To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: święto dziękczynienia

wtorek, 27 listopada 2012
Jak to się nam dziękczyniło

Wspominałam kiedyś, że szef mój jest Amerykaninem. Z polskim nazwiskiem nie do wymówienia przez Amerykanów, z czego nawet udało się z niego anegdotę wycisnąć. Z polskim nazwiskiem, czwarte pokolenie emigrantów i jednak 100% Amerykanina w Amerykaninie. Powrót do kraju pradziadów potraktował jako przygodę młodości - pierwsze co go zachwyciło, to to, że wszyscy bez problemu, od razu wymawiają jego nazwisko, a potem ten straszny kraj wessał go na dobre.

Gdy zaczęłam tu pracować wspominali mi, że organizuje się Święto Dziękczynienia. Rok temu szef wyjechał do kraju ojców, by z bliską rodziną dziękczynić i upiekło mu się. W tym roku zaprosił nas na świętowanie z poślizgiem, bo chyba za późno catering zarezerwował. Każdy dostał wzruszającego polonistycznie maila, którego z pracowniczą czułością początek zacytuję. Wiem, z "kogo się śmiejecie, z samych siebie się śmiejecie", ja po angielsku piszę z równą finezją.

Dziękczynienia Obiad Świętowanie wypoczynkowe

 Jak jest nasz zwyczaj co roku w tym czasie, będziemy świętować największy amerykański święto w roku, w Święto Dziękczynienia. Będziemy świętować ten dzień na lunch z tradycyjnym indykiem i innych tradycyjnych amerykańskich żywności wypoczynkowych w "X" restauracji obok naszego biura

Domyślam się, że największy udział w stworzeniu zaproszenia miał Google Translator :) Nie tylko Polacy za granicą nie potrafią po 20 latach wypowiedzieć się w języku tubylców, bo wszystko cokolwiek się da załatwiają w swojej enklawie emigranckiej :)

Tak więc, wreszcie mogłam spróbować kuchni amerykańskiej. Szef na wszelki wypadek zastrzegał, że to catering z hotelu, nie domowe jedzenie, jeśli wiem nam nie zasmakuje, to rozumie :) Najpierw chwyciliśmy się za ręce i podziękowaliśmy, choć nasza głowa rodu miała na tyle przytomności umysłu, by potraktować to jako ciekawostkę antropologiczną, nie śmiertelnie poważnie. Opiszę teraz moje wrażenia smakowe, choć będzie to równie błyskotliwe, co powyższy mail, bo nie mam szlachetnych kubków smakowych, zazwyczaj wszystko mi smakuje, nie chlastam biczem krytyki jak Gesslerowa i nie mam wrażliwości kulinarnej, która każe nazywać "lawendową łąką pod pierzynką z marzeń i chmur" śledzia pod żółtym serem.

Indyk jak indyk, po raz pierwszy widziałam w całości. Puree ziemniaczane, takie tradycyjne rzadko jadam, w domu robię takie pomysłu zapożyczonego od Byłego, więc dla mnie jakieś strasznie mleczne było. Zielona fasolka zasmażana z boczkiem była pyszna, ale to chyba jest dość znane. Pierwszy raz widziałam jakieś słodkie, pomarańczowe ziemniaki. Ani to nie wyglądało jako ziemniak, ani nie smakowało jak ziemniak. Dziwne. Była jeszcze szara paćka, o której szef mówił, że Polacy nie dają tego rady zjeść. Mnie intrygowało smakowo, choć wolałam nie wiedzieć co tam jest - były podobno kasztany i wydawało mi się, że... rozmiękły w sosie chleb... Sos do indyka - z żurawiny i owoców leśnych! Coś przepysznego! Na koniec ciasto dyniowe, taka tarta. Mnie wchodziło, dla innych zbyt słodkie.

Generalnie, biorę poprawkę, że to catering, dla mnie wszystko jakieś takie mdławe. Może prawdziwa amerykańska gospodyni dodaje przypraw. Jeśli nie, to nie dziwię się, że ten kraj podbili kulinarnie Włosi i Meksykanie.

Na dziękczynnym lunchu byłam tylko pół godziny, bo wróciłam do firmy, wymienić Menadżerkę Biura, której szef kazał "pilnować obejścia".

Miało być jeszcze o moich niedawnych potyczkach z szefem - to ja miałam być świątecznym indykiem, ale nie chcę psuć świątecznej atmosfery :)

Tagi