieżąco.

O tym, że chodzą fale chorób widzę po autorespondentach od klientów, telefonów od podwykonawców. Anginy, zapalenia krtani, grypy, przeziębienia.

Jutro chcę iść do lekarza po zwolnienie lekarskie. Nawet jeśli nie wyleżę tego cholerstwa, to przynajmniej otoczenie nie będzie - niby to żartobliwie - syczeć na mnie. Wiem, mają 100% racji.

Najgorsze jest, że przez to przeziębienie... ogłuchłam. Już wcześniej zatkało mi trochę uszy. Pod koniec listopada mam wizytę i mam nadzieję, że zwyczajne płukanie pomoże. Teraz słyszę niewiele. W pracy nie ma mnie także dlatego, że gdy ktoś mówi przyciszonym głosem albo jest dalej niż metr - nie słyszę go. Mówię wszystkim otwarcie, że przez chorobę ogłuchłam, ale jest to kłopotliwe. W sklepach też. Czasami zapewne sprawiam wrażenie przygłupiej, bo przytakuję niczym Azjatka, nie wiedząc po co. Mam nadzieję, że to przejdzie. Za lekkie by dostać rentę, za ciężkie by zwyczajnie żyć :)

Nie mam pojęcia i nie wiem, który to już o tym wpis, że dopóki stoję na dwóch nogach i kontaktuję z otoczeniem, to wydaje mi się, że jestem jako tako zdrowa i mogę pracować, żaden lekarz nie da mi zwolnienia. Dziwne jak na kogoś, kto ze stresu, problemów życiowych, bólów istnienia, tudzież bólu dupy potrafi czuć się tak zmęczony, że chce się położyć na chodniku. Jak widać, to nie ciało pośle mnie do grobu.

niedziela, 09 marca 2014
Weekend pod hasłem broni biologicznej

Weekend NieMatki zapowiadał się miło. Dziecko po miesiącu jechało na całe dwa dni do taty. Miałam do wyboru albo program Dnia Kobiet w Domu Spotkań z Historią, albo wycieczkę po sejmie. Wygrałam bilety do teatru na FB. W niedzielę szykowała się Manifa, na którą - szczerze mówiąc miałam małą ochotę. Kręciło mnie to bardziej, gdy było niszowe. W niedzielnę popołudnie mieli wpaść znajomi.

Plany zaczęły się komplikować już w piątkowy poranek. Wiertka obudziła się ospała, zmęczona. 37,5 C. Miałyśmy tego dnia jechać, wczesnym popołudniem, do Krainy Kinder Niespodzianki i strasznie się na to cieszyła. O 13.00 kolejny pomiar rozwiał wszelkie wątpliwości - 38,5 C. Piątek dziecko przesiedziało przytulone do mnie. Nad ranem, w sobotę, ocknęłam się, bo dziecko ciężko oddychało. Miała 39,8 C. Dałam syrop na zbicie i czekałam, czy temperatura spadnie. Spadła poniżej 39. Dobrze, że pozwoliłam jej spać ze mną. To jedna ze moich schiz - dziecko umrze we śnie z powodu zbyt wysokiej gorączki.

W sobotni poranek obudziłam się "z ciężkim kacem". Ledwo doczłapałam do toalety. Też byłam chora. Tym razem już nie wygłupiałam się z posyłaniem chorego dziecka do ojca (szkoda, bo w lutym widziała go całe 3-4 dni). Przez cały dzień zbijałam jej temperaturę poniżej 39 C. Sama też głównie drzemałam albo coś czytałam. Leżałyśmy obie razem na łóżku, pod swoimi kołdrami i rozsiewałyśmy zarazki.

Przez tą moją chorobę kompletnie zapomniałam, że dziecko w gorączce trzeba nawadniać! I zaczęłam mieć schizę, że umrze z odwodnienia. Przyglądałam jej się, gdy drzemała, a gdy się ocknęła zaczęłam podawać wodę łykami.

W niedzielę Wiertka miała rano 37,1 C i wrócił pomysł, by przyjechał po nią jej tata i zabrał na jeden dzień. Ona jednak stwierdziła, że chce być ze mną. Mogłam się uprzeć, ale skończyło by się jej płaczem. Za to o 14.00 popłakiwała, że teraz to ona do taty chce :) Jednak za późno.

Ze mną było gorzej. Praktycznie cały dzisiejszy dzień przespałam. Ledwo mogłam się poruszać. Dosłownie zwaliło mnie z nóg. Gdyby nie to, że w nocy męczył mnie katar, to pomyślałabym, że to grypa. Dobrze, że mała nie miała apetytu, bo nie dałabym rady zrobić nic poza kanapką, czy kawą zbożową z mlekiem. Znajomych odwołałam. Dziecko bawiło się samo na podłodze.

Teraz wreszcie aspiryna zaczęła działać.

Wieczorem zajrzał Były z zakupami.

Teraz czeka mnie kilka dni w towarzystwie dziecka, bo nie wyślę jej od razu do przedszkola.

20:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014
Weekend NieMatki

Smutny to Weekend NieMatki, spędzany w poczuciu winy.

Wczoraj wieczorem Wiertka zaczęła trochę gorączkować. Zasnęła razem ze mną, wybudzała się i plotła trzy po trzy, co nasunęło mi podejrzenie, że chyba rośnie jej temperatura. Zapomniałam głupia od jakiego poziomu temperatury ja miewam synestezje. Rano wyglądała już na lekko podziębioną, marudną, przyklejoną, ale ok. Bo rankiem przyjechał po nią jej tata. I teraz dylemat - zostawić ją w domu, ze świadomością, że po moim wolnym weekendzie, a następny będzie za dwa tygodnie, wiedząc, że dziecko zaraz może mówić, że tęskni za tatą i chce go zobaczyć. Czy może przejechać się ten kawałek samochodem z ojcem, który nie ma nic przeciwko choremu dziecku w domu (potrafi się takowym zająć, kupić i podać lekarstwa), ale też nic przeciwko by zostało ze mną.

Namówiłam w końcu małą, by z nim pojechała, choć kleiła się do mnie i chciała zostać. Gdy dotarłam do tamtego domu, okazało się, że temperatura skoczyła jej do 39,7 C (i tak przez resztę dnia, zbijana lekami). Czuję się podle. Pozbyłam się dziecka. Bo chciałam sobie powypoczywać. Bo chciałam posprzątać mieszkanie i cieszyć się czystością dłużej niż godzinę. Podłe. Podłe, w świetle tego, że 99% samotnych matek w takim przypadku walczy o zostanie dziecka w domu, nawet gdy ojciec przychodzi z policją. Tak powinna zachować się prawdziwa matka.

Zadzwoniłam w końcu by powiedzieć, że można ją przewieźć z powrotem do mnie, ale - słusznie pewnie - jej ojciec nie chce dwa razy ciągać dziecka.

Po południu byłam w kinie na "Pod Mocnym Aniołem". Nie, nie rozwalam się po salach kinowych, gdy dziecko cierpi :) To był spóźniony prezent gwiazdkowy dla mojej cioci. Uznałam, że kolejny zestaw kosmetyków będzie nudny. Zabiorę ją do kina. Okazało się, że nie była w kinie od ponad trzech dekad. Taka mentalność - kino przed ślubem, po ślubie to już niekoniecznie :) A bez męża się nie wychodzi. Film sama wybrała i dopytałam się ją, czy na pewno wie o czym to jest. Wydaje się zbyt delikatna na takie tematy, ale ok. I film podobał się jej.

Sam film? Gdy zobaczyło się jeden film Smarzowskiego, to tak jakby widziało się wszystkie. Wiem, bluźnię. Książkę czytałam lata temu. Początkowo byłam zdziwiona, jak historia może "zatrząść Polską" skoro wykorzystuje się wszystkie anegdotyczne klisze o pijakach rodem z dowcipów. Połowa sali się cicho śmiała. Historia, jak wódka wciąga i nagle znajduje my się w seriach następujących po sobie ciągów alkoholowych i detoksów, odwyków sfilmowanych niemal jak w "Trainspotting", gdzie nie wiadomo co domem, co szpitalem, co wiosną, co zimą.

I wątek miłosny. Wpleciony niczym pojedyncza nitka pomiędzy scenami, gdy nie wiemy kiedy się zaczął, kiedy skończył w chronologii ciągów. Bo i zapewne w życiu alkoholika tak wygląda miłość. Cieszę się, że wbrew kulturowym kliszom nie mamy tu uczuciowej dziewoi, która wierzy, że jej miłość wyciągnie go z alkoholizmu, trwa pomimo wszystko i zapewnia tak szeroko przedyskutowany w temacie "komfort picia". By wreszcie, na koniec miłość zwyciężyła ten straszny nałóg. Może młode dziewczyny zobaczą, że jak widzisz ukochanego w kałuży wymiocin po raz kolejny to włączasz funkcję "wylogowywania", nawet jeśli tytułuje cię "największą miłością swojego życia". Może picia?

Miło się oglądało. Bez rewelacji. Może odświeżę książkę.

 
1 , 2 , 3
Tagi