To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: praca

poniedziałek, 23 października 2017
Raport pracowniczy

Chodzę do pracy, choć jest to jak trwanie w związku z kimś, kto ma cię głęboko gdzieś, ale kredyt hipoteczny, czy przekonania religijne nie pozwalają na wyprowadzkę. Albo mam po prostu niezdrowe poczucie obowiązku mówiące, że powinnam pewne rzeczy zakończyć, poskładać, ułożyć. Bo gdyby jutro przejechał mnie samochód, to byłaby jatka – pewne rzeczy tylko ja ogarniam. Mam też nawyk, może frajerski, by w życiu zawodowym nie palić za sobą mostów, ani nie wykonywać dramatycznych gestów. Już osobiście przekonałam się, że dawni przełożeni potrafią się pokazać, gdy aplikujesz do nowego miejsca. I w drugą stronę – ja cierpliwie czekam, by odegrać się na takim, który nie fair się zachował wobec mnie. A pamięć mam jak słoń. Miałam sytuację, gdy mogłam się zrewanżować.

 

Oprócz tego pracuję z miłymi ludźmi i przebywanie w ich towarzystwie nie stanowi źródła stresu. Bo czasami też tak bywa, że musisz trwać w miejscu pracy, na wypowiedzeniu, a otoczenie też jest średnio przychylne.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jeszcze nigdy nie brałam zwolnienia lekarskiego nie będąc chorą, by coś odwlec w pracy, nie pojawiać się w niej. Nie mam pojęcia, jak na taki temat rozmawiać z lekarzem i chyba ciężko by mi to przez gardło przeszło. Z pediatrą mam częstszy kontakt, bardziej luźniejszy i ona zapewne by mi pomogła. Tylko co – ja na zwolnieniu lekarskim, a dziecko w szkole na lekcjach? Mam ją zostawiać w domu? I jaki przykład daję córce, gdy w jej obecności negocjuję z lekarzem lewe zwolnienie.

Na razie pracuję, zbieram informacje. Może jakaś zaprocentuje. Lepiej nie zapeszać.

Ten wpis chyba powinnam do listu motywacyjnego dołączać ;)

 

Tagi: praca życie
15:09, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
czwartek, 12 października 2017
Zakręt

Z przyczyn wielorakich – a to jakieś niedopatrzenie na wiosnę, a to restrukturyzacje, a to roszady, a to celowe wprowadzenie mnie w błąd – umowę o pracę mam tylko do końca roku. Miałam być poinformowana o tym już w lipcu, ale osoby którą mogłabym za to skopać już nie ma. Może i tak dobrze, że mam przed sobą dwa i pół miesiąca na ogarnięcie. Ostatni tydzień to silny stres i jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wygląda atak apopleksji, czy wylew.  Ze złości.

Może się okazać, że będę mało pisać. Bo przetrawiam sytuację.

 

Myślę, że gdyby moje życie miało być serialem, to wywalili by scenarzystę za zbytnie nagromadzenie wątków na jednego bohatera. Bo to niemożliwe.

 

Tagi: praca życie
16:16, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 lipca 2017
Gry w jakie gramy - praca

Jeszcze studiując, bardzo lubiłam teorię gier Goffmana. Choć dla niektórych takie postrzeganie życia i relacji może wydać się wyrachowane.

Ostatni zwróciłam na to uwagę w kontekście pracy. Są firmy - takich jest większość - gdzie praca wygląda niczym gra w "Chińczyka" - rzucasz kostką i w zależności od liczby oczek idziesz do przodu. Zawsze idziesz do przodu. Są zawodowe planszówki, gdzie trafiając na określone pola zbierasz bonusy, żetony i starasz się mieć tego jak najwięcej. Oczywiście są takie, gdzie wchodzisz na coraz wyższy poziom gry. Nie zapomnijmy, że nie gramy w pojedynkę. Dookoła są inni gracze, którzy też idą do przodu i zbierają żetony.

Jednak, miejsce w którym teraz jestem jest kompletnie innym typem rozgrywki. To "Drabiny i Węże", tyle że drabin nie ma :) Jeśli ktoś nie zna takiej gry, już wyjaśniam. Często gramy w to z Wiertką. Pola na planszy są zakręcone niczym jelita. Niektóre są połączone drabinami, inne wężami. Standardowo idziesz tyle, ile wyrzuci się oczek na kostce. Jeśli trafi się na pole z drabiną to idzie się do przodu aż do jej drugiego krańca, czyli skacze do przodu o kilka, kilkanaście pól. Jeśli trafisz na węża, to zjeżdżasz do jego ogona, czyli cofasz o kilka, kilkanaście pól. 

I tak wyglądają moje projekty w pracy :) Coś robię, naliczę się, rozpiszę i bum wpadam na głowę węża. I trzeba rzecz robić od początku. Dostępne są także, znane w grach planszowych, opcje typu "stoisz dwie kolejki", czy też banalne "cofasz się dwa pola do tyłu". Czasami to rondo przypomina. Linearność jest dla frajerów.

Ja przyglądam się temu niczym Alicja w Krainie Czarów, ale są normalni ludzie, których doprowadza to do frustracji.

piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

piątek, 07 kwietnia 2017
Czwartek w biegu

Wczorajszy dzień miałam zabiegany. Odprowadzić dziecko do szkoły. Zanieść spodnie do poprawek krawieckich, bo trzeba wszyć nowy suwak, a ja nie jestem biegła w tej sztuce. I komuś pracę dać trzeba :) Potem przejażdżka do Urzędu Pracy, by podpisać listę. Czasu miałam trochę, więc by dotrzeć w kolejne miejsce, na drugim końcu miasta, wybrałam połączenie bez przesiadek, ale za to długą trasą. Miałam książkę do czytania. Szkoda, że do picia wzięłam wodę, a nie termos z gorącą herbatą :) Zapobiegawczo założyłam ciepły płaszcz i szal, ale brakowało mi rękawiczek :)

Pojechałam na badania medycyny pracy, do nowej pracy. Dużo jeszcze nie piszę, bo boję się zapeszyć i cieszyć przedwcześnie. Jak to ja :) Instytucja chroniona, więc ktoś musiał po mnie wyjść, by mnie do lekarza zaprowadzić. Firma jest na rozległym terenie, więc owa osoba przyjechała po mnie samochodem. Zapobiegawczo byłam wcześniej, bo zakładałam, że dostanie się do budynku przychodni zajmie trochę czasu. Pan, który po mnie przyjechał - a zostało jeszcze trochę czasu - powiedział, że zanim mnie podwiezie, załatwi coś w innym budynku, a ja poczekam w aucie. Fajnie jest mieć zawsze przy sobie książkę. Tylko, że czas mijał i mijał. W końcu okazało się, że jest już pora mojej wizyty. Weszłam więc do budynku i kulturalnie wygarnęłam pana do samochodu.

W tamtym miejscu czas kieruje się swoimi własnymi prawami, bo gdy dotarła do poczekalni, gabinet był zamknięty. Jakaś przerwa. Byłam przygotowana logistycznie - miałam kanapki. I książkę oczywiście. Choć mój charakter, który chce wszystko szybko i od razu - cierpiał. Po 40 minutach, wreszcie lekarz zaczął ponownie przyjmować. To był ten pan, który po mnie wyjechał. Znalazłam się chyba po drugiej stronie lustra :) Ze względu na opóźnienia, wizyta trwała jedno mgnienie oka.

Załatwiłam jeszcze pewne sprawy w kadrach, przywitałam się z osobami, z którymi będę pracować i wyruszyłam dalej. Kompleks jest rozległy, można jeździć po nim samochodem, ale na piechotę także się da. Ćwiczę moją orientację przestrzenną i udało mi się wydostać bez kompasu, czy też finki.

To nie koniec, bo pojechałam do mojej byłej pracy, gdzie czekały na mnie jeszcze jakieś drobne pieniądze. Tam też chwilę pogadałam z byłymi współpracownicami.

Jednocześnie, starłam się z praktycznym zastosowaniem przysłowia "kwiecień plecień poprzeplata", próbując wbić się pomiędzy fale deszczu z gradem. Nie zawsze się udawało. Do domu dotarłam przemoczona. Zrobiłam sobie coś do jedzenia, poleżałam na kanapie i trzeba było iść po dziecko.

A po południu także wychodziłam na miasto, ale wpis o tym będzie następnym razem.

czwartek, 16 marca 2017
O Multisporcie i owocowych środach

Będąc, niestety, notorycznym poszukiwaczem pracy, co jakiś czas, mam okazję przeglądać portale rekrutacyjne, ogłoszenia. I patrzeć jak wszystko się w czasie zmienia. O ironio, nie zmieniają się niektóre firmy, które pomimo upływu lat, ciągle szukają pracownika, ciągle na to samo stanowisko. Czasami pod przykrywką agencji rekrutacyjnej. Przestałam więc aplikować na ogłoszenia agencji, jeśli nie ma podanej nazwy pracodawcy.

Z biegiem lat zmienia się treść ogłoszeń. Już nie szuka się do "młodego, dynamicznego zespołu". Jednak, czy aby na pewno? Hitem teraz jest karta Multisport oraz "owocowe środy / wtorki / inny dzień tygodnia". Ileż fajnych rzeczy, oprócz pensji, może wydarzyć się w takim miejscu pracy. I mam wrażenie, że mam to przyciągnąć, skusić ludzi młodych. Może jeszcze oni cieszą cię z różnych upominków. Ludzie urodzeni jeszcze za czasów wyrobów czekoladopodobnych uważają, że wystarczy pensja, dzięki której - po płaceniu rachunków, jedzenia, ubrań, wakacji - zostanie jeszcze kasa na owoce i karnet do wybranej przez siebie (nie narzuconej) siłowni. Naprawdę, nie trzeba tego dorzucać w gratisie. A może ludzie kochają gratisy i nawet wtedy, uważaliby, że dobry pracodawca dorzuca coś jeszcze, a oni po prostu bardzo dobrze zarabiają? Przyznam szczerze, że mnie zmiękłyby kolana przy pakiecie "Opieka dentystyczna" :D

W taki razie, dlaczego ci pracodawcy tak podniecają się tym Multisport? Dlaczego nie Multikultura - bony książkowe do wykorzystania w księgarni, bilety do teatru, kina, opery (to pojechałam). Już nawet wyczułam niszę rynkową, ale podobno takie pakiety są. Tyle, że pracodawcy się nimi nie chwalą, nie kuszą nimi w ogłoszeniach.

Bo to czym się kusi w ogłoszeniu, pokazuje kogo chce się skusić. Nie od dziś wiadomo, że na rozmowie rekrutacyjnej na hasło hobby dobrze błysnąć - bieganiem, jazdą na rowerze (ale nie po prostu jazdą, tak na poważnie - Jazdą na Rowerze). Zaś jeśli się lubi spędzać wolny czas pod kocem czytając książkę, albo na retrospektywie kina irańskiego, lepiej sobie odgryźć język. Aktywność fizyczna kojarzy się z osobą otwartą, energiczną, podejmującą wyzwania. Jakie wyzwanie może podjąć osoba, która ostatni wieczór spędziła w wannie czytając "Armadale" Wilkie Collinsa? Przecież przez ponad pół godziny nie mogła z tej wody wyjść, bo jeszcze tylko trzy strony do końca rozdziału. 

Tagi: praca życie
15:30, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 11 stycznia 2017
Zmiana

Człowiek już myśli, że wyszedł na prostą. Już nawet w porywie optymizmu meble nowe do kuchni sobie kupił. Na tyle trzeźwo, że za gotówkę, nie na kredyt.

I znowu wszystko zakręca. 2017 miał przynieść coś dobrego. Potraktował to bardzo przewrotnie. Bo może zmiana doprowadzi do czegoś pięknego. Coraz trudniej mi w to uwierzyć. Bo moje życie co i raz się wywraca, wykręca na lewą stronę i nie prowadzi to do niczego. Co najwyżej do kolejnych urodzin.

Na razie najbardziej pozytywną emocją we mnie jest obojętność. Ale także duża ulga.

Nie potrafię się cieszyć nawet, tym co akurat dobrze mi wyszło.

piątek, 23 września 2016
Złota jesień

Jestem wkurwiona, tym co się dzieje w sejmie. Bardzo wkurwiona. Tak, że zastanawiałam się, czy w ogóle dziś pisać na blogu.

Życie toczy się obok. Bo, że "dalej" nie napiszę. Bom wkurwiona :)

W pracy sprawy się powoli rozładowują. Będzie jeszcze 2-3 tygodnie stresu, ale ten najbardziej mnie rozwalający projekt rusza od poniedziałku. I dalej to będzie mnie dobijał fazą realizacji. To jednak spokojniejsze. Jednak ciągle wybiegam z pracy zamiast o 16:00, to o 17:00 i odbieram dziecko przed zamknięciem świetlicy.

Dziecko nauczyło się alfabetu prawie w całości - tak do litery T. Nie narzekam, uważam, że to spore osiągnięcie. Piosenką próbowałam, ale nie poszukałam odpowiedniej w necie i podrzuciłam dziecku taką skopiowaną z angielskiej wersji. Za to na dwóch kartkach wypisałam litery po kolei, dołączyłam do każdej obrazek, wydrukowałam to i zalaminowałam. Dziś pani pytała Wiertkę. Niestety, nie było sukcesu. Mała zaczęła "a, ą", tylko że "ą" powiedziała jak "o", pani jej przerwała, powiedziała, że źle i kazała innemu dziecku dokończyć :( Sama do tego doszłam, gdy zaczęła mi recytować i usłyszałam to "o". Wiertka nie wiedziała dlaczego robi coś źle, skoro robi dobrze.

O kuchni będzie zapewne oddzielny wpis, bo to temat strumyk ;)

Dziś, po wyjściu ze świetlicy, Mała zauważyła mecz siatkówki na hali. Poszłyśmy na trybuny i okazało się, że żeńska drużyna z naszej szkoły, gra z inną. Wiertka była bardzo zainteresowana. Chyba emocjonowanie się sportem ma po tacie. Niestety, przeciwniczki były dobre, nawet powiedziałabym, że bardzo dobre. W dodatku, razem z nimi przyszli rodzice, dziadkowie, zgrana grupka dorosłych dopingująca i pocieszająca okrzykami, gdy straciły piłkę. Do tego mieli megafon :) Za to ze strony naszej szkoły nie było nikogo... Nie rozumiem tego :( My dwie, i może jeszcze ze dwie osoby. Po trzecim przegranym przez nas secie, Wiertka powiedziała, że chce wracać do domu, bo nie może na to przegrywanie patrzeć, smutno jej się robi. Jej ojciec w takiej sytuacji zazwyczaj krzyczy, przeklina i złorzeczy :)

sobota, 17 września 2016
Raport życiowy

Ostatni tydzień był stresujący w pracy. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale puściłam ofertę w jednym przetargu, który miał mordercze warunki. Prezes zazwyczaj każe brać udział, twierdząc, że damy radę. Wszyscy usiądą i zrobią. Bierzemy więc udział, a potem trzymamy kciuki, by wybrali kogoś innego. Zazwyczaj wybierają, bo konkurencja daje ceny dumpingowe. Tu krótka dygresja - widać, jakie stawki dają i wiem, jakie stawki biorą ludzie w tej branży. Wychodzi na to, że konkurencja dopłaca. Raz nawet dostaliśmy prośbę o wyjaśnienie podania "rażąco niskiej ceny". Wysłaliśmy odpowiedź, bo nasza była normalna. Wygrała firma, która podała sporo niższą. Nie wiem, jak oni się wytłumaczyli.

I zdębiałam, gdy dostałam telefon, że wygraliśmy. Zbladłam. Fartem było to, że trzeba było jakieś drobiazgi uzupełnić i zanim to zrobiłam, wynegocjowałam pewne ustępstwo. Inaczej wykonanie założeń byłoby prawie niemożliwe. Od ponad tygodnia siedzę na mailach, telefonach, żyję w stresie. Jeśli się nie uda, czekają moją firmę kary umowne. A dodatkowo mam ogromną ilość pracy, która zwala się zazwyczaj o tej porze roku. Zostaję po godzinach. Jednego dnia pół nocy nie spałam. W piątek obudziłam się sama z siebie przed 6:00, co oznacza, że jestem w fatalnym stanie :) Zamiast się cieszyć, że już piątek, martwię się, że piątek i jeszcze by trochę czasu się przydało.

Na szczęście, w piątek była pełnia księżyca i mam nadzieję, że teraz będzie już lepiej ;)

Żeby było mało, w czwartek wieczorem przysnęłam w okularach, dziecko śpiące obok walnęło mnie ręką i pękł kawałek jednego ze szkieł. Nosić mogę, ale długo tak się nie da. Poszłam do salonu, w którym kupowałam te oprawki sześć lat temu i w którym półtora roku temu też mi wymieniano rozbite szkło. Teraz rozumie, dlaczego sprzedają oprawki za bezcen. Okazało się, że tym razem trzeba wymienić oba szkła. Bo jedno będzie bardziej starte, a tak w ogóle już nie sprowadzają takich i trzeba zamówić nowe. 350 złotych poproszę. Zdębiałam. Powiedziałam dziękuję. I wyszłam. Może spróbuję jeszcze w jakimś mniejszym zakładzie optycznym. Albo zastanowię się, jak mogłabym zejść z ceny. Z antyrefleksu nie zrezygnuję niestety, bo zanim go zamówiłam, wracałam do domu - po ośmiu godzinach przed komputerem - ze zmasakrowanymi oczyma.

Na tym nie koniec. Próbowałam wgrać e-hologram na moją Kartę Miejską i automat stwierdził, że nie ma takiego numeru w systemie. Musiałam iść do Punktu Obsługi Klienta. W jednym okienku Pan kazał mi pokazać się jeszcze raz z zaświadczeniem z Urzędu Skarbowego. Nie ma w systemie i już. To ile miesięcy użytkowałam nielegalnie Miejską Kartę Warszawiaka? W drugim okienku, gdzie mnie odesłano, po długiej dyskusji (nie będę chodzić do US) kazano mi po prostu wyrobić nowa Kartę Miejską i problem zostanie rozwiązany.

- Niech pani wyrobi nową, ta jest starta, nie można rozpoznać panią na zdjęciu. 

Stwierdziła urzędniczka, poniekąd słusznie, bo po siedmiu latach mało już na niej widać. Chciałam jej powiedzieć, że nigdy nie była na tym zdjęciu do siebie podobna, bo robiłam je w siódmym miesiącu ciąży, ale się powstrzymałam.

I to na tyle. Na razie mi wystarczy.

piątek, 05 sierpnia 2016
Świat równych pieczątek

Nie pisałam, bo ostatni tydzień, to pierwszy w pracy po urlopie. Sprawy udało się szybko ogarnąć, nie było aż tak dużo do zrobienia. Jednak jest we mnie jakieś uczucie niepokoju. Jakby coś miało się zaraz stać.

A dziś wydarzyła się sprawa pieczątkowa, która może być anegdotą, ale też sprawą poważną. W ciągu ostatnich dni wystawiałam dużą ilość dokumentów. Podbiłam je pieczątką, zaniosłam prezes do podpisu. Wkrótce zawołała mnie do siebie, by zacytuję "nie robić mi wstydu przed koleżankami". Okazało się, że krzywo przybijam pieczątki. Mają być równo. A ja robię to na ukos. Miała zniesmaczoną minę, jakbym narysowała na tych dokumentach kutasiki. Zbrukałam poważne, urzędowe pisma. Naruszyłam na szwank powagę firmy.

Najlepsze jest to, że ja je krzywo przybijałam świadomie. Wszędzie - dokumenty, umowy, faktury. Te równe pieczątki wydają mi się takie - nie mam odpowiedniego określenia - nudne, pompatyczne, poukładane. Te na ukos nadają jakiejś wizualnej dynamiki. A może to jest tak, jak z charakterem pisma. Jedni stawiają równe litery, inni pochylone. Ja odczuwam silną potrzebę nachylania pieczątek.

Dokumentów była duża ilość, jak pisałam, i ponowne ich wystawienie (czyli trzy dni pracy w plecy) zabrały by dodatkowe koszty. Poszły w takiej formie.

Na tym się nie skończyło. Zamieniłam kilka zdań z koleżankami z działu i okazało się, że chyba jestem jedyna. One przystawiają pieczątki równo - bo to takie urzędowe, poważne. Były zaskoczone moim "wichrowaniem".

To ten moment, kiedy sobie uświadamiasz, że jesteś dziwaczką i ekscentryczką. Mam nadzieję, że to nie będzie mnie kosztować posadę. Nie sama sprawa z pieczątkami, ale uznanie, że nie jestem wystarczająco "urzędowa".

A wy jakie lubicie pieczątki na pismach?  :)

Tagi: praca życie
22:01, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi