To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: weekend

niedziela, 03 czerwca 2018
Bardzo długi Dzień Dziecka

Za mną długi weekend czerwcowy, który upłynął pod hasłem Dnia Dziecka. 

Czwartek był jeszcze spokojny, bo pojechałyśmy z Wiertką w odwiedziny do mojego taty i brata. Siedzieliśmy w ogrodzie.

Weekend rozpędził się w piątek. Najpierw, rano byłam z klasą mojej córki w kinie - jako opiekun ze strony rodziców. Po kinie, odprowadzeniu dzieci do szkoły, zabrałam Wiertkę i jej koleżankę kilka ulic dalej, gdzie zaczynał się właśnie festyn dla dzieci. Organizowała go dzielnica, moja spółdzielnia, ale także pokaźna lista drobnych sponsorów odczytanych w pewnym momencie. I nie ma nic przeciwko temu. Dowiedziałam się, że trochę grosza wysupłała na przykład pani prowadząca kiosk, w którym czasem kupuję gazety, miła starsza pani. I to bardzo miłe, wiedzieć, że wspiera rzeczy dziejące się w okolicy.

A było co wspierać, bo do dyspozycji dzieci były dmuchańce, trampoliny, kucyki, quady, frytki, kiełbaski, wata cukrowa, woda w woreczkach, przekąski, stoiska z pracami plastycznymi do zrobienia, scena z występami. A wszystko to za darmo. Byłyśmy tam od południa, więc kolejki były jeszcze małe. Ze wszystkiego dało się skorzystać. Pogoda była taka, jaką pamiętamy - nawet ja, fanka słońca, uznałam, że czuję się zgrillowana. Zapomniałam dlaczego mieszkańcy południa Europy nie wychodzą z domów, jeśli nie muszą. Na tym pikniku spędziłyśmy ponad cztery godziny. Wróciłyśmy do domu, ja bardziej pełzając niż idąc. W domu położyłam się na chwilę, przymknęłam oczy, a potem okazało się, że spałam dwie godziny, a dziecko oglądało filmy. Tego dnia wybrałyśmy się jeszcze na zakupy, bo Wiertka chciała kupić prezent za pieniądze podarowane przez dziadka. Wybrała zestawy jakiejś nowej serii do składania - Mixies, coś co przypomina trochę lego, trochę kubiki, trochę Minecrafta. W każdym razie super i będzie pierwsza w klasie. Przy okazji ogromna porcja lodów w Grycanie, bo w dzień dziecka kulka była po złotówce. A potem jeszcze plac zabaw.

W sobotę, generalnie Wiertka chciała leżeć i odpoczywać i pogoda temu sprzyjała. Ja ogarnęłam trochę dom, co skończyło się zmianą ubrania i prysznicem. Jednak młoda zobaczyła wiadomość w sieci i wybrałyśmy się na krótki spacer do niedalekiej galerii handlowej. Oni także organizowali wydarzenie z okazji Dnia Dziecka - panie smażyły naleśniki, a dziecko mogło sobie swojego dowolnie przyozdobić i zjeść. Były owoce, nutella, posypki.

Niedziela, zaczęła się niewinnie, do wizyty w kościele - będzie o tym wpis. A po mszy, przed bazyliką, piknik z okazji Dnia Dziecka. Tym razem organizowany przez wolontariuszy z parafii. Były konkursy, zbieranie pieczątek za sprawności fizyczne. A potem dzieci zostały poczęstowane lodami tajskimi. Pan z firmy gastronomicznej całkiem charytatywnie poświęcił składniki, czas oraz siły, bo to nie była lekka praca.

Już wcześniej o tym gadałyśmy - Wiertka chciała wybrać się na układanie lego. Tym razem takie wydarzenie, z okazji - a jakże by inaczej - Dnia Dziecka, organizowała galeria handlowa po drugiej stronie miasta. Spytałam się młodą, czy zdaje sobie sprawę, że to czterdzieści minut autobusem. Dla nie ok. A tam układanie lego, Wiertka wzięła udział w konkursie i dostała małą paczuszkę z laleczką i akcesoriami. Wieczorem plac zabaw.

Jutro idę do pracy odpocząć.

niedziela, 27 maja 2018
Weekend kinowo-leśny

Sobota burzowa, deszczowa, senna, leniwa jak koc. Tak jak ostatni dzień mojego cyklu.

Wybrałyśmy się z Wiertką do fryzjerki, w bloku obok, na podcięcie włosów. U jednej, i u drugiej. Na prośbę mojego dziecka, ustawiam weekend tak, by jeden dzień był domowy, z nic nierobieniem. Ona tak odpoczywa i regeneruje siły po szkole. Wspomniałam jednak, że na Pradze będzie w sobotnie noce kino plenerowe i Wiertka strasznie się zapaliła do tego pomysłu. Oglądanie filmów pod gołym niebem! Do momentu wyjścia z domu, po 21:00 dopytywałam się, czy aby na pewno chce wyjść. Jasne, że chce.

Okazało się, że ciągle pada mały deszcz i zastanawiałam się, czy się zaraz z tego seansu nie wrócimy do domu. Dziecko nie traciło nadziei. Było fajnie. Kino plenerowe odbywało się w knajpce, która mieści się na terenie plomby pomiędzy dwoma kamienicami. Organizatorzy rozwiesili brezentowe płachty, więc można było sobie bezpiecznie usiąść na leżaku, lub puchowej kanapie. Ja zapobiegawczo wzięłam kocyk, którym Wiertka się okryła. Trochę poleżała pod kocem, trochę potańczyła przy muzyce i śpiewie Florence Jenkins. Bo leciała "Boska Florence". Co najciekawsze, Wiertka nie miała problemu z oglądaniem filmu z napisami. Nadążała z czytaniem. Pamiętam z dzieciństwa, że dla mnie był to poważny skok w konsumpcji kultury popularnej, którego dokonałam dopiero koło 11-12 roku życia. Ale może to cecha pokolenia wychowywanego na filmach ściąganych z sieci. Inna kwestia, to taka, że mojemu dziecku film się podobał i nie uznała głównej bohaterki za fałszującej, czy ośmieszającej się. Kochała śpiewać, to śpiewała. Chciała śpiewać przed ludźmi, to śpiewała. Myśląc nad tym, zaczęłam się zastanawiać, czy Florence Foster Jenkins nie była prekursorką dzisiejszych bohaterów sieci - gdzie nie musisz idealnie śpiewać, grac, tańczyć, ale jeśli robisz to z pasją i kochasz, to co robisz, to ludzie ci to wybaczą.

W niedzielę, dziecko tradycyjnie nie chciało wyjść z domu, zasłaniając się kinem plenerowym i powrotem do domu przed północą. Nie negocjowałam, tylko kazałam się zbierać z łóżka. Wybierałyśmy się z koleżanką na wernisaż wystawy zdjęć, których bohaterką jest Puszcza Kampinowska. Oczywiście, wystawa odbywała się w puszczy, w skansenie, tuż obok muzeum. Pogoda była przepiękna, okoliczności przyrody były przepiękne, chaty, które przy okazji obejrzałyśmy także były piękne. Fajnie spędzony na świeżym powietrzu dzień.

niedziela, 20 maja 2018
Matko-córkowa Noc Muzeów

Odkąd Wiertka we wszystkie weekendy jest ze mną, wiedziałam, że Noc Muzeum muszę zaprojektować pod nią. Łatwo nie było, bo w ogóle nie miała ochoty nigdzie wychodzić. W domu jest najfajniej. Bo w domu jest tablet, telewizor, internet. Zarządziłam, że idziemy i dyskusji nie ma. Wcześniej jeszcze byłyśmy na zakupach, ja posortowałam ubrania w trzech szafkach (zostawić, oddać, wyrzucić), ugotowałam obiad w sumie na dwa dni.

Noc rozpoczęłyśmy przed 19:00 wizytą w niedalekim sklepiku kawiarni, gdzie była wystawa lalek z teatru Baj. Były trochę straszne i moja córka długo nie chciała ich oglądać. Potem pojechałyśmy do Muzeum Etnograficznego. Było tam sporo atrakcji dla dzieci - związanych z wystawą peruwiańską. Najpierw degustacja czekolady z wybranymi dodatkami. Potem można było zrobić własny breloczek w kształcie lamy. I tu miły wieczór się zaciął. Pomalowałyśmy obrazek z lamą, panie go zalaminowały, wycięłyśmy zwierzątko. Teraz trzeba było zrobić pompon. Pani pokazywała mi, jak to zrobić, ja jakoś próbowałam, choć szło mi ciężko. Jednak Wiertka była od pewnego momentu płaczliwa, rozedrgana. A to jej się długość pomponu nie podobała. Szybko wybrałam nitki i wtedy wybuchł płacz. Zły kolor, zły kolor, zły kolor. I nie chciała się uspokoić, nie dała sobie wytłumaczyć. Bo ten pompon ma zły kolor nitki, którą jest przewiązany. Ledwo zrobiłam jeden. Nie chciała się uspokoić i zabrałam ją na korytarz. Nie wiedziałam, czy zabrać do domu, ale chciała zostać. Ale nie chciała zwiedzać. Ciągle szlochała. Wyglądało to dziwnie. Ja chodzącą po muzeum z zapłakanym dzieckiem, które nie chce nic oglądać. Byłam już wściekła. Bo pompon ma zły kolor nitki. W końcu, Wiertka wydukała przez łzy, że ona zrobi ten pompon sama. Z dobrym kolorem. To wróciłyśmy i zrobiłyśmy nowy jeszcze raz. Już sama nie wiem, czy moja córka jest rozpuszczoną terrorystką, czy odstawiła "Rain Man'a". Tysiąc rzeczy zaakceptuje takimi jakimi są, a potem przy jednej nie takiej jak trzeba zachowuje się jakby porządek świata runął.

Jednak potem było fajnie. Wiertka ulepiła z gliny medal wojownika, zrobiła naszyjnik z blaszek, według instrukcji, bez pomocy zrobiła kwiatek z krepiny. Pospacerowałyśmy po patio, gdzie był dj, leżaki, napoje. Zastanawiałam się nad powrotem, ale Wiertka powiedziała, że chciałaby tu dłużej posiedzieć, posłuchać muzyki. A, że była już głodna, to kupiłam nam tosty w kawiarni.

Koleżanka napisała mi sms-em o innej atrakcji i moja córka odniosła się do niej z entuzjazmem. Spacerkiem przeszłyśmy się na Plac Defilad, skąd odjeżdżały "ogórki". Opowiadałam o nich Wiertce i była pod wielkim wrażeniem :) Kolejka oczekujących była długa, ale "ogórki" podjeżdżały często i wszystko szło sprawnie. W dzieciństwie miałam silną chorobę lokomocyjną i jazda tym pojazdem kojarzy mi się jedynie z silnymi mdłościami oraz wymiotami :) Co najciekawsze, stanął jeden obok mnie, do mojego nosa doszedł zapach spalin i od razu uczucie wróciło, jak u psa Pawłowa :D Opowiedziałam to Wiertce. Akurat, gdy była nasza kolej podjechał nowszy Jelcz - jak na mój gust taki z lat 70tych, może 80tych (starsza wersja tych, którymi ja jeździłam do szkoły). Wszyscy czekali na "ogórka", więc nikt nie chciał nim jechać :) Za to Wiertka chciała, uznała, że powietrze będzie w nim mniej mdlące :) W czasie jazdy, powiedziała mi, że czuje te spaliny, o jakich mówiłam i miałyśmy dyskusję o tym, jak ludzie mogli wtedy podróżować, skoro w każdym pojeździe tak śmierdziało :) Biedna, nie wiem, że to był jedyny zmotoryzowany znany świat, więc wyglądał naturalnie. A może to tylko ja mam z dzieciństwa i tamtych pojazdów takie skojarzenie, że nie dało się w nich oddychać i śmierdziały spalinami?

Dojechałyśmy do Zajezdni Wola, gdzie w tym roku był Dzień Otwarty. A tam tramwaje z wszystkich epok - od konnych, poprzez pierwsze zmotoryzowane, te sprzed wojny, dawnych czasów. Wszystkie. Wiertka wdrapywała się a miejsce woźnicy, wchodziła do kabiny motorniczego i bawiła się pokrętłami, szalała. Można tez było wejść - w siateczce na włosy i kasku - do kanału pod tramwajem i pooglądać sobie podwozie. Był koncert, obwarzanki, sok z saturatora, gra w trzy karty i łańcuch. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie w fotobudce, w Muzeum Etno też robiłyśmy zdjęcia z fotobudki. W jednym z tramwai stał fortepian i pan grał różne melodie. A w innym przypomniałam sobie stare kasowniki na bilety dziurkowane. O rany, kiedy to było :)

Wybiła 1:00 i trzeba był wracać. Nie widziałam, czy jeździ coś stamtąd o tej porze i co za linie, więc wybrałam bezpieczną linię muzealną - wracałyśmy do centrum "ogórkiem",  a potem już zwyczajnym autobusem na Pragę. Wiertka była zmęczona, podsypiała biedna, potem popłakiwała i marudziła. Miała do tego prawo. Zwiedzanie powinnam była zakończyć godzinę wcześniej. Do domu dotarłyśmy o 2:00.

Wiertka spała dziś do 12:00 :) Miała mieć jeszcze warsztaty, ale odwołałam jej przyjście. Cały dzień leżymy w łóżku i odpoczywamy :)

W kolejnych wpisach będzie jeszcze refleksja komunijna, bo wczoraj klasa Wiertki miał I komunię świętą.

niedziela, 13 maja 2018
Weekend w parku

Sobota była handlowa. Zrobiłyśmy z Wiertką dużą wycieczkę autobusem za miasto - by w Ikea kupić trochę pudełek do szafy. Okazało się, że ten wyjazd był pierwszym, kiedy moje dziecko nie chciało już iść na tamtejszy plac zabaw. Zazwyczaj wtedy ja siedzę sobie z kawą i książką. I tak wpuszczają ją już chyba przez przeoczenie, bo limit wzrostu to 140 cm, a ona go przekroczyła. Okazuje się też, że przekroczyła także emocjonalną granicę, bo ukochany plac zabaw przestał być interesujący. Ale nadal obie lubimy szwedzkie klopsiki w tamtejszej restauracji.

To nie koniec, bo głównym celem wycieczki był zakup hulajnogi. W ramach prezentu nie-komunijnego, mój tata podarował wnuczce pieniądze na rower. Taki średniej półki, kwota trzycyfrowa. Sporo czasu zastanawiałam się, jaki jej kupić, gdzie jej kupić. Nie jeżdżę, totalnie się nie znam. W dodatku, jak ją nauczyć jeździć, skoro sama nie potrafię. Efektem tych dylematów była rozmowa z Wiertką, która odrzekła, że woli hulajnogę. I tak pojechałyśmy do sklepu sportowego po hulajnogę - taką od 1,45 cm wzwyż, więc będzie służyć (oby) przez kilka lat. Od razu poprosiłam w sklepie o jej rozłożenie, bo przecież nie dałabym rady. Wiertka ze sklepu pomknęła jak strzała na swoim nowym pojeździe. A do przejścia, na pętlę autobusową, był spory kawałek.

Niedziela zaczęła się od badań społecznych. Niedawno, na lokalnej grupie fb, napisała studentka psychologii. Razem z innymi studentami z kilku krajów robi badania ośmiolatków nad procesem nauki sarkazmu i ironii :) Szukała chętnych rodziców. Zgłosiłam się. Nie byłam na tyle gościnna, by zaprosić ją do siebie, ale umówiłyśmy się w centrum handlowym, w niedzielę niehandlową - było więc cicho i spokojnie. Przy jednym stoliku Wiertka miała swoje pytania do scenek, a przy drugim, ja jako rodzic wypełniałam swoje kwestionariusze. Na przykład, też miałam scenki, gdzie trzeba było na końcu napisać, co dana osobie odpowie - wybadanie, jaki typ humoru preferuje rodzic i czy w ogóle go posiada. Badanie ma dobrą dotację, więc w podzięce dostałyśmy upominki - Wiertka naklejki i książkę, ja kupon do Empiku, też na książkę.

Z badań pojechałyśmy do parku. Wiertka wybrała taki w sąsiedniej dzielnicy, gdzie zawsze chodzi z tatą i rodzeństwem. Szalała oczywiście na hulajnodze przez cały dzień. W środku parku jest zbiornik wodny, na na nim wysepka (z małym dojściem). Siedziałyśmy tam na trawie, bawiłyśmy się najpierw w chowanego (po krzewach i krzakach). Potem było "Pytanie, czy wyzwanie". Moja córka miała początkowo dziwne pytania, bo o ile "czy jesteś w kimś zakochana?" jeszcze przeżyję, ale "ile razy się z kimś hajtałaś?" było trudne. Bo okazało się, że mojemu dziecku chodzi o seks. Odrzekłam, że takich tematów nie poruszamy. Podejrzewam, że Wiertka oczekuje, że będę mówić, że zakochana jestem w jej tacie i że tylko z nim się "hajtałam". Stanęło na "jakim drzewem jesteś?" i dalej w tym stylu. Wyzwania były gorsze, bo musiałam biegać dookoła wyspy, robić przysiady. Ja za to kazałam mojemu dziecku, w ramach wyzwania, robić działania matematyczne ;) Na koniec jeszcze robiłyśmy tańce na trawie. I tu już bałam się, że zbyt długo jesteśmy dziwne, bo w okolicy leżało na kocach sporo ludzi. Widocznie moje dziecko miało potrzebę kontaktu ze mną i wolało tak spędzić czas, niż na placu zabaw obok.

Lubię jadać na mieście, więc w drodze powrotnej wstąpiłyśmy do knajpki azjatyckiej, w której Wiertka bywa z tatą i że zacytuję mówi o niej, że "restauracja jest na wypasie". Mała zamówiła normalne danie, chrupiącego kurczaka i myślałam, że będę po niej dojadać. Nic mylnego. Zjadła wszystko co do ziarenka ryżu. Ja jej dużo i mnie takie danie nasyca. Znam dorosłych, którzy by mu nie dali rady. Wiertka wsunęła wszystko.

W drodze powrotnej jechała jeszcze na hulajnodze, a ja miałam ochotę zlegnąć już gdzieś. Nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii.

Okna w domu wyją o mycie i trzeba posadzić kwiatki na balkonie. Następny weekend będzie chyba domowy.

niedziela, 06 maja 2018
Majówka

Tegoroczna majówka wyglądała jak szachownica - dwa dni wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dwa dni wolnego. Efekt był taki, że jakoś nie czuję, że miałam wolny czas i wypoczęłam. A nie wykluczone, że odpoczywałam w te dni, gdy byłam w pracy :D

Urlopu nie brałam, bo potrzebuję wolnych dni na wizyty lekarskie związane z Wiertką, na wakacje z nią i jak się pracuje w kilkuosobowym dziale, to też pewne rozplanowane urlopy już zastajesz. 

W poniedziałek szkoła Wiertki miała jeszcze planowe lekcje. W środę i piątek mogłam zostawić ją na dyżurze w świetlicy, ale moje dziecko strasznie nie miało na to ochoty. I ja ją rozumiem - zrywanie się z łóżka rankiem, przebywanie z dziećmi na które jest się skazanym. I to na przemian z wolnymi dniami. To nie jest wypoczynek. Zgodziłam się by została w domu. Ja pracowałam od 8:00, a ona budziła się przed... 11:00. Dlatego nie była sama aż tak wielki kawał dnia. A zauważyłam, że im staje się starsza, to Wiertka robi się coraz większą domatorką. Ładuje baterie siedząc w domu, a nie podróżując i oglądając piękne widoki.

1-go maja pojechałyśmy do mojego brata i taty na grilla. Dzień spędziłyśmy w ogrodzie, pod drzewami, gdzie miałam krótkotrwały kontakt z siłami przyrody pod postacią meszki, która ukąsiła mnie w stopę. Potem przez kilka dni miałam bolącą, czerwoną, spuchnięta stopę. Nie jest źle. Jak tam mieszkałam, to co co roku o tej porze obie miałam popuchniętę od podgryzień niczym kończyny Gieni Smoliwąs w ostatnich odcinkach "Ballady o Januszku".

W czwartek, zrobiła się śmiertelnie poważnie upalna pogoda, a ja nie mogę wytrzymać by nie wykorzystać takiej okazji. Niczym człowiek północy, który myśli, że to tylko jednodniowa pomyłka i zaraz znowu będzie marne 20 stopni na plusie :) Zabrała Wiertkę do ZOO. Była średnio zachwycona wyjściem z domu, bo ona do słońca i upału ma stosunek wręcz przeciwny. Okazało się, że cała Warszawa wyległa na ulice, parki jak te biedne ćmy. Kolejki do kasy były takie, że chciałam już zrezygnować. Zauważyłam jednak, że do automatu z biletami jest krótsza. Zaledwie dziesięć minut stałyśmy. W automacie można kupić tylko zwyczajne bilety - normalny i ulgowy. Żadnych z Kartą Warszawiaka, grupowych, rodzinnych i chyba to jedynie tłumaczy fakt, że reszta ludzi wolała stać w kolejce kilka razy dłużej. Gdyby ktoś myślał, że mamy upał, to zapraszam do pawilonu z gadami lub bezkręgowcami. Tam było jeszcze cieplej, w dodatku panowała inna wilgotność powietrza. Ja dałam radę, ale jedna matka weszła i po sekundzie cofnęła się mówiąc, że nie daje rady. W ZOO byłyśmy kilka godzin i jak wróciłam do domu, bo nie wiedziałam, gdzie złożyć resztki nóg.

Zaś wczoraj, w sobotę, znowu zaliczyłyśmy święty rytuał grilla :) Byłam na imieninach mojej przyjaciółki :) Znowu dzień na słoneczku, w ogrodzie, na leżaku.

Dziś, obie z Wiertką, kanapujemy jak stare koty. 

Jednak brakuje mi tak dwóch dni spędzonych w domu, w samotności, tylko sama ze sobą.

To być może kwestia emocjonalnego podejścia do obu lat, ale mam wrażenie, że w poprzednim roku wiosna i lata były pochmurne, chłodne. W tym roku wszystko jest zalane słońcem.

niedziela, 22 kwietnia 2018
Weekendowy szał zakupów

Po ostatnim weekendzie, który trwał tylko jeden dzień i tygodniu pracy, w piątkowy wieczór byłam tak zmęczona, że aż zła. Tak chyba reaguję na duże zmęczenie. Jestem podrażniona, poirytowana i wszystkich bym gryzła. W sobotę nie obudziłam się bardzo wypoczęta, bo nadal bym warczała :) Nie śpieszyłam się z wyskakiwaniem z łóżka, potem coś ogarnęłam, zrobiłam obiad i dopiero wtedy pojechałam z Wiertką na plac zabaw. Byłam tam umówiona z koleżanką, która zjechała na chwilę z Francji. Ona już od rana bawiła się z dziećmi w parku liniowym. Ja odpuściłam.

I okazało się, że siedzenie z gorącą kawą, w pełnym słońcu, przy pogaduszkach, pomogło mi. Napięcie spłynęło. Dodam, należę do grupy osób, które mogą pić w upał gorące napoje. Podobno, to pomaga na przegrzanie. 

Gdy wracałyśmy z Wiertką do domu, zajrzałyśmy jeszcze do centrum handlowego. Musiałam kupić mojemu dziecku kolejne buty. I to nie dlatego, że lubię jak ma ich kolekcję. Niestety, jakbym nie była oszczędna, a raczej skąpa, to jedna para na sezon, to teraz za mało. Pantofelki, które kupiłam ponad miesiąc temu, wyglądają tak, jakby zmaltretowały je szczęki amstaffa. Potrzebujemy jeszcze minimum pary, by nosić je na zmianę.  Na szczęście, sandałki kupione latem, nadal są dobre. Było trochę łez (zacytuję moją córkę: "Ja przeżywam"), bo przepiękne sandały kończyły się na rozmiarze 35. W dziale dziecięcym, ciężko było z 36 i 37, a w dziale kobiecym fasony były trochę jak na dziecko za poważne. I nie wydam ponad 140 złotych na buty, które moje dziecko rozniesie do lata, a do jesieni wyrośnie. Na razie kupiłyśmy trampki i stanęłyśmy przed odważnym wyzwaniem nauczenia wreszcie Wiertki wiązania sznurowadeł. Wiem, powinna to już umieć. Ja wiązałam mając sześć lat. Inne czasy, inne obuwie. Dla usprawiedliwienia - ja chodzę w butach kupionych rok, dwa lata temu i nie planuję dokupowywać.

Potem zajrzałyśmy do sklepu kosmetycznego, gdzie kupiłam wodę toaletową. Najpierw, moje dziecko nie mogło zrozumieć, po co nam woda do kibla :) Dotąd używałam wody podarowane mi przez koleżankę, która kupowałam je w Victoria's Secret w NY (zanim pojawił się w Polsce). Miałam je od dawna, nawet chyba od 3-4 lat. Kłopot był też w tym, że przez ostatnie dwa lata, nie znosiłam na sobie zapachów. Mydło, antyperspirant oczywiście. Nic więcej. Miało to związek z moim nastrojem. A teraz chcę pachnieć. Wybrałam zapach kwiatów wiśni, a Wiertka - okazało się, że z karta klienta, którą mam, drugą wodę mogę mieć gratis - zapach zielonej herbaty. Powiedziała, że będzie się psikać na imprezy :)

Kupiłam jeszcze upominek świąteczny dla mojej cioci, bo my dostałyśmy od niej prezenty na gwiazdkę, ale ja - ze względu na kłopoty finansowe - nie mogłam się zrewanżować. I na koniec, pewna promocja z książkami - kup 3, a czwartą dostaniesz za darmo. A ja znalazłam kilka ciekawych. Kiedy to ja kupowałam ostatnio jakieś książki? A co tam.

Jak widać, do końca miesiąca, będę żyła ascetycznie :)

W niedzielę, Wiertka była na warsztatach teatralno-cyrkowych :) Uczyła się kręcić talerzami na kijku i robiła z innymi dziećmi totem indiański :)

A jutro do pracy. I nawet jest mi z tego powodu przyjemnie :)

piątek, 13 kwietnia 2018
Weekendowo - zalegle

Wspomnę, co porabiałyśmy w poprzedni weekend. Pogoda zrobiła się wreszcie wiosenna i energia ruszyła do przodu.

W sobotę, Wiertka była na warsztatach mydlarskich, sponsorowanych przez nasze osiedle. Zrobiła trochę mydełek do domu :) Ja w tym czasie, zrobiłam szybko zakupy, bo - będąc konsekwentną - skoro popieram zakaz handlu w niedzielę, to chcę mieć wszystko w szafkach. Sąsiadka zaproponowała, żeby jej i moja córka poszły do kina (są koleżankami z klasy), ona zasponsoruje bilety ze swojej karty pracowniczej, a ja je zaprowadzę i poczekam w holu. Dziewczyny weszły na salę w emocjach, bo to ich pierwsza taka samodzielna wyprawa, a ja kupiłam sobie kawę i poczytałam książkę na kanapie w holu. Potem przeszłyśmy się jeszcze we trzy na plac zabaw.

W niedzielę, już we dwie, pojechałyśmy w okolice mojej pracy, bo tam w jednym z centrów handlowych odbywała się impreza dla dzieci - spotkanie z Biedronką i Czarnym Kotem. Moja córka jest fanką tej bajki. Choć widziałam, że powoli robi się już za duża na takie atrakcje. Dekorowała babeczki, pograła w planszówkę, robiła rysunki, ale po ponad godzinie już chciała iść. Nie wróciłyśmy do domu, tylko pojechałyśmy w jeszcze inny kraniec miasta, na plac zabaw. Kiedyś znalazłyśmy go przypadkiem. Nie ma już dużo miejsc, gdzie 8-9 latka mogłaby się pobawić. Te osiedlowe place robią się już dla niej za nudne. A tam było sporo atrakcji także dla większych dzieci. Spędziłyśmy tam resztę dnia. Ona się bawiła, ja czytałam książkę.

Słońce robiło swoje. I w ten weekend widziałam, jak ludzie różnie reagują na słońce :) Pierwsza grupa, jak ja, była w długim rękawie, spodniach, miałam nawet kurtkę, ale niosłam ją na ramieniu. My widząc słońce za oknem, nie czujemy, że już nastał lipiec. O nie, to trzeba wybadać, obwąchać. Nie wiem, ile musi być stopni, od ilu dni być bardzo ciepło, żebym założyła krótki rękaw :) A druga grupa wyległa na ulice w podkoszulkach i szortach. Świeci słońce, 24 stopnie, gdzie moje klapki!? Nieważne, czy jest komfort termiczny, czy tak na prawdę chłodno. W roku mamy 99 dni ciepłych i nie można ani jednego przepuścić, nawet jeśli to nie jest jeden z nich.

Jak widać, oba dni weekendu były dość zabiegane. Nie mogę powiedzieć, żebym się przemęczała. Przeczytałam sporo książki. Żebym jednak wypoczęła, to też nie jestem pewna :)

Miałam wyjść dziś wieczorem, mam czas bez dziecka, na pewne przedstawienie, ale powinnam zbierać siły. Teraz czeka mnie zajęty dzień. W sobotę, cała moja firma ma warsztaty szkoleniowe, a po południu spotkanie integracyjne. Na szczęście, odbierzemy sobie tę sobotę jako dzień wolny w dowolnym terminie. Mimo to, czuję, że ten weekend będzie króciutki.

18:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2018
Urodzinowo

Jak zawsze, piątego dnia wiosny, świętowałam swoje urodziny :)

No niekoniecznie zawsze piątego dnia, bo ta wiosna przychodzi z jednodniowym rozstrzałem. W tym roku nałożyło się to na zmianę czasu. Czułam się więc, jakby czas naprawdę przeskoczył o godzinę, a wraz z nim z chrzęstem, chrobotem, drganiem cały świat się przesunął. Czyli byłam taka trochę ospała i bardzo rozleniwiona. I choć miałam jakieś plany towarzyskie na niedzielne popołudnie, to zostałam w domu.

Szczególnie, że Wiertka chciała mi udekorować tort urodzinowy (ciasto kakaowe miałam upiec ja). Specjalnie dostała ode mnie pieniądze, poszła do sklepu, wybrała kilka rzeczy do dekoracji. Miałam nie widzieć ani zakupów, ani procesu dekorowania. Pełna niespodzianka. W międzyczasie, moja córka postanowiła, że chce także sama upiec ciasto. Od początku do końca. Walczyła we mnie gospodyni, co to wie lepiej i do wszystkiego ma rękę (dobry żarcik). W końcu zaryzykowałam i pozwoliłam jej na pieczenie. Obawiałam się, że nie będzie tego ciasta dało się jeść :)

Tak do końca, to neutralna nie byłam, bo kiedy Wiertka zebrała na blacie składniki podpowiedziałam, że jest jeszcze jeden kluczowy. Od razu widziała, że to mąka :) Ja zawsze piekę na jogurcie, ona uparła się, że zrobi na mleku. Sama wymieszała składniki malakserem, który niedawno podarowała nam kochana panirolki. Podejrzewam, że gadżet mocno zmotywował moje dziecko. W ostatniej chwili, przypomniałam sobie, że dodawałam jeszcze oleju do ciasta, więc mała też dodała.

A potem było oczekiwanie na upieczenie :) Z tym olejem coś było nie tak, bo w przeciwieństwie do moich ciast, nie wymieszał się, tylko bulgotał na powierzchni. Aż prawie zniknął. Moja wina, że o nim wspomniałam.

Ciasto miało niecały centymetr grubości, trochę wzgórków, bo bąbelki powietrza się pod nimi ukryły. Udekorowane wyglądało super - różyczki, trzy kolory i rodzaje posypki, esy floresy z mazaków i gdzieś tam ukryty napis z moim imieniem i wiekiem :)

W dodatku, ciasto było smaczne :) Suche, ale polewa lub lukier załatwiłyby sprawę. Jak na ośmiolatkę wyszło udane :)

niedziela, 25 marca 2018
Sobota z Baby Shower

Moje pokolenie nie miało Baby Shower, ale na swój sposób dostałam przed porodem mnóstwo pozytywnych myśli i wsparcia. Tradycja jednak zagościła na dłużej i wczoraj miałam okazję, razem z Wiertką uczestniczyć w jednym takim spotkaniu.

Moja literacka koleżanka, AsiaJot, prawie moja rówieśnica, młodo została matką, a jej córka - kończąca już studia, więc nie małolata - także teraz zostanie mamą. Na 99% kolejna dziewczyna w rodzinie. Dodam, że AJot jest podekscytowana wydarzeniem, cieszy się na bycie babcią, chodzi z córką do szkoły rodzenia, będzie obecna przy porodzie i ma trochę objawów współuczestniczenia. Za to przyszła mama jest wyluzowana i bardzo dobrze :)

Młoda J miała już jeden Baby Shower, niespodziankę zorganizowana przez koleżanki. Wczorajsze wydarzenie było organizowane przez przyszła babcię i zaproszone były kobiety (ale nie tylko), bardziej z jej strony związane z rodziną. Ale życzliwych ludzi, wokół ciężarnej, nigdy za mało :)

Były przekąski, były rozmowy o życiu, ciąży, dzieciach i wzorach wychowawczych - jedynych prawdziwych, bez których zniszczymy kruchą emocjonalność i zdrowie dziecka - a które to wzory zmieniają się jakoś co pięć lat :) 

Zaplanowane były także konkursy, na które tak bardzo czekała Wiertka. Wierciła się na kanapie i dopytywała co chwilę, kiedy wreszcie będą konkursy, bo ona chce brać udział w każdym z nich i oczywiście wygrywać nagrody. Najpierw typowaliśmy obwód brzucha przyszłej mamy. Ona sama jeszcze nie znała wyniku i musiała się obmierzyć. Statystyczny średni wynik pokazał, że brzuch ciążowy wydaje nam się bardziej olbrzymi niż jest w rzeczywistości. Potem był quiz z wiedzy o życiu bohaterki wieczoru, rysowanie obrazków i tworzenie wspólnego rysunku dla czekającej na przyjście na świat malutkiej.

Na koniec odbyły się kalambury i tu moje dziecko, nakręcone już jak rój pszczół, pobiło rekord. Pierwsze wylosowane hasło pokazało za pomocą podskakiwania i wymachiwania rękoma. Jakoś ustaliliśmy, co to oznacza, ale teraz już nie pamiętam. Przyszła kolej, gdy pokazywała następne hasło i znowu zrobiła to skacząc i wymachują rękoma. Ledwo powstrzymywaliśmy śmiech. Za trzecim razem... skakała i tu już było zabawnie. Najlepiej ogląda to się będąc w środku tego wydarzenia, w kontekście. Tak opisywane nie oddaje nawet połowy humoru sytuacji. Tym razem, w końcu Wiertka zaczęła też korzystać z innych środków pomocniczych i nie wiem jakim cudem przyszła mi do głowy prawidłowe "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Okazało się, że podskakiwanie na początku miało pokazać spadające jabłko :) Była jeszcze czwarta kolejka Wiertki. Dostała hasło od innej osoby, która stwierdziła, że ona pokaże to najlepiej. I oto moja córka zaczęła... podskakiwać i wymachiwać rękoma. Teraz już leżeliśmy ze śmiechu na kanapie. Okazało się, że to... "Kevin sam w domu". Żeby nie było, że dręczyliśmy biedne dziecko, każde z nas miało do pokazania różne hasło i nie raz leżeliśmy ze śmiechu.

Wieczór radosny :) Wracałyśmy do domu ostatnimi autobusami :)

A dziś są moje urodziny, ale o tym jutro :)

niedziela, 18 marca 2018
Ostatni weekend zimy

Ostatni weekend zimy - oby nie tylko tej astronomicznej. Bo już rozumiem dlaczego kiedyś, by przywołać wiosnę, ludzie robili kukłę, palili ją i wrzucali do rzeki. A znajdowali się w o wiele gorszej sytuacji, mając pustawe spiżarnie :) Ja, po tych kilku dniach ciepła i śpiewu ptaków, gdy ponownie wrócił mróz i śnieg, miałam już ochotę kopać. Tylko nie wiadomo kogo :)

Także kolejny weekend z Wiertką. Miałam ochotę iść na wykłady Tygodnia Mózgu. Mieli tam także zajęcia dla dzieci. Moja córka jednak mocno protestowała wobec pójścia na coś co jest, o zgrozo, wykładem, nawet jeśli dzieci mogą zająć się czymś innym. Ona by teraz najchętniej odpoczywała leżąc i grając w gry. Mam nadzieję, że wiosną trochę się jej zmieni.

Plan się jednak zmienił i pojechałam na spotkanie z moimi koleżankami ze stowarzyszenia literackiego. Pretekstem było podpisanie różnych papierów związanych z organizacją. Przy okazji można się było spotkać i fajnie pogadać.

Zaś dziś udało mi się namówić dziecko na wyjście na sanki - ostatni rzut śniegu, oby. Pozjeżdżała trochę z górki, pociągałam ją po śniegu. I chyba to ostatni rok, gdy to robię, bo ona na serio ma już wzrost i ciało dziesięciolatki. A potem przespacerowałyśmy się na festiwal wielkanocny, który odbywał się niedaleko. Deweloper, który buduje osiedle na terenie po dawnych fabrykach, próbuje się troszeczkę wkupić w okoliczną ludność, którą nigdy na zakup mieszkania nie będzie u niego stać. W namiocie, przy akompaniamencie kapeli grającej praskie i dawne warszawskie przeboje, można było pooglądać wystawę pisanek świątecznych, zobaczyć kramy z różnymi specjałami. Był też kącik, gdzie chętni mogli robić jajka wielkanocne. Wyklejało się je serwetkami, jak do dekupażu. I ja, i Wiertka, robiłyśmy swoje jajo oddzielnie. I gdy skończyłyśmy, to jej wyglądało, jak zrobione przez dorosłego, a moje jakby je klecił trzylatek :) Nie mam zdolności manualnych :)

Na pożegnanie mogłyśmy zabrać żonkila w doniczce :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Tagi