To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: weekend

poniedziałek, 18 lutego 2019
Leniwy weekend

Leniwy, domowy weekend.

 

W naszej tradycji – katolickiej, co piszę świadomie – jest wdrukowane w głowie, że w sobotę jeździsz na szmacie, pucujesz, a w niedzielę leżysz. Moje ciało nie jest ostatnio przystosowane do tego schematu. W sobotę coś ogarnę, pójdę na zakupy, ugotuję obiad. Zjem i koło 15:00 ścina mnie z nóg na dwugodzinną drzemkę. Dopiero w niedzielę czuję się na tyle wypoczęta, że mogę zrobić coś więcej.

Pogoda była piękna, ale planów żadnych nie robiłam. Czasami trzeba. Trochę musiałam posiedzieć z dzieckiem przy lekcjach, przygotowaniu do klasówki. Niestety, Młoda nie potrafi sama się zdyscyplinować. Albo wykorzystuje to jako okazję do pobycia z mamą.

Za to potem przeczytałam list w Librusie, nowe oceny i poczułam, że cała ta praca idzie na marne. Zaliczyłam zjazd jako matka czwartoklasistki. Popłakałam się. Bez sensu to wszystko. Czuję się jakby moje dziecko nadawało się tylko do szkoły specjalnej.

I tak plecie się spokojnie życie.

 

21:11, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 lutego 2019
Urodziny Pragi - 371

Końcówka ferii, weekend upłynął pod hasłem Urodzin Pragi.

 

W piątek przeszłyśmy się z Młodą do niedalekiego Domu Sąsiedzkiego – takie centrum aktywności lokalnej – gdzie świętowano wcześniejsze urodziny naszej dzielnicy. Zebrała się spora grupka osób, choć przyznam, że z moją córką mocno zaniżałyśmy średnią wieku. Zaskoczyła mnie ekipa z pewnej stacji telewizyjnej – dziennikarka i operator kamery. Kurczę, gdybym wiedziała to bym zrobiła loki u fryzjera, pełny makijaż, założyła sylwestrową kieckę i koniecznie obciskające majtki. A tak miałam średnio formalny strój i tylko lekki makijaż. Starałam się nie wchodzić w kadr.

Robiliśmy kartki z życzeniami urodzinowymi dla dzielnicy. Część piekła tort, który na koniec dzieci same dekorowały. Potem było uroczyste zapalenie świeczek ułożonych w 371, zdmuchnięcie i wspólne zjedzenie. I to właśnie w czasie konsumpcji, pani dziennikarka ruszyła w rundkę po obecnych i niestety także dotarła do mnie. Prosiła bym opowiedziała z czego jest zrobiony tort, czego życzę Pradze, co lubię w dzielnicy i takie tam. Starałam się dzielnie i pogodnie wystąpić przed kamerą, choć w ostatnich dniach fizycznie czuję się jak Buka. Jedyne pocieszenie jest w tym, że materiał poszedł w godzinach wczesno porannych. Wtedy nie śpią już matki malutkich dzieci i jeszcze – wracający  z imprezy studenci. Na koniec tego wieczoru, mieliśmy fajny wykład o gwarze warszawskiej.

W sobotę byłyśmy, w tym samym miejscu, na karnawałowej zabawie dla dzieci. Były przekąski, tańce, karaoke, malowanie buziek, konkursy. Grupka nie była liczna, ale trochę osób było. Przy okazji odkryłyśmy Just Dance – taką grę na play station, które można puścić sobie po prostu z youtube. Leci piosenka, postać tańcząca do układu choreograficznego i ty masz to odwzorować. W niedzielę tańczyłyśmy to w Młodą w domu i odkryłam jak mizerną mam wydolność organizmu – po czterech kawałkach padłam. Mogę przetańczyć pół nocy sylwestrowej i czuć się ok, ale taniec do określonej choreografii, szybki, by zmieścić się w czasie jest bardziej intensywny i wyczerpujący.

Plan na niedzielę także był interesujący – cztery spacery miejskie do wyboru, koncert Kapeli Praskiej i tort w Muzeum Warszawskiej Pragi. Moje dziecko, po atrakcjach ostatniego tygodnia, odmówiło kolejnych wyjść z domu. I jakoś byłam w stanie ją zrozumieć. Aż tak bardzo, że ze mnie samej opadła energia. Pomyślałam, że to mój ostatni dzień wolny przed powrotem z  urlopu i powinnam zbierać siły na pracę.

 

poniedziałek, 21 stycznia 2019
Grażynkowy weekend

Mój dział został obdarowany premią – po podsumowaniu roku. Nie są to wielkie pieniądze, ale też pensja nie jest minimalna. Mogłabym wydać te pieniądze na coś pożytecznego, mądrego. A postanowiłam je radośnie skonsumować z dzieckiem.

I tak oto, w sobotę, wybrałyśmy się niemal na cały dzień do pewnego centrum handlowego. Najpierw seans w kinie – „Ralf Demolka w Internecie”. Dobrze, że płaciłam z premii, bo cena biletu zwalała z nóg. W kinowym barku kupiłyśmy sobie coś do picia. Jak na bogato, to na bogato. Po filmie przeszłyśmy się, w tym samym budynku, do burgerowni. Obiecałam Młodej obiad w restauracji i miała wybrać z jakiej części świata chce kuchnię. Wybrała Amerykę Północną :) A na koniec, zjadłyśmy jeszcze desery lodowe w Grycanie :) Młoda stwierdziła, że to był najpiękniejszy dzień ;)

Był to rajd typowo konsumencki – wszystko pod jednym dachem. Niczym dwie Grażynki. Ale też wydałam, jak na mnie, na nas dwie, sporo. Gdyby tak poszła czteroosobowa rodzina, to wydaliby – w moich kategoriach – majątek. Jednak, raz na jakiś czas, chciałabym pożyć jak normalny człowiek – obejrzeć film, zjeść coś dobrego, doprawić czymś jeszcze smaczniejszym. A teraz tak się w moim życiu złożyło, że mogę sobie na to pozwolić raz na jakiś czas.

Z premii zostało trochę grosików na jedną wizytę u dentysty :)

Co do filmu, napiszę kilka zdań, żeby rzucić trochę intelektualnym piachem. Bajka animowana, ale zabawna. Na sali widziałam też wczesne nastolatki, taka końcówka podstawówki. Temat na czasie, taki grzeczny matrix dla dzieci. Podróż bohaterów po świecie internetu, zobrazowane najważniejsze punkty w sieci i zjawiska (moje dziecko chwilowo się podekscytowało, że można sobie gdzieś tam założyć konto wrzucać filmiki i zarabiać pieniądze, oby już zapomniała). A na koniec fajny symbol wirusa komputerowego, jako zmaterializowanego lęku, wewnętrznych obaw. Czyli, odwracając, nasze strachy i schizy, to taki toczący nas w środku wirus komputerowy :)

 

19:17, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 stycznia 2019
Weekend zimowo-piecowy

W sobotę, chwytając ostatnie podrygi śniegu, wyszłam z dzieckiem na sanki. Długo jednak nie pobawiłyśmy się. Górka była trochę oblodzona, ja obawiałam się wdrapać na samą górę, bo moje buty się ślizgały. A dziecko koniecznie chciało, bym tam razem z nią była.

 

- Zimą jesteś powolna. – skomentowało moje dziecko. – Latem jesteś taka szybka, a zimą powolna.

Odnoszę wrażenie, że chyba wolałaby odwrotnie. I to prawda, zimą jak wyjdę z domu, zsunę się z kanapy, to można strzelać na wiwat. Latem mam plany na całe dwa dni weekendu. A może ja po prostu się starzeję i mało, co już mnie ekscytuje. Jak taki stary kot, który śpi dwadzieścia godzin na dobę ;) Choć wolę wierzyć, że zimą jestem jak drzewo, które spuszcza soki i zamiera, by wiosną ponownie zakwitnąć.

W niedzielny wieczór wymknęłam się na finisaż wystawy. Miałam swoje własne motywy, bo oprócz tego, że obrazy były przepiękne – hasłem przewodnim był dźwięk i zapach – to w ramach wydarzenia można było przeczytać swój wiersz inspirowany którymś z obrazów. Poprosiłam o przesłanie mi pdf z nimi. Napisałam wiersz. Wychodzić z domu mi się już za bardzo nie chciało, ale wykopałam się za drzwi. Siedząc w czterech ścianach i pisząc do szuflady daleko nie zajdę. Trzeba iść na podobne wydarzenia, czytać swoją twórczość, pokazywać się ludziom. Emily Dickinson była tylko jedna. Emanuel Kant także. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że czytanie odbędzie się w formie Konkursu Jednego Wiersza. Trudno :) Wyszłam, przeczytałam, przeżyłam. Nagrody żadnej nie wygrałam, ale trzeba próbować dalej :)

 

poniedziałek, 07 stycznia 2019
Weekend kulturalny

Weekend był częściowo kulturalny, częściowo śnieżny.

 

W sobotę wybrałyśmy się z Młodą na wernisaż wystawy obrazów mojej koleżanki. Motywem przewodnim były psy i koty. Techniki różne – akryl, oleje, pastele. Mnie się podobały te z akrylu, mojej córce w oleju J Długo nie pobyłyśmy, bo moje dziecko nie ma cierpliwości do takich spędów. Obrazy obejrzała, zdjęcia porobiła, podjadła przekąski, wypiła wodę i już nie miała co robić. Ze starszymi, czyli każdym powyżej trzynastego roku życia, rozmawiać nie będzie J Po niecałej godzinie zabrałyśmy się do domu. Jeszcze tylko moje dziecko, gdy usłyszało moją rozmowę ze znajomą, która jest morsem i dziś akurat raczyła się kąpielą w jeziorze, bardzo się podekscytowało tą ideą i też chce się kąpać w lodowatej wodzie. Już jutro J

Niedziela była leniwa. Wyszłyśmy tylko przed obiadem na okoliczny plac zabaw. Jest tam górka do zjeżdżania, spora przestrzeń do ganiania się ze śnieżkami. Trzeba wykorzystywać, że jest śnieg.

 

wtorek, 13 listopada 2018
Rocznicowy weekend

Za nami kolejny dłuższy weekend. Pomysł by zrobić z tego ciągłą tradycję, pracy w systemie 4 dni robocze-3 dni odpoczynku, byłby fajny. Tylko ostatni piątek był mocno zawalony pracą, bo klienci zlecali rzeczy aktualne i te do załatwienia w wolny poniedziałek.

 

W sobotę przejechałyśmy się z Wiertką na Plac Zamkowy, gdzie odbywał się Piknik Historyczny. Jak dla mnie dużo rzeczy tam nie było, ale mnie akcesoria wojenne średnio interesują. Obejrzeć można było różnego rodzaju armatki, motocykle, karabiny, wozy wojenne – z czasów obu wojen. Spacerowali panowie rekonstruktorzy w mundurach przeróżnych, choć polskiej formacji. Popatrzyłyśmy, zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, kupiłyśmy biało-czerwone rozetki. Dla mnie to była okazja by wyciągnąć moje dziecko z domu i zażyć świeżego powietrza (prawie świeżego).

Potem przeszłyśmy się kawałek dalej, do Parku Miniatur. Ze względu na pogodę, to już chyba ostatnie dni, gdy można je oglądać we względnym termicznym komforcie. W malutkim parku stoją zminiaturyzowane modele znanych przedwojennych budynków, tych których – z różnych względów – nie udało się odtworzyć, odbudować. Skali nie pamiętam, ale budyneczki miały jakieś do pół metra wysokości i metr lub więcej długości. Dla lepszego klimatu, wstawiono w ich wnętrza, na balkony, otoczenie figurki ludzi w strojach z epoki, wozy, konie. Cudowne dla kogoś, kto ma jeszcze w sobie jakieś resztki dziecka. Wiertce najbardziej podobał się teatr letni, który istniał w Parku Saskim i targ z Placu Żelaznej Bramy. Nawet obfotografowała je na pamiątkę. Generalnie, każdy budynek uważała za piękny i żałowała, że miasto dziś tak nie wygląda.

Niedzielę, dzień ważny i uroczysty, spędziłyśmy w domu. Klimat społeczny ostatnich lat sprawił, że nie mam ochoty wychodzić na żaden marsze. Nawet jeśli mają być rodzinne, radosne, wspólne i wszystkie takie tam. Odkąd maszerowanie, w dowolnej sprawie, stało się ostentacyjnym wyrazem poglądów, myśli, z przekory nie mam ochoty dołączać. Mam jednak jakiś smutek w sobie. Setna rocznica odzyskania nieodległości, powrócenia jako niezależny organizm polityczny mogła być okazją do radosnego świętowania. A tu były od razu spięcia, to blokują jeden marsz, to inny, patronat polityczny, jakbym nie próbowała tego ominąć będzie miała i partia polityczna, i prezydent, którzy nie mają mojej sympatii. A ulubionym sposobem Polaka na wyrażenie radości jest odpalenie rac, których ilość da się tylko opisać jedną liczbą – „w chuj”.  Nie włączałam nawet telewizora, czy innych mediów. U nas było domowo, kanapowo, kocio.

Trzeciego dnia wybrałyśmy się do kina. O tym będzie kolejny wpis.

 

Tagi: weekend
20:16, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2018
Weekend towarzyski

Nie jest to idealna jesień mojego życia, ale nie przypominam sobie żadnej jesieni, w czasie której tryskałabym radością i energią. Z jednym wyjątkiem – dziewięć lat temu tę część szarej pory roku, w kolorze śledzia, spędziłam,  w końcówce ciąży, już w domu, czekając na poród. I wspominam ten czas jako spokojny, miły oraz błogi. Niestety, hormonów z trzeciego trymestru ciąży, nie sprzedają w strzykawkach ;)

 

Jak jednak wspominałam, na ten weekend zaplanowało SIĘ trochę rzeczy. Piątkowy wieczór spędziłam w pubie ze znajomymi, świętując urodziny stowarzyszenia, którego jestem szarym, cichym członkiem.

W związku z tym, w sobotni poranek, nie śpieszyłam się z wstawaniem. Umówiona byłam na kolejna wizytę towarzyską, tym razem z dzieckiem. Pojechałam po nią do jej ojca, utknąwszy po drodze w cmentarnych korkach (takie wady tego, że się kiedyś z balkonu oglądało jarzącym się światłami cmentarz). Ojciec Wiertki jeszcze inteligentnie umył jej rano włosy, wiedząc, że po nią jadę i chcę zabrać dalej. Musiałam siedzieć i czekać, aż włosy wyschną. Godzinę zajęło nam wydostanie się z okolic tego cmentarza i potem jazda metrem na drugi koniec miasta. Tam czekały na mnie moje koleżanki z dziećmi. Nasza grupka, która najpierw spotkała się w sieci, raz na jakiś czas spotyka się tez w świecie rzeczywistym. Zjadłyśmy fajny, składkowy obiad – dziewczyny przyrządziły fajne dania. Potem przeszłyśmy się z dzieciakami na plac zabaw. Do domu dotarłyśmy wczesny wieczorem i już padłam.

W niedzielę, chciało mi się już tylko leżeć. Ostatnio moja energia życiowa mocno tąpnęła. Nie ma to, na szczęście, nic wspólnego z nastrojem. Wiertka zarządziła dzień w domu i nie miała się zamiar nigdzie ruszać. Ja byłam zaproszona na pewne wydarzenie i nie chciałam zawieźć koleżanki. O dziwo, z upływem dnia z wersji zwłoki przeszłam w bardziej energetyczne rejony. Pojechałam zażywać kultury wysokiej. Moja koleżanka z pracy śpiewa w Chórze Archikatedry Warszawskiej i w to niedzielne popołudnie w Archikatedrze odbył się z udziałem ich i Orkiestry Kameralnej Filharmonii Narodowej koncert. Odśpiewano Te Deum Georga Friedricha Händlea. Sam koncert bez oprawy wizualnej jest pewnym wyzwaniem intelektualnym dla współczesnego człowieka, ale dałam radę, z zacięciem intelektualnym, wysłuchać godzinnej całości J  Po koncercie, towarzyszyłam koleżance jako osoba towarzysząca na bankiecie, który odbył się z okazji wykonania, ale także w związku z 35-tą rocznicą utworzenia chóru. Był szampan, tort oraz odśpiewanie gratulacji. Słuchanie członków chóru na żywo, tuż obok, robiło wrażenie. Miłym gestem było odtworzenie na polewie tortu, fragmentu partytury utworu, który dyrygent chóru napisał na cześć narodzin swojego syna. Nie mogłam długo zostać, bo w domu zostawiłam dziecko. Moja córka na wieść o godzinie w kościele, natychmiast odwróciła się na pięcie. Zainteresowała ją informacja o bankiecie, ale odrzekłam, że nie ma wysiedzianego koncertu, nie ma bankietu. Przywiozłam jej dwie babeczki z cateringu :)

 

Tagi: weekend
17:48, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2018
Koncertowa niedziela

Cały czas opisuję poprzedni weekend. W tę niedzielę wszyscy byli na wyborach, o czym nie zapomnieli zawalić całego facebooka. Ktoś by pomyślał, że robią to pierwszy raz w życiu.

Poprzednią niedzielę spędziłam w domu z dzieckiem. Trzeba było przysiąść do odrobienia całej listy lekcji.

 

Zaś na wieczór miałyśmy plany. Prawie co roku Wiertka wybiera się na obchody Urodzin Kinderniespodzianki. Teraz robi się już trochę za duża na ich plac zabaw, ale wieczorem organizowany był na Stadionie Narodowym bezpłatny koncert. Udało mi się zdobyć bilety na fajne miejsca. Wiertka była zawiedziona, że nie zamówiłam tych na płytę – scena blisko, można tańczyć. W formularzu proszono by nie zabierać tam osób poniżej 14 roku życia (co rodziców nie zniechęciło) i ja sama nie przepadam za skaczącym tłumem. Nie chcę ryzykować zabierania w tłum małego dziecka.

Dygresja. Nie przepadałam za tłumem od zawsze, ale utwierdziłam się w tym, kiedy we wrześniu 1993 znalazłam się w środku pogującego na koncercie Kultu kotła :) Wygrzebałam się stamtąd bez buta, ale ciesząc się, że żyję :D

W Koncercie Marzeń wzięli udział Grzegorz Hyży, Dawid Kwiatkowski, Natalia Szroeder, Katarzyna Łaska i orkiestra symfoniczna. Wiertka szczególnie cieszyła się na zobaczenie tego pierwszego artysty, bo go lubi. Byłam nastawiona na coś innego – artyści zaśpiewają własne utwory. A była to ponad godzinna wiązanka hitów od lat 70tych do dziś. Też w sumie pięknie. Ucieszy się każdy, nie tylko osoba, która zna tego piosenkarza.

Nie mogę nic napisać szczerze o atmosferze, bo od rana czułam się rozbita, kichałam, a na Narodowym panuje taka temperatura, że można już teraz wylać lodowisko. Starałam się głównie skupić na utrzymaniu dobrej ciepłoty ciała. Na smakowanie koncertu zostało niewiele energii.

Wyszłyśmy z tłumem ludzi i okazało się, że z jakiegoś powodu zamknięto Most Poniatowskiego i część tramwajów i autobusów nie jeździ. Jako, że cierpię stojąc w miejscu, a zaczęły się tworzyć korki, przeszłam się z moim dzieckiem jeden przystanek piechotą.

Reszta jest historią, czyli w poniedziałek byłam już chora.

 

sobota, 20 października 2018
Sobotnia "Przestrzeń wolności"

Sobota upłynęła pod hasłem Dnia Spotkań z Historią. W ramach akcji „Przestrzeń wolności” odbył się tam pokaz filmowego przewodnika po przedwojennej Warszawie i można było obejrzeć świeżą, otworzoną dwa dni wcześniej wystawę: „Odzyskana. Fotoreportaż z Warszawy 1918-1939”. Już idąc Krakowskim Przedmieściem mijało się mnóstwo fajnych wydarzeń – koncerty, namioty z prezentacjami, a nad głową wisiało sto papierowych (powiedzmy) biało-czerwonych ptaków. W dodatku pogoda była przepiękna.

 

Zacznę najpierw od wystawy zdjęć. Wszystkie łączy jedno – powstały i pokazują Warszawę dwudziestolecia międzywojennego. Bardziej niż chronologicznie, pogrupowane są tematycznie. Na mnie największe wrażenie zrobiły te dokumentujące ówczesną bezdomność, noclegownie dla ludzi, którzy nie mieli dachu nad głową, rozdawanie i posiłków. Najstraszniejsze było to, że na tych zdjęciach były malutkie dzieci. Coś, co dziś już nie mieści nam się w głowach. Czy udało im się wyjść z tego dołka bezdomności, czy udało się dostać jakiś fach? Czy też zaginęli w odmętach ulic, by nie dotrzeć nawet do etapu dorosłości. Obejrzenie wystawy polecam – świetnie pokazany duch tamtych czasów. Czynna będzie jeszcze do stycznia. Czasu jest sporo.

Oprócz tego, przez większość soboty w DSH puszczane były wraz z prelekcjami filmy i dokumenty słuchowe. Udało mi się posiedzieć na dwóch – mieszkańcy Warszawy wspominali swoje życie codzienne w międzywojennej Warszawie. A druga prelekcja dotyczyła budownictwa z tamtego okresu – w oparciu o urywki przedwojennych filmów, kronik, czy materiałów promocyjnych. Z ciekawostek – w okresie międzywojennym na terenach dzisiejszych Pól Mokotowskich znajdowały się wyścigi konne i lotnisko. Lotnisko – tymczasowo, na chwilę J J J - przeniesiono na Okęcie, które wtedy było daleko za miastem (chętnie poczytam w komentarzu wspomnienie panirolki, nie żeby to pamiętała ;)), a wyścigi latem 1939 roku ruszyły na Służewcu. Wykorzystano tam wtedy, bardzo nowatorskie rozwiązanie architektoniczne – daleko wysunięte zadaszenia nad trybunami, które nie potrzebowały żadnego podparcia z ziemi. Ciekawe jak dzisiaj wyglądałoby miasto, gdyby obie te rzeczy zostały na Polach i rozrosły się, tak jak dziś. Samo Lotnisko im. Chopina, wtedy daleko za granicami miasta, jest przez miasto już otoczone i stłamszone. Rozważa się jego ponowne przeniesienie.

Na jednym z filmików pokazano budowę stalowego szkieletu najwyższego wtedy budynku w Warszawie, na rogu Poznańskiej i Nowowiejskiej. Ekipa filmowa dotarła na poziom znajdujący się czterdzieści metrów nad poziomem gruntu. Widzimy robotników spacerujących po zewnętrznej krawędzi  szkieletu, coś tam zbijających, zjeżdżających po linie w dół – żaden nie ma na sobie ani centymetra zabezpieczenia. Czarny sen dzisiejszego specjalisty od BHP. Zaraz pojawiło się coś jeszcze lepszego. Pracownikom towarzyszy w pracy, na tej wysokości… wierny pies. Na tym nie koniec. By ubawić ekipę filmową, robotnicy ustawiają drabinę pomiędzy dwoma rurami i po tej drabinie pies wchodzi na górę, a potem zdrapuje się w dół. I to wszystko na tej wysokości.

Anegdotek, spostrzeżeń może miałaby więcej, ale zarzuciłam już robienie notatek na takich wydarzeniach. Może szkoda. Czasem zaraz po powrocie do domu, robię listę w punktach, by tu jak najfajniej napisać.

Gdy wyszłam z DSH właśnie zakopywano kapsułę czasu na skwerze im. Ks. Twardowskiego – pamiątki i listy dla potomnych za następne sto lat, a z balkonu Hotelu Bristol śpiewało arie trzech tenorów. Stanęłam na chwilę i poszła do domu.

Bo i w piątek, i w sobotę zostawiłam Wiertkę w domu, piątkowy wykład był godzinny. Z jej powodu, przeszłam szybko Krakowskie Przedmieście nie zaglądając w punkty z wydarzeniami, nie obejrzałam kapsuły czasu, koncertu, w DSH byłam tylko na dwóch wykładach. Nie chciałam zostawiać dziecka zbyt długo samego. Nie dlatego, że jest jej smutno, tylko jednak rodzic powinien czas spędzać też z dzieckiem. A ona teraz na wszelkie propozycje obejrzenia czegoś na mieście, od razu wyskakuje z propozycją, żebym poszła sama, a ona sobie chętnie w domu posiedzi. Nawet propozycja deseru lodowego w Wedlu ją nie skusiła. Patrzyłam na ten zgiełk, moc atrakcji i dziwiłam się, jak można chcieć kisić się w domu. Moja córka dziwi się, jak można gdzieś wychodzić.

 

środa, 10 października 2018
Jesienny spacer wspomnieniami

W ten weekend Praska Ferajna organizowała dwa spacery miejskie po Cmentarzu Bródnowskim. W sobotę szlakiem bardziej znanych punktów, w niedzielę tropem tych mniej. Ten cmentarz zawsze mało mnie interesował, wydawał się być bardzo współczesny, mało zabytkowy – Powązki to nie są. Przez dwa lata oglądałam go z balkonu – w Zaduszki było to bardzo klimatyczne. Jednak pogoda była przepiękna i wołała o długie spacery. Pomyślałam, ze potraktuję to wyjście jako spacer po prostu,  a kiedyś przecież uwielbiałam spacerować po cmentarzach. Traktowałam je jako urokliwe miejsce pełne dat, w oparciu o które można stworzyć smutne historie.

 

I bardzo dobrze, że tak podeszłam do tematu. Przewodnik oprowadzał nas pomiędzy alejkami i opowiadał o niektórych osobach, które spoczęły w tym miejscu. Głównie żołnierze i powstańcy. Moja głowa jednak kręciła się na boki, na inne groby, inne historie. Potrafię w głowie szybko zestawiać daty i próbuję ustalić relacje rodzinne pomiędzy razem leżącymi osobami – dwoje rodziców zmarłych w podeszłym wieku i dwoje niemowląt, które odeszły pół wieku wcześniej, a tu to chyba nastolatek oraz jego brat z żoną, już w wieku starczym pochowani. Trzeba przyznać, że Cmentarz Bródnowski jest przepiękny, skąpany w drzewach, krzewach, pnączach. Z tymi pnączami to bywa różnie, bo zdarzały się groby już kompletnie nimi zakryte. Ma to swój urok.

Na trasie wycieczki zainteresowały mnie trzy miejsca. Pierwsza osoba pochowana na tym cmentarzu, pierwszy grób w tym miejscu z 1884 roku – dwuletniej dziewczynki o imieniu Zosia. Nagrobek ma specjalną okolicznościową tabliczkę. To takie przewrotne. Rodzisz się, twoje życie zamyka się ulotnie w dwóch latach, ale pamięć o tobie pozostają na wieki – choć może to górnolotne. Był też tam inny grób – dwojga małych chłopców, jeden zmarł mając dwa miesiące, drugi miał 14 lat. Na nagrobku były dwa szklane zdjęcia, takie w starym stylu, sprzed kilkudziesięciu lat. Niestety, czas, wiatr, deszcz zmyły zawartość tych zdjęć L Pozostały tylko dwa białe puste koła świecące się na płycie. Coś ogromnie smutnego. Odwiedziliśmy także grób pana Mariana Pozorka, zmarłego trzy lata temu założyciela i kustosza, znajdującego się na warszawskiej Szmulowiznie, Muzeum Chleba. Zwiedzałam kiedyś to miejsce, pamiętam pana Pozorka, osobę pełną energii, życia, pasji związanej z zawodem. Cieszę się, że mogłam odwiedzić jego grób.

Na koniec odłączyłam się od grupy i chwilę sama pospacerowałam. Wpis się zrobił długi, więc może kiedyś indziej refleksje dotyczące przemijania i tego co po nas pozostanie w takim miejscu jak cmentarz. Kiedy tak się wędruje powoli pomiędzy nagrobkami boleśnie czujesz, że tyle ciebie, ile pamięci tych, którzy po tobie zostali. Będę cię pamiętać dzieci, wnuki, prawnuki przy ogromnym szczęściu. Kto z nas odwiedza groby pradziadków? Nasi potomni przemijają na zawsze, a z grobu pozostaje rozbita płyta.

To, że pojechałam na spacer i czekałam na cmentarzu, na przewodnika czytając sobie „Wampira Lestat” Anne Rice, to już tylko fajna anegdotka :) Jedna starsza pani rzuciła okiem na okładkę i uśmiechnęła się.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi