To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: pit

piątek, 22 maja 2015
Raport życiowy

Nie lubię zmian. A zmian na bloxie to już na pewno. Jak długo się da, będę się logować na starą wersję :)

Część osób już wie, jak wyglądało moje środowe popołudnie. Wieczorem miałam mieć spotkanie z kobietami ze stowarzyszenia, miałyśmy pisać. Miałam jeszcze do wydrukowania "czynny żal", PIT 28, zdjęcia do planowanego przeze mnie ćwiczenia. Wszystko z kawiarenki, bo w domu nie mam drukarki. I niestety, zwyciężyło moje lenistwo, bo powinnam drukować przed odebraniem dziecka z przedszkola i od razu jechać z małą na spotkanie, szybką trasą. Ale nie, musiałam sobie jeszcze posiedzieć w domu. 

Odebrałam Wiertkę, poszłyśmy do kawiarenki w centrum handlowym. Okazało się, że wydruk zdjęć w kolorze będzie kosztował fortunę, a w czarno-białym to mogłam i u panirolki to zrobić. PITu nie mogłam wydrukować, bo - tak jak wcześniej - można to zrobić z podpiętym programem. Nie potrafiłam już odnaleźć linka do niego - znajoma wrzuciła go w komentarz na FB, ale nie mogłam dokopać się do mojego wpisu. Sortowanie datą nie pomogło. FB uznało wpis za mało istotny. W kawiarence była kolejka, więc nie mogłam poprosić pana o pomoc. Czas już leciał, a obiecałam jeszcze dziecku zestaw dziecięcy dwa piętra wyżej. Dzieciak doskonale wie, gdzie jest i co można kupić w centrum handlowym, więc nie ryzykowałam wleczenia jej przez pół miasta w fazie buntu. Zestaw miałam wliczony w koszty. Jednak nie mogłam poganiać jej by jadła szybko.

Potem było już tylko gorzej. Tramwaj uciekł nam sprzed nosa. Podjechałyśmy czymkolwiek byle do przodu, byle się przesiąść. Po dwóch przystankach okazało się, że w centrum jest wypadek i tramwaje nie jadą mostem na drugi brzeg, zawracają. To jedziemy autobusem, byle do przodu. W centrum czekanie na inny tramwaj. Tamte tramwaje wróciły na trasę, ale żeby do nich dotrzeć musiałabym zmienić przystanek. Nasz tramwaj przyjechał. Po pewnym czasie pojawił się kontroler biletów. Luzik, skasowałam. Bilet wyciągnęłam i włosy stanęły mi na głowie. Miałam w dłoni bilet 20-to minutowy, od pół godziny nieważny. Wychodząc z domu sprawdziłam stan biletów i wyraźnie widziałam 75-cio minutowy. Mój cholerny mózg odczytał kolor czerwony jako zielony... Zdarzyło mu się to kilka razy - częściej z niebieskim mylił - ale pierwszy raz w życiu kosztowało mnie to 190 zł :/ Oczywiście, kontroler nie wzruszył się moimi tłumaczeniami, łzami też nie. Bo to była taka wisienka na torcie, ukoronowanie kilku różnych wydarzeń.

Z perspektywy czasu, myślę, że gdybym wysiadła z tramwaju, tak jak radził kontroler i miała szukać bankomatu w celu uiszczenia opłaty szybszej, to może dałby się przekonać. Nie mógł mnie zostawić w spokoju w tramwaju pełnym dookoła ludzi. Byłam już spóźniona godzinę, miałam dziecko na kolanach, byłam też rozżalona. Nie przyszło mi to do głowy.

A to wszystko przez to, że nie chciało mi się wyjść z domu pół godziny wcześniej.

Potem było już tylko lepiej. Napisałam fajne wiersze, wpadłam na fajny pomysł na prezent imieninowy, zrobiłam go, umówiłam się do kina, byłam z koleżankami na "Dzikich historiach", PIT 28 wypełniłam długopisem w Urzędzie Skarbowym, niedopłatę zapłaciłam w kasie, umyłam połowę okien w mieszkaniu i pojechałam do rodziny na cmentarz :) Tak środa wieczór, czwartek i część piątku wyglądały :)

Następne wpisy będą już ciekawsze :)

środa, 20 maja 2015
Czynny żal

To chyba ostatni rok, gdy sama wypełniam deklarację podatkową, bo za dużo nerwów mnie to kosztuje :)

Zadzwoniła do mnie wczoraj pani z Urzędu Skarbowego. Przypomniała mi, że zgłosiłam w tamtym roku najem garażu, a nie ma tego w zeznaniu podatkowym. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nie wiem jak tak ogarniętą osobę - za jaką się uważam - mogło tak zaćmić, by o tym zapomnieć. Wyleciało z głowy, wyzerowałam z pamięci. Jedynym moim wytłumaczeniem jest to, że po sprzedaży, podatku już nie płaciłam i nie utrwaliło się.

Zabrałam się za to jak najszybciej, czyli dziś. Najpierw próbowałam to wpisać w PIT 37, jako korektę, ale coś mi nie grało. Zadzwoniłam do urzędu. Tam uświadomili mi, że mam wypełnić jakiś PIT 28 i czy ja płaciłam ryczałtem, czy inaczej? Nie pamiętałam czy ryczałtem, na ile opiewała umowa, ile płaciłam podatku. Ustaliłam przez telefon, że to był ryczałt. To miałam czas do końca stycznia... Gdyby nie antybiotyk brany od piątku, to bym pomyślała, że to przez urząd byłam dziś dwa razy w toalecie.

Przekopałam się przez historię płatności, wygrzebałam umowę najmu. Przy okazji zobaczyłam, że źle wyliczyłam wysokość podatku... Skarbówka mnie powiesi... Nawet nie potrafię na kalkulatorze dobrze wyliczyć 8,5% od sumy X... Różnica wynosiła 30 groszy, więc może jestem się w stanie wypłacić.

Wypełniłam ten PIT 28 i może nigdzie się nie rąbnęłam. Wpisałam ile wpłaciłam na prawdę i wyszło mi, że po prostu mam niedopłaty 2 złote. Słownie dwa złote. Realnie miało być 1,5 zł, ale program zaokrąglił w górę. Trudno.

Napisałam też wzruszający tekst zatytułowany wrogo "Zawiadomienie o popełnieniu czynu zabronionego (czynny żal)". Najpierw stworzyłam coś sama, ale potem poprawiłam patrząc na wzory takich pism w internecie. Trochę się boję, że zawiadamiam, że popełniłam czyn zabroniony. Ja na prawdę nie lubię popełniać czynów zabronionych. Jednocześnie zarzekam, że nie uczestniczyły w tym osoby trzecie :)

I teraz - z jednego PITU mam nadpłatę, z drugiego niedopłatę. Mam wpłacić, a urząd i tak zwrócić co ma do zwrócenia? O dwa złote nie ma co się bić.

Dobrze, że jeszcze jestem w domu. Mogłam siedzieć dziś i rzeźbić w pitach i czynnym żalu, a jutro rano pójdę do urzędu, zostawię dokumenty i zapłacę te dwa złote w kasie.

Nie nadaję się do prowadzenia interesów.

 

PS: Od poniedziałku zaczynam pracę.

czwartek, 01 maja 2014
Ostatni dzień kwietnia

W ostatni dzień kwietnia skomasowało się tyle niefartów lub "fakapów" (modna ostatnio kalka językowa), że mam nadzieję na wyczerpanie limitu w roku. Będzie bardzo długi wpis.

Rano wizyta w Urzędzie Pracy, ale nie tym moim rejonowym, tylko głównym na lewym brzegu. Miałam zawieść badania lekarskie oraz odebrać umowę o pracę dla szefowej do podpisania. Będzie o tym kiedyś szerzej, ale zaczynam pracę w ramach stażu z UP i oni mnie zatrudniają. W pokoju okazało się, że mają karteczkę z informacją, że szefowa osobiście przyjedzie i podpisze. Sprawa była wyjaśniania telefonicznie - to ja miałam przy okazji to odebrać. I tak tam już pracuję, o czym oczywiście w urzędzie nie wiedzą. Ja dyskutuję z jedną urzędniczką, a druga podeszła do mnie, podała mi plik kartek w koszulce z ogromnym logo na pierwszej o staży i odrzekła:

- Proszę to wywiesić w miejscu pracy.

Moja pracodawczyni miała potwierdzić telefonicznie, że mam zabrać umowę. Zadzwoniła i wróciłam się na drugie piętro. W pokoju, w którym załatwiałam sprawę ktoś był, weszłam więc do sąsiedniego. Tam, także zajmują się tymi sprawami, nawet numeracja jest łamana 222/223 (nr przykładowy). Jednak zaraz zobaczyłam, że w poprzednim jest już wolne - pokoje mają pomiędzy sobą szeroko otwarte drzwi. Przeszłam przez nie. Kopnęłam w ul pszczół, bo panie urzędniczki opadły mnie, zasypując zarzutem, że to "przejście służbowe", kartka jest i jak mogłam to zrobić, bo to przejście służbowe, ale dlaczego to zrobiłam, przecież to przejście służbowe. Mogłam zaproponować by zainstalowały "elektronicznego pastucha", ale zamiast tego zawróciłam przez przejście służbowe wyszłam z pokoju i przez korytarz ponownie weszłam do sąsiedniego z uprzejmym uśmiechem, czy tak ma być? Panie nadal nie mogły przeżyć brutalnego naruszenia procedur. Dla wyjaśnienia - żaden tam stary nabór, siksy młodsze ode mnie (z żydowskiego "gojka, młoda dziewczyna"). Wreszcie okazało się, że przecież umowę już dostałam! To był ten plik kartek "proszę to wywiesić w miejscu pracy". Zdusiłam w sobie chęć pokłócenia się, bo cholerne siksy mogą się przydać.

Zastanawiałam się dlaczego to było takie ważne, by przez te drzwi nie przechodzić? Potem pomyślałam, że Warszawa to nadal była Kongresówka i w urzędach często nadal króluje carski typ urzędowania.

W pracy ostatnie przewożenie rzeczy ze starego biura do nowego (będzie o tym szerzej, będzie), mnóstwo pakowania. Może jestem jeszcze nadgorliwa i chcę by ktoś, skoro zamówił, zapłacić, to dostał jak najszybciej książkę. Albo jestem praktyczna, bo po długim weekendzie spadnie nowa fala zleceń. Ledwo wyrobiłam się do końca dnia. Koleżanka wypełniła za mnie zeszyt nadawczy.

Po 15:00 chwila oddechu na kawę, bo jeszcze czekała mnie wizyta na poczcie by zdać przesyłki - dziś była moja kolej. A o 16:00 po dziecko do przedszkola. Z ciekawości postanowiłam sprawdzić, co z moim PITem, który eksperymentalnie wysłała pierwszy raz przez internet. Nie będę przedłużać opowieści, ale dużo pomogła mi telefonicznie sokramka, bo wypełnianie było pokręcone i doznawałam traumy. Oczywiście trzeba było założyć jakieś cholerne konto. Musiałam się zalogować, nie przyjęło mi hasła. Może dlatego, że zawierało obelżywe słowo? Założyłam nowe hasło - identyczne jak poprzednie. Loguję się i co? Informacja, że PIT został odrzucony z powodu błędu - tu możliwa lista. Sprawdziłam - wszystko ok, może coś nie tak z dochodem, ale to oznacza wyliczanie wszystkiego od początku. Cholera jasna! Za kilka godzin koniec terminu, a ja muszę wszystko do nowa wypełniać (a pierwszy raz doprowadził mnie do szewskiej pasji), wyliczać, iść na pocztę. Kłopot z moją deklaracją jest taki, że za poprzedni rok ma 5 papierów - jedna praca: umowa o pracę + umowa zlecenie (dwie firmy), druga praca: umowa o pracę + umowa zlecenie (dwie firmy) oraz zasiłek z ZUSu. Oszaleć można. Ten rok będzie zapewne wyglądał podobnie.

Szefowa poradziła mi, żebym wydrukowała czysty formularz i przepisała długopisem wszystko dokładnie z podglądu wydruku. Najważniejsze to wysłać w terminie, a wezwą do korekty. Ciekawe ile zrobiłam dodatkowym błędów przy przepisywaniu? ;) Ona wzięła na siebie wysłanie paczek, a ja poszłam do okienek. Przy okazji wysłałam tez jej PIT :)

Tak wiem, miałam dwa miesiące siedzenia na dupie w domu, niekoniecznie bezczynnie, a zabrałam się za to w ostatnim momencie. Nie cierpię wypełniania deklaracji podatkowej. Niemal zawsze robię jakieś błędy.

Odbieram z przedszkola zapłakane dziecko, bo zaginęła jej księżniczka Cadens. To taka dość duża zabawka, grająca i śpiewająca o wyglądzie różowego kucyka ze skrzydłami - informacja dla bezdzietnych lub nie posiadających córek :) Prezent na urodziny, ale wiem, że drogi. Nie było jej nigdzie na sali - ani tej popołudniowej zbiórki, ani sali grupy Wiertki. Nauczycielka też nic nie widziała. Cholera, czyżby jakieś dziecko zabrało sobie zabawkę do domu, a jakiś rodzic uznał, że to ok? Każdy posiadacz pięciolatki zdaje sobie sprawę z kosztowności takiej zabawki? Pewnym pocieszeniem jest to, że niedawno mała obawiała się, że jej Cadens pomyli się z Cadens przyjaciółki (obie je przynosiły do przedszkola) i namalowałam naszej czarną kropkę markerem. Wali po oczach. Może po weekendzie coś się wyjaśni.

Nie była dobrą matką - zamiast pocieszyć córkę, jeszcze ze złością robiłam jej wyrzuty. Potem plac zabaw. Szybko wróciła z jednej zabawki zapłakana, trzymając się za dłoń. Coś sobie tam zrobiła i bardzo boli. Zdołałam tylko dostrzec, że skóra jest nienaruszona i wymóc próbę poruszania dłonią i palcami. Bo tak, Wiertka trzymała się za dłoń i cały czas płakała. Wracamy powolutku do domu, zakupy po drodze. Ona ciągle płacze i trzyma się za dłoń. Zaczęłam się bać, że może rzeczywiście coś tam jest złamane, strzaskane. To trwało już ponad pół godziny.

W domu rekonwalescencja poszłam szybko, bo trzeba było jakoś zjeść jajko z niespodzianką :) Okazało się, że chyba coś zrobiła sobie w tę delikatną część dłoni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym - przytrzasnęła, zacięła się.

Obiad szybko podgrzany. Szukam telefonu w torebce i co znajduję? Loda na patyku... Tak, kupiłam go pod domem, by zjeść zaraz po powrocie... O dziwo, dobrze się jeszcze trzymał i dał zjeść :)

Przyjechał Były by zabrać z garażu swoje rzeczy (garaż będę wynajmować). Gdy patrzyłam na pakowanie samochodu, to niedobrze mi się zrobiło od tych przeprowadzek (będzie o tym jeszcze, będzie). Została jeszcze sprawa światła w garażu. Światła tam nie ma. Nie wiedziałam, jak się zabrać do rozwikłania sprawy, gdzie to załatwiać? Czy to aby nie jakiś koszmarny, nie zapłacony rachunek sprzed lat? Zobaczyłam człowieka przy sąsiednim garażu i poszłam się dopytać. Okazało się, że prądu nie ma wszędzie :) Ludzie nie dogadali się, jak to opłacać i został odcięty :)

Jeszcze krótka rozmowa z sąsiadami, których synowi będę garaż wynajmować (mieszka w sąsiedniej klatce). Zobaczyłam, jak wygląda w moim bloku rozkład M5 :) I zawstydziła mnie czystość mieszkania. Zapewne, gdy będę w mocno średnim wieku, a dzieci się wyprowadzą, moje mieszkanie także będzie tak eleganckie.

Dziwne, że zasnęłam przed telewizorem tuż po 21.00? Wiertka trochę wcześniej padła.

A dziś dzień nic nie robienia. Wybiłam sobie z głowy wycieczkę do zoo. Za dużo się działo przez ostatni tydzień i muszę po prostu nic nie robić. Zdziwiło mnie, że Wiertka także nie ma energii, a na placu zabaw siedzi mi na kolanach, przytulona, osowiała. W domu mierzenie temperatury, bo nadal miała gorące czoło. 38,3 C. Cholera, znowu chyba siadło jej to ucho, nazbierała się woda. Okropne, ale od 2-3 dni mówiła, że boli ją ucho, ale przedszkolaka co chwila coś pobolewa i ktoś kiedyś powiedział, że zapalenie ucha tak boli, że dziecko od razu płacze i krzyczy. Od poniedziałku zaczyna cykl dziesięciu zabiegów na uszy (dzień pod dniu), ale nie wiem, czy w takim razie nie musi być wyleczona.

A teraz będzie maj :)

czwartek, 28 kwietnia 2011
kwietniowe pitu pitu, 37

Jak zwykle wypełnienie PITu zostawiłam na ostatnią chwilę. Miałam nadzieję, że ojciec małej mi pomoże, ale czymś się wykręcił.

I tak na 5 dni przed godziną zero:

  • próbowałam ściągnąć program do wypełniania deklaracji z netu, ale nie miałam jakiejś aplikacji; eks radził mi na gg jak mam to ściągnąć; ściągnęłam, nic nie działało; ciągle pytało mnie o tę aplikację, chociaż ją miałam;
  • zgubiłam jeden z pitów, od pewnej instytucji budżetowej; przetrząsnęłam wszystkie możliwe zakamarki, w których mogłam to upchnąć; trzy razy; rok temu miałam tak samo, księgowa przesłała mi skan mailem; zaginiony papier znalazł się po kilku dniach; w miejscu, w którym szukałam, pewnie miałam go w rękach; ten też pewnie miałam w rękach; trzy razy; dlaczego, jeśli czegos szukam, to tego nie zauważam, choć mam to przed nosem? chyba nawet już kiedyś roztrząsałam ten problem - gdy zastanawiałam się dlaczego to nikt mnie nie kocha;
  • raz próbowałam sama wypełnić deklarację, ale wyszło mi 700 zł niedopłaty podatku... od tamtej pory, boję sę powtórki;

Już się zaczęłam denerwować i widziałam Urząd Skarbowy zajmujący mi mieszkanie. W końcu zajrzał eks i ustawił program - nie wiadomo dlaczego, ale miałam na kompie trzy Windowsy i aplikacja była nie w tym co trzeba. Do instytucji podjechałam przed pracą i tam z uśmiechem wydano mi duplikat. Deklarację jakoś udało się wypełnić i dziś złożyłam ją osobiście w Urzędzie, bo mam blisko. Niepokoi mnie tylko to, że program wyliczył mi fajnie spory zwrot podatku. Jeśli to jakaś pomyłka? Hammurabi wybacza, Urząd Skarbowy nie. Kretynka, gdybym wypełniła deklarację wcześniej, już miałabym forsę i moje problemy finansowe byłyby czysto hipotetyczne. Będzie za co pojechać na wakacje.

21:15, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi