To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: weekend

poniedziałek, 19 lutego 2018
Szczęśliwego Roku Psa :)

W sobotnie południe wybrałyśmy się z Wiertką na świętowanie chińskiego Nowego Roku - Roku Psa. Spotkanie odbywało się w Centrum Wielokulturowym w mojej dzielnicy i przeznaczone było głównie dla dzieci. Najpierw miła, chińska para opowiedziała nam, jak wymawiać nazwy poszczególnych zwierząt patronującym chińskim latom, jak w ich języku brzmią poszczególne rodzaje psów w zależności od ich przeznaczenia (domowy, przewodnik, ratownik). Pokazali slajdy ze słynnymi osobami urodzonymi w Roku Psa. 

A potem było to, co dzieci lubią najbardziej, czyli warsztaty. Do zebrania były cztery stempelki, za cztery różne umiejętności. Jedną z nich było zrobienie maski psa, takiej w chińskiego teatru, więc słabo prawdziwego psa przypominała, bardziej demona :) Potem ułożenie wizerunku psa z klocków tangramu. Dla Wiertki najfajniejsze było przymierzanie chińskich ubrań - prześlicznych bluzek. Wreszcie ostatnia umiejętność, czyli napisanie pędzelkiem i tuszem ikony symbolizującej Rok Psa. Oczywiście, jedna z pań pokazywała nam jak ułożyć dłoń, jak pociągać kreski. Nawet ja usiadłam i wykaligrafowałam swój znak. Bardzo fajna sprawa. O kaligrafii będzie jeszcze niedługo ciekawy wpis. Dla chętnych, dwie panie kaligrafowały imiona. Po zebraniu wszystkich stempelków i wypowiedzeniu hasła, czyli - po chińsku "Szczęśliwego Nowego Roku", każde dziecko dostawało dyplom oraz czerwoną kopertę. Z okazji nowego roku chińskie dzieci otrzymują takie koperty od swoich rodzin. One dostają w nich pieniądze, Wiertka znalazła w swojej tatuaże z chińskimi ikonami i papierową laleczkę. 

Na zakończenie spotkania był jeszcze poczęstunek - chińskie pierożki z sosem sojowym, wodorosty z sezamem, można się było napić herbaty. Posiedziałyśmy jeszcze trochę.

By pozostać w klimacie, zabrałam Wiertkę do wietnamskiej knajpki, która jest niedaleko naszego domu. Ona tradycyjnie jada tam tylko ryż i surówkę, ja lubię kaczkę lub kurczaka na gorącym półmisku. W knajpce, na ekranie leciała jakaś wietnamska stacja muzyczna i przy okazji zobaczyłam, że u nich jest już wieczór (sześć godzin do przodu). W tle leciały głównie romantyczne ballady o tęsknocie, nieszczęśliwej miłości. Wnoszę to z linii melodycznej i smutnych min osób występujących w teledyskach :)

Super dzień, gdyby nie to, że rano obudziłam się z bolącym kręgosłupem. Ceniłam, niezmordowane dotąd, moje ciało, które wbrew prognozom ortopedów trzymało się dzielnie. Teraz akurat postanowiło sobie przypomnieć, że mój kręgosłup jest mocno krzywy. Nigdy jeszcze mnie tak nie bolał. W Centrum Wielokulturowym, w knajpce jeszcze po prostu to znosiłam. Jednak wracając spacerkiem do domu, zobaczyłam, że idę małym kroczkiem, powoli, niczym matka bliźniąt przed porodem. A ból zaczął promieniować na biodra. Staram się, jak tylko mogę unikać brania środków przeciwbólowych, ale wszystko ma swoje granice. Po powrocie do domu, wzięłam Ketonal, położyłam się na boku w pozycji embrionalnej, bo tylko tak bolało najmniej i zasnęłam. Gdy się obudziłam, było lepiej. Jednak własne dziecko komentuje, że jestem stara i leniwa :) Nieważne, że większość dnia spędziłam razem z nią, na atrakcjach. Ważne, że po południu padłam ;)

Poguglowałam trochę po internecie i to mogły być też korzonki lub rwa kulszowa. Super, dolegliwości starszych państwa :) Dotąd mi się to z moimi rodzicami kojarzyło :) Moim znajomym, którzy częściej cierpią na bóle kręgosłupa chciałam wyrazić współczucie i podziw, bo to jednak ciężka przypadłość.

Niedziela także była aktywna, ale o tym w kolejnym wpisie :)

poniedziałek, 08 stycznia 2018
Jak zwiedzać muzea :)

Za nami matczyno-córkowy weekend. W sobotę Wiertka odmówiła atrakcji, oglądania orszaków, dworaków, dekoracji świątecznych i na cały dzień zaszyła się przy serialach dla wczesnych nastolatek. Ja wyszłam na krótki spacer, bo pogoda była przepiękna.

Za to w niedzielę pojechałyśmy do Zamku Królewskiego. I to na wyraźne życzenie mojej córki. Potem się okazało, że jej się chyba z Muzeum Narodowym pomyliło, ale nic straconego :) Wiertka odrzekła, że woli zwiedzać ze mną, bo jak idzie z klasą, to jest tłum, popędzają ich, nie może oglądać jak chce.

Zobaczyłam, że nasze pokolenia czego innego oczekują od muzeum. Trasę zamkową przeszła raczej szybkim krokiem, nie zatrzymywała się na dłużej, nie wpatrywała w obrazy, elementy wystroju. Na chwilę przystanęła w sypialni królewskiej i była ciekawa, gdzie spała królowa.

- Nasz ostatni król, Stanisław Poniatowski nie miał żony, był kawalerem. - powiedziałam.

- Czyli był singlem? - doprecyzowała moja córka

No tak.

Już myślałam, że nasza wizyta w Zamku będzie trwała pół godziny. Aż trafiłyśmy do sal, gdzie były prezentacje multimedialne związane z historią budynku. I tu, z zaskoczeniem, zauważyłam, że moja córka jest zainteresowana i spędza najwięcej czasu. Dlatego, że ta część była multimedialna właśnie. W pierwszej sali - projekcja filmu o historii zamku od XIV wieku do 1939 roku. Druga sala poświęcona była II wojnie światowej - informacja filmowa wyświetlana była na trzech ścianach, światło było przyciemnione, słychać było dudniące wybuchy bomb, a na środek sali był podświetlaną na czerwono kratą symbolizującą wojenne pożary. W ostatniej sali zamieszczono informacje o odbudowie zamku - film wyświetlany ścianie, tablice interaktywne i kilka budek ze słuchawkami, gdzie można było wysłuchać wywiadów i fragmentów kronik.

Moje dziecko obejrzało w skupieniu film w każdej z sal, wysłuchało audycji w każdej z budek.

Zobaczyłam, że czego innego oczekujemy od przeszłości. Jak chcę zobaczyć, dotknąć, doznać okruchów autentycznego dawnego czasu. Patrzę na meble i czuję oddech tej epoki, idę przez salę i wyobrażam sobie tamte czasy. Dla mojego dziecka, nie jest ciekawe, że coś jest autentyczne i dotykał tego jakiś człowiek przed setkami lat. Dla niej istotna jest informacja podana w interesującej formie. Może się okazać, że nigdy nie poczuje potrzeby np. pojechania do Luwru - usatysfakcjonuje ją wirtualna podróż po tym muzeum.

Zajrzałyśmy jeszcze do Pałacu Pod Blachą, gdzie moje dziecko się wynudziło i chciało mnie jak najszybciej wyciągnąć. Na parterze można było zobaczyć wystawę wschodnich kobierców, a na górze przepięknie urządzone meblami z epoki pokoje księcia Józefa. A szkoda, bo szczególnie te pokoje chciałam w spokoju sobie obejrzeć :)

Zachęcam. W niedzielę do Zamku Królewskiego wstęp jest wolny :)

niedziela, 15 października 2017
Weekend

Poprzedni weekend Wiertka została ze mną, została zamieniona ich kolejność. Wolałam wtedy zostać sama. Jednak dobrze się stało. Wiedząc, że czeka mnie w poniedziałek ważna rozmowa w sprawie mojej przyszłości, nie potrafiłabym się oderwać od myśli o pracy, w nieskończoność bym rozważała różne hipotezy, wyjścia z sytuacji. A tak, z Wiertką nawet gdy jest cicho, to jest głośno. Ten harmider zagłuszył moje myśli, oderwał je od pracowniczego tematu.

W ten weekend było inaczej. Już naprawdę potrzebowałam ciszy, samotności, oddechu. Pięć dni w pracy przeżyłam ze ściskiem w klatce piersiowej, subiektywnym uczuciem podwyższonego ciśnienia i tachykardii (nic sobie nie mierzyłam). Może powody były niewspółmierne, ale być może przejmuje się nadmiernie różnymi sytuacjami. 

Dwa dni leżenia, czytania i oglądania powtórek seriali. Dwa dni bez uśmiechu, entuzjazmu i całej tej maski, którą naciąga się na twarz idąc do ludzi, przed własnym dzieckiem.

Ludzie mają różne strategie redukowania poziomu stresu, wynikające z ich temperamentu i charakteru. Jedni biegają, inni rzucają się w jeszcze więcej pracy, kolejni sprzątają. Ja śpię i leżę. I wydaje mi się, że mój sposób jest najmniej społecznie akceptowany. Bo należy coś robić, ogarnąć się, wziąć w garść. A nie takie lenistwo i rozmemłanie.

A przecież, w przypadkach bardzo groźnych wypadków, uszkodzeń głowy, głębokich oparzeń wprowadza się ludzi w śpiączkę farmakologiczną. Podaje leki i pozwala by organizm sam powoli się regenerował. Nie atakuje się go większą ilością bodźców. Redukuje się te bodźce do absolutnego minimum. Dlaczego analogiczna metoda, w ogromnej mikroskali, nie znajduje zrozumienia jeśli chodzi o emocje i psychikę? Czasami życiowe porażki trzeba przespać.

Odetchnęłam, wypoczęłam. Jestem już spokojniejsza, nie muszę palić papierosa, a środek na uspokojenie nie przestaje działać po godzinie, bo nie muszę go brać.

Swoje dokłada pogoda w tym roku. Dla mnie przedwiośnie zamieniło się w późną jesień. Rok bez słońca. Jak rośliny, fotosyntezuję ze światła słonecznego. A jego nie było. Jeszcze skończy się tak, że pójdę na solarium :)

17:03, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 sierpnia 2017
Niedzielnie - prasko

Dziś, w ramach Otwartej Ząbkowskiej, wybrałyśmy się z Wiertką na Paradę Kundelków. Pomysł świetny i bardzo w praskim klimacie. Na miejscu zbiórki fajnie było popatrzeć na te wszystkie psiaki. Zebrało się sporo osób. Samych kundelków było grubo ponad trzydzieści sztuk. Najpierw wszyscy przemaszerowali Ząbkowską, aż do terenu Konesera, gdzie była fajna łączka na drugą część imprezy. Tam odbywały się konkursy dla chętnych psiaków. Wśród jurorów był między innymi Szymon Majewski i autorka rysunków Psie Sucharki.

Dla mnie to była okazja do spotkania się z koleżanką (jedną z czytelniczek bloga) i jej suczką. Była z nami też jej kuzynka ze swoim psem. My dwie siedziałyśmy sobie na trawie i gadałyśmy, dookoła trochę osób też tak spędzało czas. A niedaleko tłumek otaczał miejsce, gdzie odbywały się pokazy. Wiertka tam pobiegła i co jakiś czas relacjonowała nam, jak wyglądają zawody. W jednej z konkurencji drugie miejsce zajęła kuzynka mojej koleżanki ze swoją suczką.

Potem miałyśmy iść na długi spacer, by odprowadzić moją koleżankę w stronę jej domu, ale zahaczyłyśmy też o "Flaki, pyzy gorące!" na Brzeskiej. Moja koleżanka była tak miła, że zaprosiła nas na obiad. Miejsce jest świetne, tuż przy samym bazarze, korzystające z dawnych klimatów praskich - w memu flaki, pyzy, knedle, kopytka. Oraz tłumy. Ani jednego wolnego stolika, a co niektórzy stali przed wejściem. Jak w bardzo dobrej, modnej restauracji - czeka się na stolik :) My zamówiłyśmy po porcji i poszłyśmy sobie zjeść na drugiej stronie ulicy, siedząc na chodniku. Jedzenie podawane jest w słoikach, owiniętych serwetką by się nie poparzyć, a je się drewnianym widelcem :) Klimat praski był. Pogoda też dopisywała, bo choć chwilę kropiło, to zaraz wyszło słońce. Ja wzięłam pyzy z mięsem, a Wiertka knedle ze śliwkami. Jak to zwykle bywa, po kilku gryzach, moja córka uznała, że jednak woli moje pyzy i zamieniłyśmy się :) Knedle były super, bo miały w środku przekrojone na pół śliwki, żadne tam marmolady, czy dżemy. Zalane były jogurtem owocowym i to sprawiało, że jednak były bardzo słodkie. Pyzy też były zacne, choć omastę z przysmażonego boczku Wiertka oddała psu :)

Poszłyśmy na ten spacer, ale dość szybko - najpierw moje dziecko, potem suczka koleżanki okazały zmęczenie i trzeba było iść do autobusu :)

A od jutra wraca lans intelektualny :)

sobota, 26 sierpnia 2017
Sobotnio - dziecięco

Będzie jeszcze wpis dotyczący przemyśleń czytelniczych :) Niedługo :)

Wczoraj miałam jeden dzień zastępstwa za osobę na urlopie wypoczynkowym. Zastępstwo było w sekretariacie najważniejszej osoby w instytucji. Żadna wielka filozofia - wykonywanie kilku wewnętrznych telefonów do pracowników oraz parzenie napojów. Ja jednak już od czwartkowego poranku byłam trochę zestresowana tym, że się wygłupię. Nie nadaję się na sekretarkę - coś wyleję, nie dosłyszę, wyślę nie tam gdzie trzeba. Dzień przetrwałam, ale jak już wyszłam z pracy, to w pociągu prawie zasnęłam :)

Dziś pojechałyśmy z Wiertką na plenerową imprezę dla dzieci, którą organizowała pewna stacja telewizyjna. Upał, który lubię, ale nie spędzony stojąc w pełnym słońcu oraz tłumy. A tłumy sprawiają, że robię się poddenerwowana, a pragnąć to ukryć - marudna. Wszystkie atrakcje - dmuchańce, rolki, zadania sprawnościowe były bezpłatne, ale wiązało się to ze staniem w ogromnych kolejkach. Niestety, nie dało się uniknąć różnych food-trucków i budek ze słodyczami. Jak ma się pieniądze, to fajnie tak spędzić dzień na świeżym powietrzu, coś zjeść w międzyczasie i się nie przejmować. Tyle, że aktualnie miałam w portfelu 11 zł, a na karcie 21 zł. Wyplata za 3-4 dni, ale dożyć jakoś trzeba. Wiertka zachowała się całkiem jak nie ona, bo już po trzeciej "kupisz mi", gdy usłyszała "nie" dała sobie spokój. W końcu, sama zaczęłam odczuwać głód i skutki upału - mogłam kupić po drodze jakieś tanie chrupki kukurydziane. Pomyślałam, że kupię nam lody. Okazało się, że w stoisku, gdzie zaprowadziło mnie dziecko "porcja" lodów kosztowała 5 zł. Zdecydowałam się, że kupimy sobie jedną porcję na spółkę. Porcją okazała się kulka lodów wielkości piąstki noworodka. Fakt, że były dietetyczne, ekologiczne, na ksylitolu i kręcone zapewne przez szczęśliwe kobiety :)

Po ponad trzech godzinach staniach w kolejkach, łażenia, towarzyszenia dziecku zarządziłam powrót do domu. Obie byłyśmy już wykończone. Ale tylko ja po wejściu do domu zabrałam się szybko za przygotowanie i smażenie kotletów. Obie też byłyśmy bardzo głodne.

17:36, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 sierpnia 2017
Miejskie wędrówki

Chciałam się jeszcze podzielić zaległymi refleksjami nad dwoma spacerami miejskimi. O zwiedzaniu Placu za Żelazną Bramą, czyli Warszawy, której już nie ma pisałam. Spacer zakończył się opowieścią o osiedlu Za Żelazną Bramą – jego genezie, budowie. I ironii losu – w 1972 roku wysadzono w Stanach Zjednoczonych skupisko bloków inspirowane marzeniami Corbusiera. Od tego momentu datowano zakończenie modernizmu w architekturze. Traf chciał, że w Polsce modernizm akurat zaczął się rozpędzać – Targówek, Bródno, osiedle za Żelazną Bramą, potem Ursynów. Taki los.

 

Architektonicznie los zatacza koło. Corbusier planował swoje jednostki mieszkaniowe patrząc na dynamicznie rozwijający się przemysł motoryzacyjny i zwiększającą się ilość samochodów. Miasta po których jeździły karety, bryczki, to nie były dobrze przygotowane miejsca na ruch samochodowy. Trzeba było je odpowiednio zaprojektować od nowa. Czyli stworzyć siatkę ulic, gdzie spotykały się one pod kątem prostym. Żadnych zakrętów, zawijasów. Mija jeden wiek z drobnym hakiem i okazuje się, że ponownie przemysł motoryzacyjny zaczyna wpływać na rozwój miasta. Tym razem od drugiej strony. Miasta są zakorkowane, zasmrodzone. Rozpoczęto projektować je tak, by zniechęcić kierowców do poruszania się po centrach – płatne parkingi, ale także by zachęcić ich do korzystania z komunikacji miejskiej – parkingi pod miastem typu Park & Ride. Czas będzie płynąć, a miasto za sto lat ponownie nie będzie już przypominało tego, które znamy.

A w ostatnią niedzielę byłam na spacerze miejskim po Utopijnym Ursynowie. Miałam do tego zdystansowany stosunek. Bo dla mnie ta dzielnica ciągle kojarzy się z blokowiskiem z cytatów z Balcerkowej. Pomyślałam nawet żartobliwie, czy za trzydzieści lat ktoś nie będzie oprowadzał ludzi po osiedlach Zielonej Białołęki, bo staną się dowodem na szlachetne idee architektury.

Przewodnik okazał się być pasjonatem Ursynowa, zakochanym w nim i potrafił pokazać go jak piękną, choć w młodości nieznośną kobietę. I rzeczywiście, spacerując pomiędzy blokami, widzę tę zieleń, spokój i sielankę. Czas zdecydowanie działał na korzyść Ursynowa, który stał się taką Monicą Belluci wśród dzielnic J Interesujące jest to – i utopijne już wtedy – że na etapie planowania osiedla zaproszono do konsultacji nie tylko architektów, ale także innych specjalistów z dziedzin związanych z życiem społecznym. Nie chodziło tylko o zgarnięcie kasy za grunt – miasto, i mieszkania – deweloper, ale stworzenie miejsca do dobrego życia. Kto dziś się tym przejmuje? Przypomniało mi się też, że architektom zależało, aby nie była to dzielnica „stempelkowa”, jak np. Bródno, gdzie ulice przecinają się pod kątem prostym i ma się takie prostokąty z koloniami bloków w środku. Na Ursynowie uliczki miały się snuć. Każdy kto próbował choć raz znaleźć jakiś adres na Ursynowie, zapewne ciepło wspomina pomysł architektów :)

 

sobota, 22 lipca 2017
Słoneczna sobota

Okazało się, że jeden z moich kolegów z jednej z moich poprzednich prac, zajmuje się teraz DJ owaniem. Tak, bo plusem zmian miejsc pracy jest to, że zawsze człowiekowi zostaje jakiś znajomy. Tym razem, kolega organizował potańcówkę w parku w jednej z dzielnic i z tej okazji kilka osób z naszej wspólnej wtedy pracy postanowiło się spotkać.

Wzięłam Wiertkę ze sobą. Na szczęście, okazało się, że tuż obok jest ogromny plac zabaw, więc dziecko pobiegło się tam bawić. Ja mogłam usiąść ze znajomymi i pogadać sobie. Potem Wiertka poszła tańczyć na parkiet i wyskakała się, wyszalała za wszystkie czasy. Uczyła się nawet tańczyć tango.

Mnie komary pokąsały jak wściekłe i było to jedyne niemiłe doznanie tego dnia :) Spotkanie ludzi, stwierdzenie koleżanki, że wypiękniałam z czasem (nie wiem, skąd jej to wszystko przyszło do głowy), fajne rozmowy, taniec na parkiecie (dziecko mnie uprosiło) sprawiły, że rozruszałam się energetycznie.

To był fajny dzień :)

I na tym to polega. Siedzisz w mgle i jedyne co cię trzyma, to że nawet na jakiś czas, ale to się rozsnuje. 

22:50, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 lipca 2017
Weekendowo

Tak bardziej kronikarsko napiszę, bo ostatnio nie miałam weny do wpisów i milczałam.

Dni weekendowe dzieliły się na dwie części. Ja w miarę wyszłam z przeziębienia (choć nadal smarkam i pokasłuję), więc byłam gotowa na intelektualne doznania. Jednak Wiertka stanowczo odmówiła wyjść na wszelkie koncerty Chopinowskie w Łazienkach, czy Święto Francji na Saskiej Kępie. Chciała być dzieckiem i już.

Tak więc, po tym jak obie budziłyśmy się o 10:00 (o tym może być oddzielny wpis) dzień do wczesnego popołudnia wyglądał tak, że ja gotowałam obiad, trochę sprzątałam. Znowu zabrałam się za przywracanie ładu w mieszkaniu i może to zabrać trochę czasu. Na razie podzieliłam pokój na sektory i zajmuję się tylko jednym. Niestety, zauważyłam, że teraz ja zajmuję się sektorem trzecim, a powoli Wiertka zaprowadza burdel w wysprzątanym sektorze pierwszym. Zaś w niedzielę, po prostu snułam się i wypoczywałam.

Potem jemy obiad i wychodzimy z domu. Sytuacja skłoniła mnie do tego, że muszę przez kilka miesięcy mocno oszczędząć. A oszczędne osoby wychodzą z domu najedzone. Napisałam bym bardziej brutalnie - biedne osoby wychodzą z domu najedzone ;) Bo od 14:00 do 19:00 jesteśmy na placu zabaw. Wiertka szaleje z innymi dziećmi, a ja mam okazję spokojnie przeczytać 200-300 stron książki. W sobotę zrobiłyśmy wyjazdówkę na drugi brzeg miasta, do bardzo fajnego placu zabaw w innej dzielnicy, ale dziś bawiłyśmy się lokalnie.

środa, 14 czerwca 2017
Weekendowy cmentarz

Jak wspominałam, w piątek była rocznica śmierci mojej mamy, a w sobotę wybrałam się do niej na cmentarz. Zabrałam Wiertkę ze sobą, nie miałam jej z kim zostawić i uznałam, że raz na 2-3 lata może się jednak wybrać. Obiecałam jej też jedną rzecz, ale o tym później. Mała zabrała ze sobą hulajnogę, więc droga szła w miarę sprawnie. Pogoda dopisała aż za bardzo. Lubię lekkie upały - dla mnie okolice 25-27 stopni, to lekkie upały - ale nawet mnie zaczynały pokonywać. Obok budują obwodnicę, widać było nasyp powstającej jezdni, więc - jak kiedyś królowały komary, tak teraz pełno było pyłu. Na samym cmentarzu ciekawiej. Jest usytuowany na skraju lasu. Niestety, na jego terenie wszystkie drzewa zostały wycięte. Wycięte na tym terenie, oraz w kilkadziesiąt metrów dookoła (miejsce na nowe nagrobki). To plus marmur grobów, kostka pomiędzy nimi i słońce nad głową, sprawiało, że czułam się niczym krewetka w woku. Nawet ja nie przedłużałam pobytu i chciałam zaraz wracać. Wiertka tym bardziej, bo ona lubi jak jest ciemno i chłodno. Za to pokazała mi jaki nagrobek jej się bardzo podoba. Co do zniczy:

- Taki ci kupię, jak będziesz umarnięta - wskazywała mi ze dwa, według niej bardzo ładne.

Co do preferencji nagrobka, to staram się tym nie przejmować. Jeszcze w liceum, na integracji klasowej, nauczycielka zrobiła nam psychozabawę - każdy miał narysować swój przyszły nagrobek. To trochę mówi o człowieku i jego osobowości :) Grupy grobów były trzy - takie zwyczajne, mauzolea pomniki (jeden miał żołnierza na warcie) oraz groby typu głaz pod drzewem (m. in. mój).

W drodze powrotnej, skręciłyśmy do mijanego kompleksu handlowego, bo obiecałam Wiertce plac zabaw w Ikei. Ona poszła się bawić, a ja zległam na jednej z kanap na parterze. Nie lubię chodzić po sklepach tylko po to by sobie pooglądać. Jak po muzeum. Co dopiero, spacerować bez celu i nagle jednak coś kupić. Takie świętokradztwo mnie się nie trzyma :) Idę, gdy chce wydać pieniądze i to wcześniej, przeglądam w internecie by zminimalizować czas pobytu. Teraz myślę, że jednak istnieje wyjątek - księgarnie. Czyli dziecko się bawiło, ja czytałam książkę. 

Żeby nie było, że jestem sto procent kutwa, to nie wyobrażam sobie wizyty w Ikei bez zjedzenia podwójnej porcji klopsików z żurawiną :) To poszłyśmy potem zjeść.

W niedzielę, tylko leżałam i czytałam, Po obiedzie poszłyśmy sobie do parku i na plac zabaw.

18:55, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 01 maja 2017
Majówka

Jest prawie jak w starym memie - w weekend majowy mamy 30 stopni C: 10 stopni C w sobotę, 10 stopni C w niedzielę, 10 stopni C w poniedziałek.

W sobotę przeszłyśmy się z Wiertką kupić rolki (sponsorowane przez dziadka) i zostałyśmy w centrum handlowym na dłużej. W ten dzień odbywały się tam atrakcje dla dzieci - warsztaty z mimami, żonglerskie, robienia zwierzątek z balonów, różne pokazy cyrkowe. Wiertka bawiła się tam kilka godzin, a ja siedziałam obok i czytałam książkę.

Wczoraj zabrałam ją na spotkanie z dobrymi koleżankami. Niektóre mogłam zobaczyć po raz pierwszy od dłuższego czasu, pogadać, zobaczyć, co się nowego dzieje. Mała bawiła się tylko przez pewien czas, a potem zrobiła wszystkim teatrzyk, pokaz ubrań, w które się przebierała. To typ dziecka, które lubi skupiać na sobie uwagę i być w centrum zainteresowania, dokładnie w środku, nie siedząc obok. A jeszcze kilka dni temu mówiła mi, że chciałaby zostać sławną piosenkarką, ale się wstydzi występować. Akurat. Żeby ją jakoś spacyfikować, poprosiłyśmy by w kuchni obok zrobiła wystawę obrazów. Potem AsiaJot umiejętnie znajdowała jej wyzwania plastyczne, które zajmowały dziecko na kilka minut.

Dziś poszłyśmy do kina na "Dzieciak rządzi". Dziecko się śmiało, a sentymentalna matka na koniec filmu się popłakała. Czasami mi się to zdarza na filmach dla dzieci :) Żeby nie trzymać dziecka w czterech ścianach w taką pogodę - temperatura niespecjalna, ale piękne słońce - po sensie poszłyśmy do parku. Chłodno, ale kolejka do lodów dość spora. My też kupiłyśmy sobie po jednym. Za to na placu zabaw - mamy pierwszy dzień maja, jest chłodno, ale bez przesady, za to większość dzieci miała czapeczki na głowach. I teraz się zastanawiam - czy to ja jestem taką matką ignorantką, czy polscy rodzice uznają tylko dwa rodzaje pogody: poniżej i powyżej 25 stopni C.

Dziecko dobrze się bawiło, zawierało znajomości, a ja miałam drobny kłopot. Nie wzięłam nic do czytania. Jak są ludzie, którzy muszą coś robić w domu, mają "przelot" zatapiając się w pracy, tak ja nie potrafię tak po prostu siedzieć i patrzeć się przed sobie, na ludzi, czy na cokolwiek. Oddychać, roztapiać się w chwili, być, trwać. Sytuację ratuję internet w telefonie, ale ile można. Na szczęście, miałam swój zeszycik, długopis i złożyłam połowę wiersza.

Większość dopiero rozkręca się w wypoczynku, a ja jutro na jeden dzień do pracy. Szkoda urlopu i pewnie nawet bym go nie dostała.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Tagi