To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: praca

piątek, 16 lutego 2018
Ku prostej drodze

Pisałam o spotkaniach w sprawie pracy, jakie odbyłam w poprzedni piątek. Jedno od razu zaowocowało drugim etapem we wtorek. Tak jak się spodziewałam, chodziło o chemię. Trwało niecałe dziesięć minut. Szefowa działu zadała mi kilka pytań i sama przyznała, że chodziło o to, że chciała mnie zobaczyć, poznać, sprawdzić czy pasuję. Dowiedziałam się także, że mój wiek był atutem bo reszta także jest w średnim wieku. Dziś miałam mieć spotkanie ustalające warunki współpracy. Na szczęście, nie byłam taka absolutnie przekonana, że mam robotę w garści. Tym razem spotkał się ze mną chyba sam prezes, szef wszystkich szefów w każdym razie i prawie godzinę maglował zadając "łatwe pytania". Chyba chciał sprawdzić, czy potrafię zachować zimną krew i mam refleks. A na koniec - ustalił ze mną typ umowy, zarobki. Od razu zaakceptował sumę, którą zaproponowałam (no, jeszcze w umowie zobaczę) i żałowałam, że nie podałam wyższej. Najwyżej by powiedział, że proponuje mniej. Jeśli nic się nie zmieni, nie posypie, to od 1-go marca powinnam zaczynać nową pracę. Teraz czekam mailem na formularze do wypełnienia i skierowanie do lekarza medycyny pracy.

Kłopotem jest to, że na marzec skomasowały się wizyty Wiertki u specjalistów - ortodonta, dwa razy pedagog, badania słuchu w szpitalu (z noclegiem), ortopeda. Takie były terminy, jak ją zapisywałam na przełomie roku. Muszę poprosić o pomoc jej ojca.

Tak jakby znowu na prostej.

Tagi: praca
15:55, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
sobota, 10 lutego 2018
Ku pracy

Nie chcę pisać o poszukiwaniu pracy, bo to ciągłe powroty do tego samego tematu od lat. Jednak czasami jest ciekawie, więc chcę :)

Piątek był zabieganym dniem. Zaczął się cykl, który po stronie plusów jest totalnie bezbolesny, ale jako minus mam rozbicie fizyczne - senność, zmęczenie, zawroty głowy oraz kłopoty z bystrością intelektualną.

A bystrość intelektualna była mi potrzebna, bo miałam dwie rozmowy w sprawie pracy :) Dwa spotkania, w dwóch różnych miejscach miasta, w dwóch przeciwnych kierunkach od mojego domu.

Pierwsze prowadził - moim zdaniem - przystojny mężczyzna, więc moje kłopoty z zachowanie bystrości od razu zniknęły. Szczególnie, że przepływ energii był fajny. Ma się tak czasami z niektórymi ludźmi. Plusem początku cyklu jest też to, że po dwóch tygodniach bycia subiektywnie kluchą, czuję się kobieco. Spotkanie było na tyle udane, że od razu ustalił ze mną datę kolejne rozmowy, w kolejnym etapie. I tu sukces może się skończyć, bo tę rozmowę będzie przeprowadzać bezpośrednia dyrektor działu, do którego aplikuję. Wiem, że będzie mnie zapewne wnikliwie przepytywać z konkretnych rozwiązań, jakie będą się wydarzań na tym stanowisku, będzie badań moje słabe strony. I to z tą osobą powinnam mieć doskonały przepływ energii, bo będziemy razem pracować osiem godzin dziennie i będzie mnie oceniać. Zobaczymy we wtorek.

Potem podróż przez prawie całe miasto, ponad godzinę. Na szczęście, na miejscu siedzącym. Miałam jeszcze siłę czytać książkę. Z drugą firmą było ciekawie. Byłam już u nich, prawie miesiąc temu, na rozmowie. Dostałam wtedy maila z podziękowaniem, znaleźli kogoś innego. Standardowa formułka, że zachowają cv, bla, bla. Okazuje się, że nie standardowa tym razem, bo zwalnia się miejsce w innym dziale. Zadzwonili wczoraj i zapytali, czy bym nie chciała tam aplikować. Trochę doświadczenia w cv mam. Nie na tyle, by piastować samodzielne stanowisko, ale wystarczająco by być asystentem. Na miejscu okazało się, że rekrutacja dopiero się zaczyna. Byłam pierwsza, z którą rozmawiali. Z jednej strony źle, bo zapewne zaraz pojawi się na kolejnej rozmowie ktoś z lepszym cv, bardziej dopasowanym do tej branży. Z drugiej strony, jeśli wypadłam dobrze, to jest za mną "efekt pierwszeństwa" - najlepiej zapamiętuje się pierwsze i ostatnie wystąpienia. Rozmowa poszła w miarę dobrze, starałam się dopasować energetycznie do mojej rozmówczyni, która dla odmiany była stonowaną, spokojną osobą.

Minęło kilka godzin od wyjścia z domu i dotarłam do niego wypluta. Miałam jeszcze zamiar podjechać na dwa wykłady, ale nie miałam już siły. Oddaliłam się do symbolicznego, termin wzięty z kultury matriarchalnej, "czerwonego namiotu", który u mnie występuje pod postacią łóżka oraz pilota do kablówki.

Tagi: praca
12:53, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 lutego 2018
Rekrutacyjnie

Po piątkowej rozmowie w sprawie pracy naszła mnie pewna refleksja. Myśl była dodatkowo wywołana pytaniami właściciela firmy. Mam za dobre cv, jak na stanowiska jakie aplikuję. Uprzedzam kolejne pytania - nie aplikuję na stanowiska poniżej moich wybitnych zdolności :) Pozwólcie mi przeżyć życie tak jak lubię, a nie tak jak sobie fantazjują stażyści z Gazety Wyborczej i scenarzyści seriali ;) Po prostu, rozpisuję zakres wypełnianych obowiązków zbyt obszernie, co daje wrażenie, że cholernie dużo potrafię. A nie tędy droga.

Swoją drogą, pytanie padło ze strony właściciela firmy, który osoby na stanowisko "back office" (choć przyznał, że może zakres obowiązków jest poważniejszy) szuka poprzez trzy stopniowy stopień rekrutacji. I nie liczę tu przeglądania przesłanych cv. Najpierw musiałam w domu wypełnić opisowy test, który badał moją osobowość i to, czy wpasuję się w zespół. Potem, na piątkowym spotkaniu, musiałam wypełnić godzinny test, gdzie rozwiązywałam konkretne problemy z klientami. A potem, po sprawdzeniu rozwiązań - w czasie którego wypełniałam kolejny test, z logiki (serio, nie robię sobie jaj) - odbyto ze mną godzinną rozmowę rekrutacyjną, przepytując wzdłuż i wszerz. 

Nie, to nie była korporacja :) To była kilkuosobowa firma rodzinna :)

Na tej rozmowie, ze strony współwłaścicielki firmy, oraz małżonki w jednym, padło też pytanie o mój wiek. Tak po prostu, była ciekawa, bo nie wpisałam w cv daty urodzenia. Na co, współwłaściciel, oraz małżonek w jednym, ofuknął ją, stwierdzając słusznie, że nie wypada pytać. Jasne, że nie wpisuję daty, bo boję się, że większość rekruterów odstraszy. Ci bystrzy wyliczą sobie patrząc na rok ukończenia studiów. Na co zwróciłam uwagę, omijając kawałek o byciu bystrym.

Owocne spotkanie, choć raczej nie w stanowisko pracy :)

Tagi: praca
19:15, bezcielesna
Link Komentarze (9) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

środa, 17 stycznia 2018
Pracowniczo

Pierwsze dni nowego roku przyniosły także odwilż w kwestiach szukania pracy. Przedtem martwiłam się, że wysyłam sporo aplikacji, ale nikt nie oddzwania. Jakaś frustrująca blokada. Martwiłam się już, że ta blokadą jest mój wiek, który - średnio ogarnięty rekruter - wyliczy sobie z doświadczenia zawodowego. Może uważa się, że po 40 stce albo jesteś wąskim specjalistą, albo grzejesz kierowniczy stołek, albo macasz owce w Bieszczadach w ramach wypalenia zawodowego. Aplikuję na stanowiska, na które nadają się do pracy i dwudziestki, i trzydziestki. Dlatego one mają większe szanse. A za kilka lat będzie jeszcze trudniej. 

Jednak coś zaczęło się zmieniać. W piątek miałam rozmowę, we wtorek (tu ktoś podrzucił moje CV), na czwartek szykuje się kolejne spotkanie, następne w przyszłym tygodniu.  W międzyczasie jedna firma przeprowadziła pierwszy etap rekrutacji przez telefon - mają oddzwonić z odpowiedzią, czy zaproszą na kolejny, ale podejrzewam, że tego nie zrobią.

Inna firma przysłała, też w ramach pierwszego sita, link do testu. To jest ciekawa zmiana na rynku. Zamiast zapraszać ludzi do siedziby i zabierać im dwadzieścia minut życia (plus dojazdy), robią to zdalnie. W link można było wejść tylko raz, potem był blokowany. A po wejściu w niego na wypełnienie testu było dwadzieścia minut, potem był zamykany. Aktywny był tylko przez czterdzieści osiem godzin. W opisie zaznaczono, że został tak wycyrkulowany czasowo, by nie można było szukać odpowiedzi w internecie. Było tam trochę pytań ogólnych o oprogramowanie biurowe, zadań z Excela i z języka angielskiego. Zaznaczone było, że sprawdzona zostanie też umiejętność napisania tekstu po angielsku. Dlatego człowiek robił ten test, obawiając się, że nie zdąży ze wszystkim, bo w końcu napisanie czegoś w obcym języku kilka minut zajmie. A na koniec, okazało się, że ów tekst, to było kilka banalnie prostych zdań po polsku, które trzeba było przetłumaczyć. Test zrobiłam w kilkanaście minut. Gdybym wiedziała, to bym jednak poszukała niektórych rozwiązań z necie ;) 

Co do dotychczasowych spotkań, to oba były w tej samej okolicy, prawie dwadzieścia minut tramwajem ode mnie. Zagłębie logistyczne na obrzeżach miasta, więc sporą część chętnych odstrasza odległość. Przed piątkowym spotkaniem przejrzałam stronę firmy, ale też trafiłam na znany mi już portal z opiniami o pracodawcach. I dobrych opinii nie było. Płacą na czas, socjal jest, ale ludzie narzekali strasznie na atmosferę w pracy i nawał obowiązków. Jednak samo spotkanie wspominam miło. Zobaczymy. 

Jak na razie, pierwsze 16 dni 2018 roku mogę uznać za dobre :)

Tagi: praca
11:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 grudnia 2017
Sałatka życiowa

Tym razem o mnie.

Wczoraj zabiegany dzień. Wizyta na oddziale laryngologii, by poprawili źle wystawione skierowanie dla Wiertki. Potem przeskok w głąb miasta by napisać jakieś testy rekrutacyjne. Następnie do centrum, po stempel w karcie obiegowej z pracy. Karta jest długa, ma 29 punktów i zbierając pieczątki na niej czuję się jak harcerze zbierający sprawności. Bo program lojalnościowy to nie jest. Na końcu, do pracy by tam też trochę rzeczy podstemplować.

I chyba ten ostatni punt podróży najbardziej mnie stresował. Tak stresował, że poprzedniego dnia nie mogłam zasnąć i udało mi się to dopiero przed 4:00. Najbardziej chyba chodzi o to, że nie lubię pytań, czym mam już nową pracę, gdzie się przenoszę. Często to zwyczajne zainteresowanie, czasami podszyte jest to współczuciem (u jednej osoby, zgrozą, że nic jeszcze nie znalazłam, też oczywiście z obawy o mnie) i to najbardziej wkurwia. Bo przypomina, że od stycznia będę bezrobotna.

Nie wiem, jak inne osoby szukające pracy, ale być może większość ma podobnie. Nie pytajcie ich jak tam z szukaniem pracy. Przecież szukają. Nie pytajcie, czy znalazły już nowa pracę. Przecież jak znajdzie, to się pochwali.

Ale dzień już za mną.

Tagi: praca życie
13:33, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 października 2017
Raport pracowniczy

Chodzę do pracy, choć jest to jak trwanie w związku z kimś, kto ma cię głęboko gdzieś, ale kredyt hipoteczny, czy przekonania religijne nie pozwalają na wyprowadzkę. Albo mam po prostu niezdrowe poczucie obowiązku mówiące, że powinnam pewne rzeczy zakończyć, poskładać, ułożyć. Bo gdyby jutro przejechał mnie samochód, to byłaby jatka – pewne rzeczy tylko ja ogarniam. Mam też nawyk, może frajerski, by w życiu zawodowym nie palić za sobą mostów, ani nie wykonywać dramatycznych gestów. Już osobiście przekonałam się, że dawni przełożeni potrafią się pokazać, gdy aplikujesz do nowego miejsca. I w drugą stronę – ja cierpliwie czekam, by odegrać się na takim, który nie fair się zachował wobec mnie. A pamięć mam jak słoń. Miałam sytuację, gdy mogłam się zrewanżować.

 

Oprócz tego pracuję z miłymi ludźmi i przebywanie w ich towarzystwie nie stanowi źródła stresu. Bo czasami też tak bywa, że musisz trwać w miejscu pracy, na wypowiedzeniu, a otoczenie też jest średnio przychylne.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jeszcze nigdy nie brałam zwolnienia lekarskiego nie będąc chorą, by coś odwlec w pracy, nie pojawiać się w niej. Nie mam pojęcia, jak na taki temat rozmawiać z lekarzem i chyba ciężko by mi to przez gardło przeszło. Z pediatrą mam częstszy kontakt, bardziej luźniejszy i ona zapewne by mi pomogła. Tylko co – ja na zwolnieniu lekarskim, a dziecko w szkole na lekcjach? Mam ją zostawiać w domu? I jaki przykład daję córce, gdy w jej obecności negocjuję z lekarzem lewe zwolnienie.

Na razie pracuję, zbieram informacje. Może jakaś zaprocentuje. Lepiej nie zapeszać.

Ten wpis chyba powinnam do listu motywacyjnego dołączać ;)

 

Tagi: praca życie
15:09, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
czwartek, 12 października 2017
Zakręt

Z przyczyn wielorakich – a to jakieś niedopatrzenie na wiosnę, a to restrukturyzacje, a to roszady, a to celowe wprowadzenie mnie w błąd – umowę o pracę mam tylko do końca roku. Miałam być poinformowana o tym już w lipcu, ale osoby którą mogłabym za to skopać już nie ma. Może i tak dobrze, że mam przed sobą dwa i pół miesiąca na ogarnięcie. Ostatni tydzień to silny stres i jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wygląda atak apopleksji, czy wylew.  Ze złości.

Może się okazać, że będę mało pisać. Bo przetrawiam sytuację.

 

Myślę, że gdyby moje życie miało być serialem, to wywalili by scenarzystę za zbytnie nagromadzenie wątków na jednego bohatera. Bo to niemożliwe.

 

Tagi: praca życie
16:16, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 lipca 2017
Gry w jakie gramy - praca

Jeszcze studiując, bardzo lubiłam teorię gier Goffmana. Choć dla niektórych takie postrzeganie życia i relacji może wydać się wyrachowane.

Ostatni zwróciłam na to uwagę w kontekście pracy. Są firmy - takich jest większość - gdzie praca wygląda niczym gra w "Chińczyka" - rzucasz kostką i w zależności od liczby oczek idziesz do przodu. Zawsze idziesz do przodu. Są zawodowe planszówki, gdzie trafiając na określone pola zbierasz bonusy, żetony i starasz się mieć tego jak najwięcej. Oczywiście są takie, gdzie wchodzisz na coraz wyższy poziom gry. Nie zapomnijmy, że nie gramy w pojedynkę. Dookoła są inni gracze, którzy też idą do przodu i zbierają żetony.

Jednak, miejsce w którym teraz jestem jest kompletnie innym typem rozgrywki. To "Drabiny i Węże", tyle że drabin nie ma :) Jeśli ktoś nie zna takiej gry, już wyjaśniam. Często gramy w to z Wiertką. Pola na planszy są zakręcone niczym jelita. Niektóre są połączone drabinami, inne wężami. Standardowo idziesz tyle, ile wyrzuci się oczek na kostce. Jeśli trafi się na pole z drabiną to idzie się do przodu aż do jej drugiego krańca, czyli skacze do przodu o kilka, kilkanaście pól. Jeśli trafisz na węża, to zjeżdżasz do jego ogona, czyli cofasz o kilka, kilkanaście pól. 

I tak wyglądają moje projekty w pracy :) Coś robię, naliczę się, rozpiszę i bum wpadam na głowę węża. I trzeba rzecz robić od początku. Dostępne są także, znane w grach planszowych, opcje typu "stoisz dwie kolejki", czy też banalne "cofasz się dwa pola do tyłu". Czasami to rondo przypomina. Linearność jest dla frajerów.

Ja przyglądam się temu niczym Alicja w Krainie Czarów, ale są normalni ludzie, których doprowadza to do frustracji.

piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi