To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: praca

piątek, 18 stycznia 2019
W 2019 rok

Bardzo bym chciała nie zapeszać, ale każdy normalny, bez dramy, zwyczajny dzień nowego roku, to jak spokojny haust powietrza nabierany do klatki piersiowej. Wiem, że w warstwie ogólnokrajowej, ten 2019 jest smutny, komasują się tragedie. Dla mnie osobiście jest na razie tak dobry jak 2018. I chciałabym nie zapeszać, nie odwoływać, nie żałować, że tak napisałam. Ktoś by pomyślał, że przesadzam tak z tym odliczaniem normalności. Mam jednak za sobą kilka lat gwałtownych zmian, wolt, wywrotek. Mam za sobą czas, gdy nie za bardzo nie mam się na kim oprzeć, poczuć bezpieczna. Chciałabym by chwilowo scenarzysta zawiesił kręcenie tego serialu.

 

Co dziwne, w synestezji 2018 miał dla mnie kolor granatowy, a 2019 kolor czarny. A to kolory smutku, zamyślenia, końca. A poprzedni rok przeżyłam dobrze i radośnie jak na mnie. Za to roczniki z lat 90tych miały dla mnie kolory zielone i czerwone. Były to czasy intensywnych przeżyć i doznań emocjonalnych. Dobre, jak jest się młodym. W moim wieku, z tachykardią to się idzie do lekarza, nie opisuje podekscytowana w pamiętniku ;)

Uznam, że granatowy i czarny to kolory normalności. Jak czcionki ;)

Wczoraj miałam okresową ocenę pracownika. W mojej pracy jest takim zwyczaj zapożyczony z korporacji – taka rozmowa, co udało mi się wykonać z planów od poprzedniej oceny, jakie mam plany na kolejne pół roku, jakie widzę u siebie mocne strony, jakie słabe. Poprzednia odbywała się w momencie, gdy przedłużano mi umowę po okresie próbnym, więc tak na prawdę była to rozmowa, jak mi idzie w nowym miejscu i czy się nadaję. Teraz spotkanie było z moją bezpośrednio przełożoną, czyli koleżanką z działu, człowiekiem wielkiego serca i szefową działu, która pracuje od kilku miesięcy i jak dotąd średnio interesowała się każdym z nas, jako jednostką. Zrobiłam makijaż, założyłam czerwone ubranie, pierścionek, korale. Podciągnęłam moje emocje pod ubranie.

Dygresja. Najczęściej bywa tak, że człowiek podkreśla ubraniem swój stan emocjonalny. Można też odwrotnie – emocje wciągnąć w górę (rzadziej w dół) ubraniem. Nie podziała to jak jesteś w dołku – nie ubierzesz się, jak milion dolarów i nie poczujesz się od razu szczęśliwy. Podziała jak jest z tobą ok – założysz dobrane ubranie i poczujesz się bardzo, bardzo ok.

Oczywiście, moja dyrektor zdaje sobie z tego sprawę, ale też potrafi docenić, że to robię, bo jej zdaniem świadczy to o jakiejś tam samoświadomości człowieka. Generalnie, rozmowa poszła dobrze.

 

Tagi: praca życie
17:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Przyjęcie świąteczne

Za mną czas przyjęć.

 

Najpierw piątkowe przyjęcie gwiazdkowe z mojej pracy. Zdarzyło mi się być na spotkaniu firmowym w takiej formie pierwszy raz. Zazwyczaj polegało to na tym, że wszyscy zasiadali przy stole, jedli, pili, rozmawiali albo w środku dnia pracy rozstawiało się szwedzki stół i każdy nakładał sobie i wracał do biurka. Choć nie była to wielka impreza w knajpie, co było nawet fajne. Rozpoczęło się o 19:00, ale to też ze względu na to, że jeden z działów pracuje do 20:00, a tego dnia i tak pracę miał skróconą. A my tak sobie ułożyliśmy pracę, że ci którzy mają daleko do domu, pracowali tego dnia do 18:00.

Motywem przewodnim imprezy były nietypowe nakrycia głowy. Obecni stawili się z różnymi zabawnymi rzeczami  - od pluszowej ryby, czy flaminga, poprzez czapki pirackie, kozackie, peruki, czy opaski z ozdobą w kształcie prezentu, czy dymku z napisem. Ja pożyczyłam od dziecka czapkę w stylu Myszki Mickey.

Tym razem kolejność została odwrócona i najpierw wszyscy najedli się i napili do syta, i dopiero po godzinie, gdy każdy zasiadł z kieliszkiem wina, czy napoju, szef wszystkich szefów wydał świąteczne oświadczenie. I w dodatku było krótkie.

Osób było dość sporo, powyżej dwudziestki i istniało duże ryzyko, że każdy dział znajdzie swój kąt i będzie się integrował wewnętrznie. Czyli robił, to co zawsze w godzinach pracy. Koordynatorzy imprezy wpadli na pomysł, jak ludzi zintegrować. Graliśmy w kalambury i krótką ankietę zagadkę. Każdy przed imprezą przesłał do koordynatorki dwie, trzy ciekawostki na swój temat, razem z trzema opcjonalnymi odpowiedziami. Na przykład ja napisałam: „Kilka lat temu wygrałam: a. konkurs na powieść, b. czwórkę w Lotto, c. wycieczkę na karnawał w Rio”. Zebrani mieli zgadywać, która odpowiedź jest prawidłowa. Można się było dowiedzieć fajnych rzeczy o osobach, z którymi się pracuje.

A przed 22:00 to już były tylko tańce, dopijanie alkoholu i zabawa w podgrupach. Ja byłam potwornie zmęczona. Po przeziębieniu nie czuję się do końca wyleczona, do tego koniec tygodnia i schyłek cyklu hormonalnego. A czekał mnie jeszcze zajęty weekend. Przed 23:00 zwinęłam się do domu. Trochę żałuję, że nie miałam w sobie energii by potańczyć, czy napić się jeszcze śmiejąc się i żartując. Ludzie bawili się do 1:00. Mam w tej chwili etap bycia kupą jesiennych liści 

 

czwartek, 18 października 2018
Przeziębieniowo

Zauważyłam ciekawą rzecz. Dwa ostatnie lata były dość ponure i tak też reagowało moje ciało – miałam jakieś 4-6 przeziębień i – to dość silnych – rocznie. W tym roku, gdy – oby trwało – rzeczy układają się, jak normalnemu człowiekowi, od stycznia nic mnie nie dopadło. Zimą miałam jakiś katar, ale uznaję, że dwa razy do roku – wiosną i jesienią, każdemu może się zdarzyć.

 

Przez przepiękną, ciepłą jesień biegałam długo w letnich trampkach, balerinkach i na serio nie wyczułam, że aura to już mniej sprzyjająca. W sobotę wyszłam z dzieckiem po południu na plac zabaw i tak koło 18:00 stojąc na trawie, poczułam, że weszłam w kontakt z matką ziemią, czyli chłód przeszedł z moich stóp gdzieś pod gardło. W niedzielę trochę mnie rozbierało, trochę kichałam i wieczorem jeszcze sobie dowaliłam (będzie o tym wpis).

Efekt był taki, że w poniedziałek pojechałam do pracy z rosnącym katarem i rozbiciem fizycznym. Pojechałam, bo nie chciałam zostawić koleżanki do 10:00, kiedy to przychodzi reszta, z wszystkimi sprawami. A o 10:00 dali mi laptop i kazali wracać do domu, pracować zdalnie, albo iść do lekarza. W tej firmie nawet szef wyprasza przeziębionych do domu. W domu udało się z sukcesem odpalić wszystkie firmowe pogramy i dwa dni pracowałam zdalnie.

Było to nawet miłe. We wtorek, w szlafroku zrobiłam dziecku śniadanie, wyprawiłam je do szkoły, potem wróciłam do łóżka, obłożyłam się laptopem, notatkami, kawą, herbatą i tak pracowałam. Tylko brakowało mi ludzi.

W środę wróciłam już do biura. Katar zelżał, musi się wykatarzyć, ale mogę oddychać. Przyszedł suchy kaszel, biorę syrop. Idzie ku lepszemu.

 

16:15, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 października 2018
Kolory twojej osobowości

Mam za sobą trochę intensywny weekend. A jeszcze, zalegle, chciałam napisać coś o poprzednim.

 

W sobotę ponownie miałam całodniowe szkolenie w pracy. Oczywiście, będę potem mogła odebrać sobie za to dzień wolnego. Tym razem, szkolenie było super, sama na takie chodziłam i płaciłam z własnej kieszeni. Świetnie, że tym razem mogłam skorzystać z uprzejmości pracodawcy. Szkolenie było z rejonów samorozwoju, samopoznania, ale jego wyniki mają także ogromny wpływ na wzajemną komunikację i relacje w grupie. I taki był cel mojego szefa – żebyśmy łatwiej się mogli pomiędzy sobą dogadywać i rozumieli, dlaczego z jakąś osobą trudno nam złapać dobrą energię. On sam także uczestniczył aktywnie w spotkaniu, mogliśmy poznać jego profil i wymienić się uwagami.

Tematem szkolenia były typy osobowości – kolory. Spróbuję tak wyważyć wpis, by napisać fajne rzeczy, ale też nie wyjawić za dużo szczegółów – w końcu firma szkoleniowa zarabia na tym J Typy osobowości opierają się na kanałach percepcji, jak odbieramy świat, a w związku z tym jak reagujemy na informacje, jak reagujemy w sytuacjach stresowych. Typy znajdują się na kole, które podzielone jest na połowy dwoma liniami – poziomą i pionową. Linia pionowa oddziela dwie części koła – po lewej introwersja, po prawej ekstrawersja. Linie poziomie dzielą na – górną analityczną, dolną emocjonalną, relacyjną. Dodać trzeba, że nie jest to absolutnie oceniające – odbieranie świata danymi jest tak samo ważne, jak uczuciami.

W efekcie na kole mamy cztery kolory i cztery dominujące typy. Górny lewy, niebieski – introwertyk, analityczny, cichy, zamknięty w sobie, bardzo pilnujący swojej przestrzeni, odbierający świat liczbami i danymi (typ informatyka, księgowej). Dolny, lewy, zielony – introwertyk, uczucia, cichy, odbierający świat relacjami (typ nauczyciela, psychologa). Dolny, prawy żółty – ekstrawertyk, uczucia, ekspansywny, rozgadany, wchodzący łatwo w intymną przestrzeń (typ artysty estradowego, szefa, opiekuna klienta).  Górny, prawy czerwony – ekstrawertyk, kierujący się twardymi danymi (typ szefa, lidera).

Ważna uwaga – w nawiasach podałam stereotypowe zawody kojarzące się z danym kolorem, co nie oznacza, że w danej profesji nie odnajdzie się inna osoba. Co najwyżej może się czuć dziwnie.

Istotne jest też to, że człowiek nie jest jednym tylko kolorem, ale zespołem czterech tych kolorów, w różnych ilościach procentowych. Najczęściej dwa dominują, dwa są w – powiedzmy – zaniku. Zdarzają się osoby z tylko jednym kolorem dominującym, ale też takie które mają je rozłożone równomiernie. Napiszę od razu, że jestem zielono-żółta, a niebiesko-czerwony mam w małej ilości J

Najważniejszym celem warsztatu było ustalenie, jak poszczególne typy mogą ze sobą współpracować i dogadywać się. A szczególnie te „antagonistyczne”, czyli działające na kompletnie różnych energiach: niebieski (introwertyk, analityczny) z żółtym (ekstrawertyk, emocjonalny), czy czerwony (zwięzły, ekstrawertyk) z zielonym (emocjonalny introwertyk). Każdy z nas miał swoją własną analizę – jak do niego mówić, jak nie mówić. Omawialiśmy inne typy, robiliśmy grupowe ćwiczenia.

Jako ciekawostkę dodam, że mój dział, Customer Siervice, jest ciekawie spójny kolorystycznie – dominującym jest kolor żółty, jest pierwszym, albo drugim z kolorów. W następnej kolejności występuje zielony lub czerwony. Jest nas szóstka ułożona parami – dwoje żółto-zielonych, dwoje żółto-czerwonych i dwoje zielono-żółtych J

Opisałam to bardzo pobieżnie, bo cały warsztat trwał siedem godzin ( z obiadem w środku), a każde z nas dostało spore podsumowanie swojego typu w zbindowanej książeczce (wcześniej każdy wypełniał test na stronie firmy szkoleniowej). To bardzo ciekawe doświadczenie, bo wiesz już dlaczego z pewnymi osobami od razu chwytasz kontakt, a z innymi idzie jak po grudzie.

Do domu wróciłam zmęczona, ale z poczuciem, że dowiedziałam się fajnych rzeczy. Niestety, taka sobota „pracująca”, po normalnym tygodniu, sprawia, że padałam z nóg. Nie ogarniam, jak kiedyś można było pracować sześć dni w tygodniu, z tylko niedzielą dla odpoczynku. Podziwiam was, pokolenie 60+.

 

Tagi: praca życie
17:39, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 września 2018
Ognisty tydzień

Myślałam, że poprzedni początek tygodnia był ognisty, ale ten poszedł na przód peletonu.

 

Ognista była atmosfera dookoła, bo przecież nie pogoda. Niby pochmurno, zimno, pada deszcz, ale w powietrzu przepływała drgająca energia. Jadąc tramwajem do pracy mijałam rozbite na drodze auta. W sumie przy takiej plusze to nie dziwne. Dotarłam do biura, a tam wielka awaria systemu technicznego. Dostawca usług internetowych miał problemy i prawdopodobnie więcej firm i osób fizycznych miało nerwowy początek poniedziałku. Nam pewne materiały poutykały w sieciowej drodze, trzeba było wymyślać odpowiedniej rozwiązania.

Jednocześnie, zadzwoniło moje dziecko, popłakując, że nie może zamknąć drzwi do naszego mieszkania, są otworzone. Na moim zegarku 7:55 (lekcje miała od 8:00), więc każę jej zostawić to w cholerę i iść do szkoły. Lekcje ważniejsze. Wiertka nie chce iść, bo „wejdą nam do mieszkania”.

- Idź do szkoły! Niech wejdą nam do mieszkania, co oni mogą nam ukraść? – tłumaczyłam nerwowo dziecku.

Wzbudziło to wesołość u moich koleżanek i było anegdotą do końca dnia. Szczególnie, kiedy im powiedziałam, że bardziej się wstydzę przed złodziejem bałaganu, a nie tego, że ma mnie okraść. Wzbudzałam podziw moim spokojem, co do uchylonych drzwi do domu.

A tu zaczął się w mojej firmie audyt, który miał skutkować nadaniem certyfikatu bezpieczeństwa. Na szczęście, w nieszczęściu, audytor utknął w karambolu po drodze i spóźnił się. Jednak te dwa ostatnie dni, to atmosfera w biurze napięta, bo wszystko musiało działać idealnie. Według procedur, na przykład, w moim dziale nie wolno trzymać na biurku jakichkolwiek napojów. Dlatego więc, by się napić, szliśmy do naszego kącika kuchennego w rogu pokoju, albo stawiało się kubki na parapecie, jeśli ktoś ma biurko przy oknie. Zarządzenie ma sens, ale tylko w określonych momentach, gdy na biurku leżą pewne dokumenty.

Po powrocie do domu, okazało się, moje dziecko drzwi zamknęło, tylko nie mogło przekręcić klucza, nie było więc tak tragicznie. Klucz okazał się być zatkany, więc dałam Wiertce swój, a tamten przetykam. Przekręca się z trudem, ale daję radę.

Dziś nie lepiej. Zerwałam się łóżka, zrobiłam to wszystko, co zazwyczaj robię rano, obudziłam dziecko, by powoli przygotowywało się do szkoły. Na stację kolejową, w pociągu, do autobusu, do budynku, do windy. A w windzie rzuciłam okiem na zegar, na wyświetlaczu. Dziwna jakaś ta godzina. Czas już przestawili? I dotarło do mnie, że… przyjechałam do pracy o godzinę za wcześnie. Mogłam dłużej pospać, mogłam coś porobić w domu… Humor mi siadł, więc zamknęłam się w wolnym pokoiku z kawą, książką i tak spędziłam kawałek poranka. Trudno. Pracę rozpoczynam o 8:00 lub 10:00, więc dziwne, że dopiero teraz pomieszały mi się godziny. I dobrze, że godzinę na wcześniej, nie później. Resztę dnia spędzałam podłączona do kroplówki z kawą. Jesień wdarła się we mnie. Ale o tym będzie jakiś inny wpis.

 

poniedziałek, 16 lipca 2018
Gdy w poniedziałek 16-go tęsknisz za piątkiem 13-go

Po ostatnich wyjazdach, w ten weekend postawiłam na lenistwo i plan minimalistyczny. Pogoda także. Trochę ogarnęłam w domu, ugotowałam obiad, zdrzemnęłam, co skrytykowało moje dziecko. Jednak trudno, tak nadrabiam braki snu w soboty. Nie potrafię wcześnie zasypiać, bo wcześnie wstałam. 

W niedzielę, w przerwie pomiędzy ulewami, poszłyśmy z Wiertką na spacer. Pograłyśmy w ping ponga na Otwartej Ząbkowskiej, co polegało głównie na szukaniu piłeczki pod ulicznymi donicami :) Zajrzałyśmy nawet do biblioteki sąsiedzkiej, gdzie w ten weekend zbudowali labirynt z książek - można było spacerować, przeglądać i zabrać ze sobą kilka pozycji. Z czego, z młodą, skorzystałyśmy. Choć ona postawiła na mangę.

A w poniedziałek, oprócz fali deszczu, obudził mnie świdrujący ból głowy nad prawym okiem, ucisk w klatce piersiowej, łopotanie. Ból w ciągu dnia powoli przeszedł, ale łopotanie zamieniło się szybko w irytację, poddenerwowanie, złość. Na szczęście, już daję sobie z tego sprawę - że to objaw czysto fizyczny i trzeba zacisnąć zęby i nie pozwolić by ta złość wlała się w jakiś przypadkowy pretekst. Mocno się przez cały dzień pilnowałam. A zaczęły się trudne dwa tygodnie - część osób w pracy jest na urlopie i robię rzeczy za dwie osoby. Uczę się rozgarniać w spadających sprawach. I też tego, by nie być bohaterką i jak czuję, że tego jest za dużo, powiedzieć, by ktoś mnie odciążył.

Wieczór, jak to wieczór przyniósł spokój :)

A dla mnie poniedziałek 16-go był trudniejszy niż piątek 13-go :)

czwartek, 24 maja 2018
Dzień szaleństwa

Wczorajszy dzień mam siłę opisywać dopiero teraz. Był, że skorzystam z cytatu koleżanki, jak oddzielny krąg piekła :)

W pracy dużo pracy, taka fala przed wprowadzeniem RODO - mówiłam sobie, że pójdę do toalety, jak tylko skończę, to co robię, a zaraz wpadało następne z priorytetem na już :) Ale taką sobie pracę wybrałam. 

Przy okazji kurier przywiózł mi prezent nie-komunijno-imieninowo-dzień dzieckowy dla córki. Wielkie pudło - pół metra x pół metra x 30 cm. Wracam sobie już rozluźniona do domu - na tyle, na ile pozwala trzymania w ramionach wielkiego pudła, po 18:00 (bo tego dnia zmiana do 18:00), dziecko czeka na mnie w domu, bo ma już pozwolenie na powrót o 17:00, i tak na razie przyprowadza ją sąsiadka. Smsuję z kolegą z pracy o nawale obowiązków i że następny dzień nie będzie lepszy. Nie będzie lepszy, bo mam badania medycyny pracy rano, dotrę do biura w południe i on będzie musiał załatwiać moje rzeczy. A tak - mam przedłużenie umowy o pracę :) I nagle dociera do mnie - nie wzięłam z pracy skierowania na badania! Przeszukuję torebkę. Nie ma tam. Musiałam zostawić w korytku, na biurku. A jestem już w swojej dzielnicy, przejechałam pół miasta, za mną prawie godzina podróży.

Moją wadą jest to, że myślę za szybko, nie potrafię czekać i muszę natychmiast działać. A jak życie pokazuje, czasem trzeba spokojnie pomyśleć. Wszystkie siły związane z logicznym myśleniem wykorzystuję w pracy, a po pracy zachowuję się jak blondynka. Wysiadłam z autobusu i wsiadłam w powrotny. Na szczęście, w mojej pracy jest dział pracujący do 20:00. Biuro było jeszcze otwarte. Przetrząsnęłam biurko. Nie ma... Gdzie ja to zostawiłam??? Dodam tylko, że cały czas dźwigałam wielkie pudło z drogim prezentem.

Dopiero, jadąc ponownie do domu, poszłam po rozum do głowy. Zadzwoniłam na infolinię centrum medycznego. Ustaliłam, że rano wystawią mi w pracy nowe skierowanie, ktoś mi je zeskanuje i wyśle do nich mailem. Potrzebowałam ponad godziny jazdy autobusami by wpaść na na tak banalne rozwiązanie...

Skierowanie leżało w kuchni na blacie... Wyjęłam je razem z pismem z administracji...

Nie koniec. Musiałam kupić Wiertce kilka rzeczy na plastykę, na lekcje. Następnego dnia miała rysować autoportret i jeszcze potrzebowała lusterka. Nie chciałam, by kolejny raz była tym dzieckiem, które nic nie ma. Wpadła szybko do supermarketu i zrobiłam zakupy. Oczywiście, wszystko z wielki, drogim pudłem w rękach.

Do domu dotarłam o 20:40... Spocona, zmęczona, pełna przeprosin. Wiertka ma wiele wad, ale nie myśli za dużo, ogląda bajki i tylko spytała się, gdzie ja się tyle czasu podziewałam.

Zobaczyła jednak prezent i wpadła w zachwyt. O prezencie będzie oddzielny wpis.

Zjadłam coś szybko, wzięłam prysznic i dołączyłam do dziecka układającego zabawkę. Nie miałam serca ją gonić do łóżka. Układałyśmy do 23:00.

Tagi: praca życie
19:46, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 maja 2018
Antykonferencja

Niedawno, jeden z moich kolegów z pracy, pojechał na wydarzenie zwane ciekawie - antykonferencją. Jako, że było to w ramach obowiązków służbowych, dla chętnych opowiedział, co to za idea.

Bo czym jest konferencja, większość wie. Jest organizator, płatny udział albo dla uczestników, albo dla prelegentów, czy firm sponsorujących. Sama w tej branży siedziałam. Jest wcześniej przygotowana agenda, czyli lista prelekcji, na koniec pytania od publiczności. Z rzadka panele dyskusyjne, a jeśli już dyskutują, to prelegenci, mądre głowy.

A tu, w antykonferencji, cały ten porządek jest wywracany. Opłaty ponoszą uczestnicy, nie ma wielkich firm sponsorujących. Jedyny chyba tylko wyjątek zrobiono dla tej użyczającej sale - mieli krótkie przedstawienie się. Jest jeden temat przewodni, związany z daną branżą. Nie ma prelekcji, ani występujących, nie ma agendy wykładów. Wszyscy spotykają się na początku razem, wyjaśniana jest idea antykonferencji, zasady. Potem rzucane są, przez uczestników, propozycje tematów, robiona jest ich lista, godzinowy rozkład, rozdziela się je na sale, czy stoliki. Potem, już oddzielnie, przy każdym temacie formuje się grupka wspólnie dyskutująca. W każdej chwili, jeśli temat nie jest interesujący, można wstać i iść do innej. Dyskusja ma trwać godzinę, ale jeśli kuleje i umiera moderator ma prawo ją zamknąć wcześniej, lub wydłużyć, jeśli stała się ciekawa i obecni nadal chcą rozmawiać. Właśnie, moderatorzy są ważni, bo musi być ich kilku i muszą być dobrze zorientowani w temacie. Antykonferencja trwa cały dzień, jest przerwa na lunch, kawa, przekąski.

Dla mnie to bardzo ciekawy, dopiero kiełkujący chyba nurt. Kiedy to ludzie nie chcą już biernie siedzieć na krzesłach i słuchać, jak inni uczą ich życia, czy zawodu. Szczególnie, że część konferencji, to często skok na kasę. Ludzie wolą usiąść i sami wymienić się doświadczeniami, uwagami, wypracować jakieś wspólne stanowisko. Słabe punkty, to niestety kasa. Konferencje i seminaria mają się dobrze, bo ściąga się na nie wielkie firmy, które reklamują się w trakcie. Jeśli główną osią mają być uczestnicy, to a nich spoczywa prawie jedyny ciężar finansowy wydarzenia. Do tego moderatorzy - najczęściej zajmują się organizacją, prowadzeniem antykonferencji za symboliczne pieniądze, albo i gorzej. W tym przypadku byli to pracownicy kilku ważnych na rynku firm, którzy robili to po części dla idei, a ich pracodawcy godzili się na to ze względów wizerunkowych. To wszystko sprawia, że antykonferencje wydarzają się rzadko - ta akurat raz na dwa lata.

Być może jest to kierunek, w jakim będą iść spotkania branżowe. Fajnie. Ciekawa jestem, czy w waszej pracy widzielibyście siebie na takim wydarzeniu, czy jednak lepsza jest tradycyjna konferencja?

poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Warsztatowo

Ostatnia sobota przypomniała mi dawne czasy, przed narodzinami dziecka, gdy chodziłam na różne warsztaty. Tamte były psychologiczne, skierowane bardziej do poznawania siebie. Te były typowo konsultingowe i wszystkich innych uczestników już znałam. Na cały dzień, szkolenie miała cała moja firma. Niecałe czterdzieści osób, żaden tłum. Jak wspomniałam, nie są to szkolenia z umiejętności twardych - księgowość, sprzedaż (choć na takie też można wnioskować). Ich celem jest bardziej skonsolidowanie firmy od strony pracowników. Są raz w roku, za każdym razem z innego obszaru. Ostatnim razem, ludzie rozpoznawali swoje typy osobowości, łączyli się w osobowościowe grupy, albo próbowali współpracować z typem antagonistycznym. Minęło wiele miesięcy, a oni do dziś czasami tak się określają.

To nie jest miejsce, by zdawać szczegółowe sprawozdanie, ale niektóre zadania miały ustalić w grupach, jakie "przekonania", a tak naprawdę rzeczy przeszkadzają w funkcjonowaniu w firmie. Byliśmy podzieleni na grupy, a okazało się, że każda miała podobną listę. Inne zadania miały określić, w jakim zakresie - tu już siedzieliśmy działami - poszczególne grupy mają wpływ na obrót firmy. Można myśleć o tym różnie, ale plusem z tych dyskusji było przeświadczenie, że każdy pracownik ma wpływ na to, czy firma zarabia, czy nie. Jak finanse firmy pikują w dół, to w plecy dostają wszyscy. Sama dotąd miałam przekonanie (wynosząc doświadczenia z poprzednich miejsc pracy), że główny ciężar spoczywa jedynie na dziale sprzedaży, a cała reszta nie ma o tym, co się dzieje w finansach pojęcia. W tej firmie, wgląd w codzienny przychód ma każdy, trzeba tylko umieć wykorzystać odpowiednią funkcję w systemie. Większość wie, że ma na to bezpośredni wpływ, co znowu obaliło moje dotychczasowe przekonania, że tym przejmują się tylko działy sprzedaży, a wszystkie inne są jak dzieci - myślą, że pieniądze szef wyciąga ze ściany.

Inną sprawą jest, czy fajnie jest jako pracownik przejmować się tym, jak mogę wpłynąć na zwiększenie obrotu firmy, w której pracuję. Jeśli o tym miejscu myślę w kategoriach pracy na lata, długie lata, to ma jakiś sens. Jeśli to tylko krótki etap, to nie. Jeśli lubi się swoje miejsce pracy, to takie dyskusje nie przeszkadzają. Jeśli przychodzi się do pracy za karę (a poznałam mnóstwo takich ludzi), to będzie to wkurzające.

A po szkoleniu pojechaliśmy do knajpki, gdzie na koszt pracodawcy mogliśmy zjeść i napić się. I to był właśnie ten fajny moment, bo w ciągu tego wieczora poznałam lepiej ludzi z innych działów, mogłam sobie z nimi pogadać, stali się bardziej ludzcy. W dodatku, Były przysłał informację, że Wiertka zostanie u niego na noc, więc bawiłam się do późna. Lubię ludzi, lubię z nimi przebywać. Nie zawsze jest to wzajemne, ale nieustannie staram się tym nie przejmować. Inaczej dawno zamknęłabym się w domu.

W niedzielę byłam mało przytomna. Po obiedzie, wybrałam się z Wiertką do wesołego miasteczka, na plac zabaw. Dobrze, że będę mogła odebrać sobie dzień wolny.

Tagi: praca
19:37, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 01 marca 2018
Nowe

Trzy dni spędzone w domu (z wyjściami po dziecko do szkoły) pomogły i czuję się już prawie normalnie. Próbuję jeszcze zdusić początki kaszlu. Jak to zwykle bywa przy mrozach, czuję ogromną suchość w gardle. Ciągle bym popijała wodę i słabo pomaga. Jakbym miała tam papier ścierny :) Zdusiłam ochotę napicia się piwa, czy białego musującego wina, które zapewne doskonale by nawilżyły. Nie wiem, jak by było z następnym porankiem :)

Pierwszy dzień w pracy. Starałam się być dzielna, uważna i miła. Mocno starałam, bo - czy to z emocji, czy z powodu dzisiejszej pełni - nie mogłam zasnąć. A jak wreszcie przysnęłam, to wybudziła mnie jakaś imprezka obok w bloku. Na szczęście krótka. Usnęłam na dobre o 3:00, by po 6:00 obudził mnie budzik. Nad ranem miałam jeszcze sen w którym kruki, czy wrony (niczym z literatury) rozdziobywały nagie ciało martwego dziecka. No super :) Efekt był taki, że byłam przez cały dzień straszliwie senna i walczyłam, by tego nie było po mnie widać :) W firmie jest ekspres z dobrą kawą, więc korzystałam.

Dział, w którym pracuję rzeczywiście składa się z osób w moim wieku, a nawet nieco starszych. O pracy rozpisywać się nie będę. Na razie szkolenia, wdrożenia, CRMy i SAPy migają przed oczami. Skończyło się lenistwo :)

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Tagi