To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: praca

poniedziałek, 14 maja 2018
Antykonferencja

Niedawno, jeden z moich kolegów z pracy, pojechał na wydarzenie zwane ciekawie - antykonferencją. Jako, że było to w ramach obowiązków służbowych, dla chętnych opowiedział, co to za idea.

Bo czym jest konferencja, większość wie. Jest organizator, płatny udział albo dla uczestników, albo dla prelegentów, czy firm sponsorujących. Sama w tej branży siedziałam. Jest wcześniej przygotowana agenda, czyli lista prelekcji, na koniec pytania od publiczności. Z rzadka panele dyskusyjne, a jeśli już dyskutują, to prelegenci, mądre głowy.

A tu, w antykonferencji, cały ten porządek jest wywracany. Opłaty ponoszą uczestnicy, nie ma wielkich firm sponsorujących. Jedyny chyba tylko wyjątek zrobiono dla tej użyczającej sale - mieli krótkie przedstawienie się. Jest jeden temat przewodni, związany z daną branżą. Nie ma prelekcji, ani występujących, nie ma agendy wykładów. Wszyscy spotykają się na początku razem, wyjaśniana jest idea antykonferencji, zasady. Potem rzucane są, przez uczestników, propozycje tematów, robiona jest ich lista, godzinowy rozkład, rozdziela się je na sale, czy stoliki. Potem, już oddzielnie, przy każdym temacie formuje się grupka wspólnie dyskutująca. W każdej chwili, jeśli temat nie jest interesujący, można wstać i iść do innej. Dyskusja ma trwać godzinę, ale jeśli kuleje i umiera moderator ma prawo ją zamknąć wcześniej, lub wydłużyć, jeśli stała się ciekawa i obecni nadal chcą rozmawiać. Właśnie, moderatorzy są ważni, bo musi być ich kilku i muszą być dobrze zorientowani w temacie. Antykonferencja trwa cały dzień, jest przerwa na lunch, kawa, przekąski.

Dla mnie to bardzo ciekawy, dopiero kiełkujący chyba nurt. Kiedy to ludzie nie chcą już biernie siedzieć na krzesłach i słuchać, jak inni uczą ich życia, czy zawodu. Szczególnie, że część konferencji, to często skok na kasę. Ludzie wolą usiąść i sami wymienić się doświadczeniami, uwagami, wypracować jakieś wspólne stanowisko. Słabe punkty, to niestety kasa. Konferencje i seminaria mają się dobrze, bo ściąga się na nie wielkie firmy, które reklamują się w trakcie. Jeśli główną osią mają być uczestnicy, to a nich spoczywa prawie jedyny ciężar finansowy wydarzenia. Do tego moderatorzy - najczęściej zajmują się organizacją, prowadzeniem antykonferencji za symboliczne pieniądze, albo i gorzej. W tym przypadku byli to pracownicy kilku ważnych na rynku firm, którzy robili to po części dla idei, a ich pracodawcy godzili się na to ze względów wizerunkowych. To wszystko sprawia, że antykonferencje wydarzają się rzadko - ta akurat raz na dwa lata.

Być może jest to kierunek, w jakim będą iść spotkania branżowe. Fajnie. Ciekawa jestem, czy w waszej pracy widzielibyście siebie na takim wydarzeniu, czy jednak lepsza jest tradycyjna konferencja?

poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Warsztatowo

Ostatnia sobota przypomniała mi dawne czasy, przed narodzinami dziecka, gdy chodziłam na różne warsztaty. Tamte były psychologiczne, skierowane bardziej do poznawania siebie. Te były typowo konsultingowe i wszystkich innych uczestników już znałam. Na cały dzień, szkolenie miała cała moja firma. Niecałe czterdzieści osób, żaden tłum. Jak wspomniałam, nie są to szkolenia z umiejętności twardych - księgowość, sprzedaż (choć na takie też można wnioskować). Ich celem jest bardziej skonsolidowanie firmy od strony pracowników. Są raz w roku, za każdym razem z innego obszaru. Ostatnim razem, ludzie rozpoznawali swoje typy osobowości, łączyli się w osobowościowe grupy, albo próbowali współpracować z typem antagonistycznym. Minęło wiele miesięcy, a oni do dziś czasami tak się określają.

To nie jest miejsce, by zdawać szczegółowe sprawozdanie, ale niektóre zadania miały ustalić w grupach, jakie "przekonania", a tak naprawdę rzeczy przeszkadzają w funkcjonowaniu w firmie. Byliśmy podzieleni na grupy, a okazało się, że każda miała podobną listę. Inne zadania miały określić, w jakim zakresie - tu już siedzieliśmy działami - poszczególne grupy mają wpływ na obrót firmy. Można myśleć o tym różnie, ale plusem z tych dyskusji było przeświadczenie, że każdy pracownik ma wpływ na to, czy firma zarabia, czy nie. Jak finanse firmy pikują w dół, to w plecy dostają wszyscy. Sama dotąd miałam przekonanie (wynosząc doświadczenia z poprzednich miejsc pracy), że główny ciężar spoczywa jedynie na dziale sprzedaży, a cała reszta nie ma o tym, co się dzieje w finansach pojęcia. W tej firmie, wgląd w codzienny przychód ma każdy, trzeba tylko umieć wykorzystać odpowiednią funkcję w systemie. Większość wie, że ma na to bezpośredni wpływ, co znowu obaliło moje dotychczasowe przekonania, że tym przejmują się tylko działy sprzedaży, a wszystkie inne są jak dzieci - myślą, że pieniądze szef wyciąga ze ściany.

Inną sprawą jest, czy fajnie jest jako pracownik przejmować się tym, jak mogę wpłynąć na zwiększenie obrotu firmy, w której pracuję. Jeśli o tym miejscu myślę w kategoriach pracy na lata, długie lata, to ma jakiś sens. Jeśli to tylko krótki etap, to nie. Jeśli lubi się swoje miejsce pracy, to takie dyskusje nie przeszkadzają. Jeśli przychodzi się do pracy za karę (a poznałam mnóstwo takich ludzi), to będzie to wkurzające.

A po szkoleniu pojechaliśmy do knajpki, gdzie na koszt pracodawcy mogliśmy zjeść i napić się. I to był właśnie ten fajny moment, bo w ciągu tego wieczora poznałam lepiej ludzi z innych działów, mogłam sobie z nimi pogadać, stali się bardziej ludzcy. W dodatku, Były przysłał informację, że Wiertka zostanie u niego na noc, więc bawiłam się do późna. Lubię ludzi, lubię z nimi przebywać. Nie zawsze jest to wzajemne, ale nieustannie staram się tym nie przejmować. Inaczej dawno zamknęłabym się w domu.

W niedzielę byłam mało przytomna. Po obiedzie, wybrałam się z Wiertką do wesołego miasteczka, na plac zabaw. Dobrze, że będę mogła odebrać sobie dzień wolny.

Tagi: praca
19:37, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 01 marca 2018
Nowe

Trzy dni spędzone w domu (z wyjściami po dziecko do szkoły) pomogły i czuję się już prawie normalnie. Próbuję jeszcze zdusić początki kaszlu. Jak to zwykle bywa przy mrozach, czuję ogromną suchość w gardle. Ciągle bym popijała wodę i słabo pomaga. Jakbym miała tam papier ścierny :) Zdusiłam ochotę napicia się piwa, czy białego musującego wina, które zapewne doskonale by nawilżyły. Nie wiem, jak by było z następnym porankiem :)

Pierwszy dzień w pracy. Starałam się być dzielna, uważna i miła. Mocno starałam, bo - czy to z emocji, czy z powodu dzisiejszej pełni - nie mogłam zasnąć. A jak wreszcie przysnęłam, to wybudziła mnie jakaś imprezka obok w bloku. Na szczęście krótka. Usnęłam na dobre o 3:00, by po 6:00 obudził mnie budzik. Nad ranem miałam jeszcze sen w którym kruki, czy wrony (niczym z literatury) rozdziobywały nagie ciało martwego dziecka. No super :) Efekt był taki, że byłam przez cały dzień straszliwie senna i walczyłam, by tego nie było po mnie widać :) W firmie jest ekspres z dobrą kawą, więc korzystałam.

Dział, w którym pracuję rzeczywiście składa się z osób w moim wieku, a nawet nieco starszych. O pracy rozpisywać się nie będę. Na razie szkolenia, wdrożenia, CRMy i SAPy migają przed oczami. Skończyło się lenistwo :)

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 lutego 2018
Ku prostej drodze

Pisałam o spotkaniach w sprawie pracy, jakie odbyłam w poprzedni piątek. Jedno od razu zaowocowało drugim etapem we wtorek. Tak jak się spodziewałam, chodziło o chemię. Trwało niecałe dziesięć minut. Szefowa działu zadała mi kilka pytań i sama przyznała, że chodziło o to, że chciała mnie zobaczyć, poznać, sprawdzić czy pasuję. Dowiedziałam się także, że mój wiek był atutem bo reszta także jest w średnim wieku. Dziś miałam mieć spotkanie ustalające warunki współpracy. Na szczęście, nie byłam taka absolutnie przekonana, że mam robotę w garści. Tym razem spotkał się ze mną chyba sam prezes, szef wszystkich szefów w każdym razie i prawie godzinę maglował zadając "łatwe pytania". Chyba chciał sprawdzić, czy potrafię zachować zimną krew i mam refleks. A na koniec - ustalił ze mną typ umowy, zarobki. Od razu zaakceptował sumę, którą zaproponowałam (no, jeszcze w umowie zobaczę) i żałowałam, że nie podałam wyższej. Najwyżej by powiedział, że proponuje mniej. Jeśli nic się nie zmieni, nie posypie, to od 1-go marca powinnam zaczynać nową pracę. Teraz czekam mailem na formularze do wypełnienia i skierowanie do lekarza medycyny pracy.

Kłopotem jest to, że na marzec skomasowały się wizyty Wiertki u specjalistów - ortodonta, dwa razy pedagog, badania słuchu w szpitalu (z noclegiem), ortopeda. Takie były terminy, jak ją zapisywałam na przełomie roku. Muszę poprosić o pomoc jej ojca.

Tak jakby znowu na prostej.

Tagi: praca
15:55, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
sobota, 10 lutego 2018
Ku pracy

Nie chcę pisać o poszukiwaniu pracy, bo to ciągłe powroty do tego samego tematu od lat. Jednak czasami jest ciekawie, więc chcę :)

Piątek był zabieganym dniem. Zaczął się cykl, który po stronie plusów jest totalnie bezbolesny, ale jako minus mam rozbicie fizyczne - senność, zmęczenie, zawroty głowy oraz kłopoty z bystrością intelektualną.

A bystrość intelektualna była mi potrzebna, bo miałam dwie rozmowy w sprawie pracy :) Dwa spotkania, w dwóch różnych miejscach miasta, w dwóch przeciwnych kierunkach od mojego domu.

Pierwsze prowadził - moim zdaniem - przystojny mężczyzna, więc moje kłopoty z zachowanie bystrości od razu zniknęły. Szczególnie, że przepływ energii był fajny. Ma się tak czasami z niektórymi ludźmi. Plusem początku cyklu jest też to, że po dwóch tygodniach bycia subiektywnie kluchą, czuję się kobieco. Spotkanie było na tyle udane, że od razu ustalił ze mną datę kolejne rozmowy, w kolejnym etapie. I tu sukces może się skończyć, bo tę rozmowę będzie przeprowadzać bezpośrednia dyrektor działu, do którego aplikuję. Wiem, że będzie mnie zapewne wnikliwie przepytywać z konkretnych rozwiązań, jakie będą się wydarzań na tym stanowisku, będzie badań moje słabe strony. I to z tą osobą powinnam mieć doskonały przepływ energii, bo będziemy razem pracować osiem godzin dziennie i będzie mnie oceniać. Zobaczymy we wtorek.

Potem podróż przez prawie całe miasto, ponad godzinę. Na szczęście, na miejscu siedzącym. Miałam jeszcze siłę czytać książkę. Z drugą firmą było ciekawie. Byłam już u nich, prawie miesiąc temu, na rozmowie. Dostałam wtedy maila z podziękowaniem, znaleźli kogoś innego. Standardowa formułka, że zachowają cv, bla, bla. Okazuje się, że nie standardowa tym razem, bo zwalnia się miejsce w innym dziale. Zadzwonili wczoraj i zapytali, czy bym nie chciała tam aplikować. Trochę doświadczenia w cv mam. Nie na tyle, by piastować samodzielne stanowisko, ale wystarczająco by być asystentem. Na miejscu okazało się, że rekrutacja dopiero się zaczyna. Byłam pierwsza, z którą rozmawiali. Z jednej strony źle, bo zapewne zaraz pojawi się na kolejnej rozmowie ktoś z lepszym cv, bardziej dopasowanym do tej branży. Z drugiej strony, jeśli wypadłam dobrze, to jest za mną "efekt pierwszeństwa" - najlepiej zapamiętuje się pierwsze i ostatnie wystąpienia. Rozmowa poszła w miarę dobrze, starałam się dopasować energetycznie do mojej rozmówczyni, która dla odmiany była stonowaną, spokojną osobą.

Minęło kilka godzin od wyjścia z domu i dotarłam do niego wypluta. Miałam jeszcze zamiar podjechać na dwa wykłady, ale nie miałam już siły. Oddaliłam się do symbolicznego, termin wzięty z kultury matriarchalnej, "czerwonego namiotu", który u mnie występuje pod postacią łóżka oraz pilota do kablówki.

Tagi: praca
12:53, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 lutego 2018
Rekrutacyjnie

Po piątkowej rozmowie w sprawie pracy naszła mnie pewna refleksja. Myśl była dodatkowo wywołana pytaniami właściciela firmy. Mam za dobre cv, jak na stanowiska jakie aplikuję. Uprzedzam kolejne pytania - nie aplikuję na stanowiska poniżej moich wybitnych zdolności :) Pozwólcie mi przeżyć życie tak jak lubię, a nie tak jak sobie fantazjują stażyści z Gazety Wyborczej i scenarzyści seriali ;) Po prostu, rozpisuję zakres wypełnianych obowiązków zbyt obszernie, co daje wrażenie, że cholernie dużo potrafię. A nie tędy droga.

Swoją drogą, pytanie padło ze strony właściciela firmy, który osoby na stanowisko "back office" (choć przyznał, że może zakres obowiązków jest poważniejszy) szuka poprzez trzy stopniowy stopień rekrutacji. I nie liczę tu przeglądania przesłanych cv. Najpierw musiałam w domu wypełnić opisowy test, który badał moją osobowość i to, czy wpasuję się w zespół. Potem, na piątkowym spotkaniu, musiałam wypełnić godzinny test, gdzie rozwiązywałam konkretne problemy z klientami. A potem, po sprawdzeniu rozwiązań - w czasie którego wypełniałam kolejny test, z logiki (serio, nie robię sobie jaj) - odbyto ze mną godzinną rozmowę rekrutacyjną, przepytując wzdłuż i wszerz. 

Nie, to nie była korporacja :) To była kilkuosobowa firma rodzinna :)

Na tej rozmowie, ze strony współwłaścicielki firmy, oraz małżonki w jednym, padło też pytanie o mój wiek. Tak po prostu, była ciekawa, bo nie wpisałam w cv daty urodzenia. Na co, współwłaściciel, oraz małżonek w jednym, ofuknął ją, stwierdzając słusznie, że nie wypada pytać. Jasne, że nie wpisuję daty, bo boję się, że większość rekruterów odstraszy. Ci bystrzy wyliczą sobie patrząc na rok ukończenia studiów. Na co zwróciłam uwagę, omijając kawałek o byciu bystrym.

Owocne spotkanie, choć raczej nie w stanowisko pracy :)

Tagi: praca
19:15, bezcielesna
Link Komentarze (9) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

środa, 17 stycznia 2018
Pracowniczo

Pierwsze dni nowego roku przyniosły także odwilż w kwestiach szukania pracy. Przedtem martwiłam się, że wysyłam sporo aplikacji, ale nikt nie oddzwania. Jakaś frustrująca blokada. Martwiłam się już, że ta blokadą jest mój wiek, który - średnio ogarnięty rekruter - wyliczy sobie z doświadczenia zawodowego. Może uważa się, że po 40 stce albo jesteś wąskim specjalistą, albo grzejesz kierowniczy stołek, albo macasz owce w Bieszczadach w ramach wypalenia zawodowego. Aplikuję na stanowiska, na które nadają się do pracy i dwudziestki, i trzydziestki. Dlatego one mają większe szanse. A za kilka lat będzie jeszcze trudniej. 

Jednak coś zaczęło się zmieniać. W piątek miałam rozmowę, we wtorek (tu ktoś podrzucił moje CV), na czwartek szykuje się kolejne spotkanie, następne w przyszłym tygodniu.  W międzyczasie jedna firma przeprowadziła pierwszy etap rekrutacji przez telefon - mają oddzwonić z odpowiedzią, czy zaproszą na kolejny, ale podejrzewam, że tego nie zrobią.

Inna firma przysłała, też w ramach pierwszego sita, link do testu. To jest ciekawa zmiana na rynku. Zamiast zapraszać ludzi do siedziby i zabierać im dwadzieścia minut życia (plus dojazdy), robią to zdalnie. W link można było wejść tylko raz, potem był blokowany. A po wejściu w niego na wypełnienie testu było dwadzieścia minut, potem był zamykany. Aktywny był tylko przez czterdzieści osiem godzin. W opisie zaznaczono, że został tak wycyrkulowany czasowo, by nie można było szukać odpowiedzi w internecie. Było tam trochę pytań ogólnych o oprogramowanie biurowe, zadań z Excela i z języka angielskiego. Zaznaczone było, że sprawdzona zostanie też umiejętność napisania tekstu po angielsku. Dlatego człowiek robił ten test, obawiając się, że nie zdąży ze wszystkim, bo w końcu napisanie czegoś w obcym języku kilka minut zajmie. A na koniec, okazało się, że ów tekst, to było kilka banalnie prostych zdań po polsku, które trzeba było przetłumaczyć. Test zrobiłam w kilkanaście minut. Gdybym wiedziała, to bym jednak poszukała niektórych rozwiązań z necie ;) 

Co do dotychczasowych spotkań, to oba były w tej samej okolicy, prawie dwadzieścia minut tramwajem ode mnie. Zagłębie logistyczne na obrzeżach miasta, więc sporą część chętnych odstrasza odległość. Przed piątkowym spotkaniem przejrzałam stronę firmy, ale też trafiłam na znany mi już portal z opiniami o pracodawcach. I dobrych opinii nie było. Płacą na czas, socjal jest, ale ludzie narzekali strasznie na atmosferę w pracy i nawał obowiązków. Jednak samo spotkanie wspominam miło. Zobaczymy. 

Jak na razie, pierwsze 16 dni 2018 roku mogę uznać za dobre :)

Tagi: praca
11:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 grudnia 2017
Sałatka życiowa

Tym razem o mnie.

Wczoraj zabiegany dzień. Wizyta na oddziale laryngologii, by poprawili źle wystawione skierowanie dla Wiertki. Potem przeskok w głąb miasta by napisać jakieś testy rekrutacyjne. Następnie do centrum, po stempel w karcie obiegowej z pracy. Karta jest długa, ma 29 punktów i zbierając pieczątki na niej czuję się jak harcerze zbierający sprawności. Bo program lojalnościowy to nie jest. Na końcu, do pracy by tam też trochę rzeczy podstemplować.

I chyba ten ostatni punt podróży najbardziej mnie stresował. Tak stresował, że poprzedniego dnia nie mogłam zasnąć i udało mi się to dopiero przed 4:00. Najbardziej chyba chodzi o to, że nie lubię pytań, czym mam już nową pracę, gdzie się przenoszę. Często to zwyczajne zainteresowanie, czasami podszyte jest to współczuciem (u jednej osoby, zgrozą, że nic jeszcze nie znalazłam, też oczywiście z obawy o mnie) i to najbardziej wkurwia. Bo przypomina, że od stycznia będę bezrobotna.

Nie wiem, jak inne osoby szukające pracy, ale być może większość ma podobnie. Nie pytajcie ich jak tam z szukaniem pracy. Przecież szukają. Nie pytajcie, czy znalazły już nowa pracę. Przecież jak znajdzie, to się pochwali.

Ale dzień już za mną.

Tagi: praca życie
13:33, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 października 2017
Raport pracowniczy

Chodzę do pracy, choć jest to jak trwanie w związku z kimś, kto ma cię głęboko gdzieś, ale kredyt hipoteczny, czy przekonania religijne nie pozwalają na wyprowadzkę. Albo mam po prostu niezdrowe poczucie obowiązku mówiące, że powinnam pewne rzeczy zakończyć, poskładać, ułożyć. Bo gdyby jutro przejechał mnie samochód, to byłaby jatka – pewne rzeczy tylko ja ogarniam. Mam też nawyk, może frajerski, by w życiu zawodowym nie palić za sobą mostów, ani nie wykonywać dramatycznych gestów. Już osobiście przekonałam się, że dawni przełożeni potrafią się pokazać, gdy aplikujesz do nowego miejsca. I w drugą stronę – ja cierpliwie czekam, by odegrać się na takim, który nie fair się zachował wobec mnie. A pamięć mam jak słoń. Miałam sytuację, gdy mogłam się zrewanżować.

 

Oprócz tego pracuję z miłymi ludźmi i przebywanie w ich towarzystwie nie stanowi źródła stresu. Bo czasami też tak bywa, że musisz trwać w miejscu pracy, na wypowiedzeniu, a otoczenie też jest średnio przychylne.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jeszcze nigdy nie brałam zwolnienia lekarskiego nie będąc chorą, by coś odwlec w pracy, nie pojawiać się w niej. Nie mam pojęcia, jak na taki temat rozmawiać z lekarzem i chyba ciężko by mi to przez gardło przeszło. Z pediatrą mam częstszy kontakt, bardziej luźniejszy i ona zapewne by mi pomogła. Tylko co – ja na zwolnieniu lekarskim, a dziecko w szkole na lekcjach? Mam ją zostawiać w domu? I jaki przykład daję córce, gdy w jej obecności negocjuję z lekarzem lewe zwolnienie.

Na razie pracuję, zbieram informacje. Może jakaś zaprocentuje. Lepiej nie zapeszać.

Ten wpis chyba powinnam do listu motywacyjnego dołączać ;)

 

Tagi: praca życie
15:09, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Tagi