To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: weekend

poniedziałek, 10 września 2018
Muzyczno-artystyczny weekend

Po pierwszym tygodniu spędzonym w szkole, zasadniczo moje dziecko chciało spędzić weekend leżąc na kanapie i jak najbardziej oddalać się od wyzwań intelektualnych. W sumie mnie też już ogarnia jesienna pierzynka. Jednak mam wyrzuty sumienia trzymając dziecko z dala od świeżego powietrza.

 

W sobotni wieczór wybrałyśmy się na Noc Pragi – Święto ulicy Ząbkowskiej. Zapewne wielu osobom to odpowiada, mnie już jakoś średnio – wydarzenie polegało na zorganizowaniu wielkiego koncertu na skrzyżowaniu i rozstawieniu straganów z zabawkami, ogródków z piwem. Występowały zespoły, powiedzmy, zróżnicowane – od kapeli praskiej, disco polo, disco po gwiazdę wieczoru Wilki na zakończenie. Akurat jak dotarłyśmy śpiewał nie znany mi, choć chyba popularny, zespół żeński, gdzie na scenie trzy dziewczyny w szczycie płodności, ubrane w seksowne cekinowe sukienki śpiewały do bardzo wciągającego rytmu. Moja córka od razu stała się ich zagorzałą fanką. Trochę posłuchałyśmy muzyki, trochę pokręciłyśmy się pomiędzy straganami. Niestety, po godzinie zaczął padać deszcz i zebrałyśmy się do domu. Jakoś, z mojej strony, bez żalu.

W niedzielę pojechałyśmy na wernisaż do zaprzyjaźnionej galerii malarskiej. Zaintrygował mnie tytuł wystawy – „Samotność”. Z rozmów z autorką słusznie wynikało, że nie zawsze jest to stan niepożądany, a moment w życiu, gdy redukuje się do minimum wszystkie rzeczy, emocje, uczucia, akcenty w swoim życiu. I takie też minimalistyczne, dzięki temu piękne, były te obrazy. Samotność bywa monochromatyczna, dzięki temu spokojna i łagodna. Ciężko w słowach opisywać obrazy by nie popaść w kicz. Wszystkie były praktycznie jedno, dwukolorowe, dominowała czerwień i czerń, znajdowały się na nich postacie. Kilka miało niesamowity pomysł – na duży obraz właściwy, naklejony był w roku mniejszy, wypukły. I choć na całości były ludzkie sylwetki, to właśnie inność, obcość tej jednej na wypukłej części była mocniej widoczna. Bo czasami samotność, to smutne poczucie odrębności.

W drugiej części wernisażu, recital miała córka mojej koleżanki, niezwykle utalentowana, nagradzana sopranistka. A na widowni, na kolanach młodej babci, siedziała jej czteromiesięczna córeczka :) Wiertka część dyskusyjną przeleżała znudzona na moich kolanach, albo zabawiała w kuluarach malutką. Przyszła posłuchać muzyki. Jednak po kilku piosenkach chciała  się już zbierać do domu. Jako, że przed wyjściem bolało ją ucho, jutro na rano do szkoły, to nie trzymałam ją. Wracając, zahaczyłyśmy jeszcze o koncert Renaty Przemyk w Praskim Ogródku Sąsiedzkim. Posłuchałyśmy kilku piosenek.

A wieczór, to bolesne, pełne jęków, żali i skarg na los pakowanie plecaka do szkoły.

 

21:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 września 2018
Dzień Kultury Wietnamskiej

Sobotę miałyśmy jeszcze leniwą. Największym, dla mnie, krokiem w relacjach matko-córkowych było to, że Wiertka na jakieś trzy godziny poszła do swojego pokoju. Dla nas to wielka zmiana, bo dotąd przebywała ciągle tuż obok mnie - we dnie, i w nocy. Czasem także, gdy się kąpałam :) A teraz, odrzekła, że to fajnie jest pobyć samemu. Może to efekt tego, że ostatni tydzień wakacji, gdy ja byłam w pracy, ona była sama w domu. Poczuła, że to dobrze być panią samej siebie. Zobaczymy, kiedy znowu się powtórzy :)

A w niedzielę, pojechałyśmy do parku Sowińskiego na Dzień Kultury Wietnamu. To wspieranie mojego dziecka, w jej zainteresowaniu Azją ;) Wydarzenie trochę przypominało typowy piknik rodzinny. Początkowo czułam się źle, bo dookoła były tłumy ludzi, trzeba się było przedzierać. Źle znoszę takie miejsca. Były stoiska z jedzeniem wietnamskim (Wiertka dostała paczuszkę ze słodyczami), pamiątkami, namiot buddyjski, jakiś organizacji z Wietnamu. Na środku rozstawiono dmuchańce dla dzieci i scenę, na której tańczono różne układy. Przeszłyśmy się do amfiteatru, gdzie widowisko zaczęło się od tradycyjnych układów z Azji - taniec smoka, taniec z wachlarzami, aż po jakimś czasie wietnamskie zespoły śpiewały polskie przeboje :) Wystąpiła nawet jakaś piosenkarka, która wydała mi się wietnamską wersją Beaty Kozidrak :)

Dookoła było sporo Azjatów, może nie tylko Wietnamczyków. Niektóre kobiety miały na sobie tradycyjną wietnamską suknię, pięknie to wyglądało. 

Zrobiłyśmy sobie z Wiertką zdjęcia w fotobudce - mamy już chyba piąty, czy szósty zestaw do kolekcji. Obejrzałyśmy wystawę zdjęć z Wietnamu - tamtejszych krajobrazów. Moja córka chciałaby w przyszłym roku pojechać na wakacje do Wietnamu :) W ogóle, to mówi, że chciałaby studiować w Japonii i tam już zostać na stałe :)

18:31, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 sierpnia 2018
Oblepieni słońcem

Przyznam, że jak idziesz do pracy gdy jest upalnie w stopniu do zniesienia (jak dla mnie), dzień spędzasz w klimatyzowanym biurze, lub z wyłączoną klimą, bo okna są na północ i dziedziniec biurowca, a wracasz gdy upał lżeje (jak dla mnie), to łatwiej znosić lato w mieście.

W sobotę byłam już bliska pomyśleniu, że mózg może się zagotować. Przed południem trochę posprzątałam - jeszcze inna cecha upału, wracasz po pracy do domu i tylko spływasz z kanapy. Wzięłam prysznic, zmieniłam ubranie. Wybrałyśmy się z Wiertką na zakupy i obiad, bo nie miałam ochoty gotować. A jeść, owszem. Po powrocie padłam i gdy się ocknęłam, to z trudem próbowałam znaleźć jakiś tlen w mieszkaniu. Nie mam wiatraka. Takie natężenie wysokiej temperatury w pomieszczeniu zdarza się, jak dla mnie, zbyt rzadko. 

Dopiero o 19:00 wyszłyśmy z domu. Najpierw na plac zabaw na Podzamczu, a potem do Parku Fontann na pokaz multimedialny. Ciepły, przyjemny wieczór. Wróciłyśmy do domu przed 23:00 i jeszcze przez prawie dwie godziny nie próbowałyśmy zasnąć. Śródziemnomorsko.

W Parku Fontann Wiertka o mało co mi nie zaginęła :( Tłumy były ogromne, stanęłyśmy blisko fontanny, bo ciężko było już w mroku znaleźć dobre miejsce dalej. Wiertka ruszyła do przodu, pomiędzy ludźmi, by znaleźć lepsze miejsce, a ja nie dałam, jej tempem, przeciskać się z hulajnogą. I po chwili zniknęła w tłumie. Pokaz się zaczął i nie wiedziałam, co zrobić. Krzyczeć jej imię? Stałam, rozglądałam się, klękałam i próbowałam wypatrzyć ją wśród plątaniny nóg. Bałam się, że ja będę chodzić i jej szukać, ona będzie chodzić i mnie szukać, i będziemy się mijać. A takie bezczynne stanie w miejscu, nie przystoi rodzicowi. Pomyślałam, że jak skończy się pokaz, będę jej szukać w tym wycofującym się tłumie i wołać. Zaraz jednak pojawiła się jakaś kobieta, a z nią Wiertka - pani pomogła jej mnie odszukać. Nawet jej za to nie podziękowałam. Dobrze, że się odnalazłyśmy, bo mała miała plan, by po pokazie wyjść z tym tłumem ludzi.

W niedzielę spałyśmy do 11:30. Po południu przeszłyśmy się na Otwarta Ząbkowską, gdzie był teatrzyk dla dzieci, różne warsztaty plastyczne.

W grudniu to lato będę wspominać z nostalgią :)

niedziela, 29 lipca 2018
Zaćmienie Księżyca

W piątek spróbowałyśmy z Wiertką obejrzeć zjawisko, które ponownie pojawi się na niebie za jakieś ponad 400 lat. Nie udało się od razu. Zaczęłyśmy spacer o 21:00, kiedy to pierwsze zakrycie tarczy powinno było być już jakoś widoczne. Ale niewidoczny był sam Księżyc. Bałam się, że to problem zasnutego chmurami nieba. Albo po prostu był jeszcze za nisko i zasłaniały go okoliczne bloki. Za to natknęłyśmy się na chodniku na inną mamę z pięcioletnią córeczką i razem spacerowałyśmy gadając przez pół godziny, próbując coś na niebie wypatrzeć.

Wróciłyśmy się do domu i poczekałyśmy godzinę. Koło 22:30 miał odbywać się kulminacyjny punkt zaćmienia. I Księżyc był widoczny od razu po wyjściu z bloku. Kleił się do nieba nad sąsiednim, trzypiętrowym budynkiem. Taki szary. Czy czerwony - jakoś nie mogłam zauważyć. Połaziłyśmy trochę, żeby mu się poprzyglądać. Marsa, który miał być tuż pod nim, nie mogłam, wypatrzeć. Ale i tak był to fajny widok. Przy okazji spotkałyśmy jakiegoś pana, który zagaił mnie i opowiedział o kosmitach, kręgach w zbożu, a potem płynnie przeszedł do uchodźców w Niemczech. Każda epoka ma swoich gości, którzy wzbudzają lęk. 

Weekend był powolnym przedzieraniem się przez upał. Ja znoszę go jeszcze w miarę, ale Wiertka nie może już znaleźć wystarczając skąpego ubrania. Wszystkie mają "za gorący materiał". Od kwietnia, a raczej pierwszych w miarę ciepłych weekendów przymierzałam się do umycia okien, które zszarzały na dobre. Teraz znowu mi się przypomniały i nie znalazłam żadnej wymówki. Samo mycie okna to chwila, ale ta otoczka - odsuwanie/przysuwanie kwiatów, przetarcie futryn, parapetów od strony zewnętrznej, umycie podłogi, ta otoczka zabiera dwa razy więcej czasu. A potem lunął deszcz, co podobno powinno piękno takiego okna zniszczyć. Jako, że 2/3 okien w moim mieszkaniu wychodzi na balkon loggię, to tylko cieszyłam się zapachem mokrej ziemi.

Wieczór sobotni na urodzinach koleżanki, na babskim spotkaniu, niedziela to rodziny obiad u cioci i tak w tym upale dopływamy do nowego tygodnia.

Tagi: weekend
18:55, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 lipca 2018
Koncertowy weekend

Na tę sobotę moja córka czekała od ponad tygodnia. Podekscytowana i w emocjach. Jej idolki, trzy nastolatki prowadzące program dla dzieci i śpiewające piosenki dla tej grupy wiekowej, miały swój mały koncert w pewnym centrum handlowym. Działo się to przy okazji działań promocyjnych związanych z premierą "Mamma Mia. Here we go again". Wydarzenie było pomiędzy 12:00, a 16:00, ale nie podano kolejności występowania gości, dlatego byłyśmy już tam w południe. Podsłuchałam, że dziewczyny będą śpiewać po 13:00, poszłyśmy więc z Wiertką na mały spacer.

I tu małe spostrzeżenie. Centrum handlowe jest w centrum betonu, nie ma sensu więc wychodzić na zewnątrz. Spacerowałyśmy alejkami, a jest to czas, gdy nie mogę wydać niepotrzebnie ani grosza i jest to dosłowna dyrektywa, ani grosza. Wzięłam wodę do picia, bułki dla dziecka. Jednak zazwyczaj tak jest, że kiedy wiesz, że nie możesz nic kupić, to akurat myśl o kupowaniu trzyma się ciebie uporczywie. A to kawa, a to lody, a to napój. Weszłyśmy w końcu do księgarni i tam pooglądałyśmy rzeczy. Nie jestem typem człowieka, który spaceruje po sklepach by sobie popatrzeć. Jestem zadaniowa - wchodzę by kupić. Bez tego zadania czuję się jak debil.

Straszna godzina wreszcie minęła i zaczął się koncert. Oraz jeszcze gorsza godzina. Bo zjawiło się trochę dzieci, głównie dziewczynek z rodzicami. I każda chciała mieć autograf oraz zdjęcie z idolkami. A rodzice byli, dobra nie będę ściemniać, byliśmy mocno zdeterminowani by naszym słoneczkom w tym pomóc. A mam wrażenie, że centrum handlowe, jego ochrona, nie pomyślała, że taki nieznany zespolik może wzbudzić jakiekolwiek emocje. Bo jak nie masz dziecka w wieku 5-9 lat, to nie wiesz kto to jest. Dlatego ochrona nie była przygotowana na taki kocioł.

Pomiędzy dwoma występami i przed nim - do dziewczyn ustawiała się kolejka. A raczej najpierw kłębowisko dziecięco-rodzicielskie, potem ze trzy alternatywne kolejki i dopiero po całym występie, gdy dziewczyny ustawiły się na dobre, ochrona zaczęła burdel ogarniać wpuszczając po kolei po dziecku z każdej alternatywnej kolejki. Na pomysł by zrobić jedną, oficjalną, kontrolowaną, panowie nie wpadli. Dla mnie było to stresujące, bo stałam z dzieckiem, dookoła mnie inne dzieci, ich rodzice. Starasz się być uprzejma i nie stratować, to zaraz jakaś baba wciska przed twoje ukochane dziecko, swoje dwie różyczki. Zazwyczaj jestem wycofana, nie idę w starcie, ale tu widziałam smutną minę mojego dziecka, które zapewniałam co chwila, że teraz ona będzie mogła wejść. I wyszła ze mnie madka. Zwróciłam uprzejmie, ale stanowczo tamtej kobiecie uwagę. Ona napadła na mnie, że robię problem, bo dostaną się wszyscy. To niech cofnie swoje gówniary do tyłu, jak taka mądra. Na szczęście byłyśmy madkami, nie Madkami, więc po kilku zdaniach raczej dość cicho cedzonych, każda się zamknęła. Szkoda było wystraszonych twarzy naszych dzieci. Potem w tym kłębowisku, pozwoliłam jeszcze by przed moje dziecko wepchnął się mały czterolatek, bo jego mama miała dziecko w nosidełku i nie mogła go wspierać tak jak inni rodzice. Ale gdy obok wsuwała się mała dziewczynka wspomagana przez nastoletniego brata z uśmiechem przeprosiłam go, że teraz będę nieuprzejma i jednak to moje dziecko wejdzie. Opisuję to tak, bo sama się nie spodziewałam, że potrafię być taka wojownicza, niefajna i niemalże chamska. A to wszystko, bo nie chciałam zawieźć mojego dziecka.

Dobra, autograf zdobyty, zdjęcia zrobione. Można było wracać do domu. Byłam psychicznie wykończona :)

A żeby było sprawiedliwie, to wieczorem poszłyśmy na koncert w Muzeum Warszawskiej Pragi - grały Same Suki. Muzyka folkowa, wśród wykorzystywanych instrumentów suka biłgorajska, bęben, czy wiolonczela, a wokalistka także świetnie operowała głosem. Suki, bo też teksty były, choć stylizowane na ludowe, to mocno zaangażowane społecznie. Bardzo fajny koncert. Wiertce też muzyka się podobała, choć czasami mówiła, że jest straszna (to ta suka biłgorajska).

Za to niedziela leniwa. Południe spędziłyśmy, leżąc w piżamach w łóżku, oglądając sobie razem "Mamma Mia". Pamiętam jak byłam na tym dziesięć lat temu w kinie i żałowałam, że nie mogłam zabrać na to mamy, która zmarła kilkanaście tygodni wcześniej. Mama lubiła piosenki Abby. A teraz mogę obejrzeć to z własną córką :) Spodobały jej się piosenki i chce iść do kina na część drugą :)

20:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 czerwca 2018
Bardzo długi Dzień Dziecka

Za mną długi weekend czerwcowy, który upłynął pod hasłem Dnia Dziecka. 

Czwartek był jeszcze spokojny, bo pojechałyśmy z Wiertką w odwiedziny do mojego taty i brata. Siedzieliśmy w ogrodzie.

Weekend rozpędził się w piątek. Najpierw, rano byłam z klasą mojej córki w kinie - jako opiekun ze strony rodziców. Po kinie, odprowadzeniu dzieci do szkoły, zabrałam Wiertkę i jej koleżankę kilka ulic dalej, gdzie zaczynał się właśnie festyn dla dzieci. Organizowała go dzielnica, moja spółdzielnia, ale także pokaźna lista drobnych sponsorów odczytanych w pewnym momencie. I nie ma nic przeciwko temu. Dowiedziałam się, że trochę grosza wysupłała na przykład pani prowadząca kiosk, w którym czasem kupuję gazety, miła starsza pani. I to bardzo miłe, wiedzieć, że wspiera rzeczy dziejące się w okolicy.

A było co wspierać, bo do dyspozycji dzieci były dmuchańce, trampoliny, kucyki, quady, frytki, kiełbaski, wata cukrowa, woda w woreczkach, przekąski, stoiska z pracami plastycznymi do zrobienia, scena z występami. A wszystko to za darmo. Byłyśmy tam od południa, więc kolejki były jeszcze małe. Ze wszystkiego dało się skorzystać. Pogoda była taka, jaką pamiętamy - nawet ja, fanka słońca, uznałam, że czuję się zgrillowana. Zapomniałam dlaczego mieszkańcy południa Europy nie wychodzą z domów, jeśli nie muszą. Na tym pikniku spędziłyśmy ponad cztery godziny. Wróciłyśmy do domu, ja bardziej pełzając niż idąc. W domu położyłam się na chwilę, przymknęłam oczy, a potem okazało się, że spałam dwie godziny, a dziecko oglądało filmy. Tego dnia wybrałyśmy się jeszcze na zakupy, bo Wiertka chciała kupić prezent za pieniądze podarowane przez dziadka. Wybrała zestawy jakiejś nowej serii do składania - Mixies, coś co przypomina trochę lego, trochę kubiki, trochę Minecrafta. W każdym razie super i będzie pierwsza w klasie. Przy okazji ogromna porcja lodów w Grycanie, bo w dzień dziecka kulka była po złotówce. A potem jeszcze plac zabaw.

W sobotę, generalnie Wiertka chciała leżeć i odpoczywać i pogoda temu sprzyjała. Ja ogarnęłam trochę dom, co skończyło się zmianą ubrania i prysznicem. Jednak młoda zobaczyła wiadomość w sieci i wybrałyśmy się na krótki spacer do niedalekiej galerii handlowej. Oni także organizowali wydarzenie z okazji Dnia Dziecka - panie smażyły naleśniki, a dziecko mogło sobie swojego dowolnie przyozdobić i zjeść. Były owoce, nutella, posypki.

Niedziela, zaczęła się niewinnie, do wizyty w kościele - będzie o tym wpis. A po mszy, przed bazyliką, piknik z okazji Dnia Dziecka. Tym razem organizowany przez wolontariuszy z parafii. Były konkursy, zbieranie pieczątek za sprawności fizyczne. A potem dzieci zostały poczęstowane lodami tajskimi. Pan z firmy gastronomicznej całkiem charytatywnie poświęcił składniki, czas oraz siły, bo to nie była lekka praca.

Już wcześniej o tym gadałyśmy - Wiertka chciała wybrać się na układanie lego. Tym razem takie wydarzenie, z okazji - a jakże by inaczej - Dnia Dziecka, organizowała galeria handlowa po drugiej stronie miasta. Spytałam się młodą, czy zdaje sobie sprawę, że to czterdzieści minut autobusem. Dla nie ok. A tam układanie lego, Wiertka wzięła udział w konkursie i dostała małą paczuszkę z laleczką i akcesoriami. Wieczorem plac zabaw.

Jutro idę do pracy odpocząć.

niedziela, 27 maja 2018
Weekend kinowo-leśny

Sobota burzowa, deszczowa, senna, leniwa jak koc. Tak jak ostatni dzień mojego cyklu.

Wybrałyśmy się z Wiertką do fryzjerki, w bloku obok, na podcięcie włosów. U jednej, i u drugiej. Na prośbę mojego dziecka, ustawiam weekend tak, by jeden dzień był domowy, z nic nierobieniem. Ona tak odpoczywa i regeneruje siły po szkole. Wspomniałam jednak, że na Pradze będzie w sobotnie noce kino plenerowe i Wiertka strasznie się zapaliła do tego pomysłu. Oglądanie filmów pod gołym niebem! Do momentu wyjścia z domu, po 21:00 dopytywałam się, czy aby na pewno chce wyjść. Jasne, że chce.

Okazało się, że ciągle pada mały deszcz i zastanawiałam się, czy się zaraz z tego seansu nie wrócimy do domu. Dziecko nie traciło nadziei. Było fajnie. Kino plenerowe odbywało się w knajpce, która mieści się na terenie plomby pomiędzy dwoma kamienicami. Organizatorzy rozwiesili brezentowe płachty, więc można było sobie bezpiecznie usiąść na leżaku, lub puchowej kanapie. Ja zapobiegawczo wzięłam kocyk, którym Wiertka się okryła. Trochę poleżała pod kocem, trochę potańczyła przy muzyce i śpiewie Florence Jenkins. Bo leciała "Boska Florence". Co najciekawsze, Wiertka nie miała problemu z oglądaniem filmu z napisami. Nadążała z czytaniem. Pamiętam z dzieciństwa, że dla mnie był to poważny skok w konsumpcji kultury popularnej, którego dokonałam dopiero koło 11-12 roku życia. Ale może to cecha pokolenia wychowywanego na filmach ściąganych z sieci. Inna kwestia, to taka, że mojemu dziecku film się podobał i nie uznała głównej bohaterki za fałszującej, czy ośmieszającej się. Kochała śpiewać, to śpiewała. Chciała śpiewać przed ludźmi, to śpiewała. Myśląc nad tym, zaczęłam się zastanawiać, czy Florence Foster Jenkins nie była prekursorką dzisiejszych bohaterów sieci - gdzie nie musisz idealnie śpiewać, grac, tańczyć, ale jeśli robisz to z pasją i kochasz, to co robisz, to ludzie ci to wybaczą.

W niedzielę, dziecko tradycyjnie nie chciało wyjść z domu, zasłaniając się kinem plenerowym i powrotem do domu przed północą. Nie negocjowałam, tylko kazałam się zbierać z łóżka. Wybierałyśmy się z koleżanką na wernisaż wystawy zdjęć, których bohaterką jest Puszcza Kampinowska. Oczywiście, wystawa odbywała się w puszczy, w skansenie, tuż obok muzeum. Pogoda była przepiękna, okoliczności przyrody były przepiękne, chaty, które przy okazji obejrzałyśmy także były piękne. Fajnie spędzony na świeżym powietrzu dzień.

niedziela, 20 maja 2018
Matko-córkowa Noc Muzeów

Odkąd Wiertka we wszystkie weekendy jest ze mną, wiedziałam, że Noc Muzeum muszę zaprojektować pod nią. Łatwo nie było, bo w ogóle nie miała ochoty nigdzie wychodzić. W domu jest najfajniej. Bo w domu jest tablet, telewizor, internet. Zarządziłam, że idziemy i dyskusji nie ma. Wcześniej jeszcze byłyśmy na zakupach, ja posortowałam ubrania w trzech szafkach (zostawić, oddać, wyrzucić), ugotowałam obiad w sumie na dwa dni.

Noc rozpoczęłyśmy przed 19:00 wizytą w niedalekim sklepiku kawiarni, gdzie była wystawa lalek z teatru Baj. Były trochę straszne i moja córka długo nie chciała ich oglądać. Potem pojechałyśmy do Muzeum Etnograficznego. Było tam sporo atrakcji dla dzieci - związanych z wystawą peruwiańską. Najpierw degustacja czekolady z wybranymi dodatkami. Potem można było zrobić własny breloczek w kształcie lamy. I tu miły wieczór się zaciął. Pomalowałyśmy obrazek z lamą, panie go zalaminowały, wycięłyśmy zwierzątko. Teraz trzeba było zrobić pompon. Pani pokazywała mi, jak to zrobić, ja jakoś próbowałam, choć szło mi ciężko. Jednak Wiertka była od pewnego momentu płaczliwa, rozedrgana. A to jej się długość pomponu nie podobała. Szybko wybrałam nitki i wtedy wybuchł płacz. Zły kolor, zły kolor, zły kolor. I nie chciała się uspokoić, nie dała sobie wytłumaczyć. Bo ten pompon ma zły kolor nitki, którą jest przewiązany. Ledwo zrobiłam jeden. Nie chciała się uspokoić i zabrałam ją na korytarz. Nie wiedziałam, czy zabrać do domu, ale chciała zostać. Ale nie chciała zwiedzać. Ciągle szlochała. Wyglądało to dziwnie. Ja chodzącą po muzeum z zapłakanym dzieckiem, które nie chce nic oglądać. Byłam już wściekła. Bo pompon ma zły kolor nitki. W końcu, Wiertka wydukała przez łzy, że ona zrobi ten pompon sama. Z dobrym kolorem. To wróciłyśmy i zrobiłyśmy nowy jeszcze raz. Już sama nie wiem, czy moja córka jest rozpuszczoną terrorystką, czy odstawiła "Rain Man'a". Tysiąc rzeczy zaakceptuje takimi jakimi są, a potem przy jednej nie takiej jak trzeba zachowuje się jakby porządek świata runął.

Jednak potem było fajnie. Wiertka ulepiła z gliny medal wojownika, zrobiła naszyjnik z blaszek, według instrukcji, bez pomocy zrobiła kwiatek z krepiny. Pospacerowałyśmy po patio, gdzie był dj, leżaki, napoje. Zastanawiałam się nad powrotem, ale Wiertka powiedziała, że chciałaby tu dłużej posiedzieć, posłuchać muzyki. A, że była już głodna, to kupiłam nam tosty w kawiarni.

Koleżanka napisała mi sms-em o innej atrakcji i moja córka odniosła się do niej z entuzjazmem. Spacerkiem przeszłyśmy się na Plac Defilad, skąd odjeżdżały "ogórki". Opowiadałam o nich Wiertce i była pod wielkim wrażeniem :) Kolejka oczekujących była długa, ale "ogórki" podjeżdżały często i wszystko szło sprawnie. W dzieciństwie miałam silną chorobę lokomocyjną i jazda tym pojazdem kojarzy mi się jedynie z silnymi mdłościami oraz wymiotami :) Co najciekawsze, stanął jeden obok mnie, do mojego nosa doszedł zapach spalin i od razu uczucie wróciło, jak u psa Pawłowa :D Opowiedziałam to Wiertce. Akurat, gdy była nasza kolej podjechał nowszy Jelcz - jak na mój gust taki z lat 70tych, może 80tych (starsza wersja tych, którymi ja jeździłam do szkoły). Wszyscy czekali na "ogórka", więc nikt nie chciał nim jechać :) Za to Wiertka chciała, uznała, że powietrze będzie w nim mniej mdlące :) W czasie jazdy, powiedziała mi, że czuje te spaliny, o jakich mówiłam i miałyśmy dyskusję o tym, jak ludzie mogli wtedy podróżować, skoro w każdym pojeździe tak śmierdziało :) Biedna, nie wiem, że to był jedyny zmotoryzowany znany świat, więc wyglądał naturalnie. A może to tylko ja mam z dzieciństwa i tamtych pojazdów takie skojarzenie, że nie dało się w nich oddychać i śmierdziały spalinami?

Dojechałyśmy do Zajezdni Wola, gdzie w tym roku był Dzień Otwarty. A tam tramwaje z wszystkich epok - od konnych, poprzez pierwsze zmotoryzowane, te sprzed wojny, dawnych czasów. Wszystkie. Wiertka wdrapywała się a miejsce woźnicy, wchodziła do kabiny motorniczego i bawiła się pokrętłami, szalała. Można tez było wejść - w siateczce na włosy i kasku - do kanału pod tramwajem i pooglądać sobie podwozie. Był koncert, obwarzanki, sok z saturatora, gra w trzy karty i łańcuch. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie w fotobudce, w Muzeum Etno też robiłyśmy zdjęcia z fotobudki. W jednym z tramwai stał fortepian i pan grał różne melodie. A w innym przypomniałam sobie stare kasowniki na bilety dziurkowane. O rany, kiedy to było :)

Wybiła 1:00 i trzeba był wracać. Nie widziałam, czy jeździ coś stamtąd o tej porze i co za linie, więc wybrałam bezpieczną linię muzealną - wracałyśmy do centrum "ogórkiem",  a potem już zwyczajnym autobusem na Pragę. Wiertka była zmęczona, podsypiała biedna, potem popłakiwała i marudziła. Miała do tego prawo. Zwiedzanie powinnam była zakończyć godzinę wcześniej. Do domu dotarłyśmy o 2:00.

Wiertka spała dziś do 12:00 :) Miała mieć jeszcze warsztaty, ale odwołałam jej przyjście. Cały dzień leżymy w łóżku i odpoczywamy :)

W kolejnych wpisach będzie jeszcze refleksja komunijna, bo wczoraj klasa Wiertki miał I komunię świętą.

niedziela, 13 maja 2018
Weekend w parku

Sobota była handlowa. Zrobiłyśmy z Wiertką dużą wycieczkę autobusem za miasto - by w Ikea kupić trochę pudełek do szafy. Okazało się, że ten wyjazd był pierwszym, kiedy moje dziecko nie chciało już iść na tamtejszy plac zabaw. Zazwyczaj wtedy ja siedzę sobie z kawą i książką. I tak wpuszczają ją już chyba przez przeoczenie, bo limit wzrostu to 140 cm, a ona go przekroczyła. Okazuje się też, że przekroczyła także emocjonalną granicę, bo ukochany plac zabaw przestał być interesujący. Ale nadal obie lubimy szwedzkie klopsiki w tamtejszej restauracji.

To nie koniec, bo głównym celem wycieczki był zakup hulajnogi. W ramach prezentu nie-komunijnego, mój tata podarował wnuczce pieniądze na rower. Taki średniej półki, kwota trzycyfrowa. Sporo czasu zastanawiałam się, jaki jej kupić, gdzie jej kupić. Nie jeżdżę, totalnie się nie znam. W dodatku, jak ją nauczyć jeździć, skoro sama nie potrafię. Efektem tych dylematów była rozmowa z Wiertką, która odrzekła, że woli hulajnogę. I tak pojechałyśmy do sklepu sportowego po hulajnogę - taką od 1,45 cm wzwyż, więc będzie służyć (oby) przez kilka lat. Od razu poprosiłam w sklepie o jej rozłożenie, bo przecież nie dałabym rady. Wiertka ze sklepu pomknęła jak strzała na swoim nowym pojeździe. A do przejścia, na pętlę autobusową, był spory kawałek.

Niedziela zaczęła się od badań społecznych. Niedawno, na lokalnej grupie fb, napisała studentka psychologii. Razem z innymi studentami z kilku krajów robi badania ośmiolatków nad procesem nauki sarkazmu i ironii :) Szukała chętnych rodziców. Zgłosiłam się. Nie byłam na tyle gościnna, by zaprosić ją do siebie, ale umówiłyśmy się w centrum handlowym, w niedzielę niehandlową - było więc cicho i spokojnie. Przy jednym stoliku Wiertka miała swoje pytania do scenek, a przy drugim, ja jako rodzic wypełniałam swoje kwestionariusze. Na przykład, też miałam scenki, gdzie trzeba było na końcu napisać, co dana osobie odpowie - wybadanie, jaki typ humoru preferuje rodzic i czy w ogóle go posiada. Badanie ma dobrą dotację, więc w podzięce dostałyśmy upominki - Wiertka naklejki i książkę, ja kupon do Empiku, też na książkę.

Z badań pojechałyśmy do parku. Wiertka wybrała taki w sąsiedniej dzielnicy, gdzie zawsze chodzi z tatą i rodzeństwem. Szalała oczywiście na hulajnodze przez cały dzień. W środku parku jest zbiornik wodny, na na nim wysepka (z małym dojściem). Siedziałyśmy tam na trawie, bawiłyśmy się najpierw w chowanego (po krzewach i krzakach). Potem było "Pytanie, czy wyzwanie". Moja córka miała początkowo dziwne pytania, bo o ile "czy jesteś w kimś zakochana?" jeszcze przeżyję, ale "ile razy się z kimś hajtałaś?" było trudne. Bo okazało się, że mojemu dziecku chodzi o seks. Odrzekłam, że takich tematów nie poruszamy. Podejrzewam, że Wiertka oczekuje, że będę mówić, że zakochana jestem w jej tacie i że tylko z nim się "hajtałam". Stanęło na "jakim drzewem jesteś?" i dalej w tym stylu. Wyzwania były gorsze, bo musiałam biegać dookoła wyspy, robić przysiady. Ja za to kazałam mojemu dziecku, w ramach wyzwania, robić działania matematyczne ;) Na koniec jeszcze robiłyśmy tańce na trawie. I tu już bałam się, że zbyt długo jesteśmy dziwne, bo w okolicy leżało na kocach sporo ludzi. Widocznie moje dziecko miało potrzebę kontaktu ze mną i wolało tak spędzić czas, niż na placu zabaw obok.

Lubię jadać na mieście, więc w drodze powrotnej wstąpiłyśmy do knajpki azjatyckiej, w której Wiertka bywa z tatą i że zacytuję mówi o niej, że "restauracja jest na wypasie". Mała zamówiła normalne danie, chrupiącego kurczaka i myślałam, że będę po niej dojadać. Nic mylnego. Zjadła wszystko co do ziarenka ryżu. Ja jej dużo i mnie takie danie nasyca. Znam dorosłych, którzy by mu nie dali rady. Wiertka wsunęła wszystko.

W drodze powrotnej jechała jeszcze na hulajnodze, a ja miałam ochotę zlegnąć już gdzieś. Nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii.

Okna w domu wyją o mycie i trzeba posadzić kwiatki na balkonie. Następny weekend będzie chyba domowy.

niedziela, 06 maja 2018
Majówka

Tegoroczna majówka wyglądała jak szachownica - dwa dni wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dwa dni wolnego. Efekt był taki, że jakoś nie czuję, że miałam wolny czas i wypoczęłam. A nie wykluczone, że odpoczywałam w te dni, gdy byłam w pracy :D

Urlopu nie brałam, bo potrzebuję wolnych dni na wizyty lekarskie związane z Wiertką, na wakacje z nią i jak się pracuje w kilkuosobowym dziale, to też pewne rozplanowane urlopy już zastajesz. 

W poniedziałek szkoła Wiertki miała jeszcze planowe lekcje. W środę i piątek mogłam zostawić ją na dyżurze w świetlicy, ale moje dziecko strasznie nie miało na to ochoty. I ja ją rozumiem - zrywanie się z łóżka rankiem, przebywanie z dziećmi na które jest się skazanym. I to na przemian z wolnymi dniami. To nie jest wypoczynek. Zgodziłam się by została w domu. Ja pracowałam od 8:00, a ona budziła się przed... 11:00. Dlatego nie była sama aż tak wielki kawał dnia. A zauważyłam, że im staje się starsza, to Wiertka robi się coraz większą domatorką. Ładuje baterie siedząc w domu, a nie podróżując i oglądając piękne widoki.

1-go maja pojechałyśmy do mojego brata i taty na grilla. Dzień spędziłyśmy w ogrodzie, pod drzewami, gdzie miałam krótkotrwały kontakt z siłami przyrody pod postacią meszki, która ukąsiła mnie w stopę. Potem przez kilka dni miałam bolącą, czerwoną, spuchnięta stopę. Nie jest źle. Jak tam mieszkałam, to co co roku o tej porze obie miałam popuchniętę od podgryzień niczym kończyny Gieni Smoliwąs w ostatnich odcinkach "Ballady o Januszku".

W czwartek, zrobiła się śmiertelnie poważnie upalna pogoda, a ja nie mogę wytrzymać by nie wykorzystać takiej okazji. Niczym człowiek północy, który myśli, że to tylko jednodniowa pomyłka i zaraz znowu będzie marne 20 stopni na plusie :) Zabrała Wiertkę do ZOO. Była średnio zachwycona wyjściem z domu, bo ona do słońca i upału ma stosunek wręcz przeciwny. Okazało się, że cała Warszawa wyległa na ulice, parki jak te biedne ćmy. Kolejki do kasy były takie, że chciałam już zrezygnować. Zauważyłam jednak, że do automatu z biletami jest krótsza. Zaledwie dziesięć minut stałyśmy. W automacie można kupić tylko zwyczajne bilety - normalny i ulgowy. Żadnych z Kartą Warszawiaka, grupowych, rodzinnych i chyba to jedynie tłumaczy fakt, że reszta ludzi wolała stać w kolejce kilka razy dłużej. Gdyby ktoś myślał, że mamy upał, to zapraszam do pawilonu z gadami lub bezkręgowcami. Tam było jeszcze cieplej, w dodatku panowała inna wilgotność powietrza. Ja dałam radę, ale jedna matka weszła i po sekundzie cofnęła się mówiąc, że nie daje rady. W ZOO byłyśmy kilka godzin i jak wróciłam do domu, bo nie wiedziałam, gdzie złożyć resztki nóg.

Zaś wczoraj, w sobotę, znowu zaliczyłyśmy święty rytuał grilla :) Byłam na imieninach mojej przyjaciółki :) Znowu dzień na słoneczku, w ogrodzie, na leżaku.

Dziś, obie z Wiertką, kanapujemy jak stare koty. 

Jednak brakuje mi tak dwóch dni spędzonych w domu, w samotności, tylko sama ze sobą.

To być może kwestia emocjonalnego podejścia do obu lat, ale mam wrażenie, że w poprzednim roku wiosna i lata były pochmurne, chłodne. W tym roku wszystko jest zalane słońcem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi